Koledzy mojej Cioci

Ciotuchna (spisała Ewa Maria Slaska)

Moja Ciocia ma 92 lata i jest ostatnią osobą z rodziny z tego pokolenia. Wszyscy inni już odeszli, a ona wciąż sprawna intelektualnie, dowcipna, zaangażowana, mieszka z kotem na Ochocie w Warszawie. Ja mam Ciocię na Ochocie, mówię zawsze, jak ktoś mnie pyta, gdy jadę do Warszawy, gdzie będę mieszkała? Ciocia teraz, od dwóch chyba lat, już nie pisze sama, ale dawniej pisała, jako Mirka albo jako Ciotuchna, jej teksty można znaleźć tu na blogu, liczne i na różne tematy, od wspomnień okupacyjnych po relacje o tym, jak domowa suczka miała małe. Dziś już nic mi nie napisała, ale porozmawiałyśmy.

Zacznijmy więc od tego, że Ciocia chodziła do słynnej szkoły, czyli tzw. Rejtana, który był jedyną szkołą, jaka w miarę nietknięta wyszła z wojny i powstania. Reszta leżała w gruzach, a uczniowie tłoczyli się jakichś zaimprowizowanych budynkach. W szkolnym roczniku Cioci, tym który przyszedł do szkoły w roku 1946, a w roku 1948 zdał maturę, było kalendarzowo licząc aż siedem lat metrykalnych. Najmłodsi uczniowie urodzili się w roku 1931, a uczyli się na kompletach i często przeskakiwali klasy. Z drugiej zaś strony byli też uczniowie z roczników 1924 czy 1925, którzy przez całą wojnę nie mogli chodzić do szkoły. Teraz uczyli się wszyscy razem, a byli wśród nich różni bardzo potem znani ludzie. Jednym z nich był malarz Fangor, o którym już kiedyś z Ciocią sobie poplotkowałyśmy, a ja te plotki spisałam i opublikowałam TU.

Tym razem właściwie nie będzie nic o Fangorze, tylko troszeczkę o Madzi, która z Ciocią i Józiem chodziła do tej samej klasy i o tym Józiu dziś poplotkowałyśmy, czyli o Józefie Patkowskim, a to dlatego, że właśnie ukazała się jego biografia, zatytułowana…

Niezwykły tytuł, a podobno on sam był równie niezwykły. Urodził się 15 listopada 1929 roku w Wilnie. Dziś miał by urodziny, i to sprawiło, że dziś tu o nim piszę. Zmarł 26 października 2005 roku w Warszawie.

Pochodził ze znanej profesorskiej rodziny. Jego ojciec, również Józef, był profesorem fizyki na Uniwersytecie w Wilnie, niewykluczone, że również dziadek był profesorem, ale na temat dziadka nic nie znalazłam.

O tacie Józefa, muzyka i muzykologa, Wikipedia pisze:

Józef Stanisław Patkowski (1887-1942) – polski fizyk. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim i w Monachium. W 1917 uzyskał tytuł doktora filozofii. W II RP był naukowcem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Tematem jego badań była promieniotwórczość i spektroskopia optyczna. W roku 1934 uzyskał nominację na profesora zwyczajnego. Po wybuchu II wojny światowej mieszkał w Warszawie z żoną i pięciorgiem dzieci. Był wykładowcą na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Zginął w nocy 20/21 sierpnia 1942 roku podczas bombardowania Żoliborza w trakcie sowieckich nalotów na Warszawę.

O synu zaś czytamy:

Józef Patkowski, (1929-2005) polski muzykolog i twórca muzyki filmowej. Zasłużony dla rozwoju polskiej muzyki elektro-akustycznej.
Ukończył w 1953 studia muzykologiczne na Uniwersytecie Warszawskim, przedstawiając pracę magisterską pt. “Znaczenie prawidłowości akustycznych w badaniach muzykologicznych”. Równocześnie, w latach 1950–1953 studiował fizykę na UW. Przeszedł do historii polskiej muzyki współczesnej, jako założyciel (w 1957) Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia – jednego z najstarszych na świecie, a pierwszego w Europie wschodniej, którym kierował do 1985. W 1974 założył Studio Muzyki Elektronicznej Akademii Muzycznej w Krakowie, które prowadził aż do 2000. Był także czynny w środowisku muzycznym, będąc latach 1979–1985 prezesem Związku Kompozytorów Polskich, później (1985–1996) sekretarzem generalnym Polskiej Rady Muzycznej przy UNESCO. Od 1989 do 1995 sprawował także funkcję prezesa Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego. Był członkiem honorowym Związku Kompozytorów Polskich, Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej oraz Deutsche Gesellschaft für Elektroakustische Musik.

Na stronie culture.pl można jeszcze znaleźć notkę o karierze akademickiej Patkowskiego: Od 1952 roku był wykładowcą akustyki, technologii muzyki elektroakustycznej i estetyki muzyki XX w., do r. 1972 na stanowisku asystenta, w latach 1974-1995 starszego wykładowcy, a później docenta kontraktowego w Zakładzie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1992-2000 był wykładowcą w Akademii Muzycznej w Katowicach, a w latach 1995-2000 profesorem nadzwyczajnym Akademii Muzycznej w Krakowie.

Recenzent(ka) biografii Patkowskiego pisze:

Agnieszkę Pinderę zafascynowały łatwość, z jaką Patkowski łączył wiedzę z różnych dziedzin, oraz intuicja pomagająca mu wyławiać nowe, wartościowe przejawy twórczości. Zgromadzony materiał pokazuje, że można Patkowskiego uznać za jednego z pierwszych kuratorów sztuki w Polsce, oddanego artystom opiekuna projektów na pograniczu nowych mediów, performansu i instalacji. Tak jak awangarda w muzyce ukształtowała Patkowskiego jako muzykologa, tak neoawangarda na polu wszystkich sztuk ukonstytuowała przyjętą przez niego rolę – mediatora między dziełem a odbiorcą. „Ambasador muzyki z Marsa” jest więc nie tylko biografią Józefa Patkowskiego, ale też raportem z kształtowania się nowego interdyscyplinarnego zawodu kuratora, który upowszechnił się wraz z nadejściem XXI wieku i wyszedł poza mury muzeów i galerii sztuki współczesnej.

Pisze też, że: Patkowski swoją pasję realizował dzięki współpracy z kompozytorami i animacji życia koncertowego, a dla jego audycji – nadawanych począwszy od 1959 roku – zasiadali przed radioodbiornikami spragnieni nowej muzyki słuchacze.

Inny recenzent, dr hab. Paweł Możdżyński, dodaje, że tłem życia zawodowego Patkowskiego były kolejne punkty zwrotne życia kulturalnego w XX wieku: socrealizm, odwilż, stan wojenny, obrady Okrągłego Stołu.

Przyglądam się tym różnym zapiskom i dziwię się, że nie ma w nich tego, co prawdopodobnie z punktu widzenia (słyszenia?) normalnego widza w tym, co wiemy o Patkowskim jest pewnie najważniejsze: był jednym z twórców i kuratorów Warszawskiej Jesieni, festiwalu, o którym Ciocia powiedziała krótko i treściwie: moje ucho tego słuchać nie umiało i nie chciało.

Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” to największy w Polsce i jeden z ważniejszych na świecie festiwali muzyki współczesnej. Powołany został do życia w roku 1956, a już w roku 1958 podjęta została decyzja, że organizowany będzie corocznie. Przez długi czas był to jedyny festiwal muzyki współczesnej w Bloku Wschodnim. Organizatorem “Warszawskiej Jesieni” jest od początku Związek Kompozytorów Polskich. Festiwal odbywa się w drugiej połowie września i trwa dziewięć dni.

W powyższych zapiskach nie ma też innej, z naszego punktu widzenia, ważnej informacji: w roku 1985, po 25 latach pracy, Józef Patkowski został wyrzucony z Polskiego Radia.

Krzysztof Knittl na pogrzebie Józefa Patkowskiego przypomniał nie tyle wielką postać, ile człowieka, który przyjął jego i jego żonę na rok do siebie na mieszkanie, kiedy Knittl kończył pracę magisterską i nie miał gdzie mieszkać. Wspomina to z wielką atencją i wzruszeniem.

…miał bardzo silną, przywódczą osobowość, był niezwykle kreatywny i oryginalny, a także skuteczny. Wymyślał lub wynajdywał istotne muzyczne cele i najczęściej sam realizował swoje projekty (…) lubił pracować w grupie i umiał kierować zespołami wielkich indywidualności. Przyjaźnił się z najwybitniejszymi twórcami swojej epoki, drugiej połowy XX wieku, (…) często przebywał z młodymi kompozytorami, w Studio Eksperymentalnym organizował dla nich seminaria i warsztaty, próbując zarazić ich swoją miłością do nowej sztuki, a nade wszystko do muzyki elektroakustycznej. (…) był tolerancyjny, miał wyrafinowane poczucie humoru, (…) świetnie gotował.

Cała nasza klasa u Rejtana, ta która zdawała maturę w 1948 roku, była bardzo ciekawa, mówi Ciocia. Była to klasa matematyczna, a mnie ta informacja stopuje, bo całe życie wiedziałam, że Ciocia jest zakamieniałą humanistką i, bądź co bądź, psycholożką. Dlaczego chodziłaś do klasy matematycznej?, pytam i myślę, że znam Ciocię całe swoje życie, przegadałyśmy ze sobą setki, a może tysiące godzin i nie wiedziałam, że jako licealistka ciocia uważała się za matematyczkę i zamierzała studiować na politechnice.

W klasie było sześć dziewcząt i 40 chłopaków. Była taka grupka czterech kolegów – Józek Patkowski, Bogdan Wyporek, Maciek Zimiński i Rysio Gajewski – która… wybudowała sobie łódkę. Gdy łódka była gotowa, chłopcy spytali katechetę, księdza Bronisława Kuleszę, czy zechciałby ją poświęcić? Kulesza był typem księdza rebelianta, do historii nie tylko szkoły przeszło, że cytował… Lenina w oryginale, bo, jak twierdził, tłumacz nic nie zrozumiał i wszystko przeinaczył. Kulesza zgodził się, przyszedł umówionego dnia nad Wisłę, poświęcił łajbę i wszedł jako pierwszy na łódź. Stał wyprostowany jak maszt, a ubrany był w sutannę, tymczasem łódź nieubłaganie zanurzała się w modrej wodzie Wisły. Chłopcy rzucili się do cum, przyciągnęli łódkę na brzeg, przemoczony Kulesza wysiadł i bez słowa sobie poszedł. Pierwszego dnia szkoły cała czwórka siedziała w klasie cicho jak myszy pod miotłą. W końcu Kulesza był i księdzem, i nauczycielem, a oni go zwabili nad rzekę i narazili na różne nieprzyjemności, za które można się było spodziewać co najmniej reprymendy, a najpewniej również kary. Tymczasem ksiądz nie wspomniał o niczym nawet jednym słówkiem, tak jakby całej afery w ogóle nie było.

Chłopcy byli bardzo zainteresowani sportami, pływali, wiosłowali, jeździli na nartach. W szkole było też dobrze działające kółko teatralne. Co ciekawe, dodaje Ciocia, w tym roczniku maturalnym było aż 12 małżeństw. Jednym z nich było małżeństwo ślicznej Madzi, całej w loczkach, z Józiem Patkowskim, w którym urodziło się dwoje dzieci, a które się jednak dość szybko rozpadło. Druga żona Józia była ponoć dość rozmowna, tymczasem Józio, który w końcu nie tylko wykładał akustykę, ale i komponował, a do komponowania, jak mówił, potrzebna jest cisza, gdy przychodzili goście wychodził do kuchni i przygotowywał kolację. Tam przynajmniej było cicho, a kluski nie gadały, tylko smakowały. To zresztą wiemy, Knittl już nas poinformował, że Józef Patkowski gotował nader smakowicie.

Tyle ploteczek szkolnych o wielkim reformatorze powojennej polskiej sceny muzycznej. Pozostaje jednak pytanie, jak to się stało, że matematyczka zamiast studiować elektryczność na politechnice, poszła jednak na studia psychologii w Wyższej Szkole Higieny Psychicznej? I tu, nie po raz pierwszy zresztą, usłyszałam pochwałę… choroby. Podczas wakacji przedmaturalnych Ciocia pojechała na obóz harcerski, który był oczywiście fantastyczny, tyle że wszystkie harcerki wróciły chore na szkarlatynę. Jej stan był tak ciężki, że została umieszczona w szpitalu na oddziale chorób zakaźnych. Czyli z zakazem odwiedzin. Czytać też nie bardzo było można, bo książki też się zarażały szkarlatyną i trzeba je było niszczyć, a w pierwszych latach powojennych nie niszczyło się książek! Ciocia leżała więc sobie sama i bez żadnego zajęcia, zdana całkowicie na siebie samą i własne myśli. Tak się więc stało, że przyszłam do szpitala jako matematyczka, a gdy sobie wszystko gruntownie przemyślałam, po sześciu tygodniach wyszłam jako humanistka.

1 thought on “Koledzy mojej Cioci”

  1. W naszej rodzinie, przy słowach “Chłopcy rzucili się do cum” było dodawane “z okrzykiem “apostoł tonie”” i to chyba tego najbardziej się obawiali czterej chłopcy.
    Maria, corka Ciotuchny

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.