Poezja – Poetry – Poesía / Llach

Lluis Llach

Najsłynniejsza piosenka Solidarności – “Mury” (A mury runą…) przetłumaczona i śpiewana przez Jacka Kaczmarskiego, została napisana za czasów dyktatury Franco przez Lluisa Llacha po katalońsku, ma mniej lub bardziej inną treść, a jej tytuł oznacza… “Słup”.

Poniżej wersja katalońska i hiszpańska, a pod spodem polska i angielska, która jest tłumaczeniem polskiej.

Czy wiecie, że wydźwięk tej piosenki jest strasznie pesymistyczny? Wydaje mi się, że nikt z nas nie chce tego pamiętać!

L’ESTACA

L’avi Siset em parlava
de bon matí al portal
mentre el sol esperàvem
i els carros vèiem passar.

Siset, que no veus l’estaca
on estem tots lligats?
Si no podem desfer-nos-en
mai no podrem caminar!

Si estirem tots, ella caurà
i molt de temps no pot durar,
segur que tomba, tomba, tomba
ben corcada deu ser ja.

Si jo l’estiro fort per aquí
i tu l’estires fort per allà,
segur que tomba, tomba, tomba,
i ens podrem alliberar.

Però, Siset, fa molt temps ja,
les mans se’m van escorxant,
i quan la força se me’n va
ella és més ampla i més gran.

Ben cert sé que està podrida
però és que, Siset, pesa tant,
que a cops la força m’oblida.
Torna’m a dir el teu cant:

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

L’avi Siset ja no diu res,
mal vent que se l’emportà,
ell qui sap cap a quin indret
i jo a sota el portal.

I mentre passen els nous vailets
estiro el coll per cantar
el darrer cant d’en Siset,
el darrer que em va ensenyar.

Si estirem tots, ella caurà…

Si jo l’estiro fort per aquí…

LA ESTACA

El viejo Siset me hablaba
al amanecer, en el portal,
mientras esperábamos la salida del sol
y veíamos pasar los carros.

Siset: ¿No ves la estaca
a la que estamos todos atados?
Si no conseguimos liberarnos de ella
nunca podremos andar.

Si tiramos fuerte, la haremos caer.
Ya no puede durar mucho tiempo.
Seguro que cae, cae, cae,
pues debe estar ya bien podrida.
Si yo tiro fuerte por aquí
y tú tiras fuerte por allí,
seguro que cae, cae, cae,
y podremos liberarnos.

¡Pero, ha pasado tanto tiempo así !
Las manos se me están desollando,
y en cuanto abandono un instante,
se hace más gruesa y más grande.

Ya sé que está podrida,
pero es que, Siset , pesa tanto,
que a veces me abandonan las fuerzas.
Repíteme tu canción.

Si tiramos fuerte…

El viejo Siset ya no dice nada;
se lo llevó un mal viento.
– él sabe hacia donde -,
mientras yo continúo bajo el portal.

Y cuando pasan los nuevos muchachos,
alzo la voz para cantar
el último canto que él me enseñó.

Si tiramos fuerte…

MURY

On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt.
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym,
Śpiewał, że czas by runął mur…
Oni śpiewali wraz z nim:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i głów.
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał,
I ciążył łańcuch, zwlekał świt…
On wciąż śpiewał i grał:

Wyrwij murom zęby krat!
Zerwij kajdany, połam bat!
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas,
I z pieśnią, że już blisko świt szli ulicami miast;
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam ten nasz najgorszy wróg!
A śpiewak także był sam.

Patrzył na równy tłumów marsz,
Milczał wsłuchany w kroków huk,
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Patrzy na równy tłumów marsz,
Milczy wsłuchany w kroków huk,
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg…

WALLS

He was inspired and young, they were a legion
He gave them strength with his song, singing that the dawn is near.
They’d light thousands candles for him, smoke rising over their heads,
He sang it was time for the wall to fall…
They sang together with him:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

Soon they knew the song by heart and just the melody without the words
Carried the old meaning, shivers through hearts and heads.
So they sung, clapped to the rhythm, their applause sounding like gunshots,
And the chain was a burden, the dawn was dawdling…
And he still sung and played:

Pull the teeth of bars from the walls!
Tear off the chains, break the whip!
And the walls will fall, will fall, will fall
And will bury the old world!

And they saw their numbers, they felt their strength and the time,
And singing that the dawn is near, they marched into the streets;
They destroyed monuments and uprooted pavements
— This one is with us! This one is against us!
Who’s alone is our worst enemy!
And the singer was also alone.

He looked at the steady march of the crowds,
Silent he listened to the thunder of their steps,
And the walls grew, grew, grew
The chain dangled at the feet…

He looks at the steady march of the crowds,
Silent he listens to the thunder of their steps,
And the walls are growing, growing, growing
The chain dangles at the feet…

Pani Irenka reloaded 2

Pani Irenka już u nas była, ale teraz się pozmieniała, uaktualniła i rozrosła do czterech odcinków. W zeszłym tygodniu był odcinek pierwszy, dziś – drugi.

Karolina Kuszyk

Najpierw to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecież zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, nie? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski, proszę pani, w wojsku całe życie był, to rentę ładną miał, ale za to pan Stanisław w kopalni pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli, czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa?

Zaraz na drugi dzień po tej stypie u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na fizyterapię mnie zapisał, gimnastykę taką specjalną. Dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to nawet trochę przechodzi. No i wracam ja od tego lekarza i jak raz spotykam znajomą taką, ona tam trochę dalej na Cieszyńskiego mieszka. Widzę, że oczy czerwone ma, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? – Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i Kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecież ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jaki jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to u nas było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. W Tesco pracuje. Młody, przystojny. I to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa wypić zawsze lubiła, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. Lekarz powiedział, że zawał, ale i tak podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. A tego ochroniarza to ja nawet znam, bo syn mu przecież pracę załatwiał, jeszcze ze szkoły znają się. Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, gdzie tam, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili, nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że ten drugi też przychodzi, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Cieszyńskiego opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop? Ale prawda też taka, że krzywdy nigdy nikomu nie zrobiła i zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Potem trochę jeszcze do niej przychodził. I co niedziela w kościele na sumie ją widziałam. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może te jej grzechy to już nie takie wielkie jak kiedyś? Przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo, że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Jakby tak te trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.

No, ale zaraz żeśmy pożegnały się, a ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. I oboje podobnież na serce. Ale nie chorujące, zdrowe? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię, że teraz jeszcze Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli, poza tym ona podobnież zawał miała. I mówię, że mnie to zupełnie spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała brać. Syn się zaraz zdenerwował i mówi: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże, jak mamusia będzie wsadzała nos w nieswoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia?

I sobie, i synowi wtedy przyrzekłam, że przestanę wsadzać nos w nieswoje sprawy, i Pana Boga za grzech ciekawości przeprosiłam. Lato takie ładne przyszło, to i tak prawie codziennie na działce byłam za tymi moimi roślinkami i nawet więcej o tych naszych nieboszczykach nie myślałam. Umarli, bo umarli, widać taka wola Boska i tyle. Ale potem, jakoś tak pod koniec czerwca, wnuczek ze świadectwem przychodzi, zadowolony taki, stopnie pokazuje. Zdać zdał, pani. Dawidek to niezbyt taki jest do uczenia. Ciasto z kruszonką upiekłam, to zaraz ukroiłam, usiedliśmy sobie w stołowym, i tak spoglądam na to jego świadectwo i pytam się, Dawidek, a piątki są z góry do dołu? W żartach tak. A on niby obrażony, że babciu, babcia to by zaraz chciała same piątki, albo lepiej szóstki, całkiem jak tata, tata to też się od razu spytał, a czemu z angielskiego tylko trója, bo angielski to teraz podstawa i że na cholerę on tyle za te korepetycje płaci, a matura już za rok, i żebym się wziął i w ogóle. A na szóstkę z informatyki to nie spojrzał nawet. Oj, już dobrze, Dawidek, dobrze, przecież babcia tak tylko żartuje sobie, nie denerwuj się, mówię, najważniejsze, że żeś zdał i że teraz wakacje masz, nie? A tak w tajemnicy ci powiem, że tata twój też żaden prymus nie był. A teraz, proszę – kandyduje. No, ale ty prosto ze szkoły, to może ciasta ci jeszcze ukroić? I herbatki sobie posłódź. I tak żeśmy sobie posiedzieli, zaraz mój film był, to i popatrzyliśmy razem. No i mi Dawidek zaraz tego samego dnia tych łiskasów przyniósł. Znaczy takie same jak te co reklamują, tylko tańsze. Sama tych puszek przecież ze sklepu nie zatacham, to Dawidek ma przykazane, żeby mi zawsze przyniósł, pieniążków mu daję, to jeszcze mu tam ździebko zostanie, na kino czy na co. I te kotki tutaj, proszę pani, dokarmiam. Takie, co tu chodzą, osiedlowe. Tośmy potem z Dawidkiem jeszcze na dół zeszli z tymi łiskasami, kotkiśmy nakarmili i tak przyglądamy się, jak jedzą, bo to, proszę pani, aż przyjemność popatrzeć. Wzięłabym nawet jakiego, ale tak strasznie kicham po ty sierści! Lekarz mówi, że to podobnież ta, alergia. Alergia, pani. Kiedyś tego nie było. Nowe choroby jakieś teraz wymyślają. Ale powiem pani, że miałam ja z sąsiadami za te kotki. Że niby na klatce sikają, że parszywe, że to, że tamto. Sikają, akurat. Wnuczek przecież wyłapywał i do tej, stylizacji woził, za moje pieniądze, pani, z emerytury, nikt z sąsiadów nie dołożył, a chodziłam pytałam. A jak kocur raz wystylizowany, to już nie zasikuje. A te w kółko Macieju, że sikają i że brudne. Ta Danka najgorsza. W końcu jej powiedziałam, mówię, pani to brudniejsza od tego kota, bo on to się codziennie porządnie umyje, i to nie raz, a pani to tylko szminką buzię pomaza, perfumką pokropi i myśli, że umyta. Myć się trzeba, pani, mydłem! To aż purpurowa się zrobiła. No, ale w końcu ktoś jej powiedział, bo czas był najwyższy. Czasem w windzie, proszę pani, to koło niej po prostu wytrzymać nie można. Fuknęła tylko, i zaraz zabrała się i poszła. I skończyło się. Kot jej brudny. No i tak patrzymy sobie z wnuczkiem na te kotki, aż nagle wnuczek odzywa się: Babciu, a wyjaśniło się z tym, co go u was w piwnicy zabili? Dawidek, mówię, i aż podskoczyłam, gdzie tam zabili, przecież on na serce! A Dawidek tylko głową kręci i tak do mnie: E babciu, babcia to każdą ściemę łyknie. Że co ty mówisz? Ale zrozumiałam, że mu chodziło, że z tym sercem to i może nieprawda. Ale nic nie mówię. A Dawidek dalej: Nie pamięta babcia, jacy tu do niego przyjeżdżali? No, jakiś miesiąc temu będzie? I jak powiedziałem, patrz babciu, jaka fura zajechała. Beemką podjechali, obydwaj w gajerach, a babcia jeszcze wtedy do mnie: Patrz, Dawidek, jacy ładni panowie, a jak ładnie ubrani. Żebyś ty zawsze miał tak spodnie na kant uprasowane, jak będziesz duży. I jak babci powiedziałem, że teraz taki kant na spodniach to obciach. I że to jakieś buraki są. No co, pamięta babcia czy nie? I jak potem z tej fury wysiedli i od razu do Kwiatkowskiego. Wiem, bo zeszłem wtedy na dół. I jak to Dawidek tak opowiada, to mi, pani, jak raz wszystko staje przed oczami. Bo byli tu tacy, ze dwa razy. Niby wiedziałam, ale tak jakoś nie skojarzyłam. Człowiek stary już, do niczego. Jak czasem tabletki gdzie położę, proszę pani, to się naszukam, naszukam, nawzdycham, nadenerwuję. Pięć razy mieszkanie wte i wewte przejdę, a one sobie spokojnie w kuchni na stole leżą. No, ale jak tacy byli, z teczkami, to znaczy, że jest ta, poszlaka. Na filmach zawsze tacy eleganccy to najbardziej podejrzani i w tych teczkach te dolary czy inne czeki mają pochowane. A kto to, pani, może wiedzieć, czy na starość Kwiatkowski za jakie nielegalne interesy nie wziął się.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Pierwszy piątek sierpnia

Roman Brodowski

Sen Filozofa

Podniosłem z ziemi kamień.
Nie leżał na mojej drodze.
Ona raczej w ciernie obrosła,
Raniąc bezlitośnie naiwność
Mojej błędnej interpretacji bytu.

Noszę ten kamień na szyi
Jak talizman jak przeznaczenie.
Nawet nie czuję jego ciężaru.
Kark mam twardszy od skały
Hartowany latami cierpień.

Tylko ciało kłania się ziemi
Niejako w potrzebie spoczynku.
A ziemia otwiera swoje ramiona,
Matczyny symbol spokoju,
Jakby chciała ochronić swoje dziecię.

Wciąż nie potrafię zrozumieć,
Nie potrafię pojąć istoty
Konstrukcji ludzkiego życia,
Która pozwala ogromem cierpień
Budować iluzorycznie prawy Raj.

Ja ponoć z ziemi powstałem
Do ziemi także powrócę.
I stanę się jej wieczną częścią.
Być może leżącym przy drodze
Niepozornym szarym kamieniem,
Elementem stwórczej koncepcji…

Berlin, 11. 02. 2009

Dziwne Pytanie

Czy odnalazłem
Mojego Boga?
Zwyczajnego
Ludzkiego Boga.
Wieczną Ideę,
Pana w modlitwie.
Codzienną radość
Na drodze cierni,
Ojca potrzeby,
Drogowskaz
Mojej logicznej
prostej prawdy?

Nie! – bo prawda,
Właśnie ta prawda,
Nie jest Logiczna
I nie jest prosta.
Tak jak bóstwo,
Samo w sobie
Nieosiągalne
Moim zmysłom,
Niepojęte rozumem,
A będące częścią
Mojego wnętrza.

Od poczęcia
Błądzę drogą
Poznania.
Kieruję kroki
Ku słońcu.
A ono jest raz tu
Raz tam.
Czasami znika,
Kryje swoją
Potęgę w chmurach,
Lecz zawsze
Powraca.

Może to Ono
Jest Boską
Światłością.
Pokarmem
Dla głodnych,
Nektarem
Dla spragnionych
Nadzieją
Dla wątpiących
Nie wiem.
Więc podnoszę
Oczy ku górze
I w myślach
Układam psalmy

Berlin, 09.04.2006

Że nie umiem gotować

O trzeciej w nocy na Facebooku napisałam do Czytelników tego bloga przyzwyczajonych, że wpis pojawia się minutę po pólnocy, że nie ma rady, trzeba poczekać do rana. I poszłam spać. Wpis nadszedł o godzinie 3:37. Niestety ja już spałam.

Tatatata!!!

Dorota Cygan. Trzeci tekst festiwalowy!

Że nie umiem gotować …

…  to Ewa wie. Wie to Każdy, kto nie został poczęstowany bryją nieokreślonej barwy o trudnym do zaakceptowania smaku, kawałkiem czegoś z czymś polanym czymś podobnym, choć trudnym do nazwania. I Każdy to docenia. Przyjaciół z zasady nie częstuję tym, co gotuję, zależy mi na nich. Niezaproszenie i niepoczęstowanie jest oznaką respektu i dowodem prawdziwej przyjaźni. A innych? No cóż, życie generalnie pełne jest ryzyka, jak mawia moja polska przyjaciółka and full of zasadzkas. Widocznie lubią ryzyko. Niemiecka przyjaciółka powiedziałaby w tym miejscu jeder muss selber wissen (uwaga: nieznający niemieckiego powinni się koniecznie nauczyć tego zdania – jest to bodaj najczęstszy komentarz do wszelkich wydarzeń i najważniejsza zasada pedagogiki niemieckiej – mówię serio). Skoro Ktoś zjadł, to widocznie takie doświadczenie było mu potrzebne, der hat was daraus gelernt. Zresztą ludzie przedziwne rzeczy nazywają gotowaniem, ja zaś wolę szczerość. Powiem Wam w zaufaniu, na czym polega dramat takich leworęcznych kucharzy: Często dobrze wiedzą, jak coś powinno smakować i proszę mi wierzyć, bynamniej im to nie pomaga, zwłaszcza w jedzeniu tego, co wysmażyli. Pierwsze zmagania kuchenne pozostają ich jedynymi. Uświadamiam sobie ten fakt po raz kolejny, tym razem po powrocie znad morza po 10 dniach beztroskiego opychania się przysmakami obcych kuchni. Nie życzę Wam takich powrotów z wakacji.

No tak, to że nie umiem gotować, to Ewa wie. Tyle comingoutu może być. Ale że nie jestem w stanie napisać na jutro rano tekstu, dowiedzieć się jednak nie musi, a nawet nie powinna, jeśli chcę, żeby mnie nadal częstowała ciastem czekoladowym i naleśnikami w polewie pomarańczowej, mmmmm…. (Jeśli ktoś tu pomyśli, że nie ma związku między tymi dwoma faktami, to zapewniam, że Ewa poważnie traktuje Czytelników blogu. Jak ja swój żołądek). No, jak by patrzeć, wysmażyć ten tekst trzeba. Już wszystkie czynności pozorujące pracę mam za sobą: sprzątanie biurka, ścieranie kurzu, zredukowanie zapasów czekolady, staranne wycierania ekranu laptopa ściereczką antystatyczną także, wszystko już było. Jeśli za chwilę zajmę się ustawianiem optymalnej wysokości krzesła biurowego i będę to robić z wielką precyzją do rana, a tekst jednak nie powstanie, to będzie mniej więcej tak, jakby – wyobraźcie sobie taką scenę – na salę pełną publiczności wszedł zapowiedziany wcześniej pianista, zasiadł, długo poprawiał krzesło i smoking, gładził klawisze, rozdał kilka uśmiechów, po czym zabrał się i poszedł (w dodatku ciągnąc za sobą oporny instrument). No, takiego numeru zrobić nie mogę. Już mniejsza o ten mój żołądek, ale to scena zupełnie jakby ze skeczu Loriota (porównanie poniżej tej półki jakoś mi nie przychodzi do głowy), sami rozumiecie, nie wypada się mierzyć ze zmarłym mistrzem, zwłaszcza, że nie ma on szans na replikę.

No więc z głodu i desperacji sięgam po notes, który mi podarowała Ewa z przeznaczeniem na przepisy kulinarne. Okrutna kobieta. Podarowała mi PUSTY notes. Taki miała podły zamysł pedagogiczny. Zaglądałam doń od czasu do czasu licząc na to, że może czymś się sam zapełnił. Ale nic. Właściwie powinna mi była podarować Zaczarowany Ołówek, on to przynajmniej miał jakąś moc sprawczą. Tymczasem nie wiedząc, co począć z tym pustym zeszytem, rozkładam go, gdy jestem głodna, w pociągu na kolanach, używając jako tacy (lub, jak mówią germaniści, jako Tablettu) i stawiając na nim kawę rozwijam … nie, bynajmniej nie zapomniane w domu kanapki, tylko wyobraźnię. Czyli zachowuję się mniej więcej tak, jak bohater przeczytanej w dzieciństwie bajki z tomu Dar Rzeki Fly, który nie mając pieniędzy na rybę przesiadywał w kuchni bogatego pana, gdzie wdychając zapach potraw wyobrażał sobie ich smak żując przy tym kawałek suchego chleba. Moje myśli krążą z grubsza wokół jednego zawsze wątku: cóż by to kucharz w tej chwili zaserwował, gdyby miał więcej wyobraźni i rozpoznał, żem głodna. Jednocześnie z braku efektu tych myślowych sugestii zapisuję jakieś przypadkowe słowa hasła na użytek tekstów blogowych. Dyktuje mi je głodna wyobraźnia. Niezaspokojona do samego końca jazdy.

No tak, ale w przypadku kucharza Deutsche Bahn wypada powiedzieć, że czeka on na zamówienie. Które nie zostało złożone. Ewa wszak zamówienie jednak złożyła, i to w sposób nie pozostawiający miejsca na inną interpretację (że może nie na jutro, może nie tekst i może w ogóle nie ja). Więc jeśli los mojego żołądka choć odrobinę mnie jeszcze obchodzi, to jednak wysmażę ten tekst, przynajmniej do rana. Wysmażyć, ba, ale Czytelnik wybredny, nie lubi zwietrzałych przypraw, retorycznej piany, mdłej papki ani zleżałych półproduktów. Tekst musi być zwarty, nie należy go zbytnio rozwałkowywać. Nie zniesie też kuchennego recyklingu, więc robię tekst na zamówienie, na świeżo, będzie rano jeszcze ciepły.  Tak to Ewie wytłumaczę. Ucieram go powoli, trzymam na wolnym ogniu, odstawiam co czas jakiś, by się przegryzł (czekoladką), podlewam (ale to nie wodolejstwo, najszczersza subiektywna prawda!), doprawiam na samym końcu i nie próbuję za często, żeby się zbytnio nie rozsmakować. Ale jednak samo to nie wystarczy, potrawa musi nosić ślad ręki mistrza. Inaczej nie wyjdzie poza, sorry za tę uszczypliwość, poziom Warsu lub Mitropy. A to niestety mały szkopuł, jak się w życiu niczego nie ugotowało oprócz skluszczonego budyniu z torebki, a przypalić potrafi nawet wodę w czajniku.

To może podejdźmy to kwestii serwowanej potrawy zgodnie z wyuczonym zawodowym profilem i zadajmy sobie pytanie filologiczne: Po co kucharz smaży ten tekst, do czego ma się on Czytelnikowi przydać, jakie ma mieć walory poznawcze i cechy stylistyczne, czyli jaki reprezentować gatunek? Decyzja szybka: Otrzymają Państwo małą próbkę prozy motywacyjnej w celu autopromocji. Będzie to przekąska na okazję typu rozmowa z pracodawcą, przyda się Każdemu, kogo czeka w najbliższym czasie trzeci w życiu epizod uzupełniania kwalifikacji, prezentowania swoich silnych stron, tudzież wielkie wyzwanie i ekscytująca zmiana otoczenia zawodowego poprzedzona obiektywnym konkursem umiejętności wraz z nerwicą w pakiecie (gratis). Taki niewielki, acz pożywny poczęstunek. Skoro germanistka może przeistoczyć się w kucharza, to czyż to, co Wam zaserwuje, nie jest cennym impulsem motywacyjnym, którego siły nie sposób przecenić? Dla Was to robię, mając w pamięci (tak, tak, tyle mam już lat i jeszcze więcej doświadczenia) zbawienne skutki masowego przekwalifikowywania w latach 90tych rusycystów na anglistów i germanistów. Teraz mamy etap drugi – germaniści (także owi gjermaniści) przekwalifikowują się na kucharzy, Wam podsuwając najlepsze smakołyki z własnej kuchni, jak widać na załączonym tekściku. Za swój cenny czas poświęcony na czytanie dostajecie więc: nowy bukiet metodyczny, świeże spojrzenie na profesję kucharską oraz słodko-kwaśny posmak po lekturze, wszystko podane estetycznie i w ciepłej temperaturze. Co wierniejsi Czytelnicy mogą liczyć też na preferencyjną cenę przyszłych Blogów Naszych Zebranych, czyli 100 Przepisów Kucharzy Językowych dla Osób Stale Ubiegających się o Pracę.

No to spróbujmy z tą prozą motywacyjną. Posłużymy się w tym celu sprawdzoną zabawą z lat  wczesnoszkolnych, której polecenie brzmiało: „proszę ułożyć zdania z podanymi wyrazami”. Pamiętam, że ideałem było ułożenie jednego zdania ze wszystkimi słowami-hasłami naraz. Może się sprawdzi i tym razem: „Szanowni Państwo, jako kandydatka jestem wykwalifikowaną, elastyczną mobilnością, której dyspozycyjność i odporność na stresogenność i hiperkrytyczność zaskoczy nawet Waszą Królewską Szefowość zapewniając mi Wieczność w aureoli Chrystusowości.”

A jednak pisanie prozy motywacyjnej ma walory literackie (uwaga na funkcję impresywną tego komunikatu). Toż to prawie Białoszewski w swojej samochodowości! Dociekliwym polecam odnalezienie oryginału cytatu! Smacznego!

Architektura wnętrza

Dorota Cygan – festiwal, dzień drugi

Architektura wnętrza

Wchodząc do
środka siebie
lepiej starannie zamknąć
za sobą drzwi
by ktoś za nami
nie wszedł
lub co gorsza nie wcisnął
między drzwi a framugę
brudnego buta
a pod podeszwą
pokiereszowany ochłap
cudzego serca
bezdomny

Domykać szczelnie wynalazek
strażników tożsamości
klamek nie ruszać
w wariatkowie własnego ja
nigdy nie wiadomo
może być tak sobie
albo i gorzej

Wejście awaryjne
czy głuche echo
niedoczekanego pukania
no bądź tu mądry

Gedanke des Tages / Myśl dnia
“Stop making stupid people famous”
Street text somewhere in the world

Algorytm porządku

Dorota Cygan

dawno tu niewidziana, dostaje więc – za jednym zamachem! – trzy dni czyli dziś, jutro, pojutrze. Tego jeszcze nie było. Cygański festiwal! Lalki wracają od przyszłego wtorku.

 ALGORYTM  PORZĄDKU

Szosa krajowa E (ileś), dwupasmowa, dwa wolne (!) pasma prosto na wakacje, łagodna wstęga raz pośród pól, raz bliżej lasu, byle dalej od tego, co uwiera na co dzień, czerń asfaltu pocięta białymi paskami, odmierzającymi regularne odcinki – coraz dalej od obowiązków, coraz bliżej niemyślenia. Niemyślenie – stan szczęśliwości dany na stałe niewielu szczęśliwcom. Tylko jak go osiągnąć? Może bezrefleksyjnie wyrzucając przez okno samochodu myśl po myśli, a najlepiej parami, żeby było szybciej. Uśmiercone myśli ulatujące przez okno ku niebu parami – czyż nie ładny to obrazek?

Radio nadaje pośród sieczki popowej raz po raz tekst mówiony, który wprawne ucho konsumenta rozrywki kasuje, zanim zdąży on dotrzeć do świadomości, redukcja podprogowa (ciekawe, czy istnieje taki termin) w służbie higieny psychicznej, mądry mechanizm, co komu po radiowych tekstach paplanych? Zaraz, co oni mówią? Że gminy nie radzą sobie z ustawowo nakazanym sortowaniem śmieci? A co w tym dziwnego? Człowiek nie radzi sobie nawet z sortowaniem własnych myśli, mimo że jednak własne, a co dopiero radzić sobie z produktami obcego pochodzenia, obcego marketingu i obcej myśli technicznej? Kto by to ogarnął? Wystarczy się rozejrzeć na lewo i prawo: tu niebieski worek w lesie, tam lodówka. Sama pamiętam, jak rok temu na tym zakręcie zostawiłam myśl ważną i istotną dla przyszłości, od tej pory jestem ‘nadal na zakręcie’. Albo parę kilometrów dalej, tam gdzie ślady po pikniku, wyrzuciłam ostatecznie myśl o jednej niepotrzebnej, niemądrej i właściwie nieistniejącej miłości. Ech, cała ta droga E (ileś) usłana jest śmieciami własnej pamięci, ofiarami nieprzemyślanej czystki. Ile zgubiłam ‘z własnej woli, ile przeciw sobie’, nie warto już dociekać. No właśnie, gminy sobie nie radzą, więc co dopiero ja.

Ileż by było pożytku, gdyby się dało w drodze posortować, poukładać, nadać sens i kierunek myślom! A może bym tak dała zaprzyjaźnionemu inżynierowi za zadanie wymyślić jakiś mały, poręczny algorytm do porządkowania myśli? Za coś takiego to Nobel od razu. Powiedział kiedyś, że jak zarobi pierwszy milion, to się ze mną podzieli. Nie mówiłam mu oczywiście, że od razy podzielę się dalej z jakimiś kreatywnymi niezarabiającymi, bo może inżynier niekoniecznie rozumie takie rzeczy, zresztą nieważne, on rozumie algorytmy a ja księgowość kreatywną, czyli działania wyłącznie na liczbach ujemnych, i to wystarczy. Umowa od tej pory między nami stoi, gdyby tak został autorem algorytmu porządku, to byłoby więcej niż kamień filozoficzny. Ach, bo się rozmarzę: A gdybyż tak faktycznie udało się wszelkie nieszlachetne myśli przemienić w szlachetne? No, tego to nawet spowiedź nie potrafi. A ileż materiału do rozważań naukowych! Wystarczy zajrzeć do niemieckiego Słownika pojęć filozoficznych otwierając na haśle ORDNUNG, żeby zrozumieć jaka to szansa na zaistnienie w nauce humanistycznej, dzięki podrzuceniu do rozbudowanego hasła ‘Ordnung’ jednej skromnej linijki z algorytmem porządku myśli. I to jako inżynier! (po niemiecku z dużej litery!) Ech, inżynierię gospodarczą potrzebną do rozparcelowania tego miliona jakoś by się opanowało – i to bez kursów wieczorowych może. A i niejedną rozprawkę filologiczną na temat by się może napisało. O właśnie, może to nie jest głupia myśl: najpierw trzeba tworzyć pojęcia i inne byty, żeby potem móc o nich pisać. Proste.

Tymczasem jest lekko z górki, co zakręt to jedna myśl mniej, a co parking, to o cały pakiet lżej. Ale koniecznie trzeba by utylizować te myśli ‘na sicher’, jak mawiała babcia. Żeby mi się żadna nie odnowiła nie chciana! Potrzebne jest rozwiązanie systemowe i trwałe, takie są wymogi unijne. Nie jak teraz, proszę: tu, na tym zwężeniu jezdni pięć lat temu zarzuciłam myśl o karierze tłumacza, tu przy przejeździe obok tych wywróconych kubłów – myśl o odchudzaniu, tam za mostem całkiem niedawno przebłysk o kupieniu strychu za niewielkie pieniądze – i proszę, każda z tych myśli wraca nieproszona, choćby ją ileś razy zasypał śnieg, poturbował grad, podmoczył deszcz lub wytrawiło słońce, jakieś niezniszczalne te zmory, nic tylko je kołkiem osinowym… A jedna to już nawet wiem, czemu się tak nie może odczepić, przykleiła się do opony z tyłu i udaje, że jej nie ma, raz po raz mi mignie w lusterku wstecznym i znów znika, wiem, co chce osiągnąć, narzuca się z tym swoim „pisz, pisz wreszcie, nie ociągaj się, nie będziesz żyć stu lat, napisz coś w końcu, nie wykręcaj się”. Ani myjnia nie pomogła, ani ostra jazda po żwirowisku, mówię Wam, przykleiła się ‘na fest’(znowu – jak mawiała babcia), pomoże tylko radykalna utylizacja w nowoczesnej technologii. Niech by te gminy sobie wreszcie poradziły ze śmietniskiem, bardzo tego sobie życzę. To może być prawdziwy skok jakościowy w moim życiu.

To próbujmy tymczasem zrobić sortowanie przedwstępne, będzie taniej i bardziej eko. Dzielimy myśli na: 1. Te najprzydatniejsze (dotyczące strategii ataku i obrony), 2. Najtrwalsze (troska o własne geny), 3. Najbardziej trujące (zawierające spory komponent religijno-patriotyczny), 4. Najdłużej się rozkładające (to te o miłości), 5. Te najnaiwniejsze (że jeszcze kiedyś wrócę na Ziemię w przyszłym życiu), 6. Te najpiękniejsze (że ludzie są fajni, jacy są), 7. Te najbardziej toksyczne (że im jeszcze kiedyś pokażę, jeszcze mnie docenią) plus 8. Jedna myśl całkowicie eko-kompostowa (że dam się skremować, gdy przyjdzie czas) tudzież 9. Jedna myśl szklana (by jednak nie tłuc porcelany po szczerej wymianie zdań) oraz 10. Jedna generalna myśl plastikowa (że ważna jest nienaganna cera, depilacja i wyjazd do ciepłych krajów według najnowszego katalogu). To katalog otwarty, zaznaczam, nie mam nic przeciwko, gdyby szanowni Czytelnicy katalog rozszerzyli.

Ideałem byłaby ekokonwersja zupełna, niepozostawienie niczego, żadnej myśli, siedzenie i trwanie. Gapienie się w morze, nieskażone jedną nawet przypadkową myślą. Plaża musi pozostać czysta. Polecam radykalne zakopywanie każdej przypadkowej myśli w głębokim piachu. I proszę uważać, żeby nie zabrać żadnej myśli z plaży do domu, należy dokładnie wysypać wszystko z butów, pięty opłukać pod prysznicem i niepostrzeżenie wymknąć się do pensjonatu, gdzie przed telewizorem nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, że powstanie jakaś myśl własna lub że spotkamy się z jakąkolwiek myślą cudzą. Jedno jest wszakże bardzo ważne: Nie wyzbywajmy się opakowań po myślach – to one bowiem stanowią o naszym działaniu na ludzi, czyli w efekcie i o sukcesie. Liczy się Forma, proszę Państwa. Gombrowiczowi śmiech by przeszedł, gdyby widział to zupełne i niepodzielne zwycięstwo Formy. Przeszłyby go ciarki nawet w pełnym słońcu nad morzem.

Wasza Mobilna Wakacyjna Sortownia Myśli

Poezja – Poesía / Como Acordeón

Piosenka zespołu La Troba Kung-Fú z Barcelony – zespół gra Rumbę, Cumbię, Dub, Blues… Na koncertach budzi niekłamany entuzjazm.

Na akordeonie gra Joan Garriga, który również śpiewa, stąd te aluzje w tytule i tekście do tego instrumentu: http://www.latrobakungfu.net/index.php/fotos

Uwaga: tu nagranie na Youtubie, którego NIE WOLNO odsłuchać (tak! dobrze czytacie – nie wolno nawet odsłuchać) w Niemczech.
http://www.youtube.com/watch?v=2qQ_pnIZDbc

A jest to o tyle śmieszne, że na stronie zespołu są wszystkie (WSZYSTKIE) posenki z nanowszej płyty “Santalegria” w tym również ów Akordeon. Trzeba po prostu kliknąć na strzałeczkę po prawej stronie od tytułu piosenki:

trobakungfuhttp://latrobakungfu.net/santalegria/temes/

COMO ACORDEÓN
Te abrazaré toda la noche,
te cantaré y te bailaré,
te encontraré tus mil botones
como si fueras acordeón.
Respiraré con tu compás,
caminaré siguiendo el paso
dejando el peso en tu regazo
como si fueras un danzón.
Y la noche cantará
qué bonito bailas.
Y regarás todos mis ríos
bombeando en clave de pasión,
serás el ritmo de mi brío
como si fueras mi corazón.
Y seguiré medio dormido
sabiendo que tu lejanía
me robará toda alegría
como si fueras una ilusión.
Y la noche llorará
porque tú te marchas.
Apareciendo en la sorpresa
a mi boca sin previo aviso
resistirás siempre el olvido
como si tú fueras canción.
Y la noche cantará
qué bonito bailas tu.
JAK AKORDEON
Będę cię obejmował przez całą noc
śpiewał ci i tańczył,
odnajdę u ciebie tysiąc przycisków
jak gdybyś była akordeonem.
Będę oddychać w twoim rytmie,
pójdę za twymi krokami
obejmując cię w pasie
jak gdybyś była tańcem.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Nawodnisz wszystkie moje rzeki
z namiętnością,
staniesz się napędzającą mnie energią
jak gdybyś była moim sercem.
I tak będę trwać w półśnie
wiedząc, że twoje oddalenie
zabierze mi całą radość
jak gdybyś była tylko złudzeniem.
I noc zapłacze
że odchodzisz.
Pojawiając się niespodzianie
u moich ust
zawsze oprzesz się zapomnieniu
jak gdybyś była piosenką.
I noc zaśpiewa,
że tak pięknie tańczysz.
Przekład KwikTV

Pani Irenka reloaded 1

Pani Irenka już u nas była, ale dawno, a poza tym teraz się pozmieniała, uaktualniła, rozrosła do czterech odcinków czyli zaczynamy od nowa.

Karolina Kuszyk

U nas na Brodwinie

Niniejsze opowiadanie jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób, miejsc i zdarzeń są przypadkowe.

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas na parafii już od dawna nie działo się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani. Jak te bloki pobudowali i te Brodwino nastało, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, i taki jeden młody mówił, że niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakby coś innego. Ja tam nie wiem, czego teraz tych dzieciaków uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani kłamie, to ja się pytam, to co było za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć. Teraz to patrzę już tylko na mój film i na papieża, ale to już wszystko nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Ten najnowszy to w ogóle całkiem do niczego. Już ten poprzedni ładniejszy był. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! To zdjęcie, co na telewizorze stoi, to na pamiątkę syn zrobił, jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym nasz papież u nas odprawiał. Na tym stadionie takim wielkim. Mało co widać, bo żeśmy daleko stali, ale pamiątka zawsze jest. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli, proszę pani. Ludzie Boga zapomnieli. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Tyle wszystkiego! I niespokojni tacy, jakby bali się, że komuna wróci i im pozabiera. Pani, ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak u nas w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali takim autem, Sopot Te Fau było napisane, i rozpytywać zaczęli. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w telewizji zaraz opisali. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W kapciach byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Kujawa, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. Ale jak raz syn z synową i wnuczkiem do klatki weszli. Syn zaraz odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to, to dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go znalazł w tej piwnicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot, mówię. O mało co zawału nie dostał. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie był. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakieś takie nie bardzo były.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, tą, co kiedyś u nas mieszkała pod piątką, a potem przeprowadziła się do córki na Kolberga. Ona do mnie, jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: Ale co to, pani, się stało? Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież młody mężczyzna był, jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo, co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze to my się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny się zrobił, odkąd mu żona umarła,  ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze do Biedronki muszę…  i tak żeśmy sobie ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a jakby na serce umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, przecież lekarz go zaraz przepatrzył, zawał stwierdził i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień prawie minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, pani, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta jego córka płakała, pani, jak płakała, aż się serce kroiło… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, a co one będą tam same przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa byłam, tak szczerze pani powiem. Dużo nas nawet sąsiadów przyszło, to żeśmy posiedzieli, pojedli, pół litra otworzyli, jak to przy stypie. Ja do ubikacji poszłam i ździebko się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, córka tam mieszkała jak mała była, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. W tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ta ich Marzenka, jak już taka większa panna była, to ciągle gitara i gitara. Teraz to chyba może jaką nową ma albo jej całkiem przeszło, nie wiem, przecież już z siedem lat będzie, co się do tych Niemiec przeprowadziła. Za opiekunkę pracuje do takich starych, co to już koło siebie nic zrobić nie mogą, a mąż jej po budowach robi. I patrzę, że biurko po Marzence widać w użyciu, bo rachunki na nim świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i taki syrop na kaszel, co sama go też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z papierami różnymi w środku powtykanymi – a to z banku listy, a to z ubezpieczalni, i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi dwudziestego maja, to pierwszy piątek był, pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz Marzenka wchodzi i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to pierwsza komunia, mówi, a to na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. I już wiedziałam, że Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat od samego początku nie bardzo wierzyłam.

 Ciąg dalszy w następną sobotę

Reblog: Laura Makabresku i Aëla Labbé

Dorota Groyecka

„Wyglądasz, jak twoje zdjęcia” – fotografka Aëla Labbé słyszała wielokrotnie od zaskoczonych osób, gdy ją poznawały. Również Laurze Makabresku nieraz zadawano pytanie, jak wygląda jej prawdziwe życie, czy jest takie, jak na fotografiach?

laura1Mgliste analogowe zdjęcia dwóch młodych fotografek, Polki Laury Makabresku i Francuzki Aëli Labbé wiele łączy: baśniowość, klimat melancholii i grozy, często poruszany temat śmierci i istnienia fantastycznych postaci oraz sił nadprzyrodzonych. Ale przede wszystkim autentyczność, zgodność tworzonych obrazów z ich wizerunkami, z ich osobowościami, które wynurzają się z licznych autoportretów, zapisków codzienności oraz wywiadów. Makabresku powtarza za Kafką: „nie mam ze sobą nic wspólnego”, ma jednak wiele punktów wspólnych z historiami, które opowiada – strach, odosobnienie, wrażliwość i przede wszystkim ucieczka od rzeczywistości w baśniowość.

laura3podwojonaZarówno Makabresku, jak i Labbé, same nauczyły się sztuki fotografii. Kilka lat temu wpadł im w ręce aparat, początkowo głównie zapisywały codzienne wydarzenia, eksperymentowały, dziś tworzą złożone sesje zdjęciowe, każda z nich wypracowała swój własny, rozpoznawalny styl. Młode fotografki na początku zaczęły zdobywać popularność w internecie, obecnie mają już na swoim koncie pierwsze publikacje w prasie i pierwsze ważne imprezy – zdjęcia Makabresku zostały pokazane m.in. na zeszłorocznym Miesiącu Fotografii, a pod koniec stycznia jej prace ponownie zostaną wystawione w Krakowie w dużym formacie wzdłuż ulicy Koletek. Labbé w lutym weźmie udział w Międzynarodowych Targach Sztuki w Madrycie (Just Madrid International Art Fair).

I dalej:

Laura Makabresku i Aëla Labbé. Kolekcjonerki wspomnień, marzeń i snów – Magazyn O.pl.

Reblog za zgodą portalu Magazyn O.pl; wszystkie zdjęcia Laura Makabresku – za zgodą autorki, która zdjęcia z motylami opatrzyła opisem: fairy tale about a girl, who hanged herself in the attic. she was hanging there for so long, that her sweet scent enticed butterflies. these coated her livid body and now it looks like she was only a chrysalis, swayed calmly by a draught.