Rozmowy zimą o życiu i świecie

Nasz autor co roku jeździ na narty, a ja od jakiegoś czasu publikuję tu jego zimowe relacje i refleksje (TU, TU)

nauders2017-4

RD

hallo,

pozdrowienia z urlopu, po urlopie.

w austrii na nartach. po raz 31 w tej samej miejscowości, w tym samym pensjonacie, w tym samym apartamencie (nr 7).

przed naszym przyjazdem do nauders, na drodze łączącej tę wioskę z austrią, zeszła kamienna lawina i musieliśmy tam jechać przez szwajcarię.

na granicy szwajcarskiej przywitał nas na czarno ubrany ludzik z ogromnym karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. chciał nas od razu zaaresztować lub przynajmniej rozstrzelać. rzucił się do auta aby znaleźć jakąś bombę lub granaty co umożliwiło by mu wykonanie powyższego. (w tym czasie w pobliskim davos odbywał się spęd światowych macherów wszechświata). gdy zobaczył we wnętrzu auta nasze narty przepuścił nas bez dalszej kontroli. (tu wskazówka dla terrorystów – udawać narciarzy.)

nauders leży na wysokości 1.400 m. szrenica kolo szklarskiej poręby, z której, mieszkając w polsce, wraz z g. szusowaliśmy na nartach, ma tylko 1.360 metrów. w nauders jedzie się gondolą na wysokość 2.200 metrów (trwa to 15 minut), a później można jechać w dół, lub innymi wyciągami na wysokości 2.600. 2.700 oraz 2.850 (dwa razy wyżej niż szrenica).

nauders2017jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.
jako młody student waletowałem na obozach narciarskich, spałem na materacu dmuchanym w śpiworze na korytarzu schroniska na szrenicy i odżywiałem się “na sępa”, czyli tym co zostało w kuchni.
ha … to były czasy. byliśmy młodzi, mieliśmy kondycję, nie miewaliśmy kaca i mogliśmy trzy razy dziennie…

teraz z g. wypijaliśmy w nauders dziennie litr mleka na osobę, prosto od krowy, kupowanego codziennie u znajomych rolników.
ale było także piwo czeskie i austriackie, wina francuskie, polskie wino miodowe oraz austriacka wódka 35% z szyszek limby.
teraz nasze zawiasy “kwiczą” i skrzypią, i mogliśmy już tylko raz dziennie…
za 40 – 50 lat to i nauders będziemy wspominać z nostalgią.

nauders2017-3

podczas tej 15-minutowej jazdy gondolą, jako socjolog amator, miewałem wielce interesujące rozmowy:

– dwie studentki z finlandii – o finlandii – gdzie jeszcze nigdy nie byłem,

– małżeństwo z ukrainy – o kryzysie na ukrainie, oraz jak sobie radzą z niemieckim – nie znają, z angielskim – nie znają, no ale jakoś trafili aż do austrii,

– słowak z synem – milczał jak zaklęty, może mu polak odbił żonę,

– dwie dzierlatki z lublina – o pierdołach,

– małżeństwo (40 letnie) z warszawy – całkowite “desinteresse” do polityki,

– dwie pary małżeńskie piechurów z belgii (dziadków i babć w moim wieku) – żartowaliśmy i śmieliśmy się całe 15 minut, ja na początku rozmowy pochwaliłem liczne gatunki belgijskich piw i ogromną ilość knajp i piwiarni tamże, moja uwaga została przyjęta z dumą, gdy (z jakichś technicznych powodów) gondola zatrzymała się na moment, belgowie zagrozili mi, że jak to dłużej potrwa to zostanę zjedzony, ja zaoponowałem proponując, że zjemy najgrubszego,

– 78 letni dziadeczek z niemiec (obiecująca perspektywa) – gdy go spytałem jak mu idzie jeżdżenie na nartach, dziadeczek odpowiedział: ja już jestem w tym wieku, że nie muszę zdobywać żadnych sportowych sprawności, a wieczorem nie muszę się nikomu tłumaczyć ile razy i jak szybko zjeżdżałem, a żona?, ona już tylko spaceruje,

nauders2017-1

– młoda dziewczyna z austrii z dwójką dzieci – przedstawiłem się tym dzieciom jako mikołaj, który jest teraz na urlopie i zgolił dla niepoznaki brodę, następnie spytałem, jak się nazywają (johannes i mathilde) i ile mają lat (chłopiec pokazał 3 palce a dziewczynka 4), spytałem też, kim chcą być w przyszłości jak dorosną, chłopiec bez zastanowienia odpowiedział rolnikiem, a dziewczynka nie wiedziała. na moje konkretne zapytania: weterynariuszką, gospodynią domową, walczącą feministką; odpowiadała konsekwentnie nein. zaapelowałem do dzieci aby cały rok były grzeczne, to przyjdę do nich w grudniu z prezentami. obiecały mi to skwapliwie. ich mama uśmiechała się cały czas,

– młody 25 letni student z ju-es-ej (!!!) – jechaliśmy tylko we dwóch, miał na plecach przewieszoną amerykańską flagę (tak na oko – 70 cm x 150 cm), która powiewała mu później jak skrzydła u “batmana”, zabawna rozmowa: on student chemii – “tramp is krejzi”, o polskim nazwisku (jego przodkowie wyemigrowali w XVIII wieku z polskich terenów i pracowali w hucie szkła), podzielił i zaplanował swoje życie w przedziałach co 25 lat, po studiach chce iść na zawodowca do wojska, moją ironiczną uwagę “i produkować gazy bojowe” odebrał nie jako żart, a jako konstruktywną propozycję

– oraz wiele, wiele innych rozmów, ale już bardziej banalnych i zdawkowych.

no to, miejmy nadzieję, do następnego roku w nauders.

g.& r.

nauders2017-2

Zimą o zimach

Roman Brodowski

W tym roku zima jest wyjątkowo mroźna. Tak przynajmniej twierdzą synoptycy informujący nas o pogodzie. Miejscami (powiadają) temperatura spada nocą do minus dziesięciu stopni, a i w dzień utrzymuje się poniżej zera.

I co w tym dziwnego? Tak właśnie powinno być, bo zgodnie z prawem natury w naszej przestrzeni geograficznej okres zimowy to czas mrozu i śniegu. Taka pogoda ziemi, zwierzętom i ludziom przynosi więcej korzyści aniżeli strat. Z jednej strony ziemia pod śnieżnym przykryciem odpoczywa, regeneruje siły na kolejny płodny rok, z drugiej zaś mróz w sposób jak najbardziej naturalny redukuje nadmiar owadów, złożonych przez nich jesienią jaj oraz wszelakich groźnych dla zdrowia i przyrody pasożytów.

Niestety globalne ocieplenie, związane (także) z przemysłową dzialnością człowieka, negatywnie wpływa na atmosferę, zakłócając cykliczne następstwo pór roku.

Dzisiaj ze świecą szukać wśród młodzieży kogoś, kto mógł by opisać z autopsji, jak wygląda przedwiośnie czy też przedzimie. Niestety obecnie takie zjawiska atmosferyczno-astronomiczne w strefie naszego, umiarkowanego, klimatu, praktycznie są już niezauważalne.

Wiosna zlewa się z latem, lato z jesienią, a i zima coraz częściej bardziej przypomina deszczową, szarą jesień.

Zimy jakie pamiętam, zwłaszcza te z okresu mojego dzieciństwa, zawsze były i mroźne i śnieżne. Temperatura, począwszy od trzeciej dekady grudnia, a na pierwszej dekadzie marca skończywszy, w nocy rzadko kiedy była wyższa niż 10° poniżej zera, a bywało (i nie było to niczym nadzwyczajnym), że spadała do minus dwudziestu i więcej. Śnieg natomiast, jak poprószył w okresie wigilijnym, tak (zazwyczaj) pokrywał ziemię do końca lutego lub początku marca. Bywało, że w związku z niską temperaturą, odwoływano zajęcia w szkołach. Zgodnie z zaleceniem kuratora oświaty zamykano szkoły, gdy temperatura powietrza przez trzy dni utrzymywała się na poziomie – 15°C.

Z początkiem marca jak w zegarku, bez większego opóźnienia następowało wybudzanie się przyrody. Spod śniegu wychodziły zwiastuny przedwiośnia – krokusy, przebiśniegi, zawilce. Na wierzbach pojawiały się bazie, a w rzekach, potokach i na stawach topniała kra. Życie w przyrodzie powoli wracało do wiosennej normy.

Tak, tamte zimy były nieporównywalnie mroźniejsze niż tegoroczna.

Doskonale pamiętam tę w moim życiu najcięższą, zwaną „zimą stulecia”.

Polarny mróz zaatakował Polskę na przełomie 1978 i 1979 roku. To dziwne, ale tamte święta, święta Bożego Narodzenia nie zapowiadały niczego szczególnego. Ba, temperatura utrzymywała się w zimowej, grudniowej normie. Gwałtowny spadek temperatury nastąpił dopiero w nocy z 27 na 28 grudnia. Od północy nadszedł arktyczny front atmosferyczny sprowadzając masy zimnego powietrza. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg, a gwałtowny wiatr powodował zaspy. W ciągu trzech dni mróz ogarnął cały kraj. Kilkudniowe, intensywne opady opady śniegu sparaliżowały komunikację. Na wielu odcinkach dróg kolejowych pękały szyny a na torach pojawiły się sięgające półtora metra śnieżne zaspy. Dodatkowo zawieje spowodowane przez silny, arktyczny wiatr utrudniały normalne funkcjonowanie społeczeństwa.

Ze wzgędu na utrudnienia w prawidłowym funkcjonowaniu państwa wprowadzono stan klęski żywiołowej. Temperatura powietrza w wielu miejscach osiągnęła wartości syberyjskie, w Białymstoku i Suwałkach zanotowano − 36 °C.

Zamknięto większość szkół, kin, teatrów i muzeów. Wstrzymywano lub ograniczano produkcję w fabrykach, tak z powodu braku energii elektrycznej, paliw i ciepła, jak i dlatego że wielu pracowników nie mogło dojechać do pracy. Codziennie na wiele godzin wyłączano prąd. Zaopatrzenie sklepów, które nawet przy sprzyjającej pogodzie było marne, zostało jeszcze bardziej ograniczone, tak że brakowało podstawowych artykułów. Składy opału oblegane były przez tłumy ludzi chcących kupić cokolwiek nadającego się do ogrzewania mieszkań, nawet niskokaloryczny miał węglowy..

Mieszkańcy zasypanych miast i wsi z pomocą wojska odśnieżali ulice chodniki, torowiska. Wszędzie widać było wysokie, białe zaspy śnieżne

Stare, polskie przysłowie, że „ gdy święta po wodzie, to nowy rok po lodzie” w tym przypadku spełniło się w stu procentach.

Przy okazji spełniło się także i inne, a mianowicie to, że „ przyjaciół poznaje się w biedzie”. Tak ,w tamtym dramatycznym dla wielu z nas czasie, pomagaliśmy sobie bezinteresownie, począwszy od naszego najbiższego kręgu przyjaciół, a na wspólnocie narodowej skończywszy.

W wyniku zagrożeń, jakie niosła ze sobą aura, potrafiliśmy się zjednoczyć, by przetrwać ciężkie dla nas chwile. Pamiętam, że na przystankach autobusowych, peronach oraz miejscach publicznie ogólnodostępnych poustawiano koksowniki – metalowe kosze z płonącym koksem, dla tych, którym doskwierał mróz. W wydzielonych miejscach (tak przynajmniej było w Bytomiu) stały tzw. garkuchnie z gorącą herbatą dla każdego, kto o nią poprosił. Dyrektor naszej kopalni, w której właśnie podjąłem pracę, wydelegował kilkadziesiąt osób do pomocy dla miasta przy odśnieżaniu ulic, usuwaniu częstych , spowodowanych przez mróz awarii ciepłowniczych czy też rozbijaniu w wagonach zamarzniętego węgla, przeznaczonego dla potrzeb społecznych. W całej Polsce setki zakładów pracy delegowały swoich pracowników dla potrzeb sztabów kryzysowych utworzonych na terenie wszystkich miast wojewódzkich. Pamiętam, że dział socjalny naszej kopalni wyasygnował kilka ton ziemniaków i jabłek dla swoich byłych pracowników, będących już na emeryturach. Wiem, bo sam wraz z innymi górnikami, rozwoziłem te produkty po domach.

Widziałem wielu żołnierzy, milicjantów, a nawet więźniów, pomagających przy usuwaniu skutków zimy. Pracowali mimo trzaskającego mrozu w miejscach, które wymagały ludzkiej siły, pomagając „innym” przetrwać ten ciężki okres, Ci „inni” zaś często podchodzili do nich, nie tylko z dobrym słowem, ale i z ciepłą strawą.

Tak, zimy w tamtym okresie były naprawdę długie, mroźne i śnieżne.

Jednak, tak jak to było podczas „zimy stulecia”, taka zima jednoczyła naród. W tamtej cholernej, komunistycznej rzeczywistości potrafiliśmy być dla siebie jedną, narodową rodziną.

Dodam może jeszcze, że podczas tamtej zimy, zmarzło na śmierć oficjalnie 18 do 25 0sób, nieoficjalnie – 45. W obecnych czasach natomiast, podczas nieporównywalnie łagodniejszych zim, umiera z wyziębienia około 150 biednych dusz.

Tak, w tej podłej komunie każdy musiał pracować i mieszkać, a eksmisje były zakazane, chyba że z zamianą na inny, zastępczy lokal. Dzisiaj natomiast, w naszym kapitalistyczno-demokratycznym raju, każdy może wyeksmitować ( a więc po prostu wyrzucić na bruk) każdego. Dlatego mamy obecnie w Polsce około 60 – 70 tysięcy bezdomnych. A ilu naszych rodaków, nie mających warunków do egzystencji w Ojczyźnie, żyje pod mostami Europy.

Zapraszam do Berlina.

Poszukiwany autor, tytuł, książka

Ewa Maria Slaska

Ktokolwiek czytał…

Opowiem wam treść pewnej książki, którą czytałam całkiem niedawno i której nie mogę znaleźć ani w domu, ani w bibliotekach, bo zapomniałam jaki był tytuł, kto ją napisał, a nawet, o zgrozo!, w jakim języku ją czytałam. W rachubę wchodzą trzy podstawowe języki – polski, angielski, niemiecki.

Jeśli z tego, co napiszę, rozpoznacie tę powieść, zawiadomcie mnie. Będzie nagroda. Już dwa razy zrobiłam taki eksperyment i za każdym razem czytelniczki pomogły mi odkryć zagubioną w odmętach pamięci publikację. Była to historia Janusza Stanny’ego, o królu który jeździł na rowerze (Baśń o królu Dardanelu) i Konszachty ze smokami Patricii C. Wrede.

Tym razem na szczęście pamiętam całkiem nieźle, o co chodziło w powieści. Zacznijmy od spraw ogólnych. Książka jest dość gruba, ale niezbyt wielka, ma pewnie z 600 stron. Dzieje się w Nowym Jorku, a jej akcja toczy się przez co najmniej 20 lat i kończy plus minus współcześnie.

Pisze ją jeden z bohaterów opowieści jako stary i chory człowiek. Asumpt do opowiedzenia całej historii dają listy jednej z bohaterek, znalezione przez narratora w jakiejś książce. Listów było pięć, ostatni zadecydował o wielu sprawach.

Powieść to dzieje dwóch zaprzyjaźnionych rodzin. Z jednej strony narrator, znany i uznany krytyk sztuki, jego żona, też naukowiec, zajmująca się chyba feminizmem w literaturze (albo coś w tym rodzaju). Drugą parą są malarz, gdy opowieść się zaczyna, biedny, i jego żona, poetka o bladej skórze i jasnych prostych włosach. Malarz jest bujną osobowością, jest duży, ma gęste czarne loki, wielkie ręce. Obie pary mają synów, mniej więcej w tym samym wieku. Dość wcześnie w historii obu rodzin ma miejsce przeprowadzka do tej samej kamienicy. Narrator mieszka na dole, malarz na górze. Przedtem malarz mieszka w pracowni, którą zachowuje nadal jako atelier.

Historia zaczyna się, gdy krytyk postanawia kupić obraz malarza. Obraz przedstawia jasno oświetlone puste wnętrze jakiego pomieszczenia. Na pierwszym planie, blisko widza, leży kobieta, ubrana w podkoszulkę i slipki, która bawi się małym autkiem (jeśli dobrze pamiętam – żółtą nowojorską taksówką). Nad kobietą pochyla się cień mężczyzny. W głębi widać piętę i kawałek łydki kobiety, która wychodzi.

Jak się potem okaże, jest to obraz o własnym życiu malarza. Kobieta leżąca na podłodze to zakochana w nim modelka. Mężczyzna, który rzuca cień – to on sam. Wychodząca kobieta – to żona poetka. I tak się też dzieje naprawdę. Modelka wysyła do malarza pięć listów miłosnych, po piątym artysta porzuca żonę i wyprowadza się do pracowni, gdzie wprowadza się do niego kochanka.

Pozostawiona z synem poetka nie radzi sobie z obowiązkami macierzyńskimi, przez jakiś czas próbuje, ale w końcu wyprowadza się, a do mieszkania wraca ojciec-malarz i jego kochanka. Obie rodziny żyją ze sobą bardzo blisko, gdy chłopcy podrastają, przez kilka lat wszyscy razem wyjeżdżają na wspólne wakacje do domu nad jeziorem.

Joseph Cornell, Untitled (Dieppe) c. 1958, Museum of Modern Art, (New York City)

Ważną częścią książki są szczegółowe opisy obrazów, które tworzy malarz. Powstają seriami i są coraz surowszą krytyką społeczeństwa i jego skrzętnie skrywanych traum. Jedna z serii to bajki, przetworzone w okrutne opowieści o przemocy. Te prace przypominają pudełka Josepha Cornella, ale nie są dekoracyjne, przeciwnie są surowe jak niektóre takie obiekty Roberta Rauschenberga, czasem wielkie, czasem z kolei wręcz miniaturowe, a wypełniają je coraz dziwniejsze przedmioty. Oczywiście powieść nie ma ilustracji, ale opisy są tak sugestywne, że można sobie wyrobić zdanie o twórczości malarza. Mnie się ta sztuka podoba. Narrator kilkakrotnie w trakcie powieści zostaje obarczony zadaniem napisania pracy o dziełach malarza.

Robert Rauschenberg, Canyon, 1959, Assemblage: oil, housepaint, pencil, paper, fabric, metal, buttons, nails, cardboard, printed paper, photographs, wood, paint tubes, mirror string, pillow & bald eagle on canvas, Museum of Modern Art, New York

Malarz zdobywa coraz większe uznanie i jest coraz zamożniejszy. Także poetka zdobywa w kręgu odbiorców spore powodzenie. Modelka studiuje psychologię i pracuje nakowo.

Któregoś lata, gdy chłopcy mają bodajże mniej więcej 12 lat, postanawiają wspólnie, że chcą część wakacji spędzić wspólnie z rodzicami w domu letnim, ale chcą też po raz pierwszy pojechać bez rodziców na obóz sportów wodnych. Na obozie syn narratora ginie w wypadku na łódce.

Życie obu rodzin zaczyna się rozpadać. Żona narratora przyjmuje pracę wykładowczyni w innym mieście i nigdy już nie wróci do męża. Syn malarza i poetki zaczyna dziczeć, kraść, kłamać. Pojawiają się narkotyki, perwersyjne doświadczenia seksualne, złe towarzystwo, wreszcie przestępstwo. Przybrana matka i ojciec nie dają sobie z nim rady, również matka poetka nie potrafi okiełznać rozhulanego chłopaka. Jedyną osobą, która przez jakiś czas ma na chłopaka jakiś wpływ, jest narrator, ale i on zostanie wykorzystany przez chłopca, po czym rozgoryczony narrator odmawia nad nim dalszej opieki.

Chłopiec się stacza i wreszcie znika, obie matki wyjechały, malarz umiera, pozostają tylko narrator i modelka, w której narrator jest od dawna śmiertelnie zakochany. Narrator jest chory i niedołężny. Modelka znika z jego życia. Jest sam i znalazł listy modelki do malarza…

Koniec.

W “Skrzydłach” o logice, kotach i innych sprawach

logika-iluKto by pomyślał, że kot, harcerstwo, Sokrates i tolerancja zmieszczą się pod wspólnymi skrzydłami.

Zachowana pisownia oryginału.

Karolina Lubliner-Mianowska (Bukowa Jagoda)

Logiczne rozważania pozjazdowe

Zanim zaczniemy zastanawiać się nad wynikami Walnego Zjazdu, pozwólcie mi przypomnieć parę zasad logiki, gdyż jest to wiedza, z którą naogół należy być w zgodzie. Każdy rzeczownik jest to, mówiąc logicznie, termin, czyli nazwa, która oznacza coś istniejącego, Każda taka nazwa posiada swoją treść i swój zakres. Cóż to znaczy? Treść terminu jest to ogół cech które posiada objekt tym terminem oznaczony. Zakres terminu jest to wszystko, co może być tym terminem nazwane, inaczej mówiąc, objęte. Dla wyjaśnienia weźmy za przykład wyraz ,,kot”. W treści tego terminu mieści się to, że jest to zwierzę ssące, drapieżne, z rodziny kotów, hodowane po domach, okryte miękką szerścią, o wypukłych oczach z pionową źrenicą, słowem, zespół cech, który tyczy się każdego bez wyjątku kota. W zakresie tego terminu mieszczą się wszystkie możliwe koty z całego świata.

Istnieje ciekawa zależność między treścią a zakresem terminu. Sprobójmy rozszerzyć treść terminu, czyli dodać do niej jeszcze jakieś określenie, naprzykład powiedzmy „biały kot“ (dorzućmy ,,białość“ do poprzedniej treści kota). Natychmiast usuwają się z zakresu terminu „kot” wszystkie koty szare, czarne, bure i łaciate, a zostają tylko białe. Zakres terminu zmniejszył się znacznie. Dorzucam nowe określenie: „dorosły” do terminu „biały kot” i z poprzedniego zakresu piskiem uciekają mniejsze i większe kocięta. Dodaję jeszcze: „który żyje w Polsce”. Zakres zmniejszył się tak bardzo, że od biedy Główny Urząd Statystyczny mógłby nam powiedzieć ściśle, ile jest takich kotów. Jedynie wtedy, gdy nowe określenie nie dodaje istotnej cechy do treści terminu, lecz jest tylko powtórzeniem dawnych, zakres może pozostać nie zmieniony.

https://ewamaria.blog/wp-content/uploads/2015/02/kotzesrodborowa1.jpg

Karusia w latach 30 z kotką Gryzeldą / Gryzelda – niewykluczone, że gdy Karusia pisała ten tekst, Gryzelda siedziała jej na kolanach i dlatego przykładem logicznego definiowania stał się kot 🙂

To niezmienne prawo logiczne zastosować można do wszystkiego, co istnieje i do wszystkiego, o czem myślimy.

Już antyczny mędrzec, Sokrates, wiedział, jak niezmiernie trudno jest dać ścisłą definicje jakiego bądź pojęcia, lub nawet realnie istniejącej rzeczy. Bo taka definicja musi mieć i treść i zakres dokładnie taki, jak to co chcemy zdefiniować, czyli określić. Kto ma ochotę, niech się zabawi w definicję choćby tak prostego obiektu jak stół, a zobaczy jak to trudno. Mnie szkoda na to czasu, bo muszę te logiczne rozważania przymierzyć do spraw zjazdowych.

Wielu działaczom harcerskim od lat już odbiera spokój brak ścisłej definicji harcerstwa. Dlatego też na każdym zjeździe. dostajemy do przegłosowania nowe jakieś określenie, które ma poprzednie definicje wesprzeć, a mimo to definicji odpowiadającej prawdzie jakoś nie widać. Zadanie istotnie jest bardzo trudne. Bo tworzyć nowy związek to nic łatwiejszego, określi się słowami pewną treść, a wtedy członkami związku będą ci tylko, których obejmie zakres podanego pojęcia.

Ale dziś sprawa jest trudniejsza. Harcerstwo posiada pewien zakres, bo obejmuje liczne rzesze młodzieży ożywionej ideą harcerstwa i pewną ilość ludzi dorosłych, współpracujących z tą młodzieżą. Każdy więc, kto chce tworzyć definicję harcerstwa, musi dbać o to, żeby i treść i zakres tej definicji odpowiadały istniejącemu stanowi rzeczy. Słyszymy także i o tem, że wartoby rozszerzyć zakres działania harcerstwa. Mówią nam: „weźcie w swoje szeregi młodzież robotniczą, nie zapominajcie i o wsi”. „Dobrze, powiadamy, ale nie zdołamy rozszerzyć swego zakresu, jeśli równocześnie zwolennicy definicji harcerstwa będą ścieśniali ten zakres przez dodawanie nowych określeń do tej definicji.

Naprzykład, proponuje ktoś definicję: „Harcerstwo jest związkiem polskiej młodzieży chrześcijańskiej”. Piękna definicja, powie Komendantka Chorągwi Wileńskiej, ale co ja zrobię z litwinkami, które należą do polskich drużyn w Wilnie, co pocznę z karaimkami w Trockiej drużynie? Biedaczki, przez nadmierny zapał do tworzenia definicji, znaleźć się mają teraz poza zakresem Związku! Nie chcę już mnożyć przykładów tych “definicyjnych” kłopotów, spotyka się z niemi niewątpliwie każda chorągiew. Zwłaszcza, że zwolennicy definicji nie mówią nam, czy w każdym przypadku patrzeć mamy w metrykę dziecka, czy w jego duszę…

O tę sprawę najbardziej zasadniczą nikt się na Zjeździe Walnym nie troszczył. I nic dziwnego, bo stosunek instruktorów do tego, co się dzieje na zjazdach jest więcej niż obojętny. “Cóż mi za różnica, uchwalić to, czy owo – ja swojej pracy od tego nie zmienię”. Czasem tylko na komisjach w szczuplejszem gronie padają zdania, wyjaśnienia, argumenty.

Na plenum wszystkie zdania zostają głęboko ukryte, panuje nastrój, który mówi dobitnie, że zabierać głosu i tak nie warto, że głosowanie jest formalnością, lub wyrazem owczego pędu, a nie wyrazem zrozumienia danego zagadnienia. Nie pierwszy to raz przeżyliśmy zjazd w takim nastroju, ale mamy nadzieję, że nieodwołalnie ostatni! lnstruktorki nieobyte jeszcze z praktykami zjazdowemi odnosiły wrażenie, że na zjeździe dzieje się coś „poza nami” – poza organizacją, poza gronami instruktorskiem. Nie było to tylko bezpodstawne wrażenie: wnioski definicyjne nie są wyrazem woli ogółu, ani nawet większości instruktorskiej. Bo ci, którzy pracują czynnie z młodzieżą, nie mogą dążyć do obwarowania tej pracy szańcami statutów, regulaminów i definicyj. Nam pracuje się lepiej bez definicji, która może nam ręce wiązać, nam nie potrzebny jest szyld, ani nalepka oznaczająca treść harcerstwa, bo treść tę mamy w sobie, w naszej pracy.

Jasnem jest dla nas, że giętkość ram organizacji, swoboda działania, a co ważniejsze, swoboda myślenia wewnątrz niej, jest nieodzownym warunkiem podniesienia wartości pracy. Bo nie trzeba dowodzić, że poziom pracy najbardziej zależy od jakości doboru grona instruktorskiego. Ale często zapomina się o tem, że jednostki wybitne, z silną indywidualnością, ceniące wolność osobistą swoich myśli, nie znoszą więzów definicji. Razi je przygniatający naszą ideologję ciężar wyrazów, których treść nie jest jednoznaczna i odchodzą wtedy od nas, żeby bezimiennie służyć idei harcerskiej na innych placówkach. Sam fakt przechodzenia sił instruktorskich do innych środowisk, jest zjawiskiem dodatniem i opierać mu się nie należy, ale nie wolno pozwolić, by te opuszczały nas dlatego, że w harcerstwie zrobiło się dla nich za ciasno.

Stoimy w przededniu tworzenia nowego statutu Związku. Dlatego narzuca się nieodparcie wezwanie do tych, którzy go będą współtworzyli: określcie treść związku tak niewielką liczbą wyrazów, żeby się w nim pomieściła przynajmniej ta młodzież, którą mamy dziś w drużynach, jeśli zawcześnie jeszcze na szersze otwarcie bram.

Sally i Golly czyli śniadania dziewczyn

Ewa Maria Slaska

Są podobne do siebie, ale dopiero przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że było tak naprawdę i że Truman Capote pisząc Śniadanie u Tifanny’ego wzorował się na Pożegnaniu z Berlinem Cristophera Isherwooda. Oba opowiadania łączy nie tylko postać młodej, szalonej i seksownej dziewczyny, która się szlaja po nocnych klubach, nie ma pieniędzy, żyje z naciągania mężczyzn i zamierza bogato wyjść za mąż bądź zrobić karierę. W obu narratorem jest młody nieznany pisarz, zakochany po uszy w owej młodej pannie, który nie ma żadnej szansy. W obu wreszcie pojawia się w tytule śniadanie, którego nie ma. Sally jest o pokolenie starsza, przyjechała z angielskiej prowincji i mieszka w Berlinie w latach 30. Holly uciekła z Texasu do Nowego Jorku w 10 lat później. Jest też polski odpowiednik takiej panny i takiego opowiadania – Józef Hen, Mgiełka. To też opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, z Białegostoku, która w późnych latach 60 w Warszawie zadaje się z pisarzem. Tyle, że pisarz jest tu stary, i to on daje pannie pieniądze, a panna jak obie jej poprzedniczki, pojawia się, znika, obiecuje, nie dotrzymuje… Niestety nie znalazłam powieści na półce (choć wiem, że jest mała i ma białą okładkę, więc łatwo jej szukać), nie wiem więc, czy i panna Mgiełka je śniadanie, którego nie ma. Pisarz w każdym razie – zakochany.

Śniadanie Sally Bowles

Do pokoju przyczłapała Frau Karpf z dwiema filiżankami kawy na zaśniedziałej metalowej tacy.
— Och, Frau Karpf, Liebling, wie wunderbar von Dich!
— Co ciebie trzyma w tym domu? — zapytałem po odejściu gospodyni. — Na pewno znalazłabyś sobie o wiele milszy pokój.

— Tak, zapewne.
— No to dlaczego się nie przeprowadzisz?
— A bo ja wiem? Chyba z lenistwa.— Ile tu płacisz?
— Osiemdziesiąt marek miesięcznie.
— Ze śniadaniem? — Nie… chyba nie.
—Jak to chyba — zagrzmiałem. — Przecież chyba wiesz dokładnie.
Sally przyjęła to potulnie.
— Tak, pewnie głupio mówię, ale widzisz, ja płacę tej poczciwinie tylko, jak mi wpadnie trochę forsy, więc dość trudno to wszystko wyliczyć co do grosza.
— Ale na miłość boską, Sally, ja płacę tylko pięćdziesiąt razem ze śniadaniem, a o ileż mój pokój jest ładniejszy!
Sally przytaknęła…

Śniadanie Holly Golightly

— Chcę być sobą, kiedy któregoś pięknego ranka wstanę i zjem śniadanie u Tiffany’ego. Nie masz kieliszka. — Nagle zwróciła uwagę na moje puste dłonie. — Rusty! Przynieś mojemu przyjacielowi drinka! Wciąż tuliła do siebie kota.
— Biedny przybłęda — powiedziała, głaszcząc go po łebku. — Biedny bezimienny
przybłęda. To trochę uciążliwe, że nie ma imienia. Ale nie mam prawa dawać mu imienia, musi poczekać, aż będzie do kogoś należał. My dwoje po prostu spotkaliśmy się kiedyś nad rzeką i wcale do siebie nie należymy. On jest zupełnie niezależny i ja też. Nie chcę niczego mieć, dopóki nie znajdę takiego miejsca, w którym ja i otoczenie będziemy do siebie pasować. Nie wiem jeszcze, gdzie to jest, ale wiem, jak tam będzie. — Uśmiechnęła się i postawiła kota na podłodze. — Jak u Tiffany’ego. Biżuterię mam gdzieś. Brylanty – owszem, owszem. Ale noszenie ich przed czterdziestką to bezguście, a nawet potem trzeba z nimi uważać. Tylko na starszych paniach wyglądają naprawdę dobrze. Taka Maria Ouspenska – tylko zmarszczki i kości, siwe włosy i brylanty. Też chciałabym kiedyś tak wyglądać. Ale nie dlatego mam fioła na punkcie Tiffany’ego. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się prawdziwe doły?
— Chodzi ci o chandrę?
— Nie — odparła powoli. — Chandrę masz, kiedy pada, albo kiedy przytyjesz parę kilo.
Jesteś po prostu przygnębiony i tyle. Prawdziwe doły to coś strasznego. Czujesz lęk, zlewa cię zimny pot i nie wiesz nawet, czego się boisz. Wiesz, że zaraz zdarzy się coś strasznego, ale nie wiesz co. Miewasz takie uczucie?
— Dosyć często. Niemcy nazywają to angst.
— Angst? Może być. Jak sobie z tym radzisz?
— Zwykle pomaga mi drink.
— Próbowałam tego. Próbowałam też aspiryny. Rusty uważa, że powinnam palić marihuanę, paliłam ją nawet przez jakiś czas, ale miałam po niej tylko głupawkę. Wreszcie odkryłam, co mi najbardziej pomaga: muszę wsiąść do taksówki i pojechać do Tiffany’ego. Tam od razu się uspokajam, to takie ciche i dostojne miejsce. U Tiffany’ego nic ci nie grozi, nie ze strony tych uprzejmych sprzedawców w eleganckich garniturach i cudownego zapachu srebra i portfeli z wężowej skóry. Jeśli uda mi się znaleźć miejsce, gdzie będę się czuła jak u Tiffany’ego, kupię meble i nadam kotu imię.

Tajemnicza opera Barataria (piraci) (3)

Ewa Maria Slaska

Barataria, opera (1) i piraci

Gdy przez dwa poprzednie tygodnie szukałam Baratarii Cervantesa i Lipki, znalazłam kilka innych miejsc, noszących tę samą nazwę. Ponieważ (póki co) “moja” Barataria jest mocno osadzona między muzyką a literaturą, zaczynam od mariażu obu tych sztuk. Opera Barataria Jesusa Garcii Leoza.

Niestety z góry uprzedzam, że nie udało mi się znaleźć muzyki do Baratarii. Posłuchajmy więc innego utworu tego kompozytora – Lamento de Embrujo (Lament z filmu Czar, reż. Carlos Serrano de Osma):

Jesús García Leoz. Urodzony w Olite (Navarra), 10 stycznia 1904, zmarł w Madrycie, 25 lutego 1953. Kompozytor należący do tak zwanej grupy 27. Podczas wojny domowej aresztowany, spędził sześć miesięcy w więzieniu. Tworzył muzykę opartą na motywach folkloru hiszpańskiego, pogodną, wesołą, niekiedy rozmarzoną, układał pieśni do tekstów poetów hiszpańskich, w tym do Kołysanki Albertiego i Tryptyku pieśni Lorki. Od najwcześniejszej młodości interesowało go kino i znany jest przede wszystkim jako twórca muzyki do znanych filmów hiszpańskich. Jednakże najsłyniejszym jego dziełem, wymienianym nawet w jednozdaniowych notatkach, jest opera Barataria. Napisał ją tuż przed śmiercią – jako datę powstania podaje się rok 1953. Było to jego dzieło ostatnie, nie zdążył go zresztą dokończyć, zostawił dwa gotowe akty i kilkanaście fragmentów. Autorem libretta jest Manuel Mur Oti.

Niestety opery tej (jak dotąd) nigdzie nie znalazłam (znalazłam inną, ale o niej za tydzień), nie wiem więc o czym naprawdę jest to dzieło sceniczne, póki co bawię się w grę domysłów. Załóżmy, że była to opera o piratach z Karaibów, na przykład o Jeanie Lafitte (Lafitte, Laffite). Lipka też o nim pisał, ale nazwał go Nicolaus Lafitte, a tu tymczasem był Jean i jego brat Pierre, również pirat, może nawet i znaczniejszy, ale historia zachowała w pamięci przede wszystkim Jeana.

Jean Lafitte urodził się w roku 1776 w arystokratycznym rodzie we Francji. Po wybuchu rewolucji rodzina uciekła na Hispaniolę czyli Haiti. Trafili z deszczu pod rynnę, bo szalała tam wojna domowa i miały miejsce kolejne powstania niewolników (tak – niestety i to, które niechlubnie stłumili Polacy z Armii Napoleona).

W źródłach znajduję kilka pięknych anegdot  Jeanie La Fitte, który ufortyfikował Baratarię i tam miał swoje pirackie gniazdo. W roku 1811 gubernator Luizjany, William Claiborne, postanowił zlikwidować tę piracką siedzibę położoną nieomalże u  wrót Nowego Orleanu i ogłosił, że ten, kto dostarczy mu głowę przywódcy piratów, otrzyma nagrodę w wysokości 5xtysięcy dolarów. La Fitte odpowiedział ofertą nagrody w wysokości 15 tysięcy za głowę gubernatora. Anons został  opublikowany we wszystkich gazetach stanowych, tak angielskich jak i francuskich. (Wikipedia mówi o 750 i 1500 dolarach, ale ja wolę jednak wierzyć moim XIX-wiecznym zapiskom).

Podobno jest to portret Jeana Lafitte. Nie jest to jednak pewne. I nie wiadomo, kto go namalował. Obraz znajduje się w Rosenberg Library w Galveston w Texasie. Galveston był po Baratarii drugim pirackim siedliskiem Lafitte’a.

Inna opowieść głosi, że zdobywszy statek kupiecki pełen złota i srebra, La Fitte wziął też, rzecz jasna, jeńców, w tym księdza i podróżującą damę. Oboje byli ubrani na czarno, ksiądz z racji funkcji, dama z racji żałoby, mody bądź upodobań. Zapytany, co zrobić z tym dwoma czarnoodzianymi istotami, Lafitte księdza kazał utopić, a pasażerkę odesłać (nietkniętą) do Nowego Orleanu.

Po którejś pirackiej rajzie, gdy wracał na Baratarię, został napadnięty przez brytyjski okręt wojskowy. Niestety naszym piratom zabrakło amunicji. Niewzruszony La Fitte rozkazał, by strzelano złotymi dublonami. Niecodzienna amunicja zapewniła piratom nie tylko zwycięstwo, ale i wieczną pamięć o nieprawdopodobnych bogactwach. Wiemy z lektur i filmów o piratach, że losy tych skarbów były nader zmienne. Niekiedy tonęły wraz z właścicielami w zatokach, przesmykach, morzach i oceanach, niekiedy zostały gdzieś poukrywane w bagnach, lasach i górach, niekiedy zostały odnalezione, czasem szuka się ich bez końca.

Barataria, mała wysepka bez znaczenia, jawi się z odległości geograficznej i czasowej jako miejsce romantyczne i pełne niewyobrażalnych bogactw.

La Fitte zasłużył się zresztą swojemu stanowi, bo wraz z tym samym gubernatorem bronił Nowego Orleanu w wojnie z Anglikami w roku 1815, co oczyściło go (na krótko zresztą) z wszystkich prackich win. Utworzony na polu bitwy park narodowy nosi obecnie jego imię, podobnie jak miasto Jean Lafitte w stanie Luizjana. W Nowym Orleanie znajduje się też założona w 1772 roku tawerna Lafitte’s Blacksmith Shop przy Bourbon Street.

czaplalafitta

O Jeanie Lafitte nakręcono kilka filmów, jest również jedną z postaci w grze komputerowej Sid Meier’s Pirates! Ale o tym wszystkim w następnych odcinkach, bo ten już się zrobił strasznie długi.

Ciąg dalszy nastąpi

***
Na zakończenie tylko jeszcze krótki wyskok na Haiti.

suchodolskihaiti

Polacy tłumią powstanie na Haiti. Obraz Januarego Suchodolskiego z 1845 roku w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Udział Polaków w tłumieniu powstania był przez lata traktowany wstydliwie, aktualna narracja o tych walkach, głosi jednak inaczej:

Wdzięczność rdzennej ludności wyspy wobec Polaków była dozgonna. Przez 120 lat w haitańskiej konstytucji dla każdego Polaka, który chciałby się osiedlić na dawnej francuskiej kolonii, zagwarantowane było haitańskie obywatelstwo.

Na wyspie po dziś dzień mieszkają potomkowie polskich legionistów. – Na Haiti polska legenda jest wciąż żywa – podkreśla Zofia Pinchinat-Witucka, założycielka fundacji pomocy dla Haiti, Fundacji Kombit. – Garstka legionistów przeżyła żółtą febrę i masakry, ale nigdy tak niewielu nie rozsławiło imienia Polski w tak małym i odległym kraju.

Memy XXI wieku: ciasteczko krzyk

Ewa Maria Slaska

Pierwszy raz zobaczyłam, co można zrobić z obrazem w korespondencji naszej autorki, Lidii Głuchowskiej, z Oslo.

4a-schreikuchen-2

4_schrei-kuchen

Oczywiście Krzyk Edvarda Muncha rozpoznawalny bezbłędnie, tu jako ciasto w muzealnej kawiarni. W komentarzu do tamtego wpisu zadałam pytanie, kto wymyślił coś równie okropnego, jak takie ciastka? Już sama nazwa jest dość przerażająca – Skrik Kake czyli ciastko-krzyk. Było to w owym czasie, rok 2012, stosunkowo nowe osiągnięcie marketingowe, bo w internecie niewiele było na ten temat, żadnych przepisów, kilka zdjęć zaledwie i dość jednakowych komentarzy, że straszne! Jak się przyjrzeć krzykom na tych zdjęciach, to widać, że jest to zwykły tort czekoladowy lub biszkopt z galaretką przekładany masą owocową.

  
Dziś, po kilku latach, ciastka krzyk pojawią się nie tylko jako produkt oferowany w kawiarni muzealnej, ale są też przepisy jak upiec je samemu. Jeśli to możliwe, ich domowa produkcja  jeszcze bardziej degraduje Muncha – to już nie produkt marketingowy, jakoś jednak związany z twórcą, lecz wypiek na zabawę haloweenową.

Co w memach jest zawsze najbardziej zastanawiające to fakt, że wystarczy schematyczny zarys najbardziej charakterystycznego elementu obrazu i natychmiast rozpoznajemy oryginał. Oczywiście Krzyk, namalowany w roku 1893, uważany za arcydzieło ekspresjonizmu, należy, obok takich dzieł jak Mona Lisa czy Słoneczniki van Gogha, do najbardziej znanych obrazów na świecie.

Zasadniczo, jak podaje Wikipedia, istnieją cztery wersje tego obrazu – ten powyżej, wykonany w technice mieszanej (olej, tempera i pastel na kartonie), znajduje się w zbiorach Galerii Narodowej w Oslo, jest też jeden obraz wykonany temperą i dwa pastelami. Jeden z pasteli należał do prywatnego kolekcjonera Pettera Olsena, który go w roku 2012 sprzedał za ponad 119 mln dolarów i w chwili finalizowania transakcji była to najwyższa kwota zapłacona za dzieło sztuki na rynku aukcyjnym. Ojciec Olsena był sąsiadem i przyjacielem Muncha. Artysta wykonał również litografię obrazu, ale oczywiście siła jej wyrazu jest zupełnie odmienna od barwnych dzieł malarskich. Twierdzi się, że obraz został zainspirowany erupcją wulkanu Krakatau 27 sierpnia 1883 roku. Popioły przykryły ziemię, a niebo podczas zachodów słońca przybierało ciemnoczerwony kolor.

W roku 1978 Jacek Kaczmarski napisał inspirowaną tym obrazem piosenkę, tytułowy utwór z płyty Krzyk. Płyta nie ukazała się na rynku, cały jej nakład miał pójść na przemiał, jednak pracownicy Polskich Nagrań zdołali ukryć jego część. Uratowane płyty pakowano w koperty do płyty piosenkarki Eleni i rozsyłano po świecie. Człowiek, który wstawił tę piosenkę na youtube, Storm Stormbringer, dostał taką płytę i to jest to nagranie.

Na jego stronie na Facebooku znajdują się głównie filmy nakręcone w Hajnówce i Puszczy Białowieskiej.

Miejsce mocy to obszar o pozytywnym promieniowaniu. Występują tu takie formy subtelnych wibracji , które są korzystne dla organizmu człowieka. Dzięki nim w miejscach tych ludzie czują się lepiej, wypoczywają i regenerują się siły witalne. Jest to szczególnie interesujący i zagadkowy fragment puszczy, ponieważ porośnięty jest dziwnie uformowanymi dębami, sosnami i świerkami. Jest tu również dużo głogów i dzikich grusz nie występujących w Puszczy Białowieskiej. Według niektórych jest to dowód że funkcjonowały tu okresowe obozy pasterzy wypasających w XIX w. bydło. W miejscu tym ułożone są różnej wielkości i kształtu głazy przypuszcza się że był tu też miejsce kultu dawnych Słowian. Legenda głosi że istnieją w Puszczy teren, na których gromadzili się wtajemniczeni i wykorzystując moc kamieni powstrzymywali złe duchy.

Stromberger zamieszcza również film-petycję do Premier RP beaty Szydło o zaprzestanie wycinki puszczy. Oczywiście dziś, po roku od opublikowania tej petycji, wiemy, że był to krzyk wołającego na moście.

Reblog: Das unmögliche Jahr 1917

1917: Das unmögliche Jahr

19. Januar 2017

Als Harry Graf Kessler, der Kulturflaneur, Weltbürger und Offizier, am 31. Dezember 1917 im noblen Restaurant des Berliner Hotels Kaiserhof zu Abend aß, musste er nicht hungern. Nur die Preissteigerung fiel ihm unangenehm auf: “Sylvesteressen für 25 M.: Gänseleberpastete, Schildkrötensuppe, Karpfen blau, Junge Pute vom Spiess mit Salat, Eisbecher. Recht gut und reichlich, wenn auch 25 M. mehr als das Doppelte des Friedenspreises ist.”

Das vergangene Jahr, daran war für ihn nicht zu zweifeln, habe den “grössten Umschwung in der Weltlage gesehen”, mit dem in diesem Ausmaß weder er noch andere hatten rechnen können. Mit der “russischen Revolution, dem russischen Frieden und der Einmischung Amerikas in Europa” sei es “eines der denkwürdigen Jahre der Weltgeschichte”.

Jedes Jahr des Ersten Weltkrieges brachte seine eigenen Herausforderungen und Umbrüche mit sich. Und doch war den Zeitgenossen Ende 1917 klar, dass sich eine besondere Zäsur andeutete, dass der Krieg in ein neues Stadium eingetreten war. Man spürte eine nach außen wie nach innen gerichtete Dynamik, die neue Möglichkeiten eröffnete und zugleich Katastrophen andeutete. Etwas veränderte sich, aber die Richtung war noch unklar, der Ausgang offen.

Das année impossible, das “unmögliche Jahr”, hat der französische Historiker Jean-Jacques Becker 1917 achtzig Jahre später genannt. Unmöglich waren die Belastungen, unvorstellbar die Opfer an den Fronten und in den Kriegsgesellschaften. Unmöglich schien es aber auch, die Ereignisse zu ordnen und abzuschätzen, welche Folgen die sich abzeichnende Verschiebung der politischen Gewichte und der Zerfall der alten Imperien – des Zarenreichs, der Habsburgermonarchie und des Osmanischen Reichs – haben würden.

Hundert Jahre später kennen wir dieses Gefühl nur zu gut. Im Rückblick sehen wir umso klarer: 1917 war tatsächlich, wie Kessler es ahnte, ein Jahrhundertjahr – und es wirkt bis in unsere Gegenwart hinein, denn viele der großen Konflikte und Hoffnungen des 20. und des noch jungen 21. Jahrhunderts liegen in ihm wie in einem Kern verdichtet.

Am Anfang steht der Schrecken des Stellungskrieges mit seinen immer weiter steigenden Opferzahlen. Zwar gelingt im Osten der Übergang zum Bewegungskrieg, was zum faktischen Sieg der Mittelmächte über Russland führt, im Westen aber bleiben die Fronten starr. Die Materialschlachten von 1916, vor Verdun und an der Somme (und an der Ostfront in Galizien), erzwingen neue Antworten, militärische wie politische.

Eine dieser Antworten ist die weitere Hochrüstung und Dynamisierung des Krieges, der nun vollends zum modernen Krieg des 20. Jahrhunderts wird – mit Bombardements aus der Luft, die immer weniger mit einem “ritterlichen Kampf” zu tun haben; mit der Ausweitung der U-Boot-Angriffe auf Versorgungskonvois; mit modernen Panzern, die am Ende des Jahres zum ersten Mal massenhaft gegen die deutsche Front eingesetzt werden.

Im Innern entwickelt sich der Krieg zu einem Test für den Zusammenhalt von Nationen und Gesellschaften. Im Deutschen Reich nehmen im “Steckrübenwinter” 1916/17 Unruhe und Unzufriedenheit massiv zu. In Großstädten weiden die Menschen auf der Straße die Kadaver erfrorener Pferde aus. Auf den Schwarzmärkten explodieren die Preise, Kriminalität gehört mehr und mehr zum Alltag. Die Ordnung des Kaiserreichs bekommt tiefe Risse.

In Frankreich nährt die äußerste Anstrengung für einen letzten großen Vorstoß im Frühjahr 1917 die Hoffnung auf ein nahes Kriegsende. Doch als die Offensive unter hohen Verlusten scheitert, schlägt die Enttäuschung in Protest um. In mehr als sechzig Divisionen meutern im Mai und Juni die Soldaten, während in der Heimat Tausende von Arbeitern – und vor allem Arbeiterinnen – demonstrieren und streiken. Es ist nicht Pazifismus, was die Franzosen aufbegehren lässt: Sie fordern faire, würdige Bedingungen, um den Krieg gegen die deutschen Angreifer und Besatzer fortzusetzen.

Während sich die meuternden Soldaten in Frankreich auf die Werte der egalitären Republik berufen, stellen die erschöpften und enttäuschten städtischen Massen in Russland die Ordnung des Zarenreichs grundsätzlich infrage. Am 15. März zwingen sie in Petrograd Nikolaus II. zur Abdankung. Siebzehn Monate später wird er auf Befehl der führenden Bolschewiki mitsamt seiner Familie ermordet.

Auch im Westen gibt es Neues

Anfang 1917 ist hingegen noch nicht ausgemacht, dass die Bolschewiki die Macht an sich reißen werden. Die aus der Februarrevolution hervorgegangene provisorische Regierung setzt unter der Führung von Kriegsminister Alexander Kerenski den Kampf an der Seite der Alliierten zunächst fort. Doch genau das gibt den Bolschewiki Auftrieb – worauf auch die deutsche Regierung setzt. Um das Zarenreich zu schwächen, schmuggelt sie im April den Revolutionär Wladimir Iljitsch Lenin aus dem Schweizer Exil nach Russland.

Mit dem Versprechen von Frieden, Brot und Land appellieren die Bolschewiki dort an Soldaten und Arbeiter. Mit Erfolg: Nach dem Scheitern der Kerenski-Offensive im Sommer löst sich der Zusammenhalt des russischen Militärs auf. Die Soldaten desertieren zu Tausenden, auch weil sie bei der Klärung der Landfrage zu Hause sein wollen.

Im Oktober schließlich nutzen die Bolschewiki die fortschreitende Auflösung staatlicher Strukturen zur Machtübernahme. Wenig später ziehen sie sich unter enormen territorialen Verlusten aus der Allianz gegen die Mittelmächte zurück. Die Weltrevolution, von der Leo Trotzki träumt, ist zunächst verschoben. Russland scheidet aus dem Krieg aus, weil Lenin erkennt, dass die Bolschewiki sich auf den Bürgerkrieg im eigenen Land konzentrieren müssen, wenn sie ihre Ziele langfristig durchsetzen wollen.

Auch im Westen gibt es Neues: Im April, Lenin ist gerade in Petrograd angekommen, treten die Vereinigten Staaten in den Krieg ein.

Diese Entscheidung hat mehrere Ursachen. Sie ist eine Reaktion auf den deutschen Versuch, mit dem unbeschränkten U-Boot-Krieg den Sieg zu erzwingen und die britische Blockade zu durchbrechen, die bereits Hunderttausende deutsche Zivilisten das Leben gekostet hat. US-Präsident Woodrow Wilson bringt aber auch eine eigene Agenda mit: 1917 übernehmen die USA eine neue welt- und europapolitische Rolle.

Indirekt haben die Vereinigten Staaten schon zuvor auf den Krieg eingewirkt. Großbritannien und Frankreich sind längst von amerikanischem Kapital und amerikanischen Kriegsgütern abhängig – so sehr, dass man im Frühjahr, zumal in London, alles daransetzt, die USA wenn nötig in diesen Krieg zu zwingen, um ihre militärischen und ökonomischen Ressourcen zu mobilisieren. Das hat allerdings seinen Preis: Es macht die Regierungen der europäischen Entente unter David Lloyd George und Georges Clemenceau viel stärker als bisher abhängig von der Politik Wilsons. Und dessen weltpolitische Konzepte werden die europäischen Kolonialmächte mindestens so sehr herausfordern wie Lenins Revolution.

Genau darin liegt die wohl wichtigste Wirkung dieses “unmöglichen Jahres”: Mit dem Machtwechsel in Russland und dem Kriegseintritt der USA zeichnen sich gleich zwei neue Ordnungsmodelle mit globaler Strahlkraft ab.

Bereits im Januar 1917 entwickelt der amerikanische Präsident seine Vision einer neuen Weltordnung, gegründet auf das Ideal nationaler Selbstbestimmung. Die “kleinen Völker” sollen auf einer Stufe mit den etablierten Mächten stehen: “Keine Nation sollte danach streben, ihr politisches System auf eine andere Nation oder ein anderes Volk auszudehnen”, verkündet er. Stattdessen solle jedes Volk “frei über sein politisches System, seine eigene Entwicklung bestimmen können, ungehindert, frei von Bedrohungen, unerschrocken, die kleinen Nationen an der Seite der großen und mächtigen”. Wilson will damit ausräumen, was er für eine Hauptursache des Krieges hält: die “Missachtung der Rechte von kleinen Nationen und Völkern, denen die Verbindungen und die Macht fehlten, ihre Ansprüche geltend zu machen und so ihre eigenen Bündnisse und politisch-konstitutionellen Formen zu bestimmen”.

Sein Appell findet ein gewaltiges Echo. Zuerst in den Bevölkerungen der multiethnischen Großreiche, in der Habsburgermonarchie, im Osmanischen Reich. Doch die neuen Ideale sind nicht nur ein Versprechen für Tschechen, Polen, Slowaken oder Araber, sondern auch für Inder, Chinesen und Koreaner. Sie stimulieren antikoloniale Bewegungen in Indien genauso wie in Ostasien und Afrika. Wilson avanciert zu einer Heilsfigur, überladen mit widersprüchlichen Erwartungen, die spätestens 1919 bei den Friedensverhandlungen kollidieren werden.

In London und Paris beobachtet man seine Ideen schon 1917 argwöhnisch, weil man eine Destabilisierung der eigenen Kolonialherrschaft in Afrika und Asien fürchtet. Und das in einem Moment, in dem Großbritannien und Frankreich mehr denn je auf Ressourcen und Soldaten aus ihren überseeischen Gebieten angewiesen sind, um den Krieg in Europa fortsetzen zu können.

Im November des Jahres legen die Bolschewiki ihr Programm vor. Auch sie erteilen der alten imperialistischen Geheimdiplomatie der europäischen Großmächte eine Absage – alle vom Zarenreich abgeschlossenen Geheimverträge mit der Entente werden offengelegt. Und ähnlich wie der US-Präsident bekennen sich auch die Bolschewiki zum Prinzip der Selbstbestimmung der Völker. Einen Krieg fortzusetzen, in dem “die starken und reichen Nationen die von ihnen annektierten schwachen Völkerschaften unter sich aufteilen”, verkünden sie, sei “das größte Verbrechen an der Menschheit”. Den Nationalbewegungen innerhalb des erodierenden multiethnischen Zarenreiches gibt dies enormen Auftrieb; der Zerfall des alten Imperiums schreitet rasant voran.

Eine kurze Atempause

Augenfälliger als solche Gemeinsamkeiten sind freilich die Unterschiede zu Wilsons Ideen: Anstelle demokratischer Interventionen im Namen von Kapitalismus und liberalem Internationalismus propagiert Lenin die Weltrevolution und den internationalisierten Bürgerkrieg – am Horizont scheint die Möglichkeit eines antikolonialen Befreiungskampfes in der ganzen Welt auf. 1917 deutet sich damit bereits jene Konstellation an, die den Kalten Krieg prägen wird.

Wie sehr Wilson fürchtet, dass die Bolschewiki die Deutungshoheit in diesem Ringen erobern könnten, zeigt sich am Ende des Jahres. Seine berühmten 14 Punkte vom Januar 1918 sind eine ideologische Offensive, um die Weltöffentlichkeit auf das Programm Washingtons einzuschwören. Was auch weitgehend gelingt: Während die Bolschewiki ihre Macht erst noch in einem blutigen Bürgerkrieg behaupten müssen, der auf russischer Seite in den kommenden Jahren mehr Tote fordern wird als der Weltkrieg bis zum Oktober 1917, erblicken die Menschen im “Wilson-Frieden” weltweit ein Hoffnungszeichen.

Kein fragiles Gleichgewicht egoistischer Machtinteressen mehr, sondern eine internationale Ordnung auf Grundlage von Selbstbestimmung und Freiheit, im Zeichen einer neuen Moral – dieses verheißungsvolle Versprechen wirft indes auch damals schon Fragen auf. Als sich Ende 1917 in Umrissen abzeichnet, was Wilson in Aussicht stellt, schreibt Thomas Mann: “Wir Menschen sollten uns nicht allzu viel Moral einbilden. Wenn wir zum Weltfrieden […] gelangen – auf dem Wege der Moral werden wir nicht zu ihm gelangt sein. Scheidemann sagte neulich, die Demokratie werde auf Grund der allgemeinen Erschöpfung reißende Fortschritte machen. Das ist nicht sehr ehrenvoll für die Demokratie – und für die Menschheit auch nicht. Denn die Moral aus Erschöpfung ist keine so recht erbauliche Moral.”

Zunächst allerdings wirkt Wilsons Programm keineswegs befriedend, sondern treibt die globale Expansion des Krieges voran. 1917 bringt eine Welle neuer Kriegserklärungen. Denn für viele Staaten gibt es auf einmal etwas zu gewinnen – vor allem einen Platz an den Tischen der Friedenskonferenz und damit eine Mitwirkung an der künftigen Weltordnung. Den USA folgen aufseiten der Entente zwischen April und November 1917 unter anderem Kuba, Guatemala, Siam, Liberia, China, Brasilien und Panama.

Auch im Nahen Osten herrscht Aufbruchstimmung. Das Osmanische Reich, verbündet mit Deutschland, steht Ende 1917 vor dem Kollaps – nicht zuletzt, weil die von den Briten geförderte arabische Rebellion gegen die osmanische Herrschaft erfolgreich ist. Im Dezember erobern britische Truppen Jerusalem. Es bleibt ein kurzer Triumph: Willkürlich gezogene Grenzen und die unvereinbaren britischen Versprechen an die Araber, die zionistische Bewegung und die eigenen Verbündeten werden dazu beitragen, die Region in das Pulverfass zu verwandeln, das sie bis heute ist.

Ein Frieden, ein Weltfrieden gar, ist 1917 in weiter Ferne – trotz aller Friedenssondierungen dieses Jahres. Erst machen die Abgeordneten des deutschen Reichstags einen Vorstoß, dann Karl, der neue Kaiser in Wien, schließlich Papst Benedikt XV. Aber alle Bemühungen scheitern, weil die militärische Situation offenbleibt und keine Seite die eigene Position schwächen will. Die deutsche Militärführung hofft angesichts des Ausscheidens Russlands umso mehr auf einen Siegfrieden – wenn die Menschen nur bereit sind durchzuhalten. Auch in Großbritannien und Frankreich mobilisiert man noch einmal alle Kräfte. Gerade angesichts der immensen Opfer der vergangenen vier Jahre gilt ein Kompromissfrieden als undenkbar, was zu einer paradoxen Selbstverlängerung des Kriegs führt: Je mehr Tote er fordert, desto bedingungsloser konzentriert man sich auf einen Sieg, der alle zurückliegenden Schrecken und Anstrengungen rechtfertigen muss.

Mehr und mehr ähneln die Regime und Kriegsgesellschaften Häusern, von denen nur noch die äußeren Wände stehen und die beim nächsten Einschlag in sich zusammenfallen können. “Der Sieger ist derjenige, der es schafft, eine Viertelstunde länger als der Gegner zu glauben, dass er nicht besiegt wurde”, schreibt Anfang 1918 der französische Kriegspremier Georges Clemenceau. Wer das sein wird, bleibt bis in den Spätsommer 1918 offen.

Harry Graf Kessler beobachtet im Dezember 1917 das sich abzeichnende Ende des Krieges in Osteuropa: “Heute treten in Brest-Litowsk die russischen und deutschen Bevollmächtigten zu Waffenstillstands-Verhandlungen zusammen”, notiert er in Erwartung einer “in so vielen Beziehungen weltgeschichtlichen Verhandlung”.

Für die Bolschewiki ist das Treffen eine kurze Atempause auf dem Weg von der Revolution zur Gründung der Sowjetunion. Deren Geschichte endete vor 25 Jahren kaum vierzig Kilometer vom Ort der Friedensverhandlungen entfernt. Dort liegt im Wald von Belowesch eine alte sowjetische Regierungsdatscha, in der sich am 8. Dezember 1991 der russische Präsident Boris Jelzin, Weißrusslands Parlamentschef Stanislaw Schuschkewitsch und der ukrainische Präsident Leonid Krawtschuk treffen, um die Auflösung der Sowjetunion zu beschließen. 1917 bis 1991, das war das sowjetische 20. Jahrhundert.

Und die Vereinigten Staaten? 1917 begaben sie sich in eine neue historische Rolle, die weltweit Hoffnungen weckte. Heute, hundert Jahre später, scheint es denkbar, dass diese Politik, dass das lange amerikanische 20. Jahrhundert zu einem Ende kommt. Ermessen können werden es nur künftige Historiker: Erst im Rückblick bilden sich die Maßstäbe, die aus der bloßen Chronologie der Ereignisse historische Epochen hervortreten lassen.


26 stycznia – Australia Day

Lech Milewski

26 stycznia obchodzimy Australia Day – Dzień Australii. Konkretnie świętujemy rocznicę lądowania 26 stycznia 1788 roku pierwszej grupy zesłańców w miejscu obecnego Sydney – KLIK.

Korzystając z tej okazji przedstawię w skrócie główne wydarzenia wiążące się z tym świętem.
Uwaga: o Australii pisałem dość często, na kilku blogach, i sporo fragmentów tego wpisu może być już znanych moim czytelnikom. Mam jednak nadzieję, że z okazji święta wybaczą mi te powtórzenia.

Jak Australia została NIEodkryta.

1. Nieodkrycie Australii przez Aborygenów.
Aborygeni przybyli do Australii ponad 60,000 lat temu. Nie może to być jednak uważane za odkrycie gdyż:
a – nie mieli strzelb
b – nie mieli biblii
c – nie znali chorób zakaźnych
d – nie mieli flagi
e – nie mieli tytułów własności.
Do tego oszukali, gdyż prawdziwe odkrycie musi być dokonane ze statku, a oni prawdopodobnie przyszli tu w bród, korzystając z odpływu.

2. Nieodkrycie Australii przez Holendrów.
Zadziwiające, że Holendrzy nie odkryli Australii, gdyż odbywali częste podróże do pobliskiej Indonezji. Mało tego – odkryli Tasmanię, wyspę 111 razy mniejszą niż Australia, oddaloną od niej zaledwie o 400 km na południe. Nazwali tę wyspę najpierw Van Diemen’s Land, a potem na cześć kapitana-odkrywcy, Abla Tasmana, przemianowali na Tasmanię. W tych czasach bowiem (rok 1642) nie było w zwyczaju, by nazywać wyspę imieniem kapitana statku. Anthony van Diemen był w latach 1636-45 gubernatorem Wschodnich Indii (Indonezji). Usiłował zbadać wybrzeże Australii. W roku 1854 zmieniono nazwę wyspy na Tasmania.

3. Nieodkrycie Australii przez Hiszpanów (nazywanych czasem Portugalczykami).
Portugalczycy (nazywani czasem Hiszpanami) żeglowali po oceanach, nadając wszystkim wyspom imiona świętych. Gdy dotarli do obecnego Vanuatu, zabrakło im świętych, nazwali więc wyspy pospiesznie Ziemią Świętego Ducha (Terra Australis del Espiritu Santo) i wrócili do domu, aby uzupełnić listę świętych. To bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż Australia była kolejnym lądem na ich trasie i gdyby tu przybyli, musielibyśmy mówić po hiszpańsku (albo po portugalsku, jak nazywają ten język Brazylijczycy).

Jak Australia została odkryta.

W 1770 roku kapitan Cook został wysłany na Tahiti w celu obserwacji tranzytu planety Wenus. Jednak jedyne co kapitan Cook zaobserwował na Tahiti, to grupa miejscowych kobiet w spódnicach z trawy (a może i bez), więc pożeglował dalej.
Tak dotarł do Australii, a miał ze sobą:
– strzelby,
– biblię,
– choroby zakaźne,
– flagi,
– tytuł własności.

Na miescu spytał tubylców jak się nazywa ten kraj. Oni jednak byli czarnoskórzy i nie mówili po angielsku, w związku z czym doszedł do wniosku, że są Walijczykami i nazwał te tereny Nową Południową Walią. To właśnie wpisał w Tytule Własności.

Następnie popłynął na Hawaje gdzie miejscowa ludność w obawie przed Odkryciem poszatkowała go na kawałki. Na pamiątkę tego wydarzenia wyspy nazwano Sandwich Islands, która to nazwa przetrwała do czasu, gdy wyspy prawidłowo odkryli Amerykanie.

Kilku członkom załogi kapitana Cooka udało się powrócić do Anglii, gdzie wręczyli tytuł własności królowi Jerzemu III, który wkrótce po otrzymaniu tego dokumentu oszalał.
Jednym z głównych objawów królewskiego szaleństwa było opodatkowanie Amerykanów, co zapoczątkowało cały łańcuch tragicznych wydarzeń, które trwają do dziś.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z tej strony – KLIK.

Wrócę jeszcze do kapitana Cooka. Otóż odbył on swoja podróż na zlecenie Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, w celach czysto naukowych, ale potajemnie otrzymał od króla Jerzego III tajną instrukcję, która polecała:
– sprawdzić czy są powody, aby sądzić, że na południe od szlaku żeglugi statku HMS Dolphin znajduje się ogromny ląd
– jeśli tak to: zbadać naturę gruntu i jego produkty – zwierzęta, ptactwo, ryby, minerały. Przywieźć próbki tych ostatnich jak również próbki nasion i owoców
– obserwować naturę i zdolności tubylców jeśli takowi się znajdą. Usiłować nawiązać z nimi kontakt i przyjacielskie stosunki.

Pierwszy punkt został wykonany pomyślnie – 19 kwietnia 1770 roku flota kapitana Cooka osiągnęła południowo-wschodnie wybrzeże Australii.
Punkt drugi – trochę po łebkach. 29 kwietnia 1770 statek Endeavour przybił do brzegu w okolicach obecnego Sydney. Dwaj botanicy – Józef Banks i Daniel Solander (uczeń Linneusza) zbadali miejscową florę. To na ich pamiątkę miejsce lądowania nazwano Botany Bay.
Punkt trzeci – pełna kompromitacja. Przybijający do brzegu statek Endeavour został przywitany groźnymi gestami i okrzykami miejscowych mieszkańców, na co załoga statku odpowiedziała ogniem muszkietów. Jeden Aborygen został ranny. Tak zakończyło się “nawiązanie przyjacielskich stosunków”.
Flota kapitana Cooka popłynęła wzdłuż brzegów Australii na północ. Dotarła w okolice północnego skrawka Australii a do wykonania pozostał jeszcze ostatni punkt tajnej instrukcji:
“…za zgodą miejscowej ludności wziąć w posiadanie, w imieniu króla Wielkiej Brytanii, dogodne pozycje w tym kraju“.
Co robić? Na horyzoncie pojawiła się niewielka wyspa. To była naprawdę ostatnia szansa. Wylądowali, wzniesiono brytyjską flagę, odczytano akt wzięcia w posiadanie wschodniego wybrzeża kontynentu, na którym kapitan Cook nie postawił nogi, oddano trzy strzały z muszkietów i tyle samo z dział na statku. Stosownie do okoliczności wyspę nazwano Possession Island – KLIK.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tajna instrukcja króla Jerzego była od samego początku nieważna, gdyż monarcha nie miał prawa robić żadnych zmian terytorialnych bez uprzedniej zgody parlamentu.

Kolonizacja.
O Australii przypomniano sobie dopiero 17 lat po jej odkryciu.
13 maja 1787 roku odbiła od brzegów Anglii flota pod dowództwem komandora Artura Philipa. Flota składała się z dwóch okrętów wojennych, trzech statków z zapasami i sześciu statków przewożących skazańców i ich strażników. W sumie zaokrętowano 1420 osób, w tym 789 skazańców, wśród nich 14 dzieci.
Podróż trwała ponad osiem miesięcy, w tym dwa dłuższe postoje w Rio de Janeiro i Cape Town. Ten ostatni był szczególnie istotny, gdyż przez następne dwa miesiące podróży nie było żadnego lądu. Panuje opinia, że była to jedna z bardziej udanych przepraw do Australii. Nie stracono żadnego statku, w czasie żeglugi zmarły tylko 43 osoby. W czasie podróży zesłańcom urodziło się 11 dzieci, a strażnikom 9.
Historia Pierwszej Floty tutaj – KLIK.

Flota przybiła 19 stycznia 1788 roku do Botany Bay, ale okazało się, że opis zatoki sporządzony przez kapitana Cooka zawierał wiele nieścisłości i zatoka nie nadawała się do lądowania dużej floty. Po kilku dniach poszukiwań znaleziono znacznie lepsze miejsce – Port Jackson – centrum dzisiejszego Sydney. Była tu niewielka zatoka, którą, ku czci ministra spraw wewnętrznych, Lorda Sydney, nazwano Sydney Cove.
26 stycznia 1788 roku statki pierwszej floty rzuciły tu kotwice. Dowództwo wyprawy zeszło na ląd, wciągnięto na maszt brytyjską flagę i oficjalnie ogłoszono prawo własności.
To właśnie wczoraj świętowaliśmy.
Dowódca Pierwszej Floty – komandor Artur Philip – został mianowany gubernatorem kolonii Nowej Południowej Walii.

Na początku wpisu podałem pięć warunków prawidłowego odkrycia. Jak dotąd nie wspomniałem dwóch z nich – biblii i chorób zakaźnych. To pierwsze nie było nigdy w Australii zbyt widoczne, co innego choroby.
W rok po lądowaniu Pierwszej Floty Aborygenów zaatakowała epidemia ospy. Do dzisiaj nie wyjaśniono dokładnie jej przyczyn. Ospa była plagą w Wielkiej Brytanii i znano szczepienia zapobiegawcze. Jest prawie pewne, że lekarze na statkach Pierwszej Floty wieźli ze sobą szczepionki przeciw ospie. Podczas podróży i po wylądowaniu nikt na ospę nie zachorował. Istnieje podejrzenie, że przez nieuwagę, a może celowo, ktoś wyrzucił butelkę ze szczepionką na ląd. Skutki były tragiczne.

Aborygeni.
Gubernator Artur Phillip otrzymał instrukcję, aby utrzymywać jak najlepsze stosunki z miejscową ludnością i dołożył sporo starań, aby tak właśnie było. Pierwsze utarczki między Aborygenami i białymi wynikały z całkowitego niezrozumienia zachowania drugiej strony i braku możliwości porozumienia.
Gubernator usiłował nawiązać kontakt z miejscowym plemieniem Eora, ale tubylcy ze zrozumiałych względów unikali kontaktu. Nie pozostało nic innego, jak złapać ich przywódcę i doprowadzić do spotkania na szczycie. Porwany nazywał się Bennelong. Umieszczono go w siedzibie gubernatora, gdzie starano się poznać jego język i obyczaje.
Po sześciu miesiącach uciekł, ale trzy miesiące później zaprosił gubernatora do siedziby plemienia. Tu wydarzyło się coś ciekawego – gubernatora zraniono w ramię ceremonialną dzidą. Tłumaczone jest to jako swoisty akt pogodzenia się – aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę cię ukarać za doznane krzywdy, ale teraz już między nami zgoda. Najważniejsze, że gubernator Phillip tak właśnie to odebrał.
Bennelong utrzymywał stały kontakt z gubernatorem i poprosił nawet o wybudowanie mu domu blisko rezydencji gubernatora. Wybudowano, w Bennelong Point, gdzie obecnie znajduje się Sydney Opera House – KLIK.
Kolejnym akcentem dobrych kontaktów była prośba Bennelonga, aby jego żona mogła urodzić dziecko w rezydencji gubernatora. Był to w jakimś sensie symbol nawiązania rodzinnych więzi między kolonizatorami i plemieniem Eora.
W 1790 roku gubernator Phillip zrezygnował ze stanowiska i wrócił do Anglii. Bennelong popłynął razem z nim i został przedstawiony królowi. Po powrocie do Australii sytuacja się pogorszyła. Nowy gubernator nie miał dobrego kontaktu z Bennelongiem, a ten rozleniwił się i rozpił. Historia Bennelonga tutaj – KLIK.

Jak z powyższego widać, istniała wola polityczna, aby kolonizatorzy i Aborygeni żyli w zgodzie. Przeszkodziła ekonomia. Do Australii zaczęli przybywać “free settlers” czyli dobrowolni imigranci. Również wielu skazańców kończyło okres kary i odzyskiwało wolność. Jedni i drudzy otrzymywali od rządu ziemię do zagospodarowania. Prowadziło to do gwałtownych konfliktów z zamieszkującymi te tereny Aborygenami. Biali, którzy po odbyciu ciężkiej kary lub ciężkiej i ryzykownej podróży, chcieli zabrać się do gospodarowania na swoim, traktowali Aborygenów jak drapieżne zwierzęta. Aborygeni odpłacali w podobny sposób, czego skutkiem były karne ekspedycje wojska i policji. Aborygeni nie mieli szans.
Dlatego też świętowanie Australia Day z okazji lądowania 26 stycznia 1788 roku wywołuje pewne kontrowersje. Niektórzy nazywają ten dzień Dniem Inwazji. Zgłaszane są propozycje, aby świętować rocznicę powstania Australii jako samodzielnego państwa – 1 stycznia 1900 roku.
Fachowe informacje na temat Australia Day tutaj – KLIK.

Tegoroczne święto poprzedziły natomiast kontrowersje wywołane przez poniższe zdjęcie…

Australijki

To zdjęcie umieszczono na początku stycznia na plakatach reklamujących nadchodzące święto, jednak plakaty zostały zdjęte po kilku dniach, gdyż firma reklamowa otrzymała liczne telefony i listy z pogróżkami. W wyniku masowej akcji na internecie zebrano ponad $100,000, aby opłacić koszty umieszczenia tego zdjęcia na stronie internetowej i ponownie jako plakaty w przestrzeni publicznej. Szczegóły tutaj – KLIK.

W sumie jest to jednak radosny i beztroski dzień.
Środek lata, wakacje szkolne, sezon urlopowy. Formalne ceremonie są bardzo skromne. Większość ludzi celebruje święto w typowo australijski sposób: baranie czopsy na barbeque i piwo, dużo piwa…

Australia Day

Stuart 17

Ach ten Stuart! Tym razem wpasował się w aż dwie rocznice. Dziś 1500 wpis na blogu, pisałam o tym wczoraj, chcąc jednak zostawić Stuarta w jego stałym terminie, i, jak się okazało, słusznie, bo jutro… Oddajmy tu głos Lechowi Milewskiemu, naszemu Autorowi z Australii, który napisał już kilka dni temu: Mam nadzieję, że Stuart spędza dzisiejszy dzień – 26 stycznia – w Australii. Wszak świętują tam narodowe święto – Australia Day. Oficjalny wpis na ten temat opublikowany zostanie jutro. No to zobaczmy, czy Stuart spędza ten dzień w Australii. I, moi drodzy Czytelnicy, uwierzcie mi, ani Lech ani ja nie uzgadnialiśmy niczego z autorką!

Joanna Trümner

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‘Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Sometimes everybody hurts REM

Nowy Rok

Stuart wrócił do domu i zadzwonił do Meg z życzeniami noworocznymi. W zaśnieżonym Walton brakowało jeszcze kilku minut do rozpoczęcia Nowego Roku. Meg czekała na północ w swoim mieszkaniu w towarzystwie Einsteina i matki Stuarta. Odebrała słuchawkę po pierwszym sygnale, tak jakby nie mogła się doczekać tej rozmowy telefonicznej. „Gdzie byłeś na Sylwestra?” zapytała i w tym momencie Stuart poczuł ulgę na myśl o tym, że nie musi jej patrzeć w oczy. „Byłem ze znajomymi w knajpie. Kiedy w końcu przyjedziesz? Niczego więcej sobie w tym nowym roku nie życzę”, powiedział zmieniając temat i próbując opanować drżenie głosu. „Prawdopodobnie w połowie lutego, tutaj wszystko się powoli układa, to przecież tylko sześć tygodni, bardzo za tobą tęsknię”, powiedziała Meg, zaskakując go tym wyznaniem. Meg była do tej pory tak powściągliwa w okazywaniu swoich uczuć, że na myśl o nocy spędzonej z Tracy Stuart poczuł się jeszcze podlej niż przed rozmową ze swoją dziewczyną. „Ona nigdy nie może się o tym dowiedzieć” – pomyślał.

Dzień rozpoczynający rok 1980 był najdłuższym dniem w jego życiu, nie mógł znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu, w marę mijających godzin coraz mocniej zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotny w Sydney. Wybrał się na Bondi Beach, żeby skorzystać ze słonecznego dnia na plaży i uciec od złych myśli, ale widok zakochanych i trzymających się za ręce par wprawił go w jeszcze gorszy humor. Kiedy odwracał wzrok od zakochanych widział grupy roześmianych młodych mężczyzn, rozmawiających ze sobą i leczących przez kąpiel w morzu kaca po wczorajszej imprezie. Patrzył na nich z zazdrością, bardzo brakowało mu przyjaciela, z którym mógłby podzielić wszystkie złe myśli, jakie się w nim zagnieździły i powracały jak bumerang. W drodze powrotnej do domu pomyślał: „To chyba najdłuższy i najgorszy dzień w moim życiu”. Nie mógł dłużej znieść ciszy w pustym mieszkaniu i po raz pierwszy od tygodni wziął do ręki gitarę. Kiedy śpiewał jedną ze swoich ulubionych piosenek Hanka Williamsa przy słowach: „I’ve never seen a night so long when time goes crawlin’ by, the moon just went behind a cloud to hide its face and cry (nigdy nie widziałem nocy tak długiej, kiedy czas tak się dłuży, a księżyc zaszedł za chmurę, żeby skryć swoją twarz i płakać), pomyślał: „To przecież o mnie”. Słowa tej piosenki opowiadały o wszystkim, co czuł w tej chwili – o samotności, zagubieniu i najgorszym, najbardziej bolesnym rozczarowaniu – rozczarowaniu samym sobą.

„Jak ludzie potrafią żyć bez muzyki? Przecież nic nie potrafi lepiej oddać naszych uczuć i emocji, które przed nami kiedyś ktoś już przeżywał. Może i on zrobił dużą głupotę i po napisaniu tej piosenki zrobiło mu się na duszy o wiele lżlej?” – pomyślał i poczuł, że zaczyna się wewnętrznie uspakajać. W oczekiwaniu na sen zaczął się zastanawiać nad tym, co może zmienić od zaraz, żeby jutro nie było tylko kolejnym dniem w kalendarzu, ale szansą na zmianę tego, co go dzisiaj tak bardzo bolało.

Wykorzystał tą szansę – kolejne tygodnie poświęcił pracy i poznawaniu miasta, które tętniło latem i życiem. „Jak dobrze, że świeci słońce, a ulice i parki pełne są szczęśliwych ludzi, cieszących się dobrą pogodą i latem” – pomyślał po kilku dniach chodzenia po Sydney z mapką w ręku i z ulgą stwierdził, że jego zły nastrój powoli przechodzi.

Dużo czasu spędzał w największej bibliotece w Sydney – Bibliotece Stanowej Nowej Południowej Walii przy Macquarie Street. Tam znalazł wiele materiałów do przygotowania lekcji z matematyki, tam też przez przez przypadek poznał Toma. W poszukiwaniu książki do zadań z geometrii Stuart podszedł do półki z książkami i zobaczył, że oprócz niego ktoś inny w tym samym momencie sięga po tę samą książkę. Nieznajomy uśmiechnął się do Stuarta trzymając w ręku: „Geometrię dla każdego”, pachnącą jeszcze farbą drukarską książkę, która sprawiała wrażenie jeszcze nigdy przez nikogo nie używanej. „Widzę, że nie tylko uczniowie obchodzą ją łukiem”, powiedział Tom z uśmiechem. Tom pracował od siedmiu lat jako nauczyciel matematyki w szkole dla dziewcząt i w kilka dni później opowiadał Sutartowi przy piwie o swoich problemach z uczennicami. „Wierz mi, że ostatnie, co je w życiu interesuje to matematyka. Wymyślam różne zabawy, próbuję im wytłumaczyć, że ten przedmiot to nauka logicznego myślenia, które potrzebne jest potem przez całe życie – a one patrzą na mnie z niedowierzaniem tymi swoimi wielkimi oczami i w duchu wiem, że gdyby tylko program szkoły przewidywał taką możliwość, to natychmiast zrezygnowałyby z nauki tego przedmiotu. Nie chcę być takim nauczycielem, jakich my poznaliśmy, nie chcę traktować ich z góry, straszyć, kompensować kompleksów i decydować o przyszłości, ale powoli nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żeby je zainteresować”. Wracając po północy do domu ze spotkania z Tomem Stuart po raz pierwszy od dawna czuł się szczęśliwy na myśl o tym, że poznał kogoś, z kim będzie mógł dzielić swój czas, że skończyła się jego samotność i godziny, oznaczające tylko czekanie na przylot Meg.

Z mieszkańcami domu starców pożegnał się koncertem piosenek, które oni sami sobie wybrali. W kilka dni przed koncertem z uśmiechem czytał sporządzoną przez nich listę, na której znalazło się siedem zapisanych drobnym maczkiem piosenek – zapomnianych utworów, na szukaniu których spędził godziny w bibliotece. Dodał do tej listy kilka starszych piosenek i z zaskoczeniem obserwował podczas koncertu, jak jego słuchacze – ludzie, którzy w większości zapomnieli kim są, przypominali sobie poznane podczas świadomej części swojego życia słowa piosenek. Rozejrzał się po publiczności i zobaczył, jak siedzący obok siebie na wózkach inwalidzkich pani Sorkin i pan Blacksmith trzymają się za ręce. „Więc i tuż przed grobem może nasz spotkać miłość”, pomyślał, uśmiechając się do zakochanej pary na wózkach. Ostatnim utworem, który zaśpiewał razem z mieszkańcami domu starców była ballada „Waltzing Matilda” i kiedy grał na gitarze ostatnie nuty tej piosenki przyglądał się ze smutkiem swoim podopiecznym, myśląc, że za rok z pewnością połowa osób siedzących w tej sali umrze, a ci, którzy będą tu dalej mieszkali zapewne nigdy więcej nie będą mieli okazji do posłuchania granej na żywo muzyki.

„Dzień Australii” – święto narodowe swojej nowej ojczyzny spędził razem z Tomem na plaży. Wygrzewając się w słońcu myślał o tym, że w jego życiu wszystko zaczęło się układać, Meg potwierdziła przylot w połowie lutego, on sam za dwa dni zacznie pracę w szkole, a i na muzykę przyjdzie znowu czas. Australia Day przez przypadek był też dniem jego 30 urodzin, Stuart wcale nie był więc zaskoczony, że gdy wrócił do mieszkania, przed domem czekał na niego Ian z butelką szkockiej whisky w ręce: „Pozdrowienia od ojczyzny. No i ode mnie, to osiemnastoletnia whisky, trochę się wykosztowałem, więc nie obrażę się jak mi zaproponujesz kieliszek albo dwa”. Zanim Stuart zdążył otworzyć drzwi mieszkania usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu: „życzę Ci pięknego dnia i nie zapomnij odebrać mnie z lotniska” – usłyszał głos Meg.

Patrzył na Iana z zaskoczeniem – nie widział po przyjacielu ani śladu przygnębienia albo rezygnacji, zginęło gdzieś wrażenie zagubienia, które miał na twarzy podczas ich ostatniego spotkania. „Chyba się po prostu pogodził z tym, co jest, sprawia w każdym razie wrażenie szczęśliwego”, pomyślał i zapytał Iana o życie rodzinne. Lakoniczna odpowiedź przyjaciela: „Innego życia nie będzie, jest mi tak wygodnie, że nie będe niczego zmieniał – nie mam na to ani siły ani ochoty”, zaskoczyła Stuarta. Ian nie miał do tej pory żadnego powodu, żeby się zmęczyć życiem, wszystko za co się zabrał, po prostu mu wychodziło. „On ma przecież zawsze tak wygodnie w życiu, zawsze miał kogoś, kto płacił jego rachunki, przedtem tatuś, teraz teść, nigdy niczego nie szukał i nie miał takich mało realnych marzeń jak ja”. Jednak w momencie, kiedy złapał się na tym, jak negatywne i nieprzyjaźnie ocenia przyjaciela, Stuart przeraził się swoich myśli. „Zanim zapomnę, masz pozdrowienia od Tracy, pytała, dlaczego nie pokazujesz się w ‘Red Lion’” – zwrócił się do niego z uśmiechem na twarzy Ian. „Dziękuję, nie miałem po prostu czasu” – odpowiedział Stuart i patrząc na przyjaciela wiedział, że on się domyśla, dlaczego kelnerka tak się o niego dopytywała. „A kiedy ty tam byłeś, ty, przyszły ojciec, nie masz przecież czasu na przesiadywanie po knajpach?” – próbował przejść do ataku. „Tracy nie o każdego się tak dopytuje” – odpowiedział Ian – „widocznie zapadłeś jej w pamięć”. Do późna w nocy przyjaciele popijali whisky i śmiali się wspominając ludzi, których wspólnie poznali przez ostatnie lata. „Dlaczego z nim nie da się tak zawsze rozmawiać?” – pomyślał żegnając Iana.

W dwa dni później Stuart stał przy tablicy w klasie i patrzył na twarze swoich uczniów, z nadzieją, że uda mu się odgadnąć, kogo z nich uda się zainteresować matematyką, z kim będzie musiał walczyć o odrobienie lekcji, a kto nawet nie będzie próbował zrozumieć. Miał przed sobą dużo pracy, pracy, na którą się cieszył.

Cdn.