Szczecinianin – historia pewnego pomnika(ów)

Ela Kargol

Podróże kształcą


Gdy dowiedziałam się o burzliwych losach pomnika księcia Józefa Poniatowskiego, o jego powojennej historii i o tym, że w pewien sposób pochodzi ze Szczecina, miasta szczególnie mi bliskiego, a ja musiałam pojechać aż do Kopenhagi, żeby poznać jego koleje losu, było mi z początku trudno uwierzyć w tę niezwykłą historię. A potem ogarnęła mnie radość, że
niektóre rzeczy dzieją się właśnie po to, by choć na chwilę wprawić nas w osłupienie.

Dzieje pomnika księcia Józefa Poniatowskiego są niezwykle złożone i pełne zawirowań historycznych. Pomnik długo nie mógł nigdzie zagrzać miejsca. Nie od zawsze stał tam, gdzie stoi obecnie, czyli przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie.
Mówią o nim wędrujący pomnik.
Krótko po śmierci księcia w bitwie pod Lipskiem w 1814 roku, naród rozpoczął zbiórkę funduszy na monument godnie go upamiętniający. Car Aleksander I wyraził zgodę na postawienie pomnika w Warszawie, a projekt powierzono
duńskiemu rzeźbiarzowi Bertelowi Thorvaldsenowi. Ceniony artysta nie spełnił oczekiwań części społeczeństwa. Krytycy twierdzili, że rzeźba nie oddaje podobieństwa księcia. Zamiast w polskim stroju narodowy, przedstawiono go w antycznych szatach. Wyglądał niczym Marek Aureliusz na konnym pomniku w Rzymie, bo ten właśnie pomnik posłużył
Thorvaldsenowi za wzór.

Pomnik księcia, a właściwie model pomnika, zamówiony już w 1818 roku, czekał na realizację i transport z Rzymu przez ponad dziesięć lat. Najpierw miał trafić drogą morską do Gdyni, a stamtąd Wisłą do Warszawy. Thorvaldsen, będący już wówczas uznanym artystą, musiał najpierw zrealizować inne zamówienia.


Prace nad odlewem pomnika w Warszawie zostały przerwane przez wybuch Powstania Listopadowego. Wkrótce potem car cofnął zgodę na ustawienie pomnika przed Pałacem Namiestnikowskim, co zapoczątkowało długą i nieprzewidywalną wędrówkę monumentu.


I tu zaczyna się moja historia związana z wyjazdem do Kopenhagi. To był rodzinny wyjazd, a czasu mieliśmy niewiele, bo ślub młodszej córki, uroczystości, zobowiązania rodzinne i weselne przyjęcie. Dzieciom pokazaliśmy syrenkę i inne baśnie Andersena, których tropem wędrowaliśmy po mieście. Prawie cały dzień spędziliśmy w Ogrodach Tivoli, w miejscu, które pamięta czasy obu artystów.


Andersen, młodszy od Thorwaldsena o ponad 30 lat, podziwiał mistrza z Kopenhagi. Jeśli nie spotykali się w samych Ogrodach Tivoli, co jest mało prawdopodobne, to z pewnością w innych miejscach. Dla Kopenhagi obaj mają ogromne znaczenie: Andersen – powszechnie znany mistrz baśni i Thorvaldsen, ceniony artysta, choć mniej obecny w zbiorowej pamięci.


Miejscem, które ja chciałam koniecznie odwiedzić, była Katedra Marii Panny w Kopenhadze z najważniejszą rzeźbą Thorwaldsena – Błogosławiącym Chrystusem.
O rzeźbie tej mówi się, że jest najdoskonalniejszą rzeźbą Chrystusa na świecie Posąg, wyrzeźbiony z marmuru pochodzącego z włoskiej Carrary, mierzy trzy i pół metra wysokości. Znajduje się w głównym ołtarzu Katedry Marii Panny w Kopenhadze (Frue Kirke). Przedstawia błogosławiącego Chrystusa, pod nim widnieje napis po duńsku: „Kommer til mig”, czyli „Chodź do mnie” lub „Przyjdźcie do mnie!“


Rzeźba stała się w XIX wieku popularna w całej Europie i była wielokrotnie kopiowana, w kościołach, kaplicach, na cmentarzach. W każdym z tych miejsc natknąć się można na kopie, od kunsztownie wykonanych po te dalekie od oryginału.


Po kilku miesiącach od pobytu w Kopenhadze odwiedziłam Kraków i katedrę na Wawelu. Wiedziałam już, że w krypcie św. Leonarda spoczywa sarkofag księcia, a w Kaplicy Potockich znajdę rzeźbę Chrytstusa Thorwaldsena. Nie miałam pojęcia, że nie wolno robić zdjęć. To było miejsce kultu, przestrzeń sacrum. Upomniana kilkakrotnie, zdjęcie jednak zrobiłam. Kolejnego Chrystusa sfotografowałam już w Poczdamie pod Berlinem w atrium Kościoła Pokoju (niem. Friedenskirche).


Kopie Chrystusa Thorwaldsena spotykałam wielokrotnie na berlińskich cmentarzach. Jedną z replik odnalazłam również w Szczecinie, przy grobowcu rodziny Dewitzów. Jak się okazało, to kopia… kopii. Oryginalna replika, wierna duńskiemu pierwowzorowi, znajduje się w kruchcie modernistycznego kościoła św. Rodziny, też w Szczecinie. To właśnie tam zaprowadzili mnie Małgorzata Narożna i Michał Rembas – pasjonaci i znawcy historii miasta.


Ale wracając do Kopenhagi i katedry Marii Panny, oprócz figury Chrystusa w absydzie i rzeźby anioła chrzcielnego, wzdłuż ścian nawy głównej ustawione są posągi dwunastu apostołów, dłuta mistrza Thorwaldsena.
Jego muzeum wraz z miejscem pochówku znajdują się w pobliżu. Budynek widzialam tylko z wody, kwadryga na szczycie przypomina bardzo Bramę Brandenburską.


Zbierając informacje o artyście i przeszukując internet, natknęłam się na coś, co wprawdzie jest ogólnie dostępne, ale moim zdaniem zasługuje na przypomnienie. Nie moglam uwierzyć, że tak awanturnicze losy pomnika księcia Józefa Poniatowskiego zahaczają również o Szczecin.
Szczecinianin – tak go nazwałam. Może nie z krwi i kości, ale z metalu i zadośćuczynienia, bo przecież trafił tu w ramach reparacji wojennych. Ja sama musiałam wybrać się aż do Kopenhagi, żeby poznać historię tego pomnika.
O wędrującym pomniku Księcia można doczytać wszędzie, nie będę więc streszczać jego dziejów.
Moja dobra przyjaciółka, Dorota Pundyk – szczecinianka, badaczka historii starego Szczecina, patronka Radia Nowy Świat – akurat przebywała w stolicy. Poprosiłam ją więc o zrobienie fotografii pomnika. Miałam co prawda kilka starych fotografii, ale prezentowały się niewyraźne.


Dorota Pundyk przesłała mi na drugi dzień zdjęcia pomnika z Warszawy, sprzed Pałacu Prezydenckiego, a chwilę później, kiedy już poznała powojenne dzieje monumentu, dosłała kilka fotografii jego wcześniejszego wcielenia. Były to stare szczecińskie kartki pocztowe przedstawiające pomnik konny Wilhelma I. Pomnik Wilhelma I sfinanansowano podobnie jak Pomnik Księcia ze składek, mieszczaństwa. Postawiono go 60 lat pózniej niż pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego u zbiegu Placu Parad (Paradeplatz; obecnie Aleja Niepodległości) i Placu Królewskiego (Königsplatz; obecnie Plac Żołnierza Polskiego) w Stettinie.


Wykonany z brązu pomnik odsłonięto 1 listopada 1894 roku, a strącono z cokołu krótko po zakończeniu wojny i przesunięciu granic. 5 lipca 1945 roku Szczecin oficjalnie przekazano władzom polskim. Pięć lat później, w roku 1950 w tym samym miejscu odsłonięto pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej. W roku 2017 i ten pomnik zniknąl z mapy miasta.

Księcia Józefa Poniatowskiego Niemcy wysadzili w powietrze po Powstaniu Warszawskim, w grudniu 1944 roku. Znalezione po wojnie fragmenty pomnika eksponowane są w parku Wolności przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
W latach 1948–1951, na podstawie modelu przechowywanego w Muzeum Thorvaldsena w Kopenhadze, wykonano nowy odlew rzeźby, który Królestwo Danii przekazało Warszawie jako dar. Do jego stworzenia wykorzystano przetopione fragmenty dawnego pomnika Wilhelma I ze Szczecina. 23 lutego 1952 roku rzeźba została ustawiona przed Starą Pomarańczarnią w Łazienkach Królewskich. W 1965 roku przeniesiono ją na dziedziniec pałacu Rady Ministrów (obecnie Prezydenckiego), gdzie znajduje się do dzisiaj.

I tak władca imperium ustąpił z tronu, przyjmując jedynie tytuł książęcy.
Chrystus natomiast przetrwał dziejowe burze, nadal obecny w świadomości i przestrzeni, a przede wszystkim w sztuce.

Pieniądze, szczęście, chciwość – emocjonalne oblicze stanu konta

Johanna Rubinroth
esej dla radia deutschlandfunk, przetłumaczony przez autorkę

GELD, GLÜCK, GIER

1

ZIMNY POT. DUSZNOŚĆ. W GŁOWIE MGŁA. Po spojrzeniu na mój zdecydowanie zbyt niski stan konta postanawiam: coś musi się zmienić. Powszechne pomysły nie dają rozwiązania. Coś sprzedać? Nie wiedziałabym, co. Pracować więcej? Nie wiedziałabym, kiedy. Zmienić zawód – ale na jaki? Coś pożyczyć – jeszcze więcej? 

Nagle mam pomysł. Skoro moja relacja z pieniędzmi – a raczej z ich brakiem – jest tak silnie naładowana emocjonalnie, to czemu nie u-aktywować innej częstotliwości i spróbować… zaklęcia? 

Przecież pieniądze mają w sobie coś magicznego. Raz są, raz ich nie ma. Przychodzą i odchodzą, pojawiają się – i znikają. Znikają z godną podziwu regularnością – jakby to było prawo natury. U innych rozmnażają się jakby z niczego. Zamieniają się w ciepłe buty. Albo w potwora, który wywołuje panikę. Sprawiają, że ludzie z podniesioną głową wchodzą i wychodzą ze sklepu firmowego Chanel albo przemykają się ze spuszczoną głową, przeszukując latarką śmietniki. Pieniądze potrafią ocalić lub zrujnować, uwieść lub odstraszyć. Nie mówi się o nich – a jednak rządzą tak wieloma rzeczami.

Continue reading “Pieniądze, szczęście, chciwość – emocjonalne oblicze stanu konta” →

Małą Mi do Berlina i z powrotem (4). Kąpielisko.

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dzień piąty

Kiedyś wędrowałem ciągnąc wózek brzegiem morza z Kołobrzegu do Darłowa. W Darłowie, żeby wyjść na drogę, muszę pokonać schody, bo chodnik, którym mógłbym pójść, jest zagrodzony płotem, kamery i ostrzeżenie, że wejście tylko dla mieszkańców.

Mężczyzna, który pomógł mi wnieść wózek po schodach, mówi:
– Patrz pan, ludzie się coraz więcej grodzą.
A ja na to:
– Ludzie im więcej mają, tym bardziej się boją. A im bardziej się boją, to tym więcej pracują, by mieć więcej, bo myślą, że się będą mniej bali, a boją się jeszcze więcej.
– No tak to jest – potwierdził.

Ja poszedłem w przeciwną stronę. Chcę mieć mniej. Chcę  pozbywać się rzeczy. Chcę się uniezależnić od zdobyczy cywilizacyjnych.

Wróćmy na razie na kanał Odra-Szprewa, gdzie budzę się o w pół do piątej i od razu siadam do wioseł. Śniadanie zjem gdzieś w drodze. Płatki kukurydziane na mleku i oczywiście kawa z biszkoptami. Wiatr mam przeciwny, ale nie jednostajny. Takie sobie szkwaliki, raz po jednej raz po drugiej stronie kanału. Wiatr bawi się ze mną w ciuciubabkę. Po paru godzinach dopływam do śluzy Kelendorf. Zatrzymuję się przy pomoście dla łodzi turystycznych. Przez intercom wywołuję operatora śluzy. “Bite śluze”,  kombinuję. Operator coś mi tłumaczy,  najpierw po niemiecku  potem po angielsku. Ani tak ani tak nic nie rozumiem. Na szczęście zjawia się para na rowerach. Proszę ich we wspólnej mowie, by skontaktowali się z operatorem. Dzwonią, a później mi tłumaczą, że śluza będzie zamknięta do osiemnastej.  Mam już dosyć tego wiosłowania…


i bez żalu wyciągam łódkę z wody i ustawiam na kółkach, wtedy ku mojemu zaskoczeniu dzwoni Darek. Wyjeżdżając z Wrocławia nie miałem roamingu. Umówiłem się z żoną, że odezwę się dopiero od Ewy Marii z Berlina. Odbieram telefon od Darka z Polski. Odtąd będzie mi pomagał szukać drogi. Darek powiadamia moją żonę i ta z kolei dzwoni, i też odbieram. Okazuje się, że do mnie można się dodzwonić z Polski, a ja do Polski nie mogę. Żona wykupuje mi jakiś bardzo ograniczony internet i instruuje, że odtąd mam WhatsAppa i  mam informować Anitę, jej koleżankę, która też ma WhatsAppa, gdzie jestem.

Ruszam w drogę, okazuje się, że jestem na ścieżce rowerowej do  Fürstenwalde. Świetnie się idzie. W pewnym momencie ścieżka skręca w prawo na malowniczy most przez kanał z potężnymi betonowymi słupami po obu stronach. Jest za wąsko na moją łódkę. Nie ma rady, wypakowuję wszystko, zdejmuję kółka i przenoszę łódkę bokiem. Z powrotem na kółka. Pakowanie i po drugiej stronie mostu to samo. Ścieżka rowerowa do Fürstenwalde prowadzi przez las, idę cały czas pod baldachimem drzew. Mija mnie jakiś samochód, kierowca pozdrawia kciukiem do góry. Po jakimś czasie znów ten sam samochód, zatrzymuje się, chwilę rozmawiamy we wspólnej mowie. Na koniec daje mi dwie duże szklane butelki wody. Mijam Berkenbrück i idę na Fürstenwalde.

Na skrzyżowaniu  przed Fürstenwalde ktoś kiwa na mnie z drugiej strony.  Zatrzymuję się, podchodzi starszy mężczyzna, wypytuje skąd idę i dokąd,  ogląda konstrukcję MAŁEJ MI,  chwali, że sklejkowa. W parku nad kanałem robię postój, a potem idę dalej ścieżką przez las do Fürstenwalde West. Zatrzymuje mnie młoda kobieta na rowerze i prowadzi w piękne miejsce na biwak. Na odchodne daje mi dużą butlę wody.

Miejsce jest super, kąpielisko z piaszczystą plażą nad Szprewą, na skarpie wiata.  Oczywiście kąpiel i pranie. Robię generalne porządki w łodzi.  Piszę do Anity i wysyłam jej zdjęcia z miejsca, gdzie jestem. Zasypiam zabezpieczony przed komarami, przed deszczem i nie niepokojony przez nikogo.

Wasserführung in Kreuzberg

Verein Städtepartner Stettin e.V. lädt zu Wasserführung in Kreuzberg ein.
Am 27. September ab 14 Uhr bis voraussichtlich 16.30

Treffpunkt bei dem Teich unter dem Wasserfall (Kreuzbergerstr. Ecke Großbeerenstr.)

Das Thema unserer Führung ist die „Natur“-Wasser im Leben der Bezirksbewohner.

Wir treffen uns vor dem Wasserfall im Viktoria Park bei dem Teich mit Fischerskulptur. Die Skulptur von Ernst Herter heißt offiziell „Seltener Fang”, die Bewohner Kreuzbergs nennen sie aber nur „Fischer und Sirene“ und behaupten, dass sich der Fischer sichtlich freut, so ein schönes Weib gefangen zu haben.

Wir werden uns am Teich kennen lernen, erzählen uns die Geschichte des Wasserfalls, des Parks mit seinen Weinbergen und natürlich der Skulptur.
Eine 1 km lange Fußstrecke (die man mit Fahrrad, Roller etc. belegen kann) führt uns über Großbeerenstraße bis zum Landwehrkanal. Unterwegs erzählen wir uns von Geschichte und Geschichten Kreuzbergs.

Hier fahren wir mit der U-Bahn von der Station Möckernbrücke mit Linie 1 Richtung Warschauer Str. bis zur Prinzenstraße, woher wir eine kurze Fußstrecke bis zum Urban-Hafen zurücklegen. Davon gehen wir den Kanal entlang bis zum Admiral-Brücke.

Im Kiez-Café Goldmarie, direkt hinter der Brücke, machen wir eine kurze Kaffee-Pause. Sind wir schon müde, bleiben wir hier und erzählen uns weiter die Kreuzbergs Geschichten. Falls wir aber danach weiter gehen wollen (was wir herzlich empfehlen), gehen wir eine kurze Fußstrecke der Admiralstraße entlang, bis zur U-Bahn Kottbusser-Tor. Unterwegs bestaunen wir ein Denkmal zwei Admirale (“Doppelter Admiral”) mit einer Punk-Frau und einen Straßenmusikanten – ein Symbol des alten und neuen Kreuzberg. An der Ecke Kohlfurter Straße gibt es eine Möglichkeit eine Synagoge anzuschauen und uns über das jüdische Leben in Berlin, damals und heute, zu erzählen. In den 30ern arbeitete hier Frau Regine Jonas, erste Rabbinerin der Welt.

Mit der U-Bahn Linie 1 in Richtung Warschauer-Str. fahren wir bis zur U-Bahn Schlesischen Tor. Davon führt uns eine 800-Meter-Fußstrecke (ca. 10 Minuten) zum Restaurant Freischwimmer, Vor dem Schlesischen Tor 2, 10997 Berlin. Es ist einer der berühmtesten Lokale Berlins und hier beim Essen und/ oder Trinken ist ein endgültiges Ende unserer Führung geplant.

***

Achtung: BVG-Tickets und Bestellungen im Café und Restaurant zählt jeder Teilnehmer selbst.
Dauer der Führung ca. 2,5 Stunden, Gehzeit – 1,5 Stunden.

Berlinski Tour w SprachCafé Polnisch – śladami Polaków w Berlinie.

Im Rahmen des Projekts „Wir Drei” werden
Ewa Maria Slaska, Elżbieta Kargol und Krystyna Koziewicz
am Freitag, den 19. September 2025

Dorota Danielewicz
mit ihrem Audioguide Berlinski Tour
vorstellen.

Continue reading “Berlinski Tour w SprachCafé Polnisch – śladami Polaków w Berlinie.” →

Zum Tod von Giorgio Armani

Monika Wrzosek-Müller

Mit 91 Jahren ist am 4. September Giorgio Armani gestorben, gerade noch hatte er in Paris seine Haute-Couture-Show gemanagt, noch vor Kurzem hat er ein Club, ein Kultlokal „La Capannina di Franceschi“ in Forte dei Marmi in der Toskana gekauft. Überhaupt, seine Umtriebigkeit in Sachen Immobilien war fast mit seiner Liebe zum Design, zur Mode vergleichbar. Vielleicht sammelte er seine zahlreichen Domizile wie er seine Kollektionen entwarf. Für mich war er der Guru, wenn es um Mode ging. Es gab niemanden, der solche zeitlose Eleganz zelebrierte. Seine Farbpalette war immer gedeckt und trotzdem gab es die auffälligsten Kleider, die von den schönsten Frauen auf den roten Teppichen getragen wurden. Doch das war erst viel später.

Geboren wurde er in Piacenza, seine Liebe zur Mode vertiefte er im Kaufhaus Rinascente in Mailand, direkt am Dom. Die Schneiderkunst der Herrenanzüge erlernte er beim Altmeister Cerruti. Doch bald gründete er seine eigene Marke, eigene Firma. Er war in der Mode wirklich ein Revolutionär; selbst trug er als erster ein schwarzes T-Shirt zum Jackett oder gar zu einem Anzug, abgerundet mit weißen Sportschuhen. Später war auch Nachtblau seine Lieblingsfarbe. Er baute richtiges Imperium auf, entwarf nicht nur Kleidung für Männer und später auch für Frauen, nebenbei auch die Unterwäsche, sondern auch Inneneinrichtungen mit Kochutensilien, Parfüms, Schmuck, Accessoires wie z.B. Sonnenbrillen. Er besaß unzählige Immobilien, die er selbst einrichtete, darunter auch Hotels. Die Firma gliederte sich in einzelne Unternehmen, wie Emporio Armani, Armani Jeans für jüngeres Publikum, dann besagtes Armani Privé für große Anlässe, AX. Interessant ist, dass er angeblich selbst Kontrolle über sein Unternahmen besaß und Übernahmeangebote von anderen großen Modehäusern regelmäßig abgelehnte.

Ich erinnere mich, wie ich mir bedächtig, wie in einer Kirche, seine Kollektionen in Florenz in den frühen 90er Jahren anschaute und bewunderte. Die Geschäfte waren wunderschön eingerichtet mit aber unheimlich netten Verkäuferinnen, die mich immer aufforderten: „probieren sie, Madame, das kostet nichts…“. Manchmal sagten sie mir auch, wann der nächste Schlussverkauf beginnt. Sie waren in ihrer ganzen Schönheit gar nicht hochnäsig und arrogant. Ich liebte seine Stoffe, weich und manchmal durchsichtig, fein und edel. Gekauft habe ich damals ein Seidentuch, das ich immer noch habe und trage. Es umgab ihn und sein Modeimperium eine Art von Leichtigkeit, von künstlerischem Nimbus, niemand war eifersüchtig, dass er wirklich der Modezar war und unheimlichen Reichtum angesammelt hatte.

Legendär sind seine Anwesen, von denen er sieben besaß, dazu eine Luxusjacht. Das in Forte dei Marmi, war sein erstes Urlaubsdomizil, unweit von Florenz und Viareggio an der ligurischen Küste verbrachte er auch die letzten Tage mit der Familie. Doch wunderschön anzusehen ist auch ein Komplex von historischen Bauten mit Kuppeldächern aus Lavasteinen auf der Insel Pantelleria. In der Nähe von Pavia besaß er ein kleines Schlösschen, das er als Ruine kaufte und ausbauen ließ. Auch in Paris besaß er ein Appartement, wo er sich während der Modeschauen aufhielt. Dann in Saint Tropez kaufte er ein Anwesen direkt am Meer und legte einen großen Park rundherum an. In Sankt Moriz besaß er ein Ensemble aus dem 17. Jh., wo er im Winter längere Zeit verbrachte. Nicht zu vergessen verschiedene Immobilien in Mailand, die wichtigste, die ihm als sein Wohnhaus diente, in der Via Borgo Nuovo. Alle diese Häuser stattete er mit selbst entworfenen oder gekauften Möbeln aus, ließ sehr gute Architekten für sich arbeiten, ansonsten beschäftigte er ganze Armeen von kreativen Mitarbeitern.

Ich erinnere mich, dass ich in Berlin, in der Neuen Nationalgalerie 2003 eine Armani Ausstellung mit dem Titel: „Giorgio Armani – The Style of Milano“ gesehen habe. Die Ausstellung wurde von einem sehr guten Regisseur, Bob Wilson, inszeniert in Kooperation mit der S. Guggenheim Foundation. Es war eine wunderschöne Ausstellung, die Tendenzen im Armanis Schaffen zeigte, z.B. die Rolle des Smokings in der Frauenkleidung. Natürlich spielte auch die Farbpalette von Sandfarben eine Rolle. Es waren himmlisch schöne sandfarbene bis grünlich angehauchte Smoking-Anzüge für die Frauen zu sehen. Auch die Einflüsse ferner, exotischer Kulturen wie China, Indonesien, Japan oder Polynesien waren sichtbar, aber alles in der zurückgezogenen, stillen Armani Art präsentiert, mit wirklich fantastischen Kollektionen von Anzügen, Kleidern, auch denen vom roten Teppich. Es war teilweise eine Modeschau, nur wurde sie durch ausgewählte Skizzen, Modefotos und Dokumentarfilme ergänzt. Man tauchte richtig in die Armani-Welt ein. Ich erinnere mich an ein Spektakel aus Licht, Ton und Bildern und natürlich Defilees von Mannequins in schönsten Kleidern der Welt.

Jetzt ist der Mann gestorben, doch sein Werk, seine Firma wird weiter von seiner Kusine fortgeführt. Doch der große Geist wird fehlen. Ich empfinde seinen Tod als großen Verlust für unsere Welt…

Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne

EMS: Ostatnio dużo się pisze o tym, jak traktuje się zwierzęta w ogrodach zoologicznych. Niektóre z tych doniesień już tu cytowałam. Z Norymbergi, z Aaalborgu, teraz jeszcze doszedł Lipsk, i to w gruncie rzeczy są dwa różne doniesienia.

Jako dorośli ludzie, zainteresowani likwidowaniem cierpienia w naszym życiu, zapewne opowiadamy się się generalnie przeciwko ogrodom, tak jak opowiadaliśmy się przeciwko męczeniu zwierząt w cyrkach. Ta praktyka cyrkowa została w Europie zlikwidowana, ogrody jednak pozostały. I, z ręką na sercu, my wszyscy jako rodzice i/lub dziadkowie, byliśmy z naszymi dziećmi i wnukami w ogrodzie zoologicznym. Zapewne nie raz. I jakoś wierzyliśmy w zapewnienia, że ogrody chronią zwierzęta przed wytępieniem, że chronią gatunki, których by już dawno nie było (aczkolwiek pozostaje pytanie – dlaczego by ich już dawno nie było? Ale to temat na osobny wpis.) I w równie oczywisty sposób wierzyliśmy, nawet nie pytając, że, pomijając fakt trzymania ich w niewoli, nikt w ogrodach nie krzywdzi zwierząt. Tymczasem wygląda na to, że krzywdzenie zwierząt i traktowanie ich przedmiotowo, jest w ogrodach zoologicznych nagminną praktyką. Bo jeżeli tak jest w trzech ogrodach, o których właśnie się czegoś dowiedzieliśmy, to nie łudźmy się, tak jest wszędzie, a pracownicy tych inkryminowanych ogrodów mówią otwarcie. To powszechna praktyka.

Continue reading “Cierpienie zwierząt 8. Ogrody zoologiczne” →