und was nun?

johanna

tanja ist ein geburtstagsgeschenk kaufen gegangen.
hat ihr porte-monnaie vergessen.
ich habe ihr das porte-monnaie aus dem fenster runtergeworfen.
es ist im baum gelandet.
wir haben zwei besen zusammengeklebt – zu kurz.
wir haben zwei besen an eine leiter geklebt – zu kurz.
ich in die wohnung der russischen s-m-puffmutter
die wohnung wird gerade seit 4 monaten zu einem luxus-loft umgebaut.
ein mann kommt mit hoch guckt, versucht was, geht nicht.
“er muss nachdenken”.
5 min später kommt er wieder hoch und baut aus holzleisten ein 4meter-holz-teleskop und mit grossem geschick befreit er das porte-monnaie aus dem baum.
als dank will ich ihm einen sekt schenken.
er sagt nein danke.
wir sprechen ein mix aus polnisch und ukrainisch.
beim gehen schaut er zu dem sekt: “und wenn wir ihn zusammen trinken?”
höflich will ich sein, “vielleicht” sage ich. oder “vielleicht schenkt er ihn auch jemandem” füge ich vorsichtshalber hinzu.
er nimmt ihn. ich freue mich.
5 min später klingelt es an der tür.
herr alex ist da, steht im dunklen treppenhaus, gibt mir eine visitenkarte –
er sagt etwas was ich nicht verstehe, ich wiederhole, wiederhole, endlich verstehe ich:
ah! er würde sich sehr freuen! ich bedanke mich höflich.
er geht davon.
ich schaue auf die visitenkarte:
auf der hinterseite einer bau-unternehmer-adresse,
mit bleistift, sein name, handynummer, adresse,
und … “20:00”
nun blutet mir das herz wenn ich mir vorstelle, dass alex abakaev aus der ukraine, in einer kahlen wohnung in der see-strasse, heute abend um acht auf eine polin warten, die nie kommen wird…

Polskie ulice / Polnische Strassennamen

Viele Wochen sammelten Tomasz Fetzki und ich die polnischen Strassennamen in Berlin; dann gesellte sich noch der Hans-Jürgen Moder zu uns. Ursprünglich nahmen wir an, dass derjenige, der behauptet hatte, in Berlin gebe es 93 polnische Strassennamen, recht hat. Hat er nicht. Wir sind schon bei mehr als 150 und es ist sicher nicht das Ende der Geschichte. Sucht weiter und schickt die neuen Namen uns zu… Oder korrigiert das, was wir geschrieben / gefunden haben!

Achtung: Rote Strassennamen wurden von den Leser schon nach der Veröffentlichung dieses Beitrags  zugeschickt

Przez wiele tygodni Tomasz Fetzki i ja zbieraliśmy polskie nazwy ulic w Berlinie. Potem dołączył do nas jeszcze Hans-Jürgen Moder. Gdzieś znalazłam informację, że w Berlinie są 93 ulice z polskimi nazwami. Jest ich jednak znacznie więcej. Obecnie nasz rejestr obejmuje ponad 150 polskich nazw, a to na pewno nie koniec. Szukajcie i przysyłajcie… Ale poprawiajcie też błędy, bo na pewno nie wszystko spisaliśmy jak należy…

Uwaga: Czerwone nazwy ulic dosłali Czytelnicy już po publikacji tego wpisu 

Aktualnie / Momentan 158 Namen / nazw ulic

***
Städte / Miasta

BACHWITZER (BACHOWITZER) STRASSE / ULICA WIELOŁĘCKA

BAUERWITZER STRASSE / ULICA BABOROWSKA

BENTSCHENER WEG / ULICA ZBĄSZYŃSKA

BERUNER STRASSE / ULICA BIERUŃSKA (Bieruń Stary/Bieruń Nowy k. Katowic)

BICHOFSTALER STRASSE / ULICA UJAZDOWSKA (Ujazd Śląski)

BIRNBAUMER STRASSE / ULICA MIĘDZYCHODZKA

BISMARCKFELDER STRASSE / ULICA ŚWINIARSKA

BLÜTENAUER STRASSE / ULICA KWIECISZEWSKA

BOSCHPOLER PLATZ, STRASSE / ULICA BOŻOPOLSKA (Bożepole Wielkie, Bożepole Małe)

BRACHFELDER STRASSE / ULICA PANIGRÓDZKA

BRACHLINER STRASSE / ULICA ZBRACHLIŃSKA

BRANDORFER WEG / ULICA PRZYPROSTYŃSKA

BREITENFELDER STRASSE / ULICA PRZYBOROWSKA

BRESLAUER PLATZ/ PLAC WROCŁAWSKI 2 x

BRIESENER WEG /  ULICA WĄBRZEŹNIEŃSKA

BRODAUER STRASSE / ULICA BRODOWSKA

BUCHENHAINER STRASSE / ULICA BOGUNIEWSKA

BUDSINER STRASSE / ULICA BUDZYŃSKA

BÜTOWER STRASSE / ULICA BYTOWSKA

BUSCHINER STRASSE / ULICA BUŚNIEŃSKA

CROSSENER STRASSE / ULICA KROŚNIEŃSKA

CZARNIKAUER STRASSE / ULICA CZARNKOWSKA

DANZIGER STRASSE / ULICA GDAŃSKA

DAMERAUER ALLEE /ALEJA DĄBROWSKA (Dąbrowa k. Malborka)

DEBENZER STRASSE / ULICA DĘBIENIECKA

DIRSCHAUER STRASSE / ULICA TCZEWSKA 2x

DEUTSCHHOFFER ALLEE – ALEJA NAMYŚLACKA (Namyślaki)

DOLGIZERSTRASSE / ULICA DŁUŻKOWSKA

DOMNAUER STRASSE / ULICA DOMNOWSKA

DRAMBURGER STRASSE / ULICA DRAWSKA

DRAUSNITZER STRASSE / ULICA DROŹDZIENICKA

DRENZIGER ZEILE / ZAUŁEK DRZEŃSKI

DRIESENER STRASSE / ULICA DREZDENKOWSKA (Drezdenko)

DROSSENER STRASSE / ULICA OŚNIEŃSKA (Ośno Lubuskie)

DRUSCHIENER STRASSE / ULICA DRUŻYNIAŃSKA (Drużyny)

ERNSTRODER STRASSE / ULICA PIGŻAŃSKA

FEUERSTEINER STRASSE / ULICA KRZEMIENIEWSKA

FINKELWALDER WEG / ULICA ZDROJOWA (Szczecin-Zdroje)

FORDONER STRASSE / ULICA FORDOŃSKA

GEMBITZER STRASSE / ULICA GĘBICKA

GERZLOWER STRASSE / ULICA JAROSŁAWSKA

GLADAUER STRASSE / ULICA GŁODOWSKA

GLATZER STRASSE / ULICA KŁODZKA

GLEIWITZERSTRASSE/ ULICA GLIWICKA

GLOGAUER STRASSE / ULICA GŁOGOWSKA

GOLDAPER STRASSE / ULICA GOŁDAPSKA

GRAUDENZER STRASSE / ULICA GRUDZIĄDZKA

GROTTKAUER STRASSE / ULICA GRODKOWSKA (Grodków)

GÜLZOWER STRASSE / ULICA GOŁCZEWSKA

GRÜNBERGER STRASSE / ULICA ZIELONOGÓRSKA 2x

HEDWIGSKIRCHGASSE – ZAUŁEK KOŁO KATEDRY ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA KSIĘŻNICZKI JADWIGI POLSKIEJ

HERTWIGSWALDER STEIG / DRÒŻKA DOBOSZOWICKA (Doboszowice, pow. Ząbkowice Śl.)

KADINER STRASSE / ULICA KADYŃSKA

KALISCHER STRASSE / ULICA KALISKA

KAMENZER DAMM / TRAKT KAMIENIECKI (Kamieniec Ząbkowicki)

KAMMINER STRASSE / ULICA KAMIEŃSKA (Kamień Pomorski)

KARWITZER PFAD /KARWICKA ŚCIEŻKA

KATTOWITZER STRASSE / ULICA KATOWICKA

KÖSLINER STRASSE / ULICA KOSZALIŃSKA

KOLBERGER STRASSE & PLATZ / ULICA KOŁOBRZESKA i PLAC 3x

KÖNIGSHÜTTER WEG / ULICA CHORZOWSKA

KONITZER STRASSE / ULICA CHOJNICKA

KUDOWASTRASSE & KOLONIE PAUSBORN-KUDOWA / ULICA KUDOWSKA & OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PAUSBORN-KUDOWA”

KÜLZER STRASSE / ULICA KULICKA

KULMER STRASSE / ULICA CHEŁMNIŃSKA

KULMSEESTRASSE / ULICA JEZIORA CHEŁMŻAŃSKIEGO

LANDSBERGER STRASSE/ ULICA GORZOWSKA

LAPPINER PLATZ/STRASSE / ULICA ŁAPIŃSKA

LIEGNITZER STRASSE/ ULICA LEGNICKA

LISSAER STRASSE / ULICA LESZNIEŃSKA

MARIENBURGER STRASSE / ULICA MALBORSKA

MIELTSCHINER WEG/ ULICA MIELŻYŃSKA

MÜHLTALER STRASSE / ULICA SMUKAŁOWSKA (Bydgoszcz-Smukała)

MÜNSTERBERGER WEG / DROGA ZIĘBICKA (Ziębice, pow. Ząbkowice Śl.)

MÜNSTERWALDER STRASSE / ULICA OPALENIEWSKA (Opalenie k. Kwidzyna)

MYSLOWITZER STRASSE / ULICA MYSŁOWICKA 2x

NEUDAMMER STRASSE / ULICA DĘBNIEŃSKA (Dębno koło Myśliborza)

NEUFAHRWASSERWEG / ULICZKA NOWY PORT

NITZWALDER STRASSE / ULICA NICWALDZKA

OHLAUERSTRASSE/ ULICA OŁAWSKA

OLIVAER PLATZ / PLAC OLIWSKI

OPPELNERSTRASSE/ ULICA OPOLSKA

PÖLITZER STRASSE / ULICA POLICKA (Police k. Szczecina)

POLLNOWER STRASSE / ULICA POLANOWSKA

PROSKAUERSTRASSE / ULICA PRÓSZKOWSKA

RATIBORSTRASSE/ ULICA RACIBORSKA

RIDBACHER STRASSE / ULICA RZECKA (Rzeck, gmina Mrągowo)

ROGAUER WEG / ULICA ROGOWSKA (Rogów Opolski)

RÜGENWALDER WEG /  DROGA DARŁOWSKA

SAGANERSTRASSE/ ULICA ŻAGAŃSKA

SANDOWITZER PLATZ / PLAC ZEDOWICKI

SCHLAWER STRASSE / ULICA SŁAWIEŃSKA

SCHLOCHAUER STRASSE / ULICA CZŁUCHOWSKA

SCHRODAER STRASSE / ULICA ŚREDZKA (Środa Wielkopolska)

SCHWIEBUSER STRASSE / ULICA ŚWIEBODZIŃSKA

SORAUERSTRASSE/ ULICA ŻARSKA

STADER STRASSE / ULICA WIELISTOWSKA

STEPNITZER WEG /  DROGA STEPNICKA (Stepnica, pow. Goleniów)

STETTINER BAHNHOF & STRASSE / DWORZEC SZCZECIŃSKI & ULICA

STREHLENER STRASSE / ULICA STRZELIŃSKA (Strzelin)

STRIEGAUER STRASSE / ULICA STRZEGOMSKA

THORNER STRASSE / ULICA TORUŃSKA

TYCHYER STRASSE / ULICA TYSKA

WALDENBURGER STRASSE / ULICA WAŁBRZYCHSKA

WAPLITZER STRASSE / ULICA WAPLEWSKA (Waplewo)

WARSCHAUERSTRASSE/ ULICA WARSZAWSKA

WEISSENHÖHER STRASSE / ULICA BIAŁOŚLIWIŃSKA

WILHELMSBRÜCKER STRASSE / ULICA PODZAMCZE (dzielnica Wieruszowa k. Kalisza)

WONGROWITZER WEG / ULICZKA WĄGROWIECKA

ZOPPOTTER STRASSE & ZOPPOTER WEG / ULICA SOPOCKA & DROGA SOPOCKA

ZÜLLICHAUER STRASSE / ULICA SULECHOWSKA

Doppelte Stadtnamen an der Grenze / Podwójne nazwy miast granicznych

GUBENER STRASSE / ULICA GUBIŃSKA /GUBEŃSKA

GÖRLITZER STRASSE / ULICA GÖRLICKA /ZGORZELECKA 3 x

KÜSTRINER STRASSE / ULICA KOSTRZYŃSKA / KUESTRIŃSKA 2 x

Landschaften, Berge, Flüsse / Krainy, góry, rzeki

BESKIDENSTRASSE / ULICA BESKIDZKA

BOBERSTRASSE / ULICA BOBRZAŃSKA

BORUSSIASTRASSE & KOLONIE BORUSSIA / ULICA PRUSKA i OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PRUSY”

NEISSE STRASSE / ULICA NYSKA

NETZESTRASSE / ULICA NOTECKA

NOGATSTRASSE / ULICA NOGATU

ODERSTRASSE / ULICA ODRZAŃSKA

POMMERSCHE STRASSE / ULICA POMORSKA

SCHLESISCHESTRASSE – BRÜCKE – BUSCH – TOR/ ULICA – MOST – ZAGAJNIK – BRAMA ŚLĄSKA

VOR DEM SCHLESISCHEN TOR / PRZED BRAMĄ ŚLĄSKĄ

WARTHESTRASSE (PLATZ) / ULICA (PLAC) WARCIAŃSKA

WEICHSELSTRASSE / ULICA WIŚLANA

Menschen / Ludzie

AM BALTENRING / OBWODNICA BAŁTYCKA (Bałtowie)

CHOPIN STRASSE

CHODOWIECKI STRASSE / ULICA CHODOWIECKIEGO

GOTZKOWSKY STRASSE / ULICA GOCKOWSKIEGO 2x

MARIE-CURIE-ALLEE / ALEJA MARIE CURIE (SKŁODOWSKIEJ)

JABLONSKI STRASSE / ULICA JABŁOŃSKIEGO

JANUSZ KORCZAK STRASSE

KOPERNIKUSSTRASSE / ULICA KOPERNIKA 2x

POMMERNALLEE / ALEJA POMORZAN

ROSA-LUXEMBURG-PLATZ & STRASSE / ULICA & PLAC RÓŻY LUKSEMBURG 2x

OSTROWSKI STRASSE / ULICA OSTROWSKIEGO

Sonstiges / Inne

ESPERANTOPLATZ / PLAC ESPERANTO

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Varsaviana – Szwedzi wciąż w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedi-kadr

Kadr z filmu „Szwedzi w Warszawie”, w reżyserii Włodzimierza Gołaszewskiego. 1991 r.

Jest rok – 1656 i Szwedzi zajmują Warszawę. Wyniszczenie finansowe miasta, grabieże, awantury, rozboje, gwałty – to od 11 miesięcy codzienność warszawiaków.

Oblężenie Warszawy 1656 rok

Wobec bezskutecznych negocjacji ze stroną szwedzką, król Jan Kazimierz zdecydował się na militarne zdobycie miasta i rozpoczęło się oblężenie.

A co się działo zanim do tego doszło?

Warto pamiętać, że walki między armią: szwedzko-branderburską i polsko-litewską rozgrywały się na rozległych terenach, które obecnie należą do Warszawy czyli na Pradze, Kamionku, Skaryszewie, Tarchominie, Żeraniu, Brudnie a także na Bemowie – ale w 17 wieku – to jeszcze nie była Warszawa.

Aby umożliwić komunikację między prawym a lewym brzegiem, z rozkazu króla zostały wybudowane mosty łodziowe, których wyloty znajdowały się w okolicach Solca oraz Cytadeli. Podczas przejścia wojsk koronnych doszło do starć ze szwajcarskimi rajtarami, mimo wszystko jednak straty nie były duże i żołnierze znaleźli się na lewym brzegu prężni i gotowi do walki. Król pozostał pod Warszawą i stamtąd dowodził zdobywaniem miasta.

szwedi-mury

Mury obronne. Fot. Anna Dobrzyńska

Wówczas po raz pierwszy w historii swą rolę odegrały mury obronne. Niestety to Polakom przypadło się z nimi zmierzyć. Niestety – ponieważ były bardzo masywne, podwójne, ceglane. Wstępu do miasta broniły trzy bramy oraz barbakan, który był twierdzą samą w sobie, w praktyce nie do zdobycia. Mury dodatkowo były wzmocnione przez Szwedów, rowami, palami oraz kobyliniami – czyli zaostrzonymi pniami z gałęźmi. Dodatkowo kościoły znajdujące się w pobliżu murów zostały przez okupanta umocnione i zamienione w twierdze – między innymi kościół Św. Jacka i kościół Św. Ducha. A budynki, których nie sfortyfikowano – spalono – w celu ułatwienia odparcia ataku. I tak wypaleniu uległy ulice: Freta, Mostowa, Długa, Senatorska, a także część Krakowskiego Przedmieścia i całe Nowe Miasto. Wyburzanie zabudowy – to znana taktyka obronna, która dzięki uzyskaniu otwartej przestrzeni umożliwia strzelanie do atakujących jak do przysłowiowych – kaczek, a Warszawa, poprzez zastosowanie tej taktyki jeszcze nie raz ucierpi.

Polacy zdobywali Warszawę w czterech podejściach i dopiero za ostatnim razem szturm był skuteczny, dzięki specjalnie sprowadzonym ciężkim działom oblężniczym.

Wojska koronne weszły do miasta, zdobywając Bramę Nowomiejską oraz Krakowską. Barbakanu – król Jan Kazimierz nawet nie próbował zdobywać, znając jego wspaniałą, obronną konstrukcję. Sprzymierzeńcem Polaków było wycieńczenie odciętych od świata Szwedów, a także zaraza rozprzestrzeniająca się w obrębie murów. Najcięższe walki miały miejsce od strony południowej czyli w okolicach kolumny Zygmunta.

Wobec zdobycia miasta, rezydujący na zamku Arvid Wittenberg – feldmarszałek szwedzki, dowodzący obroną Warszawy, nie miał innej możliwości jak – skapitulować. I tu walki powinny się były zakończyć – jednakże walczący ochotnicy ale także regularne wojsko polskie było tak nastawione na łupy wojenne, że dopiero królewski datek w wysokości 40 tysięcy złotych – powstrzymał wojaków od walk… ale nie wszystkich i nie od razu…

szwedi-zam-ujaz

Zamek Ujazdowski, fot. Anna Dobrzyńska

Niestety Polakom nie udało się tego zwycięstwa umocnić. 3 sierpnia król Karol Gustaw zajął Zamek Ujazdowski i miasto znów znalazło się w rękach szwedzkich. Dwukrotni zdobywcy Warszawy, właśnie w tym momencie rozpoczęli grabieże na masową skalę. Zmusili mieszczan do pomocy w pakowaniu łupów, grożąc konfiskatą majątku prywatnego. Z Zamku Królewskiego wywieziono między innymi dwieście obrazów, plafony z pięciu sal zamkowych, królewskie srebra i trzydzieści trzy arrasy.

Mimo iż ponownie zajęli Warszawę, Szwedzi czuli, że ich pozycja słabnie. Wojny bowiem toczyły się całym terenie Królestwa Polskiego. 1 września wycofali się z Warszawy. Nie zrobili tego jednak – „po angielsku”. Przeciwnie – do ostatniej chwili ładowali na barki liczne dzieła sztuki, księgi, zabytki, w tym jaspisowe kolumny z ogrodu królewskiego, malowidła Tomasza Dalabelli pokazujące koronację króla Zygmunta III i wiele innych. …Grabili tak dużo, w takim pośpiechu i z taką zachłannością, że przeciążone barki często …tonęły… Opuszczając Warszawę Szwedzi spalili to co jeszcze pozostało nie spalone na Krakowskim Przedmieściu, a także wysadzili Bramę Krakowską. Mieli jeszcze w planach całkowite wysadzenie murów obronnych i kolumny Zygmunta, ale na szczęście magistrat miasta wyprosił u Karola Gustawa, by tego nie robili i król Szwecji się ulitował.

Jaki był dalszy los Szwedów?

Musieli zostawić te kosztowności, które przygotowali do zabrania, zobowiązać się, że oddadzą, to co złupili i …powrócić do Szwecji.

Warszawa została jeszcze raz zajęta przez Szwedów podczas III i ostatniej wojny północnej. Na szczęście i tę okupację udało się pokonać.

I tak wyglądał burzliwy lecz na szczęście „mało-powtarzalny” – motyw „szwedzkiej okupacji Warszawy”.

szwedi-grob

Jedyny grób w Warszawie, który zachował się z czasu „Potopu”.
Inskrypcja głosi: „Bogurodzica…Pamięci poległych w bitwie w obronie Warszawy ze Szwedami rp. 1656, którzy tu spoczywają w Panu”. Grób znajduje się na przykościelnym cmentarzu, przy Konkatedrze Matki Boskiej Zwycięskiej w Warszawie. Fot. Anna Dobrzyńska

Kresy. Powiązania 2.

Andrzej Rejman

Wątek białoruski

Matka mojej babci Małgorzaty (później adoptowanej przez małżeństwo Rodziewiczów – patrz TU), Paulina Szklennik, miała dwie siostry i brata.

1_z_lewej_Maria_Gabriela_Karol_Paulina_Szklennikzdjęcie z ok 1870 roku- od lewej: Maria, Gabriela, Karol i Paulina Szklennikowie (ze zbiorów rodzinnych)

Jedna z jej sióstr – Gabriela Szklennik wyszła za mąż za Franciszka Bohuszewicza.

Kim był Franciszek Bohuszewicz?
Gdybyśmy to pytanie zadali dziś uczniom w dowolnej szkole na Białorusi – niewątpliwie odpowiedzieliby bez trudu i bez wahania.

Bohuszewicz jest bowiem postacią dobrze znaną na Białorusi i choć niektóre źródła utrzymują, że sam uważał się za Polaka, jednak wiadomo, że pisał głównie po białorusku, i to często w łacińskiej transkrypcji tego języka, będąc prekursorem takiego zapisu.

Życie i działalność Franciszka Bohuszewicza jest wiąże się z czasami w których żył i z miejscacmi na pograniczu przenikających się kultur narodów – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Litwinów.

2_Franciszek_BohuszewiczFranciszek Bohuszewicz, zdjęcie z lat 1880 (ze zbiorów rodzinnych – A. Rejman/M.Pretkiel).
Na odwrocie napis:
“Roku 1896 d. 3 grudnia, Julii i Gabrysiowi Rodziewiczom – Fr. Bohuszewicz, Wilno”
Dopisek: mąż Gabrielli – siostry Pauliny Szklennik – ojciec Tomasza, architekta, który wypadł z pociągu)

Bohuszewicz miał z Gabrielą Szklennik pięcioro dzieci. Jednym z nich był syn Tomasz – który zginął nieszczęśliwie w roku 1929.

Znalazłem wpis mojej babci Małgorzaty o tym fakcie w “Kalendarzu Marjańskim” z 1929 roku, w którym notowała codziennie ważne wydarzenia.

22 lutego 1929 roku – ” Zmarł śmiercią tragiczną Tom Bohuszewicz! Wracał z Warszawy od d-ra Wojnowskiego i wypadł z pociągu 1/2 km od stacji Marcińkańce na drodze do Wilna” – prawdopodobnie jest to jedyne źródło historyczne tak precyzyjnie o tym fakcie zaświadczające.

2b_Kalendarz_Marjanski2xKalendarz Marjański z 1929 roku – Małgorzata Hrebnicka – notatki dzienne

Znalazłem też wspomnienie potomków Fr. Bohuszewicza, którzy mieszkali na Pomorzu:

Tomasz Bohuszewicz, syn Franciszka i Gabrieli zmarł w lutym 1929 r. Osierocił trzy córki: Stanisławę, Gabrielę i Konstancję, …potem latem zmarła jego matka Gabriela z d. Szklionnik (Szklennik, przyp. mój), kobieta wszechstronnie uzdolniona. Władała kilkoma językami w tym niemieckim, angielskim, włoskim. Była strażniczką rodowej tradycji, lubiła muzykę, zresztą sama grała na fortepianie. Głównie ulubione utwory męża. Nosiła stale przy sobie klucze do tajemniczego kuferka. Wszyscy myśleli, że przechowuje tam jakieś skarby. Po latach okazało się, że były to listy od przyjaciół, między innymi od Elizy Orzeszkowej, a także ważne dla rodziny dokumenty, z których najcenniejsze posiadały podpisy króla Stanisława Augusta. W kuferku były też rękopisy jej męża, Franciszka Bohuszewicza. Dzięki niemu, gdyż był on powstańcem styczniowym, otrzymywała od „Związku Powstańców 1863 r.” niewielka pensję. Razem z córką Konstancją opiekowała się dziećmi syna. Tomasz Bohuszewicz ożenił się ponownie z Marią Piwnicką. Po jego śmierci druga żona wstąpiła do zakonu, zmarła w 1970 r. w Bochni.

(źródło – http://www.choszczno.info.pl/2009/01/05/roscin-rodzina-poety.html)

“Nie pakidajcież mowy
naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”.

(F. Bahuszevič)

“A-a-a, luli – luli,
Usie dzietki pasnuli.
Tolki adzin Franuś nie spić, nie hulaja,
Z katkom razmaulaja,

A ty, katok, nie burczy,
A ty, Franuś, spi, mauczy.
A ty, katok, won-won:
Na Franusia – son-son…”

(Ze świrańskiej kołysanki)

3_z_prawej_Kazimiera_Woyczynska_z_d_Szklennik_Paulina_Sz

Siedzą: po prawej Kazimiera Woyczyńska z d. Szklennik, obok Paulina Szklennik matka Małgorzaty
potem
Doktorowicz-Hrebnickiej, i Gabriela Szklennik żona Franiciszka Bohuszewicza.

Słusznie powiadają: “Tam strona rodzinna, gdzie matka narodziła”. F. Bohuszewicz jako prawdziwy chrześcijanin odczuwał tę prawdę i mocno jej przestrzegał.

Franciszek Bohuszewicz lub Boguszewicz (biał. Францішак Бенядзікт Багушэвіч, Franciszak Bieniadzikt Bahuszewicz; ur. 21 marca 1840 w folwarku Świrany, w powiecie wileńskim, guberni wileńskiej, zm. 28 kwietnia 1900 w Kuszlanach) – białoruski i polski pisarz, poeta, adwokat, uczestnik powstania styczniowego. Zapoczątkował nurt realizmu krytycznego w literaturze białoruskiej, w twórczości inspirował się folklorem białoruskim.

Franciszek Bohuszewicz został ochrzczony w kościele w Rukojniach, zachował się o tym zapis w księgach kościelnych.

W 1846 roku rodzina Bohuszewiczów przeniosła się do folwarku Kuszlany na Oszmiańszczyźnie. Franciszek spędził tu dzieciństwo, zbliżył się do wiejskich dzieci, ujrzał piękno miejscowej przyrody, zapoznał się z życiem ludu.

Bohuszewicz ukończył w 1861 roku gimnazjum w Wilnie i w tym samym roku wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego. W rodzinie Bohuszewiczów, jak i wśród większości szlachty, wiele uwagi poświęcano nauce języków. Prócz “tutejszej mowy”, czyli języka białoruskiego, w którym rozmawiał zwykły lud, w rodzinie używano języka francuskiego, nie mówiąc już o polskim. Biblioteka domowa liczyła wiele powieści w języku francuskim, w tym utwory poety Pierre’a Jeana Berangera. Wszystko to następnie wpłynęło na kształtowanie się F. Bohuszewicza jako poety. Na przykład, jego kołysanka stanowiła naśladownictwo wiersza Pierre’a Berangera “Chrzciny Woltera”.

…W 1861 roku, gdy Bohuszewicz był na pierwszym roku studiów, władze carskie zniosły pańszczyznę. Ale reforma ta wcale nie przyniosła chłopom ulgi, jak też rozczarowała młodzież, jeśli chodzi o prawa demokratyczne.

Za udział w zamieszkach studenckich, skierowanych przeciwko caratowi, F. Bohuszewicz został wydalony z uniwersytetu. Wrócił on na Białoruś. We wsi Dociszki, w powiecie lidzkim, uczył dzieci. Tu zastał go wybuch Powstania Styczniowego 1863 roku, któremu tu przewodzili K. Kalinowski i Z. Sierakowski. Nauczyciele przyłączyli się do powstania i aktywnie uczestniczyli w walce przeciwko caratowi. Podczas bitwy z wojskiem rosyjskim w Lasach Augustowskich Bohuszewicz został ranny. Od śmierci uratowali go włościanie.

Po stłumieniu powstania przyjaciele z Wilna i Petersburga uratowali go przed zesłaniem na Sybir. Bohuszewicz opuścił strony rodzinne i udał się na Ukrainę, gdzie przy pomocy polskiego uczonego Jana Karłowicza w 1865 roku wstąpił do Nieżyńskiego Liceum Prawa. W ten sposób wydalony student, powstaniec i nauczyciel został studentem Liceum Prawniczego na Ukrainie.

Franciszek Bohuszewicz, który poszukiwał prawdy w studenckich rozruchach w Petersburgu, z bronią w ręku podczas powstania, teraz zaczął jej szukać w księgach prawniczych, w kanonach sprawiedliwości, ugruntowanych przez wieki przez Cezara w Rzymie, przez Napoleona, a na ziemi ojczystej w Statucie Litewsko-Białoruskim, który w rocznicę jego powstania został zniesiony dekretem cara Mikołaja I, kiedy w ogóle zakazano używania imienia Białoruś.

Następnie w przedmowie do Dudki białoruskiej napisał: “Może ktoś zapyta, gdzie jest teraz Białoruś?” Tam, bracia, jest ona, gdzie żyje nasza mowa: jest ona od Wilna do Mozyrza, od Witebska niemal do Czernihowa, gdzie Grodno, Mińsk, Mohylów, Wilno oraz wiele miasteczek i wsi…”

W 1868 roku Bohuszewicz zakończył naukę i od 1869 r. pracował w różnych instytucjach sądowych, głównie na Ukrainie. Chociaż w ciągu 20 lat pobytu poza ziemią ojczystą odwiedził też inne prowincje Rosji, pracował na ziemi briańskiej, wołogodzkiej. Najdłużej zatrzymał się jednak w mieście Konotop na Ukrainie, gdzie ponad 10 lat był śledczym sądowym.

Dopiero w 1884 roku, po ogłoszeniu amnestii dla uczestników powstania 1863 r., powraca do kraju, gdzie obejmuje stanowisko adwokata przy Wileńskim Sądzie Okręgowym. Powrócił na Ziemię Wileńską właśnie w Dniu Zwiastowania – 25 marca 1884 roku. Był to radosny powrót do stron rodzinnych, gdzie się urodził i uczył.

Ale niespełna po roku napisał do Jana Karłowicza: “Jakiś dziwny nastrój przygniata mnie: dopóki byłem daleko od stron rodzinnych i od swoich, chciałem niby zbawienia, być tutaj, a dzisiaj… Nie widzę swoich i szukam ich we wspomnieniach. Co to? Gdzie jest to, czego szukałem, gdzie te brzegi, do których nie będzie sięgać myśl. Skąd ten niezrozumiały nastrój duszy?… Powinno to oznaczać, że nie potrafię żyć rzeczywistością albo nie chcę do tego się przyznać!… Zawsze uświadamiałem sobie, a dziś się cieszę z tego przekonania, że nie chcę i nie zostanę egoistą… I dlaczego nie chcę się przystosować, zniknąć niczym kropla w morzu, a zanurzam się jak ostrygi w occie, w którym je spożywają? Tak, łaskawy panie, porzuciłem służbę, chociaż mnie nie wypędzano, a trzymano. Zrezygnowałem tam, chociaż z niewielkiego, ale pewnego kawałka chleba dla nieznanego losu tutaj. Wiem, że pod względem materialnym nie będzie mi tu najlepiej, po pierwsze, z powodu tego, że nigdy za tym nie uganiałem się, po drugie zaś, że nie mam skłonności pijawki, w które tak szczodrze są obdarzeni niektórzy adwokaci. Jednakże, żyć mogę i będę, bo muszę, mając żonę i dzieci”.

W takim nastroju był F. Bohuszewicz na samym początku 1885 roku, jak też w latach następnych. Dosłownie po trzech miesiącach opuścił Wilno i wyjechał do Rosji, gdzie dawano mu posadę prawnika.

Takie były jego nastroje wileńskie. Dlaczego tak się stało, że Wilno go nie zadowalało?

Przyczyn należało szukać w jego działalności adwokackiej. Zaczęto go nazywać adwokatem chłopskim, który w sądzie występował głównie w obronie uciskanych po reformie wieśniaków. Był on obrońcą ludowym i jego opinia budziła zaniepokojenie przełożonych. Dlatego w służbie awansował bardzo powoli, chociaż był człowiekiem o nieprzeciętnych zdolnościach oraz wysokich zaletach moralnych i obywatelskich. Dostrzegano w nim osobę niepewną względem istniejącego ustroju: z wielkim zaangażowaniem podejmował się spraw, dotyczących interesów zwykłych ludzi, chłopów.

Bohuszewicz cieszył się sławą ludowego orędownika, obrońcy. Chętnie podejmował się prowadzenia takich spraw, w których mógł dopomóc biednym i ciemiężonym ludziom, pisywał im podania. Ludzie szli do niego po radę i pomoc jak do swojego. Współcześni Bohuszewiczowi chłopi wspominali: “Był to dobry człowiek, bardzo dobry. Lubił nas, wieśniaków. Chętnie z nami rozmawiał po białorusku”.

Są świadectwa współczesnych mu ludzi, że był on nieprzekupny, gdy miał prowadzić sprawy znajomych ziemian i ci proponowali mułapówki.

Bohuszewicz przyznawał szczerze: “Nie lubię miasta. Zbyt wielka tam ciasnota i smród”. Mieszkając w Wilnie, starał się znaleźć wśród kamienic jakiś zielony zakątek. Po powrocie z Ukrainy upodobał sobie należący do lekarza Kozłowskiego przytulny drewniany domek z dziedzińczykiem przy ul. Końskiej. W sąsiedztwie był rynek. Dawniej sprzedawano tam siano, konie, więc nazywano go Końskim. Za czasów Bohuszewicza był to już rynek zbożowy. W tym okresie mieszkanie jego łatwo było rozpoznać, ponieważ, szczególnie w dni rynkowe, kręciło się tam wielu wieśniaków.

Sąsiedztwo z rynkiem pozwalało mu prowadzić różne obserwacje. Widział, jak z wieśniaków ściągano podatek tzw. “bramowy” albo “kopytkowy” i to budziło w nim wielkie oburzenie. Ale też spotykał tu furmanki spod Smorgoń i Kuszlan, co uspokajało jego serce i tęsknotę do stron rodzinnych.

Tematy do swych wierszy i opowiadań będzie czerpał z praktyki sądowej. Kiedy w 1887 roku zaczęto mówić w Wilnie o budowie torów tramwajowych, wówczas poeta żywo zareagował na tę wiadomość. Pisał on: “Wreszcie miejscowe władze ostatecznie zatwierdziły umowę z przedsiębiorcą w sprawie przeprowadzenia w Wilnie linii tramwajowej. Jak każda nowość w komunikacji fakt ten jest dodatni, jednakże są duże wątpliwości, czy tramwaj przyniesie miastu korzyści: uliczki są wąskie i kręte, więc nie wszędzie tramwaje mogą kursować. Wilno jest miastem niewielkim – od jednego krańca, na przykład od Żelaznego Mostu, do drugiego – Wilenki – można przejść w ciągu 16 minut. Niby dalej jest położone Zarzecze, ale ze śródmieściem łączy je tylko jeden most, więc linia tramwajowa nie jest w stanie skrócić tej odległości. W takich warunkach tramwaje przyniosą nam niewiele korzyści i udogodnień. Natomiast brak tego rodzaju komunikacji niezbyt jest odczuwalny. Za to tramwaje pozbawią kawałka chleba wielu dorożkarzy. Ale mieszczanie, którzy dotychczas chętnie zażywali krótkich spacerów, poniosą swe pieniądze do kieszeni przedsiębiorcy. Prócz tego, na ciasnych, krętych i pagórkowatych ulicach będzie wiele nieszczęśliwych wypadków! Na pewno będzie!”

Zapewne, podobne zdanie mieli o tramwajach również inni wilnianie, myśl bowiem F. Bohuszewicza była słuszna. W ten sposób miasto pozostało bez tramwajów do dnia dzisiejszego.

Franciszek Bohuszewicz był ściśle związany z twórczością Adama Mickiewicza. Dla niego – to nie tylko poeta polskojęzyczny. Uważał go za piewcę ziemi białoruskiej, wiedząc, jakie były źródła natchnienia i twórczości Mickiewicza.

Kiedy powstała kwestia uwiecznienia pamięci Adama Mickiewicza w związku ze stuleciem jego urodzin, F. Bohuszewicz od razu został członkiem komitetu jubileuszowego, który zawiązano latem 1897 roku z inicjatywy wileńskiego dziennikarza Lucjana Uziembły. Od pierwszych dni poeta przystąpił do zbiórki pieniędzy na budowę pomnika Adama Mickiewicza. Do tego komitetu wciągnął również Elizę Orzeszkową.

Latem 1897 roku F. Bohuszewicz zorganizował wyjazd do Kowna, gdzie po ukończeniu uniwersytetu dłuższy czas mieszkał Adam Mickiewicz. Z okazji jubileuszu chciał przejść się śladami ulubionego poety. W mieście pokazano mu gimnazjum, gdzie Mickiewicz był nauczycielem, źródełko na lewym brzegu rzeczki Girstupis, z której poeta częstował swych gości prawdziwą źródlaną wodą, mówiąc: “Pijcie, przyjaciele, niech wasze serca będą takie czyste jak woda z tego źródełka”. Bohuszewicz zajrzał też do kowieńskiego domku o niewielkich okienkach, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz. Przy migotliwym blaskuświec napisał on tu szereg swych wspaniałych utworów.

Z Kowna Bohuszewicz wrócił pełen nowych wrażeń i z zapałem zabrał się do dalszego zbierania pieniędzy na pomnik wielkiego poety. Ofiary składali nie tylko przedstawiciele inteligencji, ale też ludu. Co prawda, sumy nie były duże. Zebrano ogółem 4648 rubli. Bohuszewicz z wielką niecierpliwością czekał na odsłonięcie pomnika. W jego mieszkaniu, w domu Kozłowskiego, omawiano list od krakowskiego artysty Rusieckiego, który komunikował, że projekt pomnika jest już gotowy.

Ale wiosną 1898 roku Bohuszewicz zachorował i musiał z rodziną przenieść się z Wilna do Kuszlan na Białorusi. Tam nadal również interesował się losem pomnika. Ciągle miał nadzieję, że zdoła się wyleczyć i wziąć udział w jego odsłonięciu. Ale, niestety, uroczystość odbyła się bez niego, przy tym bardzo skromnie. W tym czasie bowiem władze carskie wystawiły pomnik Murawjowa-Wieszatiela i  przesłoniło to jubileusz Wieszcza.

Ale mimo wszystko, udało się, chociaż skromnie, uczcić 100-lecie Wielkiego Adama. Wszystko to mocno cieszyło F. Bohuszewicza.

Pomnik ten teraz znajduje się w tym samym kościele św. Jana, został on odnowiony z okazji 400-lecia Uniwersytetu Wileńskiego. W jego jasnoróżowym marmurze również teraz odczuwamy ciepło duszy naszego piewcy, Franciszka Bohuszewicza.

Tak, był on piewcą ludu, Białorusi, obrońcą języka białoruskiego.

Adam Mickiewicz w swych wykładach, które wygłaszał w Paryżu o literaturach słowiańskich, mówił: “Spośród wszystkich narodów słowiańskich Rusini, a więc wieśniacy z guberni pińskiej, częściowo mińskiej i grodzieńskiej, zachowali najwięcej cech ogólnosłowiańskich. Ich bajki i pieśni zawierają wszystko. Zabytków piśmiennictwa mają mało. Tylko Statut Litewski napisany jest w ich języku, najbardziej harmonijnym, najmniej zmienionym wśród wszystkich języków słowiańskich.

W języku białoruskim, który nazywają rusińskim albo litewsko-rusińskim, rozmawia około10 milionów ludzi, jest to najbogatsza i najczystsza mowa, powstała ona dawno i wspaniale się rozwinęła…

Bohuszewicz w swej przedmowie do Dudki białoruskiej jak gdyby czerpie z wypowiedzi A. Mickiewicza o Białorusi i języku białoruskim.

Porównajmy to. F. Bohuszewicz pisze: “Czytałem wiele starych papierów, które dwieście, trzysta lat temu na naszej ziemi pisali wielcy panowie w naszej czystej mowie, jakby to zostało napisane wczoraj…

… Nasza mowa jest taka sama ludzka i pańska, jak francuska albo niemiecka albo jakaś inna… Nasza mowa dla nas jest święta, bo została nam dana od Boga, podobnie jak i innym dobrym ludziom…

Poeta pisał w ojczystym języku, języku swego narodu. Zaczął to robić, gdy jeszcze był na Ukrainie, ale działalnością literacką zajął się dopiero po powrocie do Wilna.

Za życia Franciszka Bohuszewicza z druku wyszły dwa zbiory jego wierszy i poematów. Zostały one wydane za granicą: Dudka białoruska (Kraków, 1891) i Smyk białoruski (Poznań, 1896)

Bohuszewicz przygotował do wydania również zbiór wierszy Opowiadania białoruskie, ale z druku on nie wyszedł, a tekstów nie odnaleziono dotychczas. Przez długi czas jego utwory były wydawane nielegalnie, rozchodziły się w rękopisach. Jego 13 wierszy wydrukowano tylko w zbiorze Pieśni, wydanym nielegalnie w 1903 roku.

Należy odnotować, że po upadku powstania lat 1863-1864 na Białorusi do roku 1905 zakazany był druk białoruskich książek. Dlatego Bohuszewicz, Ciotka oraz inni białoruscy pisarze i poeci musieli publikować nielegalnie swe utwory w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, co było związane z wielkimi trudnościami. Dlatego nie wszystkie utwory mogły ujrzeć światło dzienne.

Franciszek Bohuszewicz napisał nader interesujący utwór Śpiew. Jego historia jest następująca.

Jak już mówiliśmy, latem 1897 roku Bohuszewicz odwiedził Kowno. Wśród inteligencji kowieńskiej rozpisano konkurs na najlepszą pieśń turystyczną dla młodzieży. Wziął w nim również udział Franciszek Bohuszewicz. Poeta też go wygrał. Jego utwór został uznany za najlepszy. Jakiś muzyk skomponował melodię i młodzież kowieńska chętnie śpiewała tę pieśń do słów białoruskiego poety. Miała ona charakter patriotyczny, autor wzywał, aby poznawać swój kraj i jego wspaniałych synów, często nieznanych lub zapomnianych. Wspomina też nazwiska Czeczota, Poczobutta, Tomasza Zana…

Jest to również aktualne obecnie, gdy nauczyciele Wileńszczyzny zapominają lub po prostu nic nie wiedzą o naszych znakomitych ziomkach, takich jak właśnie Franciszek Bohuszewicz.

W swej twórczości literackiej Bohuszewicz używał pseudonimów Maciej Buraczok i Symon Rewka spod Borysowa. Jeśli mieszkaniec Kuszlan przyjmował postać Macieja Buraczka jako sąsiada ze swej wsi, to w Symonie Rewce widział dalszego już sąsiada, podobnie jak dalszym niż Smorgoń było miasto Borysów za Mińskiem, z którego pisał się Symon Rewka. W ten właśnie sposób poeta afirmował demokratyczną i patriotyczną ideę dudki i smyczka, jedność pieśni, ojczyzny i historii.

Właśnie historii, F. Bohuszewicz bowiem, jak ongiś na początku XVI wieku, w epoce Odrodzenia Franciszek Skoryna, obydwie swe książki poprzedził przedmowami, w których budził pamięć historyczną narodu, szacunek do języka ojczystego. Takie poczucie historii, języka jako duszy narodu wśród ludu budził Bohuszewicz – inteligent, głęboki demokrata, pisarz autentycznie ludowy.

Pod wieloma względami Bohuszewicz był pierwszy wśród twórców nowej literatury białoruskiej z przełomu XVIII i XIX wieków. Był on na przykład pierwszym autorem całkowicie białoruskiego tomu poezji, pierwszym autorem przedmów do zbiorów poetyckich.

Skoryna i F. Bohuszewicz – to białoruscy narodowi luminarze, chociaż nie kanonizowały ich ani wschodnia cerkiew, ani zachodni kościół, a tylko Franciszek Skoryna, jako drugi po Czechach Słowianin wydrukował Biblię w ojczystym języku białoruskim, bo go “Bóg z tego języka puścił na świat”. Franciszek Bohuszewicz zaś dotychczas nam przypomina: “Nie porzucajcie naszej rodzinnej mowy białoruskiej, aby nie umarła!”

Franciszek Bohuszewicz jest uważany za ojca realizmu białoruskiego, za twórcę narodowych tendencji romantycznych w literaturze (poezji) białoruskiej. Spod jego pióra wyszły pierwsze opowiadania nowej literatury białoruskiej: opowiadanie socjalno-psychologiczne Tralalonoczka, wydane w osobnej książeczce w 1892 r., ludowe humorystyczne nowele Świadek, Polesowszczik, Diadina, opublikowane w gazecie “Nasza Niwa” w 1907 roku, już po śmierci poety. A gdzieś w żandarmskich archiwach dotychczas nie znaleziono osobnego zbioru opowiadań F. Bohuszewicza, zatytułowanego Opowiadania białoruskie.

Osobnym rozdziałem twórczości F. Bohuszewicza jest jego publicystyka w języku polskim z lat 1885-1891, gdy był korespondentem polskiego czasopisma “Kraj”. Była to publicystyka wysoce obywatelska, o bardzo aktualnej tematyce, poświęcona głównie socjalnym zagadnieniom wsi i miasta po reformie.

Poezja F. Bohuszewicza – to osobny, niepowtarzalny pod względem brzmienia i kolorytu rozdział białoruskiej literatury i w ogóle poezji.

Znajduje to wyraz w jego wierszach Zachwyt, W sądzie, Pobyt w piekle, Będzie źle i in. Poezja Bohuszewicza jest poezją chłopską.

Prócz wierszy i nielicznych opowiadań, ze spuścizny literackiej zachowały się jego wystąpienia publicystyczne w wileńskich i petersburskich gazetach oraz czasopismach, listy do przyjaciół – Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza. Można z nich dowiedzieć się, z jakimi trudnościami poeta borykał się w pracy literackiej i życiu codziennym.

“Marudnie, bardzo marudnie powstają pieśni” – skarżył się poeta swemu przyjacielowi Janowi Karłowiczowi. Były do tego podstawy. Bohuszewicz nie mógł całkowicie poświęcić się swej ulubionej działalności literackiej. Dużo czasu pochłaniała praca w sądzie, troska o rodzinę. Wiersze, które pisał, nie tylko nie dawały korzyści materialnych, ale odwrotnie, wymagały środków pieniężnych i wielkich kłopotów przy ich wydawaniu. Ale byli ludzie, którzy mu pomagali.

Więc pisał. We wszystkich swych utworach – poetyckich, prozaicznych, publicystyce, listach do przyjaciół Bohuszewicz występował jako płomienny obrońca ludu, chłopski demokrata, zdecydowany walczyć do końca. Ci, którzy znali poetę, wysoko cenili go jako pisarza i działacza społecznego.

Do Bohuszewicza, jego poezji skłaniali się wszyscy, którzy żyli interesami ludu, którzy chcieli pomóc ludowi.

Uważali go za swego nauczyciela, zasięgali w myślach jego rady ówcześni białoruscy pisarze-demokraci: Adam Hurinowicz, Olgierd Obuchowicz…

Poezja Bohuszewicza nie tylko przedstawiała czytelnikowi prawdę o życiu ludu, ale też budziła protest przeciwko carskiemu samowładztwu. Władze obawiały się utworów poety. Na przykład, w roku 1908, nie wiedząc, że poeta już nie żyje, urządzono ściganie sądowe jego zbiorów Dudka białoruska i Smyk białoruski.

Franciszek Bohuszewicz zmarł 28 kwietnia 1900 roku w swych rodzinnych Kuszlanach (Białoruś). 1 maja 1900 roku, około godziny 10 żałobnie zaczęły bić dzwony kościoła w Żupranach. Wszyscy wiedzieli, że to chowają Franciszka Bohuszewicza, słynnego Macieja Buroczka. Droga od kościoła żuprańskiego, gdzie odbywało się nabożeństwo żałobne za duszę zmarłego, na cmentarz była krótka. A dzwony ciągle biły, odzywając się bolesnym echem w sercach tych, którzy szli za trumną – krewnych i bliskich, mieszkańców miasteczka i dwóch delegacji z Wilna – jednej od adwokatów i drugiej – od wielbicieli talentu poety: rzemieślników, dziennikarzy, przedsiębiorców.

Rodzinna ziemia przyjęła swego syna.

Odtąd minęło już 100 lat, a jego dudka obudziła i budzi naród białoruski do życia narodowego, do niepodległości, do kultywowania swego ojczystego języka. W ciągu tych 100 lat wiele się zmieniło. Obecnie na grobie poety ustawiona jest stela z kruszywa marmurowego z miedzianą płaskorzeźbą.

Imię Franciszka Bohuszewicza uwiecznione jest w wielu nazwach. Nosi je Oszmiańskie Muzeum Krajoznawcze, w Żupranach ustawiono jego pomnik. Biblioteka w Kuszlanach, mieszcząca się w domu, gdzie żył poeta, też została nazwana jego imieniem. Można też spodziewać się, że i na Wileńszczyźnie, gdzie się urodził i został ochrzczony, jego imię także będzie godnie uwiecznione. Na przykład, z inicjatywy Towarzystwa Języka Białoruskiego im. F. Skoryny Ziemi Wileńskiej,  ulica we wsi Sawiczuny, gmina Rukojnie, w rejonie wileńskim nosi imię poety. W miejscowej bibliotece powstaje dział książki białoruskiej, a sama placówka otrzyma imię F. Bohuszewicza, na budynku zaś zostanie umieszczona tablica pamiątkowa ku czci poety. Są też plany utworzenia tam muzeum F. Bohuszewicza. Wszystko to zależy od inicjatywy tych ludzi, którym drogie jest imię naszego pieśniarza, jak też od możliwości finansowych strony litewskiej i białoruskiej. Do biblioteki nasze towarzystwo przekazało już 50 książek białoruskich. Początek już jest.

Autorem wpisu o Bohuszewiczu jest Władimir Sodol, poeta z Mińska, bada twórczość Franciszka Bohuszewicza. Jest on autorem kilku książek, kilkudziesięciu artykułów, szkiców, esejów na ten temat.

… Co roku w dniu imienin Franciszka Bohuszewicza (2 kwietnia) w wileńskim kościele św. Bartłomieja i w kościele w Rukojniach będą odprawiane msze św. za duszę poety.

(źródło: http://archiwum2000.tripod.com/511/bogusz.html)

4_Paulina_Szklennik_siostra_Gabrieli_zony_Franciszka_BohPaulina Szklennik siostra Gabrieli, żony Franciszka Bohuszewicza ze zbiorów rodzinnych (ok 1880)

Nowa polszczyzna

Ewa Maria Slaska

Bezokolicznik czyli infinitivus

W polszczyźnie pojawiło się coś nowego. Ma zaledwie kilka miesięcy i dopiero raczkuje, ale tendencja jest czysta i wyraźna. Tak będziemy mówić i pisać już zaniedługo. Najpierw mnie ta nowa polszczyzna wkurzała. Wydawała mi się niechlujna, byle jaka i pospieszna. Tak jakby komuś nie chciało się pisać wszystkich wyrazów potrzebnych do wyrażenia jakiejś myśli i dokonywał wielkiego skrótu. Jakby wsypywał mi kilka wyrazów i dawał do zrozumienia, że mam sobie z nich sama ułożyć zdanie.

Czy ktoś byłby chętny wynająć?
Proszę się skontaktować, by być dodanym do grupy.
Myślę nadal pozostać w tej samej pracy…
W dużej grupie była mała grupka, która preferuje działać na własną rękę…
A ja myślę panią ugościć często…

Na pewno cechą tej nowej polszczyzny jest bezokolicznik, czasem nawet dwa w jednym zdaniu. Nie jestem lingwistką, ale odnoszę wrażenie, że bezokolicznik to forma gramatyczna czasownika w języku polskim używana właściwie tylko w zdaniach z czasownikami modalnymi. Ewa chce spać, nie chce mi się pisać, mogę cię odebrać z dworca, nie powinnam wychodzić z domu. Niekiedy takie zdanie ustawiało się nieco karkołomnie, jak w słynnym ale im się nie chce chcieć. To wszak ironia poetycka. Bo naprawdę to im się nie chciało, a Ewie tak naprawdę chciało się spać. Czasownik zagoniony przez sąsiednie wyrazy do postaci bezokolicznika, występował w postaci dokonanej. Nie było niczego, co by się wciąż jeszcze działo i pojawiało w bezokoliczniku. Nie mogło było być. Nie znałam więc formy chce mi się iść, ani chce mi się pójść – co oznaczałoby wszak formę dokonaną tyle że w przyszłości. Gdy jednak zaczęłam analizować ten nieszczęsny bezokolicznik w polszczyźnie, uświadomiłam sobie, że nie mam racji, bo pojawia się on też w zestawieniach z wyrazem lubię – nie lubię gotować, lubię spać. Potem przypomniało mi się niemieckie „brauchen”, zapożyczone przez polskich Żydów i tak pięknie uwiecznione przez Tuwima: potrzebował mieć kuzyna… W ogóle niemczyzna. Jest tu takie mam, które łączy się z formą bezokolicznikową, które u poznaniaków przyjęło postać mam leżeć w szafie. W polskim polskim a nie poznańskim polskim brzmiało by to po prostu mam w szafie, mam, jak Telimena, w biórku. A w ogóle to po prostu mam. Podobnie jak po polsku powiedziałabym raczej będę pracowała niż będę pracować. Nie wiem jakie są sztywne reguły lingwistyczne, ale wiem, że dla mnie polszczyzna to język z zasady bez imiesłowów, bez strony biernej, bez rzeczowników odsłownych i bez bezokolicznika. Oczywiście są wyjątki i te się teraz zaczęły mnożyć…

Bezokolicznik czyli wyraz bez okoliczności, bez zaszłości, bez kontekstu. Czysta forma czynności, wydestylowana ze stron i czasów, nie związana z osobą i jej rodzajem. To polska definicja. Ale po łacinie to jednak jest infinitivus czyli, co tu dużo gadać (ach – bezokolicznik!), infinitus – czynność, która się nie kończy i nie jest definitywnie (finalnie zatem) określona, ale na dodatek ma zazwyczaj sześć bezokoliczników.

Biję się z myślami. Bo co ja tu chciałam udowodnić? Że po polsku nie używamy bezokolicznika. I sama sobie udowodniłam, że używamy. A jednak te zdania, które znalazłam na Facebooku w ostatnim czasie są inne niż te, jakie ja bym zbudowała.

Czy ktoś mógłby nam niedrogo wynająć aparaturę nagłaśniającą, samochód i mieszkanie, polecić niedrogą nianię i sprzątaczkę, podać adres niedrogiej restauracji?
W sprawie zapisów do grupy prosimy o skontaktowanie się z administratorem.
Przypuszczam, że nadal pozostanę w tej samej pracy…
W dużej społeczności polonijnej pojawiła się grupka rozrabiaczy…
Chciałabym, żeby jak najczęściej była Pani moim gościem…

No tak, tak bym napisała. Czyli jak? Grzeczniej, pełnym zdaniem, uwzględniając wszystkie warstwy zawartego w danym sformułowaniu przekazu…

Bez sensu, ile czasu zmarnowanego na głupstwa, ile atłasu..

Jestem ciotką na atłasowej kanapie. Mam na głowie kapelusik przetykany fioletowymi wstążkami. Albo nie – siwe włosy starannie ułożone w loczki. Trzymam w ręku porcelanową filiżankę do herbaty. Wyjęli mnie z Downton Abbey.

To ja, Violet Crawley w zielonym czepku i zielonej sukni. Mam za złe.

Cóż, okazuje się, że nie jesteśmy tacy, jak myślimy. Myślałam, że jestem anarchistyczną post-hippiską, a tymczasem jestem po prostu staroświecka. I to bardzo. Ostatnio rozwiązałam jakiś test facebookowy, który określał wiek na podstawie przeczytanych i czytanych lektur. Dowiedziałam się, że moje lektury wskazują, iż mam lat 88!

A jednak przy całym krytycznym nastawieniu do tych okaleczonych i rachitycznych sformułowań, czuję, że kryje się za nimi coś ładnego, ba, prawidłowego. Nie wiem co, męczą mnie więc okropnie. Któregoś dnia wywołują obraz Kanału Raduni w Gdańsku.

Oczywiście znam to miejsce bardzo dobrze, bardzo je lubię. Ulica Na Piaskach, tu mieszkała moja koleżanka Zosia…

Mam! Wiem! Wiem, dlaczego, wiem, co, wiem, kiedy!

Łacina, oczywiście. ACI Ablativus Cum Infinitivo! Mama, która uwielbiała tę formę gramatyczną i z lubością odkrywała ją w angielskim i niemieckim. Mama, która wbijała mi to do głowy, jakby nic na świecie nie było ważne, tylko łacina, a z łaciny ta właśnie konstrukcja zdania. (I Horacy, ale to tak na marginesie). Mama, która nigdy nie poświęcała czasu moim lekcjom i zadaniom domowym, a jedynym wyjątkiem była łacina.

Accusativus cum infinitivo występuje jako dopełnienie czasowników tzw. deklaratywnych i jest odpowiednikiem polskiego zdania dopełnieniowego wprowadzonego przez że lub żeby. Po łacinie byłoby więc

  • Video puellam ire, dosł. widzę dziewczynkę iść, oznacza widzę, że dziewczynka idzie (albo raczej widzę dziewczynkę, że idzie).
  • Volo puellam ire, dosł. chcę dziewczynkę iść, oznacza chcę, żeby dziewczynka szła.

Mama nauczyła się łaciny na tajnych kompletach w gimnazjum, a potem liceum imienia Emilii Plater. Jej nauczycielką była Lidia Winniczuk, jedna z najsłynniejszych polskich łacinniczek, autorka książek o kulturze Greków i Rzymian.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidia_Winniczuk

Była emancypowaną kobietą. Urodziła się w roku 1904, zmarła w bardzo podeszłym wieku w roku 1993. Wychowałam się na jej Małym Słowniku Kultury Antycznej (wciąż jeszcze mam go mieć), a potem z zachwytem czytałam jej wydaną w ponurym i szarym roku 1983 książkę Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu.

Łacina do dziś budzi we mnie niezdefiniowane i niedefiniowalne tęsknoty za beztroskim czasem, kiedy jeszcze nic nie musiałam i po prostu byłam dobra, ale nie dobra, bo dobra, tylko dobra, bo wszystko umiałam. A już zwłaszcza historię, historię sztuki, literaturę i łacinę. Byłam oczywiście dobra dzięki Mamie, która mi różne rzeczy opowiadała, dawała mi książki o sztuce i kazała się uczyć łaciny. Jak ja tę łacinę wtedy znałam! Byłam dobra nie tylko dla siebie, bo nauczyłam tej łaciny też Zosię, która mieszkała w kamieniczce nad Kanałem Raduni.

I tak się zamykają koła i kręgi na wodzie Kanału Raduni. Bardzo lubiłam chodzić do Zosi i uczyć się z nią łaciny. Co ciekawe, Zosia wcale nie była moją najlepszą przyjaciółką, bo najlepszymi moim przyjaciółkami były Magda, Marzena i Baśka, ale Zosia tak pięknie mieszkała, że do dziś zatyka mnie z żalu i tęsknoty za tym miejscem…

Patrzę zdumiona na to, co właśnie napisałam: z żalu… Z jakiego żalu? Czego mi żal? Szczenięcych lat? Nie. Zosi? Też nie. Nawet nie wiem, jak się potoczyło jej życie. Domku?

Myślałam mieć taki domek?

Reblog / Re-Facebook / Re coś tam

EMS

Znalazłam na Facebooku. Ważne. Najpierw zlajkowałam, potem przeniosłam do bloga na stronę “Heute/dziś/today”, ale wszystko mi było za mało, bo rzecz jest ważna, no więc robię rebloga i wstawiam na wieki wieków amen…

4.01.2016

KOD, budowanie ruchu społecznego, demonstracje, niezgoda, opór bierny, oporniki, deklaracje – to wszystko ładne, fajne i sympatyczne. Ale nie zapominajmy o jednym: ci, którzy tworzą to “my” (ja również), należą do tak zwanej “fajnej Polski” uprzywilejowanych, zadowolonych z dotychczasowego rozwoju, otwarcia na Zachód, względnego dobrobytu, względnego pluralizmu, mamy względnie dobre posady, mieszkamy w większości w miastach i jesteśmy zadowoleni, na tyle zadowoleni, że nie zastanawialismy się do tej pory nad tymi, których głosy obecna władza zagospodarowała i dlaczego tak się stało. Model neoliberalny, (jaki w Zachodniej Europie bylby nie do pomyślenia), który narzucono Polsce siłą globalnych graczy, ma się ku globalnemu końcowi, widać to i będzie to widać coraz wyraźniej. W Polsce dużo poszło dobrze, pewnie wiekszość spraw. Względnie dobrze, ale są duże obszary, gdzie panuje de facto feudalizm, pół-niewolnictwo, gdzie pracodawca jest bezkarnym wyzyskiwaczem, gdzie umowy z pracownikiem to śmieć, gdzie ludzie pracują z nadgodzinami na 1,5 etatu, nie widząc w tygodniu swoich dzieci, ale nie są i tak w stanie dociagnąć do pierwszego, gdzie nie można się rozchorować, bo się leci z roboty. W Polsce gospodarką rządzą korporacje nie płacące de facto podatków, rozwarstwienie się pogłębia i z biedy nie sposób wyjść o własnych siłach, chyba że wyjeżdżając za granicę. W tej Polsce uprzywilejowanych, czyli nas, tworzących choćby KOD, w ciągu ostatnich lat kompletnie zabrakło solidaryzmu społecznego, zamiast niego był paternalistyczny kapitalizm najgorszego sortu. Na Zachodzie, który my uprzywilejowani tak bierzemy za przykład i go “gonimy”, cywilizacyjnie nigdy nie zabrakło solidarności z tymi, którzy nie dają rady – niezależnie od tego czy u steru byli Chadecy, czy Socjaliści, jeżeli nie z milości bliźniego to z czystej kalkulacji, żeby nie doszło do rozwoju ruchów radykalnych. W Polsce tego zaniechano i pozwoliliśmy na to na lewej i na prawej, by społecznymi postulatami troski o wspólnotę, sprawiedliwości społecznej etc. zawładnęli radykałowie. Jakie refleksje na temat własnego działania, własnego państwa płyną z KODu i innych formacji stawiajacych opór obecnej władzy? Na razie kompletnie mi ich brakuje. Jak ma wygladać postpisowska Polska? Czy bedzie powrotem do upadajacego neoliberalizmu zadowolonych?

***
W komentarzach ktoś napisał, że grzechem, jeszcze cięższym niż brak solidarności społecznej, była obojętność, a następnego dnia przeczytałam gdzieś, że obojętność to okrucieństwo w wykonaniu ludzi dobrze wychowanych…

***

EMS

Oczywiście nie znaczy to, że nie mamy protestować, bo mamy i musimy, ale musimy jednocześnie myśleć, czuć, współczuć i przewidywać…

Więc na dziś – demonstracja w Warszawie, demonstracja w Berlinie. Idźcie, idźmy, chodźmy, chodźcie…

plakat

plakat-samstag

Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

Kosmopolen oder Bevor man ein Verein gründet

Emanuela Danielewicz

Aller Anfang ist leicht, wenn man den Humor nicht verliert
oder das
was am Anfang über Polen im Ruhrgebiet in aller Anstandskürze erzählt werden sollte und die Gründung der Kosmopolen Künstlerinitiative nicht verhinderte

Bevor man ein Verein gründet, muss man etwas erlebt haben, was einen dazu bewegt. Meistens ist es ein Mangel. Bei mir war es eigentlich umgekehrt. Ich habe so viel nicht gesehen und so viel nicht erlebt, aber viel geträumt, beobachtet, gehört, gefühlt, verstanden, dass sich der Wunsch, Ideen auch zu verwirklichen vergrößerte. Und ich habe eine Weite an Möglichkeiten dafür gesucht und hier entdeckt.

Im Ruhrgebiet, höflich in der hiesigen Umgangssprache Ruhrpott genannt, um zu betonen, dass wir hier alle im selben Topf stecken, ist die Vereinsstruktur seit Jahrzehnten alltäglich. Ständig werden hier Vereine gegründet, die sehr konkret die Stadt mitgestalten. Hier kann man sich auf die Kumpels-Kultur und SPD Führung verlassen. Jeder hier engagiert sich und manche in sehr vielen Vereinen gleichzeitig. So ist es auch was ganz selbstverständliches ein Vorstand zu sein, oder Präsident und man bindet es anderen nicht sofort auf die Nase, wann man sich zum ersten Mal begegnet.

Die Stadt Bochum war als Ort für die Gründung von Kosmopolen von Anfang an perfekt. Die Geschichte um die ersten drei polnischen Vereinigungen um 1920 (mit dabei mein Großonkel Jan im Vorstand, wie ich viel später erfuhr) trugen dazu bei, dass ich persönlich als “Polin, die aktiv ist” wahrgenommen, schnell städtische Unterstützung fand. Die Politik, die auf Strukturwandel setzt und dabei die lokale sowie  internationale Kulturarbeit die Hauptrolle spielt, hilft. Der “Zeitgeist” lebt heute zeitgleich und fordert Mehrsprachiges, fördert Selbstorganisation, unterstützt alles mit Geschichte und liebt gute Kunst und Diskussionen.

Naiv dachte ich, dass das Interesse an einem neuem “Deutsch-Polnischem” Verein, dass ausnahmsweise künstlerisch-kulturelle Ausrichtung hätte, schnell wachsen könnte. Immerhin wird behauptet, jeder dritte hier im Ruhrgebiet stamme aus Polen. Also nahm ich an, es müsse doch an der Polnischen Kultur auch etwas Interesse geben bzw. am Osten allgemein. Doch es kam anders. Künstler tun sich schwer Ihre eigene Interessen organisierter zu gestalten und zu pflegen, erst Recht Mitglied im weiteren Verein zu werden. Die Deutschen… pardon: Biodeutschen…  haben weiterhin Panik in einem solchen Verein zu oft mit der Vergangenheit beschäftigt zu sein und sind trotz Hochkultur dem Künstler als mündige Person eher skeptisch gegenüber…  Die Polen bzw. die aus den heutigen polnischen Gebieten stammende Arbeitsmigranten und Emigranten sind mit der eigenen  oft sehr persönlichen Repräsentation und Identifikation so sehr beschäftigt, dass die Frage: Was ist eigentlich Polnisch? dominant aufkreuzt und sie an Aktivitäten außerhalb der katholischen Gemeinden stoppt.

Polen außerdem haben auch einen zwiespältigen Ruf. Das Warum kann man z.B. täglich vor der Christuskirche Bochum hören, oder vor der Stadtbücherei. Dort trifft sich eine Gruppe der noch nicht eingetragenen Biertrinkerpartei und schreit sich vollprozentig laut an, polnisch selbstverständlich. Wenn man Polen als Polin kennenlernt, wollen sie schnell etwas von einem. Der letzte z.B. ein Jacek mit einem neuen Job, wollte von mir gleich eine neue Wohnung und auch Hilfe beim Möbelkauf. Nein penetrant wurden seine Wünsche nicht geäußert, sondern ganz leise, wie zur Mutter, die immer zuhört und sofort reagiert.
Es gibt kein Polnisches Café in Bochum. Das Kalinka Cafe, gegenüber meinem alten berühmten 10 Meter Balkon, wo auch Kosmopolen eV gegründet wurde (11 Künstler im Hellweg 18 am 19. Mai 2008) klingt russisch, ist aber von der NEW German Generation of NEW Vegans geführt. Es gibt noch an verschiedenen Locations auftauchende Polonia Diskothek, heute unter einer türkischen Führung, vor deren Tür kaum ein Taxi halten möchte und wirklich jeder Taxifahrer haarsträubende Geschichten erzählt.

Was Polen können, ist Drama und wie weit sie damit gehen, zeigt die letzte Wahl in Polen.

Beinahe vergessen hätte ich das sogenannte Polnische Haus am Kortländer, über das vor acht Wochen beim Symposium des Nationalkomites aus Stuttgart “Charta von Venedig”  für ein größeres Publikum, doch ohne Publikum (weil es keine Interessierten zu diesem Thema gab) fachmännisch u.a. auch mit mir debattiert wurde, ob es sich um ein Haus handelt, das einen deutschen Denkmalschutz überhaupt erhalten sollte. Bis heute kann man dort historisch wertvolle “Schätze” finden und ein Namensschild verrät, dass Bund der Polen, einer der ersten polnischen Vereine, hier seinen Raum hat. Angeblich treffen sich dort die Älteren noch. Angeblich schreiben Damen noch Protokolle. Das Haus daneben ist schöner. Es war zur gleichen Zeit ein Bordell, das nächste Haus eine Polnische Arbeiterbank, deren Schriftzug man noch irgendwie lesen kann und das mich zu Phantasien inspiriert, in mir Fragen hervorruft: “Ob eine Arbeiterbank wirklich andere Finanzpolitik steuerte?”

Das Haus der Polen selbst ist marode, hässlich und alt. Daher wäre ich dafür es abzureißen und etwas Neues für heutige Zwecke Nützlicheres zu gestalten und aufzubauen. So ist es dem großen Kloster unweit dieser Straße ergangen. Große Schlesisch-Deutsch- Polnische Gemeinde hat den Abriss dieses Klosters mit extrem interessanter Geschichte 1971 nicht verhindern können. Heute wachsen noch die Bäume und auf dem Platz ist ein moderner Wohnbau für Weisenkinder entstanden, das St. Vincenz.
Kann man aber die letzten Steine der “Zeit der Ruhrpolen” überhaupt abreißen?  Es gibt doch seit wenigen Jahren ein neues vom BUND Unterstützes Projekt: das digitale Archiv der Polen genannt Porta Polonica, Leitung Herr Dr. Jacek Barski, auf deren Webseiten die nächsten Jahre personenbetonter die Geschichte der Polen in ganz Deutschland neu zusammengetragen und attraktiv dargestellt wird. Zum Teil werde auch ich mit einigen Portraitarbeiten beitragen können.

Was mich bei diesem ganzen Thema anfing zu interessierten war, ähnlich meines persönlichen Dilemmas keiner eindeutigen Kultur, Nation und Sprache anzugehören: die Tragik der Schlesier hier im Ruhrgebiet. Sie kamen in Ihrem Selbstverständnis als Deutsche nach Deutschland und wurden zu Ruhrpolen und das zu einer Zeit in der Polen seit 100 Jahren auf der Landkarte Europas nicht existierte.  Sie fühlten nationale Zugehörigkeit zu Deutschen, wurden aber als Polen wahrgenommen. Die Folge ist nun, dass hier jeder fast Pole ist. Auch das erschwert irgendeine vernünftige Abgrenzung, zum Glück. Kann es sein, dass wir nicht von Organisationen oder kultiviertem Bewusstsein, sondern einfach durch die klimatische Lage mehr beeinflusst werden? Sehr logisch wurde daher der Zusammenhang und Vortrag des Museumsleiters der Zeche Hannover Dietmar Osses  betitelt: “Von den Ruhrpolen zu den Kosmopolen” und erinnert auch uns indirekt, dass die Geschichten sich wiederholen können. Ich selbst komme aus Poznań, lebte über zwölf Jahren in Berlin, schlesische Kultur kenne ich nicht, habe aber Verständnis dafür, dass  die Liebe zu einem besonderen Flecken Erde durch Kultur und in Erinnerung länger gelebt, geschmeckt, gehört und erzählt werden möchte. Artur Beckers masurische Geschichten sprechen Bände. Auch er träumt von Kosmopolen, wenn er sich meditativ entspannen möchte.

Man muss wissen, dass vor 150 Jahren kaum jemand hier im Ruhrgebiet lebte. Alle waren Migranten, die hierher kamen. Auch das ist beste Voraussetzung gerade hier Kosmopolen zu gründen und den polnischen Aspekt der Geschichte in Form von etwas aufgefrischter europäischer Interkultur anzubieten, denn gemeinsame Geschichte ist immer auch ein Geschenk der gemeinsamen Lebenserfahrung und dass sollte man meiner Meinung sehr feinsinnig pflegen, statt Geschichte dramatisch und aggressiv den anderen gegenüber umzudeuten versuchen.

Wir haben Kosmopolen gegründet, um eben aus dem Deutsch Polnischem Dilemma auszutreten, einen dritten Weg vorzuschlagen, dem Kosmopolitischen auch Ausdruck zugeben, was aber am Wort Polen bei manchen hängen bleibt und manchmal einen Kontext aufdrängt, der für uns längst überwunden ist.
Man kann daher Kosmopolen als ein Tor begreifen von etwas nach?… vom Nationalen raus ins Inhaltliche… Basil Kerski, Chefredakteur der Zeitschrift Dialog und der Geschäftsführer vom Europäischen Kulturzentrum Solidarność in Gdansk,  meinte in den 90er Jahren dazu Andrzej Bobkowski mitzitierend, dass Kosmopole ein Mensch ist der scheinbar Widersprüchliches sich widersetzendes in sich vereint.

Ich begreife Kosmopolen eV als etwas Komplexes: Grenzenlose Offenheit im Begriff (Kosmos größer als ein Ich, Polen als Plural, nicht Singular!) und exklusive Geschlossenheit durch das Naturgesetz der Bipolarität zugleich. (Nord und Südpol als Beispiel der Bipolarität sowie gemeinsamer Einheit, in Deutsch an den Polen bedeutet an den Erdpolen, Verein als Struktur der möglichen Exklusivität und Inklusion)
Man kann sich nicht verlieren, weil es zugleich auch Halt gibt.

Wonach klingt das für Sie? Es gibt viele Antworten, daher werde ich die meinen hier nicht alle verraten. Ich bin ein Freund der gemeinsamen Diskussion, kitzel’ gerne und hoffe durch die Publikation dieses Textes auf der Webseite der Autorin Ewa Maria Slaska neue Freunde zu finden und zu motivieren, sich in diesem Rahmen mal mitzubewegen. Die nächste Aktion ist ein No Budget Neujahreskonzert am Donnerstag, den 21.01.2016.

Und was wir in diesen acht Jahren geschafft haben? Hier eine kleine Zusammenfassung:

Über sechs kleine Festivals, neue Produktionen u.a. auch für Kinder, neues Publikum für Polnische Kultur gefunden, Partner in ganz Ruhrgebiet bis Köln, die an Kosmopolen Aktionen Interesse haben, Familienkonzerte, neue Jazzreihen, Literaturreihen, neue etwas nettere Vorurteile gegenüber Polen… wir gewannen eine Goldene Eule in Wien, ein Zukunftswettbewerb, öffneten paar Herzen und bekamen gute Förderungen, so dass alle Teilnehmer normal honoriert wurden (auch dafür engagiere ich mich persönlich)… wir sind heute 14 deutschlandweit, haben zwar mehr Freunde, suchen aber neue Unterstützer und Mitglieder vor Ort im gewichtigen Jahr “25 Jahre Deutsch-Polnischer Nachbarschaftsvertrag” und in der prickelnden neuen politischen Situation jetzt in Polen.

Zu viele ungesehene, ungehörte, hoch talentierte, sensible und einsame weil eher introvertierte Menschen begegne ich und tue beruflich mein Möglichstes, um deren Dasein, deren Leben und Schaffen lauter zu kommunizieren, erst Recht im extrovertiertem technischem Zeitalter. Jeder ist seines Glückes Schmied, sagt man im Westen. Das stimmt im Fall der Kunst nicht ganz, denn Kunst ist tot und hat ohne Zuschauer, Zuhörer kaum irgendein Sinn. Kultur machen wir selbst. Ich mag Kunst, Musik, Fotografie, Literatur und dafür habe ich mit ein paar anderen Zeitgenossen aus verschiedenen Ländern Raum erkämpfen und schaffen dürfen.

Kosmopolen als Verein raubt mir viel Zeit, manchmal zum Glück auch den Verstand, nie die Geduld, aber am 21.01.2016 wird der vieldimensionale Sinn der ganzen Unternehmung zu hören und zu finden sein. Meine Herzliche Einladung nach Bochum ins Planetarium:

emanuelaplakatKOSMOPOLEN NEUJAHRESKONZERT 
Donnerstag, der 21.01.2016 – 20.00h
Konzert unter Sternen

es spielen:
Robert Kusiolek / Akkordeon
Elena Chekanova / Elektronik

ORT: Zeiss Planetarium Bochum
Castroper Straße 67 – 44791 Bochum
Eintritt: VVK 10,–/AK 12,–
Infos & VVK: www.planetarium-bochum.de
www.kosmopolen.de

X

P.S.
Zum Schluss eine kleine Anekdote. Seit nun vier Jahren suche ich neue Räume, vielleicht Galerie tauglich und für Organisatorisches von Kosmopolen nützlich.
Mein neuer Vermieter hat mir nach zwei Jahren Versprechungen beinahe den Schlüssel dazu in die Hände gegeben. Er, der stolze Besitzer vom ehemaligen Bunker, den er innerhalb von drei Jahren phänomenal umbaute und mit genügend Räumen bestückt, hat auch das zweite Mal Kosmopolen eV keinen Raum gegeben, als sich die Möglichkeit ergab. Alle Bitten halfen nichts. Der Bunker wäre mir gegenüber, im Raum war vorher eine Künstleragentur. Kosmopolen darf nicht rein, aber im selben Raum leuchtet es heute Violett und Damen leichtbekleidet lernen an der Stage Poledance.
Geistige Kunst und Kultur ist offensichtlich “gefährlicher” als Sex. In diesem Sinne: lass es uns 2016 krachen und diese Energie nützen 🙂

Kosmopolen Aktionen – in Planung 2016
Wir bekommen wieder die große Bühne in der Stadt Bochum!
Konzerte: NEW Polish Tunes 2016 in Essen, Bochum und Dortmund
Lesungen und Diskussionen: Die Kunst der Übersetzungen / Sztuka Tłumaczeń
Kinderaktionen und Polnische Weihnachten im mondo mio Dortmund auf Wunsch Vermittlung  bzw. Empfehlungen von Programmen, Konzerten…

KONTAKT:
Kosmopolen eV
Klarastrasse 6
44793 Bochum
Germany

www.kosmopolen.de          info@kosmopolen.de
Tel: +49 6872 9965
Mówimy po polsku

Wie kann ich Kosmopolen eV unterstützen?

Klicke regelmäßig: www.kosmopolen.de – die Klickzahlen werden gezählt

Unterstütze den Verein, Künstler, Kunst, Deutsch Polnische Kultur im Ruhrgebiet mit Deiner Fördermitgliedschaft   (€ 5,-/Monat, ab € 30,-/Jahr möglich)

Persönliches von Emanuela Danielewicz
Fotografin, Dipl. Kommunikationsdesignerin
und seit Oktober 2015 Studentin von Kulturreflexionen & Philosophie – Uni Witten Herdecke
www.danielewicz.de