Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Seit ein paar Wochen präsentierte ich hier an Mittwochs eine polnische in Berlin lebende Künstlerin /Od paru tygodni prezentowałam tu w środy polską artystką z Berlina / Since some weeks I was presenting here on Wednesdays a Polish artist from Berlin.

Aleksandra Hołownia

Dziś kolejny projekt, w którym Aleksandra bierze udział. Heute ein weiteres Projekt, an dem sich Aleksandra beteiligt. Today another project she is participating in.

Deutsch 1914 Papua Niugini 2014

Sie folgte dem Ruf vom 29.07.2014 / Odpowiedziała na wezwanie, które ukazało się w Berlinie w lipcu 2014 roku / She answered to an open call for participation issued in Berlin on 29th of July 2014

Maske 100kleinProjekt – Współcześni artyści z Berlina w Papua Nowa Gwinea

Do dziewiętnastego wieku Papua Nowa Gwinea była całkowicie niezbadana. Dzisiejsza Papua Nowa Gwinea powstała z połączenia dwóch terytoriów kolonialnych, obejmujących wschodnią część Nowej Gwinei oraz pobliskie wyspy. Początkowo stanowiła kolonię brytyjską. Później została przekazana pod administrację australijską. Północno-wschodnia część wyspy nazwana Ziemią Cesarza Wilhelma należała do protektoratu niemieckiego. Po przegranej I wojnie światowej Niemcy musiały zrezygnować ze swych posiadłości kolonialnych.
W 1914 roku przed wybuchem pierwszej wojny światowej, berlińscy ekspresjoniści, Emil Nolde i Max Pechstein podobnie jak wielu innych awanturników, biznesmenów, misjonarzy, dobroczyńców, pisarzy, podróżników udali się na wyspy zachodniego Pacyfiku. Spragnieni przygody oraz poznania egzotycznych kultur malarze swe spostrzeżenia, badania, i inspiracje pozostawili na znanych europejskiej publiczności płótnach. W latach 1915 do 1918 również polski etnograf i antropolog, Bronisław Malinowski, odwiedził regiony wysp Triobriandzkich należących do państwa Papua Nowa Gwinea. Efektem czego były wydane w 1922 roku w języku polskim i angielskim książki: „Argonauci Zachodniego Pacyfiku”, „Zycie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”oraz „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich”. Warto przypomnieć, że w 1915 roku, w podróży do krainy Papua Nowa Gwinea Malinowskiemu towarzyszył fotograf Stanisław Ignacy Witkiewicz.

2maski2

W 2004 roku berliński artysta i kurator Alfred Banze wspólnie z antropolożką Marion Struck-Garbe postanowili zrealizować projekt artystyczny konfrontujący prace zafascynowanych kulturą Oceanii, współczesnych artystów berlińskich z dziełami artystów Papua Nowej Gwinei. Dziś, w dobie nieograniczonej komunikacji i podróży, sztuki wizualne są „lingua franca” stosunków międzykulturowych – twierdzą kuratorzy. Do udziału w projekcie zakwalifikowali propozycje 12 artystów, w tym również moje czarno białe rysunki masek z 1994 roku. Ja sama kolekcjonuję maski z Oceanii, Afryki, Azji.

Maski kolekcja AHW 1987 roku lecąc z Moskwy do Warszawy spotkałam szwagierkę operatora filmowego Waldka Czechowskiego. W Moskwie miałyśmy tylko przesiadkę. Ja wracałam ze stypendium w Meksyku a ona z Papua Nowej Gwinei, gdzie towarzyszyła zaprzyjaźnionym etnografom. Jej barwne opowieści rozbudziły moją wyobraźnię. Kupiłam wszystkie dzieła Bronisława Malinowskiego. Do dziś stoją na półce – jeszcze nie przeczytane. Natomiast w latach 90, gdy mieszkałam już w Niemczech, pod wpływem wspomnień związanych z opowieściami owej znajomej, stworzyłam cykl stu rysunków masek inspirowanych sztuką ludów Papua.

Kolekcja masek Aleksandry Hołowni

Seria ta stanowi próbę transformacji na papier ducha nieżyjącej osoby, której odbicie twarzy zostało uwiecznione w masce. Rysunki masek były między innymi dwukrotnie wystawiane w Nowym Jorku w galeriach: Monserat (1994) i The Cork (1999) – tam też naprawdę znalazły uznanie.

Alexandra Holownia Masks  Exhibition, Monserat Gallery NYC 1994Wystawa masek Aleksandry w Nowym Yorku

Pod koniec października 2014 roku kuratorzy, Marion Struck-Garbe i Alfred Banze, jadą do Nowej Gwinei, gdzie zrealizują projekt. W Muzeum Narodowym w Port Moresby i w Wyższej Szkole Sztuki w Gorka zaprezentują prace 12 artystów z Berlina. Są to Barabara Eitel, Juliane Laitzsch, Christine Niehoff, Ingeborg Lockemann, Maurice De Martin, Jacob Roepke, Patrick Jambon, Moritz R., Alexandra Holownia, Ilse Ermen, Michel Aniol, Stephan Gross. W maju 2015 pokaz ten wraz z workshopem i performance będzie można obejrzeć w Projektraum Alte Feuerwache i ZK/U w Berlinie.

2maski1***

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungkostrzyn2 kostrzyn1

Auf den Spuren der Dichter

Edda Frerker

Drei Wochen in Masuren

bocianIch habe es geahnt. Keiner glaubt mir, wenn ich berichte, dass in jedem Dorf Masurens mindesten 30 Storchennester zu finden sind. Besetzt von je einem Storchenpaar. Der Himmel würde verdunkelt sein, wenn all die Störche auf einmal zum Flug abhebten. Sie brüten. Allenfalls zu einem Stelldichein mit einem Fuchs lassen sie sich überreden. Ich schreibe die Wahrheit: links der Straße auf einem Feld ein Storch – 20 m daneben ein Fuchs – und rechts der Straße eine Vogelscheuche. Ein Storch ist durch nichts zu erschüttern. Daher bringt er ja auch die Babys. Jedenfalls in Deutschland. Wie es in Polen ist, weiß ich nicht. Vielleicht aber ist es in Masuren so. Aus alter Gewohnheit.

Es war eine wunderbare Reise durch Masuren. Drei Wochen voller Anstrengung, Überraschungen, Begegnungen, neuen Einsichten. Ohne Ewa hätte ich das alles nicht erleben können. Sie war diejenige, die mich durch das chaotische Labyrint der polnischen Sprache geführt hat und die mit unermüdlicher Neugier Menschen für sich eingenommen und für uns zu Lotsen gemacht hat durch Dörfer, Städte, Museen, Friedhöfe und Wälder. Ich bin ihr unendlich dankbar.
RIMG0076Denn welch` ein Glück. Da schäumende Grün der Wälder. Auch wenn der Himmel schwer mit Wolken verhangen ist. Und wenn die Sonne scheint, dann singt die Erde. Dann glühen die Farben des Mohn. Dann steigen Schwäne aus dem See wie Pfönix aus der Asche. Wobei ich zugeben muss, dass ich noch keinen Vogel Phönix gesehen habe. Aber so kann es gewesen sein: Die Flügel riesig weit ausgestreckt, den Hals unendlich lang hochgereckt und die Füße den Bruchteil einer Sekunde über dem Wasser schwebend.

Nun bietet Masuren keine lieblichen Landschaften. Aber die tiefe Schwermut, die einen hinabzieht beim Lesen der Bücher Ernst Wiecherts, in denen er seine Heimat immer wieder beschreibt, habe ich nicht gefunden. Es ist wohl der besondere Blick eines Menschen wie Ernst Wiechert, dessen Leben schwer gezeichnet war durch den Selbstmord von Mutter und Ehefrau und den Tod des einzigen Kindes nur einen Tag nach seiner Geburt.

wiechert-galcz

Links: Erinnerungsstücke an Ernst Wiechert in Forsthaus Piersławek (Kleinort), rechts: Erinnerungsstücke an Konstanty Ildefons Gałczyński in Forsthaus Pranie.

Auf den Spuren der Dichter Ernst Wiechert und Gałczyński habe ich Gräber gefunden und lebendige Menschen. Einen Pfarrer der Evangelischen-Augsburgischen Kirche in Mrągowo, der im Gottesdienst eine Predigt hielt wie ein gesungenes Gedicht – natürlich auf Polnisch. Ich habe nur sehr wenig verstanden, aber wieder einmal bestätigt bekommen: Polnisch ist eine wunderbar klingende Sprache.
Eine pensionierte Ethnologin, Barbara, die mit unendlicher Hingabe das Eisenbahnmuseum in Angerburg (Węgorzewo) betreut und die uns den Weg wies ins weite Land Richtung russische Grenze auf halber Strecke nach Goldap, wo die Straßen schlechter, die Dörfer kleiner und ärmer werden, der Himmel aber gleichbleibend großartig ist. Dort fanden wir die Republika Ściborska des Dariusz Morsztyn. Ein Sammler und Kenner der indianischen Alltags- und Volkskunst. Und der Eskimos. Ein Besessener von der Idee des einfachen Lebens. Ein Kämpfer für Gerechtigkeit und Frieden. Old Shatterhand und Winnetou in einer Person. Leider habe ich nicht daran gedacht, ihn zu fragen, ob er die berühmten Winnetou-Bücher von Karl May gelesen hat. Ein Mann der Grundsätze: kein Alkohol, kein Nikotin, kein Fluchen, kein Fleisch, keine negativen Worte.
Dariusz Morsztyn sammelt alles, was er über und von Maria Rodziewiczówna ergattern kann. Bruchstücke der Orte, wo sie gelebt hat. Bruchstücke der Gegenstände, die sie einmal berührt hat. Er wird ein Museum für die Schriftstellerin gründen. Soweit ich dies mitbekommen habe, ist sie wohl die Courts-Mahler der polnischen Literatur. Aber da gebe es einen Roman, sagt man mir, der sei mehr. Sommerwaldmenschen ( Lato leśnych ludzi). Es ist die Geschichte vom einfachen Leben, die fasziniert und den herausfordert, der die zerstörerische Lebensweise der modernen Welt nicht mehr erträgt.
Der Dichter Ernst Wiechert, in Kleinort (heute Piersławek) im tiefsten Masuren geboren, hat sich damit auseinandergesetzt in seinem Roman „Das einfache Leben“. Auf seinen Spuren waren wir fast drei Wochen unterwegs. Wir haben Menschen gefunden, die das Andenken an ihn bewahren in kleinen Museen. In Deutschland ist er schon fast vergessen, obwohl er uns viel zu sagen hat. In Polen ist er geachtet. Das tut gut. Das Walddorf Sowiróg, in dem Teile seines großen Romans „Die Jeromin-Kinder“ angesiedelt sind, gab es wirklich einmal. Seine letzten Bewohner haben es nach 1945 in Richtung Deutschland verlassen. Die Spuren des Dorfes haben wir gesucht und nach mehrstündiger Wanderung durch einen grandiosen Wald gefunden. In der Nähe von Jaśkowo. Brennesseln habe die wüste Stätte gekennzeichnet. Daneben ein Friedhof, der von deutschen, polnischen und russischen Jugendliche vor einigen Jahren wieder hergerichtet nun doch seinem Vergehen anheimgefallen ist. Die Natur wird ihn gnadenlos überwuchern. So wie es vielen Dörfern in Europa ergeht.

martwanaturawhoteluEs muss noch über Essen geschrieben werden. Gibt es die polnische Küche? Wohl doch. Die deutsche? Vielleicht eher nicht mehr – wenn man die schlechten Gewohnheiten berücksichtigt. Wie auch immer. Ich habe in Polen vorzüglich gegessen. Wie man vielleicht hochgestochen sagen würde: klare Texturen. Oh diese Pieroggi – süß oder salzig gefüllt! Die wunderbaren Kartoffeln. Die so kernig schmecken. Und der Fisch, frisch aus dem See. Nicht in Becken gemästet oder gezüchtet. Aus der tiefen Flut der Seen. Er schmeckte herrlich: der Hecht , der Barsch, der Zander, die Maräne. Allein um diesen Geschmack wieder zu erleben lohnt sich die Reise nach Masuren. Denn wie lange noch wird man diese Geschmackserlebnisse haben können? Der europäische Markt ist unaufhaltsam auf dem Marsch in die Gleichmacherei. Der die Voraussetzung dafür ist, dass die Erträge sich erhöhen. Immer „besser“, immer schneller, immer billiger. So wird es auch in Masuren werden.

kwiatymydwieVielleicht aber gibt es doch eine Hoffnung. Wenn wir uns der Dichter erinnern, die in diesem wunderbaren Land gelebt haben, und sei es auch nur in ihren Träumen.
An Ernst Wiechert, der sich sein Leben lang nach Masuren zurückgesehnt hat. Den die deutsche Verbrecherbande ins Konzentrationslager Buchenwald einkerkerte. Und der vor der bösartigen Dummheit und Beschränktheit der Deutschen nach dem Ende des 2. Weltkriegs in die Schweiz emigrierte, wo er nur 63-jährig an Krebs starb – oder vielleicht auch an gebrochenem Herzen
An Konstanty Ildefons Gałczyński, dessen Zufluchtsort vor dem Chaos des Großstadt und den Erinnerungen des 2. Weltkrieg – er war Kriegsgefangener u.a. im Stalag 11a in Altengrabow – in den masurischen Wäldern in Pranie ich mit Ewa besucht habe. Nur drei Jahre konnte er sich dort ausruhen. Auch er starb an gebrochenem Herzen, mit nur 48 Jahren. So will ich es nennen, wenn man nach einem dritten Herzinfarkt zusammenbricht.

 

Reblog zum Frühstück

Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.

TagesspiegelBanner
TagesspiegelYokoTawada

Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.

Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.

Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.

Joghurt nach Athen

Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.

Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch

Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.

„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.

Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.

Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind

Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?

Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.

Jede Abweichung als Chance für die Poesie

Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“

Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.

Der Akzent lädt zum Reisen ein

Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.

Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.

Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.

Im Sommer 2012 starb Ursula Passier, geboren 1909. Sie hinterließ in ihrer Wohnung, in der sie 56 Jahre gelebt hat, unzählige Zettel und Notizen aus den letzten Jahren. In ihnen hält sie die Zeit fest, kommuniziert mit verstorbenen Liebenden und schwingt den Stift wehrhaft gegen Störer wie Nachbarn, Pflegepersonal und Anrufer. Sie berichtet von Einsamkeit, Schlaflosigkeit, Langeweile und das nahende Ende des Lebens. Dazu streift sie immer wieder in die Vergangenheit, ihren zweijährigen Aufenthalt in Afrika in den frühen dreißiger Jahren und in ihre Kindheit. Aus den letzten Gedanken ihrer Großmutter hat Melina von Gagern einen fragilen, ernsthaften und intimen Text gestaltet, von dem ich jetzt ein Paar Fragmente veröfentlichen dürfte.

NachtgedankenMelina von Gagern lebt als freie Schauspielerin in Berlin.

Melina von Gagern

Stellt den Sarg hochkant und tanzt! Tag- und Nachtgedanken einer Hundertjährigen

Schlafunterbrechung – wie jede Nacht! Mit Getränk und Schnittchen. Die S-Bahn rattert und erinnert mich daran, dass ich in Berlin bin.
Am: wieder einmal 11.00
Ich finde keinen Schlaf!! Nun sitze ich an der Bettkante mit einem guten Kaffee. Wieder wie so oft und immer wieder wandern die Gedanken rückwärts. Während meines Lebens fand ich an meinem Leben nichts Ungewöhnliches. Aber wenn ich es rückblickend bedenke, war vieles doch ungewöhnlich. Es war nicht absichtlich ungewöhnlich. Es ergab sich ohne Anstrengung und Absicht. Sozusagen ( wenn man müde ist und nicht schlafen kann) es lebte mich. Ich habe ein gutes Leben gehabt und habe mit Allen und allem einen heiteren Frieden geschlossen. Unebenes konnte ich Glätten. Selbst Enttäuschungen kann ich Heute einen Sinn geben. Wenn ich dieses Buch nicht hätte würde ich nichts aufschreiben. Und oder aber meine weitaus Erstbeste ist Armgard, unabhängig was ich für sie bin. Und weitaus Zweitbeste habe ich sehr, sehr viele. Und Zweitbester zu sein – ist doch auch viel!

Datum—- schreibe ich morgen
Manchmal erlebe ich Dinge, die bemerkenswert und zum aufschreiben geeignet sind. Es war schönes Wetter und ich frühstückte bei Henning draußen. Da tritt ein älterer Herr an meinen Tisch ( ich schätze 50 – 60 jährig) und sagt: „ Es ist mir peinlich, Sie mit „Tante Ursel“ anzureden, aber ich weiß nicht, wie sie heißen. Ich wohne hier ganz nah. Eines Tages sehe ich sie hier frühstücken. Ich erzählte das meiner Frau und die sagte: „ Sprich Sie an.“ Und dann berichtete er mir, er sei bei mir in der Assmanshauser im Kindergarten gewesen. „ Und ich war ganz aus dem Häuschen, als ich sie frühstücken sah. Ich habe vieles vergessen, aber Tante Ursel aus dem Kindergarten in der Assmanshauser, die habe ich nicht vergessen.“ Das stelle man sich vor; da trifft ein betagter Herr seine „Kindergartentante“ und gerät darüber aus dem Häuschen!!!! Noch mehr Lob gibt es kaum.

Eben ging Manuela.
Sie verabschiedete sich bis morgen früh.
Sie gehen heute um den Grunewaldsee, trinken dann irgendwo einen Kaffee (mit Familie)
Ich habe es gut hier im Sessel und mache meine Gedankenwanderungen.
Da gibt es viele Erinnerungswege. Ich liebe dieses Gedankenwandern. Aheu!
Also! Jetzt wandere ich los! „Aheu!“ Der Stift, mit dem ich schreibe ist gut. Aber für meine altersgeschwächten Augen etwas schwer zu lesen
Also denn!! Aheu! Ich wandere los!!
Das Wandern ist nicht nur des Müllers Lust. Es ist auch meine Lust Ahoi! Ahoi!
Es ist immer der gleiche kleine Vogel, den ich höre
Ich bin zufrieden.
Marianne ist nicht zufrieden. Für sie schade!!

Die „grosse Fliege“ kommt auf mich zu. Ich bemühe mich zu warten, bis Armgard Zeit hat- Jetzt hat sie keine. Irgend wer wird dann schon da sein. Man lebt zusammen. Aber die „grosse Fliege“ muss man allein schaffen. Möge meine „grosse Fliege“ sanft und friedlich sein, ohne Schmerzen.
„14 Engel“ werden bei mir sein

2 zu meinen Häupten
2 zu meine Füssen
2 zu meiner Rechten,
2 zu meiner linken
2 die mir weisen den Weg ins Paradies. Der Weg ist hell. Ich werden den Weg finden! Mit meinen Engeln
Ich bin nicht allein. Ich bin zufrieden. Dank allen für alles.

Der Weg nach Sowiróg

Edda Frerker

SOWIROG (2) SOWIROG (1)
SOWIROG (5)Der Ort existiert nicht mehr, gibt das Internet Auskunft. 1939 hatte er 169 Einwohner.

Er existiert nur noch in der Dichtung von Ernst Wiechert: Sowirog – die Heimat der „Jerominkinder“. Spuren des verschwundene Dorfes haben wir gefunden anhand von Brennnesselgebüsch, Reste von Häusern waren nicht zu entdecken. Aber ein Friedhof. Er war 2009 im Rahmen des Projekts „Verschwundene Dörfer“ von Jugendlichen aus Polen, Deutschland und Russland „ausgegraben“ und wiederhergerichtet worden. Ein Schild vor dem Friedhof weist darauf hin. Man wünscht sich, dass dieser Hinweis auch schon auf den Fahrradwegeschildern steht,
die an verschiedenen Stellen
im Waldgebiet aufgestellt sind. SOWIROG (4) SOWIROG (3)

Ohne die freudliche Hilfe einer Waldwegeradfahrerin, die eine maßstabskleine Waldkarte zur Verfügung hatte und ohne die Auskunft einer Lehrerin einer Schule in Pisz, hätten wir den Friedhof nicht gefunden. Diese Frau half heute ihren Eltern beim Verkauf in dem kleinen Geschäft in Jaśkowo. Sie wusste von Sowiróg und von dem Friedhof.

In diesem Masuren findet sich immer ein Mensch, der uns weiterhilft. Wir fanden den Friedhof auf dem Weg, den uns die junge Frau bezeichnet hatte.

Vorher waren wir einen anderen Weg gegangen und kehrten um, obwohl wir ahnungslos schon ganz in der Nähe des Friedhofs waren.

Wir glauben, wir sind 10 km gewandert.

Egal – es war ein Weg voller Ruhe, nur das Rauschen des Waldes und das Geschwitzer der Vögel war zu hören. Ein Reh schaute uns neugierig nach und wir entdeckten eine schnurgerade gezogene Allee mehrerer Reihen herrlicher Birken.
SOWIROG SOWIROG (7)SOWIROG (6)birken

Frauen auf dem Seidenpapier

13_stille_post_40x120cmmtlw_2Karin Weber über Gudrun Trendafilov

Augen, Sterne, Gewitterblitze und Perlen funkeln uns entgegen. Der Titel der Ausstellung „Gefunkel“ klingt wie ein Versprechen, einem Leuchten folgen zu können, um schließlich einen Schatz zu finden in diesem wandelbaren Blau von samtenem Schwarz bis schillerndem Türkis, in dem die figürlichen Eingebungen von Gudrun Trendafilov eingebettet sind.

Mit Stift und Blatt, Farbe und Leinwand versinkt sie in eine andere Welt, die die äußere nicht missachtet. Diese ist ihr Gerüst, wie ihre Poesie Füllstoff ist und sie taucht in einen Zustand der Ort- und Zeitlosigkeit ein, um eins zu werden mit ihrer Bildwelt.

11mondnacht80x100mtlw_v_kathrinrichterradebeulDie Künstlerin malt, wie man träumt. Man kann sich regelrecht vorstellen, wie sie sich in ihre Bildwelt hinein träumt, sich treiben lässt von äußeren und inneren Impulsen, denen sie Gestalt gibt, als Reisende zwischen Raum und Zeit.
„Pech mit dem Wetter“, auf diesem Bild regnet es tatsächlich Pech vom Himmel bei Gewitterstimmung am Meer, wo zwei nackte Schönheiten mit geflochtener Haarpracht, sich dem Ereignis zu erwehren haben.
Vor einem funkelndem Nachthimmel beäugt uns ernsthaft eine Frau, einer Norne gleich, die den roten Lebensfaden in den Haaren trägt. „Stille Post“ ein schwarzer Kater wandelt mit funkelnden Augen zwischen zwei Frauen auf verflochtenen Zöpfen hin und her.

13gefunkel60x80cmmtlw_vGudrun Trendafilov’s Kunst lebt vom Finden und Erfinden, von der Freude, die Wirklichkeit spielerisch zu verwandeln. Es scheint so, als ob die äußere Welt an der ihren zuweilen mit einem Winken vorüber gezogen wäre, um die Zerbrechlichkeit und Entfaltung ihrer Personnage nicht zu stören.
Sie zeigt uns auch, wie brüchig die täglichen Wahrheiten sind und schenkt uns etwas Wunderbares: Stille und Poesie, die uns berühren, verwirren und unsere Sinne wecken, Unbekanntes wahrzunehmen, einfach nur zu meditieren, ohne Eile, ohne Zwang zur Deutung. Sprachlich kann man es kaum erfassen, was man zu sehen glaubt, eine Zuversicht in der Ungewissheit, vielleicht.

11erster_schnee38x45mtlw
Die Arbeiten stiften eine in sich geschlossene, eigene, dauerhafte, nahezu ideale Realität, in der nicht Vernunft regiert, sondern im Gegenteil Innerlichkeit die Bildinhalte durchtränken.
Manchmal denke ich, Gudrun Trendafilov hat das Leben durchschaut und ein Maß an Tiefe erreicht, das den Betrachter mit suggestiver Kraft trifft. Man glaubt, dass das Wesen des Seins erfasst wird, wenngleich man nicht beschreiben könnte, was das ist, das Wesen, das Wesentliche. Es ist nur eine Ahnung, die die Ewigkeit berührt. Und diese Ahnung lässt mich manchmal erschauern, da ich spüre, was man immer wieder verdrängen möchte, dass man doch oft vor sich selbst auf der Flucht bleibt.
Alles ist der Zeit enthoben und dem Raum gegeben. Schönheit ist hier Schicksal und die Ewigkeit scheint sich mit der irdischen Endlichkeit zu verschwistern.
Eine Frau kauert wartend mit geschlossenen Augen neben einem Raben im Schutzraum ihrer Haarpracht, in den Händen einen Apfel haltend. Wird sie ihn teilen? Wird sie ihn alleine essen? Wird sie dann wissen, was wir nicht wissen? Wer weiß? Vielleicht morgen…

13nacht50x100cmmtlw
Es sind Bilder, denen wir hier begegnen, die uns aus dem prosaischen, reglementierten Alltag entreißen und uns fühlen lassen, das was Gudrun Trendafilov eigentlich mit dem Wort „Gefunkel“ meint und was Joachim Ringelnatz in folgendes Versmaß faßte:
„… mich lockt ein fernstes Gefunkel, mich lockt ein raunendes Dunkel, ins nebelhafte Vielleicht…“
Der Blick wird angezogen, ja geschärft, durch eine verwirrende Vertrautheit mit dem Intimen. Die Farbe durchläuft eine Tonleiter wohl abgewogener Intervalle, die sich wie Teile einer lebendigen Empfindung behaupten. Das ist Malerei. Nicht die Linie wird mehr mit Farbe gesättigt auf den Leinwänden, nicht aus dem Tuschfleck heraus entwickelt Gudrun Trendafilov ihre Kompositionen, es handelt sich nicht mehr um Farbflächen, sondern um Farbräume, in denen die Figurationen sich dem Ungewissen fügen.
Gudrun Trendafilov entwirft auch eine Lichtatmosphäre, die geheimnisvoll ist, da die Lichtquelle nicht erkennbar ist.
Man denkt zuweilen an Kerzenlicht, an den Widerschein einer Gaslaterne. Es ist eine Atmosphäre, die die Natürlichkeit der Handlungen unterstreicht, die mit ihnen entsteht. Der Raum ist die Geschichte, in der Farben leben und Farbtöne miteinander spielen, sich an Körper schmiegen und diese ausformulieren.
Das für sich lebende, glühende Blau drückt besser als jegliche Physiognomie, die Hingabe an Träume aus, die im Bild zu Realitäten werden.
Die Malereien von Gudrun Trendafilov sind klarer und entschiedener geworden. Das Neue erscheint mir aber wiederum wie eine Kondensation des Früheren.
Neben der Farbe ist Gudrun Trendafilov vor allem der Zeichnung vepflichtet. Sie dient der Linie. Die Vollkommenheit der Zeichnung berauscht zuweilen. Sie zeichnet einen Hauch von Wahrnehmung und in dieser Zartheit scheint all das vereint, was je die Kunst der Linie auszeichnete. Sie ist tief empfunden im Zwielicht zwischen Heute und Morgen.
Viele Algrafien druckt sie auch auf Seidenpapiere, diese werden dann zerschnitten und in neuen Zusammenhängen collagiert, überzeichnet und übermalt.
Angesichts der Arbeiten von Gudrun Trendafilov wird das aus dem Sprachschatz verloren geglaubte Wort Demut wieder mit Leben erfüllt.

Z konkursu “Jeden dzień”

Joanna Trümner

Auf Deutsch: Dzien pod Stocznia_de

Dzień pod Stocznią

„Proszę otworzyć walizkę!“ – stanowczym głosem zwrócił się do mnie młody cywil na peronie. Stał przy nim milicjant, jakby czekając na to, co zrobię. „Jakie mam wyjście?” – pomyślałam w duchu, z przerażeniem przypominając sobie o ulotce, którą wcisnął mi bez słowa do ręki jadący ze mną z Warszawy chłopak z przedziału. „Po cholerę to wzięłam? Może nie zajrzą do torebki?” – przeszło mi przez głowę, patrząc jak cywil grzebie w moich spakowanych wczoraj byle jak w hotelu brudnych skarpetach, majtkach i stanikach. „Ale obciach, czegoś takiego jeszcze nie było, czego oni szukają?” – na szczęście przechodzący obok nas ludzie nie zatrzymywali się, zapewne zadowoleni, że przyczepili się do kogoś innego. „Może Pani już zamknąć, jesteśmy gotowi, proszę iść dalej!” „Byle tylko dojechać do domu” – pomyślałam. Po prawie trzech tygodniach pobytu w Jugosławii i 24 godzinach powrotnej podróży marzyło mi się tylko ciepłe, czyste łóżko.

W drodze do Orłowa myślałam o ostatnich trzech tygodniach – o plaży, białych górach, winie, turkusowym morzu i budzącym mnie codziennie i pozostającym ze mną aż do zmroku słońcu. O Adamie – poznanym trzy dni przed wyjazdem Albańczyku. Miał prawie dwa metry wzrostu i przepiękne brązowe oczy, będziemy do siebie dzwonić, pisać, może się niedługo spotkamy, mówił przecież, że chętnie zobaczy Polskę. Myślałam o tej wspaniałej nocy przegadanej na plaży w pełnej małych nieporozumień mieszaninie angielskiego, serbsko-chorwackiego i polskiego, o pocałunkach, obietnicach, rozgrzanym jeszcze słońcem piasku i przepięknych gwiazdach na niebie.

A tu: zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! W końcu, kompletnie mokra i zmęczona, dotarłam do naszego mieszkania.

„Dobrze, że już wróciłaś” – powitała mnie mama – „Słyszałaś, co się dzieje w stoczni?” „Jasne, ludzie z wycieczki słuchali co wieczór Wolnej Europy, potem latali po plaży i opowiadali – strajk w stoczni, jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie”. „Tym razem nie przyjdą, może ten jeden raz się uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć” – popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, zaskoczona jej optymizmem. „Nie byłaś pod stocznią, nie wiesz jakie tłumy ich popierają. Będziesz nieraz jeszcze kiedyś o tym myślała. Muszę zaraz iść do pracy, jak pojedziesz pod stocznię daj im tę kopertę i przygotowałam dla nich ciasto. A jak było w Jugosławii?” „Super, opowiem jak będziesz miała trochę więcej czasu, może wieczorem. Ale muszę przedtem iść pod prysznic i trochę pospać. W pociągu jakiś chłopak dał mi ulotkę, chcesz przeczytać?”. „Jasne, pokaż”. Ulotka informowała o tym, że aktualnie strajkuje 2000 zakładów Trójmiasta i o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Gdańskiej Stoczni im. Lenina. Zapewniała o tym, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek. Kończyła się słowami: WYTRZYMAMY!!!

Powróciły obrazki z dzieciństwa: na placyku przed naszymi oknami we Wrzeszczu tłumy młodych ludzi biły się w marcu 1968 roku z milicjantami, w powietrzu latały petardy – my z bratem, przyklejone twarzami do okien, przestraszone dzieci nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Potwornie się bałam, że tłumy rozbiegną się po naszej klatce schodowej, wtargną do naszego mieszkania i będą bić się dalej. Przypomniało mi się, jak kilka lat później do domu wpadł blady i rozstrzęsiony ojciec „Strzelali do nas na moście w Stoczni” i syna sąsiada, który w grudniu 1970 stracił prawą rękę odrzucając petardę w stronę milicji.

Położyłam się i zasnęłam jak kamień.

W trzy godziny później wyszłam, objuczona torbą z ciastem ledwie wepchałam się do pełnej kolejki. Ale przy wysiadaniu na przystanku Gdańsk-Stocznia nie było żadnych przepychanek, idąc później razem z tłumem pomyślałam „Jak ja się dostanę do głównej bramy?” Brama tonęła w kwiatach, wisiały na niej zdjęcia Papieża, wielki krzyż i obraz matki Boskiej Częstochowskiej. Popatrzyłam na zdjęcie Papieża, miał na nim pogodną, pełną spokoju twarz, przez chwilę wydawało mi się, że on jest tutaj, teraz z nami. Na murze siedzieli młodzi mężczyźni: „Dziewczyny, pomożemy wam przejść przez mur, mamy dobre jedzenie” – uśmiechnął się do mnie jeden z nich. Podeszłam do bramy i podałam kopertę i torbę z ciastem. „Proszę iść dalej!” – odezwał się ktoś z tłumu. Nagle zauważyłam, że za mną stał Darek, kolega z ogólniaka. „Co ty tu robisz?” „To co wszyscy, starego szlag trafi, zostawiłem mu zresztą kartkę, że jadę pod stocznię, żeby nie miał wątpliwości, po której jestem stronie”. Ojciec Darka był emerytowanym lotnikiem, terroryzującym rodzinę. Darek na szczęście studiował w Warszawie, więc te wieczne awantury w domu musiał przeżywać tylko podczas wakacji. „Panie” – wtrącił się do rozmowy stojący obok mnie starszy pan – „Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę. Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!” Tak wiele w tym tłumie było nieznanych twarzy, z pewnością niejeden przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

bramastoczniNagle nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. „Będą strzelać czy co?” – odezwał się ponownie starszy pan. Nie strzelali, w kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na nas ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Gdybym wzięła wtedy jedną z nich do ręki, dowiedziałabym się, że Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku, nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie płaty papieru pozostawione same sobie na ziemi wypełniały kałuże.

„A gdzie się tak opaliłaś, chyba nie u nas na plaży?”- spytał Darek. „Nie, wróciłam dzisiaj z wycieczki do Jugosławii, coś tam ludzie opowiadali, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tu taka zadyma”. Od rozpoczęcia strajku spotykaliśmy się w Jugosławii wieczorami na prywatnej kwaterze pana Staszka, który prawie wszystkie dni od rozpoczęcia strakju spędzał na słuchaniu nie zagłuszanej przez nikogo Wolnej Europy. Wielu uczestników wycieczki prowadziło potem długie dyskusje, wypiliśmy niejedną butelkę Kadarki, siedząc w piątkę, szóstkę albo dziesiątkę w tym jego maleńkim pokoju. Nagle cała ta Jugosławia, plaża, słońce, Adam wydały mi się tak bardzo dalekie. Idąc razem z tlumem pomyślałam, że dobrze, że tu jestem i znowu w tym moim mieście dzieje się coś niezwykłego.

Wróciliśmy razem pełną po brzegi kojejką, Darek wysiadł w Sopocie, w drodze zdążył mi jeszcze opowiedzieć, że studiuje na politechnice w Warszawie i boi się, że jego dziewczyna jest w ciąży. Była. Darek przeniósł się później na studia do Gdańska, ożenił się z Ewą i dzielił los wielu młodych polskich rodzin, skazany na mieszkanie z rodzicami. Poddał się po roku, przerwał studia i wyjechał z żoną i dzieckiem do Australii. Ewa nigdy nie mogła się w Brisbane odnaleźć, czuła się potwornie samotna, nie znała języka, tęskniła za Polską i zaczęła pić. Darkowi udało się tam skończyć studia, dostał niezłą pracę, rozwiedli się. Wychowywał sam syna, którego nigdy nie nauczył mówić po polsku.

Kiedy dojechałam do domu, byłam kompletnie mokra i przemarznięta.

W domu była już mama, ojciec, brat i dziadek. Zjedliśmy razem kolację, podczas której opowiedziałam kilka zdań o wycieczce, o przepięknych krajobrazach, turkusowej wodzie, długich jazdach autobusem i okropnym jedzeniu. Miałam wrażenie, że nikogo te moje relacje nie interesują, ich myśli kręciły się tylko wokół tego, co dzieje się w Stoczni i w całym kraju. Ojciec próbował znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Dziadek i rodzice byli repatriantami z Wilna, przeżyli kilka lat w kraju władzy radzieckiej i zanim razem z setkami innych rodzin po wielodniowej odysei dotarli w 1946 roku pociągami do Gdańska, zdążyli znienawidzić ten oparty na sowieckich wartościach system. Z Wilna repatriowały się wtedy całe ulice Polaków, na mecie – w Gdańsku można było więc spotkać krewnych, sąsiada lub kolegę z klasy. Dziadek – kolejarz dostał z przydziału mieszkanie „poniemieckie”, w którym oprócz starych, ciężkich dębowych mebli stała działająca do dzisiaj maszyna do szycia „Singer”. W naszym domu rozmawiało się stale o polityce, chodzenie co niedzielę do kościoła i bojkotowanie pochodów pierwszomajowych było rodzinnym obowiązkiem. Nie zapomnę konsternacji rodziców, kiedy przyniosłam ze szkoły ulotkę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej – do dzisiaj myślę, że był to jeden z grzechów głównych mojego dzieciństwa.

Tego wieczoru najbardziej zaskoczył znany z pesymizmu dziadek. „Po raz pierwszy myślę, że to się może udać. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna.” Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że dał się jak wszyscy ponieść zbiorowej euforii. Mimo 16 przeprowadzek, które czekały mnie w nowych miejscach zamieszkania, nie wyrzuciłam jego pisanych kulfoniastymi literami listów z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Wróciłam pod Stocznię jeszcze kilka razy, byłam tam też w dniu podpisania porozumień, kiedy robotnicy opuszczali stocznię witami oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie.

W czasie strajków na mojej uczelni w Poznaniu byłam na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, który opowiadał nam o życiu opozycjonisty w PRL-u. Słuchaliśmy jego historii z zapartym tchem: te aresztowania na 48 godzin, podsłuchy, obserwacje – to działo się jakby w jakimś innym, oddalonym od nas o lata świetlne wszechświecie Podkreślał kilkakrotnie, że nie jest sam, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie. Nie wiedziałam, w jakim ci ludzie żyją od lat napięciu. A przecież większość z nich miała rodziny, narażali więc nie tylko siebie samych lecz również swoje żony, dzieci, rodziców.

Gdy wyjeżdżałam z Polski w czerwcu 1981 roku z zamiarem spędzenia roku w Anglii nikt nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności – przyzwyczailiśmy się do codziennych pogróżek i manifestacji siły tracącej swoją pozycję władzy i do pustych sklepów. Znalazłam w Londynie pracę jako au-pair i spędziłam wiele miesięcy na poznawaniu tego kolorowego i pulsującego o każdej porze dnia i nocy miasta, tak bardzo różnego od miast, które znałam z Polski. Mój plan powrotu do domu pokrzyżowało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Oglądane na BBC informacje były koszmarem – przemówienie Jaruzelskiego, czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy, aresztowania, kopalnia Wujek, przerwane połączenia telefoniczne z Polską…. Margaret Thatcher drżącym głosem zamartwiała się w telewizji o los Polski i „tego biednego narodu”. Równocześnie brytyjski Home Office nie przedłużał nam wiz, skazując nas na pobyt nielegalny lub też na powrót do kraju. Jedynym miejscem na świecie, do którego mogłam się udać bez wbitej w paszport wizy był Berlin Zachodni. I tak zaczęła się moja ponad trzydziestoletnia przygoda z tym miastem.

Czytałam kiedyś, że podświadomie powtarzamy błędy naszych rodziców, które tkwią w nas jak zapis DNA lub też jak gen, przekazywany z jednego pokolenia na drugie – podobnie jak przekazuje się niebieskie lub zielone oczy czy choroby. Może więc te marzenia o prawdzie i życiu w kraju, z którego można być dumnym, wszystkie te sny wielu pokoleń, sny strajkujących wtedy w stoczni są genem, którego brakuje innym narodom. Opuszczając swój kraj nie wiedziałam, że ten rok tak pełen nadziei skończy się wojną z własnym narodem, nie wiedziałam też, że zapłacę cenę, którą płaci każdy emigrant – tracąc kraj z którego wyjechałam – i że gdy odwiedzę Polskę po ośmiu latach pobytu za granicą, znajdę się w zaniedbanym mieście, pełnym nieznanych twarzy – obcym, nie moim.

Czekało mnie wiele rozmów na temat naszego zrywu z mieszkańcami krajów, w których mieszkałam. Rozmów pełnych arogancji, z ludźmi żyjącymi w dobrobycie, w systemie szanującym swoich obywateli, wynagradzającym pracę godziwymi zarobkami, pozwalającym na wypowiadanie myśli bez retuszy i wykreśleń, szczęśliwców mających możliwość obejrzenia całego świata i mieszkania we własnym mieszkaniu oraz perspektywy na tak samo dobre a może nawet lepsze życie dla swoich dzieci.

Próbowałam opowiadać moim dzieciom o tamtym dniu. Ale nie da się tego, czego wtedy tak bardzo pragnęliśmy, wytłumaczyć pokoleniu, które nie widziało tych obsikanych klatek schodowych, nie funkcjonującej komunikacji miejskiej, niedogrzanych mieszkań, wiecznych kolejek przed sklepami, w których nie było nic i mieszkania razem z rodzicami i dzieckiem w M-3.Nie da się im wytłumaczyć mojego uczucia obcości w nowym miejscu zamieszkania, dla nich to przecież dom. Cieszę się, że chętnie jeżdżą do Polski na wakacje. Bo dla nich jest to już tylko kraj wakacji – wesołych, beztroskich dni.

Myślę często o kobietach, w których wieku jestem teraz, o mojej nieraz zrezygnowanej, przepracowanej mamie, z tą jej zmarszczką rezygnacji w kąciku ust. O wiecznie zmartwionych twarzach zaniedbanych starszych pań i panów, o studentach stojących za pieniądze godzinami w kolejkach po mięso albo papier toaletowy, o dramacie jakim było zgubienie kartek na cukier albo mięso. Myślę o godzinach, które moja mama, podobnie jak tysiące innych polskich mam i babć, spędziła na wystawaniu w kolejkach, o wyjazdach na wieś w poszukiwaniu jedzenia, o krajobrazie pustych sklepów z octem na półkach. Nikt im tego czasu nie zwróci, nie zdążyłam mamie podziękować za tą inwestycję we mnie.

Atmosferę tamtego dnia pod stocznią udało mi się przeżyć jeszcze kilka razy w Berlinie. Podczas demonstracji przed Misją Wojskową chodziliśmy po grudniowym mrozie z naszymi transparentami – łatwiej było nam razem znieść przerażenie tym, co dzieje się w Polsce. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy mogli zobaczyć nasz kraj, co dzieje się z naszymi rodzinami, co nas czeka w tym obcym mieście. Pomagaliśmy później naszym rodzinom oraz ludziom walczącym w podziemiu o wolne słowo i prawdę, co odważniejszym udało się przemycić do Polski nawet sprzęt drukarski. Jesteśmy takimi samymi cegiełkami tego nowego, wspólnego domu jak ci odważni i zdesperowani stoczniowcy i inni strajkujący w całej Polsce.

Żyliśmy w tym mieście „jak u Pana Boga za murem” – jak w ciepłej poczekalni, bo większość z nas czekała na wyjazd do Australii, Kanady albo USA lub też nie wiedziała, co przyniosą dalsze lata w tym mieście, które oficjalnie tylko nas tolerowało. Dostawaliśmy świadczenia społeczne, nie mieliśmy prawa do podejmowania pracy, wielu z nas straciło te lata bezpowrotnie na czekaniu. Byliśmy i jesteśmy w tym mieście miniaturką Polski, przeglądem wszystkich warstw społecznych – od dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy i historyków, poprzez kucharzy, rzemieślników, mechaników samochodowych po złodziei samochodów.

Rodziny przyjeżdżające do nas od lipca 1983 roku, opowiadały nam o walce z pałkami milicyjnymi i ZOMO. Z tych historii najbardziej utkwiła mi w pamięci wzruszająca historia ojca kolegi (musiał mieć już dobrze po siedemdziesiątce) o bitwie, jaką stoczył razem z innymi kolegami-rencistami z milicjantami na jednym z placyków Wrocławia – „Pani, to był kawałek wolnej Polski”. W jego oczach zobaczyłam atmosferę tamtego dnia pod stocznią, nadzieję, że i jego życie, które przecież dużymi krokami zbliżało się do końca, nabrało nowego sensu i na kilka chwil wróciła do niego młodość. O tym samym kawałku wolnej Polski mówił przecież pod stocznią starszy pan z Białegostoku.

Witaliśmy internowanych, przyjeżdżających od roku 1983 z paszportami w jedną stronę, ze smutnymi i pełnymi niepewności oczami. Wprowadzaliśmy ich do naszej poczekalni, dla nas w międzyczasie już mniej obcej. Spotkałam kilku uczestników tamtych dni, usłyszałam, jak bardzo chwilami się bali – nie wytrzymaliby tylu dni strajku bez świadomości, że przed bramą stoją tłumy, które na nich liczą i których nie można zawieść.

Zaczęliśmy wrastać w to miasto, wychodzić z poczekalni, uczyć się języka, z poczekalni zrobił się z niego dom, bardzo kolorowy, ciepły, wygodny i bezpieczny dom, stojący na szczęście blisko Polski. Przeżywaliśmy miłości, romanse, małżeństwa, urodziny dzieci, rozwody i rozczarowania, wpadaliśmy w nałogi, chorowaliśmy, traciliśmy pracę, niektórzy nie wytrzymywali psychicznie, tracili kontakt z rzeczywistością lub popełniali samobójstwa. Pełna gama ludzkich losów, ciekawe jak te życiorysy przebiegłyby w Polsce. Wielu z nas poleciało do innych krajów świata – z pewnością w państwach, w których prawie każda rodzina miała w życiorysie historię wielotygodniowej podróży statkiem w poszukiwaniu innego życia, było im łatwiej niż nam – pozostających w Europie pełnej uprzedzeń, nieprzychylności lub też po prostu obojętności dla przybyszy z zewnątrz. Ja zostałam w tym mieście, latami poznawałam jego każdy zakątek i prawie każde dziwactwo jego mieszkańców, zrozumiałam sposób ich myślenia, nauczyłam się nie wychylać i płynąć z prądem.

Przestało mnie dziwić rozczarowanie na twarzy rozmówcy, pytającego o mój trudny do umiejscowienia akcent, w chwili gdy dowiadywał się, że jestem z Polski. Zdarzały się zresztą również reakcje euforii: „Solidarność, Walesa!” – i to jak bumerang powracające zdanie „Za dużo chcieliście, to nie mogło się udać”. Przestała mnie dziwić drobiazgowość i powierzchowność, złość na spóźnienia i niedociągnięcia, nierzetelnych rzemieślników, psujące się urządzenia – te grzechy główne w kraju, w którym wszystko funkcjonuje z tą jedyną na świecie i godną do naśladowania niemiecką perfekcją.

Bundesarchiv_Bild_183-1989-1118-028,_Berlin,_Grenzübergang_Bornholmer_Straße

Tamten dzień pod stocznią był ze mną w tamtą okropnie zimną noc 9 listopada 1989, kiedy dużą polską grupką wybraliśmy się na Bornholmer Strasse, aby zobaczyć, czy ten odwiecznie stojący mur naprawdę runął. Patrzyłam na twarze ludzi przychodzących z tamtej strony muru, twarze pełne nadziei, pogody i ufności w lepsze jutro, bo ten mur nagle przestał istnieć: Bez tamtego, mojego dnia nie spełniłyby się i ich marzenia.

Musiałam też myśleć o tym dniu podczas podróży do Brazylii. W okolicach Iguazu zwiedzałam kopalnię opali „Wanda” w miasteczku założonym przez polskich osadników. Nasz przewodnik z dumą opowiadał legendę o Wandzie, o tym jak jego dziadkowie karczowali dżunglę, aby zbudować sobie dom, podejmując walkę z dziką i pełną niebezpieczeństw przyrodą. Zbudowane przez jego dziadków i innych polskich emigrantów miasteczko składało się z biednych, małych i rozpadających się domków, a w oknach wisiały tonące w kwiatach obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i ta pogodnie uśmiechająca się twarz naszego Papieża, którą widziałam wtedy na bramie stoczni. Skąd ci ludzie na drugim końcu świata mieli taką tęsknotę za Polską? Żyli tam już w drugim lub trzecim pokoleniu, wyglądali jak smagli tubylcy – bez niebieskich oczu i słowiańskiego uśmiechu, zgubili gdzieś do niczego im tam niepotrzebny język, ale pamiętali o Matce Boskiej Częstochowskiej i o kraju, z którego przyjechali ich rodzice lub dziadkowie. Wszyscy ci smagli i czarnoocy Dąbrowscy, Gąsiorowscy i Nowakowie stali tamtego dnia razem z nami pod stocznią.

Od tamtego dnia pod stocznią minęło ponad trzydzieści lat, w Polsce urodziło się nowe pokolenie, które jeździ po świecie, zna języki i nie ma tych wszystkich tamtych naszych potwornych kompleksów prowincji Europy. Myśląc o Polsce, myślę często o tamtym dniu, ale też i o tym, jak daleko jest młodość, Polska, którą znałam, rodzice, których już nie ma. Myślę o przyjaźniach, które nie wytrzymały próby czasu i pękły jak bańka mydlana i o przyjaźniach, które wytrzymały odległość i nadal trwają. O tym, co jeszcze chciałabym przeżyć i zobaczyć, i jak wiele na świecie udało mi się poznać. Myślę o tym, czy moje wnuki, tak jak wnuki emigrantów z Brazylii, będą znały legendę o Wandzie, Matkę Boską Częstochowską i Papieża, i o tym, czy będę mogła z nimi rozmawiać po polsku. Wszystkie te myśli piętrzą mi się w głowie podczas spacerów wzdłuż plaży z Orłowa do Sopotu. Morze – tak jak przed laty – uspakaja, wycisza wszystkie małe tęsknoty za tym, co było. Tylko ono się nie zmieniło w ciągu tych ponad trzydziestu lat.

***
Joanna jest finalistką konkursu dla Polaków na emigracji, zatytułowanego “Jeden dzień”. Lista nagrodzonych i pełna lista finalistów znajduje się TU.

Reblog: Jetzt bin ich also Deutsch

Jetzt bin ich also deutsch

Beitrag ausgezeichnet mit dem Deutsch-Polnischen Journalistenpreis 2014

Warum entscheiden sich Menschen anderer Nationen für die deutsche Staatsbürgerschaft und wie fühlen sie sich mit der neuen Nationalität? Daniel Tkatch, 33, und Karolina Golimowska, 28, berichten von ihren Erfahrungen.

Daniel Tkatch

Ich hätte auf meinem Reisepass lieber einen Bären als den Bundesadler. Nicht den Bären von der Berliner Flagge – mit den roten Krallen, Zähnen und herausgestreckter Zunge –, sondern so einen patinagrünen, wie den kleinen bronzenen auf dem Mittelstreifen der A115 am ehemaligen Grenzkontrollpunkt Dreilinden. Wie angenehm lässt es sich ihn doch grüßen, wenn ich Berlin verlasse oder hier wieder ankomme. Was stört mich eigentlich an dem armen Bundesadler? Ich gucke ihn an und muss dabei an meine russische Großmutter denken. In unserer Familiengeschichte hat im Zweiten Weltkrieg keiner unter den Deutschen direkt gelitten. Sie aber, die 1931 in einem Dorf in Inguschetien geboren wurde, musste als Kind vor der sich nähernden Kaukasusfront evakuiert werden, und ihr Vater wich dem Krieg aus, indem er sich seine rechte Handfläche mit einem Gewehr durchschoss. In meiner Erinnerung hat der Urgroßvater immer ein Taschentuch um die rechte Hand gewickelt. Meine Großmutter bemühte sich, mich zu einem weltoffenen Menschen zu erziehen: Feind ist mir jeder böse Mensch, jeder gute aber ist mir wie ein Bruder, und mag er auch ein Tschetschene oder gar ein Deutscher sein, hat sie ihren eigenen Großvater immer zitiert. Auch deshalb würde ich mich über mein Deutschwerden sehr gerne mit meiner Großmutter unterhalten. Leider war sie neun Jahre vor dem Frühling gestorben, in dem ich mir ein Retourflugticket nach Deutschland kaufte und die Rückflugkarte verfallen ließ. So muss ich mich dem Thema Adler allein stellen, und ich für meine Person finde ihn zu heraldisch, zu patriotisch.

Deutschsein. Fast lieber wäre es mir, ein europäischer Staatsbürger zu werden. So wäre ich von Anbeginn von der Idee eines jeden Nationalstaats befreit. Die „europäische Idee“ ließe für mich eine Identifikation mindestens oberflächlich leichter zu. (…)

Witerlesen hier: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch/

Daniel Tkatch wurde 1979 in Kasachstan geboren und wuchs in Israel auf. Er studierte Physik am Technion in Haifa sowie Kunstgeschichte und Philosophie an der FU Berlin. Neben seinem Studium in politischer Philosophie und Ästhetik an der KU Leuven ist er als Author und Redakteur u.a. für cafébabel, The European tätig.

Karolina Golimowska

(…)

Deutschland ist für mich vor allem Berlin. Hier habe ich studiert, von hier aus habe ich ein Stipendium nach London bekommen, hierhin kam ich zurück. Hier arbeite ich an meiner Promotion, hier sind meine Freunde, hier ist mein Leben. Berlin bedeutet Stuck an den Decken, große Parks, Frauen mit unrasierten Waden. Berlin ist Straßendemos und Flohmärkte, Ost-West-Kontraste, Sonntagsbrunchs und Weißweinschorle. Berlin ist Fahrrad, mein erster Job, mein erstes Geld, meine erste Mietwohnung. Berlin bedeutet auch die ersten Diskriminierungserfahrungen und kritischen Blicke auf Polen von außen. Und Berlin ist tolle Bäckereien und riesige Joghurtauswahl in den Supermärkten.

Berlin und Warschau verbindet ein Zug – der Berlin-Warszawa-Express. Er fährt zwischen meiner Kindheit und dem Erwachsensein hin und her, drei Mal am Tag, sieben Tage die Woche. (…)

Weiterlesen: http://www.thegermansmagazine.com/jetzt-bin-ich-also-deutsch-teil-2/

nagroda-karol-daniel
Karolina Golimowska wuchs in Warschau auf, studierte u.a. Anglistik und Neuere deutsche Literatur in Berlin und London. Sie arbeitet als Autorin und Journalistin und ist Doktorandin und Lehrbeauftragte am Institut für Anglistik und Amerikanistik der Humboldt Universität zu Berlin.