Wielka Wojna (1)

I wojna. Wielka Wojna jak o niej mawiały nasze babki. Przez tydzień będziemy tu o niej pisać, czytać i myśleć. Zaczyna Kasia Krenz, jutro i pojutrze dwa wpisy Tomasza Fetzkiego o pomnikach wojennych, w czwartek – mój o poetach i artystach w szarych mundurach armii pruskiej. Jeśli ktoś sobie przypomni, że też ma jakiś wpis do tej serii, proszę bardzo – niech przysyła. Miejsca starczy dla wszystkich.

Katarzyna Krenz

Sceny bitewne znad rzeki Sommy

Idą. Idzie szereg za szeregiem, maszeruje
w miarowym tupocie. Karabiny takt
wybijają na bębnach okopów, kule raz po raz
przeszywają pierś Ziemi śmiercionośnym
grotem. Oni? Tchu ostatkiem usiłują
wyszarpnąć życie z twardej garści wojny.
Resztki oddechu ofiarowują drżącym nocom
w blasku pochodni.

…w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie
chorągwie jak grzywy dzikich koni…

Usta same krzyczą. Ciała krzykiem się
duszą i zastygają w kamień na skraju drogi.
Brzuchy zapadnięte z głodu lub napęczniałe
od zatrutej wody. Oczy w scenach wojny:
zawsze rozwarte szeroko, jakby nie wierzyły,
że kiedyś zasną na polu, co krwią nie nasiąkło.
Serca wróblem lęku mdleją na śmierci progu.

…chorągwie jak grzywy dzikich koni
w czarnym łopocie, w czarnym łoskocie…

Idą, co dnia idą nadzy, ślepi i bezbronni,
ledwie krtań zmyją łykiem chłodnej rosy
i niemą myśl ku gwiazdom wzniosą,
ogłuszeni rytmem miarowego kroku. O imię
wodza nikt nie pyta ani o cel tej drogi. Nikt
nie wie, dokąd uciec od wojennych werbli.
Rozkazy w martwej ciszy, gdy nawet echo
milknie.

Niebo płacze i sypie suchych łez popiołem.
A grzywy dzikich koni łopoczą jak chorągwie…

Bitwa nad Sommą. Atak rozpoczęty. Zdjęcie Ivor Castle, Kanada. Wikipedia/commons

Product placement

okladka productplacementRafał Różewicz

Obóz kulinarny

Jak to możliwe, że chodzisz – stojąc?
Pozwalasz chlebakowi wejść sobie na głowę,
z wrodzonej dobroci użyczając schronienia
uchodźcom ze sklepowych półek.

Obiecując im świetlaną przyszłość – ona trwa
tyle, ile wahanie człowieka co do potrzeb.
Dziś spotyka się z chłodniejszym przyjęciem – w końcu
czego się nie robi dla dobra wędlin.

Lecz kto z nowo przybyłych przypuszczał,
że kolorowe naklejki, magnesy, to zwykła propaganda,
przekroczenie terminu ważności okaże się
wyzwaniem, a codzienność niektórych będzie

wyglądała tak: najpierw selekcja, potem kąpiel i do gazu
(ma na niego monopol rosyjska kuchenka)?
Nikt więc nie wychyla się przed szereg,
wszyscy zgodnie podpierają ścianę

w obliczu zagrożenia ze strony wyciągniętej ręki.
Aż dziw, że nie są polskimi specjałami.

Tworzywo ludzkie

Stoi pod zlewozmywakiem,
otwarty na wszystko i wszystkich. Ile można
eksponować bałagan w sobie, jeśli jest
ktoś, kto czuwa nad nim, a następnie likwiduje
w przeciągu kilku minut? Wystarczy spojrzeć.

Świeżo założony worek jeszcze nie wylądował,
uczyni to po kolacji. To teoria wiecznego powrotu
w praktyce, choć powoływanie się
na teorie w kontekście kosza nie brzmi za dobrze.

W przeciwieństwie do sztućców jest sam.
Otoczony przez gąbki oraz wszelkiej maści
płyny może jedynie obcować z butlą,
której zdarza się wyjść z siebie.

Dlatego czasami stawia opór, wtedy
zahacza o rurę odpływową,
jakby, mimo wszystko, chciał zostać
na starych śmieciach. Ale to nie śmieci są
najgorsze ani zapach – zwykła kolej rzeczy.

Łazienkowe ewolucje

Woda wdziera się na pokład.
Bierze swój początek w kranie –
on posiada kurki do zadań specjalnych.

(Kiedyś w to wszystko wtrącał się prysznic
i w tym samym czasie tryskał energią,
odkąd jednak wymieniłem słuchawkę
potulnie czeka na swoją kolej.)

Wchodzę powoli; grunt to mieć
go pod nogami. Wciąż dolewam.
Ciepła, zimna? Nie mogę się zdecydować,
a ta leci – na łeb, na szyję.

Wszędzie wybory, prywatne, powszechne.
Prywatne, które można nazwać
powszechnymi.

Są tacy, co o tym nie myślą,
dzięki czemu zarabiają pieniądze.
Moje pokolenie jest właśnie od tego.

Wyciągnięty korek sprawia,
że odpływ w wannie
nabiera wody w usta.

Urtica dioica

Pokrzywa zwyczajna z rodziny Kowalskich
(dla znajomych wszystkie rośliny to chwasty)
wyzwoliła się spod panowania asfaltu,
zachęcona poczynaniami krewnych w Prypeci.

Ogłosiła niepodległość w blasku chwały ulicznej lampy,
którą następnie uznały niesforne psy,
olewając zupełnie – tak bardzo wsadziły nosy w nasze sprawy.

Był to przedsmak wegetacji w pobliżu aut szturmujących
drogę, która po remoncie liczyła na skok w dal w rejestrze.
Zabawy z bronią – czyli nożyczkami – orkiestrę, przecinanie wstęgi.

W zamian przyszło się zmagać z własnymi słabościami:
brakiem przejść, linii – symbolami prowincji.
I gdy ona wyszła na jaw, ulica nie dała po sobie poznać:
pęknięcia na powierzchni – wyłącznie dla ciekawskich.

Nie chcą jej wyrwać (bo nie pozwala się dotknąć),
choć i tak myślę o niej z czułością. W końcu nie każdemu się udaje,
z obojętnością godną Boga przyjmować to, co dzieje się wokół.

RafalRozewicz-zdjecieRafał Różewicz – ur. w 1990 r. w Nowej Rudzie, w Kotlinie Kłodzkiej. Twórca tekstów poetyckich, dziennikarz, felietonista. Publikował m.in. „8 Arkuszu Odry”, „ArtPapierze”, „Cegle”, „Szafie”, „Arteriach” oraz „Helikopterze”. Jest finalistą ogólnopolskich konkursów poetyckich im. Jacka Bierezina (2013) i Janusza Różewicza (2013), a także zwycięzcą XXIII OKP im. Krzysztofa K. Baczyńskiego (2014). Współredaguje pismo Inter.-Literatura-Krytyka-Kultura, a także stronę poecipolscy.pl. Właśnie ukazała się jego debiutancka książka „Product placement” (wyd. Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2014). Mieszka we Wrocławiu.

Samotny myśliwy 10

Katarzyna Krenz

jesienne mgly 006EFoto Autorka: Poranne mgły

10. Rysunek na piasku

Obraz rozbrzmiewał wiatrem:
fale płaszczyzn i plam barwnych
prowadziły po przekątnej w głąb,
by tam zgodnie uderzyć w struny
wzroku. To był dobry znak, który

mówił mu, że ucieczka z tej bezludnej
wyspy była możliwa. Aby tak się stało,
obraz musiał ożyć. Farba i płótno?
To ziemia, woda i powietrze. Tak było.
I teraz tak musiało być – jak dawniej.

Wyspa to wiedziała, była jak otwarta paleta.
dlatego pozwolił jej stąpać przez sepię
jałowego ugoru. Twarda bruzda
zasychała szybko, utrwalona werniksem z
morskiej soli. Dzięki temu zachowa

na zawsze pamięć kształtu, połączy
ukryty genotyp ziarna i kłącza, popiołu
i kamienia. Nie dopuści do odkształceń
w wyniku jego nieostrożnej decyzji. On
wahał się, lecz mimo to zrobił następny krok.

Chyląc głowę pod niebem z ołowiu,
przeszedł suchą stopą na drugi brzeg
płótna. Nawet jeśli ziemia miałaby
otworzyć krater wulkanu, a morze
zamknąć mu drogę odwrotu – nie cofnął się.

Szedł tam z tęsknoty za dawnym światem,
lecz wiodła go także ciekawość odkrywcy:
zapragnął jako pierwszy dotknąć horyzontu,
przekroczyć ciemną grań samotności. I żyć dalej.

C. / 14.05.2011

Samotny myśliwy 9

Katarzyna Krenz


poranne mgly 016
Foto: Katarzyna Krenz, Poranne mgły

9. Święty dzień

W niedzielę, jeśli była to niedziela,
a z jego wyliczeń wynikało, że była,
pogodna i bezwietrzna, Stary Poeta
w obecności stada mew wygłosił kazanie:

„Bracia, wspomnijcie dzień, gdy Słońce
przestało być bogiem i narodziło się królestwo
Słowa. Miało być silniejsze od życia. Wierne.
Przychodziliśmy i odchodziliśmy, a Ono
wciąż było. Jak Słońce. Pamiętacie?

Z początku u Boga było, aż samo stało się
Bogiem. Słowo. Przemienione w ciało,
napełniło się młodą krwią i oddechem.
Pewnego dnia umarło, a jednak nie umarło.
I bez Niego nic się dalej nie działo, ani miłość,
ani gniew, ani ziemia, ani niebo. Ani dzień.
Ani noc. Nic. Dlatego nazywaliśmy je
światłością i drogą, choć niejeden z nas
śnił potajemnie o innym życiu. Zdrajca!

Gdzie jest dziś Bóg, gdy Słowo milczy
niewypowiedziane? Kto pierwszy nazwał
Milczenie złotem – dlaczego nie Mowę?
Dlaczego nie okruch czułości, nie sen
bez jednej myśli i lot ku gwiazdom w mroku?
Tego nikt nie wie. A nawet jeśli wie i zna hasło –
nie powie. Milczenie jest skarbem, bywa i torturą.

Bracia, przestańmy się błąkać. Odrzućmy złoto.
Wydziedziczeni, zbierzmy siły i odwagę. Powstańmy.
Idźmy budować. Stwórzmy. Zacznijmy od początku.”

*

Poczuł na czole chłodny powiew. Otworzył oczy.
Niebo zachmurzyło się, morze poczerniało.
Ptaki z krzykiem zerwały się do lotu.

Nadciągał sztorm.

Na słowiańską nutę

Roman Brodowski

„Na zielonej Ukrainie…”

Niedawno wróciłem z Kresów. Na zaproszenie białoruskiego związku literatów razem z przyjaciółmi gościłem w przepięknym i, jak zwykłem mawiać, „moim” Grodnie. Okazja była szczególna – obchody dziesiątego „Międzynarodowego Festiwalu Kultur Narodów ”, który odbywa się tu od dwudziestu lat. Poproszono mnie, „przyjaciela pisarzy grodzieńskich”, zrzeszonych w tym związku, o udział w spotkaniu autorskim, co uczyniłem z radością. W spotkaniu uczestniczyło kilkunastu pisarzy z dziewiętnastu państw.
O moich, a właściwie naszych, wrażeniach z festiwalu nie będę pisał. Tym podzielę się następnym razem. Tu powiem tylko, że wspaniałym przeżyciem dla nas był udział w pochodzie festiwalowym. Wraz z kilkusetosobową grupą rodaków, na co dzień członków zespołów folklorystycznych, krzewiących naszą kulturę w diasporze polskiej żyjącej na Białorusi, jak i tych rodzimych z Podlasia i Kurpiowszczyzny, przemaszerowaliśmy ulicami miasta. Wzruszenia nie da się opisać słowami.
Wtopieni w kilkutysięczny wielobarwny, wielonarodowy pochód, ze śpiewem na ustach, witani przez zebrane na poboczach tłumy mieszkańców, którzy klaskali i wołali „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Niech żyje polska”, „Kochamy Was” czy „Dziękujemy, że jesteście”. I rzeczywiście, byliśmy dumni, że jesteśmy, kim jesteśmy. Niejeden z uczestników naszej grupy, ze mną włącznie, ocierał wilgotne oczy, chociaż deszcz w tym dniu nie padał.

ukrainaromana (4)
Przed nami szli Palestyńczycy, a za nami, zgodnie z porządkiem alfabetycznym Rosjanie, Turkmeni, Tadżycy i… spora grupa z Ukrainy.
Ukraińcy, nasi słowiańscy przyjaciele, cierpiący na własnej ziemi, uwikłani w bratobójcze walki, w których nie ma i nie będzie zwyciężców, będą tylko ofiary.
Spojrzałem na idących obok mnie członków zespołu ludowego, reprezentującego puszczańską ziemię kurpiowską i mrugnąwszy okiem porozumiewawczo zaintonowałem – …hen tam gdzieś spod czarnej wody…, a za mną z kilkuset gardeł wydobyły się dalsze słowa znanej pieśni o Ukrainie.

ukrainaromana (2)Rosjanie nie znając słów wspomogli nas improwizując na guzikówkach melodię.
Widzieliśmy wzruszenie, jakie zapanowało wśród Ukraińców. Niektórzy z nich także zaczęli śpiewać tę pieśń, tyle tylko, że w swoim narodowym języku.

Tak – właśnie na tym festiwalu poczuliśmy się wszyscy jak jedność, jak jedna wielka rodzina. Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Szliśmy obok siebie, pozdrawialiśmy się nawzajem, śpiewaliśmy, obdarowywaliśmy drobnymi upominkami i… czuliśmy to samo – smutek oraz współczucie dla tych, którzy tam na Ukrainie giną…

Po powrocie do domu, jak zawsze napełniony pozytywną energią, jaką mnie obdarowują ludzie żyjący na Kresach, zasiadłem do pisania. Postanowiłem napisać o tym, co się dzieje w kraju naszych sąsiadów, w kraju, który przez wieki tworzył z nami naszą wspólną historię, na Ukrainie. Postanowiłem przelać na papier to, co usłyszałem o tej strasznej bratobójczej wojnie nie z telewizji, radia czy prasy, ale od tych, którzy świadczą prawdę,widzianą własnymi oczyma, od ukraińskich uciekinierów, którzy schronili się przed niespodziewaną śmiercią na terenie Białorusi, u białoruskich rodzin.

ukrainaromana (3)
Postanowiłem oddać hołd tym, którzy przeżywają katusze, i to tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze, w centrum walki o ich tak zwaną lepszą przyszłość, o ich dobro i o wolność Ukrainy. Pragnę oddać hołd tym wszystkim, którzy stali się ofiarami tego, co ja nazywam brudną polityką możnych tego świata. Oddaję hołd wierszam, bezideowo, niepolitycznie, zwyczajnie i po ludzku. Niektóre z tych wierszy są nowe, inne powstały już jakiś czas temu, świadcząc o tym, że konflikty między nami Słowianami już od dawna leżały mi na sercu.

Na słowiańską nutę

Ciągle modlimy się do Pana
Prosimy Go by dał nadzieję,
Żyjemy duchem naszej wiary
A co się dzieje? co się dzieje?

Na niebie słońce już przygasa
Ziemia w ciemności się pogrąża
Wiatr zaś unosi strach, niepewność…,
Dokąd nasz stary świat podąża?

Dlaczego? – pytam czasem siebie
„Homo hominii lupus est”
Skoro dobrocią człek być winien,
Tak jak dobrocią Stwórca jest.

Rosjanin gnębi Ukraińca,
W nim zaś nienawiść do Polaka,
Polak Ruskiego ma za wroga…,
Ot taka to słowiańska draka.

A przecież można żyć inaczej.
W naszej słowiańskiej społeczności
Można wybaczyć winy przodków…,
Dla naszych dzieci, ich przyszłości.

Można zbudować lepsze jutro,
Żyć w nim jak nasi pra-przodkowie
Nas „Słowian” przecież wiele łączy…
I to nie tylko w tymże słowie.

Berlin 02.04.2012

ukrainaromana (1)Łzy jak kwiaty bzu

Kilka gałązek bzu na bruku
Pamięć w powietrzu się unosi
I zgliszcza dymiącego domu
Który o pomstę Boga prosi.

Wczoraj tętniło tutaj życie
Ludzie krzątali się po gmachu
Była nadzieja na normalność.
A dziś tu nie ma nawet strachu.

Tak, ludzie ludziom, niby bestie,
Jak w czas wojenny, w czas pożogi,
Piekło sprawili… Tylko za co?
– Za wybór nowej, innej drogi –

Ziarno Bandery daje plony
Jak feniks się odradza faszyzm
A z boku wielcy tego świata.
Dzielą na tamtych i na naszych.

Czynią to w imię ważnej sprawy.
W imię pokoju, bezpieczeństwa.
Tylko dlaczego kosztem słabych
Kosztem łez, życia i męczeństwa.

Biedny narodzie ukraiński,
Nie krwią buduje się dostatek
I nie dopływa się do władzy,
Morzami łez wdów, żon i matek.

Może i jestem nierozumny,
Własnym rozumem nie ogarniam,
Tego, co dzieje się na Wschodzie…
Na swoich poszła … swoja Armia

Berlin 05.05.2014

Co będzie jutro?

U nas zakwitły dziś kasztany
Słońce serwuje dzień bezstroski
Niedzielne dzwony słychać w dali
A tam? – tam płoną miasta, wioski.

Ludzie chowają się w piwnicach
Wtulone w kąty matki, dzieci…
W oddali słychać huk wystrzału
Kolejny pocisk świszcząc leci.

U nas wiosenny deszcz się zaczął,
Woda strumieniem bruk obmywa
Chmury po niebie płyną srebrne,
A tam? – krew ofiar lepka spływa.

Brat ruszył w drogę przeciw bratu
Poniósł ze sobą śmierć okrutną,
Otrzymał rozkaz, by zabijać.
Nie wie, co będzie później, jutro.

A jutro będzie jeszcze smutniej.
Czas ciężkie zacznie leczyć blizny
Powstanie wiele nowych grobów
Tych, co zginęli dla ojczyzny.

Nadejdzie pora zbioru plonów
Obfitych w nowych bohaterów.
Tylko dlaczego dla jednostek
Musi umierać aż tak wielu?

Pytanie niby bardzo proste
Każdy rozumny zna odpowiedź,
Lecz nikt nie mówi o tym głośno,
Bo po co komu szczera spowiedź

Berlin 03.06.2014

Apokryf XXVII

Obiecują lepszą wartość bytu
Przybywają na czarnym koniu
Niby panowie światłonocy,
Pijani krwią naiwnych dusz.

Rozdzierają utkaną życiem szatę
Rzucając jedność w otchłań.
Dla nierozumnej jeszcze idei,
Karmią maluczkich nienawiścą.

Oni zaś syci, odziani w służalczość,
Niosą brunatne sztandary śmierci.
Idą drogą bolesnej ciemności,
Ku chwale nieznanych im światów.

I tylko prawda wyrzucona z ich ust
Błąka się po przestrzeni absurdu
W poszukiwaniu sprawiedliwych.
A wiara? – Tylko gdzie ona jest?

Berlin 24.06.2014

Zdjęcia Stafen Dybowski, na ostatnim zdjęciu, wśród sióstr Słowianek, nasz autor, Roman Brodowski

Samotny myśliwy 8

Katarzyna Krenz

SONY DSCFotografia autorki z serii “Panoramy Covilhii i mgły”

8. Nie wszystko

Piasek był ciepły, wygładzony przez morze,
a świadomość, że ziemia jest okrągła,
mniej ważna niż jej skrawek, ciepły i
taki namacalny, wygrzany w słońcu
na brzegu morza, gdzie można było leżeć,
grzać kości i myśleć o mapie miejsc najbliższych,
które kiedyś pojawiły się po to, by Stary Poeta
mógł się tam urodzić, pójść do szkoły i
na pierwszą randkę nad rzeką w maju, gdy
zakwitły kasztany. Kasztany, rzeka, maj:
miłość to piękne miejsce.

Bo cóż po mapach lądów nieodkrytych, słonych
mórz i oceanów, cóż po miejscach wielkich
bitew wygranych, przegranych. Cóż
po krużgankach pałaców i klasztornych ogrodów,
gdy nas tam nie ma. Cóż nam po nich.

Samotny myśliwy 7

Katarzyna Krenz

KK-Gotland55x
Akwarela Gotland Katarzyna Krenz

7. Bezimienność

Obudził się o świcie.

(Odkąd za posłanie miał kłąb mchu na nagiej ziemi,
sypiał krótko i budził się wcześnie.)

Wstał bez słowa i obmył twarz w chłodnym
strumieniu. Tak, woda w strumieniu była
chłodna, bystra i klarowna. Lecz on odrzucił
te atrybuty, gdyż były możliwe tylko dzięki
słowom. On zaś od przybycia na wyspę milczał.

Nawet więcej: trwał w bezsłownym milczeniu.

Surowa ryba, miąższ papai i niedojrzałej cytryny
smakowały obco i bezimiennie – zjadł je, lecz
nie mógł nic na ich temat powiedzieć. Komu?
Potem zszedł na plażę. Chciał spojrzeć w oczy
morzu, w zetknięciu z jego bezkresem poczuć
głębię swej samotności, a może nawet oburzyć się
na okrucieństwo sytuacji, w jakiej się znalazł.
Ach, dlaczego nie utonął wraz z całą załogą?
I teraz cierpiał, odrzucony przez żywioły.

Jak obce ciało!

I jeszcze zszedł na brzeg, ponieważ zapragnął być sam.
Sam na sam – ze sobą. Lecz nie wiedział, jak to zrobić.
Jak zrobić to bez słów! Bez słów nie wiedział jak.

Samotny myśliwy 6

Katarzyna Krenz

KK-Gotland1xAkwarela Gotland Katarzyna Krenz

6. In statu usucapiendi

Stary Poeta rozejrzał się wokół.

Pierwsza myśl przeraziła go nie na żarty:
będzie musiał zacząć wszystko od początku.
Przywołać ptaki. Narysować mapy. Wytyczyć
cardo et decumanus, co już samo w sobie
było zadaniem ponad siły. A wiedział, że
tym razem Bóg, który kiedyś był osią i
ziarnem wszystkiego, już mu nie pomoże.

Albowiem bogowie żyją w nas i
wraz z nami odchodzą.

Zapragnął ukryć się, zapomnieć
o swoim nowym miejscu na ziemi
pośrodku pustego świata.

Uciec, gdyby tylko mógł uciec!

Nagi i drżący, wyruszył w głąb wyspy.
Na wydmach zebrał suche trawy,
z których splótł skrzydła. Znalazł
w dziewiczym lesie gałęzie na szałas
i kilka garści mchu na posłanie. Po wielu
nieudanych próbach skrzesał ogień – dym
sypnął iskrami przeszłości i przypomnienia.

Czyż nie tak było na początku i nie tak
miało pozostać do końca?

Zapłakał z rozpaczy. To prawda,
skrzydła szumiały natchnieniem,
szałas dawał schronienie, a ogień –
ciepło i nadzieję. Lecz przecież on,
pozbawiony świadectwa źródeł pisanych,
mógł się pomylić: pamięć bywa ulotna,
a on był samotny, porzucony

na wyspie milczenia. Ocalony.

22/23 listopada 2010

Bomba emocji 3

krolotchlani IX poprawkaKatarzyna Kulikowska
Kolejne wiersze z tomiku “Bomba emocji”

Wiatr
M.P.

Ty jesteś jak wiatr
Rozsiewasz we mnie słowa
Niczym nasiona kwiatów
Słowa zakwitają
Pachną spełnieniem
Zmieniasz mnie w rajski ogród
Zjawiasz się tu na chwilę
Potem uciekasz na skrzydłach ważek
W przestrzeń

Wspomnienie

Widzę Cię we wspomnieniach
Niczym w morskiej głębi
Czuję jak pachniesz morzem
Rozsypuję muszelki wokół Ciebie
Układam z nich ramkę
Patrzę
Dotykam
Ale rozmywa się jak cień
Znów cię nie ma

Dziękuję za uśmiech lasu bursztynów
Za czas spacerów morskimi brzegami
Za śpiew naszych marzeń które śpią w gitarze
Dziękuję ziarnkom piasku
Za chwile zakopane w zamku
Za morze zamknięte
w muszli

Uśmiech wiosnykrolochlani XI poprawka

Mech się raduje
Szyszki skaczą
Gałęzie śpiewają
Liście tańczą sambę
Nad jeziorem niebo się rumieni
To wiosna uśmiecha się w lesie

Piosenka

W kącie domu śpią cisze
Tam, przy biurku siedzi ona
Wiersz na kartce pisze
Jest taka zamyślona

Chce ulecieć niczym mewa
W słów ocean głęboki
Gdzie wyobraźnia śpiewa
Metafory malują widoki

Ona otwiera światy
Kryje się w poezji
Pośród marzeń skrzydlatych
Staje się zapachem frezji

Akwarela księżyca

Śpij, niech księżyc otuli cię
kocykiem swego blasku
Zamknij w oczach jego
akwarele
Otwórz drzwi słońcu
Zaśnij i ogrzej noc
ciepłem serduszka
Nasłuchaj się bajek
zaniosą ciebie nad
zatokę tęcz
gdzie możesz spotkać
siebie

Członkom SJŻPkrolotchlani XII poprawka

Jola ustawia papier do porządku niczym
wojsko
Władek zatrzymuje ptaki w locie
na niebie z papieru
Uczy sikorki czytać książki
Teresa zaprzyjaźniła się z latem
Rozdaje uśmiechy jak słoneczniki
Sylwia chce nauczyć maszynę
do pisania czytać ale ona milczy
Żar podpala powietrze
Ja stoję w płomieniach dnia
szukając cienia w gazecie
I nie znalazłam Kasi

Dla nauczycieli

Dziś słońce pisze list złotym piórem
Promienie ślą życzenia
Kwiaty się kłaniają
Jedwabne skrzydła nieba łagodnie falująkrolotchlani XIII poprawka
Powietrze śpiewa
Małe aniołki się uśmiechają
Chciałyby powiedzieć tak wiele
Mówią tylko
Dziękujemy wam nauczyciele

Mamie
Kiedy mama przychodzi do domu
Sufit zmienia się w niebo
Ściany pokoi w las
Na podłodze rosną konwalie
Przylatują leśne ptaki, echo i wiatr
Dom kwitnie i śpiewa
Echo uśmiecha się do mamy
Mama tańczy w aureoli z chmur
niczym ptak

Grafika: Katarzyna Kulikowska, ilustracje do Apokalipsy

Samotny myśliwy 5

Katarzyna Krenz

Kk-Gotland2Akwarela Gotland Katarzyna Krenz

5. Tempus fugit

Zegarek stanął. Z rozbitym szkłem i
strzaskanym werkiem zatrzymał się na chwili,
gdy nastąpił koniec starego świata, a nowy –
ukazał się nagi i cichy. Pusty. Bez pamięci.

Świat przepowiedni, z którego Stary Poeta
został tak nagle wyrwany, mimo wszystko
był miejscem szczęśliwym, ponieważ
przepowiednia o jego końcu
była jeszcze tylko tym, czym była –
przepowiednią. Zapowiedzią. Mieczem
nad głowami milionów takich jak on
Ślepych Wędrowców. Słowem groźnym, lecz
tylko słowem. Mane. Tekel. Fares. Policzone,
zważone, rozdzielone. Jeszcze nie.

Rzeczy tamtego świata, niespełnione i takie
niepewne, wciąż trwały na swoim tragicznym
miejscu: wstrząsane drgawkami śmiertelnej choroby,
miały jednak korzeń, były na swoim miejscu.
A choć wszyscy błądzili, w tłumie było im raźniej.
Nikt nie pytał – po prostu szli. Spętani, krok za
krokiem posuwali się ku przyszłości,
ku zagładzie, niosąc ciężar nieszczęśliwych
przypadków, grzechów i pomyłek, powiewając
sztandarem pokuty i mądrości pokoleń.
Mimo wszystko wciąż była to mądrość.

W szalonym tańcu wewnętrznie sprzecznych
minut (krótkich a długich jak wieczność,
traconych bez sensu a bezpowrotnie), nie tylko
konie i drzewa umierały, stojąc. I dopóki
ostatnie drzewo nie padło i nie umarł
ostatni koń – żadna minuta nie była ostatnia.
I zawsze ktoś powstał i rzekł: chodźmy!
Jeszcze mamy czas. Dopóki nie stanął zegarek.