90 lat / 90 Jahre / 90 лет / 90 წლის

Bułat Okudżawa / Bulat Okudschawa / Булат Окуджава / ბულატ ოკუჯავა

Russia_stamp_B.Okudzhava_1999_2r

9.05.1924 – 12.06.1997

Простите пехоте, что так неразумна бывает она:
Всегда мы уходим когда над землею бушует весна,´
И шагом неверным – по лестничке шаткой, спасения нет;
Лишь белые вербы, как белые сестры глядят тебе вслед.

Не верьте погоде, когда проливные дожди она льет,
Не верьте пехоте, когда она бравые песни поет,
Не верьте, не верьте, когда по садам закричат соловьи:
У жизни и смерти еще не окончены счеты свои.

Нас время учило: живи по-привальному, дверь отворя.
Товарищ мужчина, а все же заманчива доля твоя:
Весь век ты в походе, и только одно отрывает от сна:
Чего ж мы уходим, когда над землею бушует весна?

Wybaczcie piechocie
Że tak nierozumna czasami bez tchu
My zawsze w pochodzie
Gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu

Jak długo tak można?
Bezdroża, mokradła i błoto i piach
I wierzba przydrożna
Jak siostra pobladła zostaje we łzach

Nie wierzcie pogodzie,
gdy deszcze trzydniowe zaciągnie wśród drzew,
Nie wierzcie piechocie,
gdy w pieśni bojowej odwaga i gniew.

Nie wierzcie, nie wierzcie,
gdy w sadach słowiki zakrzyczą co sił –
wy jeszcze nie wiecie,
co komu pisane i kto będzie żył.

Uczyłaś ojczyzno,
że żyć trzeba umieć słyszeć twój gos…
Kolego mężczyzno,
a jednak niezgorszy przypada ci los.

My zawsze w pochodzie
i tylko to jedno nie zrywa ze snu;
dlaczego w pochodzie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?
Dlaczego w odwrocie,
gdy wiosna nad ziemią szaleje od bzu?…

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Mgły i smutek

Nie muszę ich szukać, same przychodzą, wychodzą z lasów i ogrodów, opuszczają łąki i rozlewiska. Nagle są. Poetki. Piastunki wrażliwości. Strażniczki smutku. Przewodniczki wspomnień. Myślisz, że wszystko wiesz, że znasz je i że nie możesz istnieć bez ich wierszy, ale że niczym cię nie zaskoczą.  Aż nagle…

Bogumiła Różewicz

WICHROWE WZGÓRZA

Wichrowe wzgórza
Tajemniczy ogród
Pełne zarośli
Kosz malin na trawie
Lot ptaka w przestworzach
Księżyc przebrany za rogalik
Ranna kukułka
Plamiąca ziemię
Szklana pułapka
Głowa owinięta kolczastym
Drutem
Maszyna która przeszkadza w myśleniu

Lipiec 2011

BÓL

Dusza błądzi po ulicach
Szuka talerza zupy
Kawałka chleba
Litość ukryła się w kącie
Stoję na rozdrożu
Może ktoś poda pomocną dłoń
Serce zamyka ciemne strony
I prosi o miłość
To wszystko boli
A ja krzyczę
Nikt nie słucha

Październik 2011

KOŁOWROTEK ŻYCIA

Wrzeciono przędzie na kołowrotku życia
Koń galopuje przez ruchome wydmy
Wodospad rozbija się o skałę
Chiński mur dzieli świat na pół
Ścieżka po której idę
Ciągnie się w nieskończoność

Październik 2011

DRZEWA

Drzewa uginają się
Jak ludzkie plecy
Pod ciężarem nienawiści
Która jak wulkan wybucha
Gorącą lawą
Spala ziemię
Pozostaje tylko popiół

Październik 2011

***
Oczywiście, w jej tomiku Welon na fali jest wiele innych wierszy, wrażliwych wierszy o mgle i smutku, wybrałam te, bo każdy z nich mnie czymś poruszył…

Zielonogórski kwartalnik kulturalny ProLibris pisze o Różewicz:

Ur. w 1961 r. w Zielonej Górze. Miłośniczka poezji, członkini Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów. Debiutowała książką poetycką Welon na fali w 2011 r (wyd. “Organon”, seria Poddasze poetów).

Go down, Moses…

barbe1
Moses – Ein Experiment
von
Barbe Maria Linke

Was für ein Roman! Man mag es nicht glauben, dass die in Berlin lebende Autorin Barbe Maria Linke – 1944 in Köslin/Pommern geboren, in der DDR aufgewachsen, Theologiestudium an der Humboldt-Universität Berlin, oppositionelle Arbeit in der DDR, Mitbegründerin der Gruppe ‚Frauen für Frieden‘, 1983 Ausreise nach Westberlin, Arbeit in der Klinikseelsorge und in der politischen Bildung, seit 1993 freiberuflich arbeitend, Gedichte, Essays, Erzählungen verfasst, mit Moses ihren Debütroman vorlegt. Ein Roman, der sprachlich und gestalterisch die Grenzen des literarisch Alltäglichen sprengt, inhaltlich eine hochintellektuelle und doch für jeden Leser nachvollziehbare Auseinandersetzung um die „Frage von Zuneigung und Wahrhaftigkeit, von der Erfahrung menschlicher Grenzen und von der Umkehrung des Gesetzes in Liebe“, wie die Autorin es selbstformuliert.
Zentraler Protagonist des Romans ist zum einen Moses, der aus seiner dreieinhalbtausend Jahre alten Geschichte, die im Roman in Episoden immer wieder eingewoben ist, hinauskatapultiert wird und sich plötzlich in einem Flugzeug Richtung Schweiz wiederfindet.
„Ein Traum im Traum, gibt es das?“ Er drückt den Kopf an die Lehne, grinst seine Nachbarin an. „Sie sind ja ein Poet“, sagt sie und lächelt. „Wer soll ich sein?“ Genau das weiß er nicht mehr. Das ist ja das Erregende an diesem Experiment. Das also die Ausgangssituation. Ein Experiment, bei dem der Betroffene nicht weiß, was die Absicht des Experiments ist, warum Jahwe ihn von seiner Aufgabe der Herausführung seines Volkes aus Ägypten plötzlich in eine andere Zeit hineinversetzt.
Moses trifft im Flugzeug bereits auf die zweite Protagonistin des Romans, Kati, Theologiestudentin und Redakteurin aus Bern, die ihn zu sich nach Hause einlädt. Beide entdecken ihre Zuneigung füreinander. Moses unterliegt rasch der Versuchung, die neue Lebenssituation für das gelobte Land zu halten. Er reißt die Arme hoch, was für ein Leben! Tag für Tag musste ich für andere da sein. Was sag ich? Jahr für Jahr. Unzählbare Jahre. Jahrzehnte, in denen er unterwegs war, ohne das Ziel zu erreichen. Nicht weniger Kati, die sich fasziniert zeigt von der gelebten Moses-Gestalt. Wozu habe ich Theologie studiert? War es Neugier, Wissbegier? Im Grunde hoffte ich, hinter die Buchstaben vorzudringen. Es ist mir nicht geglückt. Nichts habe ich von dem Mythos begriffen, den der ausstrahlt, der in weißem Hemd und dunklen Jeans vor mir steht.
Doch Moses täuscht sich, als ihn seine Zuneigung zu Kati und seiner neuen Lebenssituation zu der Aussage treiben lässt: Es gibt kein Davor, kein Danach, weiß er, als wäre eine Tür aufgesprungen. Es gibt nur diesen Augenblick. Nur er ist wirklich.
Doch ihrer beider Geschichte und Realität ermöglicht vorerst keine tiefe Lebensgemeinschaft. Sie gehen auf Distanz zueinander, erfahren Geschichte und Realität auf neue Art und Weise. Moses erfährt über Simon, den Schmied, über die unfassbaren Verbrechen im Holocaust. Kati gerät über die Aufarbeitung der Stasi-Vergangenheit ihres Vaters sogar in eine Identitätskrise.
In einem Gespräch schlussfolgert Moses: „Das Böse besitzt Macht über uns, und gleichzeitig ist es ein Teil von uns. Es geht darum, das zu erkennen.“ Moses weiß, wovon er redet, ist er doch in seiner eigenen Vergangenheit zum Mörder geworden.
Im Roman spitzt sich das Geschehen dramatisierend zu. Kati stürzt während einer Feier in Berlin, wohin sie mittlerweile gegangen ist, von einem Balkon, wird aufgrund ihrer psychischen Verfassung in eine psychiatrische Klinik eingeliefert. Moses findet sie nach einer verzweifelten Suche schließlich in einer Reha-Klinik. Gemeinsam kehren sie in die Schweiz zurück. Kati befreit sich von ihrer Identitätskrise durch einen Brief an den Vater. Erst danach steht der Verbindung der beiden nichts mehr im Weg.
„Dann feiern wir ein Fest, wie du es dir wünschst. Wichtig sind nicht der Ort, nicht das Land in dem wir leben werden. Wichtig ist, dass du geborgen und ohne Angst bist.“
Ein Roman, dessen komplexe, mehrschichtige Handlung und bis ins letzte sprachliche Detail durchkomponierte Gestaltung faszinieren – selbst Randfiguren sind feinfühlig und empfindsam dargestellt – führt jeden Leser an die Fragen eigener Verantwortung gegenüber sich, gegenüber dem Partner/der Partnerin, gegenüber der Gesellschaft, dem historischen und aktuellen Geschehen, ohne dabei das faszinierende Handlungsgeschehen des Romans aus den Augen zu verlieren.
Bleibt die abschließende Frage: Was ist es nun für ein Experiment, das uns gezeigt wird? Vielleicht ein theologisch-philosophisches Experiment zur Bewusstwerdung von wirklicher Humanität – der eines Moses, de reiner Kati und der von uns Lesern?
Ein Roman, der sicherlich viele Diskussionen und Gespräche anregen wird.

Alfred Büngen
Leiter des Geest-Verlags

***

Ein Textfragment:

„Wenn alles ein Traum war bislang, was ist jetzt?” „Realität“, antwortet die Junge Frau.

Wenn sein Körper auch derselbe geblieben ist, so scheint sich der Geist verjüngt zu haben.

Das Leben ist ein Spiel! Wie oft hat Ramses diesen Satz gerufen, dazu in die Hände geklatscht, als wollte er seine Lebensart auf Moses übertragen.

Ich saß auf einem Stein und wartete auf Naba… Irritiert schaut Moses hoch. Wieso möchte ich der Unbekannten von mir erzählen? Dann sagt er doch: „Ein Adler kreiste und kreiste, bis er im Dunst verschwand. Dann, wie aus dem Nichts, war er wieder da, glitt dahin, ohne mit den Flügeln zu schlagen. Es könnte aber auch sein, dass mir das gleißende Licht den Adler nur vorgegaukelt hat. Woran ich mich jedoch genau erinnern kann, war etwas Leuchtendes am Horizont, das sich auf mich zubewegte.”

Mehr

***

Go down, Moses, way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

Now when Israel was in Egypt land
(Let my people go)
Oppressed so hard they could not stand
(Let my people go)

So the Lord said:
Go down, Moses
way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

So Moses went to Egypt land
(Let my people go)
He made old Pharaoh understand
(Let my people go)

Yes the Lord said:
Go down, Moses
way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go.

Thus spoke the Lord, bold Moses said,
(Let my people go)
If not I’ll smite your firstborn dead
(Let my people go)

‘Cause the Lord said:
Go down Moses
Way down in Egypt land
Tell old Pharaoh
To let my people go

Tell old Pharaoh
To let my people go

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 8

I ostatni poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (7)8.

Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Porto / Girona, 12 czerwca 2010

Nikko. Nemuri neko

Powsinoga i koty

Powsinoga przygotowała tu już kiedyś wpis-pies-napis, dziś jej wpis o kotach.

Obejrzałam zdjęcia z Nikko, zanurzyłam się w tamtej atmosferze i usiadłam do napisania “paru słów” o  Nemuri neko.

Problem w tym, że jak sobie przejrzałam wszystkie materiały na temat śpiącego kota i jego twórcy, to najtrudniejszą rzeczą stało się ograniczenie pisania do kilku słów.

Chce się gadać o samym Nikko, i o kompleksie świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa, i o bardzo prostym, sympatycznym kocie, dziwnym na tle szaleńczo stylizowanej – z wpływami chińskimi – sztuki tamtego okresu, i o niezwykłym artyście Hidari Jingoro, miłośniku kotów, który postanowił rzeźbić je “jak żywe”, czym zmienił w Japonii stylistykę portretowania zwierząt…

***

Wśród kotów w sztuce jest jeden, z którym spotkałam się oko w oko, tyle tylko, że on miał oczy zamknięte. Bo to jest „śpiący kot”, czyli „Nemuri neko”.

Spotkanie miało miejsce w ogromnym zespole świątyń i mauzoleów szogunów rodu Tokugawa w Nikko – pięknym, starym, pełnym zabytków japońskim mieście, do którego trafiłam bardzo prozaicznie – z wycieczką.

Mauzolea szogunów, razem z całym kompleksem powstałych wokół nich sakralnych budynków, mają wyjątkowo bogaty wystrój – były przecież finansowane przez kolejnych szogunów, praktycznie rządzących Japonią w okresie Edo. Ornamentyka wykazująca silne wpływy chińskie, kapiąca od złoceń, jest pełna postaci zwierząt tak mocno stylizowanych, że czasem trudnych do rozpoznania. Chłonęłam tę masę wrażeń, ale czułam się już nieco zmęczona obcą sobie stylistyką tego miejsca. W pewnym momencie zobaczyłam grupę turystów wpatrzonych w małą, dość niepozorną rzeźbę na bramie prowadzącej do kolejnej świątyni. Tam, otoczony kwiatami – złoconymi, jak wszystko dookoła – spał zwinięty w kłębek łaciaty, czarno-biały, zwyczajny kot. Miło zaskoczona jego prostotą, przyjrzałam mu się z wielką sympatią, zrobiłam mu kilka zdjęć i ruszyłam dalej.

Dopiero po powrocie z wycieczki, porządkując wrażenia, fotografie, pamiątki i broszury informacyjne, zaczęłam dowiadywać się więcej na temat kota, który potrafi tak spokojnie i ufnie spać od stuleci w otaczającym go artystycznym zgiełku. Jest to słynny, wręcz legendarny Nemuri neko, co znaczy dosłownie „śpiący kot”. Jego autorem jest enigmatyczny rzeźbiarz, malarz i architekt Hidari Jingoro, w którego rzeczywistą tożsamość niektórzy historycy powątpiewają.

Według Wikipedii – Jingoro działał we wczesnym Edo (około 1596-1644), kochał koty i bardzo chciał je rzeźbić „jak żywe”, bez stylizacji. Poświęcił wiele miesięcy na naukę rzeźbienia w drewnie, jako modele wybierając koty – różnych kształtów, w różnych pozach, ale zawsze jak najbardziej zbliżone do rzeczywistego wyglądu. Twórczość Jingoro wpłynęła na powstanie nowego, zbliżonego do realizmu, stylu portretowania zwierząt w japońskiej sztuce, a Nemuri neko jest uznany za japoński skarb narodowy.


ToshoguTempel Nikko Nemuri neko nad brama

Wejście do świątyni Toshogu w Nikko. Nemuri neko nad bramą. Rzeźba kota to “jeden z największych skarbów Japonii”.

Nikko.Nemuri nekoZbliżenie, a poniżej trzy małpki, w tej samej, powściągliwej stylistyce co nemuri neko – nic dziwnego, bo i je wykonał Hidari Jingoro.

Nikko-monkeysthreeKoty na wystawach sklepowych. Jest ich w Nikko bardzo dużo. Na samym dole żywy kot, jedyny, który nie spał.

Nikko koty w sklepie5862.Nikko kot
Nikko kot zywyA ja dodam jeszcze, że żywy kot stąpa po złotych liściach miłorzębu japońskiego.

Na zakończenie zdjęcie, które znalazłam na Facebooku – nie ma na nim kotów, ale jest Japonia – Kitakyūshū – i kwitnące krzaki wisterii. Była tam też informacja, że zdjęcie to dostało 43.834 lajków (dane z piątku, 2 maja, o 4.11 rano)! Czujecie powiew grozy? Bo ja tak.

wisteriahttps://www.facebook.com/greenrenaissance

Co jest czym czego?

Tydzień temu był to wpis jednodniowy w rubryce Heute / Dziś / Today. Okazało się jednak, że komentarze przeniosły ten wpis z kategorii zagadka i ciekawostka, do kategorii nasz współczesny świat i jego kondycja. Dlatego przenoszę go tu jako wpis stały i trwały, a przy okazji zapraszam. Przysyłajcie swoje obserwacje i przemyślenia, będę je tu dopisywać.

Ewa Maria Slaska

Zadam Wam zagadkę. Oto maleńki fragment wywiadu, jaki Agnieszka Jucewicz przeprowadziła z Danielem Jonesem, który od 10 lat w New York Times redaguje rubrykę “Modern Love”. Publikuje w niej eseje różnych ludzi o miłości. Wywiad ukazał się w ostatnim numerze Wysokich obcasów z 19 kwietnia 2014. Na trzeciej stronie wywiadu, na samym dole trzeciej szpalty znalazły się takie oto zdania:

Takie opowiadanie dostałem kilka lat temu z okazji Dnia Matki. Napisała go kobieta, która…

Co w tych dwóch zdaniach jest błędne? Czy wiecie, że ten błąd jest symptomem dziejącej się na naszych oczach zmiany językowej? Jakiej?

Osobie, która odpowie – obiecałam nagrodę!

Katarzyna Krenz

Kto kogo napisał? Kobieta napisała opowiadanie – napisała je, a nie go. Bo to biernik: kogo obdarzyła? co napisała? Szyk pierwszego zdania też, powiedzmy, taki sobie. Ale kto go tam wie! Jeśli GW ma takich tłumaczy, to może nie warto (jej) kupować….

Ewa Maria Slaska

O tak! Dziękuję mojej siostrze! Dostanie ogórki małosolne domowej roboty (mojej) oraz sałatkę ziemniaczaną! To biernik liczby pojedynczej rodzaju nijakiego. Cały polski świat przestał już – poza mianownikiem – odróżniać rodzaj nijaki od męskiego. Zrobiłam zdjęcie, przyślę ci go. To teraz już powszechna składnia potoczna, ale żeby GW!

Tomasz Fetzki

Myślę, iż nie zawiodłem oczekiwań – na zagadkę z blogu znałem odpowiedź, zły zaimek zidentyfikowałem (choć wiązałem go raczej z rzeczownikami osobowymi – bezosobowymi, niż z rodzajem nijakim), tyle, że gdy dotarłem do maila, było już dawno po konkursie i ogórki przepadły. Na marginesie: podejrzewając w pytaniu konkursowym podstęp, “wyczaiłem”, iż forma “z okazji Dnia Matki” zastosowana wobec mężczyzny jest nieco komiczna. Może zręczniej byłoby “przy okazji”? Ale to pewnie jedynie przeczulenie.

Ewa Maria Slaska

No tak, pierwsze zdanie też lekko pokraczne, zgadzam się z przedmówcami.

Dorota Cygan

Mhm, pamiętam, że kiedyś polski był ważnym przedmiotem na maturze. I znam jednego bardzo zdolnego elektronika, który przez ten fakt poszedł na studia rok później. Nie było “zmiłuj się”. Teraz jednak jest tak, jak w Niemczech, gdzie niemiecki to jeden z mniej ważnych przedmiotów. Kiedy mnie uczniowie pytają, czemu Niemcy robią błędy, odpowiadam im, że ich kompetencje językowe to już nie zasługa szkoły, tylko środowiska, w którym pracują, czyli mówią żargonem firmowym lub socjolektem, o ile nie wychodzą poza jedno wąskie środowisko. Myślę, że niedługo przestanie to być wstydliwe, z nieumiejętności zrobi się cnotę – i będzie chodzić tylko o tyle procent przekazu, ile jest potrzebne do zrozumienia komunikatu. Zadecydują o tym same elity, bo będą musiały usankcjonować własne nieuctwo. Nie mamy szansy, koleżanki, purystom językowym przypnie się łatkę niemodnych nudziarzy.
A tak dla rozweselenia mam jeden świeży przykład: ktoś całkiem niedawno powiedział, że poprawna jest forma “Kremel”, bo się mówi “Kremla”, i że to “e” zgodnie z normą języka polskiego po prostu wypada. Wypada, wypada … widocznie już takie rzeczy mówić, zgodnie z normą języka polskiego, po prostu wypada.

Ewa Maria Slaska

Pamiętam, że redaktorka z wydawnictwa zażądała od mojej siostry, żeby odmieniała rosyjskie nazwiska w jakiś tak pokraczny sposób, że nawet nie umiem go sobie przypomnieć. W każdym razie zasugerowałam mojej zdesperowanej siostrze, żeby odpowiedziała jasno i klarownie: jeśli ukaże się wydanie Anny Kareniny z taką odmianą, to trudno, proszę bardzo, ale póki co, będziemy jednak odmieniać te nazwiska i nazwy tak jak nam to dyktuje intuicja językowa. Póki co, nam trzem, a i paru innym osobom też, intuicja wciąż jeszcze dyktuje prawidłowo.

Zielona miłość zimą

Roman Brodowski, zapowiadał miesiąc temu, że dziś ostatnia część opowieści o zielonej sztubackiej miłości. Ale okazuje się, że nie, bo pod tekstem znowu znalazły się trzy literki – cdn.

Obiad, śniadanie, wyjazd do Gdańska

Dochodziła czwarta po południu, kiedy do pogrążonego w ciemności pokoju weszła moja rodzicielka, moja kochana mateńka.
– Pora wstawać syneczku – powiedziała łagodnym, jak zawsze, głosem.
– Już od godziny ktoś czeka na ciebie w kuchni – dodała, zapalając światło .
– Ktoś czeka? Czy to ona? Mamo czy to Ona? – podniecony, zacząłem zadawać pytania, wyskakując z ciepłej puchowej pościeli.
– Tego nie mogę ci powiedzieć. To niespoodzianka – usłyszałem odpowiedź.
Mama zamknęła za sobą drzwi, a ja jak szalony zacząłem ubierać się w przygotowaną, pachnącą świeżością odzież. Spodnie, skarpetki, biała jak śnieg koszula… , a im bardziej byłem gotowy do spotkania z tajemniczym przybyszem, tym szybciej biło mi serce.
– To Ona, to na pewno Ona! Boże, nareszcie Ją zobaczę, nareszcie będę przy Niej!
Myśli tańczyły po podnieconej głowie niby w narkotycznym transie.
Zapiąłem ostatni guzik, uczesałem nieco przydługie włosy, popryskałem się męskim zapachem „Old Spice” kupionym przed kilku dniami w Peweksie, otworzyłem drzwi i ukazałem się, (jak mawiają w warszawskim żargonie) w pełnej galanterii, siedzącym przy kuchennym stole rodzicom, rodzeństwu, no i oczywiście tej najważniejszej teraz dla mnie w tym towarzystwie osobie.

Tak, to była Maria. Uśmiechnięta niby majowe słoneczko o wczesnym poranku, podeszła do mnie bez słowa i podając mi dłoń, dotknęła delikatnie ustami mojego tryskającego radością policzka.
Bojąc się, by zbyt szybko nie odeszła, schwyciłem ją oburącz i przytuliwszy do siebie, szeptałem do jej ucha – że jestem szczęśliwy, że długo na ten dzień czekałem i że te wszystkie dni bez niej były dla mnie jedną, wielką męczarnią.
Ona stojąc przy mnie w bezruchu, nie wiedząc czemu, drgała niby źdźbło trawy na wietrze. Czułem jej oddech, jej niespokojne bicie serca. Ustami muskałem spływające po aksamitnej szyi długie kasztanowe włosy.
Było mi tak lekko, tak przyjemnie, pragnęłem by ta chwila nigdy się nie skończyła. Niestety, to co piękne szybko się kończy.
Przywołani z powrotem na ziemię usiedliśmy do wspólnego obiadu, przy którym omówiliśmy harmonogram mojego pobytu. Zapowiadał się wspaniale!
Jutro, razem z moim Słoneczkiem jedziemy do Gdańska, by dokonać ostatnich przedświątecznych zakupów, pospacerować po nadmotławskim bulwarze, a wieczór wspólnie spędzić w znanej gdańskiej restauracji „Pod Łososiem”.
W wigilijny wieczór Maria po wieczerzy w rodzinnym gronie, tradycyjnie przyjdzie do nas. Od lat mój ojciec kładzie dla niej upominek pod choinką, jak dla swojej przybranej córeczki. Nic w tym dziwnego. Rodziny nasze, w przeciwieństwie do tych z „Romeo i Juli”, żyją w sąsiedzkiej przyjaźni, a Marię ojciec lubi szczególnie.
Krótko przed pasterką, pójdziemy do rodziny Marii, aby wraz z jej tatą wyruszyć do kościoła, by tam pomodlić się za duszę zmarłej przed dwoma laty „cioci Helenki” czyli mamy Marysi.
A potem Sylwester. Nowy rok, 1977, powitamy w naszej remizie. Marysia zorganizowała stolik dla sześciu osób, to znaczy dla nas i naszych wspólnych przyjaciół. Cieszę się ze spotkania z Jolą, Jarkiem, Małgosią, no i oczywiście Zbyszkiem, bez którego moje dzieciństwo było by z pewnością nudne.
Tak, mój pobyt zapowiada się naprawdę obiecująco.
Wypiliśmy przygotowaną przez mamę herbatę, skosztowaliśmy świeżo upieczonego makowca i odprowadziłem moją kochaną przyjaciółkę do domu.

Obudziłem się bardzo wcześnie, a właściwie obudził mnie budzik, ustawiony na godzinę szóstą, bo przecież punktualnie o siódmej przyjdzie po mnie Maria i jedziemy do odległego o piętnaście kilometrów Gdańska.
Moje siostry spały jeszcze, pochrapując na przemian, by ich więc nie obudzić, prawie że po omacku, zabrałem ze sobą ubranie i wyszedłem z pokoju do sieni.
Jak się okazało, nie byłem jedynym domownikiem, który o tej porze już nie spał. W kuchni krzątała się mama.
– Widzę że już wstałeś – przywitała mnie tym oczywistym stwierdzeniem, nalewając do szklanki moją ulubioną, pachnącą, świeżo zaparzoną, zbożową kawę.
– Witaj mamo. Przecież wiesz, że za chwilę wyjeżdżam – opowiedziałem ubierają się w pośpiechu.
– Wiem, wiem. Ale chyba nie myślisz, że wypuściłabym cię bez śniadania z domu, zwłaszcza, że nie będzie cię do wieczora.
Na stole stała przygotowana, gorąca, jeszcze parująca jajecznica na cebulce, i przekrojona na połowę bułka z masłem. Zazwyczaj jajecznicę smaży mama na wędzonym boczku, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jest post, a postu, dzięki mamie, zawsze w naszej rodzinie przestrzegamy, zwłaszcza tych dwóch najważniejszych, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc.
Siedzieliśmy na przeciw siebie, spożywając w milczeniu poranny posiłek, gdy
nagle usłyszeliśmy delikatne pukanie do drzwi. Oczywiście, to była Marysia. Przyszła dokładnie o siódmej. Zawsze była punktualna i zawsze, pryncypialnie, wymagała punktualności od innych. Dawniej zdarzało mi się spóźnić na spotkanie z nią, ale dzisiaj? Dzisiaj nie pozwoliłbym sobie na to, bo wiem, że nie czekałaby na mnie nawet minuty.
Dzień dobry – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Jest bardzo zimno, więc ubierz się grubo, najlepiej na bardzo dużą cebulę.
Odwróciłem głowę w stronę drzwi. Stała odziana w długi brązowy płaszcz, czapkę z króliczego futerka, a na nogach modne zamszowe kozaczki. W rękach trzymała skórzane rękawiczki, a przewieszona przez ramię torebka, uzupełniała całość. Wyglądała imponująco. Zresztą, nic w tym dziwnego, przecież jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam.
– Cześć poranny kwiatuszku – odpowiedziałem. – Siadaj proszę do stołu. Napij się gorącej herbaty z cytryną, a ja w tym czasie przygotuję się do drogi – zaproponowałem, podnosząc się leniwie z krzesła.
Marysia przyjęła zaproszenie. Usiadła na moim miejscu i popijając złotobrązowy nektar, rozmawiała o czymś szeptem z mamą, a ja w tym czasie, zgodnie z zaleceniem ubrałem się ciepło. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na dworzec.

Zima pokazała nam swoją potęgę. Sam mróz nie byłby tak dokuczliwy, gdyby nie suchy porywisty wiatr, unoszący tumany śniegu, wpadające do oczu i ust, budujący na drodze wysokie, śnieżne zaspy.
Trzymając się za ręce, przedzieraliśmy się przez te zaspy, i chociaż do dworca było tylko trzysta metrów, z trudnością tam dotarliśmy. Gdyby nie to, że pociąg wyjeżdżający z odległego o osiem kilometrów Tczewa, przyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem, prawdopodobnie wcale byśmy nie zdążyli.
Zziębnięci, z ulgą weszliśmy do pustego jeszcze o tej porze wagonu.
Po długim męczącym staniu w kolejkach i kupieniu wszystkiego, o co nas poproszono, poszliśmy na bulwar, biegnący nabrzeżem zamarzniętej Motławy.
Zakupy, aby nam nie ciążyły, oddaliśmy w dworcowej przechowalni bagażu.

450px-Middle_Ages_defensive_walls_of_Gdansk_3Wydawało nam się, że w Gdańsku jest o wiele cieplej, aniżeli w Pszczółkach.
Co prawda śnieg skrzypiał pod nogami, ale nie było tego nieznośnego wiatru,
Jaskrawo świecące słońce i bezchmurne niebo, sprawiły, że była to wymarzona pogoda, właśnie na taki romantyczny spacer, sam na sam z przyrodą, we dwoje.
Przytuleni do siebie, podziwialiśmy stojące na nadbrzeżu, skute lodem statki.
Nad naszymi głowami kołowały dziesiątki, rybitw i rozkrzyczanych, szukających pożywienia mew.
– Musimy tu przyjechać latem – przerwałem trwające od pewnego czasu milczenie. – Latem jest tu z pewnością bardzo przyjemnie. Można popłynąć statkiem na Hel, albo
posiedzieć w jednej z tych małych nadbrzeżnych kawiarenek, opychając się lodami. Można pospacerować pomiędzy straganami, podziwiać rękodzieło, sprzedawane przez chwalących swoje towary, artystów. Tak latem jest o wiele ładniej, aniżeli zimą. – starałem się sprowokować Marię do rozmowy.
Lecz ona, nie wiedzieć czemu, nagle, nieoczekiwanie pogrążyła się w myślach. Była zagubiona, nieobecna. Wydawało mi się, że ją coś dręczy.
– Czy coś się stało, Marysiu? – zapytałem, widząc dziwne zatroskanie na jej twarzy.
– Nie, nie, nie, nic – odpowiedziała i przytuliła się do mnie jeszcze mocniej.

Nagle, usłyszeliśmy dobiegający zza pleców, dobrze nam znany, wołający nas głos.
– Co za licho, zakłóca nasz spokój – pomyślałem, niezadowolony z tego faktu.
Odwróciliśmy się do tyłu. Przed nami stała nasza szkolna koleżanka Jolka.
– Ledwo was poznałam – zagadnęła – Obserwowałam was od kilkanastu minut,
ale nie byłam pewna, czy to na pewno wy. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, po głosie poznałam Romka. Co za zbieg okoliczności, bo właśnie dzisiaj… ,
– Dlaczego zbieg okoliczności – wtrąciłem, przerywając dopiero co rozpoczętą przez nią myśl. – Po prostu spotkaliśmy się, i nie ma w tym nic dziwnego. A swoją drogą, to muszę przyznać, że od czasu naszego ostatniego widzenia bardzo wyładniałaś – wysiliłem się na tani, niczym wyjęty z tandetnej sztuki, komplement.

Joli nie widziałem co najmniej od roku i szczerze mówiąc, rzeczywiście bardzo się zmieniła. Stała się bardziej kobieca, delikatna, a jej zgrabna, smukła figura z pewnością niejednemu chłopakowi spędzała sen z powiek.
– Ty też, niczego sobie. Widać śląskie powietrze dobrze ci służy – odrzekła, starając się swoim delikatnym uśmiechem ukryć zmieszanie – a zbieg okoliczności, dlatego że właśnie dzisiaj planowałam spotkać się z Wami pod wieczór, w celu omówienia Sylwestra – dodała.
Marysia, jakby ożyła. Widać było, że ucieszyła się z obecności koleżanki.
Ja natomiast poczułem jakiś niesmak. Wydawało mi się, że to moja skromna osoba była przyczyną jej, wyraźnie melancholijnego nastroju.

Kiedy okazało się, że Jola, wysłana przez jej mamę na zakupy, nie jest ograniczona w czasie i że postanowiła pozostać w Gdańsku do wieczora, Marysia zaproponowała, aby wspólnie z nami spędziła resztę dnia.
I tak, w tak zwanym trójkącie, udaliśmy się do przytulnej restauracji, gdzie przy ciepłych napojach, smacznych ciastkach i lampce słodkiego, czerwonego wina siedzieliśmy przy stoliku, wspominając niezbyt odległe jeszcze czasy szkoły. W lokalu pozostaliśmy do późnego wieczora.
Zmęczeni, ale pełni wrażeń, do Pszczółek powróciliśmy ostatnim pociągiem, krótko przed północą. Z Jolą roztaliśmy się na dworcu.

Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Odprowadziłem ją pod same drzwi, przyjacielski pocałunek i tak rozstaliśmy się bez słowa.
Na bezchmurnym, pogodnym niebie migotały tysiące gwiazd, w oknach domów panowała ciemność, a ja, idąc opustoszałą o tej porze ulicą, myślałem tylko o jednym,
o tym, co zrobić, by Maria czuła się przy mnie bezpieczna i szczęśliwa, i im bardziej o tym myślałem, tym większy ogarniał mnie niepokój.

cdn

Tylko przy Tobie jestem kimś

Tysiącami srebrnych gwiazd
Niebo historię naszą znaczy
Nie wiem, czy tworzy dla nas czas
Szczęścia, miłości czy rozpaczy.

W ptasim śpiewaniu o poranku,
W poszumie wiatru przy ruczaju
Słyszę głos, jakże sercu bliski.
To Twój głos miła, to głos raju.

Tęsknię za Tobą, gdy cię nie ma
Płonę, gdy jesteś, tą miłością
Jakże mnie życie odmieniło
Ty poradziłaś mym słabościom.

Stworzyłaś dla mnie świat nadziei
Dodałaś blasku mej szarości.
Stałaś się dla mnie jednym celem
Drogą wiodącą do stałości.

Tyle kochanie Ci zawdzięczam,
Ile zawdzięcza ryba wodzie
Bez Ciebie byłbym tylko pyłkiem.
Małym robaczkiem, gdzieś w przyrodzie.

Bytom. 26.01.1977

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IV. Szamanizm

Zbliżamy się już powoli do babki Autora, tatarskiej szamanki. Ale wciąż jeszcze nic o niej nie wiemy i dziś nadal się o niej niczego nie dowiemy.

Ja, jako redaktorka, dedykuję ten wpis Lili Karbowskiej

Uwaga tytuł dzisiejszego wykładu też wymyśliłam ja jako redaktorka, a zaczerpnęłam go z książki, której bez zachęty zapewne nigdy nie weźmiecie do ręki, a zatem zachęcam Was, żebyście wzięli: Gavin Extence, Wszechświat kontra Alex Woods (Wydawnictwo Literackie 2013)

Ryszard Dąbrowski

To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga

Opiszę tu problematykę szamanizmu, nie starając się wartościować, rewidować i analizować przedstawionych tu faktów.

U podstaw najwcześniejszych religii w dziejach ludzkości leżał animizm. Pierwszymi religiami były kult płodności, szamanizm i religia megalityczna.
Animizm (łac. anima – dusza) to wiara w świat bytów dysponujących potężnymi mocami. To wiara w dusze przypisywane nie tylko ludziom, ale i zwierzętom oraz martwym przedmiotom, a także zjawiskom oraz wiara w duchy zaludniające świat. U Słowian święte było drzewo, dąb – siedziba duchów. W Indiach – rzeka Ganges, u australijskich Aborygenów – wysoki na 330 metrów czerwony monolit Ayers Rock, a u Żydów – góra Synaj. Animizm cechowała także wiara w istnienie życia pozagrobowego.

Nieodłącznymi elementami tych pierwszych religii był:
– kult przodków; wiara w dobroczynny lub szkodliwy wpływ dusz zmarłych na losy potomnych,
– fetyszyzm; kult przedmiotów: kamieni, muszli, figurek i wisiorków, które poprzez obrzędowe zabiegi nabierają magicznej mocy przynoszącej pomyślność i ochronę przed złem noszącej je osobie,
– totemizm; wiara w mityczną więź grupy społecznej lub jednostki z określonym zwierzęciem. Zwierzę totemiczne uważane jest za opiekuna grupy i otoczone jest czcią i ochroną. Pozostałością po totemach są herby szlacheckie, herby miast i regionów oraz godła państw, w których często występują orły, lwy, słonie, syreny, gryfy oraz inne zwierzęta,
– kanibalizm; przekonanie o magicznym przechodzeniu cech zjadanego na zjadającego. Był to też akt zniewagi w stosunku do wrogów i jeńców a także element uczty sakralnej (eucharystia chrześcijańska, spożywanie ciała i krwi Jezusa, jest przeniesieniem tego aktu do religijnej sfery symbolicznej),
– szamanizm – najważniejszy element pierwotnych wierzeń religijnych.

Szamanizm to jedna z najstarszych praktyk religijnych w dziejach ludzkości. Archeolodzy dopatrują się śladów szamanizmu już u naszych praprzodków z okresu starszej epoki kamienia czyli paleolitu środkowego, przed 100 tysiącami laty. W paleolicie górnym, 40-11 tysięcy lat p.n.e., szamanizm rozpowszechnił się na całym ówczesnym świecie.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to TU znajdzie szczegółowy wykres geograficzno-chronologiczny wszystkich religii na świecie.

Słowo szaman pochodzi z języka tungusko-mandżurskiego.

Szamanizm to zespół wierzeń i praktyk religijnych, u których podstaw leży wiara w duchy i demony oraz życie pozagrobowe. Kosmos dzieli się na trzy światy: górny – siedzibę bogów i duchów, średni – ziemię z ludźmi, przyrodą i duchami na niej mieszkającymi oraz podziemny – zaludniony przez dusze zmarłych i duchy podziemne. Szamanizm nie jest jednolitym systemem i występuje w wielu odmianach. Centralną rolę pełni w niej szaman, stąd też nazwa tej religii.
Szaman to kapłan, łącznik między ludźmi a duchami i bogami, do których udaje się w zaświaty. O jego sile i mocy decyduje ilość pomocnych mu duchów, których przychylność tam sobie zdobył. Przywoływał on duchy i bogów, aby sprzyjali zdrowiu ludzi i zwierząt, gwarantowali pomyślność w łowach i połowach oraz zsyłali dobrą pogodę. Szaman stawiał diagnozy chorobowe, leczył ludzi i zwierzęta, odnajdywał zaginione osoby i rzeczy, przepowiadał przyszłość, tłumaczył i interpretował sny. Przy pomocy interpretacji snów chorego szamani kontrolowali i oceniali przebieg leczenia. Szaman był sędzią i pośrednikiem w sporach, a co najważniejsze – stażnikiem zwyczajów i tradycji, przez co gwarantował spójne istnienie swojej społeczności. Szamanów należało szanować, nie wolno było ich obrażać oraz negować ich wyroczni i decyzji.

Bardzo rzadko szamanem stawała się osoba, która go nie miała wśród swoich przodków. Szamanem nie można było zostać z własnej chęci. Cechy predystynujące do bycia szamanem i znachorem rozpoznawane były już w dzieciństwie, niemniej stawało się nim z powołania. Powoływania tego dokonywali bogowie i duchy. Nie można było bezkarnie im odmówić i wyrzec się tego przeznaczenia. Powołanie ugruntowywane było przy pomocy stosownej nauki oraz pokonywania poszczególnych stopni wtajemniczenia w trakcie edukacji pod kierunkiem rodziców lub dziadków. Wtajemniczanie trwało od jednego roku do dziewięciu lat i było zdobywaniem poszczególnych stopni (od siedmiu do dwunastu). Od długości stażu i ilości stopni zależała „moc” szamana.

Nauka polegała, między innymi, na umartwianiu i wprowadzaniu się w ekstazę w celu nawiązania kontaktu własnej duszy z duchami i bogami z zaświatów. Bardzo ważnym było opanowanie techniki powrotu duszy do ciała, aby nie pozostała ona w zaświatach. Adept na szamana uczył się też przy pomocy telepatii odczytywać, czy jego nauczyciel coś przed nim schował, a jeżeli tak, to musiał się nauczyć odnajdywać te przedmioty zarówno dniem i nocą. Poza nauką leczenia musiał opanować tak zwaną „złą medycynę”, czyli rzucanie uroków oraz zabijania ludzi przy pomocy siły woli i myśli.

Etnolodzy i lekarze twierdzą, że wśród szamanów istniał duży odsetek osób chorych na epilepsję oraz zaburzenia schizofreniczne i psychopatyczne. Choroby te potrafili oni w konstruktywny sposób kontrolować i wykorzystywać w swoich halucynogennych i ekstatycznych podróżach w zaświaty oraz do objawień i widzeń. Szamani mieli często labilną neuro-wegetatywną osobowość, silnie rozwiniętą psychikę oraz wrażliwy system nerwowy. Dzięki treningowi byli zdolni do opanowania podświadomości i osiągania na zawołanie stanów dysocjacji mentalnej.

Szamani odpowiedzialni byli w swojej społeczności za trzy ceremonie w życiu człowieka – narodziny, ślub i pogrzeb.
Po urodzeniu się dziecka szaman wprowadzał je do wspólnoty, zapoznawał je z duchami chroniącymi rodzinę i duszami zmarłych. Szaman ustalał, który z przodków dziecka się w nim zreinkarnował i odrodził i nadawał mu jego imię. W tym celu wymagana była znajomość protoplastów nowonarodzonego aż do siedmiu pokoleń wstecz. (Ciekawym, że my w odróżnieniu od tych „prymitywnych ludów” znamy zazwyczaj dwa, najwyżej trzy nasze pokolenia wstecz.)
Szaman odpowiedzialny był za przeprowadzenie rytuału i ceremoni zaślubin.
Najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem szamana było przeprowadzenie ceremonii pogrzebowych. Zmarłego należało przebrać w specjalne ubranie i odpowiednio pogrzebać. Najniebezpieczniejszym elementem ceremoni pogrzebowej było wskazanie drogi duszy zmarłego do świata zmarłych i towarzyszenie jej w tej drodze. Jako lekarze oddziaływali szamani na chorych poprzez hipnotyczne i psychoterapeutyczne rytuały, które wzmacniały siły odpornościowe organizmu. Szaman oczyszczał przy pomocy dymu i zaklęć opanowaną przez duchy duszę chorego a organizm wzmacniał ziołami. Leczenie cięższych schorzeń, spowodowanych opuszczeniem przez duszę ciała chorego, polegało na odnalezieniu jej, błąkającej się w zaświatach, i sprowadzeniu z powrotem.

Najważniejszymi świętami w szamanizmie były dwa dni w roku – zimowe i letnie zrównanie dnia z nocą. Uroczystości te według utartego i organizowanego przez szamana schematu trwały od trzech do dziewięciu dni. Szaman zwracał się do bogów i duchów o zdrowie i pomyślność dla jego grupy jako całości oraz dla każdego jej członka z osobna. Przypuszcza się, że liczne malowidła i płaskorzeźby ścienne w świętych i sakralnych grotach sporządzane były przez szamanów podczas religijnych ceremonii i rytuałów składania ofiar, a rysunki powstawały w stanie zmienionej świadomości pod wpływem transu lub narkotycznego i halucynogennego działania grzybów i roślin. Najbardziej znanym przykładem tych malowideł są sceny polowań w grocie Lascaux, powstałe przed ponad 17 tysiącami laty oraz grocie Montignac sprzed 31,5 tysiąca lat.

Religie pierwotne przeżywają obecnie swój renesans. Wiele osób rozczarowanych zistytucjonalizowanymi kościołami, szuka i wskrzesza pradawne wierzenia swych społeczności i narodów. Ma to miejsce szczególnie w Azji, obu Amerykach, ale także w Afryce i w Europie gdzie odtwarza się dawne wierzenia Słowian, Bałtów, Celtów i Germanów oraz ich tysiącletnie tradycje. Obecnie religie pierwotne wyznaje na świecie prawie 250 milionów ludzi, co stawia je na 7 miejscu pod względem liczebności. Być może jest to przejściowa moda, tak jak moda na religie wschodnie, która przetoczyła się falą przez świat w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono a część została przyswojona, przejęta czy zaadoptowana, szczególnie jeżeli towarzyszyła im modlitwa. Złe duchy i demony oraz dobre i pomocne duchy zostały zastąpione przez diabły i anioły. Osobiste amulety zamieniono na różańce, szkaplerze, medaliki. Funkcję amuletów plemiennych i totemów przejęły relikwie licznych świętych. Magiczne gesty przekształciły się w znak krzyża i przeżegnanie się, a modlitwa zastąpiła magiczne zaklęcia. Szamańskimi magicznymi przedmiotami takimi jak bębenek, wyroczne kości oraz laska szamańska stały się laska i pierścień biskupi, monstrancja, kadzidło, gromnica i woda święcona. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

We wszystkich kulturach przedchrześcijańskich świętymi dniami były przesilenie zimowe i letnie oraz początek wiosny. Kościół katolicki zawłaszczył i przemienił je na „Boże Narodzenie”, „Boże Ciało” oraz „Wielkanoc”. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dni się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem, urodzili się prawie wszyscy bogowie – twórcy religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się kiedy indziej. Miało to być też przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult boga Mitry był w Imperium Rzymskim traktowany przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych. Mithras czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.
Dzień przesilenia letniego w czerwcu, od którego zaczynają wydłużać się noce, zaczęto obchodzić jako „Boże Ciało” dopiero od XIII w. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (halucynacji?) belgijskich zakonnic Ewy i Julianny (1193 – 1258). Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

Elementy szamanizmu zachowały się długo także w zwyczajach Słowian. Były one jednak bezlitośnie zwalczane przez państwo i kościół. Przyjęcie chrześcijaństwa w 966 r. przez Mieszka I było doniosłym aktem politycznym państwa polskiego. Chodziło o zapewnienie chrystianizowanej Polsce statusu terytorium misyjnego podległego jurystrykcji rzymskiej a nie cesarza niemieckiego, która chciała przy okazji nawracania realizować program ekspansji wschodniej.
Mało mówi się i pisze jak wyglądała ta chrystianizacja. A wyglądała okrutnie. Niszczono i burzono słowiańskie świątynie stawiając na ich fundamentach kościoły katolickie. Za nieprzestrzeganie kościelnych nakazów i zakazów groziły drakońskie kary, np. złamanie postu karane było wybiciem zębów. Ludność nie potrafiła zrozumieć zakazu jedzenia mięsa oraz wstrzymywania się od pożycia seksualnego podczas licznych postów i odbierała to jako bezmyślny despotyzm. Zakaz palenia zwłok i nakaz ich zakopywania budziły strach przed odrodzeniem się zmarłego jako „żywego trupa” – upiora prześladującego żywych.
(…)

Oczywiście rodzą się pytania – skąd wzięły się religie, dlaczego człowiek wierzy w bogów i po co mu ta wiara?
Wydaje się, ża na te pytania, na które do tej pory starali się szukać odpowiedzi teolodzy, etnolodzy, filozofowie, socjologowie i psycholodzy, odpowie niedługo neurologia. W trakcie najnowszych badań tomograficznych elektrycznej aktywności mózgów ludzi chorych na lekkie stany epileptyczne, ludzi podczas medytowania czy głębokiej modlitwy, znaleziono w nim region odpowiedzialny za mistyczne przeżycia, który został nazwany „boskim modułem”. W regionie tym znajduje się mechanizm autocenzury, który filtruje masę docierających do mózgu sygnałów. Filtr działa w oparciu o zasadę, że to nie może być, ponieważ nie jest możliwym, aby się wydarzyło. U niektórych osób filtr ten nie działa lub działa słabiej. Efektem tego jest ich duża kreatywność, podatność na wizje i olśnienia. Własne fantazje odbierane są wtedy przez mózg jako rzeczywistość i tak rejestrowane przez świadomość i zapamiętywane. Mechanizm autocenzury daje się też wyłączyć przy pomocy narkotyków lub środków halucynogennych. Niekiedy w przypadku chorób mózgu, region ten zostaje trwale uszkodzony, tak, że osoby z tą wadą nawiedzane są nieustająco przez wizje religijne.

Dlaczego bogowie wszystkich religii posiadają moc nadprzyrodzoną, dlaczego wszystkie religie tłumaczą kosmos i istniejące życie przy pomocy podobnych mitów oraz dlaczego rdzeniem ich wszystkich jest wiara w życie pozagrobowe niezależnej od ziemskiego ciała „duszy”? Wszystkim religiom towarzyszą zdumiewająco podobne lub identyczne rytuały w których przy pomocy muzyki, medytacji lub modlitwy dąży się do osiągnięcia stanów ekstazy i podświadomości. Na ziemi nie istnieje jakakolwiek religia w której nie składałoby się bogu lub bóstwu ofiar i darów. We wszystich religiach wszystkich narodów, plemion i grup etnicznych istnieje rytuał inicjacji dzieci w świat dorosłych. Wszystkie religie mają w sobie jeden wspóly mianownik, przy pomocy religijnie motywowanych tabu trzymana jest w ryzach wspólność plemienna lub narodowa.

Skąd ta jednolitość ? Czyżbyśmy byli genetycznie zaprogramowani na wymyślenie sobie boga?

Gdzie narodził się pierwszy bóg? Czy u pawianów które z przestrachem obserwują zachodzące słońce? Czy i boga odziedziczyliśmy po małpach?
Już homo erectus przed 370.000 laty wzniósł dziewięciometrowy krąg ofiarny z umiejscowioną w środku specjalnie spreparowaną i noszącą ślady kanibalizmu czaszką. Neandertalczycy i homo sapiens chowali swoich zmarłych już przed 50 tysiącami lat. Kto chowa zmarłych, szczególnie składając im do grobu różne przedmioty, wierzy w życie pozagrobowe, gdzie mu one będą potrzebne. Naukowcy twierdzą, że motorem tego wszystkiego jest 1500 g szarej masy naszego mózgu. To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga.

Religia byłaby więc wyrazem biologicznego fenomenu? Ale po co?

Da się to wytłumaczyć teorią ewolucji i adaptacji oraz wynikającymi z tego korzyściami dla małpy i homo. Natura selekcjonowała na drodze ewolucji jednostki z „boskim modułem”, zwiększając ich szanse na przeżycie. Teoria egzystencjonalna twierdzi natomiast, że gdy homo erectus, neandertalczyk oraz homo sapiens uświadomili sobie swoje istnienie, przerażeni perspektywą nicości po śmierci, stworzyli religię, dającą im nadzieję na życie pozagrobowe.

Tu rodzi się fundamentalne filozoficzne pytanie – jak istota poddana nieubłagalnym prawom natury może stworzyć teorię religijną, będącą totalną negacją tych praw. Na to pytanie odpowiedzią jest właśnie ten odkryty areał mózgu. Dlaczego jednak natura na drodze ewolucji wytworzyła u nas ten moduł i nagrodziła jego posiadaczy szansą przeżycia we wrogim nam środowisku?
Zwierzęta kierują się instynktami. Człowiek na drodze ewolucji utracił zdolność instynktownego funkcjonowania lub zredukowana ona została u niego do stanów szczątkowych. Grupa całkowicie pozbawionych instyktu indywidualistów skazana byłaby na rychłą zagładę. Aby przeżyć musiała kierować się pewnymi normami i zasadami. Instynkt musiał być czymś zastąpiony i tutaj funkcje te przejęła religia. W tym celu matka natura na drodze ewolucji stworzyła areały mózgu zdolne do przeżywania olśnień i przeżyć religijnych. Osoby szczególnie nimi obdarzone tworzyły religie, które swoimi tabu wykształcały systemy norm spajające grupę. Obecnie religijnie motywowane tabu przejęły kodeksy oraz zbiory różnych przepisów.

Czy życzymy sobie totalnego zwycięstwa nauki nad religią? Czy religia stała się zbędna?  Ci, u których pewne regiony w mózgu działają bez „filtra”, niech dalej będą prorokami, kapłanami, wierzącymi lub bigotami, innym, tym z „filtrem”, pozwólmy pozostać sceptykami lub ateistami.

Niebezpieczeństwo zagrozi nam dopiero wtedy, gdy, w przyszłości, na ziemi, władzę dyktatorską obejmie jedna z tych dwu frakcji i na drodze genetycznych manipulacji będzie starała się ujednolicić nasze mózgi lub całkowicie nas ich pozbawić.

Sjamanen_shamanic_teachingsShamans from several cultures at Shamanic Teachings in the Netherlands. Shamans are (from left to right): Ayako Goh from Singapore, Haka-teacher Klaus Wintersteller, Maori matakite Wai Turoa Morgan, Jewish Orna Ralston, Aztec indian Nopaltzin, Siberian shaman Ahamkara, Afro-Cuban sangoma Elliott Rivera, North-American chief and medicinman Dancing Thunder
Wikipedia Commons

***
Literatura:
– Basilov W. N. „Sibirische Schamanen, Auserwählte der Geister”, Berlin 2004
– Hoppál M. „Das Buch der Schamanen, Europa und Asien”, Luzern, Schweiz, 2002
– Novik E. S. „Ritual und Folklore im sibirischen Schamanismus”, Hamburg 1989
– Wikipedia.pl, 2006
– Grolle J. „Hotline zum Himmel”, „Der Spiegel”21/2002, Hamburg

W Buchałowie

Katarzyna Kulikowska

W Buchałowie

Na podwórku mojej babci pies Misiu
Maciek i Piotrek wchodzą po orzechu
Na dach szopy
Babcia w chustce na głowie idzie z
Koszem ziemniaków do domu
Dziadek w kapocie i gumofilcach zbiera
Drewno na opał
Agnieszka bawi się w piaskownicy
Ja stoję przy szopie i patrzę na braci
Idę do domu
Wracam
Maciek i Piotrek mają orzechy we włosach
Ziemniaki babci skaczą po podwórku
Drażniąc się z kurami
W gumofilcu dziadka zamieszkał gołąb
Agnieszka szuka w piasku dzieciństwa

szkic babci i dziadkaKatarzyna Kulikowska, Szkic Babci i Dziadka

Mama

Moja mama jest pełna kwitnącej łąki
Leci ważka wprost do kołyski
Biedronka huśta się na trawie
Konik polny skacze
Mama każdego dnia daje mi kawałek łąki
Siejąc we mnie wiosnę.

szkic mamy

 

Katarzyna Kulikowska, Szkic Mamy

Kołysanka dla babci

Dobranoc babciu
Patrz sen rozchyla się przed Tobą
Niczym lilia wodna
Połóż się na jej płatkach
Przepłyń przez batik światła
Tam gdzie drgają gałęzie cieni
Pośrodku nocy — stawu lilia rozkwita
Świt.

Natchnienie

Natchnienie wchodzi po schodach
do domu kultury
pyta: Czy tu piszą wiersze ?
rozmawia z poetami o
wiersza szeleście
zastanawia się chwile
i znika

Rozmowa

Jeż mówi do kota:
– Mam pancerz z kolców.
Na kolcach noszę jabłko niezgody.
Weź, podziel się ze mną niezgodą.
Niech będzie między nami wojna.
Bądźmy żołnierzami na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Kot odpowiada:
– Nie, dziękuje, jabłek nie jadam.
Wyciągam łapę na zgodę.
Niech będzie między nami pokój.
Bądźmy braćmi na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Przyjaciele

Przyjaciółka mówi do przyjaciela:
– Jesteś tak daleko, jakby po drugiej stronie przepaści.
Most z podanych sobie dłoni złamał się.
Za kruchy na naszą integrację.
Nie mogę zrobić kroku.
Przepaść niczym paszcza smoka chce mnie pożreć.
Przyjaciel odpowiada:
Jestem tak blisko.
Przekraczam swoją przestrzeń.
Nie chcę wchodzić na teren twojej niewinności
niczym człowiek na nieskażoną ziemię.
Podeptać trawę butem mojej obecności.
Przyjaciółka:
– Ta ziemia jest bezludna wyspą.
Zamieszkaj tu.
Niech będzie środkiem świata.
Przyjaciel:
– Smok śpi, zamyka przepaść.
Chodź do mnie.

Biały pokój

Postać w bieli pochyla się nad fotelem
Przerażony fotel krzyczy
zastygając w osłupieniu niczym rzeźba
z kamienia

Elf

Dziewczyna była pełna
zielonych słów i uśmiechów
Myśli dziewczyny były piórami
Lekko tańczyły spadając na
ziemię
Wokół unosił się zapach różanego
kłamstwa
Była elfem
Ktoś powiedział – To nie bajka
Została zielonym wiatrem