Irena Bobowska: Wiersze / Gedichte

Anna Krenz

IRENA BOBOWSKA
(geb. 3.9.1920, Poznań; gest. 27.9.1942, Berlin-Plötzensee)

Eine  junge Frau. Eine hochbegabte Malerin und Dichterin. Eine Schwerbehinderte im Rollstuhl. Eine Pfadfinderin, Aktivistin der Posener Waffen Organisation, dh. Militärorganisation im Westen Polens (Großpolen). Mitgründerin und Mitherausgeberin der Untergrund-Zeitschrift “Pobudka” (Weckruf). Sie sammelte die Informationen aus der Funküberwachung und bereitet sie zum Ausdrucken vor. Sie transportierte die konspirative Dokumente versteckt in ihrem Rollstuhl. Wegen ihrer Untergrundarbeit wurde sie von der GESTAPO verhaftet. Sie verbrachte zwei Jahre im Gefängnis (Fort VII in Poznań, Gefängnis in Wronki, Gefängnis Alt-Moabit, Gefängnis Barnimstraße und schließlich Gefängnis Berlin-Plötzensee). Sie wurde gefoltert und gedemütigt und fand ihren Ausweg im Schreiben von Gedichten und im Zeichnen.
Sie wurde am 27. September 1942 im Morgengrauen im Gefängnis Berlin-Plötzensee hingerichtet. 

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante Stanisława Kwiatkowska, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen. Das von Ewa Maria Slaska ins Deutsche übersetzte Gedicht wurde u.A. anlässlich des Internationalen Frauentags am 8.3.2021 vom Kollektiv Dziewuchy Berlin während der Performance “We are relevant” auf dem Nettelbeckplatz in Berlin vorgetragen. 
mehr: DEMO Wir sind Widerstand. 

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

Im Rahmen des Projekts wurden die acht gefundenen Gedichte ins Deutsche übersetzt von: Agnieszka Dębska (2022), Elżbieta Jagiełło (2022),  Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Das Gedicht “Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen” wurde 1995 von Bettina Eberspächer übersetzt und in der Publikation “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995), herausgegeben von Ewa Maria Slaska, veröffentlicht.

IRENA BOBOWSKA
(Urodzona 3 września 1920 r. w Poznaniu, stracona 26 września 1942 r. w Berlinie-Plötzensee)

Młoda kobieta. Niezwykle utalentowana rysowniczka i poetka. Osoba z niepełnosprawnościami, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Harcerka, działaczka Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, tj. organizacji wojskowej w zachodniej Polsce (Wielkopolska). Współzałożycielka i współredaktorka podziemnego pisma “Pobudka”. Zbierała informacje z monitoringu radiowego i przygotowała je do druku. Dokumenty konspiracyjne przewoziła ukryte w swoim wózku inwalidzkim. Z powodu swojej pracy konspiracyjnej została aresztowana przez GESTAPO.  Dwa lata spędziła w więzieniu (Fort VII w Poznaniu, więzienie we Wronkach, więzienie Alt-Moabit, więzienie Barnimstraße i wreszcie więzienie Berlin-Plötzensee). Torturowana i poniżana, ucieczkę znalazła w pisaniu wierszy i rysowaniu. Została stracona o świcie 27 września 1942 roku w więzieniu Berlin-Plötzensee.

Najbardziej znany wiersz Bobowskiej, “Bo się uczę…”, napisany w Forcie VII w Poznaniu, przyniosła w bucie z więzienia zwolniona z więzienia we Wronkach ciotka Stanisława Kwiatkowska. Wiersz ten, pełen bólu i nadziei, rozchodził się anonimowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Był czytana przez więźniarki w Oświęcimiu, przez więźniarki w powojennym Fordonie. Na niemiecki wiersz przetłumaczyła Ewa Maria Slaska, odczytywany był przez kolektyw Dziewuchy Berlin między innymi w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet (8.3.2021) podczas performance “Jesteśmy istotne” na Widerstandsplatz (Nettelbeckplatz) w Berlinie. więcej: DEMO Wir sind Widerstand. 

Pamiętamy o niej. Bo była i jest – istotna.

W ramach projektu znalezione osiem wierszy na niemiecki przetłumaczyły: Agnieszka Dębska (2022),  Elżbieta Jagiełło (2022), Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Wiersz “Ostatnie pozdrowienie” przetłumaczony był przez Bettinę Eberspächer w 1995 roku i opublikowany w publikacji “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995) pod redakcją Ewy Marii Slaskiej.

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.
(Alt-Moabit, 1941?)

Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen

Von Mond und Sternen, von Sonnenstrahlen,
Von allem Lichtschein der Welt,
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und mein sehnendes Herz.

Von allen Bäumen und Sträuchern, des Windes Atem,
Von allem, was wächst und was blüht
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und meinen Frühlingstraum.

Von Himmelsblau und von frischem Grün,
Vom Glanz, von des Regenbogens Spiel der Farben
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Von purpurner Liebe behaucht.

Von Vogelgesängen, von der Glockenschlägen,
Von allem, was tönt und was singt
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen,
Der wie ein Klagelied klingt.

Von goldenen Träumen, silbernen Verlangen,
Von der Sehnsuchtsgedanken Spiel
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
– Schickt Ihr euer Herz zu mir

(übersetzt von Bettina Eberspächer, 1995)

***

Modlitwa

Za wszystkie dobre z Bożej ręki wzięte
Za skarby wiary, za pociechy święte
Za trudy, prace i trudów owoce
Chwile szczęścia i długie niemoce
Za spokój, walkę
Za chwile szczęścia i dni żałoby

(23.4.194?)

Das Gebet

Für all das Gute aus Gotteshand erfasste
Für Glaubensschätze, für die heiligen Troste
Für Arbeit, Mühen und deren Gewinn
Die Glücksmomente und Tage ohne Sinn
Für Kampf und Frieden weltweit
Für Glück und für die Trauerzeit.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Słońce nam zaświeci,
Otworzą Fortu drzwi.
O szczęściu i swobodzie
Gromada więźniów śni.
Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień,
Więzienne znikną mury,
Fortecy zniknie cień.
I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.
Hasłem naszym będzie:
Rodzina, kraj i Bóg.
Ochoczo chwycim w dłonie
Młot twardy, miecz i pług.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.

(194?, Fort VII, Poznań)

Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Die Sonne scheinen
Die Tore der Festung sich öffnen
Von Glück und Freiheit
Träumen die Gefangenen.
Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Die Gefängnismauer verschwindet
Der Schatten der Festung auch.
Die Freude wird einziehen
Im Lachen heller Träume
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Alles wird gut
Wir kehren heim
Unser Schlagwort heißt
Familie, Vaterland und Gott
Mit Freuden greifen wir
Zu Hammer, Schwert und Pflug
Alles wird gut
Wir kehren heim.

(übersetzt von Monika Wrzosek-Müller, 2022)

***

Kochanej Mamusi w dniu imienin 15.5.

Ach tak bym chciała dziś pod stopy Twoje,
jak wonnych kwiatów, rzucić marzeń roje,
życzeń tysiące.

Ale są chwile, gdy nie można w słowa
oblec tych uczuć,
które w sobie chowa
serce bijące…

Ale są chwile, gdy wielkie wzruszenie
zamienia rwący się okrzyk – w milczenie
i głos tamuje…

Matuś, wiesz dobrze, że Twoja pieszczocha
Z całego serca prawdziwie Cię kocha.
Ty wiesz, co czuję…

Nenia dla Matuli

(1942)

Der geliebten Mama zum Namenstag 15.5.

Ach, wie gern würd ich dir heute
Hände voller Träume und lauter gute Wünsche
wie duftende Blüten auf deinen Weg streuen!

Aber es gibt Zeiten, in denen die Gefühle,
die das schlagende Herz in sich verbirgt,
keine Worte finden können…

Es gibt Zeiten, in denen der innere Aufruhr
den Schrei, der sich lösen will, in Schweigen verwandelt
und die Stimme lähmt…

Mami, du weißt genau, dass dein Schatz
dich von ganzem Herzen liebt.
Du weißt, was ich fühle…

Nenia für Mutti

(übersetzt von Anja Witzel, 2022)

***

Ktoś po klawiszach palcami wodzi
O struny skrzypiec czyjaś ręka trąca
Jakaś melodia z dala nadchodzi –
Chcę ją spamięta, lecz tony się mącą –

Śni mi się w nocy nasze pianino –
Czarne i lśniące stoi pod ścianą –
I na mnie czeka, gdy dni szare miną
Wrócę do niego – gdy wolna zostanę…

Na razie śnię tylko i rymy układam
Czasem – choć rzadko – łzy leje
I bajki sobie opowiadam,
I do snów moich się śmieję

Buduję przyszłość promienną, jasną
Podkłady daję z dobroci
I wtedy cela przestaje być ciemną
Przez kraty słońce ją złoci –

A w słonecznej jasnej strudze
W blasku prawdziwych urojeń
Dusza się kąpie jak w strudze
I lżej oddycha serce moje

(1941, Wronki)

Sanfte Finger berühren die Tasten,
Jemand anders zupft die Geigensaiten
Und ich höre ein Lied von ganz Weitem –
Doch der Klang lässt sich nicht festhalten –

Nachts im Traum mein Klavier mir erscheint –
An der Wand glänzend schwarz wartet dort –
Ist das Gräuliche vorbei, bin ich wieder daheim.
Kehre ich zurück, werd‘ ich wieder frei sein…

Bis es soweit ist, kommt ein Traum, kommt ein Reim
Manchmal wein‘ ich, doch zugegeben: selten
Kindheitsmärchen erzähle ich mir
Schaffe es, meinen Träumen zuzulächeln

Eine Zukunft mir baue, eine strahlende, helle
Ihr Fundament ist Güte
Dann weicht das Dunkel der Zelle
Die Sonne dringt ein durch die Gitter

In dem breiten Sonnenstrahl
Phantombilder wirken wahr
Und meine Seele badet wie in einem Bach
Und mein Herz atmet leichter, fast wirklich leicht

(übersetzt von Elżbieta Jagiełło, 2022)

***

Serce me
w złudnym śniepogrążone było.
Przyszedł dzień
Zniknął sen
Szczęście się prześniło.
Tylko myśl
Jeszcze dziś
Przypomina sny.
Dawne piosnki
Budzą troski
Przywołują łzy.

(Moabit, 20.1.1942)

Mein Herz
war vertieft
in Träumerei.
Mit dem Tag
schwand der Traum
das Glück war vorbei.
Heut erinnert
ein Gedanke
an des Traumes Glück
Alte Lieder
bringen Kummer
und Tränen zurück

(übersetzt von Agnieszka Dębska, 2022)

***
Ja lubię sobie wyobrażać
Że jestem z bajki taką dobrą wróżką
Przedziwne cuda mogę stwarzać
Mą czarodziejską różdżką.

I wtedy chodzę i sieję po świecie
Taki radosny, dźwięczny śmiech.
Śmiech, który wszystko zło wymiecie,
Przed którym umknie wszelki grzech.

W takt mojej różdżki tańczą dzieci
Kłonią się kwiaty, szumią drzewa
Gdy zechcę, wiatr swawolny leci
I na mój rozkaz słowik w parku śpiewa.

W dzień wodzę w górze słońce ogniste
I co noc gwiazdy zapalam,
I mgły na łąkach snuję srebrzyste,
I księżycowi świecić pozwalam.

Rankiem rozpylam perliste rosy,
Zawrotnych woni udzielam ziołom,
Rok rocznie złocę pszeniczne kłosy
I deszcz spragnionym zsyłam siołom.

Dzień i noc oraz 4 pory roku
Elfy, chochliki, wszystkie kwietne duszki
I nimfy z łąki przy potoku,
Syreny w morzu – też są moje służki.

(Moabit, 24.12.1941)

Ich stelle mich gerne so vor
Als gute Fee, vorm Märchentor
Mit einem Zauberstab in meiner Hand,
die große Wunder bewirken kann.

So gehe ich freudig durch die Welt
Mit meinem Lachen, das fröhlich klingt
Und all das Böse was im Wege steht
Und jede Sünde vertreiben wird.

Zum Takt meines Zauberstabs tanzen die Kinder
Durch meinen Willen befreie ich Winde.
Die Nachtigal zum Singen ich bezwinge,
Die Blumen zum Grüßen, die Bäume zu Schwingen.

Tagsüber befehle ich der Sonne zu wandern,
Nachts zünde ich Sterne am Himmel an,
Silbrige Nebel lasse ich auf Wiesen landen,
und den Mond leuchten, solange er kann.

Am Morgen sprühe ich perlenden Tau
Betörende Düfte schenke ich den Kräutern
Die Weizenähren bestreue ich mit Gold
Und sende Regen den durstigen Orten.

Der Tag und die Nacht und die Jahreszeiten
die Elfen, Kobolde, jegliche Blumengeister
und all die Nymphen und Wasserjungfrauen
auch die sollen mir ihre Dienste leisten.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Bo ja się uczę… 

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno)
I wiem jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony,
Uchronić się od chłodu.
I wiem co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.

I nauczyłam się popędzać myślami
Czas co bezlitośnie lubi się dłużyć
I wiem jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…

I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

(Wronki, 1941)

Weil ich lerne…

Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball
zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.

Und ich weiß, was es bedeutet,
Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.

Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…

Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst zu haben vor dem, was sein wird!

(übersetzt von Ewa Maria Slaska, 2021)

Stone, wood, glass, paper

or art in it’s incredibility

found on https://artsartistsartwork.com

you can buy it

José Manuel Castro López works the stone in an amazing way, for him stones are malleable, they melt, liquefy, form and deform. It manages to give them a soft and organic look. Real optical illusions, his sculptures are beautiful and well made of quartz, granite and other rocks all harder than the others.

***

This is a fascinating sculpture made of wood. It must be carved but no matter how he created it, it appears so delicate. I can just imaging the skill Alain Mailland has with his tools to create something so complex and beautiful out of wood. ❤

***

Master glassblower and stained glass artist Loren Stump in California has created a “loaf” of glass, called murrine, out of carefully layered glass rods that, when sliced, reveal a painstakingly detailed work of art in cross-section. 😮

***

Intricate paper sculptures by @juliaibbini [IG} are meticulously crafted to appear as though they have been made in nature. Artist Julia Ibbini and computer scientist Stephane Noyer, who are behind the Abu Dhabi-based studio, spent the last year working on a collection of geometric cylindrical pieces swirling with vine-like forms, mirrored geometric designs that resemble the repeating patterns in honeycomb, and sculptures that look like delicate shells. 😍

Reblog: Nataniel

Wolność Równość Demokracja

Maciej Kawecki

Z FB, 21.07.2022

Wielki młody człowiek który własnymi rękami zmienia polski system edukacji! Nataniel Brożnowicz ma 21 lat i stworzył wart już dziś 14 milionów złotych startup Maturalni.com który tylko w tym roku pomógł 60 tysiącom maturzystów zdać maturę! Nataniel w wielu 18 lat przystąpił do 19 olimpiad przedmiotowych z czego jako jedyny Polak wtedy w 6 został ich laureatem! Mógł pójść na każde studia jakie chciał ale postanowił założyć startup, który pomaga młodym Polakom zdać najważniejszy egzamin w życiu i wybrać dalszą drogę. Nataniel przełamuje też wszelkie stereotypy influencera. Założył TikToka by w pięknych słowach mówić młodym ludziom jak zdać maturę i jakie studia wybrać. Są tam same mądre treści, które dziś obserwuje 400 tysięcy uczniów z całej polski! Na moim blogu makeway.pl mój wywiad i historia skromnego chłopaka, który w wieku 21 lat naprawdę zmienia oblicze polskiej edukacji!

Na moje pytanie o pomysł na pomaganie innym Nataniel odpowiada „nasz startup nazywa się „Maturalni”. Stworzyliśmy go w piątkę jako paczka przyjaciół z Mielca. W dużym skrócie pomagamy uczniom napisać maturę na wymarzonym poziomie, oszczędzając przy tym ich czas. Można powiedzieć, że to całe nasze życie, bo 1 stycznia przeprowadziliśmy się wszyscy do jednego domu pod Krakowem, by rozwijać te nasze działania na 110%. Pomysł się wziął stąd, że już jako uczniowie zauważyliśmy, że szkoła jest bardzo mało wydajna i tą całą wiedzę można przekazywać zdecydowanie ciekawiej”.

Mimo, że poznaję ogromną ilość młodych ludzi, którzy dają mi energię i są solą mojej działalności, system wartości jaki reprezentuje Nataniel jest czymś absolutnie niepowtarzalnym. Skromność. Poczucie misji. Szacunek do drugiego człowieka. Jako pierwszemu zaproponowałem, by w 2023 odwiedził ze mną najważniejsze sceny technologiczne na świecie, by to, co ja relacjonuje Wam, on pokazywał młodym ludziom. Dziękuję Nataniel, za to co robisz i jakim jesteś człowiekiem. Nadzieja na przyszłość. A Państwu polecam wywiad, który z nim przeprowadziłem i dzielenie się nim z innymi. To są gwiazdy warte naszej atencji.

Wywiad: https://makeway.pl/pl/wywiad-z-natanielem

Gdy wakacje są ważniejsze niż wojna

Tekst znaleziony na Facebooku 22 czerwca 2022 roku. Tytuł ogólny tego wpisu pochodzi ode mnie. Wydaje mi się, że wakacje, słońce, plaża, jezioro sprawiają, że zapominamy, co się dzieje na wschód od Polski. Tekst opublikowała na Facebooku Justyna Sobolewska, która podała go za Tomaszem Sikorą. Autorką tekstu jest Halyna Kruk, ukraińska pisarka i poetka, która wygłosiła go w Berlinie podczas otwarcia Festiwalu Poezji.

Zdjęcie tytułowe na stronie facebookowej Halyny

Halyna Kruk

Wojna nie jest metaforą

W czerwcu 2014 roku, kiedy rosyjskie kolumny czołgów wjeżdżały na ukraińskie regiony Doniecka i Ługańska, powiedziałam podczas odczytu w starej, dobrej Europie, że w takiej sytuacji nam, Ukraińcom, trudno będzie rozmawiać o poezji. Po czym moderatorka – 30-letnia Rosjanka z Berlina – wzięła się za pouczanie, że poezja jest ponad wojną, że wielka kultura rosyjska jest ponad wojną, że Cwietajewa, Achmatowa czy Pasternak nigdy nie zniżali się do tak przyziemnych, zwykłych tematów jak wojna, patrzyli na wieczność, byli ponad tym wszystkim. A w ogóle co to miałoby mieć wspólnego z Rosją? Przez osiem lat staraliśmy się, aby nasze głosy były słyszalne: hej, jesteśmy na wojnie, część naszego kraju jest okupowana, tu codziennie giną ludzie. Upominano nas i pouczano jak uparte dzieci: nie mów o tym, przestań, bądź mądrzejszym, bądź ponad tym.

Rosja od ośmiu lat budowała swoją armię i przygotowywała się do inwazji na pełną skalę, a apetyt rósł. Rosyjscy poeci nadal uparcie spoglądali w wieczność, nie zdając sobie sprawy, jak ich kraj stał się autorytarnym państwem imitującym demokrację, kultywując jednocześnie narrację o własnej wielkości. Ci, którzy nie mogli już sobie poradzić, wyemigrowali i nadal prezentowali rosyjską kulturę jako wysublimowaną rosyjską fasadę. Przypuszczam, że moje słowa nie spodobają się wam, zaznajomionym z najlepszymi świadectwami kultury rosyjskiej. Nie musicie w to wierzyć, tak jak mieszkańcy Borodjanki , Hostomla i Buczy pod Kijowem nie chcieli uwierzyć, że Rosjanie przyszli ich zabić, nieuzbrojonych cywilów, bez powodu, bez przyczyny, bez różnicy. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. Zabijaj, gwałć, niszcz. Nie przychodzi mi do głowy żadna metafora, która uczyniłaby te słowa bardziej atrakcyjnymi lub przynajmniej mniej szokującymi.

Metafory nie działają przeciwko ludziom z karabinami maszynowymi. Kiedy twój samochód, którym ty i twoje dzieci próbujecie uciec przed wojną, zostanie przejechany przez czołg, żaden wiersz nie pomoże. Kiedy siedzisz całymi dniami przed zawaloną piwnicą wieżowca i słyszysz w środku krzyki swoich dzieci i wnuków, ale nie możesz ich wydostać, poezja jest nie na miejscu. Wydarzenia te są mocnym materiałem, europejski autor mógłby napisać o nich książkę na wieczność, a którą będzie czytać się w kółko. Ale ktoś, kto sam tego doświadczył, nie napisze tej książki. Ponieważ nikt nie ma siły, by przez to wszystko przejść, a potem tłumaczyć ten ból innym.

Wojna tworzy przepaść między tymi, którzy jej doświadczyli, a tymi, którzy znajdują się w bezpiecznej oddali. Widzę, że z każdym dniem coraz trudniej jest wytłumaczyć osobom z zewnątrz, jak się czujemy my, którzy jesteśmy w środku. A moja potrzeba wyjaśniania czegoś znika. Mówimy językiem, który staje się coraz bardziej niezrozumiały, nie mamy nastroju na poezję. Kiedy twój mąż jest na froncie, część krewnych jest poddawana straszliwej okupacji w obwodzie chersońskim, a inni w obwodzie charkowskim są pod ciągłym ostrzałem; kiedy ciągle trzeba być przygotowanym na kolejny alarm przeciwlotniczy, bo czasem naprawdę przylatuje coś, co zabija – wtedy trudno być wzniosłym. Poezja przybiera wtedy swoje własne formy, jako spontaniczna modlitwa, lament, a nawet przekleństwo przeciwko wrogowi. Te formy poezji są obce współczesnej poezji europejskiej, są funkcjonalne i rytualne, niezwykle istotne w swoich emocjach, niezwykle subiektywne, bardzo żałosne i nietolerancyjne. Trudno być tolerancyjnym wobec wroga, który zabija ciebie lub twoje dzieci. Kiedy zabije jednego, bierze się za następnego. Nie sądzę, że możesz być ponad to.

Obecnie jedna piąta mojego kraju jest czasowo zajęta. I niestety to nie jest metafora. Ludzie z okupowanych terytoriów są zabijani, terroryzowani, deportowani do obozów filtracyjnych w Rosji, rodzice i dzieci rozdzielani, wynaradawiani. Żadna poezja nie ma na to słów. Moja tablica na Facebooku aż roi się od zdjęć niesamowicie pięknych ludzi – mężczyzn i kobiet, rodziców, dzieci, zamordowanych przez Rosję. To nie jest metafora. Facebook blokuje lub usuwa te zdjęcia jako informacje zawierające intymne treści, które mogą zdenerwować użytkowników mediów społecznościowych. Ci ludzie nie urodzili się, by zginąć na wojnie, nie dostali dyplomu ukończenia studiów lub jakiegoś niższego stopnia, by zginąć na wojnie, nie rozwinęli swoich talentów, by umrzeć na wojnie. Utrata tych ludzi rozdziera ziejącą ranę, która pozostaje – w naszych duszach, w naszej kulturze, nauce, gospodarce, przemyśle, społeczeństwie. To nie jest metafora.

Nie znam żadnej poezji, która mogłaby uleczyć tę ranę. Ta wojna zabija nas wszystkich, każdego na swój sposób, chociaż na zewnątrz możemy wyglądać bezpiecznie i zdrowo, ale teraz poruszamy się małymi skokami, nawet na otwartej przestrzeni, głośne dźwięki sprawiają, że drżymy, a nasze małe dzieci, które miały doświadczenie siedzenia w piwnicy pod ogniem, nie płaczą już, kiedy się boją. Nawet najmłodsi wiedzą, że płacz może kosztować ich życie. I to też nie jest metafora.

Wojna wszystko wyjaśnia do tego stopnia, że ​​praktycznie nie ma już miejsca na poezję. Tylko na świadectwa.

Tymczasem nasi rosyjscy koledzy tworzą wzruszającą i głęboką poezję o wieczności, w bezpiecznym miejscu, na emigracji, gdzie nie ma strzelania, mając na uwadze artystyczne podejście i nie rozpraszając się brudem i przeciwnościami rzeczywistości. I ani syrena, ani kule, ani okupant z karabinem maszynowym lub czołgiem nie powstrzymują ich od skoncentrowanej pracy.

Bardzo żałuję, że poezja nie zabija.

List

Marek Ławrynowicz

W nowym numerze “Wyspy” pojawiło się moje opowiadanie:

Zadzwoniła Beata, kierowniczka produkcji z Teatru Polskiego Radia.

– Jakiś człowiek szuka z tobą kontaktu. – powiedziała.
– O co mu chodzi?
– Nie chciał powiedzieć. Zostawił nazwisko i numer telefonu. Zapisz sobie.
Zapisałem. Facet nazywał się Kazimierz Solski. Nic mi to nie mówiło, ale zadzwoniłem.

– Dzień dobry – powiedziałem i przedstawiłem się – w radio mi powiedzieli, że pan szuka ze mną kontaktu.
– Przypomina mnie pan sobie?
– Przykro mi, ale nie.
– Dwadzieścia pięć lat temu kupiłem od pana mieszkanie.
– No tak! Oczywiście. Zupełnie wypadło mi z głowy pana nazwisko.
– Przyszedł do pana list.
– Na pana adres?
– Tak. Zdziwiłem się, ale pomyślałem, że może to dla pana ważne. List jest z Rosji.
Zaskoczyło mnie to. Z Rosji? Do mnie? Teraz, w czasie wojny? W dodatku na adres sprzed dwudziestu pięciu lat? Jakaś prowokacja czy co?
– Wpadnie pan po ten list?
– Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, będę jutro około siedemnastej.
– Czekam.

Ciekawe, co sobie o mnie pomyślał pan Kazimierz Solski. Może, gdy list do niego dotarł, gdzieś z nim poszedł? Na przykład do Urzędu Ochrony Państwa. To byłaby uzasadniona obywatelska czujność. Pogadali tam z panem Solskim i zaproponowali, żeby oddał mi list, a oni przyjrzą się sprawie. Nie mógłbym mieć do nich pretensji, bo kto dziś dostaje listy z Rosji? Z drugiej strony nie chciał powiedzieć Beacie, o co chodzi. Czyli jest człowiekiem dyskretnym.

Następnego dnia pan Kazimierz wręczył mi list. Był adres nadawcy: Swietłana Sorokina, Nowosybirsk, ulica taka a taka. Swietka! Kiedyś bardzo czekałem na list od niej, ale nie nadszedł. Dopiero teraz. Czyżby szedł przez tyle lat? Spojrzałem na stempel pocztowy. List nadano w Nowosybirsku sześć dni temu.

Pospiesznie pożegnałem się z panem Solskim i pojechałem do domu.

Mój chwilowy, ale zapamiętany na zawsze romans ze Swietłaną, był owocem życzliwości kolegi Zdziśka Powrotnego. Na trzecim roku polonistyki Zdzisiek zrezygnował ze studiów i znalazł zatrudnienie w dziale kontaktów zagranicznych Centralnej Rady Związków Zawodowych. Do zakresu jego obowiązków należało organizowanie wycieczek do Polski z tak zwanych „bratnich krajów”, czyli ZSRR, Czechosłowacji, NRD, Węgier, Bułgarii… Organizując wycieczki, Zdzisiek zatrudniał także ludzi, którzy się mieli owymi wycieczkami opiekować. Pewnego dnia przyszedł na uniwerek i zaproponował mi pracę w charakterze pilota przybyszy z ZSRR. Zgodziłem się. Rosyjski nieco znałem, bo mój ojciec był rusycystą, ale przede wszystkim cierpiałem na nieustanny brak gotówki i byłem gotów zaopiekować się samym diabłem a nie tylko sowiecką wycieczką.

Poprowadziłem wycieczkę jedną, drugą – jakoś dało się żyć. Popijaliśmy z towarzyszami radzieckimi wódeczkę, gadaliśmy o żonach, dzieciach, krajobrazach, starannie unikając tematów drażliwych, bo wiadomo było, że w każdej wycieczce znajduje się przydzielony przez KGB kapuś. W trzeciej wycieczce była Swietka. Zakochałem się w niej w chwili, gdy postawiła nogę na peronie dworca Warszawa Główna, a ona we mnie, gdy wskazałem jej drogę do autokaru. To się nigdy nie zdarza, ale nam się przydarzyło. Stosowaliśmy dziesiątki wybiegów, by znaleźć się sam na sam. Dotykaliśmy się przy każdej okazji, całowaliśmy się w ciemnych kątach, gdzie nikt nie zagląda, wreszcie, w Zakopanem udało mi się namówić kierownika domu wczasowego, by dał mi klucze do niezamieszkałego pokoiku na strychu. Swietka przybiegła tam kilka minut po północy i została do rana. Ani przedtem, ani potem nie przeżyłem niczego podobnego. Nie wiem, czy kapuś z KGB wytropił tej nocy Swietkę, skradając się na palcach dotarł pod drzwi pokoiku na strychu i podsłuchiwał nas, aż pojaśniało za oknami. Następnego dnia przyjechała żona ważnej persony z Funduszu Wczasów Pracowniczych, zajęła nasz pokoik i łóżko, w którym zaznałem tyle szczęścia. Chodziliśmy ze Swietką w góry, całowaliśmy się wśród świerków i snuliśmy plany na przyszłość. Nie było to łatwe, bo Swietka miała w Nowosybirsku męża i małego synka. Postanowiliśmy, że się rozwiedzie, przyjedzie z synkiem do Polski i już nigdy się nie rozstaniemy. Wycieczka wróciła do Warszawy, odwiozłem ją na Dworzec Główny, potem jeszcze zobaczyłem w niedającym się otworzyć oknie smutną twarz Swietki i pociąg ruszył.

Pisaliśmy do siebie przez dłuższy czasny. Swietka przysyłała mi zdjęcia, swoje i z synkiem Dymitrem, złościłem się na nią, bo sprawa rozwodu się przeciągała, potem jej listy zaczęły się stawać coraz krótsze. Wreszcie przysłała mi piękny, pełen miłości list i zdjęcie ślicznej, uśmiechniętej Swietki. Było w nim coś niepokojącego, czego nie zrozumiałem. Napisałem długi list, w którym było wiele o moich przeczuciach i prośba o wyjaśnienia. Nie odpowiedziała. Wysyłałem kolejne listy pełne zniecierpliwienia i goryczy, ale Swietłana już do mnie nie napisała. Dopiero teraz, po ponad czterdziestu latach.

W domu pospiesznie rozerwałem kopertę.

„Mój kochany” – pisała Swietka – “Nie wiem czy jeszcze, żyjesz i czy, ten list do ciebie dotrze ale poczułam, że po tym co się stało muszę opowiedzieć ci wszystko. Wiem, że kochałeś mnie naprawdę i że byłabym z tobą szczęśliwa, ale Nowosybirsk jest za daleko od Warszawy, nie umiałabym żyć w Polsce, nie wyobrażałam sobie tego. Nie chciałam też krzywdzić mojego męża Nikołaja. Nie kochałam go, ale on mnie kochał i zawsze starał się, żeby mi było na świecie jak najlepiej. Wiedziałam to już wtedy, kiedy biegłam boso do pokoiku na strychu w Zakopanem, to była najszczęśliwsza noc w moim życiu – nigdy jej nie zapomnę, w chwili śmierci będę widziała twoją pochyloną nade mną twarz. Wiedziałam, że będziemy razem tylko przez kilka dni i nigdy cię już nie zobaczę. Wtedy na schodach zrozumiałam, że tak jak nie mogłabym mieszkać w Polsce, tak nie będę umiała żyć tak całkiem bez ciebie, muszę zabrać ze sobą coś, co będzie mi ciebie zawsze przypominać. To był jeden z tych niebezpiecznych dni, ale kiedy pytałeś, czy masz uważać, powiedziałam ci, że nie musisz, że jest bezpiecznie. Kłamałam, mój kochany. Oddawałam ci się każdą cząsteczką siebie, każdą kropelką krwi, każdym milimetrem skóry. Oddałam ci wszystko, co mogłam, zapadałam się w szczęście, nawet nie wiem, ile miałam tej nocy orgazmów, nigdy z żadnym mężczyzną nie było mi tak jak z tobą. Potem wyjechałam, patrzyłam w szybę pociągu i była we mnie sama pustka. Za jakiś czas okazało się, że jestem w ciąży. Gdy wróciłam do domu Nikołka rzucił się na mnie jakby chciał mnie przybić do kanapy, ale ja go nie widziałam, tylko ciebie, nie oddawałam się jemu tylko tobie kochany, tak było przez wiele dni i tygodni. Kiedy test wykazał, że jestem w ciąży, wiedziałam, że to nasze dziecko. Chciałam ci o tym napisać, ale jakoś nie umiałam. Napisałam tylko, jak bardzo cię kocham i wysłałam moje najpiękniejsze zdjęcie. Postanowiłam, że nigdy się o nim nie dowiesz, tak jak nigdy nie dowie się o tobie twój syn, czy córeczka, jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to będzie chłopiec. Zrozumiałam, kochany mój, że nigdy nie będę z tobą, ale on będzie obok mnie i to mi musi wystarczyć. Nie odpisałam już na żaden z twoich listów.
Misza urodził się na wiosnę. Nazwałam go Misza na cześć Bułhakowa, którego książki tak kochałeś. Od pierwszej chwili było widać, że jest twój. Ma twoje niebieskoszare oczy, choć Nikołka twierdził, że to po nim są niebieskie. Nie wyprowadzałam go z błędu. Nikołka bardzo kocha Miszę, bardziej niż swojego prawdziwego syna, Mitkę.
Co ci mogę jeszcze napisać? Misza był mądrym, ładnym chłopcem. Dobrze się uczył. Skończył uniwersytet i jest nauczycielem języka rosyjskiego. Przed ukończeniem studiów ożenił się z Iriną, córką znanego lekarza. Są dobrym małżeństwem, choć Misza jest mało praktyczny, pieniądze przeciekają mu miedzy palcami, wieczorami pisze wiersze, czego Irinka nie potrafi go oduczyć. Tłumaczyłam jej, że tak musi być, choć nie powiedziałam dlaczego. To jest w końcu twój syn, to jakże tak bez wierszy, sam powiedz.
Tak to mija nam wszystkim życie. Nadal mieszkamy w Nowosybirsku. Są na świecie lepsze miejsca, ale przyzwyczailiśmy się. Gdybyś mnie dzisiaj spotkał na ulicy, nie poznałbyś swojej Swietki. Jestem starą kobietą, moje włosy są siwe, straciły połysk, wyglądają okropnie. Piersi, które całowałeś, opadły i straciły jakikolwiek kształt. Po pięćdziesiątce zaczęłam tyć, mam tyłek wielki jak balia, na wagę już dawno nie wchodzę, żeby siebie samej nie straszyć. Moja twarz, którą zachwycało się tylu chłopców, stała się zawzięta, jakaś taka krzywa, obrzękła, bulwiasta. Pousuwałam zewsząd lustra, żeby siebie nie widzieć, ale i tak co chwila pcha mi się przed oczy moje odbicie w wystawach sklepowych, szybach samochodów i wszędzie jest ono przerażające. Dobrze, że nie spędziliśmy ze sobą życia i nie musisz mnie oglądać takiej, jaka jestem, tylko pamiętasz dawną Swietłanę, najpiękniejszą ze wszystkich. Ty, mój miły, jeśli jeszcze żyjesz, pewnie wyglądasz nie lepiej. Widzę to po Nikołce. Zrobił się z niego dziad, brwi krzaczaste, pod nimi małe wyblakłe oczka, zawsze niedogolony, bez przerwy pokasłuje, postękuje, w dodatku śmierdzi tak, że mnie od niego aż odrzuca, ale co robić, żyjemy ze sobą jak dziad i baba ze starej rosyjskiej bajki.

Ale nie po to do ciebie piszę, mój kochany, żeby się skarżyć na starość i czas, który wszystko niszczy i zabija. Piszę ze względu na Loszę. To synek Miszy i Irinki. Loszka od dziecka był bardzo do ciebie podobny. Zwłaszcza uśmiech miał dokładnie taki jak ty. Wszyscy się temu dziwili, w naszej rodzinie nikt się tak nie uśmiecha. Loszka był zawsze bardzo wesoły. Figlarz jakich mało. Kręcił sił się po całym domu, zawsze coś kombinował. W szkole było z nim mnóstwo kłopotów, ale nauczyciele go lubili. Ze mną miał zawsze najlepszy kontakt, rozumiałam go, bo wiedziałam, ze Loszka to ty, tylko malutki i że pewnego dnia stanie się tak do ciebie podobny, że będę musiała jemu jednemu o tobie powiedzieć i wysłać go do Polski, żeby ciebie odszukał. Już nie wyślę. Alosza zginał tydzień temu pod Charkowem. Nie zawiadomili nas o tym, na temat jego ciała nikt nic nie wie, choć Irinka poruszyła ziemię i niebo, żeby je odnaleźć. Nic byśmy o jego śmierci nie wiedzieli, gdyby jego kolega z oddziału nie wysłał maila do Miszy. Tak się umówili, że jeśli jeden zginie, drugi da rodzinie znać. Nie możemy zrobić nawet pogrzebu, bo według władz wojskowych Loszka zaginął. Podobno wielu jest takich, którzy zaginęli i wszelki ślad po nich przepadł. Chciałabym tylko jednego, żeby mój Loszeńka miał grób. Choćby najskromniejszy, ale żeby było gdzie pójść i powspominać.
Wiem, co wy w Polsce myślicie o tej wojnie. Ale nie sądź Loszy źle. Na pewno nie chciał na nikogo napadać i zabijać. Włożył mundur i za to zapłacił. Zresztą myśl o nim, co chcesz. I tak już go nie ma.
Jeśli jeszcze żyjesz, proszę cię tylko o jedno. Pomódl się za spokój jego duszy, o to, żeby tam po drugiej stronie było mu wybaczone.
To już ostatni list do ciebie mój kochany.
Wspomnij o mnie czasem. Nieraz patrzę przez okno w noc i widzę wśród latarń twoją twarz.
Zakochana w tobie na zawsze.
Swietka.”

Siedzę w pustym kościele, w ostatniej ławce. Usadziłem się tutaj, żeby, jeśli pojawi się jakiś klecha, nie przyszedł do mnie o cokolwiek pytać. W katolickim kościele modlę się za spokój duszy prawosławnego Loszy, okupanta, mordercy, zbira, drania, ruskiego łajdaka. Mojego wnuka.

Reblog

piotrstankiewicz.pl

LIST MĘŻCZYZNY DO MĘŻCZYZN


2 listopada 2019 roku Trybunał Konstytucyjny ogłosił (nie)sławny wyrok poważnie ograniczający dostępność aborcji w Polsce. Potem było oczywiście jeszcze gorzej, wiemy, bo TK praktycznie zakazał aborsji w Polsce. Ale ja nie o tym. Odpowiedzią były protesty w całym kraju, protesty o bezprecedensowej dynamice i największej być może skali w całej historii III Rzeczypospolitej. W czasie trwania tychże protestów Piotr Stankiewicz opublikował „List mężczyzny do mężczyzn”. Rozszedł się on wówczas bardzo szeroko, myślę, że po kilku latach nadal warto go przypominać. Nawet jeśli nie ma dziś żadnej specjalnej okazji. My też możemy bez żadnego trybu.

*

Panowie!

Wielu z nas chce wspierać kobiety w tym, co się dzieje. Ale warto się zastanowić, jakie wsparcie jest potrzebne, a jakie jest powielaniem seksistowskich stereotypów i karmieniem męskiego ego. Dlatego pozwólcie, kilka słów od faceta do facetów.

1. Nie przemawiajmy do kobiet. Mówmy do innych mężczyzn.

2. W szczególności, mówmy do tych mężczyzn, którzy nie ogarniają tematu. Mówmy, żeby ogarnęli, i temat i siebie. Jeżeli uważamy się za sojuszników kobiet, to nie jest naszym zadaniem do czegokolwiek kobiety przekonywać. Naszym zadaniem jest przemówić do rozumu tym mężczyznom, którzy nie ogarniają.

3. Bądźmy dorośli — gimnazjum już się skończyło. Nie sprowadzajmy sprawy do absurdu, gdy tylko nam wygodnie. „Nie przemawiajmy do kobiet” to nie znaczy, że mamy się do nich nie odzywać. A co znaczy? Znaczy, że mamy nie mówić w ich imieniu, nie zabierać im głosu, nie sugerować, że lepiej od nich wiemy, o co chodzi w ich walce o ich prawa. Diabeł mieszka w szczegółach. Darujmy sobie nawet pozornie niewinne sugestie czy dobre rady.

4. I nie, nie chodzi o to, że mamy się w ogóle nie odzywać. Gdybym tak uważał, to bym nie pisał. Mężczyzna nie ma milczeć, ma sporą pracę do wykonania. Nad sobą i nad innymi mężczyznami.

5. Nasza rola polega na tym, żeby posłać na śmietnik herstorii tę przeklętą „męską szatnię” (dosłowną i tę w przenośni). Na seksizm trzeba reagować tam i wtedy, kiedy on się dzieje. Słyszysz głupie żarciki w męskim gronie — reaguj. Widzisz kretyńskie zachowania — reaguj. Musimy temu powiedzieć STOP, w zwykłym codziennym życiu. Hannah Arendt się kłania: nieszczęścia nie biorą się stąd, że źli ludzie robią złe rzeczy, tylko stąd, że zwykli ludzie tolerują zło. Rzeczywistością nie staje się to, co lajkujemy na fejsie. Rzeczywistością staje się to, co tolerujemy na co dzień.

6. It’s not about us, men. Tutaj nie chodzi o nas. Próby wyjaśniania czy komentowania sprawy kobiecej przez kategorie męskich oczekiwań czy wyobrażeń — to jest podważanie tej sprawy.

7. Świat nie ma już wracać do żadnej „normy”, w której by było tak, jak było wcześniej. Chodzi właśnie o to, że nasze myślenie o naszym miejscu w życiu i świecie właśnie się wywraca do góry nogami. I to nie jest przypadek. To jest sens tego, co się dzieje. I to właśnie mamy wziąć na klatę.

8. Nie wysuwajmy wobec kobiet żądań czy oczekiwań. To nie jest czas, żeby stawiać warunki. Albo wspierasz, albo dzielisz włos na czworo, a siebie rozmieniasz na drobne.

9. Nie oczekujmy profitów, punktów procentowych, pogłaskania po główce, jacy to jesteśmy fajni. Wielu z nas podskórnie by tego chciało, ale zaprawdę powiadam Wam, niech nam wystarczy, że staniemy po właściwej stronie herstorii. To jest naprawdę dużo.

10. Tutaj nie chodzi o nas, ale jest jedna męska rzecz, którą warto podnieść, a o której rzadko się mówi. Otóż owszem, nie jest łatwo być postępowym mężczyzną we współczesnym świecie. I dlatego o tym piszę. To jest droga, na którą nie ma skryptu, na której nie ma wielu książek, za to jest wiele raf, i w ogóle, w szkole tego nie uczą. Zgadzam się. Ale ten ciężar musimy wziąć na siebie. Nie jest rozwiązaniem — tutaj i wszędzie indziej — przerzucać go na kobiety, że one mają wyjaśnić, przytulić, otoczyć miłością. Tak to nie działa.

11. Uczmy się, dowiadujmy! Nie dajmy się zwieść temu, że w KON-STY-TUC–JI jest napisane, że mężczyźni i kobiety są równi. Nasze doświadczenia w tym społeczeństwie dzieli przepaść. Był kiedyś taki wątek, „co byście dziewczyny zrobiły, gdyby wszyscy mężczyźni zniknęli na 24 godziny?”. I tu zagadka dla nas, facetów. Jak myślicie, jakie były odpowiedzi? „Przestałabym się malować”? Owszem, padło. Ale najwięcej serduszek dostała taka odpowiedź. „Poszłabym biegać w środku nocy i słuchałabym muzyki przez obie słuchawki, bez tej przemożnego uczucia, że jedną z nich muszę wyjąć”. Sto tysięcy dziewczyn to zalajkowało. I teraz połączymy kropki, o co w tym chodzi. I nie bójmy się przyznać, ja też dostałem gęsiej skórki, gdy pierwszy raz to zrozumiałem.

12. Zasoby internetu są nieskończone — wystarczy kliknąć. I są powiązane. Internet sam nas poprowadzi, trzeba tylko chcieć się dowiedzieć, doczytać. Chcemy być sojusznikami kobiet? Nie zmuszajmy ich do tracenia czasu, energii i nerwów na tłumaczenie nam tego, co dla nich jest oczywiste, a czego powinniśmy się dowiedzieć sami. Wierzcie mi, jeżeli kobiety czytają ten list, to ziewają z nudów, bo wszystko o czym tu piszę, jest dla nich absolutną oczywistością, codziennym doświadczeniem.

13. I w tym tkwi sedno sprawy.

14. Jak widzicie, wszystkie te grzechy mam dobrze przemyślane, bo wszystkie je popełniałem. I ani nie uważam ich za powód do dumy, ani one mnie nie dyskwalifikują. Bądźmy tą zmianą, którą chcemy zobaczyć w świecie, tak. Ale żadnej zmiany nie robią ludzie bezgrzeszni, bo takich nie ma.

15. Szerujcie.

*

(List był opublikowany na moim Facebooku i równolegle na ASZ Dzienniku, 2 listopada 2020 r.)

rysunek pióra, towarzyszący zapisowi na stoicki newsletter

Najlepszy reblog wszechczasów,

Ewa Wanat / Paweł Wroński

czyli ostatnie 20 lat

1.

Paweł Wroński pisze w Wyborczej o tym, o czym ja też jestem przekonana, że tak to działa:

“Nikt tego głośno nie mówi, ale na przeszkodzie szybkiego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej mogą stać dotychczasowe doświadczenia z takimi krajami jak Polska czy Węgry. Po co narażać się na ryzyko, że kolejny kraj podważy zasady praworządności, demokracji i wolności słowa? – pytają po cichu europejscy przywódcy (…)

Polska, kłopot Europy

Jest jeszcze “polski problem”. Polska wchodziła do Wspólnoty na ostatnich powiewach wiatru zmian związanego z dziedzictwem “Solidarności” i wyborów 1989 roku. Po niespełna dwóch dekadach okazało się, że nasz kraj wraz z Węgrami stał się zagrożeniem dla spoistości Unii. Napływ “robotników z Polski” (choć byli to pracownicy z całej Europy Środkowej) był jednym z najistotniejszych źródeł największego instytucjonalnego kryzysu UE, jakim było wyjście z niej Wielkiej Brytanii. “Reformy” wprowadzone w zgodzie z narodową konstytucją, jak na Węgrzech, lub wbrew niej, jak w Polsce, doprowadziły do zagrożenia fundamentalnych unijnych wartości – praworządności, wolności słowa, swobody demonstrowania, praw mniejszości narodowych, religijnych i seksualnych. Polska i Węgry są dziś najbardziej dotkliwym przykładem tego, do czego może doprowadzić rozszerzenie Unii o kraje, w których tego rodzaju wartości nie są ugruntowane w elitach władzy, czyli budowy quasi-dyktatury za pieniądze unijnych podatników.

Obecnie Polska zajmuje się głównie wykreślaniem słowa “gender” ze wszystkich unijnych dokumentów i blokowaniem pomysłów, które wcześniej z entuzjazmem popierała – jak podatek korporacyjny, który chciała wprowadzić w tym roku Francja. Oraz pouczaniem europejskich przywódców i nieustannymi kłótniami – od Norwegii po Czechy. Cóż, chyba nawet politycy PiS muszą przyznać, że Polska jako adwokat członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej nie jest dobrym przykładem.”

2.

Od Adminki:

Cały tekst Wrońskiego jest TU

(ale to Gazeta Wyborcza, a z Wyborczą jest, jak wiadomo, trudno. Więc dlatego jeszcze raz wielkie dzięki dla Ewy Wanat, że wybrała dla nas z tego tekstu to, co najważniejsze)

3.

Paweł Wroński

Polski problem Ukrainy

22.05.2022, Kijów, wspólna konferencja prasowa Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego. (Fot. Efrem Lukatsky / AP Photo)

Nikt tego głośno nie mówi, ale na przeszkodzie szybkiego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej mogą stać dotychczasowe doświadczenia z takimi krajami jak Polska czy Węgry. Po co narażać się na ryzyko, że kolejny kraj podważy zasady praworządności, demokracji i wolności słowa? – pytają po cichu europejscy przywódcy.

Podczas wizyty w Bratysławie prezydent Andrzej Duda zapowiedział, że wraz z prezydent Słowacji Zuzanną Caputovą będą podróżować po Unii Europejskiej i namawiać kraje członkowskie do jak najszybszego zaaprobowania statusu Ukrainy jako kraju kandydującego.

Złośliwi mogliby zapytać, dlaczego do tego grona nie został dołączony strategiczny sojusznik Polski przez ostatnie lata – Węgry Viktora Orbána?

(…)

I to by było na tyle, dalej już tylko paywall, czyli tekst dla tych, którzy płacą… Mhm, tak to jest w dzisiejszym świecie. Już od lat tak jest, ale mimo to wciąż niektórzy z nas nie mogą tego przełknąć. To była kiedyś nasza gazeta, najbardziej nasza na świecie. Wyrażała nasze opinie, opinie tych, którzy nie mieli pieniędzy i nie byli w świecie bogatych. Wtedy to była tamta władza, teraz…

Reblog o winach (i winach)

Leszek Talko is feeling fabulous with Szymon Milonas at Restauracja Rusiko

Dziwne rzeczy się dzieją kiedy Szymon Milonas dzwoni pyta czy by się nie spotkać w południe. Bo wiecie, on ma najlepszą fuchę na świecie. Pije wino, opowiada jak pije i mu za to płacą.

Też bym tak chciał, tylko ja odróżniam trzy stopnie wina: wino złe, wino dobre i wino bardzo dobre. A Szymek jeszcze 462 stadia pośrednie, ale cicho, bo już mnie nie zaprosi. A teraz zaprosił na degustację win gruzińskich organizowaną przez Georgian Wine.

Z Gruzinami jest taki problem, że od razu trzeba się umówić z nimi na imprezę w domu koło Batumi i zdaje się jestem umówiony tylko nie mam adresu ale podobno to detal, miejscowi wskażą drogę.

Drugi problem jest taki, że wszyscy Gruzini wyglądają jak Szymek, który zresztą został ambasadorem win gruzińskich, ale już dawno powinien za sam wygląd.

Na początku kazał polać dwa kieliszki białego qvevri. Jedno było dobre a drugie bardzo dobre i to drugie było z glinianego qvevri. Otóż Gruzini robią wino w tych qvevri – takich wielkich glinianych jajach – Trochę chyba upraszam ale Robią je od 8 tysięcy lat więc generalnie im wychodzi i trzeba by to opisać w kilkunastu tomach. Wiecie że dla dziecka robią małe qvevri jak się rodzi i odkorkowuja kiedy dorośnie. To znaczy pewnie po 10 latach.

Potem było Wino Kisi przy którym nawiązała się interesująca dyskusja. Otóż niektórzy bardziej wyczuwali smak jagód a w qvervi – porzeczek. A może odwrotnie?

W każdym razie oba były bardzo dobre.

Między nami chodził jakiś Gruzin, który też wyglądał jak Szymek, z kubełkiem i wszyscy wylewali qvevri żeby nalał Kisi, a potem wylewali Kisi żeby nalał Saperavi. Był w tym jakiś zamysł ale mroczny bo qvervi było dobre. Na szczęście były wolne kieliszki więc miałem już trzy. Lub cztery. Szkoda wylewać dobre kisu przecież.

Wtedy zacząłem myślę, że może przyjazd samochodem nie był strzałem w 10.

Ktoś zaprosił mnie również do Tbilisi i zdaje się że się zgodziłem. Zjadłem czarczali, pchali i prasi i wyczułem nutę pora, buraka i szpinaku i komuś się pochwaliłem a ten ktoś się ucieszył I Wypilismy za te nuty.

Wiecie, że Putin rozwinął gruziński przemysł Winiarski?

Ogłosił embargo 15 lat temu na gruzińskie wina więc Gruzini je ulepszyli i zaczęli sprzedawać na Zachód. To znaczy do nas też. Strasznie dużo nam sprzedają, muszą więc ulepić więcej qvervi – zapisałem jak Dużo ale zgubiłem. No nic. Uwierzcie, że Strasznie, strasznie dużo. Zapamiętałem za to, że Stalin lubił słodkie gruzińskie wino i pijał z bukłaczka na kluczyk. Putin też ma bukłaczek na kluczyk ale Stalinowi jak wiadomo to nie pomogło.

Potem Paweł Loroch wyglaszal toasty. Wcześniej zresztą też ale wtedy już ktoś zapraszał mnie do domu koło Kutaisi. Zdaje się że też jesteśmy umówieni.

Toasty zaczynają się od picia do Boga, potem za okazję, a potem przechodzimy płynnie do picia za dzieci kobiety pokój i miłość. Na końcu wola się Gaumardzos i pijemy. Łatwo załapać.

Zastanawiałem się czy samochód byłby zły gdyby sobie postał na parkingu. No przecież na pewno nie.

Zwłaszcza że wszystkich ubawiła wiadomość że przed tym embargo Putina Gruzini robili specjalne wino dla Rosjan którzy i tak się nie znają. A Rosjanie i tak wypijali zlewki.

Wypiliśmy Aleksandreuli za kobiety. Są piękne. Było dobre.

Ktoś zaprosił mnie i się zgodziłem ale już nie pamiętam gdzie. Ale sądzę że w Gruzji. Będę miał strasznie napięty plan tego miesiąca w Gruzji.

Ten mój samochód. Musi gdzieś stać. Tylko gdzie? Może w tym wylewaniu wina do kubełków była jednak jakaś myśl?

Nie wiem, bo Szymek albo ktoś bardzo podobny do njego znowu mi nalał i było bardzo dobre ale nie zapamiętałem co. W każdym razie było gruzińskie. Gaumardzos.

Wróciłem taksówką.

Gdyby ktoś wiedział z kim się umowiłem koło Batumi to Na priv.

Z Kutaisi też na priv.

Z taką śmieszna miejscowością której nazwy nie mogę sobie przypomnieć – również.

Jakby ktoś widział samochód – również.

Aha. Wojna na Ukrainie już spowodowała rozwój winiarstwa ukraińskiego. Wszyscy chcą kupować ukraińskie Wina. Ten facet czego się dotknie to rozwija, ale może niech ktoś mu już coś wsypie do bukłaczka na kluczyk. Kluczyki można dorobić przecież. .

Tomasz Prange-Barczynski opowiadal o Znajomym Który założył w Gruzji winnice. Pierwszego Tira z winem wypili, drugiego rozdali, trzeciego zamierzają sprzedać.

Szymek znowu nalał czegoś bardzo dobrego. Sprzedaje to w Wine rePublic. To ten co dojechał. Możecie zapytać. Gruzińskie i bardzo dobre w ładnej butelce.

Wróciłem taksówką.

The horror of the world

Andrzej Leder published some days ago on Facebook:

Oussama Abbes

Not to forget the real heroes of this world:

18th of August 2015

On his knees, he awaits his beheading.

This is Syrian archaeologist Dr. Khaled al-Asaad, chief of the excavations of Palmir (Palmyra). Khaled al-Asaad refused to reveal the location of the treasures and antiques of Tadmur (now Palmyra) that he hid before the arrival of the Islamic State.

Al-Asaad was beheaded in the square in front of the museum where he worked for over 50 years.

His mutilated body was then hung at a traffic light.

Khaled al-Asaad was the top guardian of Palmyra antiques and, in July 2015, he was captured by Islamic State fighters. Despite many tortures, he did not reveal the location of the museum’s treasures and was executed in the central square of Palmyre. When it became clear that fighters were going to capture Palmyre, scientists led by Al Asaad went to all lengths to hide Palmyre’s unique and invaluable antiques. He played a central role in saving hundreds of artifacts, transporting them from Palmyre to a safe location.

Khaled al-Asaad spoke five languages in addition to six ancient idiomatic languages, some of which are now extinct. Several European countries offered him residence and citizenship, but he refused to leave Syria.

He fought to his death to save the heritage of humanity.

https://en.wikipedia.org/wiki/Khaled_al-Asaad

Kaveh Akbar

Palmyra
                                                 after Khaled al-Asaad 

bonepole bonepole since you died
there’s been dying everywhere
do you see it slivered where you are
between a crown and a tongue
the question still
more god or less
I am all tangled
in the smoke you left
the swampy herbs
the paper crows
horror leans in and brings
its own light
this life so often inadequately
lit your skin peels away your bones soften
your rich unbecoming a kind of apology

when you were alive your cheekbones
dropped shadows across your jaw
I saw a picture
I want to dive into that darkness
smell
the rosewater
the sand irreplaceable
jewel how much of the map did you leave
unfinished
lthere were so many spiders
your mouth a moonless system
of caves filling with dust
the dust thickened to tar
your mouth opened and tar spilled out

I am an archeologist, I cann’t stop thinking about Khaled – al Asaad.
Requiescat in Pace, Brother.