Z harcerskich “Skrzydeł”

Przypominam, że “Skrzydła” były miesięcznikiem harcerek polskich, wydawanym w latach 1930-1939 w Warszawie. Jedną z redaktorek tego czasopisma była moja cioteczna babka, harcmistrzyni RP, Karolina Lubliner-Mianowska, która swoje teksty podpisywała Karolina Lublinerówna lub Bukowa Jagoda. Tego leśnego pseudonimu Karusia (bo tak ją zawsze w domu nazywałyśmy) używała pisząc teksty o ochronie przyrody, stał się on też potem jej pseudonimem okupacyjnym.

Dziś kolejny tekst Bukowej Jagody, wzruszający i nadal aktualny. Czuje się, że to nie jest tekst programowy, lecz własny, pisany z głębokiej potrzeby serca.

wspolzycie-z-przyroda

Współżycie z przyrodą

Obóz drużyny Y-ej przed tygodniem rozłożył namioty w lesie pod wsią ***. Właśnie skończono co ważniejsze pionierskie roboty. Jutro wycieczka dwudniowa, sumiennie przygotowana. „Czy aby nie zacznie lać?”- niepokoi się drużynowa. Przy wieczerzy badamy stan nieba. Gęste baranki biało-sine i jaskrawa zorza zachodu. Czy to wróży deszcz, czy pogodę? Przemyślna wywiadowczyni idzie po radę do sąsiada gospodarza, skąd się mleko przynosi. Dowiaduje się, że pogoda pewna, tylko wiatr. Jakoż w nocy klaszczą nam płótna namiotów, a warta zbiera po krzakach fruwające ścierki. Dziwimy się po cichu mądrości gospodarza i uczymy się od niego w ciągu całego pobytu.

W życiu obozowym jesteśmy zależne od przyrody więcej niż rolnik. Jesteśmy zależne jak pierwotni ludzie, gotowiśmy czcić boga-słońce i błagać darami wiatry, żeby deszczów nam nie zsyłały. Poznajemy dokładnie twardość, kruchość i spoistość różnych drzew, kiedy obrabiamy je z trudem na małą siekierką na sprzęt obozowy, czy na opał. Poznajemy rodzaj gleby i podglebia kopiąc doły, budując stoły i piwnicę. Wiemy, gdzie znaleźć otoczaki, gdzie czysty, biały píasek, a gdzie czerwono-żółty orsztyn, z którego się usypuje wielką lilję na środku stołu.

orsztyn czyli rudawiec

Wiemy, gdzie znaleźć kwiaty trwałe i suche lub barwne owoce, któremi stroimy kapliczkę i tablicę rozkazów, wiemy też których roślin rwać nie warto, bo prędko schną.

W kąpieli poznajemy nieznośne wodorosty czepiające się nóg podczas pływania i różne twory wodne, które bez skutku próbujemy łapać. Taką to normalną drogę zbliżenia z przyrodą przechodzi każda obozująca drużyna, najczęściej wcale o tem nie myśląc.

Wartoby do tych cennych momentów praktycznych poznawania przyrody dodać jeszcze jedną największą wartość – ś w i a d o m o ś ć. Zauważmy więc, jaka to gleba sprzyja naszym ziemnym robotom, a jaka je utrudnia. Zauważmy, gdzie rosną najszybciej więdnące kwiaty, a gdzie trwalsze – domyślmy się, dlaczego tak się różnią. Prowadząc ćwiczenia i gry harcerskie można nawiązać częściej ów konieczny kontakt z przyrodą. Naznaczyć zbiórkę drużyny przy krzaku kruszyny, który rośnie pod jarzębiną na wschód od obozu – niech zastęp szuka teraz właściwego punktu. Wyznaczyć trop śladem berberysowych jagód, nie pokazawszy ich wprzód. To właściwie już ćwiczenia przyrodnicze zastępów, choć nikt ich za takie nie uważa. A jeśli jeszcze na wszelkich obozach „szumiący dąb gawędy” nosić będzie swe właściwe miano wierzby czy topoli – to powiemy, że obozy młodszych drużyn dostatecznie poznają przyrodę.

W starszych drużynach, obozujących trzeci, czwarty czy piąty raz – prace przyrodnicze mogą być traktowane jako pewna specjalizacja zamiłowanych w tym kierunku zastępów.

Morszczyn (Fucus vesciculosus)

I tu zaznaczyć muszę – prowadźmy te prace w porozumieniu z ludźmi, którzy się na tem znają, np. z nauczycielami przyrody. Zastęp harcerski prowadzący w obozie ćwiczenia przyrodnicze, może przywieźć jesienią do swojej szkoły zbiory i materiały, z których korzystać będzie wiele klas, a które zdobywać jest zazwyczaj trudno. Przypomnę tu o morszczynach z Wvbrzeża morskiego i szyszkach jodeł, świerków i modrzewi, skamienielinach i skałach z Gór Świętokrzyskich. W zapale robienia zbiorów i pomocy naukowych nie zapomnijmy o najważniejszym obowiązku „ochrony przyrody”. Przed wyjazdem drużyny powinna zdobyć wiadomości, czy w okolicy niema rezerwatów, czy nie spotykają się tam rośliny lub zwierzęta podległe ochronie. Zebranie tych informacyj nie przedstawia szczególnych trudności, znajdziemy je w licznych a niedrogich wydawnictwach „Państwowej Rady Ochrony Przyrody”

Drużyna harcerska może całej okolicy dawać przykład szanowania przyrody, może ideę ochrony przyrody propagować czynnie. Zaczniemy od łatwych zadań, nie zrywać i nie kupować żadnych roślin podlegających ochronie, np. szarotek w Tatrach; nie zostawiać napisów na drzewach, murach i skałach, zacierać, jeśli się uda, napisy zostawione przez innych. Obowiązek pozostawienia w porządku terenu obozowiska szczęściem wszedł już w krew harcerską, ale, jak dotąd, nie uczymy tej cnoty innych, przechodzimy obojętnie obok śmieci rozrzuconych przez „cywilów“. Sądzę, że obóz wędrowny przechodzący np. przez Hel, mógłby znaleźć godzinkę czasu na wyzbieranie śmieci z lasu helskiego, który jako ogrodzony, zaśmiecony jest tylko przy drogach, ale za to bardzo dokładnie! Takie zbieranie śmieci, wykonane przez harcerzy gromadnie, hucznie a wesoło, niejednemu gościowi helskiemu otworzy oczy na ten rażący dowód braku kultury.

Cośkolwiek możemy zrobić i w sprawie ochrony drzew. Wiele drzew starych i pięknych otaczają opieką właściciele lub leśnictwa. Wiem, że drużyny odniosą się do nich z należytym szacunkiem, ale to nie wszystko, czego żąda od nas polska przyroda.

W dalekich wioskach Wileńszczyzny czy Wołynía spotkamy może parusetletnie drzewa, o które nikt szczególnie nie dba. Zwrócimy wtedy uwagę miejscowych władz na te skarby, postaramy się, by je otoczono opieką. A na odjezdnem zawiesimy na pniu staruszka naszą kapliczkę obozową z brzozowych patyków, co wcale dobrze, choć nieurzędowo, ochrania drzewo przed ścięciem.

Najgorętszem mojem życzeniem jest, aby jesienią czasopismo „Ochrona Przyrody” zamieściło w swej kronice szereg wzmianek mówiących o tem, jak to drużyny harcerskie swoją pracą wakacyjną przyczyniły się do szerzenia w społeczeństwie pięknej idei ochrony przyrody.

Bukowa Jagoda

Stuart 16

Joanna Trümner

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Grow Old with Me, Tom Odell

Czekanie

Tygodnie pobytu Meg w Sydney minęły bardzo szybko. Dziewczyna wstawała razem z nim, przygotowywała mu kanapki do pracy, a potem wracała na godzinę lub dwie do łóżka. Po porannej kawie wychodziła z domu i zwiedzała miasto. Już w kilka dni po przyjeździe do Sydney wiedziała o tym mieście więcej od swojego chłopaka, który mieszkał tu od kilku lat na stałe. Któregoś wieczoru opowiedziała mu o Muzeum Australijskim, do którego on sam nigdy jeszcze nie dotarł, a Stuart pomyślał z zażenowaniem, że to przecież wstyd, że tak mało zna to miasto. Może to przez to, że wszystkie ciekawe miejsca, muzea, teatry są tuż na wyciągnięcie ręki, pod nosem. I sama świadomość tego, że w każdej chwili można do nich pójść, usprawiedliwia lenistwo i prowadzi do tego, że nigdy się tego nie robi. Nadszedł czas, by poznać tę drugą ojczyznę i jej historię. Przypomiał mu się pobyt w Berlinie Zachodnim, kiedy to brnął w zimnie przez wiele zakątków miasta, ciekawy jego historii i ludzi. „Może ta ciekawość to tylko przywilej ludzi, którzy chcą wziąć ze sobą z podróży jak najwięcej wrażeń do domu?” – przeszło mu przez głowę.

W pierwszy weekend po przyjeździe Mag wybrali się na spacer po Ogrodzie Botanicznym. Gdy wrócili do posprzątanego mieszkania, gdzie czekał przygotowany przez Meg obiad, Stuart nie mógł powstrzymać się od uwagi: „Wiesz, czuję się, jakbyśmy byli starym małżeństwem i znali się od co najmniej kilkudziesięciu lat” „To niedobrze” – odpowiedziała Meg. „Stare małżeństwa przeważnie nie mają sobie już nic do powiedzenia i może po to głównie potrzebne są dzieci i wnuki, żeby chociaż na chwilę można było przerwać milczenie”. „Ale chyba są jakieś wyjątki?” – Stuart zorientował się, że źle dobrał słowa, którymi chciał nazwać rytuały, jakie powoli zaczęły wypełniać ich życie i swe powroty do mieszkania, które nie jest puste i w którym ktoś na niego czeka. Ktoś, z kim mógł się podzielić wrażeniami z całego dnia pracy, kto był wyrozumiały i bez marudzenia akceptował popołudniową drzemkę ktoś, komu nie przeszkadzały stojące na środku pokoju buty i nierówno wycisnięta tubka pasty do zębów.

Meg nie tylko zwiedzała miasto, ale zaczęła też zbierać informacje na temat życia w Australii i własnych perspektyw zawodowych. Odwiedziła kilka urzędów i z zadowoleniem dowiedziała się, że jej dyplom otwiera wiele drzwi i że mogłaby natychmiast podjąć pracę. Wybrała się, dość zresztą przypadkowo, na uniwersytet, gdzie wysłuchała wykładu na temat sieci prewencji samobójstw, ponoć najlepszej na świecie. Odtąd raz w tygodniu chodziła na uniwersytet i słuchała wykładów z psychologii. Po czterech tygodniach, kiedy jej pobyt dobiegał końca, uznała, że widzi dla siebie miejsce w Australii. W dzień przed jej odlotem do Anglii Stuart zabrał Meg do chińskiej restauracji niedaleko domu i zapytał, czy przyjedzie do niego na zawsze, „Tak, to będzie mój prezent na Święta” – odpowiedziała z uśmiechem. Na początku października odprowadził ją na lotnisko.

Mieszkanie opustoszało i nagle Stuart zdał sobie sprawę, że ma w Sydney tak niewielu znajomych, oczywiście oprócz Iana, którego jednak nie widział od dnia ślubu, poznał tutaj tylko kilka osób, kolegów z pracy i personel knajp, w których dawał kiedyś koncerty. Nie znał nikogo, z kim mógłby pójść na piwo albo spędzić wolny czas po pracy. „To trzeba będzie zmienić” – pomyślał, usprawiedliwiając swą samotność tym, że dopiero od kilku miesięcy ma w końcu adres i własny telefon. Któregoś wieczoru oglądał nudny program przyrodniczy o szkołach dla młodych słoni w Tajlandii i nagle zaskoczył go odgłos klucza otwierającego drzwi do mieszkania. „Tu nawet nie ma czego ukraść!” – próbował uspokoić lekki niepokój i wstał, żeby podejść w kierunku drzwi. Niespodziewanym gościem był Ian: „Chciałem ci oddać klucz od mieszkania i pogadać”. Stuarta zaskoczył wygląd przyjaciela – Ian sprawiał wrażenie starszego niż był i zmęczonego, a mówił w mechaniczny, monotonny sposób. „Albo się nieźle napił albo naćpał” – pomyślał Stuart i zrobiło mu się żal przyjaciela. Ian zaczął opowieść o swym życiu małżeńskim. „Nawet nie wiesz, w jakie piekło się wpakowałem. Tatuś rządzi wszystkim, ja w tej rodzinie nie mam nic do powiedzenia. Decyduje o umeblowaniu mieszkania, o urządzeniu pokoju dla dziecka, o mojej pracy, bo ta w banku, to był dla niego żart, sam więc zadzwonił do dyrektora i od początku października pracuję w jego firmie – jestem dozorcą i otwieram mieszkania klientom zainteresowanym wynajmem, zajmuję się wszystkim, co się w tych jego pieprzonych nieruchomościach popsuje – nieważne czy chodzi o zapchaną ubikację czy o zepsutą windę. „Niech się tym zajmie Ian”. Zarabiam lepiej niż w banku, ale to nie jest praca dla mnie, a jak się spróbuję postawić, to tatuś obetnie nam kasę i wyrzuci mnie z domu. Na każdym kroku słyszę „To nie twoje, nie twoja sprawa”. W tej rodzinie nikt się nie buntuje, mama jest szczęśliwa, że stać ją na fryzjera dwa razy w tygodniu, niezłe ciuchy i kosmetyczkę, która masuje jej na twarzy wszystkie ślady starzenia się. W niedzielę podczas wspólnych rodzinnych obiadków mamusia i moja żonka kiwają głowami na mądrości starego, a jak tylko się odezwą, to słyszą: „i tak się na tym nie znacie”. Stary na każdym kroku daje mi odczuć, że mnie po prostu kupił. Z moją wspaniała żonką nie mamy sobie wiele do powiedzenia – ją interesują tylko zakupy dla przyszłego dziecka – mamy już komplet różowych i niebieskich ubranek na następne dwa lata. Zostaje nam tylko łóżko, a i z tym nie najlepiej, bo ona jest ciągle potwornie zmęczona tym lataniem po sklepach i spotkaniami z przyjaciółkami. Źle mi się robi na myśl o tym, że tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci starego i nie wiem, co ze sobą zrobić. Pamiętam jak ojciec ciągle nam powtarzał: „Jak siebie nie uszanujesz, to nikt cię nie uszanuje” – ten głupi tekst mnie kiedyś potwornie denerwował. Myślałem, ot, jedna z wielu mądrości ojca, za którą niewiele stoi, przysłowie bez żadnego znaczenia, ale teraz, kiedy rano patrzę w lustro, wiem ile w tym jest racji i nie mogę na siebie patrzeć”. „Przecież tego chciałeś” – pomyślał Stuart, czując równocześnie litość nad Ianem. „Jak się teraz rozwiedziesz, to będzie to chyba najkrótsze małżeństwo w historii Australii” – powiedział, próbując obrócić sytuację w żart. „A tak naprawdę to byłeś kiedyś zakochany?” – zapytał, przypominając sobie te dziesiątki dziewczyn, które przyjaciel skrupulatnie zapisywał w notesie. „Ilu ludzi chodzi po świecie nie wiedząc nawet, że można być tak blisko drugiego człowieka. Miałem dużo szczęścia, że mogłem to przeżyć już dwa razy” – myślał czekając na odpowiedź przyjaciela. „W twojej siostrze, ale mnie nie chciała” – odpowiedział Ian.

Umówili się, że Ian może w każdej chwili wpadać do swojego byłego mieszkania i po prostu wygadać się przed Stuartem: „Ty nawet nie wiesz, ile to znaczy, że ktoś potrafi słuchać, dziękuję. To tak fajnie mieć prawdziwego przyjaciela”. Stuart pomyślał w duchu: „To nie jest moment, żeby mu powiedzieć, że dla mnie ta przyjaźń się skończyła, on mnie za bardzo teraz potrzebuje”.

Kolejne tygodnie mijały na pracy i sporadycznych koncertach w knajpach. Najczęściej występował w „Black Lion”, pubie, w którym dał przed laty swój pierwszy, zorganizowany przez Iana, występ. Ze zdziwieniem zobaczył, że jest to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, w których nigdy nic się nie zmienia. Te same pożółkłe od tytoniu ściany, ten sam właściciel, który nie rozstawał się z papierosem, ta sama kelnerka – Tracy, która witała go za każdym razem słowami: „czas na sztukę” i patrzyła na niego z nieukrywanym podziwem, ci sami klienci, po których już przed rokiem widać było skutki picia alkoholu, znudzeni i zabijający czas, czekający na nowe twarze i nowe przeżycia. Czasami chodził do biblioteki i przygotowywał lekcje w szkole, dwa razy w tygodniu dzwonił do Meg i, mimo że te rozmowy pochłaniały dużą część jego zarobków, cieszył się za każdym razem, że słyszy głos. Te rozmowy były, pomimo tysięcy kilometrów, tak dobre, że chwilami wydawało mu się, że Meg siedzi obok niego i że czuje jej oddech. Pod koniec listopada, kiedy mieszkańcy Sydney cierpieli z powodu potwornej fali upałów, a w Walton spadł pierwszy śnieg, w środku nocy zbudził go telefon od Meg: „Muszę odwołać przyjazd na święta, matka znowu zaczęła pić i muszę się nią zająć. Przylecę, jak tylko ulokuję ją w jakimś ośrodku, w lutym, a może dopiero w marcu, nie wiem, bardzo bym chciała być teraz z tobą, ale, zrozum, nie mogę. Na pewno przyjadę, już dawno się zdecydowałam” .

Po tej rozmowie Stuart nie mógł zasnąć, był rozczarowany, że czekanie potrwa znacznie dłużej niż myślał. Po pracy wrócił do domu i nie mógł znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Wybrał się do „Black Lion”, żeby przy kilku drinkach spędzić wieczór i nie odczuwać tak okropnie samotności. Ucieszył się na widok Tracy, która wypytywała go o życie w Anglii, o Londyn, Berlin, wielki świat, którego nigdy nie poznała. Kiedy powiedziała: „Jak śpiewałeś Heart of gold to miałam łzy w oczach” poczuł, że jest dla niej kimś bardzo interesującym i świadomość, że ktoś go bezgranicznie podziwia, poprawiła mu humor.

W Sylwestra miał dyżur w domu starców. Kierownik ośrodka poprosił go o koncert dla pensjonariuszy. „Tylko nie przesadzaj, oni o dziewiątej mają być w łóżkach” – powiedział, zaznaczając, że dostanie za ten koncert dodatkowe pieniądze. O wpół do dziesiątej Stuart skończył pracę i czuł się podle – przecież i on brał udział w tej maskaradzie, kiedy starszym ludziom wmówiono, że już wybiła północ i że mają iść spać. Nie miał ochoty na imprezę dla pracowników i nie bardzo wiedział, dokąd ma pójść, żeby przywitać rok 1980. Wybrał się więc do „Black Lion” i tam słyszał zegary bijące dwunastą. „Happy New Year” – powiedział całując Tracy w policzek. „Happy New Year” odpowiedziała. Pił jednego drinka za drugim, kiedy „Black Lion” zamykał podwoje o piątej nad ranem, Stuart ledwie mógł się utrzymać na nogach. „Może przyjdziesz do mnie na śniadanie?” zapytała go Tracy.

W kilka godzin później zbudziły go w jej łóżku dochodzące z radia dźwięki piosenki Beatlesów: Don’t let me down. Jej słowa przeraziły go, wiedział już, że od tego dnia zawsze będzie mu się ona kojarzyła z największą głupotą, jaką zrobił w życiu i że w jego idealnym związku z Meg pojawiła się historia, której nie wolno mu będzie nigdy wyjawić.

Cdn.

 

Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę “Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx    Ho, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx        i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.

 

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo

Trzy kobiety Leonarda

Po tym jak za sto milionów dolarów kupiliśmy to, co ponoć i tak było nasze, rozmyślam sobie zgoła apolitycznie o kobietach Leonarda. Widziałam świadomie trzy z nich, Monę Lisę del Giocondo, Ginevrę d’ Benci i Damę z łasiczką czyli Cecylię Gallerani. Piszę, że te trzy widziałam świadomie, bo pamiętam sytuację, kiedy je widziałam, a i bardzo dobrze pamiętam do dziś same portrety. Czwartej nie pamiętam w ogóle czyli świadomie jej nie widziałam, mimo że wystawiana jest w Luwrze obok Giocondy. To tak zwana La Belle Ferroniere, surowa anonimowa piękność, której przydomek wskazuje na związek z żelazem lub kowalstwem, być może kochanka króla Francji Franciszka I, a może Ludwika Sforzy, być może zresztą ta sama Cecilia Gallerani. Ma na czole opaskę z drogim kamieniem, którą od tego portretu nazywa się ferroniere czyli… żelazko albo kowalka.

Z tych czterech kobiet dwie, Lisa i Cecilia (z łasiczką), są niewątpliwie uczestniczkami popkultury, a poznać to między innymi po ilości memów w sieci.

Gioconda ma ich masy. Moja warszawska przyjaciółka zbiera je z lubością i od dawna już namawiam ją, żeby zrobiła nam taki wpis na bloga. Ponieważ jednak jeszcze mi się to nie udało, to ja pokażę kilka z nich, w tym (proudly) te które to ja znalazłam w sieci lub w realu i jej wysłałam. Powód jest jak najbardziej aktualny, tego mema bowiem znalazłam w internecie w Nowy Rok:

Komentarz był taki, że portret ogólnie udany, nie wiedzieć jednak dlaczego Dama została sportretowana bez broszki.

Zaczynamy świątecznie i zimowo.

Jesień

Lato

 

Wiosna

Mona Lisa bez słynnego uśmiechu

Nowoczesna i Razem

 

Coraz bardziej nowoczesna, tak dalece, że porusza świat i siebie samą

A w ogóle to oszukała nas. Tak naprawdę wcale jej nie ma. Albo jest mężczyzną. A może zresztą Arabką.

Cecylią Gallerani zajmiemy się za tydzień. Tu tylko, na dobry początek, obraz niejakiego Kosałki, Jerzego zresztą 🙂

 

 

 

Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Epifania i inne święta

Dziś piękne święto Trzech Króli a jednocześnie prawosławne Boże Narodzenie. 1 stycznia skończyła się Chanuka, a my strasząc ptaki, jeże, lisy, psy i koty petardami weszliśmy w Nowy Rok. Wciąż jeszcze świętujemy, a więc i nasz autor, który od lat zapewnia nam teksty w pierwsze piątki miesiąca, pisze o świętowaniu.

Roman Brodowski

Na Wigilii u Romówromanuromow2016-5

Święta Bożego Narodzenia to święto nie tylko dla katolików, ale także dla wyznawców prawosławia i wspólnot ewangelickich. Jest to święto ogólno chrześcijańskie, mające przypominać o narodzinach Jezusa Chrystusa, który jest fundamentem chrześcijaństwa. Wszyscy skupiamy się wokół wcielenia w nim Boga jako człowieka, tu, na Ziemi. Święto to jest z jednej strony czasem zadumy i refleksji nad życiem, z drugiej – okazją do odnowienia więzi z Bogiem w obrębie swego kościoła. Ale jest to obecnie również po prostu wolny czas, spędzany w kręgu rodziny, przyjaciół, znajomych. Wiele organizacji społecznych, zakładów pracy, wspólnot, instytucji organizuje dla swoich członków, pracowników czy osób współpracujących wieczory opłatkowe, spotkania przedwigilijne, lub inne imprezy poprzedzające czas bożonarodzeniowy.

romanuromow2016-3 romanuromow2016-2

Ja także od wielu lat mam sposobność uczestniczenia w tego typu spotkaniach, zarówno w Berlinie, jak i Polsce, na Białorusi, czy Litwie. Wszystkie te spotkania, ze względu na specyficzny charakter, są dla mnie niepowtarzalne i niezapomniane. Mógłbym o nich opowiadać godzinami lub pisać elaboraty.

Skupię się jednak na jednym, na spotkaniu wigilijnym, zorganizowanym przez Gorzowskie Stowarzyszenie Romów w dniu 17 grudnia 2016 roku. Uczestniczyłem w nim z ogromną radością, zwłaszcza że z Romami dotąd nie miałem styczności.

Spotkanie to odbyło się w jednym ze środowiskowych domów kultury, na peryferiach Gorzowa. Romowie już od wielu lat organizują tu swoje spotkania i zapraszają różne stowarzyszenia, regionalne i kulturalne, działające na terenie województwa lubuskiego.

Byli więc i Wilniuki, i Lwowianie, i Dolnoślążanie, Polesiuki i Stowarzyszenia Hucułów i Wołynian. Wyjątkowość imprezy polegała na tym, że każdy uczestniczący w nim region, przygotował na tę wieczerzę nie tylko swoje potrawy regionalne, jakie spotykamy u nich na wigilijnych stołach, ale i krótki program artystyczny z kolędami i pastorałkami.

romanuromow2016-4

Przyjechałem na tę imprezę z Berlina, ale reprezentowałem nie Polonię berlińską, lecz moją drugą ojcowiznę z wyboru – Kresy Wschodnie, a do udziału zaprosiło mnie Gorzowskie Stowarzyszenie Miłośników Wilna i Okolic.

Tradycyjnie, powitaniem gości oraz życzeniami złożonymi z okazji świąt, wieczerzę rozpoczęli gospodarze, czyli prezes stowarzyszenia Romów z małżonką, na co dzień właściciele
teatru romskiego w Gorzowie.

romanuromow2016-13 romanuromow2016-12 romanuromow2016-11

W spotkaniu uczestniczył też ksiądz misjonarz, który od kilku lat mieszka w Gorzowie, a przybył z wieloletniej posługi duszpasterskiej, jaką odbywał na dalekiej, mroźnej Syberii.

Po poświęceniu wigilijnego opłatka, modlitwie, oraz złożeniu sobie wzajemnych życzeń, rozpoczęła się część biesiadna. Nie od razu dane było jednak gościowi, który u tego stołu zasiadł, posmakować kuszących i pachnących potraw. Bo najpierw jeszcze odbyło się wspólne kolędowanie, połączone z prezentacjami lokalnych społeczności. Każda z nich miała po dziesięć minut na prezentację zwyczajów regionalnych, począwszy od wigilijnych przyśpiewek, pastorałek i kolęd, a skończywszy na wiktuałach świątecznych ustawionych na pięknie przyozdobionych stołach.

Także i ja miałem moje trzy minuty. Ale nie wzbogaciłem wieczerzy ani kulinariami wschodnimi, bo lepiej ode mnie zrobili to gospodarze, ani berlińskimi. Chociaż, kto wie, może sałatka ziemniaczana i kiełbaski, czyli berlińskie przysmaki wigilijne, wzbudziły by zainteresowanie zaproszonych gości… Jednak, skoro jestem poetą, poprzestałem na poezji i przeczytałem, napisane przed laty apokryfy o narodzinach Jezusa.

… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2

Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.

A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.

Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.

On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,

Berlin, 12.04. 1988

… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16

Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.

Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.

A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.

Berlin, 13.05. 1988

Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Reblog: Zeppelin we Frankfurcie i Aleppo w Gdańsku Wrzeszczu

Piotr Beszczyński

Z blogu Czas i przestrzeń

Grudzień nazywa się tak, jak się nazywa, od słowa „gruda”, oznaczającego zmarzniętą ziemię. Nazwa wywodzi się z czasów, kiedy w grudniu ziemia bywała zmarznięta. Teraz, kiedy za oknem plucha, może nawiązywać najwyżej do tego, że pisanie idzie jak po grudzie. Mimo to nie ustaję w trudzie, Mili Ludzie!

  • Na początku grudnia są imieniny Barbary. Liczę w głowie znane mi Panie, noszące to klasyczne imię; jest ich znaczna ilość, a wszystkie – są uosobieniem samych zalet! Czy to jakaś astrologiczna zasada, czy też ja mam takie szczęście – nie wiem, ale cieszę się, że znam tyle fajnych Baś!
  • Wspomnę tu o jednej z nich, prawdziwej artystce sztuk pięknych, a zwłaszcza malarstwa i kuchni. Niedawno był w staromiejskim ratuszu wernisaż kulinarno – rysunkowej, świetnej wystawy Barbary K. Jak to na wernisażach bywa, goście zostali podjęci poczęstunkiem – w tym wypadku nie pozostawiającym wątpliwości co do kunsztu Autorki. 20161208_181752-2I jak to na wernisażach bywa, zjawili się tam również koneserzy, zainteresowani wyłącznie owym poczęstunkiem. Nasunęło to refleksję nawiązującą do głoszonych przez obecnie nam panujących, haseł o „wymianie elit”. W tym wypadku „łże – elity” są zastępowane przez „żre – elity”. I tak dobrze, że z wysoką kulturą w tle.

  • Krótki wyskok do Frankfurtu nad Menem na początku miesiąca, dał okazję do kolejnej w tym roku niemieckiej refleksji. O tym mianowicie, jak rządzone przez rozsądnych przywódców społeczeństwo potrafiło w ciągu kilku pokoleń przeistoczyć się ze sprawcy największych nieszczęść w dziejach ludzkości, w przyjazną światu zbiorowość.
  • Miasto o wielkim znaczeniu historycznym (w IX wieku stolica państwa wschodniofrankijskiego, będącego osnową kształtującej się Rzeszy niemieckiej), jak też współczesnym (finansowa stolica Europy, wielki węzeł komunikacyjny), jest dla przybysza zaskakująco kameralne i sympatyczne. Zwłaszcza, gdy grudniowe niebo jest pogodne, a wypełnione tłumem ulice spływają grzanym winem.
  • p1020902
  • p1020913
  • p1020932
  • p1020882
  • p1020942
  • Tłumacząc się sami przed sobą brakiem czasu, pominęliśmy szereg prestiżowych muzeów stojących przy nadrzecznym bulwarze, ograniczając aktywność w tym zakresie do odwiedzenia znajdującego się na przylotniskowych peryferiach muzeum Zeppelina. Zwiedzających niewielu, więc miła pani (nie wiedzieć czemu od wejścia proponująca mi zakup ulgowego biletu) z prowadzącego placówkę stowarzyszenia entuzjastów, mogła poświęcić nam sporo czasu objaśniając ciekawą ekspozycję, jak też dowiadując się od nas o polsko – litewskim modelu cepelina, nadziewanego mięsem.
  • p1020889
  • p1020894
  • Program budowy gigantycznych sterowców w pierwszych czterdziestu latach XX wieku, aczkolwiek absurdalny ekonomicznie, przyśpieszył jednak rozwój w wielu dziedzinach techniki i gospodarki
  • Stał się też elementem propagandy systemowej dla pewnego niewysokiego pana z wąsikiem.
  • Machina propagandowa innego niewysokiego pana, bez wąsika i całkiem nam współczesnego, postępuje inaczej: zamiast używać balonów, usiłuje robić lud w balona. W znacznej mierze skutecznie, aczkolwiek ma znacznie trudniej, bo lud rogaty i przekorny. Widać wyraźnie ożywienie młodzieży w sprawach publicznych, co niesie nadzieję na nieodległą w czasie, stopniową utylizację dewastatorów tego, co wspólne.
  • p1030004
  • Na takich zgromadzeniach coraz częściej słychać rozsądne głosy, wzywające do organicznej pracy, do cierpliwego objaśniania wszem i wobec sensu trzymania się zasad sprawdzonych w najmocniejszych demokracjach. I tego, że zgoda na odstępowanie od tych zasad przynosi efekt jak pęknięcie powłoki szamba; nieczystości zalewają nas w niekontrolowany sposób.
  • Jak może wyglądać pokłosie dyktatury widać choćby na tragicznym przykładzie Syrii. Perła Lewantu, Aleppo, leży w gruzach, tysiące ludzi zginęło. Poszliśmy pod nasz ulubiony bar, noszący nazwę tego miasta i zapaliliśmy przed nim znicze. Taki drobny gest solidarności z innymi i przestrogi dla nas.
  • p1030010
  • aleppo
  • Jakby mało było ponurych wieści z kraju i ze świata, to jeszcze ostatni dramat berliński. Na takim samym przedświątecznym jarmarku jak ten, który nieco wcześniej przemierzaliśmy wśród gęstego tłumu we Frankfurcie.Łapię się na refleksji, że być może zaczynam odbiegać od geograficzno – historycznego zamysłu tego blogu. Ale przecież historia kształtuje się w sposób nieprzerwany, zaś gdy proces tego kształtowania dotyczy nas samych, to trudno się do niego czasem nie odnieść.

Rok 1917

Ten rok będzie do nas wracał i wracał. To rok rocznic.

Andrzej Rejman

Rewolucja

Czytam w artykule Wacława Radziwinowicza -“… Sto lat temu bolszewicy obalili cara. Teraz rosyjscy publicyści zapowiadają ‘nowy siedemnasty’ – rozpad i krach imperium Unii Europejskiej….”

Pomyślałem, że mam przecież oryginalne zapiski mojego pradziadka, Adama Hrebnickiego z tego okresu – zobaczę, co pisał o tej rewolucji w 1917 roku*.

3_adam_hrebnicki_w_swoim_mieszkaniu_w_instytucie_lesnym_Hrebnicki (1857-1941) mieszkał od czasu studiów czyli od ok 1880 roku w Petersburgu ze swoją córką Marią (ur. 1892) , która była studentką Akademii Sztuk Pięknych. (Obrazy Marii Hrebnickiej znajdują się obecnie w Muzeum w Raju, ob. Rojus, Litwa). Hrebnicki był już w 1917 r. profesorem i prowadził wykłady w Instytucie Leśnym.

Adam Hrebnicki w swoim mieszkaniu w Petersburgu

Dziennik pisał od przełomu wieków XIX i XX, opisując w nim głównie bieżące sprawy zawodowe, przy precyzyjnym odniesieniu do warunków przyrodniczych, pogody, uwzględniając także finanse. Jeśli chodzi o te ostatnie, trzeba przyznać, że mimo w miarę stałej, państwowej pracy, ciągle cierpiał na braki gotówki, o czym pisze często.

fot_2_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_edi fot_1_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_rdi

W szczegółowych zapiskach z tych lat nie brakuje odniesień do ważnych wydarzeń bieżących, tym bardziej, że do “serca” rewolucji miał blisko, wystarczyło podjechać tramwajem na Plac Newski.

7_tramwaj_w_inst_lesnym_petersburgTramwaj w Petersburgu ok 1912

Adam Hrebnicki pisze w brulionie oznaczonym datą 1917:

(pisownia oryginalna, rękopis znajduje się w Instytucie Ogrodniczym w Kownie, fotokopia z archiwum rodzinnego)

24/II piątek, 07 godz. rano, -6ºR. (w skali Réaumura = -7,5 C przyp. mój AR), szaro, dość cicho,

Rano od męża Elżbiety, który teraz żyje u nas, bo jest bez roboty, doszła nas wieść że tramwaje nie chodzą… No. 20 ani 21 nie szły, ale konką (chodzi o tramwaj konny, przyp. mój AR) dojechaliśmy do Stroganowa… a dalej No. 2 do Newskiego… Tu juz z daleka było słychać tłumny śpiew : “Wstawaj, podymajsia, raboczyj narod…”** i Kozacy wyjeżdżali z dziedzińca miastowej dumy, czy z piereułka, trudno było pojąć, w wielkiej ilości – i bodaj poparli tłumy na Czernyszow. zaułek. Na Newskim stały masy tramwai bez rączek i bez ruchu puste. Poszliśmy na chwilę do kościoła św. Katarzyny, i kiedy wyszli stamtąd już było tylko dużo ludzi na trotuarach, ale zupełnie spokojnie na ulicy. Odprowadziłem Manię do rogu Morskiej, widząc spokój wróciłem na Sadową, i po niej do Banku Birży (Bank Giełdy, przyp. mój, AR). Tramwaje już zaczęły chodzić jakby nigdy nic. Spotkałem też Marę (Małgorzatę Hrebnicką, swoją synową, przyp. mój, AR) z jakąś panią szły z Ekonomicznego Magazynu z zakupami…

Powróciłem do domu (tramwajem) No 21, od Newskiego zupełnie spokojnie.

**Вставай, поднимайся, рабочий народ! (ros. “powstańcie ludzie pracy” – “Marsylianka robotnicza” – rosyjska rewolucyjna pieśń na melodię hymnu francuskiego – “Marsylianki” Śpiewana jako hymn w pierwszych miesiącach po rewolucji lutowej w Rosji (przyp. mój AR)

28/II. wtorek, 07 godzina rano – 8st R., jasno, słaby wichrzyk.

4_budynki_instytutu_lesnego_stoi_adam_hrebnickiPetersburg. Teren Instytutu Leśnego, stoi A. Hrebnicki

Rano Paweł przyszedł objawić, że już naklejone ……. (tu niezbyt czytelne, pewnie chodzi o odezwę w sprawie sytuacji w Petersburgu, przyp. mój, AR) , co wyjaśnia położenie z wezwaniem na dziś wieczór deputatów, wojska, narodu i robotników do narodowego przedstawicielstwa. Podpisano to zwrócenie się (odezwę, przyp. mój, AR) “Rodzianko i innymi….deputatami Dumy Państwowej”. Jest też o tem jakie pułki podjęły powstanie. Forteca w ich ręku….Poczta, telegraf i telefon nie działają…… młody Filipow widział, jak nie wiadomo kto i skąd zabił żołnierza, koło mostu niedaleko stąd…

O g. 9. rano na egzamin do mnie naturalnie nikt nie przyszedł.

Spotkałem Spiesiwcewa, on myśli, że warto byłoby nam zebrać się w Instytucie, żeby wspólnie coś obmyślić i uradzić, a przynajmniej choć trochę zorientować się w wytworzonej sytuacji.

Pociągi już nie chodzą – Finlandzką, Nikołajewską, a Warszawska ma dziś zabastować… (ros. забастовать, zastrajkować)

6_petersburg_twierdza_pietropawlowska

… Wyjaśniło się też ze słów studentów Ołowcewa i Putilina, który tylko co wrócił z jakiegoś zebrania, że w Państwowej Dumie, która funkcjonuje paralelnie z … (nieczytelne, prawdopod. Radą Delegatów Robotniczych, przyp. mój, AR) jako Rząd Narodowy, Dyktatorem Narodowym, tak chyba jego można nazwać wybrany został, czy sam się zgłosił, deputat Kiereńskij. (Aleksandr Fiodorowicz Kiereński, ros. Александр Фёдорович Керенский – rosyjski polityk, z wykształcenia prawnik. Premier Rządu Tymczasowego w Rosji po rewolucji lutowej, obalony przez przewrót bolszewicki. przyp.mój, AR)

U góry Twierdza Pietropawłowska ok 1910/ na dole: Giełda w Petersburgu ok 1910

5_gielda_petersburg***

Kronsztat (Kronsztad, Kronsztadt – do 1723 Kronszłot, ros: Кроншлот, silnie ufortyfikowany rosyjski port morski, położony na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, około 30 km na zachód od Petersburga, przyp. mój, AR ) już przeszedł do rąk rewolucjonierów (będę ich nazywać powstańcami)… Ministrowie pouciekali. Pitizin, Tiurmer, Szczegłowitow (prezes Senatu) – aresztowani, i siedzą w tiurmie. Protopopow zabity. Kilka nowych pułków przyłączyło się do powstańców.

Instytut ochraniają studenci z karabinami, stanowiący straż naodową.

Do miasta przejście pojedyńczym osobom – swobodne, mas i jadących – nie przepuszczają przez żaden most na Newie. Poczta nasza ochrania się strażą narodową – studentami z karabinami. Nastrój dość podniesiony, ale i dość spokojnie… Cesarz – jakoby – wywieziony do Stawki. (Stawka Naczelnego Dowódcy (ros. Ставка Верховного Главнокомандующего, – organ naczelnego kierownictwa polowego i kwatera główna Naczelnego Dowódcy armii rosyjskiej na teatrze działań wojennych w I wojnie światowej – rozformowania 16 marca 1918 r., przyp. mój. AR) więcej od tego, co rano był naklejony przy poczcie – nie ma. Będziemy czekać do jutra.

4/III, 1917, sobota, 5 godz. rano -15 st. R

… Mnie rewolucja taka już nadojadła, jak i wiele komu, zapewne, już w Piotrogrodzie chce się spokoju i porządku pod starość i żadnych ekscesów, funkcjonowania telefonów, tramwai, teatrów, kino, itd, i zawarcia pokoju z zewnętrznym wrogiem, a najwięcej – znów mieć swój Raj*** kochany i Staniszki … z poczciwem Mażalskiem, Żoną, ogród, owoce, naturę żywą i powietrze, słońce, trawa, kwiaty, wodę (kąpiel!) i to wszystko, co się tak kochało – co stanowiło rdzeń mego życia!
Ale bodaj, są to tylko mrzonki nieziszczone!

*** tu autor wspomina swój majątek w Raju (wydzielony ze wsi Staniszki), gdzie założył piękny sad hodowlany

__________________

* W “Wikipedii” czytam:

Od początku 1917 w Rosji miejsce miały liczne strajki, manifestacje i starcia zbrojne ludności, występującej przeciwko wojnie i katastrofalnej sytuacji żywnościowej w kraju. Działania te przybrały wkrótce formę rewolucji, której początek datuje się na 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego). Gdy car Mikołaj II Romanow rozwiązał Dumę, zebrała się ona nielegalnie wraz z Piotrogrodzką Radą Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, żądając abdykacji cara, co nastąpiło 15 marca. Władzę w Rosji przejął Komitet Wykonawczy, wyłoniony przez Dumę. 28 marca 1917 Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała, że Polska ma prawo do niepodległego bytu z punktu widzenia politycznego i międzynarodowego. 29 marca 1917 roku Rząd Tymczasowy Rosji przyjął rezolucję pióra Pawła Milukowa, która głosiła, że Rząd Tymczasowy uważa utworzenie niepodległego państwa polskiego, złożonego z ziem o większości polskiej za pewną gwarancję pokoju w odnowionej Europie. Połączone z Rosją wolnym wojskowym sojuszem, państwo polskie będzie pewną tarczą przeciwko naciskowi państw centralnych na słowiańszczyznę. Wolny i zjednoczony naród polski sam określi swój ustrój wewnętrzny, wypowiedziawszy swą wolę za pośrednictwem Konstytuanty, zebranej w stolicy kraju, a wybranej na podstawie powszechnego prawa wyborczego…

Bez komentarza. Jedyne czego można sobie życzyć, to spokojnego 2017 roku!!!

Wszystkie zdjęcia Stanisław Hrebnicki