Sąsiedzi 8

Teresa Rudolf

Co się stało, pani Klaroooo??????

Pani Klara zaczęła dzwonić i bębnić do drzwi Filomeny ze zdenerwowaniem i ogromną niecierpliwością.
Spotkała się ze zdumieniem, ciekawością i potępieniem, w oczach schodzącej schodami sąsiadki z trzeciego piętra (wszyscy w kamienicy wiedzieli o wzajemnej antypatii obu kobiet).
Pani Klara trzymała w ręku dzisiejszą gazetę, z jakmś dużym zdjęciem na stronie tytułowej, czego jednak kobieta już nie zdążyła dokładnie zobaczyć.
Drzwi otworzyły się i zdumiona, zaspana Filomena zapytała:
– Czy cooooooś się stało, pani Klaro???
Klara wparowała bez zaproszenia, rozstrzęsiona, do mieszkania Filomeny.
Siadła zadyszana w kuchni na krześle, pokazując gazetę i zdjęcie na stronie tytułowej, jąkając się wykrztusiła:
– To przecież naaaaaasz Lesio, niech pani spojrzy tylko…
Filomena zobaczyła na zdjęciu Lesia w łóżku szpitalnym. Miał obandażowaną głowę, prawą rękę i nogę całkowicie zagipsowane.
– A skąd pani wie, że to naaaaaasz Lesio? Jak go pani rozpoznała? A może to ktoś inny? Wygląda toto jak jakaś kukła, a nie jak naaaaaasz pan Lesio!
– No to niech pani głośno czyta!
Filomena przeczytała wyraźnie tekst, z którego wynikało, że bardzo poważany  w Krakowie detektyw, Lesław M. lat 50, po ukończeniu ważnego zadania, wracając w nocy do domu, został przed bramą napadnięty przez napastników, pobity do nieprzytomności i znajduje się obecnie w  bardzo ciężkim stanie, w szpitalu policyjnym. Na szczęście, został szybko po zajściu znaleziony przez przejeżdżający patrol, bo inaczej być może umarł by z wychłodzenia, w nocy były bowiem temperatury minusowe.
Obie panie spojrzały na siebie i wrzasnęły rownocześnie: SALOMON!
Jedna przez drugą przeganiały się w czarnych scenariuszach, co stanie się dalej z Lesiem i czy z tego wyjdzie, że kto by pomyślał, że to detektyw, a nie akurat “ojciec chrzestny” jakiejś mafii w Krakowie… No i Salomon sam, głodny w domu…
Przypominały sobie, jak źle mówiły i myślały o Lesiu, kiedy usłyszały jak lekceważąco on się wyraża o nich obu.
– Jedziemy do szpitala, zadecydywała  energicznie Filomena, mając łzy w oczach.
– Oczywiście, zabiorę tylko dokumenty, a i pani też niech nie zapomni, krzyknęła jeszcze Klara i wybiegła. – Spotkamy się na dole, przed bramą, dodała.
Filomena szybko się umyła, ubrała i zrobiła makijaż, pobijając, jak się jej wydało, dochczasowy swój rekord w podobnych sytuacjach.
Zdążyła jeszcze wysłać jakieś bardzo ważne, roczne zestawienie do znanej krakowskiej firmy, dla której od pięciu lat pracowała. Była samodzielną, cenioną ekonomistką, pracowała w domu, gdzie miała nowocześnie wyposażone biuro.
Zbiegła szybko na dół i stanęła gotowa przed pania Klarą, która, przyglądając się jej dokładnie,  przywitała ją ponownie, tym razem słowami:
– Ależ osioł z tego Lesia, przed nosem marnuje mu się taka ładna, atrakcyjna kobieta, oboje jesteście  przecież sami… ach, machnęła ręką, może życie wie najlepiej, co robi, po co się w to wtrącać? Już sama nie wiem, ale…, znów machnęła ręką, z taką miną, jak gdyby się właśnie ugryzła w język.

Dotarły do ogromnych drzwi wejściowych szpitala i spojrzały na siebie niepewie, nie bardzo wiedziały, co powiedzą, kim są dla Lesia, gdyby padło takie pytanie i miało być warunkiem wpuszczenia ich do pacjenta.
Od portiera dowiedziały się, że Lesław M. leży na trzecim piętrze, niedaleko pokoju pielęgniarek, tak by w razie czego mogły natychmiast reagować, “gdyby się coś działo”.
Od kiedy go tu przywieziono, był pępkiem, no, może nie świata, ale na pewno oddziału chirurgicznego.
Rano była już tu telewizja, gazeta regionalna, mnóstwo kolegów detektywów z innych grup parnerskich.
Lesio był jednym z nielicznych, bardzo doświadczonych detektywów, pracujących w pojedynkę, a tylko czasem, w niektórych, skrajnych przypadkach, potrzebował pomocy umundurowanych policjantów.
Na jego doskonałą reputację składało się wiele czynników: biegła znajomość języka angielskiego (z akcentem amerykańskim), sympatyczna, atrakcyjna, ciągle młodzieńcza i nie wzbudzająca najmniejszych podejrzeń powierzchowność oraz duże doświadczenie w samodzielnej pracy, z wyjątkowym talentem do podejmowania szybkich decyzji.
Ostatnio jednak, coraz częściej w jego kręgach słyszano, jak przebąkiwał coś o gotowości zrezygnowania z zawodu, gdyż po 15 latach czuje się już kompletnie wypalony, wyczerpany, a nawet jakby popadł w depresję.
Na Zachodzie stan takiego samopoczucia, fizycznego i psychicznego, zwany jest “Burnout” i nie wróży nic dobrego.
Filomena i Klara, po dłuższej dyskusji przekonały oddziałową, wylegitymowały się i podpisały deklarację, podkreślając, że są najbliższymi osobami pacjenta, które muszą się teraz przede wszystkim zająć jego kotem, Salomonem. Potrzebują od niego kluczy do mieszkania i pozwolenia na opiekę nad zwierzęciem.
Pielęgniarka zgodziła się, jednak pod warunkiem, że będzie asystować przy tej rozmowie, która musi być krótka, gdyż pacjent jest dopiero co, od godziny przytomny, ale ciagle w bardzo ciężkim stanie. I nie mają się niczemu dziwić, gdyż przed  jego drzwiami stoi dla ochrony dwóch policjantów, którzy również muszą być obecni przy rozmowie.
Po wejściu do pokoju Lesia, kobiety oniemiały z szoku, gdyż zdjęcie w gazecie, na którym go zobaczyły, nie oddawało całego rozmiaru tragedii.
Lesio spod pół przymkniętych oczu i bandaży spojrzał na nie i wymamrotał:
– Regina, ty tutaj, a po co? Jezus Maria, a po co? Czy ja  już umieram?, wyjąkał.
Obie kobiety spojrzały na siebie, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Panie Lesiu, to my, Klara z Filomeną, sąsiadki, czytałyśmy dziś, co się stało i przybiegłyśmy, by zapytać, czy  w czymś pomóc, czego Pan tu potrzebuje, no i trzeba się zająć Salomonem.
Jak by Pan wolał? Mamy chodzić do niego do mieszkania, czy też mam go zabrać do mnie, gdzie poznałby Salcię. Salcia wygląda dokładnie tak samo jak Salomon, podejrzewamy nawet z Filomeną, że to może być rodzeństwo.
Kobiety czekały na odpowiedź, przyglądając się w napięciu Lesiowi, który wykrztusił:
– Aaaaa, to panie, gdy zobaczyłem kolor włosów pani Filomeny, przestraszyłem się, że to moja była żona, Regina stoi tu nagle, z jakąś obcą kobietą, słabo widzę jakoś teraz… A to chwała Bogu, że to Panie… Klucz jest zawsze w mojej małej torbie na ramię, o Boże, Salomon… Proszę się nim zająć, jakoś mi słabo…
– Panie muszą już wyjść, to za dużo emocji dla pacjenta, energicznie powiedziała siostra oddziałowa, popychając je lekko w stronę drzwi.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.