Barataria-Kulinaria ciąg dalszy

czyli Tortilla u Sancho Pansy

o dwa dni później, bo w poniedziałek Barataria ustąpiła miejsca apelowi o usunięcie niejakiego Ujazdowskiego z list wyborczych opozycji w okręgu numer 44 w Warszawie (tu głosują wszyscy Polacy mieszkający za granicą). Myślę, że Sancho Pansa nie takie rzeczy widział w swoim mądrym życiu i wie, że w takiej sytuacji trzeba było ustąpić, a w międzyczasie po prostu się dobrze posilić.

Wydawnictwo Watra, wydanie I, Warszawa 1977
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny;
ciekawe, iż autorzy uważają Don Kichota za książkę już zapomnianą

LA MANCZA

Czy pamiętacie początek księgi, ongiś tak słynnej, a dziś poza Hiszpanią prawie już zapomnianej? Powieści o szalonym, romantycznym rycerzu, walczącym z wiatrakami, oraz o jego grubym, roztropnym giermku?
„W pewnej miejscowości Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta. Garnek bigosu, w którym więcej było chabliny niż barana, sałatka mięsna prawie co wieczora, w sobotę „żałosne szczątki”, soczewica w piątek, a w niedzielę gołąbek jakiś na dodatek – pochłaniały trzy czwarte jego mienia”

Nie musiało być wiele tego mienia, skoro szło ono na strawę najprostszą. Bigosem nazywa tłumacz narodową potrawę hiszpańską olla podrida, co dosłownie znaczy — zgniły garnek, i składa się z co dzień odgrzewanych resztek. „Żałosne szczątki” to nic innego, jak gotowane podroby owiec rozszarpanych przez wilki lub spadłych ze skał.
W krainie Don Kichota i Sancho Pansy, gdzie — w myśl ludowego porzekadła — zima trwa dziewięć miesięcy, a później następują trzy miesiące piekła, pożywienie odgrywało jeszcze ważniejszą rolę niż w innych prowincjach. Klimat niezbyt sprzyja tu uprawom, zwłaszcza że odziedziczoną po Maurach wysoką kulturę rolną zniszczyła w XVII w. mesta – zbrojna organizacja hodowców owiec eksportujących wełnę do manufaktur Flandrii i podporządkowujących wszystko potrzebom ogromnych stad wędrujących po kraju w poszukiwaniu pastwisk, tratujących pola, rozdeptujących drogi, kanały, całe wsie i miasteczka. Z takim właśnie stadem walczy rycerz w powieści Cervantesa, a w obłę­dzie na współczesne tło nakładają mu się wspomnienia niedalekiej przeszłości. La Mancza bowiem, bezkresna, sucha wyżyna zamknięta pasmami Gór Toledańskich, Serrania de Cuenca, Sierra de la Alcarria i Sierra Morena była przez wieki ogromnym polem bitew między chrześcijańską Północą i muzułmańskim
Południem. Niewiele wcześniej przed czasami Don Kichota, rycerz i jego sługa nie musieli długo szukać wrogów, mieli ich
dosłownie za progiem. Dziś możemy odbyć wspaniałą wycieczkę przez „kraj Don Kichota”. Od wsi Puerto Lśpice przy szosie z Madrytu do Andaluzji, przez „serce Manczy” — białe miasteczko Alcazar de San Juan, otoczone przysadzistymi wiatrakami na wzgórzach (w jednym z nich mieści się kapituła „Bractwo Sancho Pansy”) do El Toboso, rodzinnej wsi ukochanej błędnego rycerza, pięknej Dulcynei.
Wędrówka jest tym przyjemniejsza, że często przerywamy ją, by wstąpić na małą ucztę. Nie można ominąć gospody „Venta del Ouijote” w Puerto Lapice, ponoć tej samej, gdzie tak okrutnie potraktowano rycerza czuwającego całą noc przy starym studziennym żurawiu. Takie gospody miały od dawna swe miejsce w literaturze, ale nie było ono zbyt zaszczytne. „Gospoda hiszpań­ska” – określenie przysłowiowe – oznaczało kiedyś cuchnące wnętrze, twarde łoże pełne robactwa i posiłki przyrządzane z własnych wiktuałów, bowiem ze względu na gorący klimat nie wolno było oberżystom (aż do końca XIX w.) robić zapasów
produktów ulegających zepsuciu, przede wszystkim mięs i świeżej ryby. Podróżny zdany był na własną zapobiegliwość i chyba z tych czasów wywodzi się popularność tortilli.
Jeszcze dziś szybkość hiszpańskich kolei — poza luksusowymi ekspresami — bywa przedmiotem zjadliwych dowcipów. A odleg­łości są ogromne… Można więc sobie wyobrazić, jak podróżowano sto czy dwieście lat temu. Wybierający się w podróż musieli zabierać niemal wszystkie wiktuały potrzebne im w drodze. Jajka, które nie psują się tak szybko, odgrywały w kuchni rolę zasadniczą. Stąd może ponad 500 przepisów na omlety-tortille. Stąd też w hiszpańskiej kuchni tyle potraw z ryżu, grochu, suszonych ryb i wędzonej szynki, którą można przechowywać latami.
Kuchnia w La Manczy jest na wskroś chłopska i gospody wiernie tę tradycję pielęgnują. Dają jeść prosto, solidnie, bez zbędnego wyrafinowania. Na talerzach znajdziemy baraninę i dziczyznę, polane tojunto — ostrym sosem, pachnącym silnie szafranem. Jeśli to sezon polowań, podadzą nam z pewnością gazpacho manchego, które nie ma nic wspólnego z andaluzyjskim. Jest to potrawka z duszonych kuropatw i królika, o bardzo pikantnym smaku. Wina z Valdepeńas złagodzą żar przypraw. Najbardziej znane gatunki to: Campo de Criptana, Campo de Calatrava i Alcazar de San Juan. Nie żałujmy ich sobie, bo nie znoszą transportu i mogą być próbowane tylko na miejscu! Warte uwagi są również wina Casas Ibanez, a wino z Manzanares w prowincji Ciudad Real konkuruje z Rioją — jako wino stołowe. Właśnie z Ciudad Real pochodzili owi wujowie Sancho Pansy, słynni kiperzy. „Dano im raz obydwom skosztować wino z pewnej beczki, pytając jakie jest ich mniemanie o jego wieku, wartości, czy też brakach. Jeden spróbował końcem języka, drugi powąchał ino. Pierwszy rzekł, że wino czuć żelazem, drugi, że raczej kordubanem. Właściciel mówił, że beczka była czysta i że wino nie miało żadnej domieszki, od której mogłoby przejąć smak żelaza czy skóry. Mimo to, obaj słynni smakosze upierali się przy swoim zdaniu. Czas upłynął, wino sprzedano i przy czyszczeniu beczki znaleziono maleńki kluczyk zawieszony na rzemyku z kordubanu”.
I choć na winach znać się — wielka sztuka, zawsze warto podjąć próbę jej opanowania. Zwłaszcza, jeżeli trafi się verbena, a tych naprawdę w Hiszpanii nie brakuje. Sezon zaczyna się 15 maja, na świętego Izydora Oracza, a kończy w połowie października na Świętą Dziewicę del Pilar, patronkę Hiszpanii… Święci patroni
verben (ludowych świąt) są tylko pretekstem do wielkiego, radosnego „ruchomego święta”, będącego połączeniem jarmarku i odpustu, z obowiązkowym wesołym miasteczkiem, a często i wystawą rolniczą. Blisko karuzeli na parkiecie z desek młodzi gną się w najmodniejszych tańcach, a tuż obok starsi wybijają rękami skomplikowany rytm seguidilli. Najsłynniejsze piwnice zapraszają na szklaneczkę wina, obok sprzedaje się Coca-Colę i dmuchaną kukurydzę. Wspaniałe langusty sąsiadują na straganie z kurczakiem za grosze, obok – salon gier zręcznościowych, konkurs tańca, strzelnica… Do białego świtu mistrzowie celnych strzałów włóczą się z nagrodami — ohydnymi lalkami pod pachą lub z szklanymi pucharkami, mającymi imitować kryształ. Ludzie przychodzą, odchodzą, znów powracają, najczęściej całymi rodzinami, z przyjaciółmi, sąsiadami. Tak jak za czasów swojej młodości, tak jak za czasów swych ojców, dziadków, tak jak zawsze…

Po opisie prowincji hiszpańskich autorzy proponują przepisy, zaczynając od krótkiego przeglądu tortilli. Jest to, jak sami twierdzą, danie herbowe tej książki. Postanowiliśmy zaprezentować po jednym przepisie z każdej prowincji – jest ich wg obecnego podziału admi nistracyjnego 17. Jest to zatem błyskawiczna “Tour d’Espagne”, lecz nie na latającym dywanie, lecz na omlecie.

Prezentację rozpoczyna tortilla z bobem (Tortilla de habas) z la Manczy (uwaga w wydaniu I nie ma tylu przepisów na tortille, ile jest ich w wydaniu III; m.in. nie ma tej właśnie).

6 jajek
1kg łuskanego bobu
2 średnie cebule
rosół
masło, oliwa, słonina
sól

Rozgrzać na patelni łyżkę stołową oliwy i łyżkę stołową masła, usmażyć na szklisto drobno posiekaną cebulę. Dodać młody, delikatny bób, smażyć mieszając, dodając po łyżce gorącego rosołu (może być bulion z kostki). Trzeba bardzo uważać, żeby bób się nie przypalił, bo będzie twardy.

Kiedy bób będzie niemal gotowy, na drugiej patelni posmarowanej oliwą usmażyć omlet z dokładnie ubitych jajek – powinien mieć ok. 1 cm. grubości. Przez cały czas smażenia trzeba potrząsać patelnią, aby omlet się nie przypalił. W momencie gdy masa jajeczna zacznie krzepnąć, położyć na nią bób i lekko docisnąć widelcem. Kiedy jajka będą całkowicie ścięte, wykładamy omlet na talerz trzymany w drugiej ręce, po czym znów zsuwamy go na patelnię i przysmażamy z drugiej strony, nadal lekko potrząsając. Tortilla powinna być z wierzchu sucha, a wewnątrz soczysta.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska.
Wszystkie cytaty za: Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichote. Tłum. Anna Ludwika Czerny i Ludwik Zygmunt Czerny, PIW 1957

Barataria-Kulinaria

czyli Tortilla u Sancho Pansy

Wydawnictwo Watra, wydanie III, Warszawa 1988
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny
(wydanie I ukazało się w roku 1977)

Od Autorów

Kończyła się kolacja. Georges, nasz przyjaciel z Montpellier, nalał czerwonego wina, potem rozsiadł się wygodnie, popatrzył na nas i westchnął: “A więc to wasz ostatni porządny posiłek, jutro już będziecie u ces gens-là, u tych tam… Uważajcie, oni jedzą jak…” To machnął ręką wymownie i dolał Châteauneuf-du-Pape. “W razie czego zamawiajcie tortillę, tym się przynajmniej nie można otruć” – dodał bez przekonania.

Rano pełni emocji wsiedliśmy do ekspresu Marsylia-Barcelona, by po dwu godzinach w Cerbère przekroczyć granicę kraju, o którym marzyliśmy długie lata. Ponure przepowiednie Georgesa, którego typowo francuski szowinizm gastronomiczny zdążyliśmy poznać już przedtem, nie mogły nam oczywiście zatruć pierwszego haustu Hiszpanii. Ta kulinarna przestroga była ostatnią, jakiej nam przed wyjazdem udzielił. Barcelona powitała nas również gastronomiczną niespodzianką. Ledwo ulokowawszy rzeczy w przydworcowym “hostelu”, biegliśmy na stare miasto szukając, gdzie by tu coś zjeść, piekielnie głodni po wielogodzinnej podróży. I pierwsza notatka, jaką przywieźliśmy z pierwszego pobytu w Hiszpanii, brzmiała następująco:

El Bodegón El Raim, Calle Pescaderia 6, czwarta kategoria. Stara ciemna sala, zawieszona sieciami, szklanymi kulami i innymi akcesoriami rybackimi. Ciemne drewniane stoły i ławy. Pod sufitem wielkie szynki – ‘jamón serrano’. ‘Zarzuela de peix’ – rodzaj gulaszu rybnego w bardzo ostrym sosie (40 peset) z winem białym, łagodnym San Sandurini de Noya (25 peset za butelkę), na deser pomarańcze (5 peset). Kelner grzecznie odmówił napiwku…”

Od tej pory było kilka innych Hiszpanii. Kilka podróży, reportaże, jeden przewodnik, drugi… Z każdego pobytu, prócz zdjęć, pamiątek i notatek ze spotkań z ludźmi, przywoziliśmy także wspomnienia kulinarne, jakże barwne i wyraziste. Ta książeczka to właśnie owe wspomnienia. Nie piszemy w niej o zabytkach, geografii i historii i tym wszystkim, czym zwykle wypełnia się przewodniki. Będzie ro po prostu Hiszpania od kuchni. Takie książki wydawane są na całym świecie i często mają postać wykwintnych albumów, dorównyjących ksiągom przedstawiającym najsławniejsze galerie sztuki. Nie o to nam chodzi. Nasza kuchnia jest kuchnią zwykłych hiszpańskich domów i skromnych gospód, gdzie karmią dobrze i tanio. Skąd jej tytuą?

“Tortilla” – bo to chłopskie, najtańsze, najpopularniejsze, najbardziej hiszpańskie danie.
“Z Sancho Pansy” – bo ten znał sią na kuchni lepiej niż jego pan, rycerz Don Kichote.

Zebrane tu receptury staraliśmy się dostosować do polskich warunków i zaopatrzenia sklepów. Może wzbogacą nasze jadłosżisy? Kuchnia, która zna 500 sposobów przyrządzania omletów, 365 potraw z dorsza i kilkadziesiąt sposobów podania kury, wydaje się nie najgorzej przystosowana do potrzeb dzisiejszych czasów.

Oddając książkę w rące polskich czytelników, winni im jesteśmy jedno wyjaśnienie. Całkowicie świadomie podajemy przepisy, w których pewne składniki, np. szafran czy homary, są niedostępne na naszym rynku. Ale coraz częściej i coraz dalej podróżujemy. Wóród przywożonych pamiątek mogą się więc znaleźć egzotyczne przyprawy i niedostępne w sklepach wiktuały. W przepisach staraliśmy się proponować możliwie dużo polskich odpowiedników. Nie wahaliśmy się również przed proponowaniem potraw drogich, choć z pewnością nie będą one przygotowywane często. Warto chyba jednak popróbować tych receptur przy szczególnych okazjach czy po prostu dla zabawy. Mistrzowie kuchni twierdzą, że gotowanie nie może być śmiertelnie poważnym zajęciem dla ponurych skrupulantów, na aptekarskich wagach odmierzających składniki. Raczej – wesołą improwizacją, oczywiście improwizacją w rozsądnych granicach. Boć przecież żaden twóra potrawy nie przewidzi, jak słodka będzie cebula czy marchew, albo jaki zapach bądzie miała oliwa lub jak długo będzie się gotował ryż sprzedawany w danym kraju.

Najsłynniejszy dziś kuchmistrz francuski Paul Bocuse we wstępie do swej książki kucharskiej twierdzi, że należy ją czytać jak powieść, zaczynając od początku. Wtedy dopiero stanie się pasjonującą lekturą. Każdy przepis pobudza wyobraźnię; on sam czytając książki kucharskie przed snem, robi się tak głodny, że musi koniecznie coś zjeść. Jeżeli książka nie wywołuje takich reakcji – jest chybiona. Nie musimy chyba przekonywać
Czytelników, jak bardzo bylibyśmy szczęśliwi, gdyby poczuli głód czytając „Tortillę u Sancho Pansy”. A głód trzeba koniecznie zaspokoić, bo – jak twierdzi patron naszej książeczki – „ Wszystkie nasze szaleństwa pochodzą stąd, że żołądki mamy puste, a mózgi pełne powietrza”.

Zapraszamy więc – na tortillę u Sancho Pansy.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska

Cd za tydzień

Barataria jako projekt szkolny

Chciałam napisać o książce kucharskiej Tortilla u Sancho Pansy Janiny Pałęckiej i Oskara Sobańskiego, tymczasem poszukiwania zawiodły mnie do pewnej szkoły w pewnym niewielkim mieście, gdzie kilka lat temu nauczyciele i bibliotekarze zorganizowali taki oto projekt:

Świat na widelcu: tortilla u Sancho Pansy – opis projektu

Cel główny: rozpowszechnianie rezultatów projektu:
Wyspy Szczęśliwe
drogą do doskonałości, kariery i osiągnięcia mistrzostwa zawodowego
dla uczniów i nauczycieli Zespołu Szkół nr 7 w T.

Cele szczegółowe:
– kształtowanie postawy ciekawości, otwartości i tolerancji wobec kultur innych krajów
– zainteresowanie odbiorców kuchnią hiszpańską i kulturą żywienia
– upowszechnienie wiedzy na temat hiszpańskich tradycji kulinarnych
– promowanie i rozwój czytelnictwa dzieci i młodzieży
– integracja społeczności lokalnej
– rozwijanie zdolności pracy w grupie

Uczestnicy: – nauczyciele i uczniowie Zespołu Szkół nr 7 w T. (w tym uczniowie zakwalifikowani do wyjazdu na staż na Teneryfę, w ramach przygotowania kulturowego)
– pracownicy Biblioteki Miejskiej w T. (oddział dla dzieci)
– dzieci i młodzież, czytelnicy oddziału dla dzieci Biblioteki Miejskiej w T.

Etapy projektu
Spotkanie nauczycieli i pracowników Biblioteki Miejskiej w T., opracowanie szczegółowego planu działań
Wybór i przygotowanie materiałów, niezbędnych do realizacji programu:
– wyszukanie przepisów na potrawy charakterystyczne dla kuchni hiszpańskiej, listy składników, sposób wykonania oraz zdjęcia gotowych dań
– przygotowanie informacji na temat bohaterów książki Miguela de Cervantesa: Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manchy i ich ulubionych potraw (tortilla Sancho Pansy)
– Przygotowanie prezentacji multimedialnej na temat Hiszpanii i hiszpańskiej kuchni oraz wiatraczków z ciasta
– Spotkanie z czytelnikami oddziału dla dzieci Miejskiej Biblioteki Publicznej w T. (w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Książki / rocznicy śmierci autora Don Kichota –23.04)
– Prezentacja multimedialna, podstawowe informacje na temat: Hiszpanii, potraw hiszpańskich i Sancho Pansy, bohatera książki Cervantesa
– Przygotowanie hiszpańskiej tortilli (wspólne zajęcia dzieci i pracowników Biblioteki Miejskiej) wg przepisu Sancho Pansy – uczta dla ciała (tortilla) i dla ducha (głośne czytanie fragmentów „Don Kichota”, wykonanie prac plastycznych – ilustracji do odczytanego tekstu)

***

Miguel de Cervantes: Don Kichot
Rozdział czterdziesty siódmy, w którym Sancho Pansa nadal rządzi na wyspie Baratarii, lecz wydaje mu się to coraz uciążliwsze

Wyglądało na to, że życzenie pana gubernatora zostanie zaraz spełnione, z sali przyjęć bowiem zaprowadzono go do sali jadalnej, gdzie czekał już stół obficie zastawiony, czekała też służba do mycia rąk, do usługiwania przy stole i do innych, na razie niewiadomych czynności. Fotel przy stole był tylko jeden i nakrycie na stole jedno, z czego łatwo było zrozumieć, że to dla Sancha i że on jeden będzie się posilał, a pozostali będą mu pomagali swą obecnością. Kiedy wkroczył na salę, rozległa się muzyka, która trwała, póki mył ręce i wycierał, a kiedy usiadł – zamilkła. W tej samej chwili pojawiła się obok gubernatora jakaś nieznajoma postać o dosyć ponurej twarzy i z fiszbinową pałeczką w dłoni. Nie zwracając uwagi na tę asystę, Sancho Pansa rozejrzał się po stole, na którym pełno było naczyń z rozmaitymi daniami, mokrymi i suchymi. Skinął z zadowoleniem głową i podczas gdy zawiązywano mu serwetkę pod brodą, zastanawiał się, od którego by zacząć. Sięgnął po najbliżej stojący półmisek z ostrygami, ale zanim zdążył której skosztować, jegomość u jego boku machnął pałeczką i pośpiesznie zabrano mu półmisek sprzed nosa. Chcąc nie chcąc zdecydował się na drugi, z pasztetem z królika, ledwie jednak wyciągnął doń rękę, gdy dotknięty pałeczką i ten półmisek uciekł przed Sanchem. To samo powtórzyło się i z trzecim półmiskiem, na którym leżały świeże jarzyny. – Czy to obiad, czy sztuczki z królikiem i kapeluszem? –zapytał zdenerwowany gubernator.
– Wasza niespożytość – powiedział z szacunkiem ów osobnik, na którego znak znikały potrawy – spełniam tylko swój obowiązek, jestem mianowicie lekarzem waszej niespożytości i mam pilnować, byście nie spożyli, uchowaj Boże, nic takiego, co zaszkodzi wam na żołądek; ostrygi były stanowczo za ciężkie, ten pasztet za ostry, te jarzyny zbyt wzdymające; z góry powiem, że nie radzę wam też jeść tej zupy, bo zawiera zbyt wiele płynu, ani tego mięsa, bo jest za suche – co powiedziawszy, wskazał pałeczką, a służba natychmiast sprzątnęła wazę z zupą i półmisek z pieczenią.
– Zostały więc – rzekł Sancho – jeśli mnie wzrok nie myli, te apetycznie przyrządzone przepiórki.
– Raczej umrę, niż pozwolę je tknąć waszej nietykalności – oznajmił lekarz.
– A to dlaczego? –zdziwił się Sancho.
– Ponieważ, jak uczy Hipokrates, ze wszystkich niestrawności najniebezpieczniejsza jest ta, którą powodują przepiórki.
– Zacznijmy więc od innego końca – powiedział Sancho. – Pan doktor zrobi przegląd całego stołu i usunie wszystko, co może mi zaszkodzić, a tym, co zostanie, zajmę się już spokojnie, bez obawy, że mi ucieknie.
Lekarz skinął głową na znak zgody, następnie wbił jastrzębie spojrzenie w nakryty stół i pałeczka zaczęła wykonywać konwulsyjny taniec nad całą jego przestrzenią, w miarę zaś, jak się poruszała, służba ogołacała stół z naczyń, aż zamieniła go w białą pustynię, na której i mysz by się nie pożywiła, nie tylko człowiek, zwłaszcza zaś człowiek o tak dobrym apetycie jak Sanczo Pansa. Głodnemu i złemu gubernatorowi na widok znikającego jedzenia oczy coraz bardziej wyłaziły z orbit, aż doprowadzony do szału trzasnął pięścią w stół, z ostatniego uciekającego półmiska złapał ręką kawałek wilgotnego placka, zwanego po hiszpańsku tortillą, i wpakowawszy go sobie do ust, przełknął prawie bez żucia, po czym wrzasnął:
– Wynoś mi się stąd, przeklęty łapiduchu, bo ci łeb utnę za próbę zamorzenia głodem władzy państwowej! Mnie zaś niech natychmiast dadzą jeść albo zrezygnuję ze stanowiska, bo ziarnka bobu nie jest warta posada, na której się nie można najeść do syta!

WIATRAKI Z POWIDŁAMI

zob.

Ciasto:

1/4 szklanki ciepłej wody
2,5 łyżeczki suchych drożdży, instant
1/2 szklanki mleka, ciepłego
1 duże jajko
1/4 szklanki cukru
1 łyżeczka soli
2,5 szklanki mąki
200 g masła, chłodnego

Wodę wlać do dużej miski, wsypać drożdże i zostawić na minutę, żeby drożdże zmiękły. Dodać mleko, jajko, cukier i sól i wymieszać. Odstawić.
Mąkę wsypać do drugiej miski. Masło pokroić drobno w 1/2 cm plasterki i dodać do mąki. Lekko zmiksować lub zagnieść łyżką, ale tylko na tyle, by masło i mąka lekko się połączyły, a masło ciągle było w małych kawałkach. Wlać drożdże z mlekiem i łagodnie wymieszać łyżką.
Ciasto zawinąć w folię spożywczą i chłodzić w lodówce przez całą noc. Rano dużą stolnicę wysypać lekko mąką. Położyć na niej ciasto:
rozwałkować je na kwadrat o boku 40 cm,
złożyć ciasto tak, jak kartkę -1/3 dolnego boku składamy do środka, na to nakładamy 1/3 górnego boku, teraz rozwałkować na prostokąt o wymiarach 25 cm na 60 cm, złożyć wzdłuż krótszego boku tak jak na początku.
Rozwałkować na kwadrat o boku 50 cm.
Złożyć. Rozwałkować na prostokąt 25 x 60 cm.
Złożyć jak kartkę. Zawinąć w folię i schłodzić 30 minut.

W znalezionym tekście i stronie, na którą się on powołuje, przepis kończy się na tym, że ciasto trzeba ponownie schłodzić. To jednak nie koniec, bo po pół godzinie trzeba je wyjąć z lodówki, rozwałkować, pociąć radełkiem na kwadraty, te zaś nadciąć z 4 stron jak na zdjęciu. Pośrodku każdego ciastka położyć kleks powideł, zagiąć nacięte części, skleić ze sobą nad powidłami, położyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec w nagrzanym piekarniku – jak sądzę co najmniej 15 minut albo aż uzyskają złoty kolor.

TORTILLA PO CHŁOPSKU

tortillaespañola

1. Ziemniaki obrać i pokroić w plasterki, cebulę pokroić w piórka, czosnek drobno posiekać.
2. Na patelni rozgrzać odrobinę oliwy, podsmażyć cebulę, i czosnek.
3. Dolać oliwy i wrzucić ziemniaki, posolić, usmażyć na złoty kolor.
4. Ubić na sztywno białka, wciąż ubijając dodać po jednym żółtku i łyżkę mleka.
5. Do jaj dodać ziemniaki i cebulę
6. Przelać masę jajeczną na rozgrzaną patelnię, smażyć na maluteńkim ogniu.
7. Potrząsać patelnią tak, aby tortilla nie przykleiła się.
8. Kiedy się zetnie, przewrócić na drugą stronę, delikatnie nożem oddzielić od krawędzi patelni
9. zdjąć tortillę.
10. Duży talerz położyć na patelni i jednym ruchem ją odwrócić.
11. Położyć tortillę drugą stroną.
12. Smażyć na małym ogniu około 2 minut.
13. Gotową tortillę przełożyć na talerz, ale tak by się nie połamała, pokroić jak ciasto.

***

PS od adminki. Podobnie jak w wyprawie, o której już TU pisałam, tak i w tym projekcie szkolnym okazuje się, że Wyspy Szczęśliwe znaczą dziś coś zupełnie innego niż kiedyś – dziś pod tą nazwą rozumiemy świat, w którym żywi ludzie mają pędzić szczęśliwe życie – ongiś było to miejsce wiecznego odpoczynku ludzi szlachetnych w zaświatach. Dzisiejsze Wyspy Szczęśliwe to dawna Cytera, wyspa miłości.

Jean Antoine Watteau, Przybycie na Cyterę, 1718, Pałac Charlottenburg, Berlin

Obiad w kwadrans / Mittagsessen in 15 Minuten

Tibor Jagielski

Słownictwo, skojarzenia, dobór języka, słów i obrazów – Autor
Wortschatz, Anspielungen, Sprach-, Wort- und Bildauswahl – Autor

Zestawienie różnych nadesłanych rzeczy w jeden wpis – Adminka
Zusammensetzen diverser zugeschickten Items – Administratorin

Gefährlich ist’s, den Leu zu wecken,
Verderblich ist des Tigers Zahn,
Jedoch der schrecklichste der Schrecken,
Das ist der Mensch in seinem Wahn.

Friedrich Schiller

Rotkelchen (rudzik) oder der Himmel in Flammen

żyjemy w szybkich i ciekawych czasach (n.p. pielęgniarz ma 15 min, aby umyć, ubrać i nakarmić pacjenta z demencją), dlatego chciałbym zaproponować posiłki, które można przyrządzić w ciągu kwadransa;
ostrzegam, że przepisy nie zawsze będą political correct.

dzisiaj:

gruszka miłosna

1  dużą cebulę obrać, posiekać, podsmażyć lekko na oliwie
posiekać
1 ostrą papryczkę (drobno, uwolnić od gniazda nasiennego)
1 gruszkę miłosnę (grubo, uwolnić od zdrewniałego końca)
dodać do cebuli, podsmażyć na dużym ogniu szybko mieszając
aby się nic nie przypaliło
zalać sokiem 1 cytryny
zdjąć z ognia, przykryć na parę minut
a w tym czasie
ugotować słynny uncle bens 2-minutes quinoa mexican style spicy
z tytki (patrz: zdjęcie)

gruszkę miłosną
jeszcze raz zamieszać i wg uznania dosmaczyć

podawać posypaną posiekaną pietruszką

przepis należy do serii:

***

PS od adminki: Ten ze wszech miar zamierzony bałagan we wpisie to wpływ nie tylko upałów i żar-ptaka (patrz ilustracja nr 1), ale również psa czyli Psiej Gwiazdy (patrz poniżej)

 

Kura czyli jak to się zaczęło

Pisałam tu już, że blox zamknął nasze poprzednie i równoległe blogi, a ja będę tu ratować, co się da. Tu dwa pierwsze wpisy na naszym wspólnym, legendarnym już blogu, czyli Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po 30 wiedzieć powinna, a (dziwnym trafem) nie wie… W tych wpisach najlepiej pewnie widać, czym potem przez rok, poczynając od tego 18 czerwca 2011 roku była Kura…, rodzajem naszych rozmów o świecie, historii, rodzinie, książkach i jedzeniu, zawsze mocno przyprawionych troską o kondycję życia ludzkiego, ale mimo to pisanych lekko i, jeśli się dało, dowcipnie (potem nie zawsze się dało).
Autorkami byłyśmy na początku we dwie, moja siostra i ja, rychło jednak zaprosiłyśmy do współpracy Danusię, czyli przyjaciółkę z Warszawy, oraz dwie kuzynki – Małgorzatę z Kanady i Marię z Włoch. O żadnej z nas nie można było powiedzieć, jakobyśmy były (młodymi) pannami, ale taka, wypływająca z tytułu, poetyka naszych rozmów ustaliła się w miarę wcześnie, a jej zalążki są widoczne już w pierwszym “kurzym” wpisie. Blog był od początku intensywnie międzynarodowy, bo ja w końcu mieszkam w Niemczech,
a moja siostra przebywała wówczas z mężem w Portugalii. Potem dokooptowały do nas liczne inne rozsiane po świecie
Panny (Polska, Indie, Anglia, Francja, Irlandia, Włochy, Niemcy, Norwegia) oraz jeden Panicz – Lech z Australii. W pewnym momencie autorką została też moja ciotka, nazywana na blogu Ciotuchną.

Ciotuchna obchodzi dziś 90 urodziny. I cóż, że to nie dziś, wolno Królowej Angielskiej, wolno i Ciotuchnie obchodzić urodziny, kiedy zechce. Zechciała dziś. Z tej okazji moja siostra, moje dwie kuzynki i ja przygotowałyśmy dla Ciotuchny WKK czyli Wielką Księgę Kury. Zaczyna się od tego wpisu sprzed ośmiu lat…

Ewa Maria Slaska

sobota, 18 czerwca 2011

Jak udusić kurę?

Jeszcze przed 30 laty usłyszelibyśmy: złapać i ukręcić łeb. Dziś taka wypowiedź jest barbarzyństwem, a prawidłowa odpowiedź brzmi – jeśli wciąż jeszcze jesteś osobą, która je mięso lub przygotowujesz obiad dla gości, którzy wciąż jeszcze jedzą mięso, to kup ładne piersi kurczaka w sklepie ze zdrową żywnością, namocz je przez trzy godziny w mieszaninie soku ze świeżej pomarańczy, trzech łyżek oliwy, trzech łyżeczek miodu i łyżeczki cynamonu, dodaj drobno posiekany i zmiażdżony widelcem (nie wyciśnięty, bo wtedy uwalniają się gorzkie olejki!) ząbek świeżego czosnku, a po trzech godzinach uduś mięso w tym samym płynie, gotując je na małym ogniu przez 30 minut. Nie sól! Ani przedtem ani potem. Podawaj z ryżem.

O ryżu napiszę kiedy indziej. Bo na razie trzeba jednak wyjaśnić parę spraw podstawowych. Moje panny córki, to nie będzie blog o gotowaniu, ale nie będzie to też blog, w którym nie będzie o gotowaniu. Zdanie to dotyczy w równym stopniu zabijania pająków, prowadzenia konwersacji, pisania opowiadań i doktoratów, wychowywania dzieci, załatwiania sprawunków i telefonowania do kobiety, która być może zostanie waszą teściową. Ponadto nie będzie to blog o literaturze, nie można jednak wnioskować z tego, że nie będzie to blog o literaturze.

Zaczynam go pisać, ponieważ znam dziesiątki młodych panien (a i mężatek) w różnym wieku, które wciąż jeszcze nie wiedzą, jak poradzić sobie z imponderabiliami życia codziennego. I jeżeli nawet umieją prowadzić samochód i zrobiły doktorat, to nie umieją upiec kaczki, wkładają czerwone wino, chleb i ser do lodówki, myślą, że co drogie to lepsze, albo wręcz przeciwnie, że można kupić byle co i zrobić z tego posiłek, który powali na kolana gości i rodzinę.

A tak naprawdę piszę tego bloga, bo jedna z tych młodych panien, co to ich znam całe masy, zażyczyła sobie, bym go napisała, a mnie się pomysł spodobał, zwłaszcza, że przypomniał mi nie tylko moją własną książkę, która kończy się przepisami kulinarnymi, ale przede wszystkim taką bezdyskusyjnie latynoamerykańską powieść Laury Esquivel Przepiórki w płatkach róży, o której pisze także Matylda na blogu literackim (czytaj ).
Przepiórki… to powieść o czasach rewolucji meksykańskiej i dlatego odpowiedź na pytanie, jak udusić przepiórkę w płatkach róży zaczyna się następująco:

…Wzięła głeboki oddech, chwyciła pierwszą przepiórkę i skręciła jej szyjkę… zrobiła to tak niezdecydowanie, że biedny ptak nie zdechł, tylko biegał po kuchni ze zwisającą na bok głową skarżąc się żałośnie.

No i groza. Dlatego (też) zostaje się weganką!

Aby nie kończyć jednak tego pierwszego wpisu literacko-kulinarnego okrutnym opisem duszenia przepiórki, przypomnę jeszcze opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka Wojny domowej i Drobnoustrojów) z książki Przez kuchnię i od frontu o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale. Zaintrygowana owym niezwykłym smakiem autorka, wielka smakoszka, udaje się do pałacowej kuchni, aby przepytać kucharkę. Ta kroi właśnie cebulę, a na głowie ma ogonek cebuli, żeby nie płakać (co ciekawe – mnie uczono, że trzeba trzymać w ustach dwie zapałki, widać, co kontynet to obyczaj). Nagabywana przez Michałowską podaje jej wreszcie przepis, a brzmi on następująco: “bierze się kurę, kraje na kawałki i wpieprza do garnka” (to cytat! i to zdwojony: Michałowska cytuje kucharkę, a ja Michałowską)

Nic dodać, nic ująć, moje kochane. Pokroić i udusić. No i rzecz jasna: przez lasy i góry dziękuję za kury, i nie dla mnie takie rozkosze, bo jajek po prostu nie znoszę.

I ciąg dalszy (bo bez niego ani rusz):

Jeszcze o kurze, a raczej o przepiórce, marchewka i róże

Na stole od trzech dni leży marchewka i wygląda paskudnie. Słaba, zwiędła, sczerniała. Już dawno nie jest krzepka jak u wieszcza. To do niej, a nie do koperku należałoby powiedzieć: “Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie koprze”. Zanim jednym zdecydowanym ruchem wyrzucimy marchewkę do śmieci biologicznych (bo przecież sortujemy śmieci, jasne, że sortujemy!), włóżmy ją na kilka godzin do zimnej wody. Im zimniejsza, tym lepsza, można więc nawet dodać parę kostek lodu.

Po kilku godzinach możemy naszą marchewkę przyrządzić. Przepis jest wybitnie prosty – marchewkę i cukinię umyć, jeśli marchewka jest młoda, to nie trzeba jej skrobać ani obierać, cukinii i tak nigdy nie obieramy, pokroić w paseczki i… udusić na oliwie, dodając soli. Autorka zdjęcia zdecydowanie przesoliła, ale jak się przyjrzymy, to zobaczymy, że to przynajmniej ładna, gruba sól. Biała więc zapewne morska. I tu od razu informacja – drobna biała sól kupowana w zwykłych sklepach spożywczych nadaje się tylko do robienia słonego ciasta, czym się zajmiemy przed Bożym Narodzeniem. Podstawowa informacja o soli brzmi: powinna być gruba. Kopalna będzie szara, zielonkawa lub różowa, morska z salin, biała. Dla tych, którzy mają nadczynność tarczycy, sól kopalna jest lepsza, bo nie zawiera jodu. W Berlinie można ostatnio kupić sól różową z Himalajów i w ogóle stało się modne gotowanie z różową solą (ale co w Berlinie nie jest modne?), w Polsce udało mi się kiedyś kupić grubą szarą sól z Wieliczki na… stacji benzynowej.

No tak, ale jeszcze trzeba raz wrócić do paskudnego słowa “udusić”. Bo marchewkę i cukinię trzeba pokroić, udusić w oliwie i posolić. Duszenie to cudowny, szybki proces przyrządzania potraw, który polega na tym, że najpierw lekko obsmażamy jarzyny, mięso lub owoce w oliwie lub maśle, a potem dolewamy niewielką ilość zimnej wody. Garnek lub patelnię przykryć pokrywką i zmniejszyć gaz lub prąd do najmniejszego minimum. Uważać, żeby potrawa się nie przypaliła. W razie czego dodać jeszcze trochę wody. Duszone owoce będą gotowe po minucie, jarzyny po trzech-czterech, kurczak po piętnastu. Te same produkty “poddane obróbce cieplnej w formie gotowania” potrzebowałyby dwa, trzy razy więcej czasu.

A teraz jeszcze raz o duszonych kurach i innych przepiórkach. Danusia, jedna z naszych autorek, twierdzi, że gotowanie według literatury nie wychodzi, bo to jednak literatura, a nie książka kucharska. Otóż nie zgadzam się, przepiórki w płatkach róży wyszły mi ponoć wspaniale (piszę “ponoć”, bo jestem wegetarianką, a w porywach, coraz częstszych, weganką, muszę więc wierzyć zjadaczom mięsa, że znowu udało mi się je dobrze przyrządzić), choć gdy je przyrządzałam na obiad rodzinny z udziałem dzieci małoletnich, nie zastanawiałam się nad tym, że w Meksyku są afrodyzjakiem. Ale, ach, afrodyzjaki kulinarne to chyba bardziej rozmarzone wewnętrzne chcenia przemieszane z urodą samego przepisu niż naprawdę groźne środki, które spowodują, że dwoje ludzi zacznie uprawiać seks w windzie lub na stołku od fortepianu. W każdym razie nam się w rodzinie nic takiego nie przydarzyło (chyba).

I na zakończenie link do fascynującej strony o przyrządzaniu przepiórek. Są tam i te w płatkach róży, ale pozwolę sobie dodać tu mądralińską poradę – nie bierzmy, mimo iż tak głosi literatura piękna i cytowana wyżej strona kulinarna, płatków róży z bukietu, tylko poszukajmy róży pomarszczonej (Rosa sugosa) czyli cukrowej. Rośnie często wzdłuż plaż i pachnie oszałamiająco. To z tej róży robimy konfiturę i ona też będzie się cudownie wprost nadawała do przepiórek. W ostateczności możemy użyć róż, które sami wyhodowaliśmy i których nigdy przenigdy nie spryskaliśmy żadną chemią. W przypadku róż z kwiaciarni nie możemy być pewni, czy nie zostały one czymś potraktowane albo, co gorsza, czy nie pochodzą z fabryk kwiatów z trzeciego świata, a kobiety, które przy nich pracowały mdlały od wyziewów chemicznych.


Zagadek w obu powyższych wpisach było kilka.

1. Należało zidentyfikować zacytowane w nich zdania jako posmodernistyczne cytaty czyli takie bez cudzysłowu, podawane na zasadzie “wszyscy wiemy, a my tu nie jesteśmy naukowcami i nie chodzi o doktorat w polityce, nie musimy więc podawać źródła”: piosenka biesiadna Droga do Rio i dwa wiersze Jana Brzechwy – Kokoszki smakoszki i Na straganie.

2. Należało odpowiedzieć na pytanie, kto, oprócz mickiewiczowskiego Podkomorzego, używał zwrotu “Moje panny córki”: ojciec pisarki Marii Pruszkowskiej i jej siostry, Aliny, co wiemy z książek Przyślę panu list i klucz oraz Piękne dni Aranjuezu. Oczywiście ten zwrot sam w sobie był cytatem z Pana Tadeusza.

3. Taką postmodernistyczną zabawą literacką był też tytuł książki Marii Michałowskiej (Zientarowej) Przez kuchnię i od frontu, bo odnosił się zarówno do dawnego wyznacznika ostrych podziałów klasowych w miastach XIX- i XX-wiecznych (a pewnie i starszych): od frontu do domu wchodziło “państwo”, podczas gdy służące, kucharki, handlarze i dostawcy wchodzili przez kuchnię czyli tylnym wejściem (sama jeszcze tak mieszkałam w Berlinie, ale oczywiście nie miałam służby, a tylnym wejściem wychodziłam na podwórko, żeby wyrzucić śmieci; w eleganckich hotelach i w dzielnicach dla bogaczy we wszystkich miastach na świecie jest tak w dalszym ciągu). Tytuł Zientarowej odnosił się jednak również do tego, że “przez kuchnię” poznawała miejsca, do których los ją rzucił “od frontu” czyli w czasie wojny.

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (18). Jagielski (Gesundheitspfad)

Der Autor widmete sein Gedicht der Zeit des sog. Kriegzustands in Polen (13. Dezember 1981 bis 1983), ich jedoch hörte das Wort Gesundheitspfad das erste Mal im Juni 1976. Ende Mai war mein Sohn geboren, am 25. Juni begannen in Polen Streiks. Anlass zu den Protesten war die Regierungsabsicht innerhalb von vier Tagen Preise wichtiger Lebensmittel um 30 bis 100 % zu erhöhen. Die Streiks verliefen zuerst meist friedlich, aber in Radom, Ursus und Płock eskalierte die Situation. Insgesamt befanden sich 80.000 Werktätige aus 112 Betrieben im Ausstand, der teilweise von den Ordnungskräften mit brutaler Härte niedergekämpft wurde. Das erste Mal wurde bei dieser Gelegenheit im Radio Free Europa von den Gesundheitspfäden berichtet. Ich weiß es immer noch als ob es gestern wäre: Ich saß in meinem Zimmer, stillte meinen kleinen Sohn, hörte Radio und weinte.
Dies war der Moment, dass die rebellischen Intellektuellen in Warschau und anderen Städten Komitee zur Verteidigung der Arbeiter – Komitet Obrony Robotników (KOR) gründeten, eine Organisation ganz neuen Typus. Man versteckte sich nicht mehr, man war nicht im Untergrund, man sagte offen, dass man gegen den Staat protestiere. Und dass man es in Namen und mit den Arbeiter tut, die vielleich allein nicht imstande sind, ihre Proteste und Sorgen klar und eindeutig zu thematisieren und zu verbalisieren. Bis jetzt waren die polnischen proteste sozial geteilt – die Studenten waren 1968 bei ihren Potesten allein gelassen wurden, 1956 und 1970 hatten wiederum die Arbeiter allein gekämpft. Ausser Offenheit förderte also KOR die Solidarität zwischen Inteligentsja und Arbeiterklasse. Somit wurden die zwei wichtigsten Grundlagen der Solidarność geschaffen.

Tibor Jagielski

DER TUNNEL

in memoriam kriegszustand (1981-83)

ich erinnere mich kaum
der gesundheitspfad *)
der einzig richtige weg
in die leuchtende zukunft
das hängen der unterhosen und pullover
hinter den gittern
unterschriften
einmaliger passierschein
nr 5
die uniformen und kutten
die blinden über licht dozierend

ich erinnere mich
an ein mädchen am strand
und mond über dem baum
kuss der bitteren früchte

ich erinnere mich an den tunnel
und abschied von der jugend

——-
*) wie in der preussichen armee wurde ein spalier aus mit stöcken ausgerüsteten
menschen gebildet, durch das die gefangenen (diesmal auch frauen) laufen mussten.


Anmerkung der Red.: Ich kenne mindestens zwei wichtige Prosa Beschreibungen solches Vorgehens:

Ernst Hemingway, Wem die stunde schlägt
Stefan Heym, Ahasver


Anmerkung des Autors:

lato 1976 spędziłem przy budowie centrum zdrowia dziecka pod w – wą;
przydzielili mnie do brygady enerdowskiej; trochę mi było głupio, bo to byli wszystko specjaliści, a ja o budowie nie miałem pojęcia, tylko trochę o brechcie i böllu, no i  musiałem robic za hiwi (Uwaga Adminki: Hilfswilliger, wissenschaftliche Hilfskraft – pomocnik techniczny);
a ciągnęło mnie do brygady… frankofońskiej, gdzie w nocy słuchano radia (była olimpiada w montrealu) i w ogóle atmosfera była luzacka, nie trzeba było stawać na baczność i nie robiono żadnych apeli, tylko śpiewano, albo puszczano fajne piosenki;
no, więc strasznie się męczyłem, chyba cały miesiąc z tym odbieraniem rozkazów, aż dostałem zapalenia płuc (nosiłem tego dnia metalowe elementy z zimnych piwnic na rozżarzone górne piętra szpitala-pomnika (było wtedy tak samo gorąco jak teraz) i przycupnąłm jak ten idiota na zimnym betonie, aby odsapnąć i coś chwyciło mnie i zapadłem się w ciemność, a ocknąłem się na noszach (sic);
zaopiekował się mną chyba najlepszy wówczas team lekarski świata i rzeczywiście już tydzień później byłem zdrowy i tak zakochany, że w następnym roku pojechałem na wakacje pracować we francji.

1976 w Szczecinie był spokojny, bo robotnicy przyrzekli gierkowi, że mu pomogą
(w osobie jurczyka, w roku 1970), a młodzieży wydawało się, że jedynym sposobem protestu jest samobójstwo, albo śpiew,
w tamtym czasie, kiedy nie można było deptać trawników, w kraju podzielonym przez coca – colę i pepsi,
kraju w którym zbierałem młode pędy pokrzyw na sałatę na mierzei
zastanawiałem się w kim mi przyjdzie się zakochać?

sałata na lato

młodych  pokrzyw cztery dobre garście
mięty – jedna
oliwek czarnych (ale nie tych farbowanych) – jedna
papryczka mała (czerwona, typ jalapeno)
dwa ugotowane jaja
dobrze seru typu bryndza
polać sokiem jednej cytryny,
nie poskąpić dobrej oliwy
i składniki (po posiekaniu i posypaniu koperkiem i pietruszką)
raczej wstrząsać, niż mieszać.

Villa, Ausstellung, Filme, Brunch

Podlasie meets Berlin

 

 

 

 

Im Rahmen der Ausstellung veranstaltete am Sonntag 28. April filmPOLSKA den Festivalbrunch in der Villa Westend. Hier traf Kunst auf kulinarische und filmische Spezialitäten aus der Region Podlasie im Nordosten Polens präsentiert von den Kuratoren des Filmfestivals Żubroffka. Bei dieser Gelegenheit könnte man sich auch eine Ausstellung von 20 Künstlern – Studierende und Dozenten der Kunstakademie Stettin/Szczecin – anschauen.

Die Villa, die die Gabriele Fink Stiftung aus Hamburg zur Verfügung stellte, ist zum Abriss bestimmt. Das Thema der künstlerischen Auseinandersetzung mit dem Ort und dem Zeitgeist war „The End“.

Mehr oder weniger so viel fand man(findet man immer noch) in einer kurzen Beschreibung des Tages und des Events auf der Internetseite des Festivals. Dazu gibt es eigentlich nur ein Foto von der Villa, kein von Kunstobjekte, kein Wort über Filme, die während des Brunches gezeigt wurden, dafür aber… (Fotos Joanna Jakubiuk)

Schön arrangiert sind all die Würste auf den Fotos. Vielleicht sahen die Servierplatten tatsächlich so aus. Kann ich nicht sagen, weil ich sie nicht gesehen habe. Vor den Filmen sah die Wirklichkeit viel prosaischer aus, keine grüne Zweige, keine üppige Beerendolden, aber (zugegeben) viele schöne Äpfel. Wenn man in den Buffetsaal nach den Filmen kam, gab es zwar immer noch sehr viel Fleisch, Wurst, Gurken, Brot und Äpfel, aber von der Schönheit des Fleischfressens ist nix geblieben, es war eh eine Landschaft nach der Essschlacht. Oder (was ich leider vermute) gab es das Schöne nur fürs Fotografieren und das Bildliche stimmte mit dem Gegessenem überhaupt nicht überein. Genauso wie das einzige Foto von der Villa (oberes Foto unten) nicht das zeigte, was wir an diesem Sonntag gesehen haben.

Aber zum Glück war das, was wir sahen, viel schöner als das, was uns Festival-Portfolio anbietet. Dieses bemalte Haus machte schon Geschichte in Berlin und ganz viele Leute, die vom Festival und der Ausstellung gar nicht wussten, wussten doch, dass es am Ende der Stadt eine Villa gibt, die von den Kunststudenten aus Polen rot bemalt wurde…!

Ich versuche den knappen Bericht des Festivalsmachers ein Bisschen mit meinen eigenen Fotos und Impressionen zu ergänzen. Zuerst: kein Mensch hat verstanden, weshalb diese schöne fin de siecle Villa zu dem Abriss bestimmt ist. Jeder von uns dachte: aber wieso, wieso? Und die nächste Frage: Wenn sie schon weg ist, was wird hier entstehen? Noch ein Bürohaus? Ein Hotel? Eine Apartment-Siedlung für die Reichen? Es gab Zeiten, dass sich Berlin damit schmückte, arm aber sexy zu sein. Vorbei. Jetzt sind wir weiterhin arm, gar nicht sexy und an Reichen ausverkauft.

Die nächste Frage bereiteten uns die Filme. Wieso hat man sich für solch ein Motto entschieden: Podlasie atakuje (Podlasie greift an)? Das war schon 15. Festival der Filme aus Podlasie, in Berlin aber (glaube ich) das erste Mal gezeigt. Ohne Vorgeschichte fällt einem nicht ein, weshalb drei kurze Dokufilme (den vierten wollte man schon gar nicht mehr sehen, weil alle zum Buffet wollten), schön, ruhig, etnografisch-poetisch, plötzlich als Angreiferprodukte dargestellt werden sollen. Man hat sich sicher etwas dabei gedacht. Aber was?

Und letztendlich die Kunst. So lange man nicht wusste, dass das Thema der Ausstellung “The End” war, könnte man die 40 mit der Kunst “befallenen” Räume wirklich bewundern. Aber das Thema bereitet einem Kopfschmerzen vor. OK, die schönste Instalation (leider ist mir das Foto nicht gelungen) bildete einer auf dem Fussbpoden in einem Klo liegende Männeranzug, hergestellt aus der Klein-Fliesen-Matte, genauso einer wie die aus der Jahre zuvor der Fußboden gefertigt wurde. Der graue Anzug als der Überbleibsel von einem Mann, den es nicht mehr gibt, das Ende also.

Aber ein Kreis der Salzkristalle im Garten? Ein roter (lustig gefederter) Schnabeltier? Eine Glasflasche voller Wasser, in dem sich die Klänge der Umgebung angesammelt haben? Ein Raum voller Gegenstände, die nicht das sind, was sie darstellen (eine Fußmatte wie eine metallne Reibe, ein Mülleimer aus grünen Lutschbonbons, die Teller aus Pelz – vielleicht ein Hommage an Meret Oppenheim)? Symbolisieren sie “the End”? Keine Ahnung. Aber schön sind sie, keine Frage. Oder waren. Die Ausstellung ist nämlich zu Ende. Also “The End”.

Die Ausstellung gibt es nicht mehr, aber ich glaube die rote Villa kann man immer noch sehen, wahrscheinlich bis sie abgerissen wird. Es lohnt sich, hinzugehen, zumal es auch gegenüber eine schöne halbwilde Grünanlage mit Skulpruren gibt: Pillkaller Allee 2 in 14055 Berlin.

Weitere Filmberichten folgen.

Z blogu jak udusić kurę: 26 kwietnia

Ewa Maria Slaska

Bardzo długi wstęp

Przez rok od czerwca 2010 do czerwca 2011 prowadziłam bloga o wdzięcznej nazwie Jak udusić kurę, czyli co każda Panna po 30 powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie.
W skrócie –
Kura. Po roku Kura przekształciła się Qrę a potem w Altanę, ale ja coraz mniej miałam do czynienia z zawartością tych blogów. W grudniu 2012 roku zaczęłam prowadzić tego bloga, w którym od czasu do czasu publikują też autorki Kury (i Autor, ale o nim zaraz). Kurę prowadziłam z siostrą i dwoma kuzynkami oraz kilkoma przyjaciółkami, po jakimś czasie dołączyła do nas jeszcze Ciotuchna, a potem objawił się jeszcze Autor i, nie zrażony samotnością mężczyzny wśród kur, przetrwał z nami Kurę, Qrę i Altanę, i jest (czasem częściej czasem rzadziej) wierną podporą tutejszego Salonu Odrzuconych (ewamaria.blog, dawniej: ewamaria2013). W skrócie nazywałyśmy siebie Pannami (ja byłam ewentualnie Panną Prymarną), on zaś przybrał, w przypomnieniu Tajemniczego ogrodu, wdzięczne miano Panicza. Owe trzy kobieco nazwane i prowadzone blogi funkcjonowały na blox.pl czyli portalu blogowym Angory, która teraz, nagle (i z naszego punktu widzenia – bez dania racji) postanowiła nam wszystkim uciąć nasze kurze łebki.
29 kwietnia
blox przestanie istnieć i jeden wielki Administrator raczy wiedzieć, w jakich odmętach wirtualnej rzeki świata znikną nasze teksty. Bądź nie znikną. Może być i tak. Nie wiemy. Na wszelki wypadek “Panicz” uratował zapisy edytorskie naszych wpisów, a ja postaram się – przy okazji lub bez niej – umieścić je tu, opatrując je ewentualnie własnym komentarzem.

Robię to po pierwsze dlatego że pisałyśmy (pisaliśmy) tam dobre i ciekawe rzeczy, które teraz hurtem stały się zbiorem tekstów wyrzuconych bez pardonu za burtę i jako takie mają prawo, po osuszeniu, do publikacji w salonie Ewy Marii. Po drugie jednak publikuję tu te teksty w przypomnieniu wesołego roku, jaki spędziłyśmy (spędziliśmy), redagując wpisy do Kury. Myślę że żaden z następnych blogów nie dał nam takiej niewinnej i nieskażonej radości, jak Kura. A ponieważ od czasów Kury minęło sporo lat, pamięć o niej spowija jeszcze mgiełka nostalgii

Miałyśmy jako autorki (i autorzy) pseudonimy. Każdy wpis zawierał przepis kulinarny (powstała też książka kucharska Kury) i zagadkę. Gdy dotychczas przenosiłam jakieś wpisy z Kury do Salonu, usuwałam kulinaria i zagadki, dopasowując kurze piórka do powagi, z jaką kurze przychodzi stąpać po wyfroterowanych posadzkach salonu. Teraz jednak, w ramach szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, będę zostawiała wszystko tak, jak było.

Zaczynamy.

Dziś publikuję tu po prostu to, co 9 lat temu ukazało się 26 kwietnia na Kurze.

Kanadyjka

czwartek, 26 kwietnia 2012

O miodzie i smutasach

Czytając wpis Panny Prymarnej o pszczółkach, miodzie i „smoothies” stwierdziłam, że nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu, tylko muszę napisać osobny wpis.

Najpierw o miodzie. Wiele lat temu szef firmy, w której pracowałam, miał niewielką farmę a na niej ule. No i na jesieni odbywało się u niego tradycyjne zbieranie miodu. Uczestniczyliśmy w tym rytuale kilka razy. Jak docieraliśmy na farmę, ramki były już wyjęte z uli i czekały na odwirowanie. Nad beczką zamocowana była ręczna wirówka, w którą wkładało się ramkę i kręciło korbką. Ciężka to była robota, ale bardzo satysfakcjonująca.

Powietrze przesycone było pyłem miodowym, wszystko się kleiło, wdychaliśmy ten miód po prostu całym ciałem. Odwirowany miód wlewało się do dużej kadzi. Ale nie bezpośrednio, tylko przez wielowarstwowy muślin, który filtrował wszelkie zanieczyszczenia. Ale co jakiś czas ten muślin się kompletnie zatykał i wtedy następowało najfajniejsza część procedury. Jedna osoba zbierała brzegi muślinu i trzymała wielki worek wypełniony miodem nad kadzią, a reszta rękami wyciskała z tego worka miód. No a potem następowało zlizywanie miodu z rąk (co na zdjęciu właśnie robi nasza córka Ewa). Pycha! Potem jeszcze było nalewanie miodu do słoiczków i przyklejanie nalepek.

Nasze dziewczynki uwielbiały te wyprawy i pomagały dzielnie na wszystkich etapach.

A teraz o „smoothies”, czyli jak je nazywa mój mąż, smutasach. Zaczęto je robić, jako napoje orzeźwiające na plażach Kalifornii. Początkowo były to koktajle z bananów, truskawek i soku pomarańczowego, z dodatkiem lodu. Stopniowo asortyment owoców i jarzyn używanych w smutasach bardzo się powiększył. Można je w zasadzie robić z każdej kombinacji owocowo-warzywnej, z produktów świeżych lub mrożonych. I dodawać mleko, jogurt, lód, soję, miód, a także płatki owsiane, pestki słonecznika itp. Możliwości są nieograniczone. Mam przed sobą książkę z 160 przepisami na smutasy. Podaję tu kilka żeby zilustrować różne warianty tego wspaniałego napoju. A dalej to już panny eksperymentujcie same. Najwyżej, jeżeli wyprodukujecie coś niejadalnego (a właściwie nie pijalnego), to zawsze można to wylać i zacząć eksperymenty od nowa.

Smutas morelowy

sok z 2 limonek
sok z 3 pomarańczy
4 dojrzałe wypestkowane morele (myślę, że brzoskwinie też się nadadzą)
listki świeżej melisy

Smutas śliwkowy

½ kg czerwonych śliwek
3 łyżki miodu
łyżeczka świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego)
drobny lód

Smutas malinowy z płatkami owsianymi

Półtorej łyżeczki płatków owsianych zalać ½ szklanką gorącej wody i zostawić na 10 minut.
Zmiksować ze szklanką malin, 2 łyżeczkami miodu i 3 łyżkami jogurtu.

Zielony diabeł

miąższ z 1 awokado
½ ogórka obranego ze skórki i pokrojonego w kawałki
2 łyżki soku cytrynowego
2 łyżki soki z limonek
2 łyżeczki cukru pudru
szczypta soli
1 szklanka soku jabłkowego lub wody mineralnej
2 łyżeczki sosu chili (słodkiego)
kostki lodu


Początkowo nie miałam pomysłu na zagadkę, ale jednak coś znalazłam … o niedźwiadkach. Autor poniższego fragmentu był już cytowany na Kurze, więc myślę, że zgadniecie Panny bez problemu.

Nie za mojej pamięci były dwa niedźwiadki. Te potrafiły kurom piasek sypać, aż gdy kokoszki zbliżyły się, zabijały je łapą – bac! – z ukontentowaniem. Sadownicy przylatywali z wrzaskiem: jeden niedźwiedź na jabłoni siedział i trząsł, a drugi jabłka zbierał i ryczał na Ż., po czym zgodnie szły trząść następne drzewko. Kucharza raz mało szlag nie trafił: wyszedł na chwilę z kuchni, a wróciwszy- zastał Misia mieszającego rozrobione ciasto, do którego sam wlał hładysz śmietany. (…). Przemyślni misiutkowie z zamiłowaniem uprawiali polowanie na pastuchów: wyczekawszy w krzakach, aż ci nakładą kartofli do ogniska i powyjmują z toreb chleb i ser, wypadali z rykiem wielkim i z zadowolonym mruczeniem zasiadali do śniadania.

„Szczenięce lata” Melchiora Wańkowicza. Rozwiązała wczesnym rankiem Żona. Oburzona.

Trostmomente

Tibor Jagielski

Falkner

Sprich, sprich zu mir
Deine Stimme will ich nicht vermissen
Über den Bäumen wandernd
Durch das Feld des Frühlings.

Falkner bist du
Zu deiner Hand komme ich zurück.

Ich spielte mit Winden
Wolke war mein Sitz.
Komme zurück.

Deine Stimme
Schafft die Welten
Und schafft sie ab.
Sprich zu mir.

T.J., 1988

 

…koche ich für dich, liebe freundin, so dass du gesund wirst kochana moja;
nutzte die gelegenheit, weil ich eingenickt bin und die u-bhf holzhauser str
verpennt habe aber statt mich zu ärgern, stieg ich erst in alt-tegel aus
und lies es mir gut gehen
und aß ein bismarckbrötchen aus der markthalle, und nahm einviertel
suppenhun noch nach hause mit

hühnerbrühe

ein viertel suppenhuhn (ca 2 Pfund) kochst du
(mit einen stück poree, einen lorberblatt, vier pfefferkörner sowie einen teelöffel salz)
auf kleinen feuer weich (ca anderthalb stunden bis das fleisch von knochen abgeht)
und nimmst es heraus
dann schälst du und schneidest in mundgerechte stücke
(mohrrüben, selerie,petersilienwürzel – ca ein pfund)
und kochst du sie in der brühe ein paar minuten
(nicht zu lange damit sie bissfest bleiben)
und gibst die hälfte des von knochen abgelösten fleisches dazu
(die andere hälfte wirst du für das frikasse verwenden)
ewentuell  noch nachschmecken
(mit einer prise paprika – sowie curry- oder kurkumapulver)
smacznego!

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 4

Kupuj, jedz, tańcz… Kauf, tanze, esse…


Kräuter (oben) und Stickereien (unten) / Na górze zioła, na dole haftowane sukienki

Koktajle z kaktusa / Kakteen-Coctails


Iguanasuppe (oben) und Gürteltiersuppe (unten) / Zupa z iguany (u góry) i z pancernika (poniżej)

A na cmentarzu w niedzielę o 8 rano je się tacos z podrobami / Auf dem Friedhof
um 8 Uhr (früh!) ist man Tacos mit Innereien