Spisane z pamięci

Bardzo dawno temu, jeszcze na KURZE, zamieściłam wiersz Juliana Ejsmonda pt. Sztuba, dziś chcę go Wam przypomnieć. Pisałam z pamięci. Co jest dla mnie ciekawe w tym wierszu, jest on napisany chyba w 1922  r., a ile w nim dziś już zupełnie nieużywanych słów. Wiersz był w roku 1931 wydany w zbiorku Patrząc na moich synków, niestety wydany pośmiertnie, bo Ejsmond zginął w roku 1929 w wypadku samochodowym pod Zakopanem. Pamiętam tę książeczkę sprzed wojny, na okładce była fotografia dwóch małych
chlopców, jego synów.

Mirka

Od redakcji: Mirka to pseudonim osoby z rodziny, która chce zachować anonimowość. Witam w gronie autorów na tym blogu, spotykałyśmy się już bowiem jako autorki na innych blogach. Ciekawe, że ten uroczy wiersz skojarzył się Mirce ze świętami. Z twórczości Ejsmonda ja bym chyba wybrała Baśń o ziemnych ludkach, bo one na zimę idą spać. Ale to jest właśnie cudowne we współpracy z innymi ludźmi, że oni myślą co innego niż my, co innego mówią, piszą i mają inne skojarzenia. Nota bene był to w czasach szkolnych Mirki jej popisowy wierszyk.
XX

Julian Ejsmond, Sztuba

Czasami śni mi się w nocy
O chwilo marzeń szczęśliwa,
Że siedzę na Smolnej w klasie
I ktoś mnie nagle wyrywa.

Czasami śni mi się w nocy
Jakaś klasówka koszmarna,
Chcę ściągać, nie mam od kogo
Budzę się, w koło noc czarna

Życie jest nasze jak sztuba
Nie jeden nas dzwonek buzi
Nie jeden nas belfer nudzi,
nie jedna klasówka trudzi.

I wciąż siedzimy na ławce
W oczekiwaniu wyrwania
I ciągle, ciągle nam grozi
Dwója ze sprawowania.

Aż przyjdzie wreszcie godzina,
Godzina szczęśliwa bez miary,
Pojdziemy po dzwonku ostatnim
Do Nieba gdzieś na wagary

Będziemy psocić i broić
I gwiazdom robić kawały
I słońcom dawać kuksańce
Gdyby się z nami nie śmiały

A dobre duchy, co władną
Niebios przejrzystym turkusem
Usmiechną się do nas łagodnie
I dadzą nam piątkę z minusem.

Bóg zajrzy kiedyś w ów dziennik
I spojrzy na nasze twarze
I piątkę zostawi na wieki
A minus starannie wymaże

***
Następnego dnia po opublikowaniu tego wiersza Mirka nadesłała uzupełnienie, które natychmiast dodaję do tego wpisu:

Ewuś! mnie Boże Narodzenie kojarzy się z zupełnie innym tekstem wiersza-kolędy.
Jest to wiersz tak smutny i tragiczny, że nie chcialam od niego rozpoczynać świątecznych wspominków. Przytoczę ten wiersz do Twojej dyspozycji, jeżeli uznasz, że można – wykorzystaj, już na Altanie go podawalam.

Wiersz nie ma autora, bo był ogloszony w 1939 r w jakims piśmie konspiracyjnym.

KOLĘDA WARSZAWSKA

O Matko odłóż dzień narodzenia na inny czas
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia jak męczą nas
Niechaj się rodzi Syn Najmilejszy wśród innych gwiazd
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym ze wszystkich miast.

Bo w naszym mieście, które pamiętasz z  dalekich dni
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz, świeży od krwi
Bo nasze Dzieci pod szrapnelami padły bez tchu,
O Święta Matko módl się za nami, lecz nie chodź tu!

A jeśli chcesz już urodzić w cieniu warszawskich zgliszcz
To lepiej zaraz po urodzeniu – rzuć Go na Krzyż!

(pisane dziś z pamięci)                                              Warszawa, 15 grudnia 2014 r.

Nowe wiersze czyli przygarść powietrzna

Katarzyna Kulikowska

Życzenia dla młodych

Marzeń lekkich jak piórka
Wiary silniejszej niż skała
Myśli lotnych jak ptaki
Snów jak busole na morzu życia

,,Rzucam przygarść powietrzną – skowronka – w niebo”
K.K. Baczyński

Drobinka
Najmniejszy brat wiatru
Rzucony w niebo jak ziarno
na powietrzne pole

Anna

Anna ma marzenia o smaku truskawek
Oczekiwanie o zapachu różanym
Muzykę pustki
Przesypują się godziny, dni, lata
w klepsydrze życia
Truskawki straciły smak
Zapach róż uleciał
Pustka wybrzmiała
Anna liczy ziarnka czasu w klepsydrze
i odmierza samotność

Podróż marzeń

Sfinks leży w piaskach pustyni
Mówi zagadkami
Piramidy prężą dumnie grzbiety
Mumie śpią w drewnianych garniturach
Słońce puszcza oko
Promieniami wyzłaca kamienne miasta przeszłości
Łagodne skrzydła Maat okrywają ludzi
niczym płaszcz przeciwdeszczowy
Otwieram oczy
Moja podróż dobiegła końca

***

Patykiem na wodzie maluję
Odlatujące ptaki marzeń
Lilie metafor
Wodorosty słów
Płynące ławice myśli
Próbuję złapać
W sieć wiersza

Ołówek

Stwarza nowe światy
Wyzwala uśpione emocje
Opowiada nieznane historie
Buduje most pomiędzy mną a światem
Wymyśla groźne rośliny
Ożywia dziwne stworzenia
Rysuje ścieżkę w gąszczu myśli
Pajęczyną kresek próbuje zapisać kod istnienia

24.11.2014

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Łużyce w Berlinie…

Urszula Usakowska-Wolff i Ewa Maria Slaska

… a będzie też i o tłumaczeniach z łużyckiego

Od wielu tygodni Tomasz Fetzki, który na użytek tego blogu, przybrał przydomek Viator, wędruje z nami po Zachodnich Kresach Polski i Wschodnich Kresach Niemiec czyli po Łużycach. Ciekawe, że dopiero teraz, dzięki wpisom Viatora, my dwie, Urszula i Ewa, od lat zamieszkałe w Berlinie, ustaliłyśmy, że obie jeździłyśmy na Łużyce, obie organizowałyśmy projekty polsko-niemiecko-łużyckie lub brałyśmy w nich udział i obie kiedyś tłumaczyłyśmy wiersze łużyckich poetek na polski i/lub niemiecki.

Zacznijmy jednak od tego, że w Berlinie te Łużyce nie są aż tak odległe i nieznane jak odległe i nieznane są w Polsce. W Berlinie tradycyjnie jeździ się do Spreewaldu, popływać barkami lub kajakami, pooglądać z wody wiosnę, lato czy jesień, kupić kiszone ogórki, najlepsze w całych Niemczech i szprewaldzką ciemnoniebieską ceramikę w białe kropy, a wiosną piękne pisanki, najpiękniejsze w całych Niemczech. Łużyczanie zwani tu Sorbami przyjeżdżają na polskie festyny do Berlina. Są sorbskie sklepy z lokalnymi produktami. Wszystko razem nie oznacza może jakichś niezwykle ożywionych kontaktów, ale te kontakty są i są nacechowane wzajemną sympatią.

Był jeszcze jeden ścisły związek łączący Berlin i Łużyce.

Poznałam Łużyce w ramach polsko-niemieckiego projektu kulturalnego Statek Literacki (Deutsch-Polnischer Poeten Dampfer) w latach 1995-1999, wtedy też widziałam wsie zniszczone przez wydobycie węgla brunatnego i księżycowy krajobraz jaki pozostawiają po sobie kopalnie odkrywkowe. Ten węgiel brunatny, w Polsce niemal zapomniany, mimo że oczywiście i my mamy jego wychodnie, że wspomnę Konin, Bełchatów i Turów, był w Berlinie i Brandenburgii po prostu wszechobecny. W Berlinie było i nadal jest, choć oczywiście teraz mniej niż przed 30 laty, mnóstwo mieszkań wciąż jeszcze ogrzewanych piecami, a najtańszym opałem był i jest właśnie węgiel brunatny. Sama tak mieszkałam kiedyś dawno temu. Opalane brykietami z węgla brunatnego mieszkania produkowały tony lotnego brązowego popiołu i wysyłały nad miasto kilometry sześcienne dymu w kolorze rdzy, co sprawiało, że zimą cały Berlin przybierał rudawy kolor. Co jakiś czas ogłaszano zagrożenie smogowe i wtedy jeździło trochę mniej samochodów, a to przecież mieszkania produkowały ten brązowy smog a nie samochody i pewnie trzeba by było zakazać palenia w piecach, ale na to by się przecież nikt nie poważył.
Już dawno nie mieszkałam w mieszkaniu z piecami, gdy podczas Polsko-Niemieckiego Statku Literackiego dotarłam na krawędź takiego wyrobiska węgla brunatnego i dopiero wtedy dotarło do mnie, że jego szkodliwość ekologiczna w Berlinie była małym problemikiem w porównaniu z tym, co on oznaczał na Łużycach. Choć oczywiście zanim zaczniemy urągać przemysłowi, przeczytajmy raz jeszcze wpis Tomasza Fetzkiego, który pisze o tym, jak trudno jest zachować równowagę pomiędzy naszymi potrzebami życiowymi a naszymi poglądami ekologicznymi.

Podczas projektu Poetendampfer (Parowiec Poetów – świetna nazwa, znacznie lepsza niż nudna nazwa po polsku!) poznałam też poetkę łużycką Róžę Domašcynę i na bieżąco tłumaczyłam jej wiersze na polski. Urszula z kolei brała udział w 32 Festiwalu Poezji Sorbskiej w Budziszynie w 2010 roku, też tłumaczyła wiersze Róžy i promowała ją w Westfalii. Moje tłumaczenia, wykonywane odręcznie na papierze, odczytywane podczas imprez z karteluszków, z kretesem zaginęły. Również Urszula nie ma wierszy Róžy po polsku, ale znalazła tłumaczenie wiersza Hańžy Budarjowej (1860-1937).

Prządki u kołodzieja w Łazie

W tym pięknym ogrodzie, do którego chętnie chodzę,
rosną kwiaty czarujące,
wszystkie pięknie kwitnące, w blasku wiosny lśniące,
młode, zapatrzone w słońce.
Te kwiaty są tak cnotliwe,
jak nasze wiejskie dziewki,
co u kołodzieja w Łazie zbierają się na prządki i śpiewki.

Może w tym ogrodzie znajdą się trzy róże,
które cudne imiona mają:
miłość, pokój i jedność, bo wszyscy Łużyczanie je znają
i za najpiękniejsze uważają.
Z tych róż przykład brać
i o nie dbać będziemy,
ale teraz sobie w Łazie znowu poprzędziemy.

Chcemy w naszym towarzystwie dalej się gromadzić,
żyć w spokoju i w pokoju, nikomu nie wadzić,
i do środy razem prząść i śpiewać wesoło,
bo już wkrótce słońce wzejdzie i zaświeci wkoło:
nad łąkami, nad lasami, nad polami,
i z ciemności nas wyzwoli,
byśmy mogli pracować na roli i śpiewać ze skowronkami.

A gdy starość nastanie, będzie czas na bajanie
o pięknych latach młodości,
o tym, ile radości sprawiało nam chodzenie
do kołodzieja przy Stawie w Nowym Łazie na przędzenie.
Oj, będą się nam dziwować,
oj, będą się naśmiewać
z naszych bajek, z naszych fraszek – młodzieńczych igraszek.

1927

Przekład z języka górnołużyckiego: Urszula Usakowska-Wolf, 2010

Hańža Budarjowa (1860-1937), aktywistka łużyckiego stowarzyszenia „Handrij Zejler“ w Lohsa (Łaz) i poetka ludowa, autorka 158 opublikowanych wierszy i 13 nieopublikowanych manuskryptów, pisała prawie wyłącznie po łużycku.

Róža Domašcyna, urodzona w roku 1951 w Zerna, mieszka i tworzy w Budziszynie. Foto Jens Domaška.

Zersplittet
den brustkorb an seinem brustkorb halten
mit der rechten hand seine linke herzkammer melken
mit der linken hand seine rechte herzkammer melken
dabei
das eigene vordertürchen verschlüsselt wissen
rücklings eine ferse in die hintertür stellen
und so wie so den hals verstöpselt tragen

Rozfragmentowanie
opierając klatkę piersiową o jego klatkę piersiową
prawą ręką dojąc lewą komorę jego serca
lewą ręką dojąc prawą komorę jego serca
a przy tym
pilnując by własne klapy były dobrze zamknięte
od tyłu wstawiając stopę w kuchenne drzwi
a szyjka i tak zakorkowana

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

A tu jeszcze wiersz Róży po łużycku, pełen gier słownych i gier z różnymi językami. Konia z rzędem temu, kto go przetłumaczy na jakikolwiek język 🙂

Kosycka, Reiherschnabel, Eródium

Rólerkacka: Odin! Mu Bechery heiss.
Reimscheues lobe. Dny corki. Hórka.
Hólce reibe krydu. Kino ma es. Rasch.
Birne, hack Kurioses. A hdy mrócele?
Rohes kusa irr. Cim bóle necke hody.
Hei, bóle minus. Sydk Recher kacora.

Jesień dla każdego

jesiendlaraomana1Roman Brodowski

Kresowa jesień

W tym roku jakoś inaczej
Śpiewają wody Niemna.
Jesienna pora nadeszła
Niby złodziej czasu, ciszą

Stare drzewa w pokłonie
Oddają resztę przepychu
Czekającej pokarmu ziemi,
Pozostają w smutnej nagości.

Okryte złotym dywanem
Ułożonych wiatrem, liści,
Nadniemeńske nadbrzeża
Zapraszają na randes-vous

Ptaki żegnają przestrzeńjesiendlaraomana5
Szybując niby kluczami
Po bezkresie szarego nieba
Do nowej przystani spokoju.

Na chlebowych polach chłopi
Zbierają ostatnie plony,
Ostatnie dary bożej łaski
Na czas długiego snu.

I tylko łosie beztrosko stąpają
Po bujnej zieleni mokradeł,
Witają jesienny czas nostalgii.
Na dalekiej, kresowej rubieży.

Berlin, 02.10. 2013

Czas wrzosu

Niedługo zakwitną wrzosyjesiendlaraomana6
Na barwnej polanie mej duszy,
I jesień nadejdzie – czas zbioru
Uczynków, doświadczeń i wzruszeń.

Usiądę przed wyschłym żurawiem,
Przy którym wiatr tańczy żałosny
I wspomnę, co tylko potrafię
I wrócę pamięcią do wiosny.

Zawitam pieszczotą młodzieńczą
Pod strzechę matczynej czułości
By poczuć raz jeszcze – ostatni
Smak miodnej i winnej miłości.

A potem na skrzydłach gołębich,jesiendlaraomana2
Odziany w biel prawdy sumienia,
Odwiedzę żyjące w przestrzeni
Tęsknoty, pragnienia, marzenia.

I może napiszę tę powieść
O losie człowieczym, o trwaniu.
Tę powieść znaczoną mym życiem,
Mym smutkiem, radością, kochaniem.

Tak – pora nostalgii i wspomnień
Czas kwiecia chryzantem i wrzosu
Jest czasem rozliczeń, pokory…,
Czekaniem w ramionach Logosu.

Berlin, 18.08.2014

Wierszyk jesienny

Kasieńce

W zielonym parku
Niewielkiego miastajesiendlaraomana3
Rosną dwa drzewa
Obak siebie, w zgodzie.
Jednym jest kasztan
Rozłożysty, zdrowy,
Drugim zaś dąb wielki…,
Widać, że wiekowy.

Chociaż są tak różne,
Niepodobne do siebie
Począwszy od koron
A na pniach skończywszy,
Mają coś wspólnego,
Jedną wspólną cechę
Darzą wszystkie dzieci
Radością i śmiechem.

Od lat niepamiętnych,
Zawsze w złotą jesień
Gdy dojrzeją owoce,
Gdy pożółkną liście,
Zrzucają swe skarbyjesiendlaraomana4
Na trawiasty taras,
By je ktoś zobaczył
By je ktoś odnalazł.

Tak leżąc cierpliwie
Brzuchate kasztany,
Żołędzie w czapeczkach,
Liście wielobarwne,
Marzą sobie o tym
By je ktoś pozbierał,
Zaniósł do przedszkola
By się nimi bawiły
Kasia, Zbyszek, Ola…,

By wszystkie dzieciaki,
W jesienną pogodę,
Gdy na dworze szaruga,
Gdy pochmurne niebo,
Mogły z darów przyrody
Tworzyć świat wesoły
Z kasztanów, z żołędzi,
Ludziki, psy, pszczoły…

Wrzesień 2012

Kartoflisko

Nad rozczochranym polem
Unosi się zapach dostatkujesiendlaraomana8

Brunatne chłopskie dłonie
Pieszczą płody rodzicielki

Kosze wypełnione darami
Świadczą o pełni miłosierdzia.

A na wydeptanej twardej miedzy
Czeka ptactwo swojego udziału

Szara jesień przysiadłwszy nad ziemią
Słucha modlitwy świerszcza.

Zapatrzona w pożogę kartowliska
Cierpliwie czeka ostatniego zbioru

A po nim? – no właśnie, co po nim ?
Spieszmy się przed nastaniem głodu.

Berlin 07.10. 2011

Jak uśmiech jesieni

Złotolistny dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni. PICT2716.JPG
Klucze ptaków płyną po bezkresie,
Po jesiennej, pochmurnej przestrzeni.

A ja lubię nostalgię jesienną,
Wspominanie lata przy herbatce
I jesienne przy świecach wieczory
W mojej małej, wsią pachnącej chatce

Lubię deszcze płynące po szybie
Szelest wiatru w gałęziach dębiny
I płomienie w kominku tańczące…,
Lubię uśmiech jesiennej dziewczyny.

Złotolisty dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni
A ja czekam cierpliwie tej jednej,
Która przyjdzie w uśmiechu jesieni.

Bytom, 15.10.1981

jesiendlaraomanaAFotos Ania, Dorota, Ewa, Krzysztof, Kasia

I ty zostaniesz nazistą

Tomasz Fetzki

W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…

I ty zostaniesz nazistą
reportaż poetyzujący

Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…

Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.

Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.

1. Lons SorauSorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.

 Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.

Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.

2. Pustac LuneburskaKilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.

Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:

Zwiędły liść

Ciepłe powiewy wiatru,
Gałęzie ciężkie od kwiecia,
po trawie wiatr niespokojnie
przesuwa zwiędły liść.

Z łąki kwitnących fiołków
zrywa się wiatru podmuch,
patrz, taka była moja dusza,
zanim na twoją trafiła.

(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:

Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.

 Na Pustaci Lüneburskiej

 Piękna pustać lüneburska
Chodzę lasem tu i tam,
Wiele sprawek tu widziałem
O nich jest opowieść ma

 Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja
miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja

 Hola, szklanicę do góry
Wznieść nam, bracie, nadszedł czas
Prędko pijmy wina kwartę
Nim się w dzbanie zmieni w kwas

 Tralali ii tralala aa …

 Psy szczekają, broń nabita
Na jelenie pójdziem w łów
W las zielony droga wiedzie
Trakt umyka nam spod nóg

 Tralali ii tralala aa …

 Hej dzieweczko, hej, nam miła
Piękna jesteś, z mlekiem miód,
Daj twe serce, a weź moje
Dziś ci złożę je u stóp

(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)

 Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!

3. Wolny strzelecI tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.

Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…

Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.

Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.

4. Lons GrabeOstatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.

 Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.

5-6-7

  Głaz w Walsrode             …w Lesie Teutoburskim…       …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna…                                                      (Schleswig-Holstein)

Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.

8. Koszary

Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.

 9. ZolnierzeA ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?

 I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!

Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!

***
Wywiad z Tomaszem Fetzkim nagrany już po opublikowaniu tego wpisu i na jego podstawie, wyświetlony w regionalnej telewizji żarskiej i dostępny online:

http://www.telewizjazary.pl/51,2676-poznaj_swoje_miasto_-_kamien_hermanna_l%c3%b6nsa.html

San Michele

Ewa Maria Slaska

Dwaj poeci, muzyk i tancerz

W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.

sanMichele2014 (3)Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.

Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.

Esra PoundZ drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.

Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.

Ale do klatki!

Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.

Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.

Ezra Pound – Pakt

Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.

Tłumaczył Leszek Elektorowicz

brodsky2 (1) 2Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.

Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.

brodsky3Здравствуйте Иосиф Александрович.

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez “w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?

Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.

Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.

diagilew (1)-3xdiagilew

Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.

strawinski (1)-2strawinski (4)-3x Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.

Bardzo sztywno to wygląda na tym nagrobku, a tymczasem – w roku 1956 koło szkoły San Fantin ktoś mu zrobił takie zdjęcie:

strawinski i koty w Wenecji