Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!

Barataria 91 Essen wie Don Kichote

Ewa Maria Slaska

Leider ist das Essen bei Don Quijote sehr Tiereiweiß trächtig, was ich nicht beweisen kann, da es im Netz keine Speisekarte gibt. Klickt man die entsprechende Stelle auf der Seite, bekommt man lediglich (sehr leichtes) Bedauern: “Unsere Speisekarte ist momentan noch nicht online. Bitte besuchen Sie uns zu einem späteren Zeitpunkt wieder.”
Ich war aber persönlich da und habe die Speisekarte selber gesehen. Sie bat genau all das an, oder gar mehr, was man in Spanien überall zum Essen bekommt: Fisch, Fleisch, Käse, Eier, Fleisch, Fisch… Zugegeben – viele Tomaten, Paprika, Oliven. Und (fast) alles (fast) immer frisch zubereitet. Aber mir als Vegetarierin scheint diese berühmte mediterrane Küche, die den Zugang zur Welterbeliste von UNESCO fand, eigentlich unerwarteterweise, sehr unfreundlich zu sein. In Don Quijote kann man die Patas de conejo con salsa de ajillo al estilo Don Quijote con potatos panadera also Kaninchenschenkel à la Don Kichote in der Knoblauchsosse mit gebackenen Kartoffeln essen.

Oben ist das Kaninchen ein bisschen einfacher zubereitet – das Gericht heisst einfach Conejo asado, Bratkaninchen und man kann vermuten, dass der gute Don Qijote genau so etwas gegessen hat. Bevor aber die Kaninchenpfoten so ausgesehen haben wie auf dem Bild oben, müssten sie leider so aussehen, wie sie hier von Jean-Baptiste-Siméon Chardin gemalt wurden.

Conejo asado

Zutaten

1 ganzes Kaninchen
1/4 Tasse Olivenöl
1 Glas Weißwein
2 Knoblauchzehen
Salz und Pfeffer

Das Kaninchen in Stücke hacken. Die Fleischstücke mit Öl, gehacktem Knoblauch, Salz und Pfeffer bestreuen.
Ofen vorheizen und Kaninchen in eine Schüssel geben.
Nach den ersten 10 Minuten Wein zufügen.
Weitere 35 Minuten bei 170°C braten.

So ein gebratenes Kaninchen wurde sicher auch Sancho Pansa, dem gnädigen Statthalter der Insel Barataria, serviert und zugleich von seinem Leibarzt verboten.

»Auf die Art wird mir die Schüssel gebratener Rebhühner dort, die, wie es scheint, gut zubereitet sind, keinen Schaden tun.«
Worauf der Arzt antwortete: »Diese soll der Herr Statthalter nicht essen, solange ich das Leben behalte.«
»Aber warum nicht?« fragte Sancho.
Und der Arzt antwortete:
»Weil unser Meister Hippokrates, der Polarstern und das Licht der ganzen Arzneikunst, in einem von seinen Aphorismen sagt: ›Omnis saturatio mala, perdicis autem pessima‹, welches heißt: ›Alle Übersättigung ist schädlich, die aber von Rebhühnern die schädlichste.‹«
»Wenn dem so ist«, sagte Sancho, »so suche mir der Herr Doktor unter diesen Gerichten selber aus, was mir zuträglich und am wenigsten nachteilig ist, und lasse mich dies essen, ohne darauf zu klopfen: denn beim Leben des Statthalters, und so gewiß das Gott erhalten soll, ich sterbe vor Hunger, und mir das Essen verweigern, der Herr Doktor mag auch sagen und behaupten, was er will, hieße mir eher das Leben nehmen, als es mir erhalten.«
»Der gnädige Herr Statthalter hat recht«, antwortete der Arzt, »und daher bin ich auch der Meinung, daß Ihr nicht von den gebratenen Kaninchen essen dürft, die dort stehen, denn es ist Speise von einem langhaarigen Tier; von jenem Kalbfleische könntet Ihr wohl versuchen, wenn es nicht gebraten und gesäuert wäre, aber so auf keine Weise.«

Auf einem der vielen Blogs, die in Spanien dem melancholischen Rittern gewidmet sind, fand ich einen Aufsatz über Vorbereitungen von Hasen und Kaninchen im Werk von Miguel Cervantes. Man hatte die beiden Tiere gebraten, aus dem Fleisch die Empanadas vorbereitet – gefüllte Teigpasteten, oder in saurer Marinade eingelegt. Man machte auch Gigote (das Fleisch kleingehackt, gebraten und dann gekocht). Aber es gibt auch barocke Variationen, wie z.B. Fleisch in eigenem Blut des Tieres gekocht oder mit sog. “Gingebrada” verfeinert – mit Lebkuchen, Ingwer, Mandeln, Zitrone und Zucker.

Guten Appetit!

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber…

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Rodzinne wakacje i placek z porzeczkami

Spędziliśmy kilka dni latem 2018 roku w pięknym dworze naszego kuzyna.

Z tyłu za dworem jest sad i ogród, które dostarczyły nam agrestu, jabłek, porzeczek, kwiatów cukinii i dyni, ale i samej cukinii, oraz buraczków na chłodnik. Ogarnęło nas istne szaleństwo gotowania być może zdrowo, bezglutenowo, ekologicznie, ale przede wszystkim – smacznie.

Gotujemy. Było nas sześć (a potem jeszcze dojechała siódma) – piąta kucharka robiła zdjęcie, szósta, która przygotowała sztufadę – odpoczywa. Na patelni smażone kwiaty cukinii, w garnku – groszek cukrowy z orzechami nerkowca i sosem sojowym.

W planie działań sześciu kucharek znalazł się placek z porzeczkami, który przed laty, a dokładnie 11 sierpnia 2011 roku, rozpoczął naszą szaloną i wesołą rodzinną współpracę blogowo-kulinarną. Małgorzata przysłała wtedy zdjęcia porzeczek ze swego kanadyjskiego ogrodu, zdjęcie placka z porzeczkami oraz przepis. Teraz wreszcie rodzinnie zjedliśmy taki placek.

Letni placek porzeczkowy / Summer Currant Cake

Ciasto
2 filiżanki mąki (30 deka)
¾ filiżanki cukru pudru (10 deka)
2/3 filiżanki margaryny (15 deka) – nie używać masła! nie wyjdzie! ~
3 żółtka

Zagnieść wszystkie składniki w kulę. Jeśli ciasto jest za suche, dodać trochę zimnej wody. Wyłożyć cienko ciastem dno i boki tortownicy. Upiec na złoto, ostudzić.

Nadzienie:
3 białka
cukier puder – tyle, ile okaże się potrzebne.
czerwone porzeczki (lub jagody, maliny, truskawki), obrane z szypułek itp, umyte i wysuszone!

Ubić na sztywno pianę z białek. Dodawać cukier i dalej ubijać, aż uzyskamy gęstą masę. Dodać (ręcznie!) owoce i delikatnie wymieszać!!!. Wyłożyć nadzienie na spód z ciasta, piec w nagrzanym piekarniku (180°C), aż wierzch będzie lekko złocisty. Wyłączyć piec i zostawić ciasto w piecu na 15 minut.

Rodzina. Od lewej. Piotr upiekł łososia. Małgorzata zrobiła placek z porzeczkami. Maria przygotowała tiramisu w wersji z glutenem i bez. Ciocia upiekła sztufadę. Ja – zbierałam porzeczki. Jacek namalował akwarelę. Kasia robiła złotą konfiturę z papierówek, dodając masło! Agnieszka zrobiła wszystko! Stefek upiekł buraki. Leon i Kama pilnowali, żeby psy nie zjadły tego, co gotujemy i siebie nawzajem. Piotr i Agnieszka jako gospodarze dokonali największej sztuki – wspaniale udawali, że wszystko robi się samo, a nawała gości nie sprawia najmniejszego kłopotu.

Zdjęcie zrobił dron. Też mu nieźle wyszło…

Ślub w rodzinie

…skłonił mnie do zreblogowania dawnego mojego wpisu, w którym słynna kobieta literacka bierze ślub. Wpis ukazał się na blogu Jak udusić kurę…, w którym niemal w każdym wpisie była zagadka, najczęściej literacka, i przepis kulinarny. Najpierw zagadka:

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Y. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce…

Co to za książka? Co to za kobieta?

Za rozwiązanie zagadki będzie nagroda.

Zastanowiły mnie te kiełbasy ze szczawiem. Wydaje mi się, że nie ma przepisu na kiełbasę, która miałaby szczaw w środku i raczej chodzi o potrawę, w której kiełbasy (kiełbaski) ułożone są na warstwie szczawiu. Nie znalazłam przepisu, któryby się tak nazywał, również w języku oryginału. Tym niemniej w oryginale są to też kiełbasy ze szczawiem. Dziwne, dziwne… ale być może Flaubert nie miał pojęcia o kulinariach, albo, przeciwnie, miał pojęcie jak najbardziej, ale była to potrawa, która już dziś nikogo nie rajcuje i nikt jej już nie robi.

Ja proponuję placek lotaryński czyli kisz ze szczawiem i kiełbaskami (oczywiście może być bez kiełbasek lub z kiełbaskami sojowymi). Tarta jest przepyszna, najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam (oczywiście bez kiełbasek)…

Ciasto:
1 szklanka mąki
0,5 kostki masła
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody

Farsz:
1 cebula
ok. 0,25 kg szczawiu
1 ząbek czosnku
2 łyżki musztardy dijon
60 g sera (powinien być ostry i twardy)
6 kiełbasek typu dobre cienkie parówki, bez skórki lub ze skórką jadalną
3 jajka
1 duży jogurt kremowy
tymianek świeży i suszony
gałka muszkatołowa cała (mamy tarkę lub młynek do gałki? Bo jak nie, to wziąć w proszku)
pieprz

Zimne masło pokroić w kostkę, mąkę przesiać przez sito, żółtka ubić z wodą. Wszystkie składniki stopniowo wrzucić do malaksera i ukręcić ciasto, albo zagnieść ciasto w misce. Tak czy owak powinna się zrobić nie lepiąca się do palców kula. Zawinąć w folię przezroczystą i włożyć na godzinę do lodówki.
Wyjąć, rozwałkować, natłuścić masłem okrągłą foremkę do tart, wyłożyć ciastem, pokrywając również brzegi. Ciasto nakłuć widelcem. Aby kształt placka się utrzymał, dobrze jest pokryć ciasto folią do pieczenia lub papierem i nasypać suchego grochu. Nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Piec 8 minut, wyjąć z piekarnika, usunąć fasolę i folię, wstawić z powrotem do pieca na 2 minuty. Wyjąć, ostudzić, posmarować musztardą i wsadzić z powrotem do pieca na 2-3 minuty. Wyjąć i schłodzić.

Ufff. Teraz farsz.

Cebulę, pory, szczaw, kiełbaski pokroić. Podsmażyć na patelni kiełbaski (na oliwie lub na boczku, jak kto woli), wrzucić cebulę i rozgnieciony czosnek oraz suszony tymianek, podsmażyć, dodać pokrojony szczaw. Raczej dusić niż smażyć, aż składniki zmiękną. Ostudzić.
Połowę sera pokroić w cienkie plasterki, połowę zetrzeć na tarce. Plasterkami wyłożyć dno tarty.
Jogurt wymieszać w miseczce z 3 jajkami, utartym serem i startą gałką muszkatołową, pieprzem, solą. Dodać świeży tymianek.
Do foremki z ciasta nałożyć farsz, zalać sosem jogurtowo-jajeczno-serowym.
Piec 20 minut, aż wierzch się zetnie i zrumieni.
Podawać na zimno lub ciepło.

No i na zimno można było ułożyć takie kawałki tarty wokół pieczonych mięsiw. Czemu nie.

Herrensalat na Herrentag

czyli Tibor Jagielski

Sałatka ze szparagów (stary przepis krzyżacki)

jaja (6, ugotować, obrać, pokroić)
szparagi (250 gram, to samo, co wyżej, tylko najpierw  obrać)
pieczarki zebrane świeżo na polu (250 gram, podsmażyć na maśle, pokroić – u mnie pieczarki rosną na podwórku, już wyrosły – Adminka)
ogórki konserwowe (250 gram, chyba też pokroić, jak mniemam – Adminka)
pietruszki, szczypiorku, koperku do woli,
dodać sos á la byk (patrz: blog „gotuj się”, adamczewski, 2009, chyba też maj, ale nie jestem teraz pewien)
wymieszać ostrożnie, odstawić na parę godzin w chłodnym miejscu,
zaserwować, śpiewając czastuszki i strzelając hołubce;
smacznego!
tibor

A teraz informacje dodatkowe ode mnie czyli Adminki.

First things first, jak mawiają starożytni Anglicy. Rzecz pierwsza: sos.
Sos z bloga “gotuj się”, Adamczewski znalazłam na youtubie:
https://www.mojegotowanie.pl/filmy-kulinarne/gotuj-sie-piotr-adamczewski-zaprasza-na-szparagi-3
Mam nadzieję, że to ten. Pewności oczywiście nie ma. Jakby się wam nie chciało notować podczas oglądania, podaję: wrzucić pokrojone w kawałki jajko na twardo do miski, dodać grubą sól morską i dużo oliwy pierwszorzędnej jakości z pierwszego tłoczenia (czyli, jako się rzekło, first things first). Można zblendować lub zmiksować, ale panowie (panowie! toć to Herrensalat na Herrentag!) wybierają metodę pana Adamczewskiego czyli utrą te składniki ręcznie, a trzeć będą, aż uzyskają gładką masę.

Rzecz druga: Tibor.

Tibora poznałam lata temu, gdy pracowałam w redakcji Poglądu. Trudno w to uwierzyć, ale Pogląd przestał istnieć (przestał istnieć!) trzydzieści lat temu. Czas to jednak straszne hadztwo.

Rzecz trzecia: Pogląd.

Pogląd przestał istnieć trzydzieści lat temu, a my tam pracowaliśmy póki jeszcze istniał, każde z nas póty, póki nas z tej pracy nie wyrzucił redaktor naczelny i założyciel czasopisma, Edward Klimczak.

Rzecz czwarta: Edward Klimczak.

Edward Klimczak umarł 15 kwietnia 2011 roku. W roku 1988 przestał istnieć założony przez niego Pogląd. Pogląd był od roku 1983 kontynuacją Biuletynu Informacyjnego KOS czyli Komitetu Obrony Solidarności. Biuletyn Informacyjny KOS był organem Grupy Roboczej Solidarność, którą Edward Klimczak założył w Berlinie Zachodnim w dzień po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Klimczak przyjechał do Berlina w roku 1976 i pracował tu na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim jako lektor i wykładowca. Do Niemiec przyjechał w roku 1973. Studiował filologię angielską i rosyjską. Urodził się w roku 1944 w Kielcach.

Rzecz piąta: Tibor po raz drugi.

Wraz z przepisem otrzymałam od Tibora taką oto informację: przez dziesięć lat byłem na blogu adamczewskiego “gotuj sie!” (“polityka”) i zamieściłem tam ponad setkę przepisów, w tym parę moich własnych, oryginalnych.
Generalnie – Tibor pisze, ma świetne tytuły. Ostry miecz horyzontu, Metalowe oko satelity. Reszta też dobra.

Rzecz szósta: Herrentag (zwany też Vatertag czyli Dzień Ojca)

Herrentag to święto Wniebowstąpienia Jezusa (co w bezbożnych Niemczech jest dniem wolnym od pracy, a w katolickiej i świętobliwej Polsce – nie). W ten Pański Dzień czyli Herrentag panowie (Herren) po dziś dzień (Tag), pojedynczo lub grupkami, udają się do lasu na pieszą wędrówkę lub przejażdżkę wozami drabiniastymi lub innymi, często gęsto popijając z manierki przyczepionej do specjalnej okutej laski. Jedzą też zabrany na wycieczkę prowiant lub odwiedzają leśne oberże, racząc się głównie mięsem.

Niewykluczone jednak, że w czasach krzyżackich typową potrawą w Dniu Ojca była wegetariańska sałatka szparagowa.

Pochwała jedzenia (reblog)

wydanie II poprawione

Lech Milewski

In defense of food to tytuł książki Michaela Pollana. Autor zaczyna książkę od przeprosin. Jest Amerykaninem, a właśnie Ameryka zapoczątkowała systematyczną eliminację jedzenia z naszej diety.

Amerykańska tragedia żywnościowa ma swój początek w działalności komisji senackiej pod przywództwem senatora Mc Governa. Komisja ta została powołana w 1968 roku w celu opracowania programu walki z niedożywieniem. Odniosła spory sukces, nic więc dziwnego, że w 1976 roku zlecono jej nowe zadanie – opracowanie programu zdrowego żywienia, który złagodzi sygnalizowane przez lekarzy problemy zdrowotne.

Wg autora książki komisja Mc Governa zrobiła dobrą robotę. W komisji zasiadali głównie prawnicy i dziennikarze. Ani jednego lekarza ani naukowca. Według mnie była to dobra decyzja.
Dlaczego? Bo prawnicy i dziennikarze to ludzie, którzy umieją słuchać, kojarzyć fakty, wyciągać od ludzi potrzebne informacje. Natomiast lekarz czy naukowiec obciążony jest balastem wiedzy fachowej, która nakłada mu klapki na oczy. W latach późniejszych w komisjach tego typu zasiadali eksperci, którzy wiedzieli jakie będą ustalenia końcowe jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Komisja wysłuchała opinii licznych ekspertów i w styczniu 1977 roku opublikowała pierwszy raport, który zawierał zalecenie – jeść mniej czerwonego mięsa i nabiału.
To zdanie wywołało istne tsunami. Mniej? To słowo to przecież największe zagrożenie wolnego rynku. Po kilku tygodniach negocjacji zdanie zmieniono na: wybieraj mięso, drób i ryby, które zredukują konsumpcję tłuszczów nasyconych.

Tym zdaniem: wybieraj tralalala… ustrzelono dwa wróble – po pierwsze zagwarantowano wybór – fundament wolności. Po drugie – ciężar problemu przeniesiono z jedzenia na zagrożenie czymś nieokreślonym, co (być może) znajduje się w tłuszczach nasyconych.

Przemysł spożywczy natychmiast złapał wiatr w żagle – należy sprzedawać nie jedzenie, ale składniki odżywcze. Ludzie powinni zapomnieć o tym, że jedzą jabłko, jogurt, pstrąga. Mają jeść antyoksydant, wapno, olej omega-3 – im więcej tym lepiej.

Idea nie była nowa. Jeszcze w XVIII wieku William Prout odkrył, że odżywianie opiera się na trzech składnikach – proteinach, tłuszczach i węglowodanach. W 1842 roku Justus von Liebig dodał do tego kilka minerałów i uznał sprawę odżywiania za rozwiązaną na zawsze. Podobnie zresztą jak sprawę jakości gleby – wystarczy odpowiednia ilość i proporcja azotu, fosforu i potasu.

Justus von Liebig nie poprzestał na teorii. Stosując swe zasady wyprodukował odżywczy bulion w kostkach oraz odżywkę dla niemowląt. Niestety ludzie odżywiający się bulionem, zapadali na szkorbut, a niemowlęta karmione odżywką rozwijały się marnie. Odpowiedzi dostarczył Polak – Kazimierz Funk, który w 1912 roku odkrył witaminy. Witaminy zrobiły wielką karierę i dodały amunicji tym, którzy twierdzili, że nie jest ważne jedzenie, ale składniki, jakie ono zawiera (albo jakie do niego dodano).

Była jeszcze jedna przeszkoda. Wydana w 1906 roku książka Uptona Sinclaira – Dżungla – opisująca nieczyste machinacje przemysłu przetwórstwa żywności, spotkała się z poważną reakcją i spowodowała uchwalenie aktu Czystej Żywności. Akt ten wymagał, aby umieszczać wyraźną etykietę – IMITACJA – na każdym produkcie żywnościowym, który jest …imitacją.
Cytat z aktu: …istnieją tradycyjne produkty, które każdy zna, takie jak chleb, mleko, ser i gdy konsument kupuje te produkty, powinien otrzymać to, czego oczekuje. Jeśli jedzenie przypomina wyglądem oryginalny produkt, ale nie zgadza się z tradycyjnym standardem, wówczas musi być zaetykietowane jako imitacja“.
Przemysł tego nienawidził i w latach 70 udało mu się cichaczem znieść to wymaganie.

Rezultat – przez tysiące lat było wiadomo, że chleb sklada się z czterech składników: mąka, drożdże, woda i szczypta soli. Lista składników produktu firmy Sarah Lee o nazwie Soft & Smooth Whole Grain White Bread jest następująca: wheat flour, malted barley flour, niacin, iron, thiamin monocitrate, riboflavin, rice flour, high fructose corn syrup… 18 składników, których nie wymienię… beta-carotene, vitamin D, soy lecitin, soy flour. Ufff.

Pytanie: czy Wasza matka (a może raczej babcia) poznałaby na pierwszy rzut oka i po pierwszym kęsie, że to jest chleb?

Już wspominałem o zamianie jedzenia na sumę składników odżywczych. Znam to z praktyki. Uczono mnie przecież analizy systemów zarządzania – należy rozbić proces na składniki proste, każdy z nich przeanalizowac – czy jest potrzebny, czy dobrze działa, czy można go usprawnić. Wykonać wymagane zmiany i złożyć wszystko w całość. Analiza-przetworzenie-synteza. Proste jak filozofia Hegla. To się nie sprawdzało nawet w systemach informatycznych. A w naturze?

Ile antyoksydantów zawiera zwykły liść tymianku? Wyliczę tylko te na literę a: alanine, anethole oil, ascorbic acid.. Odpowiedź: trzydzieści trzy. Nauka nie jest w stanie zbadać jakie współzależności istnieją między tymi składnikami w momencie spożycia ich przez człowieka. Przemysł spożywczy załatwi sprawę prosto – doda kilka prostych, silnych, często syntetycznych antyoksydantów.
Ale składniki naturalne nie mają już wiele wspólnego z naturą. Czym się obecnie karmi zwierzęta i jakie lekarstwa im się podaje, aby mięso zawierało lub nie zawierało tego, co dyktuje aktualna wiedza, to raczej sprawa towarzystwa ochrony zwierząt przed okrucieństwem.

Podkreśliłem – aktualna wiedza – gdyż wiedza na temat wpływu jedzenia na zdrowie potrafi wykonać zwrot o 180 stopni. Najlepszym przykładem może być histeria na temat wpływu tłuszczów na poziom cholesterolu i wpływu cholesterolu na stan układu krążenia. Nie będę tego tematu rozwijał, gdyż obija się on jak pijany od płotu do płotu.

Inna sprawa to tradycje żywieniowe poszczególnych grup etnicznych. Zadziwiające jak różna jest dieta ludzi mieszkających pod różnymi szerokościami geograficznymi. Okazuje się, że istnieją setki diet, które służą ludziom na zdrowie. Pod warunkiem, że są stosowane przez ludzi, którzy jedli to od wielu pokoleń. Dlatego nie dziwi mnie, że porażka zdrowego jedzenia rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych. Przecież to jest mieszanina wielu ras i kultur przeniesionych na obcy teren.
W Australii jest jeszcze gorzej.
Dobrym miernikiem problemu może być stan zdrowia tutejszych Aborygenów. Jest on gorszy niż w krajach trzeciego świata. Mimo że mają oni pieniądze i supersamy są dobrze zaopatrzone. Mimo? A może właśnie dlatego.
Autor książki wspomina o eksperymencie – kilkunastu Aborygenów cierpiących na typowe schorzenia cywilizacyjne – otyłość, cukrzyca, niewydolność układu krążenia, wysłano w las, na ich tradycyjny “bush tucker”. Po dwóch miesiącach stwierdzono znaczną poprawę w każdej dziedzinie. A więc ratunek jest blisko.

Tym optymistycznym akcentem zakończę swoje refeksje. Podam jeszcze kilka prostych wskazówek, które mogą zastąpić zsyłkę do australijskiego buszu.

Zakazy:
– unikaj produktów, których twoja matka/babcia nie zidentyfikowałaby jako jedzenie,
– nie kupuj jedzenia w tym samym miejscu, w którym kupujesz paliwo do samochodu,
– unikaj produktów, które zawierają więcej niż pięć składników,
– unikaj produktów, które zawierają składniki o nieznanych ci lub trudnych do wymówienia nazwach,
– unikaj produktów reklamowanych jako zdrowotne.

Zalecenia:
– jedz dużo potraw roślinnych, raczej liście niż ziarna,
– jedz jedzenie wyhodowane na zdrowej glebie, to otwiera osobny rozdział – poznaj człowieka od którego kupujesz jedzenie,
– jedz jedzenie wyhodowane na dziko.

Pamiętaj, że jedzenie to dziedzina kultury, nie nauki. A zatem:
– jedz posiłki nie jedzenie,
– jedz przy stole,
– o ile możliwe nie jedz sam,
– jedz powoli.

I niestety – zwracaj uwagę na jakość, nie na ilość – płać więcej i jedz mniej.
Jak również – gotuj w domu, hoduj co się da we własnym ogrodzie.

Wpis zakończę rozejrzeniem się za czymś dzikim do zjedzenia. Mam! Morwy, na ulicy, 200 metrów od naszego domu. Tak jest – na ulicy, konkretnie na chodniku, nad którym zwisają gałęzie owocującego właśnie drzewa..

MorwaMorwa

Jeśli ktoś się wzdraga przez konsumpcją owoców podniesionych z ziemi, to wspomnę australijską maksymę – jeśli jedzenie zostało podniesione w ciągu 3 sekund po upadku, to jest w porządku. Ale z chodnika? To przecież leżało ponad 3 sekundy.
Chodnik w mojej dzielnicy to jest dobre miejsce, szczególnie rano, zanim dzieci pójdą do szkoły. Te plamy na chodniku to pozostałość z poprzedniego dnia. W nocy był solidny wiatr. Poniżej mój poranny plon. A palce długo pozostaną umazane…

MorwaPalce

Wśród przyjaciół Moskali – 1

Lech Milewski

Z Rosjanami spotkałem się po raz pierwszy na początku 1945 roku. Mieszkaliśmy wtedy w Kielcach. Jednostka wojska radzieckiego obozowała na pobliskich polach, przychodzili do naszego mieszkania, aby się ogrzać. Kuchnia była niewielka, żołnierze siedzieli na podłodze, przewijali onuce. Pamiętam, że mieli konserwy mięsne w puszkach, pewnie amerykańskie.
Wydawali mi się bardzo sympatyczni. Któregoś dnia wzięli mnie do swojego obozu i pozwolili wsiąść do samolotu, dwupłatowego kukuruźnika. Zaproponowali krótki lot, ale na nieszczęście pojawiła się moja matka i na lot samolotem musiałem poczekać 25 lat.

Następny kontakt to rok 1951 – prywatna szkoła im Królowej Jadwigi prowadzona przez zakonnice, Nazaretanki – klasa V szkoły podstawowej, nauka rosyjskiego.
Nie był to miły kontakt. Po pierwsze matka była wrogiem komunizmu i radzieckiej władzy. Podobny stosunek mieli wszyscy nasi krewni i znajomi. Na marginesie jednak wspomnę, że nikt nie kwestionował zasług Rosjan w wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej i pomniki wdzięczności nie wydawały się niczym niewłaściwym.
Konkluzja matki: ucz się, powinno się znać języki wrogów.
Po drugie nauczycielka była bardzo niesympatyczna, przypominała mi carskich nauczycieli, o których opowiadali moi stryjowie, bracia ojca.
Jednak poznanie nowego alfabetu i nieco innych zasad gramatyki uznałem za ciekawe wyzwanie.

Trzy lata później zmieniłem szkołę z podstawowej na średnią i tym razem trafiłem na bardzo dobrego i sympatycznego nauczyciela. Wydaje mi się, że był on świeżym repatriantem z ZSRR, więc jego rosyjski brzmiał bardzo autentycznie, a zachowywanie przypominało mi radosnych komsomolców z radzieckich filmów.
Lekcje prowadzone były żywo, sporo śpiewu, żartów. Moja biegłość w czytaniu cyrylicy procentowała, wyglądało na to, że będę doskonałym uczniem. Niestety coś nie wypaliło, słusznie czy niesłusznie uznałem, że nauczyciel traktuje mnie niesprawiedliwie i straciłem cały entuzjazm do tego przedmiotu. Całą szkołę średnią przeszedłem na słabych trójkach.

Rok 1959.
W tym okresie popularne wśród młodzieży było pismo Radar. Pismo prowadziło coś w rodzaju penpal club, podawało adresy osób chętnych do korespondencji z kimś z Polski. Uznałem to za okazję do praktyki języka angielskiego.

Jednak co potrafi jedna piękna kobieca twarz.
W którymś numerze Radaru zauważyłem anons Rosjanki z załączonym zdjęciem.
Krasawica! Angielski poszedł w kąt, skupiłem się i napisałem po rosyjsku. Otrzymałem sympatyczną odpowiedź.
Niestety w tym, jak i w wielu innych przypadkach, po wymianie dwóch listów nie bardzo było wiadomo o czym pisać. Z pomocą przyszło mi akademickie studio radiowe (mieszkałem w domu akademickim Politechniki Warszawskiej), któregoś dnia nadali opowiadanie Antoniego Czechowa. A tam: “Dalej, jak tylko z kuchni wnoszą kulebiak, należy niezwłocznie wypić po drugim. (…) Kulebiak musi być bezwstydny, w całej swojej nagości, tak, żeby kusił. Mrugniesz na niego, oderżniesz porządną pajdę i pogmerasz nad nią palcami, ot tak, od nadmiaru uczuć. Zaczyna pan ją jeść, a masło kapie jak łzy, nadzienie tłuste, soczyste, z jajkami, podróbkiem, cebulą…“. Więcej TUTAJ.
Bezwstyd, nagość, kuszenie – to było znacznie więcej niż sobie na tym etapie korespondencji obiecywałem.
Pomyślałem – przez kuchnię do serca kobiety. Spytałem czy wie co to kulebiak i czy może coś na ten temat napisać.
Odpowiedź złamała mi serce. Piękna komsomołka napisała, że mój list ogromnie ją rozczarował. Podała swój adres do Radaru sądząc, że młode osoby w w Polsce powinny być zainteresowane budową socjalizmu, w której to dziedzinie Związek Radziecki jest niewątpliwym liderem. A tutaj ja ładuję się z jakimś absolutnie marginesowym, do tego drobnomieszczańskim, tematem.
Cieszy ją, że lubię Czechowa i chętnie podyskutuje na temat poruszanych przez niego problemów społecznych, oczywiście w świetle aktualnych przemian w Związku Radzieckim.
I w ten sposób kontakty z Rosją urwały się na 20 lat.

Luty 1980 – narty
Wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos – KLIK.

Hotel Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała “etażnaja” czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych, a również miała czajnik z “kipiatokiem” – gorącą wodą.
Tego pomnika na froncie wtedy jeszcze nie było. To pomnik generała de Gaulle. Zapewne ma to związek z udziałem Francji w budowie hotelu.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim – Khatyn massacre.
Rosjanie piszą o Katyniu – zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów…
To jest prawda – patrz tutaj – KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji – podsunąć turystom prawdę, która ukryje inną prawdę.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu…

Zdobywcy Kosmosu

Z drugiej strony malutka, stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę małych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem.

Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnią córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali, żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem, co to za kościół.
– To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
Podziękowałem za informację.
– A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
– Nie wiem.
– To dlaczego nie spytasz?
Spodobało mi się takie podejście. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej.
– Teraz wiesz? – upewnili się.
Jak widać, zapamiętałem to przez 37 lat.

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk – stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej – KLIK, a stamtąd autobusem do naszej bazy – dużego hotelu u podnóża wielkiej góry. Hotel był na wysokości 2,200 m.
Było późno, więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkimi kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Przewodnicy bardzo sympatyczni. Jeden z nich, o ciemnej cerze nie wygladał na Rosjanina. Wspomniał coś o muzułmańskiej mniejszości żyjącej w tych okolicach.

Następnego dnia zaczęły się narty.
Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców – duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny.
Po drugie dowiedzieliśmy się, że na stoku narciarskim powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników.
Po trzecie – udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Miały trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Było bardzo zimno, a nie było żadnych okryć. Jazda trwała chyba pół godziny, w tym czasie wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii.
Na górze był mały raj – świeciło słońce, było stoisko serwujące niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół.
Gdy spojrzałem na trasę zjazdu, miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było, co jest po bokach. Od dawna nie padało, więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu.
– Jeśli tu upadnę, to nic mnie już nie zatrzyma – pomyślałem i ruszyłem w dół.
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i z powrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, niektórzy zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do poprzedniego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i perspektywie kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę.
Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję – prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie – zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością, były tam owoce, słodycze. Żeby kupić jabłko – tak, jedno jabłko – trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej, tylko zapytał, gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział, w związku z czym “ratownik” nie oddał mu narty, lecz asystował mu aż do hotelu, gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste – oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność “ratowników”. Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylności miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu, ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi.

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób, więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar, nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino – Egri Bikaver.

Któregoś dnia wybrałem się do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych – ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem, dziewczynka zapytała:
– Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
– Oczywiście, pytaj o co chcesz – odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
– Możesz, ale to jest nasz gość, więc masz się zachowywać z szacunkiem.
– Obywatelu z Polski – czy w Polsce kościół ma dużą siłę? – zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
– Kościół, siłę… – odpowiedziałem – jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych, a u nas jest ich wielu.
– Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
– Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, jedyne dochody to datki wiernych. Księża, których znam, poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
– Jak to jest tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA.
– Dostają? – to było skierowane do mnie.
– Nauczyciel powiedział wam to, co jest właściwe – ojciec uprzedził moją odpowiedź – to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu – wycieczka na Elbrus…

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej.
Końcowy wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
– Co się stało? Trzeba coś zrobić – wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
– Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

Kolejne spotkania były już w Australii.


Ciąg dalszy za tydzień. A na razie nie zapowiedziane PS od Adminki.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że tak mi się ostatnio życie miesza z literaturą. W środę zrobiłam kulebiak z kapustą z grzybami (wegański, więc bez tego masła, jajek i podróbek tak smakowicie spływających po palcach i u Czechowa, i u naszego autora). Znalazłam w sieci świetny przepis i pomyślałam, że najlepiej by było, gdzieś go podać, bo jak będzie na blogu, to nie zginie, a w szufladach… Zanim przemyślałam sprawę, w czwartek przyszedł wpis od Lecha, a w nim kulebiak… Nie ma więc żadnej siły, która zmieni mój zamysł: Kulebiak!

Mój przepis na ciasto:
500 g mąki
1 szkl mleka
20 g drożdży
świeżych (lub torebka suchych)

50 g masła
1 łyżka cukru
szczypta soli
Mąkę wsypać do miski, letnie mleko wymieszać z drożdżami i cukrem, margarynę rozpuścić. Do mąki dodać sól, rozrobione drożdże z cukrem i roztopione masło, wyrobić ciasto.
Kiedy już nie klei się do ręki, uformować kulę, obsypać mąką i odstawić w cieple miejsce na ok pół godziny.

Jest to najprostsze ciasto na świecie! I najpyszniejsze! Nadzienie każdy robi inaczej, odwołajmy się do tradycji bigosów, farszu do uszek lub wigilijnej kapusty z grzybami (taka była w mojej wersji). Ciasto rozwałkować niezbyt cienko i podzielić na dwa kawałki, które układamy na odpowiednich wielkością prostokątach papieru do pieczenia. Kapustę odcisnąć, ułożyć niegrubą warstwą na cieście. Zawijać podłużne rulony, pomagając sobie papierem. Końce skleić. Ułożyć oba kulebiaki w swoich papierach na blasze, posmarować rozmąconym żółtkiem, włożyć do piekarnika, piec ok. 40 min. Wyjąć przy pomocy papierów, odwrócić i jeśli będą miały wilgotne dno, włożyć je znowu do pieca na następne 1o-15 minut, tym razem jednak dnem do góry.

Jeść na zimno lub gorąco, do piwa lub barszczu, a zapewne i do wódki! 

Czytać kryminały

Ewa Maria Slaska

Mariusz Koperski. Zakopane.

Zacznijmy od realiów. Komisarz Tomasz Karpiel, góral, przystojny (orli nos!), młody, sprawny, bystry, odważny… Ewidentnie po jasnej stronie mocy. Wystarczy? Gdzie tam! Bo jeszcze gra na skrzypcach. Dawniej grał na tych skrzypcach w kapeli góralskiej, z dziadkiem grał, starym i krzepkim, prawdziwym Sabałą. Na skrzypcach grał, nie na gęślach, wy cepry zatracone, gęśle to słowo, którego może użyć tylko góral, nam wara, nam, tym z nizin, muszą starczyć skrzypce albo inne viole.

Gorzej, bo oprócz Karpiela jest jeszcze jego szef, niejaki Hermann, który jest dziki, niedostosowany, szybki, ma w… no, w nosie, przełożonych i układy, jest oczytany jak profesor literatury i to taki prawdziwy profesor, a nie dzisiejsze byle co (czyta nawet Prousta!), a na dodatek jest jeszcze maniakiem dobrego kina. Ten Hermann jest dla nas wszystkich sprawdzianem i to nie tylko tam, gdzie wprost zadaje pytanie, czy znamy ten czy ów cytat, wątek, bohatera? Bo, jak nie przymierzając Tarantino, zadaje też pytania w stylu postmodernistycznym, czyli wcale nie wiesz, że zadał ci pytanie, nie rozpoznajesz cytatu i wychodzisz na głupka.

Umówmy się: jeśli tu, na tym blogu, piszę o kryminałach, to są to kryminały znakomite. Moi czytelnicy wiedzą, że czytuję opowieści Roberta van Gülika o Sędzim Di, pewnie rzadziej, ale też znajdą we wpisach wzmianki o Alistairze Macleanie lub Raymondzie Chandlerze, raz czy drugi pojawił się wspaniały Mankell, no i oczywiście Agata Christie, którą miłuję uczuciem wielkim, bo żona archeologa, która sama jeździła na wykopaliska (a ja w końcu archeolożką jestem), bo kobieta i bo to na jej książkach uczyłam się angielskiego. Zapomniałam o kimś? Ach oczywiście, nasza berlińska pisarka Magdalena Parys i jej osadzone w Berlinie powieści sensacyjne Tunel i Magik, oraz Katarzyna Krenz i Julita Bielak – dwie Polki z Gdańska (jedna z nich jest moją siostrą), które napisały polski kryminał w duchu iście skandynawskim umiejscowiony w Niemczech: Księżyc myśliwych. Jak się więc bliżej przyjrzę, to jednak całkiem sporo nazbierałam tych autorów, których czytam, których warto czytać… Teraz do tej grupy doszedł Mariusz Koperski.

Bo oto, oznajmiam, nastał nam w Polsce nasz własny Chandler! I problem z nim jest jeno taki, że wydał dotychczas tylko dwie powieści, czyli nie wiadomo, co my biedactwa będziemy teraz czytać? Z Sędzią Di (czternaście tomów) radzę sobie w ten sposób, że czytam, a potem niecierpliwie czekam, aż zapomnę. Nie całkiem, ale na tyle, żebym nie pamiętała już wszystkich sposobów, jakimi Sędzia rozwiązuje kolejną zagadkę. Wiem, że podobnie postępują inni wyznawcy kultu Wielkiego Chińczyka.

Rzecz w tym, że dwie książki to stanowczo za mało na kult. Gra o tron ma już siedem sezonów czyli prawie 70 odcinków, Terry Pratchett stworzył ponad 40 tomów o świecie dysku, samych powieści o trzech wiedźmach z Lancre napisał sześć… OMB, co czytelnik spragniony pożywki kultowej może zrobić z dwoma powieściami i to takimi, które się połknie za jednym zamachem?

Recenzent Maciej Pinkwart napisał nawet fajne zdanie na ten temat:

Do czytania książki Mariusza Koperskiego Po własnych śladach warto zabrać się wczesnym popołudniem. Gdy przystąpimy do tego wieczorem – czeka nas zarwana noc.

Tak kończy się ta recenzja. Niestety zaczyna się zdaniem (parafrazą z Roberta Schumanna): Panowie, czapki z głów! Oto geniusz! Słowo “niestety”, którego tu używam, nie odnosi się ani do Mariusza Koperskiego ani do Macieja Pinkwarta, tylko, niestety, do mnie samej. Bo niestety Pinkwart mnie ubiegł, jego recenzja już się ukazała, a tu ja biegnę truchtem i popiskuję cichutko, że to ja, to ja byłam pierwsza. To ja porównałam Koperskiego do Chandlera i obwieściłam, że to geniusz!

A tu figa z makiem.

Chyba ze smutku podam przepis, zwłaszcza, że akurat nadchodzi czas pysznych świeżych fig:

  • 4 duże świeże figi
  • 100 g maku
  • 150 ml mleka
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 5 łyżek cukru
  • garść rodzynek
  • łyżka masła

Dokładnie wypłukany mak zagotować w mleku. Gotować aż do wyparowania płynu. Ostudzić, zmielić trzykrotnie. Do masy makowej dodać żółtka, mąkę i roztopione masło. Białka ubić z cukrem na sztywną pianę i delikatnie połączyć z makiem. Dopiero teraz dodać rodzynki. Kokilki wysmarować tłuszczem i napełnić do połowy ciastem. W każdą włóżyć nacięte na krzyż figi, piec 40 minut w nagrzanym piekarniku (170 stopni).

Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.