Ewa Maria Slaska i Maryna Over po raz kolejny o kotach
Zaczyna Maryna: Jest taki obraz XIX-wiecznego malarza Iwana Kramskoja “Zapatrzony”. Na tym obrazie leśną ścieżką idzie zabłąkany chłopak, sam jak kołek, w zadumie. Zapatrzył się.
“Gdyby zapatrzonego trącić – pisze Dostojewski, który przywołuje obraz w “Braciach Karamazow” – drgnąłby, jakby ze snu zbudzony, nieprzytomnie (…) na pewno jednak zataił owo głębokie wrażenie, które odczuwał przez czas zapatrzenia się. Wrażenia owe są mu bardzo bliskie, zbiera je z pewnością, nie wiedząc czemu i po co.”
Są ludzie, którzy składają się niemal z samego zapatrzenia się. Żyją do środka. Samorodni mistycy. Patrzę na mojego kota, który przystanął nagle na ścieżce w drodze z ogródka do domu i wbił cicho wzrok w jakiś punkt we wszechświecie – i wiem, że najbliżej takich ludzi są koty.
Dalej Ewa Maria: Ona zresztą też zapatrzona, nieobecna. Leży z kotem na kanapie, a gdzie jest naprawdę? Takie jest właśnie leżenie z kotem na kanapie. Aby pozostać w rosyjskich klimatach, powiem, że jest taka kanapa u Strugackich, w ich cudownej książce Poniedziałek zaczyna się w sobotę – siermiężny ale sprawny teleport. Przenosi w inne miejsca, w inne światy. Na kanapie marzymy. Dlatego nie mieści się tu Kobieta z kotemFritza Erlera, mimo że typologicznie szezlong, na którym spoczywa, to też kanapa.
Bo popatrzmy:
Carmen Aldunate, chilijska malarka i feministka. Kobieta z kotem. Była już tu w kocich wpisach, ale tym razem jej kobieta nie jest czujną i uważną strażniczką własnego nagiego ja, jak to było na poprzednio cytowanym obrazie – tu się leży, marzy, drzemie, bo kobiecie, która leży na kanapie z kotem nic nie grozi.
Marie Fox. Współczesna artystka amerykańska. TU można o niej poczytać. Twierdzi, że maluje owoce, warzywa, kwiaty, ale zarówno google jak i strony internetowe, pokazują tylko jeden rodzaj jej obrazów – kobiety w kolorowych kostiumach kąpielowych. Na plaży, na molo, na leżaku, na fotelu, na kanapie… Kostium, ta ubrana namiastka nagości, ma zresztą na kobiety Fox taki sam wpływ jak kanapa – rozleniwia.
Władysław Ślewiński (1854-1918)
X
X
X
X
X
X
X
X
X
Mówiłam, że Picasso będzie się pojawiał niemal w każdym wpisie. Tu, jak zauważyła Maryna, zachwycające jest, że wylegująca się na czymś kobieta, trudno powiedzieć, czy to kanapa, ale poza jest wybitnie kanapowa – otóż kobieta małym czarnym piórkiem bawi się z małym czarnym kotem. Kobieta, kot, piórko, zamknięty w sobie, monochromatyczny, samowystarczalny świat.
Ewa Maria Slaska
O kotach
a wszystko przez Marynę Over
Wszystkie mamy przyjaciół-artystów i przyjaciółki-artystki, myślę, że w naszym kręgu nie może się zdarzyć inaczej, zdarza się natomiast, że ci artyści i artystki te też lubią to, co i my lubimy, czyli, żeby pozostać przy aktualnych upodobaniach – koty. Kobiety, jak mi się wydaje, czynią to częściej.
Pierwsze koty naszych przyjaciół nadesłała moja siostra Kasia do blogu “Jak udusić kurę…” Były to dwa rysunki Marioli Landowskiej przedstawiające kota Papuę. Użyłam ich do zilustrowania dwóch wpisów: W piętkę gonię (tam jest też piękne zdjęcie mojego kota czyli Schyzi) oraz Na pociechę dla chorych, smutnych i przepracowanych.
Minęły dwa lata i okazało się, że Maryna Over też zna Mariolę Landowską czyli, jak wszyscy dobrze wiemy, świat jest mały. Mariola jest, jak się okazało, na stronie Maryny o kobietach i sztuce No women no cry, a mnie Maryna podrzuciła jeszcze Romans:
Romans wakacyjny, wszystko o tym świadczy, rower, łódka, piłka, namiot, palma. List, strzała amora. Kot jako jeden z elementów sytuacji życiowej. Taki bezczelny kocur, co to łazi własnymi drogami i wszedł na drogi kochanków. Ale jak się dokładniej przyjrzeć, to znajdzie się w tym romansie nie tylko kocura w błękitach, ale i maleńkiego kociaka w barwach skorupki jajka. Nowonarodzony kotek. Wszedł jeszcze w skład romansu, ale pewnie już go kończy. Kotki rodzą się w sierpniu. Pod koniec wakacji. Pojawił się sam dla siebie, czy jest zapowiedzią zmian w życiu kobiety? Jeszcze nikłą, niemal niewidoczną…
Więcej o Marioli Landowskiej TU. Tu natomiast Janusz Bersz, artysta, ukochany Dziadek Maryny, bliski przyjaciel mojej Teściowej. Mówię przecież, świat jest mały. Ja też znałam Janusza Bersza, Dziadka Maryny.
Kotka doszukałam się z pewnym trudem, Maryna jest chyba zdania, że wcale go tu nie ma (jest jest, też niebieski! wygląda trochę jak żaba), uważa natomiast i chyba nie bez racji, że ten krajobraz z dworkiem i zamkiem to Bystrzanowice, dwór dziadków mojego męża, gdzie Janusz Bersz jako młody chłopak często bywał. Jeśli tak, to ten zamek u góry to Złoty Potok Raczyńskich, pan i pani koło drzewa to mogą być Dziadek Stanisław i Babcia Konstancja, a dziewczyna w niebieskiej sukience to moja Teściowa.
Ta akwarela, namalowana przez Dziadka Maryny, znajduje się w zbiorach mojej Teściowej. I pomyśleć, że poznałyśmy się z Maryną dzięki Facebookowi.
O Bystrzanowicach było już na blogu – wiele miesięcy temu zamieściłam fragment wspomnień mojej Teściowej o aresztowaniu jej Ojca, Stanisława Grabkowskiego i utracie Bystrzanowic w roku 1945, a dwa dni temu, na rzecz tego wpisu, opublikowałam TU rozdział o życiu codziennym w Bystrzanowicach i przez najbliższych kilka tygodni będę publikowała dalsze fragmenty tej rodzinnej książeczki.
Do zbioru zatytułowanego roboczo “Koty stworzone przez naszych przyjaciół” koniecznie trzeba dodać drewnianego kota Barbary Ur. O niej też już tu pisałam, dziś – kot! Kiedyś było tych kotów 50, ostał się tylko jeden. Zostały przygotowane na jakąś wystawę w galerii i klienci rozchwytali je jak ciepłe bułki. Kot należy do kolekcji wysokich smukłych rzeźb Barbary jak Sandra i Kosandra, jak Madonna dźwigająca dziecko na plecach, jak portrety, totemy i demony z całego świata. Przypomnijmy je sobie – są TU.
Jest jeszcze kot WolfaHowarda, który wisi u mnie w kuchni. Howard nie jest moim przyjacielem, ale wystawiał kiedyś w Galerii Zero, prowadzonej przez moją synową i mojego syna, i to z nimi się zaprzyjaźnił. Ciekawe, że jak powiesiłam kota w kuchni, jedna z moich przyjaciółek rzuciła na niego okiem i powiedziała, o, Howard! Okazuje się, że to postać dobrze znana, również z konszachtów z kotami. Namalował między innymi kota ze statkiem w tle. To słynny obraz – Mrs Chippy – i słynny statek, dużo o nim wiem z okresu, gdy redagowałam książkę mojego Ojca, Dariusza Boguckiego, o żeglowaniu w lodach. Sam Howard tak napisał o tym obrazie, broniąc niejako swego pozornie naiwnego sposobu malowania:
“People have said do me, ‘What’s the point in painting a cat? My five-year-old daughter could do that.’ Yes, she could, but would it be a cat that had the look in its eyes that conveyed to you that it was about to be shot? That’s the fate that befell Mrs. Chippy during one of the greatest survival adventures ever—Ernest Shackleton’s voyage to the Antarctic in 1914 on the ship Endurance—shown in the background of the painting , stuck in the ice, as the crew drag the small open boat which later accomplished an 850-mile rescue journey through sixty-foot waves.That’s the difference between my cat and a five-year-old’s.”
Moja synowa Ania podarowała mi kiedyś niebieskiego kota. Podobnie jak kot Howarda – niebieski kot z ogonem w kształcie serca mieszka w kuchni.
A tu dwoje przyjaciół Maryny Over: Jolanta Pilimon
Wpis Ewy Marii Slaskiej dedykowany, po raz kolejny, Marynie Over
Trzeba poświęcić cały wpis sprawom łóżkowym, bo to ważny rozdział w koegzystencji kota i człowieka. Zacznijmy może od sytuacji dramatycznej, a potem już tylko będziemy stopniować napięcie.
Panie i Panowie… Tatatata! Kot Simona:
Każdy z właścicieli kotów to zna, właściwie bez zmian. Poranny koci miauk, przeraźliwy i konsekwentny. Też znam. Schyzia dodaje jednak do naszych spraw łóżkowych pewną atrakcję, z którą w opowieściach innych nigdy się nie spotkałam. Otóż jak wściekła bestia atakuje moje stopy, jeśli przez sen nieopatrznie wytknę je spod kołdry. Schyzia oczywiście, nawet mimo wieku, jest kotem bojowym i potrafi nieźle dokuczyć, ale mnie z zasady niemal nigdy nie tyka. Tymczasem moje stopy, gdy ukazują się oddzielone ode mnie kołdrą, to w jej pojęciu jakiś potworny wróg i nie jest wykluczone, że kot w ogóle nie kojarzy ich ze mną, lecz przeciwnie, uważa, że to dzikie zwierzęta, atakujące jej panią i trzeba je natychmiast unieszkodliwić.
Imterpretację można uznać za wzruszający objaw mego przywiązania do kota, ale nie zmienia to faktu, że nasze wspólne noce bywają nadzwyczaj dramatyczne.
A tymczasem istoty nieświadome, bo nie posiadające kotów, wyobrażają sobie, że pani z kotem w łóżku wygląda tak:
Pięknie prawda? Ileż godności i spokoju! Fritz Erler (1868 – 1940). Erler był słynnym niemieckim malarzem wojennym, który tworzył obrazy o I wojnie światowej. Nie przepadałam więc za nim, choć było takie lato, że, przez kicię zresztą, często musiałam o nim myśleć. Kotek mianowicie ciężko zachorował, a zdarzyło się to, jak zawsze przecież, w niedzielę. Czyli trzeba jechać do kliniki, albo szukać dyżurnego weterynarz. Ten, którego znalazłam mieszkał potwornie daleko, ale był (jest) Polakiem i okazał się, okazali się zresztą oboje, i on, i żona, wspaniałymi lekarzami. Opiekowali się Schyzią z ogromnym poświęceniem, wyprowadzili ją z terminalnej choroby i zapewnili do dziś spokojne, zdrowe życie. Nie mam auta, codziennie, a przez pierwsze dni – dwa razy dziennie – pakowałam Schyzię do grubej płóciennej torby (Schyzia nie znosi koszyków), przytulałam do piersi i 45 minut jechałam metrem, potem przez 15 minut szłam, przez godzinę towarzyszyłam kotu, któremu trzeba było aplikować kroplówki, po czym wracałyśmy do domu. Szłam zawsze przez Aleję Fritza Erlera i zawsze z pewnym niepokojem myślałam o tym, że to ulica człowieka, który służył wojennej propagandzie. W Berlinie takie myśli są nieuniknione, nawet jak się nie żywi wrogich uczuć. Plakat z reprodukcją obrazu Erlera zachęcający do zbierania pieniędzy na wojnę (I wojnę) przyniósł Bankowi Cesarstwa 13 milionów marek, więcej niż jakakolwiek inna akcja propagandowa. Po wojnie i dojściu Hitlera do władzy Erler malował portrety Führera i innych osobistości NSDAP. W roku 1940 szczęśliwie umarł.
A tu kotek.
Poniżej też kotek, i też w łóżku, ale tym razem z panem. Giovanni Lamfranco. 1582-1647. Włoch, późnorenesansowy czy też jak chcą krytycy protobarokowy, a człowiek głowę by dał, że manierystyczny w stylu prerafaelitów, a może nawet całkiem współczesny i tylko z lekka stylizowany na manieryzm. Myli zwłaszcza szelmowskie spojrzenie młodego pana i tematyka, zupełnie niepodobna do tego, jak artysta malował oficjalnie – słynął bowiem z monumentalnych fresków, malowideł na plafonach, sufitach i kopułach oraz ołtarzy o tematyce nadzwyczaj religijnej. I tu nagle młody nagi pan w łóżku. Z kotem. 1620 rok. Dziś w Londynie, w zbiorach Walpole Gallery. Obraz, który skłania krytykę do wysuwania niedwuznacznych domniemywań. Ale w dziele artysty nie ma innych obrazów, które potwierdzałyby te przypuszczenia, nic też nie zachowało się w dokumentach.
A tu znowu Pablo Picasso – namalował tyle kotów, że naprawdę bez niego żaden wpis się nie obędzie. Wierzyć się nie chce, że to on, taki ten obraz normalny, taki, w którym widać, że malarz nie będzie tu robił żadnych eksperymentów z nosem, ręką czy udem, i że z sympatią traktuje swoją modelkę. “Młody był”, napisała Maryna Over w jednym z komentarzy na Facebooku. No tak, rok był zaledwie 1900, malarz miał dopiero 19 lat.
Tak się powinno leżeć z kotem w łóżku, miły przytulny kotek. Niestety życie znacznie częściej szykuje nam niespodzianki, na przykład w postaci kota, który przez cały czas, gdy przygotowuję ten wpis, łazi po klawiaturze, a teraz ułożył się dokładnie tak, żebym nie widziała na ekranie, co piszę. Zaraz pójdziemy spać, co mi przypomniało pewną łóżkową historię z kotem w roli głównej. Miałam kiedyś osobistego narzeczonego, który był osobą nader trudną. Pewnie, każdy osobisty narzeczony jest trudny, podobnie zresztą jak mąż, syn i ojciec, a i, gwoli sprawiedliwości, matka, żona, narzeczona, córka i siostra. Wszyscy jesteśmy trudni, ale ten był wybitny. Kiedyś pokłócił się ze mną o coś zaraz po powrocie z pracy, a wracał w porze, kiedy ja właśnie wstawałam, a za oknem gwizdały kosy. Pokłócił się, po czym zadowolony z siebie postanowił pójść spać (do mojej sypialni, bo to było moje mieszkanie, nie jego), zostawiając mnie w kuchni z gwiżdżącymi za oknem kosami. Poszedł do sypialni, gdzie na łóżku siedziała Schyzia. Spojrzała na niego wrogo i nafuczała, a gdy chciał ją odsunąć – udrapała. Narzeczony wrócił do kuchni jak niepyszny, poprosił o plaster i zapytał, czy mogłabym zabrać kota. Niestety nie mogłam. Wkrótce potem narzeczony przestał pełnić tę funkcję.
Tyle na temat kotów w łóżku. A na zakończenie obrazek, o którym nic nie wiem. Ma kilka podpisów i napisów, życie paryskie, kotki Ninotki, towarzysze w łóżku. Maryna wytrzasnęła ten obrazek ze strony La Calata Culta. To strona pisarki Leslie Guevara o erotyce i przewrotnych erotycznych okrucieństwach, zwłaszcza takich, które wykonują małe dziewczynki. Ta Calata Culta może oznaczać Kultową Inwazję, a inwazja w erotyce może oznaczać wiadomo co. A La Calata to taniec starowłoski z XVI wieku grany na lutni. Nic nie rozumiem, ale to chyba nie szkodzi.
Kobiety. Było ich w sztuce Mamy dużo, w szkicach, grafikach, linorytach, w tłumaczeniach już znacznie mniej, ale oczywiście była Alfonsina Storni oraz Mascha Kaléko, której wiersze Mama przetłumaczyła na moje zamówienie do jednej z pierwszych publikacji WIR-u, a mianowicie do tomu zatytułowanego Poetki z ciemności.
Jak zwykle, ale Czytelnicy już się chyba przyzwyczaili, nie jestem w stanie zaprezentować tu ani pełnego przekroju prac Mamy, w których pojawiły się kobiety, ani pokusić się o syntetyczną analizę tematu “Kobieta w twórczości Ireny Kuran-Boguckiej”. Jednak z okazji Dnia Kobiet chciałam tu przypomnieć niektóre wykonane przez Mamę wizerunki kobiet. Rzadko były to portrety, choć niekiedy rozpoznać można znajome twarze. Była wprawdzie grafika zatytułowana Ewa, o której chętnie bym głosiła, że to ja, ale niestety – nie byłam to ja. Była to jakaś młoda szczupła dziewczyna w swetrze z golfem i blond fryzurą na chłopczycę. Najpiękniejszą grafikę zbliżoną do portretu Mama zatytułowała chyba Tulipany – na pierwszym planie znajdował się szklany kulisty wazon z kwiatami, za nim, chyba w lustrze, twarz kobiety, którą wtedy rozpoznawałam jako Marynę, choć chyba nie było to jej rzeczywiste imię. Była to przez stosunkowo krótki czas dziewczyna jednego z młodych znajomych rodziców – duża kobieta, z prostymi włosami à la Marina Vlady, stąd chyba jej imię, która nosiła się bardzo jak na owe czase modnie i ekstawagancko. Byłam nieznośnym zakompleksionym brzydkim kaczątkiem i Mama podawała mi Marynę za przykład, jak trzeba się umieć “zrobić”, co Maryna umiała fantastycznie.
Piszę tu o Ewie i Marynie tak szeroko, bo… nie mam ani obu tych grafik, ani jak dotąd nie znalazłam żadnej ich reprodukcji.
Z reguły jednak kobiety Mamy nie były portretami, lecz stanowiły syntezę pewnego określonego typu ludzkiego. Widać to już w szkicach. Mama chętnie szkicowała podczas podróży, zapewne były to więc twarze napotkanych ludzi. Ale już w szkicu pojawia się to, co najważniejsze – linia przyszłego zsyntetyzowanego portretu.
Najpierw były portrety historyczne i egzotyczne – które w latach 50 Mama wykonała jako ilustracje do książek – katalogów Naszej Księgarni – Z książką przez stulecia i Z książką przez świat. Niestety nie mam tych książek i nikt z rodziny też ich chyba nie ma.
Już po opublikowaniu tego wpisu nieznany ofiarodawca przysłał mi mailem skany obu publikacji!
X
W obu tych książkach były zarówno przerywniki, jak i duże czarno-białe grafiki z jednym kolorem, w tych o historii był to niebieski, o kontynentach – kolor terrakoty.
Portretem syntetycznym były też kobiety z cyklu Okupacja i z obu cyklów pomyślanych jako ilustracje do Lorki.
Niewątpliwie najbardziej uproszczone są postaci z cyklu Metopy barbarzyńskie. Na marginesie dodam, że był to tytuł bardzo chętnie przerabiany przez dziennikarzy i prasę na Metody barbarzyńskie. No ale skąd dziennikarz miał wiedzieć, że fryz dorycki składał się z tryglifów czyli fragmentów kamienia we wzór geometryczny i metop – czyli płaskorzeźb. A zresztą – czy dzisiejszy dziennikarz będzie to wiedział? Wątpię. Mniejsza… Metopy barbarzyńskie były kondensacją rozmyślań Mamy o kulturach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Nie wiem, czy myślała o Azji, może o Tybecie, ale chyba nie o Chinach, Indiach i Indochinach.
Postaci z Metop to nie byli prawdziwi ludzie, to były tylko symboliczne sylwetki. Ale też wtedy Mama stworzyła najpiękniejszą swoją kobietę – Madonnę Nomadów. Sfotografowałam ją tu w mieszkaniu mojej Teściowej.
Gdy skończył się okres drzeworytów i Mama zaczęła pracować techniką linorytową, ludzie powrócili, ale jednocześnie wzmógł się stopień ich typizacji. W linorytach nie ma już podobieństwa do żadnego znanego czy nieznanego modela, tu już są tylko symboliczne figury miłości, tęsknoty, opuszczenia, śmierci.
Kolejne odkrycia historyków sztuki. Reblgowałam już tu tekst o Madonnie pod sosnami Cranacha. Dziś portret namalowany przez znanego śląskiego malarza Tischbeina i interesująca detektywistyczna historia. Mariusz Pilus pisze w ISSUU – platformie umożliwiającej swobodną publikację i przepływ tekstów naukowych i publicystycznych (super rzecz – zresztą sami zobaczcie: http://issuu.com):
Zanim zajmę się tematem właściwym, chciałabym podkreślić, że nagość przestała być tabu nawet na ulicy. Oto plakat wystawy radosnej amerykańskiej malarki hippisowskiej, Dorothy Iannone, zwolenniczki wolnej miłości i emancypacji kobiet, umieszczony na tablicach i słupach ogłoszeniowych w Berlinie. Na wystawie aż się roi od cipek i kutasków, pod tym względem plakat, który sfotografowałam na stacji metra, jest zasadniczo niemal purytański. Tym niemniej dziecię, które stoi niżej (metrycznie) niż dorosły, ma okazję obejrzenia bardzo dokładnie wszystkich kolorowych szczegółów. “A co to?” “Pani.” “A to?” “Pan.” “Aha.”
W związku z tym mogę się przestać martwić tym, że Maryna Over nadesłała mi mnóstwo pięknych aktów z kotami i spokojnie je tu umieścić. W końcu jest marzec, miesiąc kociej erotyki, a ludziom miesiąc obojętny, erotyka zawsze może być kolorowa. Oczywiście może też mieć 50 szarych twarzy, ale to już inna opowieść.
Już raz zresztą pokazałam TU bardzo piękny akt kobiecy w nader niezwykłej perspektywie. Był to obraz Mary Beth Mackenzie, też zresztą Amerykanki, podobnie jak Iannone.
Muszę przyznać, że współpraca z Maryną owocuje coraz to nowymi odkryciami – nie znałam Mary Beth Mackenzie, nie znałam też Alexa Colville. Ale też Maryna zna historię sztuki i sztukę jak mało kto.
Alex Colville, Lodówka 1977
Kanadyjczyk. Urodził się w sierpniu 1920, umarł w zeszłym roku, 23 lipca 2013. Miał 93 lata, niby dużo, ale ponoć my wszyscy dożyć możemy takiego wieku, a Wy żyć będziecie nawet 150 lat.
W roku 1942 zaciągnął się dobrowolnie do armii kanadyjskiej, brał udział w walkach w Europie, gdzie nadano mu funkcję i tytuł malarza wojennego. Po zakończeniu działań wojennych przebywał w Niemczech, gdzie stworzył cykl obrazów o okrucieństwach obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen.
Najsłynniejszy jego obraz to Podróż na Wyspę Księcia Edwarda (1963), ale kto by się spodziewał Ani z Zielonego Wzgórza, to się bardzo zdziwi, bo zobaczy kanadyjską wersję socrealistycznego obrazu WojciechaFangora (Postaci, 1950). Kobiety ze szkłami zamiast oczu. (Fangor po lewej)
Carmen Aldunate, Dom publiczny z kotem
Aldunate, chilijska malarka i feministka, urodziła się w roku 1940 – że jest feministką, widać gołym okiem. Kobieta na obrazie ma nie tylko nogę w gipsie (wybitnie nieerotyczny szczegół), ale też surowe spojrzenie istoty całkowicie niezależnej, a kot jeszcze to wrażenie potęguje. Ani kot ani prostytutka nie są przymilne i nie robią nic, by się przypodobać mężczyźnie.
Carmen Aldunate maluje zazwyczaj stylizowane i uwspółcześnione kobiety renesansowe – ślady jej stylu widać w nakryciu głowy prostytutki i tapecie.
Felix Vallotton, Kobieta z kotem 1919
Urodził się w Szwajcarii, żył w latach 1865-1925, działał w Paryżu.
Takie były czasy, wszyscy artyści albo mieszkali w Paryżu albo chcieli tam zamieszkać. Nazwa polskiej grupy artystycznej – kapiści – pochodzi od liter KP, skrótu “Komitetu Paryskiego”, czyli Komitetu Paryskiej pomocy dla wyjeżdżających studentów na studia malarskie do Francji, zawiązanego w 1923 roku przez Józefa Pankiewicza na krakowskiej ASP.
X I na zakończenie Pablo Picasso, kobieta z kotami na śniegu.
Pablo Picasso był miłośnikiem kotów, tym bardziej więc zastanawia motyw tego obrazu. Osobiście nie chciałabym jako modelka kucać nago na śniegu, a nawet Picasso nie zdołałby skłonić Schyzi do tarzania się w białym, zimnym, brrr…
Obraz Picassa Dora Maar z kotem z roku 1941 został właśnie sprzedany w Sotheby’s w Nowym Jorku za 95,2 milionów dolarów. Nie pokazuję go tu, bo Dora Maar, młoda argentyńska przyjaciółka Picassa, w okresie, gdy artysta miał 55 lat, jest na tym obrazie ubrana. Tytuł obrazu jest nieco zagadkowy, bo podobno nie każdy potrafi odkryć na nim kota. Proszę bardzo, gdzie jest kot?
Przez wiele miesięcy zawsze w niedzielę pojawiał się tu wpis poetycki, z reguły z muzyką lub nagraniem recytacji, z reguły w wielu językach. Od dziś poezja ustępuje miejsca kotom. A dokładniej Marynie i jej kotom. Maryna Over prowadzi na Facebooku piękną stronę o sztuce No woman no cry, z zawodu jest (chyba) krytykiem (krytyczką?) teatralnym(ą), w każdym razie studiowała na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Poza tym jest miłośniczką sztuki, jamników i kotów, chociaż może kotami zajęła się tylko dzięki moim zachwytom, bo podobno ma alergię na koty. W ciągu ostatnich tygodni dostałam od niej mnóstwo wyszukanych nie wiadomo gdzie i jak obrazów z kotami.
Tak, widać, że koty już były na tym blogu, po części właśnie dzięki Marynie. Od dziś będą się tu pojawiać co tydzień, w niedziele, bo niedziela to dobry czas dla kotów. Można się powylegiwać, polenić…
Zaczniemy od cytatu, przysłanego przez moją siostrę. “You can never know your cat. In fact, you can never know anyone as completely as you want. But that’s okay, love is better” – Caroline Paul in “Lost Cat”.
Caroline Paul was recovering from a bad accident and thought things couldn’t get worse. But then her beloved cat Tibia disappeared. She and her partner, illustrator Wendy MacNaughton, mourned his loss. Yet weeks later, Tibia waltzed back into their lives. His owners were overjoyed. But they were also… jealous? Betrayed? Where had their sweet anxious cat disappeared to? Had he become a swashbuckling cat adventurer? Did he love someone else more? His owners were determined to find out.
Using GPS technology, cat cameras, psychics, the web, and animal communicators, the authors of Lost Cat embarked on a quest to discover what their cat did when they weren’t around. Told through writer Caroline Paul’s rich and warmly poignant narrative and illustrator Wendy MacNaughton’s stunning and hilarious 4-color illustrations, Lost Cat is a book for animal lovers, pet owners, and anyone who has ever done anything desperate for love.
Dzisiejszy wpis z kotami Maryny poświęcę sobie – kobiecie w sukience, z kotem na kolanach. Lubię, jeśli sukienka jest niebieska.
Raz już tu była dziewczyna z kotem w niebieskiej sukience. Ale jest ich więcej.
Gwen John, british painter, 1876-1939. Wikipedia wrote: She was a Welshartist who worked in France for most of her career. Her paintings, mainly portraits of anonymous female sitters, are rendered in a range of closely related tones. Although she was overshadowed during her lifetime by her brotherAugustus John, her reputation has grown steadily since her death.
And further!
In the autumn of 1903, she travelled to France with her friend Dorelia McNeill (who would later become Augustus John’s second wife). Upon landing in Bordeaux, they set off on a walking tour with their art equipment in hand, intending to reach Rome. Sleeping in fields and living on money earned along the way by selling portrait sketches, they made it as far as Toulouse.
Max Liebermann, Old woman with a cat 1878, Getty Museum
Najlepszy niemiecki impresjonista. Żyd. Żył w latach 1847-1935. Mieszkał w Berlinie, w dużym domu koło Bramy Brandenburskiej (Pariser Platz 7) i był za życia tak sławny, że był jedynym prywatnym człowiekiem, którego adres podawano w niemieckich beadekerach.
W roku 1898 jako członek jury der “Großen Berliner Kunstausstellung” (Wielkiej Wystawy Sztuki w Berlinie) nominuje do nagrody prace Käthe Kollwitz i Waltera Leistikowa. Cesarz Wilhelm II nie zgadza się na tę nominację, co sprawia, że Liebermann i inni artyści zakładają własną grupę artystyczną, znaną w historii sztuki jako Secesja Berlińska.
Giovanni Boldini (1842 – 1931), włoski malarz, który większą część życia spędził we Francji. Był portrecistą ważnych mężczyzn i słynnych pięknych kobiet BelleÉpoque. Namalowany przez niego portret Marthe de Florian, aktorki, kurtyzany i przyjaciółki artysty, został w roku 2010 odkryty w jej paryskim mieszkaniu, opuszczonym przez nią w roku 1942. Marthe uciekła przed hitlerowcami na południe Francji i już nigdy nie wróciła do Paryża. Mieszkanie przez 70 lat było zamknięte. Gdy je przypadkiem odkryto, świat obiegło zdjęcie wspaniałego, zabałaganionego wnętrza. Na portrecie Marthe jest ubrana w atłasową suknię i boa w kolorze starego różu. Portret został namalowany w roku 1888, gdy aktorka miała 24 lata. Gdy umarła w roku 2007, miała 91 lat. Ocenia się, że portret jest wart ponad trzy miliony euro.
Wojciech Fangor. Urodził się w roku 1922 w Warszawie. Malarz, plakacista, rzeźbiarz. W swoim czasie jeden z czołowych przedstawicieli socrealizmu, człowiek, który namalował słynną “Matkę Koreankę”. I jest to bardzo dobry obraz. Popatrzcie.
W roku 1961 wyjechał na wiele lat z kraju. Do Polski wrócił w roku 1999. W latach 1964-65 mieszkał w Berlinie, ale nigdy nie znalazłam tu śladów jego pobytu. Nikt go też nigdy tu nie wspominał. Natomiast wiele lat później nazwisko artysty pojawiło się w berlińskich wiadomościach typu kronika kryminalna. Wiadomość miała zostać tak sformułowana, żeby nikt niczego się nie dowiedział. Oto niejaki Sławomir S., lat 36, Polak, remontował wraz z kolegami berlińskie mieszkanie znanego polskiego kolekcjonera sztuki. Obraz Fangora, na czas remontu przechowywany skrzyni, został ukradziony w gabinecie dentystycznym, w akcie zemsty za niesolidne rozliczenie pracy ekipy. Panowie budowlańcy nie znali wartości dzieła.
Jestem z Berlina, znam tego słynnego kolekcjonera sztuki-dentystę, posiadacza największej bodaj czy nie na świecie kolekcji elementów rozebranego i rozsprzedanego Muru Berlińskiego. Ciekawe, czemu nie można było w notce opisać wszystkiego prostym ludzkim językiem. I ciekawe, czy jest to nieudolność dziennikarza czy przesadne wymogi ochrony danych osobowych Pana Zbieracza. Zresztą poczytajcie sami: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Kradziez-cennego-obrazu-Wojciecha-Fangora-Zarzuty-dla-pieciu-osob,wid,14953661,wiadomosc.html?ticaid=11238f
PS. Napisałam ten wpis 17 lutego. To Międzynarodowy Dzień Kota, zapoczątkowany w Perugii w celu obrony kotów przed zabobonami. Dziś już nikt nie pamięta, że to dlatego ustanowiono ten dzień. Dziś po prostu wszyscy dzielili się ze wszystkimi kotami. Oto jeden z łupów zdobytych na Facebooku tego dnia:
Na portalu “Rynek i sztuka” ukazał się dwa miesiące temu fascynujący artykuł o dwóch Madonnach pod jodłami Lucasa Cranacha Starszego.
Paulina Barysz
Dawno temu we Wrocławiu…
Nasz „film” powinien rozpocząć się u początków XVI stulecia, gdy Joachim Lindlau, członek kapituły katedralnej, postanawia ufundować dla katedry we Wrocławiu obraz niezwykły, zarówno pod względem artystycznym, jak i ideowym. Wiedziony celem swego zamierzenia Lindlau udał się do jednego z doskonalszych malarzy niemieckich, Lucasa Cranacha Starszego i jego pracowni w Wittenberdze. Stamtąd przywiózł Madonnę pod jodłami, wybitnej urody dzieło o subtelnym rysunku i wrażliwym wyrazie miłości Matki i Syna. Obraz został umieszczony w ołtarzu kaplicy Świętego Jana Ewangelisty. Bez nagłych zwrotów akcji fabułę możemy przenieść do XX wieku.
Pociski okupantów nie oszczędzały Wrocławia. Bomby boleśnie raniły najważniejsze punkty miasta i najpiękniejsze zabytki – katedry, rezydencje, kamienice, muzea. Ostrów Tumski ucierpiał najmocniej. Kłęby dymu i cień ruin wisiały nad miastem, które dawno zapomniało już o swym zaprzeszłym rytmie i uroku. W żalu i w niezgodzie z niesprawiedliwością wojennych działań należało zadbać o zabytki, przynajmniej te „ruchome”. W mocy była wszak czwarta konwencja haska z 1907 roku, nakazująca chronić dobra kultury podczas trwania wojny. W 1943 roku Wrocław przystępuje więc do wielkiej ewakuacji swoich zabytków. Wśród ratowanych przed nalotami obiektów jest między innymi Madonna pod jodłami. Wtedy, nagle, bez uprzedzenia obraz rozpoczyna wędrówkę. Tułaczkę wojenną pozbawioną wzruszającego pożegnania i obietnic rychłego powrotu – nie ma czasu, nie ma czasu! Cięcie!
*** Powiem tylko tyle, obraz wędruje, wraca, a kiedyś, nagle, okazuje się, że są dwa takie obrazy. Potem jest nie tyle film sensacyjny, co żmudna walka biurokratów w zjednoczonej Europie, ale jednak po różnych stronach granicy. A potem…
***
Szczęśliwe zakończenie
W 1985 roku w niemieckim czasopiśmie Bunte (również Stern) ukazał się artykuł, w którym dokładnie opisano losy Madonny pod jodłami. Autorzy nie pominęli istotnego faktu wykonania kopii obrazu przez księdza Zimmera i Georga Kupke. W artykule padły daty, nazwiska, miejsca i wzmianka, że ostatni właściciel obrazu mieszka w Szwajcarii i zamierza sprzedać malowidło. W żadnym stopniu nie przyczyniło się to jednak do rozwiązania zagadki, gdzie znajduje się utracone dzieło. Śledztwo umorzono z braku dowodów, a archidiecezja wrocławska zdawała się powracać do dawnego stanu inwentarza. Przełom nastąpił dopiero po 27 latach, gdy do Wrocławia przyszedł list, nadawcą zaś była diecezja w St. Gallen. Anonimowy kolekcjoner, właściciel oryginalnej Madonny pod jodłami, przekazał poszukiwaną stratę wojenną szwajcarskiemu kościołowi z prośbą o zwrócenie go prawowitym właścicielom. Biskupi niezwłocznie podjęli decyzję o ostatecznym przekazaniu obrazu pierwotnym posiadaczom, dla których w zamierzeniu początkowym dzieło powstało. Owym prawowitym właścicielem była oczywiście katedra wrocławska!
Ostatnie akapity scenariusza opowieści obejmują początek 2012 roku, czyli początki negocjacji polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z biskupstwem St. Gallen Negocjacje zakończyły się wielkim sukcesem, bo już w lipcu Madonna pod jodłami powróciła do Wrocławia po wojennej tułaczce. Solidne kino akcji z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem!
Jurija Gashaka, „Kobieta i koń” w synagodze w Drohobyczu
Deutsche Fassung unten // English version below
Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.
Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.
Podczas wernisażu wystawy planuje się prapremierę obu wersji – „Awersu” i „Rewersu”:
“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” w Galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii „Domek Romański” (18.04.-29.05.2013).
Druga odsłona wystawy przewidywana jest jesienią i zimą 2013/2014 (listopad-styczeń) we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem.
Kuratorka wystawy i redaktorka katalogu w języku polskim i angielskim: drXLidia Głuchowska.
Jurij Gashaks „Frau und Pferd” in der Synagoge zu Drohobycz
Film Jurij Gashaks „Frau und Pferd” wurdeim Herbst 2012 in der alten Synagoge zu Drohobycz realisiert. Der Anlaß dazu war das dortige Bruno-Schulz-Festival. Der Film wiederum wurde von der Fotografie Mariusz Kubielas’ „Eine Frau ein Klavier in Anwesenheit dreier Zeugen tadelnd” inspiriert, welche 2006 in Iłownica/Polen entstanden ist und zu einer von Kubielas geschaffenen Fotoserie „Bei Schulz“ gehört. Dazu zählen ca. 40 Schwarz-Weiß-Fotos, die anhand einer Methode, durch ihren Gestalter „Dirketfotografie” genannt, ausgeführt wurden: Das heißt, dass dabei keine Computerverarbeitung oder -Korrektur sowie keine Fotomontage angewandt wird. Die Basis dafür bilden ausschließlich manuelle Prozeduren. Manchmal gehen dem Endeffekt einige Aufnahmen eines und desselben Shots, manchmal sogar einige Filmrollen. Diese einzigartige Fotografien enthalten eine visuelle Essenz der lange hergestellten Drehbücher und der mehrwöchigen „Theatralisierung” von Innenräumen sowie der Lichtstudien, die die Grundlage einer traumartigen Aura bilden.
Der Film Gashaks, welches in einer spektakuläre Weise die vom Werk Kubielas evozierte Strategie der Einladung zum „Hereingehen ins Bild”, besteht in zwei Fassungen.
Dank der Genehmigung des Filmmachers, die uns vom Fotografen weitergeleitet wurde, präsentieren wir hier dessen „Revers” (Kehrseite).
Die Uraufführung der beiden Versionen – sowohl des „Avers”, als auch des „Revers” – ist für die Vernissage der Fotoausstellung in Wrocław/Breslau geplant:
“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”
Galerie des Niederschlesischen Zentrums für Fotografie „Domek Romański”/“Romanisches Haus“ (18.04.-29.05.2013).
Als zweiter Ausstellungsort wird die Schau die Breslauer Synagoge zum Weißen Storch zeigen (November 2013 – Januar 2014).
Ausstellungskuratorin und Herausgeberin des dazu gehörigen Katalogs, welches in der polnischen wie englischer Sprache erscheinen wird, ist: Dr. Lidia Głuchowska.
***
Jurij Gashaks, „Woman and Horse” in the synagogue in Drohobycz
Film Jurij Gashaks „Woman and Horse” was produced in Fall 2012 in the Old Synagogue in Drohobycz. The inspiration for it was the photography by Mariusz Kubielas „Woman rebuking a piano at a presence of three witnesses” realised 2006 in Iłownica/Poland. It belongs to the photographical series “At the Schulz place” consisting of c. 40 black and white images created since 2004 according to the method described by its author as “direct photography”. That means, that he uses neither computer modifications or corrections nor photomontage.
The technical basis hier are only manual procedures. Sometimes the final effect follows several shots of the same scene, sometimes even several photo scrolls. These unique photographs are visual essence of the special scenarios and many weeks of the „theatrical stylisation” of interiors or light studies, which allow to create a dream-like atmosphere.
The Gashak’s film, which in a spectacular way illustrates a strategy of invitation the spectator to „come into the photographical image”, exists in two versions.
With permission of its authors, which was forwarded to us by the photographer, which work inspired him, we present here its „Reverse”.
Presentation of its both versions, “Awers” & “Rewers”, is prepared for the opening of the exhibition:
“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” at the Gallery of the Lower Silesian Centre for Photography „Domek Romański”/”The Roman House”
(18.04.-29.05.2013).
Its second show is previewed for the Fall and Winter 2013/2014 (November-January) in the White Stork Synagogue in Wroclaw
Curator of the Exhibition and Editor of its Catalogue in Polish and English: dr Lidia Głuchowska
Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym gestem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem