Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast…
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…

Zamiast choinki / Anstelle eines Weihnachtsbaumes

Picuture published by our friend Monika Saczyńska

Und unten (ohne abzugucken) solche Dekoration bei Dorota Kot / Poniżej podobna dekoracja u Doroty Kot, która wcale nie tu szukała inspiracji.

No i oczywiście, jak zawsze, obowiązkowa choinka z książek, tu z księgarni FiKa w Szczecinie (www.fikaszczecin.blogspot.com).

Und wie immer, ein Weihnachtsbaum aus Büchern, diesmal in FiKa-Buchhandlung in Stettin.

A tu choinka z książek Krystyny Koziewicz / Buchweihnachtsbaum von Krystyna Koziewicz.

Mein Weihnachtsbaum wanderte diesmal am 1. Adwent vom Balkon zum Überwintern ins Wohnzimmer. Noch dazu: Keine Dekoration ist gekauft worden, alles ist gefunden oder geschenkt worden, oder es sind meine Schals und Perlenketten, alltägliche Gegenstände also, die umfunktioniert wurden, damit der Mix aus Adventskranz und Weihnachtsbaum in diesem Jahr rot wirkt. Die blaue Figur oben links ist eine Skulptur von Barbara Piwarska-Ur.

Moja tegoroczna choinka przywędrowała na przezimowanie z balkonu i jest mixem wieńca adwentowego z choinką. Wszystkie dekoracje są albo znalezione, albo podarowane albo przerobione z przedmiotów codziennego użytku. Ciemnoniebieska kobieta po lewej stronie zdjęcia u góry to rzeźba Barbary Piwarskiej-Ur.

Podróżnik berliński, Maciej Łuszczyński-Łempka pokazuje, jakie są choinki w Gruzji / Hier ein Foto aus Georgien:

No i hit wszechczasów, już tu przed rokiem publikowany – choinka Sebastiana! / Und der beste Weihnachstbaum aller Zeiten, publiziert hier schon Mal im Jahre 2016 – Weihnachstbaum von Sebastian!

Szopki dworcowe

Tekst Tadeusza wpisuje się w tegoroczny, luźny i niezobowiązujący cykl postów świątecznych.

Tadeusz Rogala

W drodze do Betlejem – polskie szopki bożonarodzeniowe na dworcach Niemiec i Europy

Tradycyjnie już od 22 lat w pierwszą niedzielę adwentu o godzinie osiemnastej na Dworcu Głównym w Stuttgarcie został wystawiony kolejny polski żłóbek Bożonarodzeniowy. Co roku młodzież Zespółu Szkół Plastycznych im. Antoniego Kenara w Zakopanem wykonuje nowy żłobek Bożonarodzeniowy dla Polonii stuttgarckiej, a te z lat poprzednich wystawiane są w innych miastach Niemiec i Europy. Najczęściej pokazujemy je na dworcach i lotniskach, ale także w szpitalach lub innych miejscach licznie odwiedzanych. Jest tych szopek już ponad trzydzieści, bo zdarzały się lata, że otrzymaliśmy dwie szopki. Oprócz młodzieży z Zakopanego szopki wykonywali też uczniowie ze szkół plastycznych z Bydgoszczy, Nowego Wiśnicza, Katowic i Tarnowskich Gór.

Szopka ze Stuttgartu wystawiona w Ludwigsburgu

Incjatorem Szopek Dworcowych jest ksiądz profesor Witold Broniewski ze Stuttgartu. Opiekę organizacyjną na incjatywą objęło stowarzyszenie kulturalne przy polskiej parafii w Schwäbisch-Gmünd.

Tegoroczna szopka na Dworcu Głównym w Stuttgarcie została wystawiona pod hasłem „Betlejem i chorzy”, w szopce oprócz tradycyjnych postaci jak Dzieciątko Jezus, Maria, Józef, Trzej Królowie, obok pasterzy i zwierząt, stanęły inne postacie dobrze nam obecnie znane, jak Matka Teresa i ojciec dominikanin de Veuster.

Wszystkie zdjęcia oprócz górnego  – odsłonięcie tegorocznej Szopki Dworcowej w Stuttgarcie (grudzień 2017)

Można zapytać, dlaczego nasze stowarzyszenie wystawia te szopki na dworcach i w innych miejscach publicznych, a nie w kościołach? Szopki Dworcowe są przeznaczone dla wszystkich, nie tylko wierzących. Jedni upatrują w nich motyw religijny, inni odnajdują tradycję, a jeszcze inni sztukę. Dzieciętko Jezus z tych szopek nie che być zamknięty w kościele, ale chce iść do ludzi i być z ludźmi, ze wszystkimi, niezależnie od wyznania czy koloru skóry. Każda szopka niesie z sobą jakieś specjane przesłanie. Przesłania z innych lat to np. „Betlejem a twórcy kultury”, „Betlejem a rodzina”, „Betlejem a dialog”, Betlejem a kobiety”.

Każdemu wystawieniu szopki towarzyszy jakiś element widowiskowo-artystyczny, np. występ chóru, zespołów muzycznych czy wspólne śpiewanie kolęd, często w różnych językach. Występują artyści różnych narodowości i pochodzący z różnych kultur.

W tym roku polskie Szopki Dworcowe ze Stuttgartu można oglądać tradycyjnie do święta Trzech Króli m. in. w Stuttgarcie, Ludwigsburgu, Görlitz, Essen, Fraknfurcie nad Menem, Freiburgu, Karlsruhe, Kolonii, Norymberdze, Münster, Monachium i w miastach europejskich m. in. Bratysławie, Krakowie, Lwowie, Pradze, Warszawie i Wiedniu.

Inicjatywę Szopek Dworcowych wspierają nie tylko środowiska polonijne i chrześcjańskie, ale także różne grupy międzynarodowe.

W roku 2009 ukazał się album poświęcony tej incjatywie pt. „W drodze do Betlejem – Unterwegs nach Betlejem”, w języku polskim i niemieckim, autorstwa ks. Witolda Broniewskiego.

***

Autor jest działaczem polonijnym z Badenii-Wirtembergii, współzałożycielem Polskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego w Stuttgarcie

Barataria 41 Król się bawi

Ewa Maria Slaska

Królowie i książęta

Tematy baratarystyczne mnożą się jak nie przymierzając króliki w pewnej kampanii publicznej, a tu trzeba się cofnąć do wpisów sprzed miesięcy, kiedy to sugerowałam, że nowo obrany gubernator Baratarii jest karnawałowym królem. Pora na powrót do tematu jest jak najwłaściwsza, w Niemczech bowiem karnawał zaczyna się już 11 listopada (11.11.) o godzinie 11:11. Gdy więc cały świat obchodzi koniec I wojny światowej, a 60 tysięcy polskich nazistśw, nie zauważonych przez telewizję publiczną, wrzeszcząc, że “chcą Boga”, maszeruje bezkarnie ulicami Warszawy, pobłogosławionych uprzednio przez księży Kościoła Katolickiego, w Niemczech wkłada się na głowę głupawą czapeczkę a na nos głupawy czerwony nos i zaczyna się huczne świętowanie (bo to my w adwencie zabaw hucznych urządzać nie mamy, oni – a jakże, jak najbardziej urządzać je mają). I wybiera się, a jakże, karnawałowego króla. Stolicą niemieckiego karnawału jest Kolonia. A wygląda tam tak:

Króla wybiera się w Kolonii od zawsze, ale od roku 1823 nazywa się go nie królem (obraza majestatu) lecz Bohaterem karnawału. Pierwszy Bohater był Włochem, producentem słynnej wody kolońskiej 4711, i nazywał się Emanuel Ciolina Zanoli. Był też przedstawicielem Stowarzyszenia, które postanowiło poprawić obyczaje karnawałowe. Dotychczas “lepsze państwo” świętowało w pałacach i mieszczańskich kamienicach, a plebs szalał na ulicach, co zazwyczaj kończyło się burdami. Król-bohater miał połączyć zwyczaje i złagodzić obyczaje, wyprowadzić bogatych na ulice, a biednych okiełznać i utemperować. Nie zawsze się to udaje. Efekty widać do dziś – 11 listopada 2017 roku aresztowano 50 osób za wykroczenia i naruszanie porządku publicznego, a kilkadziesiąt upomniano za… nieuprawnione sikanie po kątach!

Termin karnawału jest nie tylko zabawą z lubianymi przez wszystkich, tzw. urodzinami miesiąca (11.11. o godz. 11:11), ale z uwagi na czas i rzymską historię założycielską miasta – przypomnieniem rzymskich Saturnaliów. Non semper Saturnalia erunt, mawiali starożytni Rzymianie i rzeczywiście w Rzymie Saturnalia trwały kilka dni, od 17 do 23 grudnia i to one wyznaczyły umowny wszak termin Bożego Narodzenia. Ale w Niemczech… w Niemczech jak się zaczęły 11 listopada, tak trwać będą do końca karnawału czyli śledzika. Dobre cztery bite miesiące zabawy!

Jak go zwał, tak go zwał, ale Bohater ubrany był zawsze jak król, nosił atłasowy płaszcz obszyty gronostajem, a na głowie miał i ma koronę z pawich piór, co sybolizować ma nieśmiertelność. W roku 1823 nie było jeszcze królowej karnawału, ale Bohaterowi towarzyszyła Dziewica-Założycielka (do roku 1924 jej rolę odgrywał zawsze mężczyzna, od prawie stu lat – różnie bywa, w tym roku to facet) czyli rzymska cesarzówna Julia Agryppina (to na jej cześć miasto zostało nazwane Kolonia Agrippa). W roku 1871 Bohatera nazwano Księciem, a dziewicę Założycielkę przemianowano na Pannę Wenecję. Od roku 1825 do Króla-Bohatera i Panny dołączył jeszcze chłop (Bauer) i tak jest do dziś – ta trójka poniżej to Kölner Dreigestirn, Koloński Triumwirat. Król jest szalony, chłop rubaszny, dziewica – milusia. Ale panna i chłop już to pojawiają się, już to znikają, a Król, nawet jeśli go przemianowano to na bohatera, to zaś na księcia, jest zawsze. Obiera się go jeszcze podczas przygotowań do karnawału, ale urzęduje dopiero od stycznia następnego roku. Tak wyglądali w roku 2005.

W tym roku królem został Michael Gerhold, literat, który rządzić będzie jako Michael II.

***
Drugim powodem, żeby powrócić dziś do tematyki karnawałowej, jest historia pewnej premiery. Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse) – dramat Wiktora Hugo z roku 1832, pierwsze dzieło literackie zakazane przez cenzurę po francuskiej rewolucji lipcowej. Trwała ona trzy dni (od 27 do 29 lipca), udaremniła próbę powrotu do absolutyzmu dokonaną przez Karola X i zaprowadziła we Francji monarchię lipcową. Wieść o rewolucji lipcowej we Francji rozeszła się po całej Europie, zachęcając do walki przeciw porządkowi stworzonemu i strzeżonemu przez Święte Przymierze. W sierpniu wybuchła rewolucja belgijska, w listopadzie – powstanie przeciwko Rosji w Warszawie.

Król się bawi to historia intryg i miłostek na francuskim dworze w czasach króla Franciszka I, historia zakończona morderstwem. Sztuka miała wymowę głęboko antymonarchiczną i została zakazana w dzień po pierwszym wystawieniu 22 listopada 1832 roku w Komedii Francuskiej. Na przedstawieniu zebrała się spora grupa młodych sympatyków republiki, którzy po wyjściu z teatru śpiewali pieśni rewolucyjne.

Dramat Hugo wystawiono dopiero po 50 latach. Na jego podstawie Giuseppe Verdi napisał operę Rigoletto, którą o dziwo można było wystawiać również we Francji. Jednak przezorny librecista,  Francesco Maria Piave, zmienił imiona bohaterów i przeniósł akcję do Mantui. W przeciwieństwie do sztuki Wiktora Hugo operę zna każdy, choćby z jednej tylko arii – La donna e mobile!

Rozpropagowana współcześnie przez „Trzech Tenorów”, już przedtem wykonywana była jako numer popisowy, śpiewał ją między innymi Enrico Caruso. Pierwszym tenorem śpiewającym podczas światowej prapremiery (15 lutego 1845) w Teatro La Fenice w Wenecji rolę Księcia Mantui, a zatem i samą arię, był Raffaelle Mirate.

Wikipedia twierdzi, że aria w zestawieniu ze stylem życia księcia Mantui jest wyrazem libertynizmu. Książę Mantui wykonuje ją w gospodzie Sparafucila, zalecając się do jego siostry i wspólniczki w ciemnych interesach – Magdaleny. Rozwiązłość księcia obserwuje także Gilda, córka Rigoletta, której garbaty błazen chce pokazać prawdziwą naturę człowieka, w którym była zakochana.

Plakat z 22 listopada 1882 roku – pierwsze wystawienie sztuki Król się bawi po zniesieniu zapisu cenzorskiego.

***

Oczywiście król Francji w sztuce  Król się bawi i książę Mantui w operze Rigoletto to nie “nasz” karnawałowy król Sancho Pansa – w obu dziełach jest on jednak obecny. U Hugo to błazen Trybulet, w operze – tytułowy Rigoletto, błazen przechera, charakter złośliwy acz zarazem prawdziwy, ludowy, mądry, sprytny, a przy tym złośliwie i niesprawiedliwie ukrzywdzony, zabawka w ręku władcy.

Na zakończenie owa aria, jedna z najsłynniejszych arii na świecie – Kobieta zmienną jest. Luciano Pavarotti.

Po Halloweenie w Berlinie znikają dynie

Mam na myśli sklepy – oferta komercyjna jeszcze kilka lat temu była taka, że wracał człowiek z wakacji, upał, piasek w walizce, muszelki, a tu tymczasem w sklepie pierniki w czekoladzie i typowe niemieckie spekulacjusy. Wszyscy się o to wściekali, były jakieś protesty, które nic nie przynosiły, bo te mikołaje z czekolady układała na półkach wolna ręka rynku… No ale kiedyś, całkiem niedawno, komercja odkryła, że między latem a zimą jest jeszcze jesień. Pojawiły się jabłka, śliwki, orzechy, kasztany jadalne i oczywiście – dynie, dynie, dynie… I tak aż do Zaduszek. Gdy się jednak już na dobre zacznie listopad, dynie przenoszą się na stoiska jarzynowe, a świat opanowują kalendarze adwentowe, nie budzący wytpliwości znak, że nadchodzi czyli adveni zima… Taki zatem wpis na zmianę sezonu…

EMS

W okresie Halloween – w Polsce znów rozgorzała dyskusja.
Jest, jak zwykle wiele opinii krytycznych.
A przecież ta niewyszukana forma rozrywki, czyli straszenie – obecne jest w wielu filmach, nie mówiąc o grach komputerowych itp.
Może warto więc zachować proporcje i zająć się oceną wzbudzanego przez polityków strachu wobec obcych i inaczej myślących?
Nie mówiąc już o atmosferze straszenia konfliktami zbrojnymi.

Wróćmy jednak do obyczajów regionalnych.
Mój kuzyn, Adam Rejman przesłał swoje wspomnienia ze zwyczaju kultywowanego w jego rodzinnej wsi – w Czarnej, koło Łańcuta, na Podkarpaciu.
W zwyczaju tym też jest trochę straszenia… ale jakie to niewinne wobec Halloween:-) nie mówiąc już o straszeniu wojną….

Andrzej Rejman


Adam Rejman

Czarnieńskie zwyczaje i obyczaje okołobożenarodzeniowe

W Czarnej nie mieszkam już od 1971 roku, ale swoich informatorów / młodszy brat / tu mam…
Od niego dowiaduję się, że zwyczaj kolędowania / droby i nie tylko / całkowicie tu zaniknął… Pomyślałem , że może warto więc o tych malowniczych zwyczajach napisać parę słów, w nadziei że może ktoś zechce o tym przeczytać, może jakoś utrwalić a może nawet reaktywować ?… A czarnieńskie kolędowanie to były w pierwszej kolejności droby… I od razu zaznaczam…Czarnieńskie droby chodziły tylko w Nowy Rok a ja byłem jednym z nich… Droby były różne i zmieniały się wraz z upływem czasu…Pamiętam że, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, wpierw, skoro świt, budziły gospodarzy droby biedne… Takie które z workiem na plecach zbierały pszenicę dla kur ale jabłkiem lub kawałkiem ciasta też nie gardziły…Ich strój nie był wyszukany… Zwykle był to odwrócony na drugą stronę kożuch przepasany powrósłem a na twarzy maska zrobiona ze skórki króliczej z otworami na oczy i nos…Bywało że taki bardziej pomysłowy kolędnik przyczepiał do maski czerwony nos i język w takim samym kolorze… Kiedy robiło się już bardziej widno i ciepło, zaczynały chodzić grupy poprzebieranych dzieci i trochę starszej młodzieży… Dzieci odwiedzały zwykle sąsiadów którym składały życzenia a jako datki zbierały drobne pieniążki, czasami słodkie ciasto… Dzieci były bardzo kolorowo poprzebierane… A to za anioła, a to za diabła i bywało że /zwykle diabeł/ straszyły tych malców, którzy na kolędników byli jeszcze za młodzi i przebywali w domach… Tym ostatnim zwykle nie było do śmiechu i takie diabelskie poszturchiwanie drewnianymi widłami zwykle kończyło się płaczem… Starsza już trochę młodzież zaczynała chodzić w godzinach popołudniowych, również kolorowo poprzebierana i zwykle skupiała się na odwiedzaniu tych domów w których był kawaler albo panna, którzy nie brali udziału w chodzeniu po drobsku… Młodzież ta nie gardziła kolędą w postaci drobnych grosików ale też nie odmawiała poczęstunku, którym zwykle było porzeczkowe wino… Wszystkie droby obowiązkowo wchodząc do czyjegoś domu wypowiadały formułkę “Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok… Żeby się wam urodziła pszeniczka i groch… Zimnioki jak pnioki, kapusta jak przetaki, owies jak las… Żeby się wam dobrze konik pasł”…I ewentualnie jeszcze coś więcej, jak ktoś umiał… Do pewnego czasu obowiązkiem droba było się tak przebrać, żeby nikt z domowników nie poznał kto jest kto… Odwiedzani domownicy z kolei czynili duże wysiłki żeby kolędnika rozpoznać, co skutkowało czasem zrywaniem z drobów masek… Było przy tym dużo śmiechu, kiedy okazywało się że… Adaś to ty?… A ja myślałem, że to kto inny… Początkowo maski robiło się samemu ze wspomnianej już wcześniej króliczej skórki, bądź szyto z jakiegoś płótna… Oczywiście diabeł, anioł i śmierć były najbardziej cenione… Później gotowe już maski tłoczone z papieru kupowało się w jednym ze sklepów, w Łańcucie… W czasie kiedy już byłem poważnym kawalerem moda na maski zniknęła i nikt już nie ukrywał swojej twarzy… Za to malował ją szminką i innymi farbami oraz przyozdabiał a to kowbojskim kapeluszem a to indiańskim pióropuszem… Zdarzało się, że niektóre dziewczęta potrafiły sobie tak wymalować wąsy i brody, że były brane za facetów… Nie wszyscy mieszkańcy wtargnięcie drobów do izby witali z radością, dlatego niektóre domy były, często w ostatniej chwili, zamknięte… Ale były też domy w których gospodarz czekał na drobów z otwartymi rękami i otwartym gąsiorkiem wina domowej roboty… Ostatni rodzaj drobów to były droby wieczorowe i nocne… To była już przeważnie podstarzała kawalerka a przypuszczam, że i żonaci mężczyżni też brali w tym udział… Raz byłem świadkiem takiego wtargnięcia tych wieczorowych drobów do mojego domu… Byli dość mocno podchmieleni, wyposażeni w harmonię i gdy tylko weszli, zaraz zaczęły się tańce… Pamiętam jak moja matka wywijała z takim jednym, niestety po zakończonym tańcu trudno ją było rozpoznać bo tak została wysmarowana w trakcie tańca sadzą… Droby te też chętnie całowały wszystkich dorosłych domowników, a z takiego pocałunku wychodziło się zwykle mocno usmarowanym szminką i sadzą… Oczywiście domagali się wódki i wina, i bez względu na to, czy dostali czy nie, rozrzucali po mieszkaniu sieczkę… Pamiętam, że jeden z tych drobów chyba przedawkował, bo podważali mu szczęki drewnianą łyżką i coś /kwaśne mleko ?/ wlewali do ust… Droby w zasadzie ograniczały swoją aktywność do swojej wsi, choć zdarzało się że do Czarnej docierały czasem droby z Krzemienicy… Ja i moi koledzy takich spotkań z krzemienickimi drobami unikaliśmy, bo szła fama, że oni zaraz będą chcieli się bić… Jako ciekawostkę podać mogę, że nasza próba poszerzenia drobskiego terytorium o Łukawiec skończyła się fiaskiem, bo już w pierwszym obejściu na Łukawcu zostaliśmy przepędzeni przez jakąś bardzo energiczną staruszkę z miotłą… Jak póżniej ustaliliśmy, na Łukawcu zwyczaj chodzenia po drobsku nie był w ogóle znany… A po Nowym Roku, zwykle o wieczorowej porze zaczynali chodzić inni kolędnicy… Jak to mogło wyglądać można wyobrazić sobie choćby oglądając w telewizji chodzenie z turoniem, z tym że w Czarnej było to chodzenie z kozą… Koza bodła domowników i grożnie kłapała pyskiem… W ekipie która jej towarzyszyła obowiązkowo musiał być anioł, diabeł, śmierć z kosą, czasem Żyd… Śmierć oczywiście tą kosą wywijała, diabeł szturchał widłami, Żyd coś tam mamrotał… Kilka razy przez wieś przeszła też ekipa ze słoniem… Słoń był tak skonstruowany że wywijał zrobioną ze sprężyny trąbą a pozostali uczestnicy przedstawienia /diabeł, śmierć/ robili swoje… Do zwyczajów związanych z Bożym Narodzeniem należało też przejście przez wieś Trzech Króli… Za mojej pamięci zdarzyło się to raz i dobrze pamiętam tych trzech rosłych mężczyzn, ubranych iście po królewsku, w powłóczystych sukniach i ze złotymi koronami na głowie… Godne odnotowania jest też przejście przez Czarnę ekipy, która w specjalnie skonstruowanej szopce pokazywała teatrzyk kukiełkowy, który ówcześni Czarnianie nazywali “puszczaniem bożków”… Na dzieciach ogromne wrazenie robiły pokazywane kukiełki… A to diabeł… A to anioł… Śmierć… Postać Żyda …I robiąca masło czarownica… W teatrzyku tym cały czas coś się działo… Śmierć ścinała komuś głowę… Diabeł przepędzał Żyda i przeszkadzał czarownicy w pracy… Nie mam pewności, skąd na Zawodzie dotarł ten teatrzyk… Zapamiętałem dwie wersje… Że albo z Krzemienicy, albo gdzieś z okolic Borka Starego… Wreszczie chodzenie z gwiazdą, w którym uczestniczyłem… Taką bardzo solidną gwiazdę, do wnętrza której wkładało się zapaloną świeczkę, zrobił nam ojciec… Gwiazda była przeszklona, a jej szybki pomalowane na różne kolory… Kiedy stawało się wieczorową porą pod czyimś oknem, a domyślni mieszkańcy gasili w izbie światło, mogli oglądać za oknem kolorowe widowisko… Oczywiście że dziś taki spektakl przegrał by z pierwszym lepszym kolorowym telewizorem, ale wtedy nie było przecież nie tylko telewizji ale nawet prądu w niektórych chałupach… Stojąc pod oknem wykonywaliśmy którąś z popularnych kolęd, a później czekaliśmy na zapłatę, czyli kolędę… Gdy kolędę otrzymywaliśmy, odchodząc śpiewaliśmy: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za kolędę dziękujemy… Ażebyście długo żyli… A po śmierci w niebie byli… Z aniołami!”… A gdy gospodarz nie kwapił się z datkiem, mógł na odchodne usłyszeć: “Wiwat, wiwat, już idziemy… Za nic wam nie dziękujemy… A żebyście krótko żyli… A po śmierci w piekle byli… Z diabełkami!”…
Zwyczaje wielkanocne były znacznie uboższe… Ja zapamiętałem tylko przejście przez wieś szczodroków… To byli normalni, choć z pewnością biedni, nie przebrani ludzie… Deklamowali jakąś formułkę /… a jo mały żoczek, wylozem na krzoczek itd /… I oczekiwali szczodroków… A szczodroki to były takie twarde jak kamień, razowe bułki, w które zęby wbijało się z największym trudem… Prawdziwy przysmak przedwojennych i wojennych dzieci, na przednówku…

*Czarna k. Łańcuta – wieś i gmina wiejska w województwie podkarpackim, w powiecie łańcuckim (11,6 tys mieszk.)


Póżniejsza nasza dyskusja o tekście i nie tylko –
Napisałem Adamowi, że wspominam ten zwyczaj jeszcze z lat 60, ale pamiętam, że
mówiło się “Draby”, i “Chodzić po drabsku” – na co odpowiedział:
Wikipedia podaje to tak: Draby noworoczne /droby/… Ale już dziennikpolski24.pl pisze: noworoczne droby, szczodroki, nowoletniki… Ja, Czarnianin /właściwie Czarniok, tak jak Miedyniok**, Krzemieńszczok**, tudzież Łańcuciok czy Rzeszowiok oraz Krakowiok a nawet Warszawiok/ byłem zawsze drobem i chodziołem po drobsku…Draby brzmią dla mnie trochę jak kanie /zamiast konie/ albo słanie /zamiast słonie/… Problem to ciekawy, zwłaszcza dla kogoś jak ja, który dobrze pamiętam, że w domu i wśród kolegów mówiliśmy “po naszymu”, a w szkole, w kościele czy w mieście, “po pańsku”, albo “po miastowymu”… Nie wiem, czy wiesz, że kiedy rozmawiam z bratem Kazimierzem, to ja natychmiast przechodzę na czarnieńską gwarę i… godom tak jak on… Pozdrowiom… pardon… Pozdrawiam!… Ja Adam… A po naszymu było by… Jo Adam…

P.S. Było z tym godaniem czasem nawet wesoło, bo można było w ten sposób odróżnić Czarnioka od Miedynioka, np. w sklepie… Bo Miedyniok zawsze powiedział “poprose ćtyry deka drozdzy”, gdy każdy Czarniok wiedział, że nie mówi się ćtyry, tylko…cztyry…

** od Medyni Głogowskiej i Krzemienicy – miejscowości w powiecie łańcuckim…


… i potem …
…Tak jeszcze wczoraj myślałem /a nie mogłem długo zasnąć/ że powinienem chyba jeszcze coś wyjaśnić… A chodzi o tą samogłoskę o… Bo ja jestem pewny, że w czarnieńskiej gwarze to o to nie brzmi jak prawdziowe polskie o… Ono brzmi ciut inaczej i jestem pewny że Ty, jako człowiek o absolutnym sluchu, tę różnicę byś usłyszał… I różnie z tym kombinowałem jakby Ci to przekazać… Że to o pod koniec skręca jakby /tak na 10 procent/ w stronę a, albo że pobrzmiewa troszkę jak ło… Ale to nie jest tak dokładnie jak np. łociec, bo tu to ł jest wyraźnie zaznaczone… Wydaje mi się, że w czarnieńskiej gwarze jest to tak jakby tylko trącenie… Włączyłem sobie nawet piosenkę zespołu De Press pt. Bo jo cię kochom, ale wydaje mi się, że i oni nie do końca oddają brzmienie tego o na tyle, żebym mógł uznać je za czarnieńskie… Dla mnie to o w tej piosence jest jakby trochę podrabiane… Pozdrawiam…
A…
(Adam Rejman)

Zapytałem jeszcze potem, czy mówi się “czarniejskie”, czy “czarnieńskie” odnosząc się do czegoś co pochodzi z Czarnej…
Adam odpowiedział:
Na pytanie czarniejskie czy czarnieńskie odpowiem tak… Czarniejskie to dla mnie brzmi jakby po miedyńsku /od wsi Medynia/…A słowa czarnieńskie też w gwarze wsi Czarna nie ma, za to jest słowo… czarniyńskiy… Ale myślę, że lepszym ode mnie autotytetem byłby mój brat Kazio, bo on godo po czarniyńsku jak za dawnych lat…I ciekawostka… Ja już co prawda praktycznie do Rzeszowa nie jeżdżę, ale pamiętam że kiedy jeździłem i wysiadałem np. z pociągu w Rzeszowie i usłyszłem jak ony godajom, to wiedziałem że jestem wśród swoich… A dziś, gdy oglądam w telewizji jakiś reportaż stamtąd, to bezbłędnie odróżniam jak rzeszowski redaktor mówi po pańsku albo po miastowymu, a tubylec choć stara się, to zajeżdża po rzeszowsku. (…) Współczesna gwara czarnieńska to pikuś wobec języka jakiego używali moi dziadkowie, choć pamiętam bardzo niewiele… Kiedyś nie zrozumiałem czego chce mój dziadek, gdy mówi do mnie przynieś mi wungla, a chodziło o węgiel… I kiedy babcia nakrzyczała na mnie, gdy jako dzieciak zacząłem kopać motyką w piasku, co, zwłaszcza w niedzielę, było zabronione… Zawołała: Adaś, podź haw i niechej tego, co oznaczało chodź tutaj i nie rusz tego / zostaw to …

(Adam Rejman)

Konie na pastwisku w Czarnej koło Łańcuta


I jeszcze na zakończenie tego dialogu kolejna uwaga od przemądrzałej adminki:
Bo jak autor pisze w swoim wywodzie o Czarniokach, których można odróżnić od Miedynioków, to oczywiście powinnam mu to wszystko poprawić, bo mieszkańców miast pisze się małą literą, i już wpadłam do ogródka, już palec nad klawiaturą witał się z gąską, gdy pomyślałam, doprawdy w ostatniej sekundzie, a co ci, babo miastowa, do tego!? No i zostawiłam.

Wasza

EMS

Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

Akedat Jicchak

To wpis na jutro, ale zgodnie z tradycją żydowską trzeba go wstawić o zachodzie Słońca w dzień poprzedzający Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok w roku 2017 skończył się o zmroku w piątek, 22 września.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Konrad Sałagan

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

 

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Miesiąc temu w Kalwarii Zebrzydowskiej

Elżbieta Kargol

Wakacyjne podróże

Pakuję do plecaka kilka zerwanych w Lachowicach ziół: miętę, wrotycz, nawłoć i dziurawiec. Wiążę gumką, bo nie mam lipowego łyka. Przyzwalam na to, że się poduszą, połamią i zwiędną, ale nie o to przecież chodzi, swojej mocy nie stracą. Dziś 15 sierpnia: święto Matki Boskiej Zielnej, w kalendarzu kościoła katolickiego jest dniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w kościołach wschodnich to święto obchodzone jest dwa tygodnie później i ma inną nazwę: Zaśnięcia Bogurodzicy.

Pamiętam jak babcia, osoba głęboko wierząca, opowiadała mi, jak to po śmierci Marii apostołowie nie znaleźli w jej grobie ciała, tylko same kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Od babci też wiem, że w tym zielnym bukiecie, przygotowanym do poświęcenia, nie powinno być roślin pastewnych: wyki, łubinu, koniczyny, lucerny – być może dlatego, że nie jedli ich ludzie.

Te sierpniowe zioła według tradycji po poświęceniu zyskują moc wręcz magiczną. Będą nas chroniły przed burzami piorunami i gradobiciem przed chorobami i wszelkimi innymi nieszczęściami.

Ksiądz wygłaszający kazanie mówi coś o związku Matki Boskiej Zielnej z porami roku, że połowa sierpnia to czas zbiorów, pierwszych dożynek i dlatego w tym dniu święci się kwiaty, zboża, zioła i warzywa.

Nie wspomina nic o pogańskich wierzeniach staropolskich, o Marzannie – Zbożowej Matce, nazwanej przez Jana Długosza Dziewanną, o rzymskiej bogini Dianie, której wniebowzięcie starożytni Rzymianie obchodzili też 15 sierpnia.

Dojeżdżam busem do Suchej Beskidzkiej i wsiadam do pociągu w kierunku Krakowa, pojadę nową wyremontowaną trasą, choć w dalszym ciągu jednym z odgałęzień kolei transwersalnej z 1884 roku łączącej Kraków z Wiedniem, przez prawie 400-metrowy most w Zembrzycach nad Skawą i nad zalewem wodnym w Świnnej Porębie, skąd roztacza się malowniczy widok na sierpniowy Beskid Makowski.

Pociąg wije się zakosami wśród pól i lasów, wzgórz i pagórków, co po chwila gwiżdże i trąbi. Ponieważ dróżki kalwaryjskie są po obu stronach torów, musi często zwalniać przed przejazdami. Z okna widzę i słyszę grupy pątników chcące przejść z jednej strony torów na drugą, od jednej kaplicy do drugiej.

Zbliżamy się do Kalwarii.

Łacińska Calvaria, po hebrajsku Golgota czyli czaszka utożsamiana jest ze wzgórzem w pobliżu Jerozolimy na którym dokonywano egzekucji skazańców.

Na wzniesieniu, według przesłania religii katolickiej, ukrzyżowano Jezusa Chrystusa, który przed śmiercią przeszedł Drogę Męki Pańskiej, niosąc krzyż od pretorium Piłata do miejsca śmierci.

Kalwaria Zebrzydowska, usytuowana jest w malowniczym Pogórzu Makowskim, w kotlinie rzeki Skawinki u stóp góry Żar i Lanckoronskiej Góry. Sanktuarium pasyjno-maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej jest jedną z najstarszych i największych w Europie kalwarii, jako jedyna kalwaria na świecie, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest miejscem kultu Męki Pańskiej i kultu maryjnego, miejscem świętym nie tylko od święta, które przyciąga wierzących i agnostyków, ciekawskich i pielgrzymów, żebraków, kalekich, zdrowych i chorych, świętych i nieświętych, wszystkich.

Początki sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej sięgają roku 1600. Fundatorem jej był Mikołaj Zebrzydowski potem jego synowie Jan i Michał, a później rodzina Czartoryskich. Mikołaj Zebrzydowski był zafascynowany powstawaniem w Europie średniowiecznych wzorowanych na Jerozolimie przestrzennych sanktuariów pasyjnych zwanych Kalwariami, a ponieważ dostrzegł w swoich dobrach rozpostartych między Lanckoroną a Żarem znaczne podobieństwo do Jerozolimy postanowił upamiętnić stacje Męki Pańskiej.

Pierwszą kaplicą, która powstała według jerozolimskiej kaplicy św Krzyża była kaplica Ukrzyżowania Jezusa, potem zbudowano jego grób, Wzgórze Żarek zamieniło się w Golgotę, wzniesienie przy kaplicy domu Kajfasza stało się górą Syjon, rzeka Skawinka Cedronem.

Mikołaj Zebrzydowski podpisał też specjalny dokument, który uczynił Zakon Braci Mniejszych czyli Bernardynów opiekunami sanktuarium w Kalwarii.

Przed bramą wjazdową na dziedziniec klasztoru przystojni, młodzi Bernardyni na dużym fotobanerze promują swój zakon, zachęcając płeć męską do wstąpienia w ich szeregi.

Dziadkowie moi z kilkuletnim wtedy ojcem i jego starszym i młodszym rodzeństwem wyruszali pieszo z Lachowic w Wielki Czwartek, żeby dojść przez Mucharz na wielkopiątkowe Misterium Męki Pańskiej do Kalwarii. Szli polami miedzami, potokami, często boso lub wymieniając między rodzeństwem jedną parę butów. 

Mnie nigdy takie ekstremalne pielgrzymki nie pociągały. Zresztą nie uczestniczyłam w żadnej. Z dworca kolejowego w Kalwarii Zebrzydowskiej jest dość spory kawałek do przejścia, cały czas pod górę, mnie to wystarczy.

Jest ciepło, wszyscy z bukietami niczym z kwiaciarni, więc na razie nie wyciągam tych moich zeschniętych badyli.

Idę, coraz więcej ludzi, grup, pielgrzymek, turystów i wszędobylskiej, wszechobecnej komercji, jarmarcznej tandety, kiczu, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty, obok dewocjonalia rodem z Chin (nie obrażając Chińczyków) przeplatanych pistolecikami,wiatrówkami a zamiast ołowianych żołnierzyków, plastikowe, metalowe, na baterie czołgające się i strzelające. O tempora, o mores! Dzisiaj jest przecież nie tylko odpust Matki Boskiej Kalwaryjskiej, ale też Święto Wojska Polskiego!

Festyn różności i próżności, gdzie nie może zabraknąć Dziadów Kalwaryjskich. To o nich ojciec opowiadał historie mrożące krew w żyłach. Ci żebracy lub często udający żebraków umiejętnie podwijali nogi lub ręce przywiązując w to miejsce kawały surowego krwistego mięsa, czym wzbudzali ogólny strach, żal i litość.

Kalwarię odkryłam i zobaczyłam i przeżyłam dla siebie będąc już w wieku średnim, towarzysząc ojcu w kolejnej jego podróży do sanktuarium. Do dziś przyjeżdżam tu chętnie. Lubię to miejsce, nie irytują mnie tłumy ludzi, ani pomieszanie sacrum i profanum, to przecież element misterium.

 

Z daleka widzę już figury franciszkańskich świętych, którzy pilnują klasztoru, poznaję Świętego Antoniego z lilią w ręce, a na Placu Rajskim wypatruję kolumny ze świętym Franciszkiem. Nie mogę się nigdy doliczyć tych 11 wież, o których opowiadał dziadek, mnie zawsze wychodzi 7 lub 8.

(Jest i Droga św. Jakuba – dopisała Adminka)

Nigdy nie przeszłam całości dróżek Maryjnych i Chrystusowych, choć myślę, że ciągle jeszcze to przede mną. Nie uczestniczyłam w obrzędzie pogrzebu Matki Boskiej ani w Misterium Męki Pańskiej. Zawsze przyjeżdżałam już po fakcie, gdy łotrzy schodzą z Golgoty wesoło śmiejąc się i gawędząc z Jezusem i sprawdzają najnowsze wpisy na smartfonach. 

Następna msza o 13, a więc zdążę się pomodlić przed obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej, kupić medalik dla wnuczki, wrzucić pieniążek do fontanny Świętego Franciszka, zdążę jeszcze na Golgotę i do pustelni Świętej Heleny i wpiszę tam różne moje prośby.

Do kościoła nie mogę się już dopchać, więc siadam przy jednym z wielu pustych konfesjonałów w podcieniach Placu Rajskiego. Kazanie jest nieciekawe. Może to tylko wina nagłośnienia i bodźców zewnętrznych albo wina bylejakości mojej wiary, która pozwala mi być uczestnikiem i obserwatorem. Relatywizm moralny naciągam do swoich potrzeb i swojego w sumienia, usprawiedliwia mnie on i rozgrzesza i pozwala mi w pełni uczestniczyć w Eucharystii.

W końcu wyciągam moje zioła po przejściach. Tylko te poświęcone nabiorą cudownej mocy. Te mniejsze zasuszę potem w „Księgach Jakubowych“, a z większymi obejdę trzy razy chałupę dookoła i powieszę na drzwiach, żeby strzegły domostwa do kolejnych wakacji, chyba w październiku, w kolejnym miesiącu maryjnym.

Z Kalwarii blisko do Lanckorony, o której śpiewa Grechuta, do Wadowic, do Stryszowa z jego XVII-wiecznym dworem. Ja wracam do Lachowic, by następnego dnia pojechać do dużo mniejszego sanktuarium w dużo większych górach: na Wiktorówki do Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Stuart 31

All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

Dookoła widzę znane twarze
Zużyte miejsca, zużyte twarze
Ludzie wcześnie wstają, do swych codziennych wyścigów
Iść do nikąd, iść do nikąd
Ich łzy wypełniają szklanki po brzegi
Bez wyrazu, bez wyrazu
Chowam głowę, a chciałbym utopić smutek
Nie będzie jutra, nie będzie jutra.

Gary Jules, Mad World

Joanna Trümner

Pytania

Mijały ostatnie godziny starego roku, rozgrzane słońcem ulice Sydney zapełniły się młodymi, roześmianymi ludźmi podążającymi na sylwestrowe zabawy. Z okna swojego mieszkania na czwartym piętrze Meg wyglądała na ulicę i nie potrafiła zrozumieć nastroju radości, który zapanował na ulicach. „Z czego oni wszyscy tak się cieszą?”, zastanawiała się. „Przecież nic w życiu się nie zmienia tylko przez to, że zegar wybije dwunastą i zacznie się nowy rok”. Przypomniał jej się ubiegłoroczny Sylwester w mieszkaniu Chrisa – noc przepełniona śmiechem i muzyką w dużym gronie przyjaciół. Po wyjściu gości Meg i Chris zdecydowali się zostawić posprzątanie bałaganu na później i poszli na długi spacer po mieście. W najbliższym parku znaleźli wolną ławkę, na której mocno przytuleni do siebie czekali na wschód słońca. „Nie będzie ci ze mną łatwo, ale powinnaś wiedzieć, że od dawna nikt dla mnie tak dużo nie znaczył”, powiedział Chris. Prawdziwy sens tego romantycznego wyznania z nocy sylwestrowej zaczął docierać do niej w miarę upływu kolejnych tygodni. Chris coraz rzadziej miał czas na spotkania, tłumaczył się pracą i wyjazdami na szkolenia. Meg nauczyła się cieszyć z nielicznych wspólnie spędzanych godzin i nie stawiała żadnych wymagań. „To się na pewno niedługo zmieni”, powtarzała sobie w duchu, starając się zapanować nad coraz mocniejszym uczuciem rozczarowania. Gdyby nie doszło do jej feralnego wyjazdu z rodzicami do Melbourne, prawdopodobnie nigdy nie dowiedziałaby się o aferach Chrisa.

Z okien tramwaju, którym razem z rodzicami zwiedzała miasto, zobaczyła Chrisa obejmującego mlodą, nieznaną kobietę. „Na pewno mi się przywidziało. To musiał być ktoś bardzo do niego podobny”, uspokajała wątpliwości czekając na kolejne spotkanie. A kiedy w końcu miała okazję zapytać go wprost o pobyt w Melbourne z inną kobietą, Chris przeprosił ją za tę głupotę, incydent, który dla niego nic nie znaczył. „Przecież wiesz, że liczysz się tylko ty”, powiedział wręczając jej następnego dnia wielki bukiet róż. „To już się nigdy więcej nie powtórzy, obiecuję”, dodał drżącym głosem. Po jego wyjściu Meg długo patrzyła na róże w wazonie i myślała o początku ich znajomości oraz pierwszym pocałunku na szpitalnym łóżku. „Mamy wyniki badań, będziesz mogła niedługo wstać, za kilka miesięcy wrócisz do normalnego życia. Ale niestety coś się przez ten wypadek zmieniło – nie będziesz mogła mieć dzieci. Nie chciałem, żebyś się dowiedziała o tym od kogoś innego” , powiedział patrząc jej w oczy. Zobaczył w nich tyle smutku, że instynktownie przytulił Meg do siebie, nie myśląc o tym, że za chwilę w pokoju może zjawić się pielęgniarka lub pacjentka z sąsiedniego łóżka. Wiedział jak bardzo właśnie teraz Meg potrzebowała kogoś bliskiego. Pocałował ją, sam zaskoczony tym, że przekroczył pewne niepisane zasady pracy lekarza. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że w budynku szpitala są tylko oni w dwójkę.

Podczas wielu tygodni pobytu w szpitalu Chris stał się ważną częścią jej życia, nic jednak nie zapowiadało wtedy dalszego przebiegu tej znajomości. Z czasem zaczęła rozumieć, że Chris był wielką pomyłką. Podczas ich prawie rocznego związku kilkakrotnie słyszała od niego przeprosiny. Kilkakrotnie wyrzucała do kosza wyschnięte bukiety róż, zadając sobie pytanie: „Dlaczego nie potrafię od niego odejść? Jak mogę pozwolić na to, żeby ktoś mnie tak traktował?” Z każdym dniem docierało do niej coraz mocniej, że odejście od Stuarta było największym błędem, jaki zrobiła do tej pory w życiu.

„Dlaczego właśnie ja wpadłam po raz drugi w życiu na mężczyznę, który jest kaleką uczuciowym? Na kogoś, dla kogo jestem tylko jedną z wielu zdobyczy, potrzebnych do dowartościowania swojego ego? Jak mogłam się tak pomylić? I to właśnie ja, w końcu moja praca polega na tłumaczeniu pacjentom, jak powinni żyć, żeby nie zgubić poczucia własnej wartości?”, zastanawiała się nieraz, zbierając siłę na odejście. Dopiero po wielu miesiącach walki ze sobą udało jej się zakończyć tę znajomość.

Kiedy zegar w mieszkaniu wybił północ i rozpoczął się rok 1984 Meg dopijała do końca butelkę czerwonego wina. „Happy New Year”, pomyślała z goryczą i głośno powiedziała: „Nie chcę żyć w tym smutku! Przecież ja nawet nie mam przyjaciółki, nikogo, z kim mogłabym teraz porozmawiać. Nigdy nie miałam przyjaciółki, zawsze byłam samotnym dziwolągiem”, pomyślała. Przypomniała sobie jak będąc dzieckiem z zazdrością przyglądała się koleżankom z klasy, które przysyłały sobie podczas lekcji małe, zapisane drobnym pismem karteczki. Tajemnice, których Meg nigdy nie poznała. W czwartej klasie niespodziewanie i ona w końcu znalazła przyjaciółkę – Dianę, niezbyt ładną, grubą dziewczynkę z sąsiedniej klasy. Meg i Diana stały się wkrótce nierozłączne, spędzały ze sobą każdą przerwę pomiędzy lekcjami i każdą wolną chwilę, godzinami rozmawiały o tym, co wydarzyło się w szkole, o plotkach, sympatiach i antypatiach, chłopcach. Ta przyjaźń pomogła im w ciągu kilku miesięcy przemienić się ze smutnych, nie rozstających się z książką dziewcząt w rozchichotane nastolatki. Diana zaakceptowała nawet fakt, że Meg nigdy nie zaprosiła jej do siebie do domu. „Moja mama jest chora, u mnie nie można spokojnie porozmawiać”, tłumaczyła swój strach przed pijaną matką. W ostatniej klasie szkoły rodzina Diany wyprowadziła się do Londynu i Meg znów została sama. Przez kilka miesięcy po przeprowadzce Diany przyjaciółki pisały do siebie listy, z czasem stały się one coraz rzadsze, aż w końcu przestały przychodzić.

Podczas studiów Meg poświęcała prawie cały czas na naukę i czekanie na Stana. „Straciłam dla niego tyle lat!”, myślała otwierając drugą butelkę wina na powitanie roku 1984. „Może po prostu jestem jedną z tych kobiet, które zawsze podświadomie wybierają sobie nieodpowiedniego partnera. Jedynego mężczyznę, który był dla mnie dobry i uczciwy zawiodałam tak, że nie chce mnie więcej znać. I ma rację. Trzymałam szczęście w ręku i lekkomyślnie wypuściłam. Zamieniłam szczęście na upokorzenie. Jestem beznadziejna, a wszystkie te mądre rady, które od lat daję obcym ludzim, w moim życiu zupełnie się nie sprawdziły. Od miesięcy nie potrafię zapanować nad depresją”. Chwiejnym krokiem podeszła do okna i przysłuchiwała się odgłosom ulicy, temu, jak śmiali się ludzi powracający z zabaw do domu. „Ciekawe jak on zaczyna nowy rok?”, pomyślała siadając na parapecie okna.

Stuart śpiewał ostatni utwór na zakończenie sylwestrowego koncertu, kiedy w klubie nagle zapanowała kompletna ciemność. Opanował go dziwny niepokój, który nie ustąpił nawet wtedy, kiedy zapaliło się światło. Już raz w życiu, w chwili śmierci ojca, miał podobne uczucie strachu, poczucie, że stało się coś złego. Dlatego też zaraz po powrocie do domu zadzwonił do matki w Anglii. Usłyszał od niej, że w rodzinnym domu wszystko jest w porządku. Całe Walton przygotowuje się na powitanie nowego roku, jego siostra Eve odpoczywa po pierwszej chemioterapii, a matka przejęła na kilka dni opiekę nad małym Georgem. Po tej rozmowie Stuart zasnął jak kamień, nie pamiętając o ódziwnym, niewytłumaczalnym niepokoju po zgaśnięciu światła w klubie.

Dopiero w kilka dni później dotarła do niego wiadomość o samobójstwie Meg.

Wybrał się do Toma, bo nie chciał być w domu sam z natarczywą myślą: „Może to przeze mnie?” Przyjaciel próbował go uspokoić: „To nie jest twoja wina, to jej wybór, z którym nie masz nic wspólnego”. Stuart nie do końca był o tym przekonany. Wiedział jednak, że nikt nie odpowie mu już na pytania: „Może udałoby mi się ją uspokoić? Może powiedziałem poczas naszej ostatniej rozmowy coś, co ją zraniło? Może dzwoniła do mnie o północy i chciała się pożegnać?”

Po pogrzebie podszedł do rodziców Meg. „Nigdy nie będę w stanie zrozumieć”, zwrócił się do nich bezradnym tonem. „Nie potrafię sobie wybaczyć, że nie widziałam, że jest tak źle”, odpowiedziała matka Meg, trzymając go kurczowo za rękę. Następnie Stuart podszedł do Lucasa, księdza w kościele, do którego regularnie chodziła Meg. „Nie potrafię zrozumieć, że nie pomogła jej wiara”, powiedział po cichu Lucas. „Dla ludzi wierzących nie ma chyba większego grzechu niż odebranie sobie życia”, dodał. Stuart rozejrzał się wśród uczestników pogrzebu, z trudem rozpoznał młodego lekarza, dla którego Meg zostawiła go przed ponad rokiem. „Śmierć, szczególnie taka śmierć, zostawia po sobie taki smutek i dziesiątki pytań, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi”, pomyślał opuszczając cmentarz.

Cdn.

Wielkanoc

Ryszard Dąbrowski

Życzenia z okazji Równonocy Wiosennej

Hallo,

z okazji święta wiosny, nazywanego świętem wielkanocnym, składamy Tobie/Wam serdeczne życzenia: ciepłego i słonecznego słońca, które ogrzeje Twoje/Wasze/nasze stare kości oraz pogody ducha w nadchodzących dniach.

Grażyna & Ryszard

P.S. Życzenia te ilustrujemy uroczą pocztówka, która zauroczyła mnie na jednym z berlińskich pchlich targów. Obraz ten figuruje w “historii sztuki” pod dwoma tytułami: „Dzieci z muszlą” oraz „Mały Jezus podaje muszlę z wodą Janowi Chrzcicielowi”, i z tego też powodu (ale także i stereotypowego baranka) nadaje się jako załącznik do życzeń kierowanych zarówno do ateistów i agnostyków, jak i teistów. Namalował go hiszpański malarz Bartolomé Estéban Murillo:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

https://de.wikipedia.org/wiki/Bartolom%C3%A9_Esteban_Murillo

Pocztówka została wydrukowana techniką litodruku w czasie I wojny światowej przez firmę „Stengel & Co. G. m. b. H.” z Drezna oraz opatrzona numerem ewidencyjnym 29036.
W internecie znalazłem informację, że n.p. numer 29756 został wydany w 1917 roku.

Tu krótka informacja o tej firmie: istniała od 1885 roku do 1944 roku i była największym niemieckim producentem kart pocztowych:

https://de.wikipedia.org/wiki/Stengel_%26_Co

Historia odbiła się czkawką, i w ten sposób dowiedzieliście się o istnieniu firmy wydawniczej „Stengel & Co. G. m. b. H.”