Ptaki żegnają przestrzeń
Szybując niby kluczami
Po bezkresie szarego nieba
Do nowej przystani spokoju.
Na chlebowych polach chłopi
Zbierają ostatnie plony,
Ostatnie dary bożej łaski
Na czas długiego snu.
I tylko łosie beztrosko stąpają
Po bujnej zieleni mokradeł,
Witają jesienny czas nostalgii.
Na dalekiej, kresowej rubieży.
Berlin, 02.10. 2013
Czas wrzosu
Niedługo zakwitną wrzosy
Na barwnej polanie mej duszy,
I jesień nadejdzie – czas zbioru
Uczynków, doświadczeń i wzruszeń.
Usiądę przed wyschłym żurawiem,
Przy którym wiatr tańczy żałosny
I wspomnę, co tylko potrafię
I wrócę pamięcią do wiosny.
Zawitam pieszczotą młodzieńczą
Pod strzechę matczynej czułości
By poczuć raz jeszcze – ostatni
Smak miodnej i winnej miłości.
A potem na skrzydłach gołębich,
Odziany w biel prawdy sumienia,
Odwiedzę żyjące w przestrzeni
Tęsknoty, pragnienia, marzenia.
I może napiszę tę powieść
O losie człowieczym, o trwaniu.
Tę powieść znaczoną mym życiem,
Mym smutkiem, radością, kochaniem.
Tak – pora nostalgii i wspomnień
Czas kwiecia chryzantem i wrzosu
Jest czasem rozliczeń, pokory…,
Czekaniem w ramionach Logosu.
Berlin, 18.08.2014
Wierszyk jesienny
Kasieńce
W zielonym parku
Niewielkiego miasta
Rosną dwa drzewa
Obak siebie, w zgodzie.
Jednym jest kasztan
Rozłożysty, zdrowy,
Drugim zaś dąb wielki…,
Widać, że wiekowy.
Chociaż są tak różne,
Niepodobne do siebie
Począwszy od koron
A na pniach skończywszy,
Mają coś wspólnego,
Jedną wspólną cechę
Darzą wszystkie dzieci
Radością i śmiechem.
Od lat niepamiętnych,
Zawsze w złotą jesień
Gdy dojrzeją owoce,
Gdy pożółkną liście,
Zrzucają swe skarby
Na trawiasty taras,
By je ktoś zobaczył
By je ktoś odnalazł.
Tak leżąc cierpliwie
Brzuchate kasztany,
Żołędzie w czapeczkach,
Liście wielobarwne,
Marzą sobie o tym
By je ktoś pozbierał,
Zaniósł do przedszkola
By się nimi bawiły
Kasia, Zbyszek, Ola…,
By wszystkie dzieciaki,
W jesienną pogodę,
Gdy na dworze szaruga,
Gdy pochmurne niebo,
Mogły z darów przyrody
Tworzyć świat wesoły
Z kasztanów, z żołędzi,
Ludziki, psy, pszczoły…
W ten wtorek przerwiemy naszą podróż po Łużycach (ale za tydzień ruszymy dalej), bo mamy do uczczenia rocznicę. Może nie istotną, ale interesującą, a przy tym nawiązującą do stulecia wybuchu Wielkiej Wojny, które tak uroczyście miesiąc temu na blogu celebrowaliśmy. Niestety, nie miał Viator czasu, aby wzdłuż i wszerz przemierzyć Niemcy, dlatego tym razem większość zdjęć, o czym lojalnie uprzedza, pożyczył sobie w Wielkiej Sieci. I gdzie indziej…
I ty zostaniesz nazistą reportaż poetyzujący
Gdy na zrytym pociskami, błotnistym polu bitwy konał Hans Castorp, narrator słodko szeptał mu na dobranoc: Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona! Ale kiedy wśród zielonych wzgórz Szampanii mgła wieczności powlekała oczy pewnego literata rodem z Chełmna, narrator, gdyby nawet istniał, nie mógłby powiedzieć niczego takiego. Opowieść miała się dopiero zacząć. A wszystkiemu winna przyroda…
Są wśród naszych rodaków tacy, którzy gotowi byliby przysięgać, że Giewont jest Polakiem w skałę zaklętym. Z kolei tułacze i sieroty po Tysiącletniej Rzeszy niemal z płaczem argumentują, że muszą wrócić tam, skąd ich wygnano, bo na Śląsku nawet słowiki śpiewają po niemiecku. A znowu inni będą zapewniać, że rozległe brzozowe lasy rosyjską mają duszę. Uroczy bełkot, ale jednak bełkot: skała jest granitowa, słowik śpiewa tylko i wyłącznie po słowiczemu, zaś lasy przenika co najwyżej duch Gai. Niemniej wciąganie przyrody w nacjonalistyczne rozgrywki jest wciąż dla niektórych ponętną pokusą. Bo ona uwiarygodni to i owo, bo nada tego niezbędnego romantycznego sznytu, bo utwierdzi prawa do… Dosyć! Żaden człowiek ani żaden naród nie dostał natury na własność. I każdy powinien raczej czuć się zaszczycony, że został nią bezinteresownie obdarowany. Ale lepiej niech już nie próbuje robić na niej żadnego interesu, bo się zbłaźni sromotnie. A przy okazji ośmieszy innych. Tak, jak to się przydarzyło wspomnianemu mistrzowi pióra z Culm.
Pewnego razu, podczas jednej ze swych łużyckich wędrówek, natknął się Viator w gęstym lesie na dziwny kamień, opatrzony obcym nazwiskiem i dwiema datami.
Sorauer Stadtwald, a w nim tajemniczy głaz.
Nie miał pojęcia wędrowiec, kto zacz ten Hermann Lons z inskrypcji. I trwałby, nieszczęsny, w mrokach niewiedzy, gdyby nie Pan Rafał Szymczak, jeden z najlepszych żarskich regionalistów. To on na którymś ze spotkań miłośników małej ojczyzny tajemnicę rozwikłał i temat gruntownie oświetlił, zainspirował Viatora do stworzenia tego tekstu, a jeszcze dodatkowo wspomógł go ikonografią. Za to wszystko chce Viator serdecznie podziękować.
Przyszedł przeto na świat Hermann Löns, jako się rzekło, w Chełmnie. Zgodnie z tym, co głosi napis na kamieniu, w sierpniu 1866 roku zaczął się ten się żywot stosunkowo krótki, ale za to burzliwy oraz intensywny. Z przyczyn początkowo rodzinnych, a potem już naglony przez swój gwałtowny charakter, jeszcze zanim ukończył studia, zdążył Hermann pomieszkać i pożyć w każdym niemal zakątku Niemiec: gimnazja w Wałczu i w Monastyrze, medycyna na uniwersytecie w Greifswaldzie, epizod studencki w Gerze i ostatecznie znów Monastyr, gdzie zgłębiał arkana matematyki oraz nauk przyrodniczych, szczególną uwagę poświęcając mięczakom. Ale żadną z tych licznych dyscyplin wiedzy nie było mu dane zarabiać na chleb. Został dziennikarzem, a niespokojny duch wciąż gnał go z miejsca na miejsce. Żona i rozwód. Druga żona, kochanka, propozycja życia we troje i oczywiście drugi rozwód. Kolejna, młodsza o 24 lata, kochanka. Alkohol. Dużo alkoholu. Za dużo… I wreszcie najważniejsze: miłość, jaką obdarzył literaturę i przyrodę. Stopniowo, ale skutecznie wyparła ona z jego życia inne pasje i aktywności. Zakochany w ojczystych krajobrazach sławił poezją i prozą ich piękno. Ale też dbał o to, by objęto je ochroną. Szczególnie wiele uczynił dla swej ulubionej Pustaci Lüneburskiej.
Kilkadziesiąt tysięcy hektarów pagórków porośniętych wrzosowiskami, łąkami i lasem. Bagna i torfowiska, stada owiec i ptaki. A wszystko kilkadziesiąt kilometrów na południe od Hamburga. Po prostu – Lüneburger Heide.
Pisał wiele, ale nierówna była to twórczość. Z jednej strony spod jego pióra potrafiły wyjść te subtelne strofy:
Zwiędły liść
Ciepłe powiewy wiatru, Gałęzie ciężkie od kwiecia, po trawie wiatr niespokojnie przesuwa zwiędły liść.
Z łąki kwitnących fiołków zrywa się wiatru podmuch, patrz, taka była moja dusza, zanim na twoją trafiła.
(tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)
Ale z drugiej nie mógłby się wyprzeć (bo wiersz, opatrzony muzyką, zyskał wielką popularność i do dziś chętnie jest śpiewany na piwnych biesiadach) autorstwa takiego oto arcydziełka:
Dla pełni wrażeń nasza lektura może mieć za tło pieśń w wykonaniu orkiestry Paula Biste.
Na Pustaci Lüneburskiej
Piękna pustać lüneburska Chodzę lasem tu i tam, Wiele sprawek tu widziałem O nich jest opowieść ma
Tralali ii tralala aa i od sasa ja i do lasa ja miły mój miły mój ty to wiesz ty wiesz że ja
Hola, szklanicę do góry Wznieść nam, bracie, nadszedł czas Prędko pijmy wina kwartę Nim się w dzbanie zmieni w kwas
Tralali ii tralala aa …
Psy szczekają, broń nabita Na jelenie pójdziem w łów W las zielony droga wiedzie Trakt umyka nam spod nóg
Tralali ii tralala aa …
Hej dzieweczko, hej, nam miła Piękna jesteś, z mlekiem miód, Daj twe serce, a weź moje Dziś ci złożę je u stóp
(Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska)
Toż przy tym nawet nasze Hej sokoły jawią się jako szczyt wyrafinowania. Ale tak właśnie trafia się do powszechnej świadomości ludowej!
I tak się w tej świadomości zostaje: wolny i swobodny strzelec, Hermann Löns.
Jednak burzliwe życie uczuciowe, częste wędrówki gdzieś w dziczy, alkohol oraz intensywna, z czasem wręcz obsesyjna twórczość literacka, musiały doprowadzić do katastrofy. Załamanie nerwowe. Pobyt w sanatorium. I próba odrodzenia, której w sukurs przychodzi Historia: oto bowiem na szczęście wybucha Wielka Wojna. Hans Castorp przemocą został wyrwany ze swego azylu w Davos, natomiast Hermann Löns dobrowolnie opuszcza sanatorium, by wstąpić do wojska. Mógł bezpiecznie zadekować się na tyłach jako reporter wojenny: miał Nazwisko, a i wiek podeszły (he he he…) lat czterdziestu i ośmiu predestynował go do tej funkcji. Ale nie! On się uparł na służbę w pierwszej linii. Co i komu chciał udowodnić? Pewnie samemu sobie, po klęskach ostatnich lat, że nie jest wykolejonym nieudacznikiem, inteligencikiem nieużytecznym, nomen omen – mięczakiem…
Jego życzeniu stało się zadość. Wraz ze swym pułkiem fizylierów został skierowany na front zachodni. Nie zdążył niestety nacieszyć się nowym, patriotycznym wcieleniem. Poległ podczas jednej z pierwszych akcji, 26 września 1914 roku, czyli równo sto lat temu. Stało się to w pobliżu Reims, tam też, w jednym z lejów pozostałych po ostrzale artyleryjskim, gdzieś na ziemi niczyjej, pochowano jego ciało. Ale krótko po wojnie, w roku 1920, przeniesiono je na cmentarz wojenny w Loivre.
Jednak, podobnie jak za życia samemu Lönsowi, spokój nie był pisany także jego trupowi. Gdy naziści doszli do władzy, usilnie poszukiwali sposobów na umocowanie i zakorzenienie swych rządów w tradycji i kulturze. Hermann nadawał się do tego celu idealnie: piewca przyrody ojczystej – jego twórczość po części miała charakter ludowej spuścizny (takie prawie Blut und Boden), a przy tym gorący patriota (dodajmy, acz ze wstydem: zdarzyły mu się wycieczki antysemickie), który życie złożył na ołtarzu Ojczyzny. Przeto na osobisty rozkaz Führera zwłoki pisarza (istnieją wątpliwości, czy rzeczywiście były to jego szczątki) już w 1934 roku sprowadzono z Francji i pochowano na terenie posiadłości jednego z prominentnych gaulaiterów, zaś rok później przeniesiono je na teren ukochanej Pustaci Lüneburskiej i tam uroczyście złożono w rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny.
Ostatnie (miejmy nadzieję) miejsce spoczynku Hermanna Lönsa. Walsrode, Lüneburger Heide.
Ale to nie wszystko! W każdym zakątku Niemiec pojawiły się pamiątkowe kamienie, świadczące, że żył taki pisarz i że właściwie to był nazistą. Choć wcale o tym nie wiedział… Głazów postawiono ponad sto czterdzieści: ten w żarskim Miejskim Lesie jest jednym z nich.
Głaz w Walsrode …w Lesie Teutoburskim… …i we Flensburgu
najbliżej grobu Hermanna… (Schleswig-Holstein)
Najbliższa koszula ciału, przeto Viator jeszcze nieco uwagi poświęci żarskiemu pomnikowi. Stał on i głosił chwałę literata protonazisty, faszystowskie rządy krzepły, więc i sam Sorauer Stadtwald musiał ulec przemianie. Bardzo charakterystycznej: tam, gdzie pośród drzew kryło się dziecięce sanatorium, w roku 1938 wyrósł potężny kompleks koszar Wehrmachtu.
Flaga na maszt! I niech werble warkną z wigorem! Armaty zamiast masła, koszary w miejsce sanatorium.
A ci chłopcy już za chwilę opuszczą Sorau, by udać się na bojowy szlak. Najpierw Sudety, potem Polska. I jeszcze dalej. Ilu dożyło kresu tego zbiorowego szaleństwa?
I po co było to wszystko? Nie lepiej wędrować po Pustaci Lüneburskiej, wspinać się na szczyty Harzu czy płynąć po falach Renu po prostu dlatego, że są one piękne? A nie dlatego, że pragermańskie? Z tym Renem to w ogóle mieli naziści kłopot. A konkretnie z jednym punktem reńskiego szlaku. Sami się wpakowali na skałę Lorelei i roztrzaskali na niej. No bo co zrobić z przykrą okolicznością, że ukochana przez lud pieśń o złotowłosej syrenie napisana została przez Żyda? Nazwisko Heine w podręcznikach literatury znaleźć się nie mogło. Ale i usunięcie z nich wiersza, tak silnie wrośniętego w powszechną świadomość ludową, nie wchodziło w grę. Umieszczano przeto notkę: tradycyjna pieśń ludowa. I tak Izraelita stał się tradycyjnym ludowym twórcą teutońskim… Chichot rozlega się w powietrzu, chichot historii. Zaprawdę, powtarza Viator: nie majstrujmy przy literaturze, nie kombinujmy patriotycznie z przyrodą, bo się ośmieszymy!
Na szczęście ta przyroda wyrozumiała jest i cierpliwa. Przeczeka wszystkie ludzkie wariactwa. Pustać Lüneburska czule utuliła szczątki Hermanna Lönsa. Ale i nie wypluła, pochowanego na niej skrycie, trupa Heinricha Himmlera, choć po stokroć na to zasłużył. Taka jest… Nie majstrujmy, po raz trzeci i ostatni zaklina Viator!
*** Wywiad z Tomaszem Fetzkim nagrany już po opublikowaniu tego wpisu i na jego podstawie, wyświetlony w regionalnej telewizji żarskiej i dostępny online:
W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.
Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.
Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.
Z drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.
Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.
Ale do klatki!
Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.
Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.
Ezra Pound – Pakt
Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.
Tłumaczył Leszek Elektorowicz
Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.
Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.
ЗдравствуйтеИосифАлександрович.
Josif Brodski – *** (Rozumiem…)
Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.
Tłumaczył Stanisław Barańczak
Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez “w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?
Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.
Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.
Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.
Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.
Bardzo sztywno to wygląda na tym nagrobku, a tymczasem – w roku 1956 koło szkoły San Fantin ktoś mu zrobił takie zdjęcie:
Kamienne twarze
Milczenie wisi w powietrzu
Zapach nieobecności
Jola zbiera wiersze jak kwiaty
Układa bukiet dla Emilki
Zawiązuje wstążką wspomnień
Żal pisze na wstążce słowa pożegnania
Ukraina
Snajperzy-drapieżnicy czają się na swe ofiary
Słychać huk wystrzałów
Ludzie padają niczym kostki domina
Ziemia pije krew
Milicjanci płoną jak żywe pochodnie
Toczy się gra o wolność
Kolejna kostka domina upada
Gra wciąż trwa
,,A wtedy, zewsząd widoczny, w zwierciadłach dalekich i bliskich
widzisz swój cień.
Jak ukryjesz się w tym Świetle?
Za małoś jest przezroczysty,
a jasność zewsząd tchnie.”
Karol Wojtyła „Pieśń o Bogu ukrytym”
Jasność przenika mnie wszędzie
Zanurzam się w źródle Światła
Chcę być przez chwilę świetlisty
Rozświetlić się jak iskierka
Ukryć w tej świetlistości
Lecz utkany jestem z ciemności
Moje ręce są ciemne
Myśli czarne i lepkie
Cień mój wskazuje drogę nieprzeniknionej światłości
Już wiem
Nie ukryję się nigdzie przed oceanem miłości
Tatianie Bordzie
Niewinność w białej szacie niczym dzieci
bawi się piłką śmierci
Kto nie złapie
ten bęc
Słychać dźwięk dziecięcej melodii
Gra toczy się dalej
do ostatniego
bęc
Siedem
Siedem myśli krążyło w głowie
Siedem smutków zaglądało w oczy
Siedem łez spłynęło po twarzy
Siedem sekund szczęście trwało
Siedem mignień wiosny
Siedem cudów oglądało
W siódmym niebie było
Siedem słońc mu świeciło
Coś było i nie było
A może tylko się śniło
Kropla
Źródło życia
Zwiastun śmierci
Strumień płynący wewnątrz ciała
Pokarm serca
Krew
Słowo
Słowo
Nowozamknięty świat
Kropka
Nad
I
Nikt
Mam anonimową twarz
Moje ciało rozpływa się w powietrzu
Możesz przeze mnie przejść i nie poczuć nic
Gdy się odwrócisz okiem serca dostrzeżesz
Drżące kawałki istnienia
Taniec dwóch pszczół
Złocisty wir
Powietrze drży
Miód leje się z nieba
Trwa spektakl światła i muzyki
Sekundę może trwało to
Jeden trzepot rzęs Bożych
23.06.2014 Wiersz inspirowany cytatem Bolesława Leśmiana “Rzęsa Boża – dwie pszczoły”
Zło ma twarz baranka
Czyste ręce i puszystą osobowość
Z uśmiechem na ustach
Potrafi obedrzeć Cię z ostatniej skóry
Jestem tu
Jestem tu
Obecnością znaczę pustkę korytarza
Otwiera się przede mną szerokością spojrzeń
Kusi przestrzenią spotkań
Wewnętrzna droga prowadzi mnie
Widzę światełko i niekończące się gwiezdne wrota
Wchodzę w głębię tunelu
Ciemne miejsce
Przejście zagęszcza się
Toczą się małe abordaże
Rozkwitają lilie niewinności
Tańczą motyle słów
Jestem tu
Kasia i ja dedykujemy ten wpis Julicie, która przypomniała Wojaczka, stając się inspiratorką tego tekstu jako kompozycji z obrazów i poezji oraz z tego, co prywatne i tego, co publiczne
Jacek Krenz, akryl na płótnie
Pod spodem: Andrzej Wróblewski, Ukrzesłowienie, olej, płótno, 1956
Muzeum Narodowe w Krakowie
Muzeum podaje do obrazu następujący opis:
Siedząca nieruchomo na krześle kobieta to nie studium postaci, lecz jej relacji z rzeczywistością. W obrazie wyczuwa się stan napięcia, oczekiwania, choć nie wiadomo na co czy na kogo. Ów trop wyznacza stojące obok, puste krzesło. Przedstawiona sytuacja przypomina głośny w owym czasie dramat Samuela Becketta Czekając na Godota (1952). (…) Wydaje się, że Wróblewski podjął artystyczny dialog z Beckettem, tworząc cykl dzieł, w których motyw krzesła symbolizuje stagnację i bliżej nieokreśloną nadzieję. Na opisanie owego stanu oczekiwania wymyślił termin „ukrzesłowienie”, oznaczający trwały stan przymusowego siedzenia, a zatem także w jakimś zakresie – ubezwłasnowolnienia i uprzedmiotowienia.
Rafał Wojaczek – Mimikra
Pani Barbarze Bittnerównie
Prawdziwe jest mistrzostwo śmierci, co wymyśla
coraz to inne formy swojego istnienia:
zostają nieśmiertelne, gdy ona już zmienia
– jak naturalnie metrum zmienia nieumyślna
decyzja precyzyjnie liczącej akcenty
oddechu krwi pisząca dłoń; jak zmienia kostium
tancerka w interwale gry, zezując z boku
do lustra tylko po to, by sprawdzić zapięcie
stanika – nie nagości zawodowej twarz
kontemplować; jak ciekły niepokój poety
znajduje odwołanie wreszcie przy kuchennym
zlewie, gdzie na krawędzi jawnie siedzi ona,
rozkraczona, na pamięć w mózgu wyrzeźbiona
sekunda pożądania, tak śmierć zmienia twarz.
marzec 1968, Kudowa-Zdrój
Kasia Krenz – Mimikra
Siadam na krześle
czuję jego kształt
anatomię małej litery h
kolejne wcielenie
wiotkich włókien
zawiłych sęków lasu
które dawno temu
były koroną pniem
siecią korzeni
płynących na połów
które śniły sen
o czterech porach
każdego roku
Wtapiam się w krzesło
przywieram plecami
do oparcia
wrastam czterema nogami
w podłogę
Znikam w ciszy słów
nigdy niewypowiedzianych
za parawanem czynów
których historia
już tylko milczeniem.
Ludzie przechodzą obok mnie
ten i ów przysiądzie na chwilę
albo kopnie nogę krzesła
odsuwając je ze swej drogi
bez namysłu, niecierpliwie.
Zbigniew Milewicz i Edmund Nowak biorą udział w projekcie aktywizującym 50+ wykoncypowanym przez organizatorów – Bogusława Flecka z Berlina i Zofię Wojciechowską z Mrągowa – jako wędrówka po śladach Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Ernsta Wiecherta, ale też jako poznawanie tego, czego człowiek jeszcze nie widział, albo nawet nie wiedział, że warto zobaczyć. Projekt ten pojawiał się już tu na blogu kilkakrotnie, teraz kolejna odsłona. Oczywiście nie skorzystamy – bo czas minął – z zaproszenia na tegoroczny festiwal, ale może, może… Może ktoś się wybierze w przyszłym roku. Sorkwity są przewspaniałe, a we wszystkich okolicznych miejscowościach można zjeść sielawę. Naprawdę! A ja myślałam, że to taka bajkowa ryba.
Zbigniew Milewicz
IV Festiwal Kultury Mazurskiej
Jeszcze nie przebrzmiały doroczne, mrągowskie prezentacje artystów z kręgu kultury kresowej, kiedy w pobliskich Sorkwitach ruszył podobny, mazurski festiwal. Podobny, pod względem bogactwa dorobku kulturalnego miejscowej społeczności, jednak odmienny w wyrazie. Jeden zazdrośnik z drugim mówił wprawdzie, że kresowiacy dorobili się w Mrągowie już dwudziestego, jubileuszowego festiwalu, a Mazurzy dopiero czwartego, ale jakże taki paroletni Mazurek umie dokazywać.
W pierwszy dzień zachowywał się powściągliwie, jak w świętym miejscu przystoi. We wnętrzach zabytkowego kościoła ewangelicko-augsburskiego w Sorkwitach, który prowadzi pastor Krzysztof Mutschmann, odbył się koncert poetycko-muzyczny, z udziałem profesjonalnych artystów, pochodzących z tych terenów oraz zdolnych amatorów czyli grupy teatralnej „Insania“ z Piecek, która recytowała utwory z dorobku poetyckiego księdza prałata Andrzeja Świecha z katolickiej parafii św. Brata Alberta w Sorkwitach.
Dzień drugi stał pod znakiem naukowych wykładów i dyskusji, związanych z bogatą historią Warmii i Mazur, a wygłoszonych w auli miejscowego gimnazjum. Pełna osobistego uroku Katarzyna Enerlich, pisarka pochodząca z Mrągowa, przeczytała jedno ze swoich opowiadań, był prosty obiad mazurski w gimnazjalnej stołówce, popisy zespołów muzycznych w rytmie bluesa, rocka i big beatu. Niestety frekwencja publiczności, zwłaszcza w części wykładowej była raczej skromna, za to dopisała w trzecim dniu, kiedy wokół gimnazjalnego boiska ustawiono kramy z rękodziełami mazurskiej sztuki ludowej, pysznym jadłem i nalewkami i można było wszystkiego do syta popróbować. Na estradzie, ze swadą prezentowały się kolejno kapele z regionu, pod nóżkę, a że pogoda dopisywała, to i humory wszystkim też.
Całości towarzyszyły różne wystawy – malarskie mazurskich artystów, m.in. Jolanty Fukowskiej, witraży i numizmatyczna Sławomira Stefaniaka, który prezentował też zbiór rozmaitych eksponatów, związanych z życiem i twórczością poety i pisarza mazurskiego, Ernsta Wicherta. Organizatorzy Festiwalu – Gmina Sorkwity, Towarzystwo Miłośników Ziemi Mrągowskiej i miejscowa parafia ewangelicko-augsburska – postarali się skonstruować atrakcyjny program, adresowany dla miejscowej społeczności i turystów odwiedzających region i myślę, że im się to w sumie udało.
Na koniec dwa wiersze księdza-poety, Andrzeja Świecha:
Nad Jeziorem Gielądzkim
Na brzegu jeziora fale piasek myły
I starą pieśń mazurską cichuchno nuciły
O żyjących tu ludziach od dziada pradziada
O rzemiośle rybaka jak ryby odławiał
O zapachach żywicy wśród lasów sosnowych
Węgorzy i sielawy na olszy wędzonych
O rybackich chatach i Mazurów mowie
Wierze obyczajach nikt tak nie opowie
Lecz abyś mógł zrozumieć starych dziejów mowy
Musisz serce otworzyć na szept fal jeziornych
A gdy poznasz już piękno tej ziemi i kraju
Nie będziesz więcej tęsknił za utratą raju
Dęby
Splecione konarami rąk
Dwie kolumny strzeliste
Jak para zakochanych
Wpatrzone w niebo błękitne
Stoją zadumane
Nad historią świata
Wierni jej świadkowie
Przez długie dziejów lata
Dear Mr Fries, I missed you on Saturday morning when I came to your shop to deliver the poem that I have promised to write for you. So I left it on your desk and do sincerely hope that you enjoy it. It was so very nice meeting you, thank you. With best regards, K.K.
The Chair
by Kasia Krenz
For Ulrich Fries, 7th of August, 2014
Traditionally made of wood that was once a tree, a chair is a living object.
Hence a chair has a life of its own, a genealogy and roots, and a role to play here on Earth. In the beginning it was an elm, a chestnut, or perhaps an oak or an ash, and sometimes, rarely, it might have been even a rose tree — a challenge in its own right.
On our demand a tree becomes an object apparently inanimate and lifeless, or even dull and insensate. Something to be set on fire, a shelter for our birth and death. A witness to our love and betrayal. A place to sit and cry.
Neither its inventor Herr Thonet, nor the model’s number should you forget. Better known as Konsumstuhl Nr. 14, a bistro chair, or simply: the Thonet, this chair of chairs was made of bentwood with a unique steam-bending technology that required years to perfect. With its affordable price and simple design, it has become one of the best-selling chairs ever made. Some 50 million No. 14’s were sold only between 1859 and 1930, did you know that?
Ever since it entered our social life, on 4 legs, in the year 1859, it has remained essential. Ave!
The tree was not prepared to serve our purpose — as a witness to our wars and stories, a companion to our morning coffee-and-journal, or to a letter written in solitude on a bleak Winter night. It has experienced and learned so much, and thus became such an educated tree.
The chair: an actor on the stage of my life.
In front of the shop – Fotos Kasia Krenz
Re: The poem / Ulrich Fries / Aug 10 at 4:02 PM / To: Kasia Krenz Dear Kasia,
…i was gone to a family meeting near Bremen. It is ok with the pics and the publication and i added a little material for it. First, there is a rebound of your poem:
To be A chair As heir Of a tree
Needs me To make A fake Of a she…
And second, here is the pic of the “She”:
You can see the No 14 chair upside down in the center of “She”. (By the way She is 2.6 meter high). A friend from the Scottish border, a devoted bird watcher, found the name “She” since she saw a “pregnant lady”- as she expressed it – in the sculpture. I did not yet go to the shop, but i´ll read your poem tomorrow… …i just came back from Bremen and will have a nap now. When you have your poem published, you might suggest your sister to tell the whole story, that i´m doing sculptures from bentwood chairs… Third, here is me in front of the shop with another sculpture, “Jack And The Beanstalk”.
Have a nice time and enjoy the summer XXXXXXXXXXXXUlrich
XXXXXXXXXXXXIn front of the shop – Fotos Ulrich Fries
Różowa kula widzi Kobietę błyszczącą w ramionach dżungli skąpaną w ulewnym deszczu
Amazonia wydaje szelest pięknej tajemnej muzyki
Kula pęka rozprzestrzenia się różowy pył
kobieta odpływa otoczona skorpionami i piraniami
podróżniczka z lepszego świata
7 marca 2012
Czarny włos
Czarnowłosy chłopiec spogląda w otwarte okno świata widzi twarz Księżyca łzy tworzą kałużę smutku
odpływa łódką do Babilonu
Kiedy obudzi się ranek słońce zaświeci zamkną się Zielone drzwi czarny włos pozostanie na białej pościeli
18 czerwca 2012
Jacek Yerka
Ścieżka kropli
Nadchodzi noc światła gasną w oknach moje miasto zasypia zegar wybija północ tylko Księżyc spogląda z obłoków na róg ulicy gdzie suche drzewo ma na gałęziach krople deszczu
pójdę ścieżką kropli odnaleźć Muzę która Cierpi
23 listopada 2013
Ogród duszy
W ogrodzie duszy Anioł rozkłada skrzydła pióro opada z nieba konary tańczą walca liście unoszą się na wietrze
W środku kwiatu zegar wybija pierwszą
wtedy śpiewają cykady biegnę zieloną łąką rosa dotyka mych stóp
14 grudnia 2012
Jacek Yerka, Sad pomarańczowy
*** U źródeł strumienia przejrzę się w kropli wody wzniosę wzrok ku słońcu zobaczę niebieskie łąki jak kamień wejdę w tajemnicę czarnych znaków na papirusie odkryję siebie
10 lutego 2013
Uśmiech
Elżbiecie Dybalskiej
W dolinie Zielonej wodospad uderza o skały Bogini Grecji ma w sercu niebo Sukienka w odcieniu Szkocji łzy tworzą hymn miłości kamień biały bije cztery akty dramatu upadek kończy się uśmiechem
21 maja 2013
***
Niezapomniany dzień otwiera się miasto zamknięta w złotej klatce otulona peleryną szarości idę po bruku ze srebrnych nitek na powitanie wychodzi Anioł
23 lutego 2013
*** Niebo granatowe ubiera się w biały szal spada deszcz meteorytów kamienie odbijają się od szklanych gór Kładzie się światło na ziemię rzuca cień widać Ludzkie plecy
1 lutego 2013
*** Kropla rosy na liściach opada w dół słowa zgrzytają na papierze nie słychać rytmu szum nieznośny słowa Krzyczą rozsypują się w drobny mak płaczę nad poległym Słowem
16 lutego 2013
*** Kryształowa kula widzi niekończący się sen z otwartego kalendarza wylatują pożółkłe kartki tylko trzy daty zapisane w pamięci 3 Stycznia zobaczyłam Ciebie 26 Lutego przy muzyce zapatrzeni w siebie 29 Lutego dotykamy czegoś niewidzialnego W dłoniach zmierzch sen trwa do dziś niedokończony
Zapowiadałam przedtem na dziś zakończenie wojennego cyklu, tak jak się zaczął – wierszami Kasi Krenz. Ale zaproszenie do przysyłania wpisów o Wielkiej Wojnie (zresztą nadal aktualne) zaowocowało kolejnymi wpisami. Jutro Tomasz Fetzki pisze o Leopoldzie Gottliebie, w środę i czwartek wpisy z Australii o Sarajewie i ANZACu, w czwartek ja dodam jeszcze wpis o polskim lotniku w pruskiej armii i jego ostatnim locie, a powstają jeszcze rysunki Kasi Kulikowskiej o Wielkiej Wojnie. Myślę, że starczy nam wpisów jeszcze na tydzień.
Katarzyna Krenz
ofiarowanie
śpią miliony
pod naszymi stopami
których życie
złożone w ofierze
proch
zmarnowany
Post Mortem
syk palonej żywicy
znaczy ślad drogi –
nieście wysoko pochodnie
zapach kadzidła
osiada śniedzią w gardle –
trzymajcie pochodnie wysoko
dym zbiera się
w chmury nad głową –
pochodnie płoną gasną pochodnie
Kolejny wpis o Wojnie, tej Wielkiej, ale przecież zarazem w rocznicę Powstania Warszawskiego, którą media mają dziś uczcić 70 sekundami ciszy. Nie zapomnijmy więc i my o tej ciszy. Dziś o godzinie 17.
Roman Brodowski
Przed stu laty, 28 lipca 1914 roku, rozpoczęła się „Wielka wojna”, pierwsza wojna światowa. Była to rzeczywiście pierwsza wojna, w której zaangażowało się tak wiele państw. Po jednej stronie państwa Ententy, będącej niejako protoplastą dzisiejszego sojuszu północnoatlantyckiego – zaś po drugiej Niemcy i Austro-Węgry, wspomagane przez (między innymi) Turcję czy Bułgarię.
O przebiegu tamtych wydarzeń możemy przeczytać w różnych pracach naukowych, dowiedzieć się o nich z dzieł beletrystycznych, czy też filmów dokumentalnych.
Niestety, dzisiaj nie możemy czerpać bezpośredniej wiedzy od świadków tej okrutnej wojny, bo już dawno od nas odeszli.
Pewne jest to, że fakty historyczne są niezmienne i bezsprzeczne. I chociaż interpretacja przebiegu samej wojny jest różna i często z przyczyn prowadzonej polityki, podlega ciągłej rewizji, to dla nas, Polaków najważniejsze były, są i pozostaną jej skutki.
To właśnie ta wojna, zmieniła geopolityczną mapę świata. To miedzy innymi w wyniku przegranej państw środka i rozpadu Cesarstwa Niemieckiego, Austrii i Habsburgów i Rosji Romanowów, Polska, podobnie jak wiele innych zniewolonych państw, uzyskała suwerenność i niepodległość.
Nasi rodacy, uwikłani w ten konflikt, w zależności od tego, w jakim zaborze się znajdowali, walczyli na różnych frontach, często stając na przeciwko siebie jako wrogowie. Walczyli z nadzieją, że gehenna, jaką przeżywali pod zaborczym jarzmem, wkrótce się skończy. Wierzyli, że ofiara ich przodków nie poszła na marne, że zbliża się czas odrodzenia ich długo oczekiwanej Ojczyzny, naszej Ojczyzny.
Nie mylili się. Wolność przyszła na sztandarach w Listopadzie 1918 roku.
Niestety, wielu nie doczekało tego dnia. Oni znaleźli swoją wieczną wolność w chłodnych ramionach śmierci. Otuleni czarną ziemią, często pod zmurszałymi przydrożnymi krzyżami, śpią na polach całej Europy, czekając ostatniego apelu.
Groby wojenne żołnierzy poległych podczas I wojny światowej na cmentarzu garnizonowym w berlińskiej dzielnicy Wedding. Pośród 1184 nazwisk są 92 nazwiska polskie.
Kiedy odwiedzam groby moich Rodziców i Brata na cmentarzu nieopodal placu Kurta Schumachera w Berlinie, zawsze przechodzę obok grobów niemieckich żołnierzy, którzy zginęli w latach 1914-1918, obok tablicy, na której widnieje napis – myśl Alberta Schweitzera, że „największymi głosicielami pokoju są groby poległych żołnierzy”.
Tak, to prawda. Z jednej strony świadczą o tej największej ofierze, jaką złożyli swoim ojczyznom ich obrońcy, z drugiej zaś – o wiecznym ich pokoju, tam gdzie nie ma wojen, nienawiści i łez.
I właśnie o nich, o ich grobach, o ich pamięci mówią te wiersze.
Polskim grobom
Wiele jeszcze krzyży
Stoi pośród łanów zbóż.
Pszeniczne, żyzne pola
Rodzą pachnący chleb
Na nowopolskiej ziemi,
A one pachną żywicą.
Drzewa kłaniają się nisko
Małym, leśnym pagórkom.
Ściółka bogata w życie
Niby matczyna pierzyna
Tuli tajemnice wieczności
Śpiące snem pańskim.
A przed chłopską chatą
Postawiono małą kapliczkę.
Wyryty w drewnie napis
„Chwała posłańcom wolności”
I zgaszona wiatrem świeca
Na wysuszonym bukiecie róż.
Jutro znowu zaрłoną znicze.
Na strojnym placu pamięci.
Ktoś wspomni o poległych.
Ktoś złoży krwistobiały wieniec
Z okazji rocznicy żniw.
A potem? – 365 dni pustki
I tylko polne, stare krzyże,
Leśne, pokryte mchem pagórki,
I te przydrożne, małe kapliczki.
Pozostaną niezmiernie wierne.
Historia wołająca z otchłani
Prosi o wieczny, nam, pokój.
Berlin, 01.11. 2001
Dobrze, że jesteś
Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.
Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.
Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.
Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.