Memy XXI wieku – Vincent van Gogh

Ewa Maria Slaska

Even more fun

Namalował trzydzieści autoportretów (na żadnym się nie uśmiecha!), najbardziej “zmemowane” są (jak sądzę) dwa autoportrety z zabandażowanym uchem, z roku 1889.

Dla wyjaśnienia: do niedawna byliśmy przekonani, że artysta sam sobie obciął lewe ucho (niejako “w pijanym widzie”, bo po dużej dawce absyntu), teraz od kilku lat uważa się, że być może zrobił to jego przyjaciel i współlokator – Paul Gaugin.

bezucha1-2

Malarz nie ma lewego ucha, ponieważ jednak malował portrety patrząc w lustro, wydaje się, że było to prawe ucho.

Van Gogh przybył do Arles w Prowansji w lutym 1888 roku , 23 października dotałączył do niego Paul Gaugin. Van Gogh obciął sobie ucho (albo Gaugin mu je obciął) w przeddzień wigilii tego roku. Tak skończył się okres wspólnego życia obu artystów. Gaugin wrócił do Paryża.  Pijany Van Gogh zaniósł ucho do burdelu i podał w paczuszce zatrudnionej tam prostytutce  imieniem Rachel (Gabrielle Berlatier). Następnego dnia Vincent niczego sobie nie mógł przypomnieć. Uznano, że zwariował i on sam też chyba był tego zdania, bo następny rok spędził w Klinice.

Rachel oddała ucho pewnemu lekarzowi, który je zakonserwował w spirytusie. Lekarz  nie dbał należycie o swój eksponat i ucho zaginęło.

Historia Van Gogha i jego ucha została dokładnie opowiedziana w  filmie BBC (uwaga! ponad 50 minut!)

27 lipca 1890 roku Van Gogh przebywał w wiosce nieopodal Paryża, wyszedł na spacer, strzelił sobie w klatkę piersiową (lub brzuch – wersje się różnią), doszedł jednak z powrotem do gospody, w której wynajmował pokój i znaleziono go jeszcze przy życiu. Umarł w dwa dni później.


Niewątpliwie historia aż się prosi, żeby ją powielać, interpretować i przerabiać. 

Przyznaję jednak, że  zaskoczyło mnie, co z tym można zrobić. Bo otóż można sobie kupić figurkę z akcesoriami (Box: 10 facts about Vincent van Gogh), a pudełko zapewni nam jeszcze więcej ubawu (even more fun) niż inne dostępne na rynku produkty artystyczne. Jak sądzę właśnie z uwagi na to, że figurce można wyjąć ucho. Można jej też zabrać pędzel z dłoni i usunąć kwiat słonecznika z klapy, ale to już nie gwarantuje even more fun. Każda figurka Lego umożliwia takie rozrywki, jak czajniczek do herbaty w jednej ręce i filiżanka ze spodkiem w drugiej. Ale jednak ucha jeszcze nie widziałam.

W porównaniu z figurką i jej uchem zwykłe memy wydają mi się wręcz banalne.

van-gogh-selbstbildnis-martin-misfeldtMartin Mißfeldt

alexey-lebedevAlexey Lebedev – świetny!

tarantino-gigart-vangogh

Reżyser Quentin Tarantino (Kill Bill) sportretowany przez Gregga Gordona (Gigart) jako Van Gogh, poniżej: Elisa Groka

van-gogh_webgrocka

***

I na zakończenie – nie całkiem na temat, bo nie o Van Goghu, ale…

Sobota w marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Marek Kowalczyk

Poznaliśmy się w grudniu 2016, podczas jednego z ostatnich berlińskich spotkań przygotowujących marsz dla Aleppo, zanim 26 grudnia marsz wyruszył w trasę z berlińskiego lotniska Tempelhof. Zaciekawił mnie, bo był milczący i poważny, a my, ta berlińska gromadka, byliśmy raczej rozgadani i weseli. Gdy zaczęła się runda prezentacyjna (zawsze musiała być, bo grupa się wciąż zmieniała), powiedział, że jest ze Szczecina i chce robić film o marszu. Nastawiłam uszu, w końcu jestem przewodniczącą Stowarzyszenia Partnerstwa Miast pomiędzy Szczecinem a berlińską dzielnicą Friedrichshain/Kreuzberg. Nie jest to może moje najważniejsze zadanie życiowe, ale jednak zobowiązuje do kilku rzeczy, w tym również do szukania interesujących kontaktów.

Marek Kowalczyk, fotograf, filmowiec, dziennikarz.

Przeglądam jego stronę internetową, klipy reklamowe, foty, koncert kapel punkowych w jakichś bunkrach w lesie pod Szczecinem, pejzaże z Czarnych Gór na Ukrainie (powyżej), piękne jak malarstwo barokowe, zdjęcia z małej wioski niemieckiej (poniżej).

Czuję ucisk w piersiach i nie wiem, czy jest mi z tym dobrze  czy strasznie, bo takie zdjęcia robił 60 i 70 lat temu mój ojciec. Taki sam świat, te same motywy, te same efekty. Technika na pewno inna, nie znam się, ale ucisk w piersiach nie ustępuje. Przecież nie ma ojca, nie ma tego świata, nikt już tak nie robi zdjęć… Już nigdy nie pójdziemy o świcie plażą w Sobieszewie, nie zatrzymamy się na drugie śniadanie koło chałupy rybaków, być może w ogóle nie ma już tamtej plaży, bo zbudowano tam Port Północny i Siarkopol, bo mierzeję rozkopały kohorty poszukiwaczy bursztynu, a teraz i tak rząd podjął decyzję o tym, żeby przekopać ją od Zalewu do Bałtyku. Już nic nie ma…

A Marek zrobił takie zdjęcia rok czy dwa lata temu.

***

Podczas marszu jest po trochu uczestnikiem, ale tak naprawdę to patrzy z boku. Czasem filmuje, czasem fotografuje, ale przede wszystkim patrzy. Docenia czas. Milczy.

***

Kiedyś, gdy pracował jako reporter, musiał robić jeden, dwa, a czasem nawet trzy “materiały” dziennie. To uczy szybkości pracy i decyzji, co się zawsze bardzo przydaje. Ale jednak teraz, gdy zostawił etat, żeby filmować marsz, bardzo ceni czas.

***

Urodził się w Szczecinie.

Zdjęcia robił od zawsze, od kiedy brat harcerz, podarował mu aparat zenit, taki na film 36-klatkowy.

***

Dlaczego bierzesz w tym udział?, pytam. Bo to jedno z najważniejszych oddolnych wydarzeń społecznych zorganizowanych w Europie w ostatnim dziesięcioleciu. Chcę opowiedzieć historię tego wydarzenia. Osobiście wierzę, że marsz się uda, ale jeśli nie, nie ma to znaczenia. Chcę opowiedzieć jego historię. Ale nie będę uprawiał propagandy, w filmie na pewno pojawią się i nieprzyjemne aspekty. To ma być prawdziwa opowieść.

Wieczorem obejrzę kilka nakręconych fragmentów. Piękne, inne niż normalne filmy. Zapamiętuję ujęcie przez skostniałą z zimna, skuloną dłoń, otwierającą drzwi samochodu…

***

Z czego żyjesz, skoro nie tylko nie zarabiasz, ale jeszcze jesteś na marszu, który też kosztuje?

Projekt nie udałby się, gdyby nie pomoc finansowa kilku osób. Wymieńmy je, bo im się to należy:
Maciej Sajewicz
Ewa Kaptur
Ania Karkota
Andrzej Grochala

Dziękujemy Wam.

***

Jednak tak naprawdę projekt nie uda się bez… Marka Kowalczyka. Dziękujemy, Marku.

Foto Janusz Ratecki

 

Kaziuki 2017

Roman Brodowski

Kaziuki

„Na Kaziuki do Wilna pan Kazimierz zaprosił” – tak rozpoczyna się jeden z moich wierszy napisany i poświęcony Kaziukom oraz Wilnu. Pisałem już TU o tym święcie, ale przypomę je raz jeszcze.
Od ponad trzystu osiemdziesięciu lat (z przerwami) „kaziukowe święto” nieodłącznie towarzyszy mieszkańcom Wilna i jedgo okolic.

Dzisiaj Kaziukami nazywa się jarmark odbywający się w stolicy Litwy … i nie tylko, w dzień św. Kazimierza (4 marca). Jednakże geneza „Kaziuków” była inna, bo było to święto na wskroś religijne, z procesją, modłami oraz odpustem. Typowe święto liturgii rocznicowej przypominające o dniu śmierci królewicza Kazimierza wyniesionego przez papieża Klemensa VIII w 1602 roku na ołtarze,

Kim był dzisiejszy patron Litwy, a dawniej i Rzeczypospolitej, św. Kazimierz?

Był drugim z kolei synem Kazimierza IV Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki.
Znany był z dobroczynności, często utożsamiał się z biedotą, prowadził ascetyczny tryb życia, głęboko pobożny czciciel Eucharystii i Maryi.
Urodził się 3 października 1458 roku w Krakowie (na Wawelu), zmarł 4 marca 1484 roku w Grodnie.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Żył 26 lat, ale mimo bardzo krótkiego życia pozostawił po sobie obraz prawdziwie oddanego sługi Boga i …nędzarzy. Do dzisiaj stawiany jest za wzór człowieka, który konsekwentnie realizował wytyczoną przez siebie misję – pomocy i miłosierdzia wobec potrzebujących i cierpiących. Często powtarzał o sobie, że „ prawdzwy królewicz nie może nic przystojniejszego czynić, jak w ubogich służyć samemu Chrystusowi” . Z informacji zapisanych w kronikach wynika , że od najmłodszych lat, pod wpływem duchowności franciszkańskiej, akcentującej ascezę, wiele czasu poświęcał na modlitwę, połączoną z wielogodzinną adoracją Najświętszego Sakramentu , oraz kontemplacją męki oraz śmierci Jezusa.

wilno-11

Młodego królewicza do prawdziwej, królewskiej dorosłości przygotowywali tak znamienici nauczyciele jak Jan Kanty, Jan Długosz czy też przybyły z Wenecji na Wawel, humanista, poeta i prozaik piszący w języku łacińskim Filip Kalimach (Filippo Buonaccorsi). To dzięki ich nauce królewicz, młodzieniec pełen wiedzy i wrodzonej inteligencji, mógł bez przeszkód sprawować powierzone mu przez ojca, Króla Polski, ważne w królestwie funkcje. Jego mądrość i dojrzałość były powszechnie podziwiane, nie tylko w Polsce, ale i na znamienitych dworach ówczesnej Europy.
Już w wieku trzynastu lat wyruszył na Węgry, by przyjąć dla rodu Jagiellonów tamtejszą koronę, którą zaproponowali mu Węgrzy, występujący przeciwko Maciejowi Korwinowi. Kazimierz, pamiętając, że Korwin jest siostrzeńcem Władysława Pogrobowca, wroga Jagiellonów, wypowiedział mu wojnę. Wyprawa pod wodzą Piotra Dunina wyruszyła 2 października 1471 roku, ale zakończyła się porażką, gdyż polska armia była nieliczna, a zabrakło jej wystarczającego wsparcia ze strony tamtejszych magnatów. W efekcie Kazimierz wrócił do Polski.

Nieudana wyprawa była dużym przeżyciem dla tego wrażliwego chłopca.

Gdy miał lat 23 był podczas nieobecności Kazimierza Jagielończyka , który przebywał z trzyletnią misją na Litwie, wyznaczonym przez ojca namiestnikiem i sprawował faktyczną władzę w królestwie. W tym czasie nosił tytuł “secundogentis Regis Poloniae” i rezydował w Radomiu.

wilno-009Dał się poznać jako sprawiedliwy i zatroskany o ubogich władca. Był jednak też zręcznym politykiem i z powodzeniem dbał o bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne państwa oraz swoich poddanych. Właśnie w Radomiu Królewicza zaczęły coraz bardziej trapić choroby. Okazało się niestety, że jest chory na gruźlicę. Przyczyną jego choroby mógł być ascetyczny tryb życia, a więc naśladowanie Chrystusa i miłość bliźniego w duchu św. Franciszka. Królewicz praktykował codzienną ascezę, nosił włosiennicę, uprawiał długotrwałe posty, spał na podłodze, unikał nie tylko rozrywek, ale i wypoczynku.

W związku z pogarszającym się stanem zdrowia późną wiosną 1483 r. został odwołany do Wilna.

Za te wszystkie przymioty, za troskę jaką okazywał mieszkańcom Wielkiego Księstwa, Kazimierz również na Litwie zyskał sobie wśród ludności wdzięczność i popularność.

Pomimo choroby pod koniec 1483 r. wraz z ojcem wybrał się w podróż do Lublina na zjazd szlachty królestwa. Jednakże ta podróż okazała się zbyt ciężka, tak że względu na stan zdrowia zatrzymał się w Grodnie. Król po otrzymaniu informacji w lutym 1484 r. o agonalnym stanie syna przerwał obrady i przybył do Grodna. Tam też w obecności ojca Kazimierz zmarł 4 marca 1484 r. Został pochowany w Kaplicy noszącej jego imię, w katedrze wileńskiej.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Wybrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczpospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Uni Lubelskiej z 1569 roku.

Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem rodzimego patrona, który był potrzebny dla religijnego prestiżu tego narodu i to Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi

wilno-3Zgodnie z obowiązującą zasadą liturgii kościelnej dniem wspomnienia świętego Kazimierza został dzień jego śmierci – czwarty marca.

W 1950 roku, Pius XII ogłosił Kazimierza patronem młodzieży litewskiej.

Na przestrzeni kilkuset, lat w powolnej ewolucji, święto kościelne przekształciło się w regionalne święto Kaziuki, tradycyjny dla Wilna radosny jarmark, w którym przeplatają się zwyczaje kościelne, ludowe i pogańskie, jak chociażby witanie nadchodzącej wiosny.

Kaziukowe jarmarki organizowane są w Wilnie od 1636 roku, rozpoczynają się zawsze w dniu św. Kazimierza, czyli 4 marca i choć dawniej trwały dwa tygodnie, teraz trwają dwa dni. Rozpoczyna je przemarsz ulicami Wilna orszaku przebierańców, handlarzy i kuglarzy. Na czele pochodu jedzie na koniu przebrany za św. Kazimierza wilniuk.
Nad Wileńką, na terenie starego miasta rękodzielnicy, rzemieślnicy, producenci żywności oraz inni handlarze rozstawiają jarmarczne stragany. Powstają regionalne karczmy, stoiska kulinarne oraz miejsca zabaw dla dzieci. Co kilkaset metrów na prowizorycznych scenach ludowi artyści zabawiają wilniuków śpiewem, tańcem, poezją i dobrą ludową muzyką.

wilno-008-kopie

Od jakiegoś czasu również i inne miasta, zarówno na Białorusi jak i w Polsce, organizują Kaziuki. W Grodnie od lat czwartego marca Związek Polaków na Białorusi, przy wsółpracy z innymi grodnieńskimi organzacjami kulturalnymi, korzystając z doświadczeń Wilna, także obchodzi swoje jarmarczne święto.
A i w Szczecinie, Białymstoku, Gorzowie i wielu innych miastach, wszędzie gdzie znajdują się ośrodki kultury kresowej, czy też skupiska przesiedleńców kresowych, zwłaszcza z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, pielęgnuje się tradycję kaziukowego święta.

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilnia
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie ma w Gdańsku,
w Warszawie.

Setki różnych kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I… z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy, Łotwy, Estonii,
Białorusi i naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
Że do kupna są chęci
Dla przyjaciół, dla siebie
dla brata.

Tak, tradycja wspaniała!
„Kaziukowe jarmarki ”
Świeto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Nie zobaczysz go w żadnej
Ze stolic

Wilno, 04.03.2009

wilno-007

Iss doch wenigstens das Fleisch

… oder wie man Vegetarier wird?

Ewa Maria Slaska

Diese Frage interessiert mich brennend, weil ich selber für sie eine, wie ich finde, außergewöhnliche Antwort habe. Zuerst war sie noch banal: Ich mag kein Fleisch, sagte ich, ich habe es nie gemocht.

Gut, diese Antwort kennen auch Viele in diesem Buch, und überhaupt Viele, die sich an einen Klumpen des durchgekauten Fleisch erinnern, die man nicht imstande war zu schlucken, ebenso sehr aber kein Erlaubnis hatte, den Ekel auszuspucken. Dabei haben diejenige besser, die schnell kotzen konnten, wenn man jedoch, wie ich, eine im Sternzeichen Jungfrau geborene, sich ungern physiologisch der Umwelt mitteilte,  war man stundenlang gezwungen am Tisch zu sitzen und das Restfleisch mit den Tränen vermischt in alle Ewigkeit zu kauen. Lange dachte ich, dass es eben diese Erfahrung war, die mir enorm erleichtete, sofort, als ich nur über meine Diät selber entscheiden dürfte, eine Vegetarierin zu werden.
Aber nicht. Irgendwann kam eine andere Antwort, die mir bis heute plausibler klingt, obwohl ich sie in meinem Leben nie von jemanden anderen gehört habe.
Meine Mutter, als sie mit mir schwanger war, kurz nach dem Krieg, litt an Toxoplasmose. Es ist so eine Infektionskrankheit, von Parasiten verursacht, die man von der Katzen bekommen kann, oder vom Essen des nicht ganz durchgekochten oder rohen Fleisches. Dem Träger macht die Krankheit nichts, dem Kind im Bauch dagegen kann sie Vieles antuen. Es kann mongoloid werden, oder blind, und natürlich auch beides. Soviel wurde mir damals erklärt. Erst jetzt beim Schreiben sehe ich genauer in die Materie: Die infizierten Kinder können epileptische Anfälle, kognitive Einschränkungen, Schäden an der Leber, Lunge, Gehirn, Augen, Herzmuskel und Hirnhaut aufweisen. Ein Viertel der vor der Geburt infizierten Kinder durch Toxoplasma gondii haben geistige Behinderungen, Spastiken, Epilepsie, Hydrocephalus und Verkalkungen der Hirngefäße. Jesus! Ich bin “nur” halbblind geboren, dh. eigentlich bin ich glimpfig aus der Falle rausgekommen.

Von meiner Krankheit, oder Mamas Krankheit im Grunde, gab es nie die Rede und dass meine Halbblindheit gerade diesen Grund hatte, erfuhr ich erst als ich selber hochschwanger war. Diese Nachricht kam auf mich wie ein Donner aus dem hellen Himmel. Bis dahin war ich mit meiner Schwangerschaft sehr glücklich, behauptete gar, dass es der beste Zustand in meinem Leben sei. Und dann war es plötzlich gut möglich, dass jetzt mein Kind mongoloid oder blind, und natürlich auch beides werden konnte.

Eine Woche später gebar ich meinen Sohn, ein kerngesundes Baby, dem die verdammte Toxoplasmose von Oma und Mama nichts angetan haben.

Es dauerte aber lange, dass ich selber ruhig darüber nachdenken konnte. Meine Theorie baute sich also sehr langsam auf.

Als Mama noch nicht wusste, dass es die Toxoplasmose war, die mein Leben bestimmte, erzählte sie oft darüber, dass sie während der Schwangerschaft immer wieder einen Heißhunger auf Fleisch hatte, so sehr, dass, als sie von der Kunstschule, wo sie studierte, nach Hause kam, sofort in die Küche ging und aus dem Topf, in dem Oma die Suppe kochte, nicht ganz gekochte Fleischstücke holte, um sie direkt neben dem Herd, heiß zu verzehren. Als die Sache mit der Krankheit plötzlich öffentlich diskutiert wurde, wehrte  sich Mama vehement gegen die vermeintliche Beschuldigung (kein Mensch hat sie doch beschuldigt), aber irgendwie verschwand die nicht ganz gekochte Suppe und halbblutiges Fleisch aus den Familienerzählungen.

Erst nach Jahren kam mir in den Kopf ein Bild von mir als Embryo im dunklem warmen Wasser. Wieso? Fragt mich nicht, ich weiß es nicht, sah aber, dass sich dieses noch nicht ganz fertiges Baby sehr stark mit den Armen gegen etwas wehrte. Das Bild kam ziemlich oft, ohne dass ich eine Erklärung dafür wusste. Erst als mir Jemand beiläufig sagte, er kann kein Kummin vertragen, weil seine Mama, als sie schwanger war, eine starke Allergie gegen den Kummin hatte, passten sich plötzlich alle Puzzleteile an: Die Krankheit meiner Mama, ihre Schwangerschaft, meine (gelungene!) Verteidigung gegen den feindlichen Parasiten, meine Ekel dem Fleisch gegenüber, mein kindlicher Drang, Vegetarierin sein zu dürfen (was man natürlich damals auf keinen Fall dürfte).

Mein Vater stammt aus einer tatarischen Familie. Die Tataren gelten bis heute als sehr mutiges Volk. Ich war immer der Meinung, dass ich gerade deshalb, dank meinem tatarischen Erbe, auch relativ unerschrocken und zäh bin. Jetzt sah ich in meinem Kopf ein Bild eines kämpferischen tatarischen Fötus, der sich gegen jegliche Feinde wehrt. Sollen sie sich alle zum Teufel scheren…  🙂

***

Das Buch finde ich gut und interessant, obwohl es an manchen Stellen ins so grotesk Ekelhafte ausartet, das man es beim besten Willen nicht lesen kann. Eine Erzälung finde ich aber so schön, dass ich sie direktemang hier euch zum lesen anbieten muss 🙂

E.L. Greiff, Großraumwagen

Der Autor schreibt Fantasy-Bücher und dies erklärt doch viel. Sein Herausgeber gibt von ihm relativ viel preis: E. L. Greiff, 1966 in Kapstadt geboren, lebt heute in den Niederlanden. Studium der Theaterwissenschaften und Germanistik in Bochum und Berlin, anschließend zahlreiche freie Regiearbeiten. Greiff schreibt Essays, Reisereportagen, Kommunikationskonzepte und Reden für Führungskräfte.

autor-inErst von einem Foto erfährt man, dass “der Autor” in der Tat “die Autorin” ist. Genauso verhält es sich mit der / dem Protagonist/in dieser Erzählung.

https://books.google.de/books?id=p73vCgAAQBAJ&lpg=PT21&ots=Ry_L8iqhar&dq=E.L.%20Greiff%20Gro%C3%9Fraumwagen&hl=de&pg=PT21&output=embed

Die obige Möglichkeit es Euch zu lesen zu geben, die ich im Netzt gefunden hat, bricht kurz vor dem Ende der Erzählung ab. Ich nehme an, in der Annahme, jetzt werdet ihr das Buch kaufen (bitte sehr, z.B. HIER), um zu erfahren, wie es endet.

Ich bin aber ein guter Mensch und schreibe Euch die letzten 1,5 fehlenden Seiten hier ab (das Buch könnt ihr natürlich der anderen Erzälungen wegen kaufen):

Zweiundvierzig Leute sind damals aus diesem ICE ausgestiegen, der irrtümlicherweise an einem Provinzbahnhof angehalten hatte, anstatt durchzufahren. Keiner von uns bekam eine Entschädigung von der Bahn, wir hätten ja nicht aussteigen müssen, hieß es, schließlich sei dort auch nicht Endstation gewesen – eine gleichlautende Durchsage hätte es niemals gegeben. Ich jedenfalls hatte auch keine gehört. Nickelbrille gab später zu, er habe ebenfalls nichts gehört. Jemand anders hätte ihm das mit der Endstation gesagt, wer, wusste er nicht mehr.

Als wir knapp zwei Stunden später allesamt in einen verträumten Regionalzug einstiegen, erregten wir einiges Aufsehen beim Zugbegleiter, und ein Mann aus unserer Gruppe, in den Dreißigern, erklärte ihm die Situation. Oder das, was er und wir alle dafür hielten. Dieser Mann, ich nenne ihn der Einfachheit halber Herrn Erster, ist bis heute so etwas wie unser Anführer; er ließ damals eine Liste herumgehen, in die wir uns alle mit Adressen und Telefonnummern eintrugen für die Sammelbeschwerde gegen die Bahn, die er vorbereiten wollte. Die Beschwerde hat er eingereicht, aber es wurde wie gesagt nichts daraus.

„Wo ist eigentlich der Typ in dem langen Hemd?“, fragte Nickelbrille. Er ließ seine kleinen Augen über die kunstledernen Sitzenreihen des Bummelzugs huschen, während ich meinen Namen in die Liste kritzelte. Ich wusste sofort, wen er meinte.

„Ist abgehauen. Direkt nach dem Halt.“

„Junger Mann“, mischte sich die ältere Dame mit dem Halstuch ein . „Das war kein Typ. Das war eine ausgesprochen hübsche junge Asiatin. Ungewöhnlich groß allerdings.“

Wir hatten alle die Gestalt gesehen, alle etwas aus der Papiertüte genommen, alle zweiundvierzig. Es war ,wenig überraschend, bei jedem etwas anderes gewesen: ein besonderes Bonbon, eine exotische Frucht, etwas Salziges, Scharfes, Saures. Herr Erster hat im Laufe der folgenden Jahre viele Interviews mit jedem Einzelnen von uns geführt, auf unseren Treffen sind wir die Sache immer wieder durchgegangen. Es hat bei jedem etwas anderes bewirkt, nicht auf dem ersten Blick Spektakuläres. Nickelbrille hat das Rauchen aufgegeben. Die Halstuchdame, sie ist vor ein paar Jahren gestorben, hat eine Vorliebe für hochpreisige Bordeauxweine entwickelt. Ich habe aufgehört, Fleisch zu essen. Außerdem habe ich mein Leben in den Griff bekommen, und so gern ich mir das selbst zuschreiben würde und nicht einem Teigbällchen, oder zwei, weiß ich doch, dass seitdem alles besser geworden ist.

Stuart słucha muzyki 1

Ci z Was, którzy czytają Stuarta zauważyli zapewne, że nie tylko jego życie jest związane z muzyką, ale również sama opowieść o nim “żyje” muzyką. Autorka, Joanna Trümner, niemal każdy rozdział książki zaczyna fragmentem piosenki po angielsku i sama ten fragment tłumaczy na polski. Od dawna już miałam ochotę pozbierać te fragmenty, ułożyć z nich antologię, poszukać oryginałów na youtubie i zaprezentować koncert pod tytułem Stuart słucha muzyki. Korzystam więc z okazji, że autorka wyjechała na wakacje, i prawem adminki zajmuję jej środy. Z góry wiem, że nie zdążę przedstawić Wam wszystkiego przed jej powrotem, potem więc zajmę “puste środy” między jednym Stuartem a drugim, bo Joanna pisze tylko co drugi tydzień. A przy okazji (bo nie wiem, czy wiecie) spieszę donieść, że Stuart to taka prawdziwa gazetowa powieść w odcinkach, do której autor tworzy kolejny rozdział najczęściej na pół godziny przed deadlinem.  Tak jak Sienkiewicz pisał Potop.

Pierwszy rozdział opowieści o Stuarcie ukazał się 3 czerwca 2016 roku. Pierwszy odcinek nie miał jeszcze numeracji i nie zaczynał się od poezji śpiewanej przez najlepszych z najlepszych. Numery pojawiają się od drugiego odcinka (do zeszłego tygodnia było ich w sumie 19), muzyczne cytaty od trzeciego.

He deals the cards as a meditation.
And those he plays never suspect

Rozdanie kart to dla niego medytacja,
a ci, z którymi gra, niczego nie podejrzewają

Sting, Shape of my heart (piosenka, która w poniższym wydaniu została odsłuchana na youtubie 9.460.314 razy – 9,5 miliona!)

W Stuarcie 4 piosenka poprzedza podrozdział Rodzina, co mi przypomina, że już wtedy zaczęłam podejrzewać, iż wciągając autorkę do współpracy z blogiem, zdobywam dla nas wszystkich serial bez końca, jak, nie przymierzając, Dynastia czy Matysiakowie. Do 19 odcinka wciąż jest jeszcze tylko Stuart, ale jego przyjaciele i rodzina już się żenią, wychodzą za mąż, mają dzieci, więc niewykluczone, że zaniedługo będą już Stuartowie 🙂

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność

The Rolling Stones, Paint it black

To piosenka z 1966 roku (tu wykonana w 40 lat później), którą pierwszy raz świadomie usłyszałam (i przetańczyłam) na studniówce naszych o rok starszych kolegów, czyli w lutym 1966 roku. Pół wieku temu! Z naszego rocznika z każdej klasy na tę studniówkę “u starszaków” zaproszono po dwie trzy osoby, chyba najlepszych uczniów, ale nie pamiętam. Grali Niebiesko-Czarni, założony w naszej szkole zespół muzyczny. Byli już uznaną grupą, mieli za sobą nawet występy w paryskiej “Olimpii”, a wystąpili u nas, bo byli “nasi”, inaczej nie mielibyśmy szans, żeby u nas zagrali. Ich debiut miał miejsce cztery lata wcześniej, w marcu 1962 roku w legendarnym klubie studenckim „Żak” w Gdańsku. Nie byłam tam oczywiście, w 62 roku chodziłam jeszcze do podstawówki. Zaczęłam bywać w „Żaku” właśnie od tej studniówki w 1966 roku, bo mój chłopak, starszy o tę jedną klasę, był wysoki i wzbudzał posłuch, więc nikt nie kontrolował wchodzącej z nim dziewczyny.

Przebojem studniówki była jednak piosenka Niebiesko-Czarnych, że nie wrócisz, ja wiem…

Stuart 5 zaczyna się od słów piosenki Leonarda Cohena, Lawina / Avalanche

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Reblog: Koty i cmentarze

Myślę, że nawet gdy, jako adminka, postanowiłam, że w tym roku nie obchodzimy na blogu Dnia Kota (17 lutego), to jednak jako miłośniczka kotów i cmentarzy nie mogłam się oprzeć pokusie zreblogowania tego wpisu z Szuflady Małgosi… A że po czasie, cóż temat jest wieczny, dziesięć dni później nic nie znaczy

Małgorzata Płoszaj

Cmentarni strażnicy

Nie wypada, by miłośniczka kotów siedziała cicho w takim dniu, jak dzisiejszy. Nawet profilowe zdjęcie „Szuflady” jest kocie i choć seria z zawstydzoną i obrażoną Mrużką ma już ponad cztery lata, to nadal ją lubię 😉

Jednak to nie własne koty chcę dziś pokazać. Przy okazji cmentarnych podróży zdarza mi się spotykać strażników, którzy pilnują grobów, złowrogo patrząc, gdy ktoś naruszy spokój pogrzebanych. Tak na przykład spojrzał na mnie ten cudny dziki kot na cmentarzu żydowskim w Katowicach.

Jego kolega w tym samym czasie kompletnie mnie ignorował i miał w dupie.

Pewnego roku, przy pracach renowacyjnych na żydowskim cmentarzu w Pszczynie, obserwacje prowadził kot (kotka?), który w momencie, gdy odłożyłam grabie i wzięłam aparat, odwrócił się dystyngowanie i odszedł. Być może uznał, że choć naruszamy mir cmentarny, to jest to w dobrej wierze.

Z kolei na ogromnym kirkucie tarnowskim koty mają swoje własne M-2, a może i M-3 😉 Jest to zrozumiałe, bowiem obszar do kontrolowania jest tam przeogromny.

Jeden z tarnowskich strażników wygląda tak.

Jedyna kotka (chyba w rui), która do mnie podeszła była częstochowianką. Pilnowała grobów masowych no i cmentarza. Obserwowała nas przez wiele minut, w końcu ośmieliła się podejść i uznać naszą obecność na jej terenie.

I na koniec potomkowie Muezzy, czyli ukochanego kota proroka Mahometa, pilnujący grobów w Sarajewie.

Międzynarodowy Dzień Kota dobiega końca, czas więc na sen z mruczącą Mrużką w stopach.  Mrauuuuuu :mrgreen:

Barataria 7 (i tak do końca roku) Karnawałowy Król

Dziś ostatni poniedziałek karnawału, zwany w Niemczech Rosenmontag – Różany poniedziałek, dziś  zaczyna się zabawa, którą zakończy skruszone posypywanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Opowiem Wam więc o karnawałowym królu.

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569) Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
The Yorck Project: 10.000 Meisterwerke der Malerei (domena publiczna)

Ewa Maria Slaska

Karnawałowy król czyli Sancho Pansa w Baratarii

Karnawałowy król, król na rok, na miesiąc, na dziesięć dni, na jedną noc… A król, bo według Jadwigi Żylińskiej, największej polskiej znawczyni matriarchatu, to mężowie władczyń neolitycznych byli pierwszymi ofiarami. Ginęli, gdy spłodzili dziecko i  gdy się ono urodziło. Czyli po roku. Jest takie piękne opowiadanie  Żylińskiej o Ur, Mieście Królewskiej Pszczoły, w którym królowa proponuje mężowi, że go oszczędzi, a zabije się w ofierze karnawałowego króla. On się nie zgadza, będzie ostatnim księciem-małżonkiem, który zginie tańcząc na cześć życia i miłości. Piękne opowiadanie, świetna pisarka, może najlepsza… Nie ja jedna tak uważam, Grażyna Plebanek w Córkach rozbójniczki (wyd. WAB 2010) też się do niej odwołuje (Najchętniej stworzyłabym kult Żylińskiej).

Siła systemów religijnych polega na tym, że zagospodarowują potrzeby duchowe i oferują sferę sacrum, mamiąc decorum. Książki docierają do nas nie dzięki perswazji, ale sztuce. Opowieść Żylińskiej, poetycka, pełna niezwykłego piękna, poruszyła we mnie uczucia, które mogła zagospodarować religia. (…)
Moc kobiety. Świat, którym opiekuje się Wielka Bogini, a z kręgu jej kapłanek wyłania się Królową, która co roku bierze nowego męża, zwycięzcę Wielkich Igrzysk. Spośród jej dzieci wybiera się następczynię (musiała być najlepsza). Świętego Króla (co roku innego) kapłanki składają w ofierze, jego krwią skraplają pola, by rodziły. Odejście króla nie jest końcem, a przejściem do innego świata, powrotem na łono Matki, Wielkiej Bogini. Z czasem zamiast króla zaczęto składać jego zastępcę, potem świętego byka. Walki hiszpańskich torreadorów to echo ostatniego tańca Świętego Króla pod postacią byka.

Jadwiga Żylińska nadaje mitycznym bohaterkom imiona (…). Jedną z królowych nazywa Kuropatwą – to ta, która przeciwstawiła się zwyczajowi zabijania Świętego Króla. Miała przeciw sobie starszyznę kapłanek, które zaczęły opowiadać poddanym, ze zasiewy nie wzeszły, bo zabrakło świeżej krwi Świętego Króla. Kuropatwa w dniu uroczystości kazała przyprowadzić skazańca matkobójcę i to jego złożyła w ofierze zamiast Świętego Króla. W następnym roku zamiast skazańca kazała ofiarować Wielkiej Bogini białego byka. Kuropatwa była artystką, namalowała nowy rytuał na ścianie najstarszej części Miasta-Ula. ,,Stworzyłaś coś nowego, coś, czego nikt przed tobą nie odważył się dostrzec ani namalować” – pochwaliła ją poprzednia Królowa.

Składanie Świętego Króla w ofierze a dzielenie się ciałem Jezusa (…), umieranie i odradzanie się, postać kobieca, choć w wersji wykastrowanej z mocy, czyli zredukowana do roli matki (…) religie pożyczają od siebie (…). Robert Graves pisze w Białej Bogini: „pogańskie święta (…) schrystianizowano, lekko retuszując rytuał”.

Tak się kończy matriarchat. Powoli. Książę małżonek zachowuje życie, najpierw  towarzyszy żonie-władczyni, potem z nią współrządzi, potem… ach przecież wszystkie wiemy, jak będzie potem. Zresztą tu nie o tym, tu o karnawałowym królu, który włada przez jeden dzień, albo przez dziesięć dni a potem zginie lub inaczej zostanie ukarany za to, że był królem.

A jednak mimo że kultura matriarchatu odeszła w niepamięć, karnawałowy król-ofiara pojawia się ciągle, również w czasach współczesnych, np w pięknej książce Toma Robbinsa, Perfumy w rytmie jiteburga, o ludziach szukających idealnych perfum i nieśmiertelności. Książka kończy się w dniu Mardi Gras, czyli w karnawałowy wtorek w Nowym Orleanie (tak jest, w Nowym Orleanie, a tam przecież, w zatoce o tej samej nazwie leży nasza wyspa Barataria).

Jutro zaczyna się post, dziś wciąż jeszcze szaleństwo zabawy, a bohaterowie spotykają się z Panem, ostatnim bogiem żyjącym wśród ludzi. To zresztą drugi karnawał w powieści, pierwszy nie jest jeszcze wcale zabawny. Bohaterem powieści jest żyjący wiecznie, a w każdym razie długowiecznie, germański (a może słowiański) król Alobar, jasnowłosy król jasnowłosego plemienia o niebieskich oczach. Rzecz, przynajmniej na początku, dzieje się w Czechach. In those days the Earth was still flat, and people dreamed often of falling over edges.

Alobar dwukrotnie unika śmierci. Raz, gdy w owych pogańskich Czechach pierwsza żona pomaga mu uciec przed rytualnym mordem na królu, który się zaczyna starzeć. (…) Following a full day of chanting, singing, and frenzied dancing by painted figures in animal suits, the execution took place at twilight. Alobar przeżył, ale oczywiście nie był już królem.

Druga śmierć nadeszła wkrótce potem, kiedy Alobar mieszkał już jako chłop w wiosce chrześcijańskiej.

The traditional winter festival, which among Alobar’s folk as well as many other Europeans was celebrated during the twelve days that separated the end of the lunar year (353 days long) from the end of the longer solar year (365 days), and whose purpose it was to equalize the two different celestial years, had been appropriated by the Christians and transformed into a religious holiday called “Christmas.” As far as Alobar could determine, Christmas was the same winter festival of yore, except that the profound emotionalism annually precipitated by moon/sun influences, the priest here attributed to the natal anniversary of “Christ,” a Semitic man-god whose exact relationship to the One God, Alobar could never quite get straight.

Podczas wioskowych obrzędów Alobar dostał fasolkę w zapiekance, co oznaczało wybór na karnałowego króla.

a huge roar went up in the lodge. “The bean! The bean! The bean! The bean!” they cried, men and women together, and the villagers advanced on him, slapping his back, mussing his hair, hugging him, and squeezing his private parts. A wooden chair, a rickety imitation of a throne, was fetched and placed beneath a rack of antlers recently nailed to the wall. Alobar was led to the throne and made to sit on it, whereupon, amidst a deafening cacophony of whoops and hollers, belly laughs and sniggers, purposeful belches and equally intentional farts, a lopsided crown of mistletoe was laid atop his head. (…) “Viva Fabarum Rex!” he seemed to hear them shout, as if through curtains of snow and cake. “Viva Fabarum Rex! Long live the King of the Bean!”

Takie wybory karnawałowego króla poprzez migdały, fasolki i pieniążki w świątecznym cieście, uprawia się do dziś, że przypomnę chociażby rozdział z Dzieci z Bullerbyn i mojego własnego  greckiego Sylwestra. Oczywiście współczesne wybory karnawałowego króla już dawno nie kończy się krwawo. Ale jeszcze w powieści Shirley Jackson Loteria to losowanie… No cóż, sami przeczytajcie. Za czasów Alobara wyglądało to tak:

According to custom, the King of the Bean had absolute license. For twelve days following his chance selection, he reigned supreme, ordering his fellows about and indulging his passions. He was allowed to wallow in every pleasure, however sinful. No door nor bed was barred to him. At any hour, he might enter another’s house to eat and drink his fill. If he wanted a neighbor’s wife, she was his; likewise any daughter. Obscene behavior, such as urinating on the altar of the church, not only was permitted, it was encouraged. Wherever he went, whatever he did, the Bean King was attended by a rowdy entourage, adjusting his mock crown (so that it always set askew), pulling at his mock robes (so that they revealed his buttocks), plying him with song and cider, cheering him, jeering him, egging him on. (…)

Then the peasants explained to him the rest of the custom. At the end of his twelve-day rule, on the Day of the Epiphany, the usual restraints of law and morality were abruptly restored. Still wearing his crooked crown, the King of the Bean was led to a certain meadow outside the village, where his throat was cut.

Po zakończeniu Saturnaliów fasolowego króla czeka śmierć. Alobarowi uda się uciec, przedtem jednak oceni swoje dotyczczasowe życie, jako bezsensowną konfrontację ze śmiercią z najbłahszych powodów na świecie, raz z powodu siwego włosa, raz przez fasolkę. First a  hair and than a bean!

Gdy minie dziesięć wieków, takim karnawałowym królem zostanie Sancho Pansa jako gubernator Baratarii. Ale to już nie będzie obrząd ku czci bóstw płodności, lecz tylko żart. Taka jest bowiem kolej rzeczy, że sacrum traci moc, staje się legendą, żartem, dziecinną zabawą. Karnawał to tylko zabawa, karnawałowy król rządzi, bo tak sobie dla żartu życzą Książe i Księżna. Oboje przecież przez całą drugą część powieści zabawiają się kosztem głupca rycerza i jego błazeńskiego giermka. Ale dzięki temu nikt też już naszego błazenka nie będzie próbował zabić.

***

Alobar był królem, który na wygnaniu został chłopem, podobnie jak biblijny król Salomon, Sancho Pansa, był chłopem, który został władcą. Karnawałowi władcy muszę przejść i takie rytuały. Ale o tym opowiem za tydzień. Miłej zabawy jutro, czy będzie to wielkopolski podkoziołek czy gdański śledzik, czy wreszcie niemiecki Fasching – dzień przebierańców.

Tajlandia – kraj tysiąca uśmiechów (5)

Zbigniew Milewicz

Okruchy z podróży

taj5Prawdopodobnie najmłodszy motorowerzysta w Tajlandii

O jednym zapomniałem wcześniej napisać, drugie nie pasowało mi do wątku, trzecie było zwykłą ciekawostką, trochę się odłożyło w czasie pichcenia tego reportażu, a że nigdy żadnych resztek ze stołu nie wyrzucam, więc będzie jeszcze jeden krótki tekst z Tajlandii.

Kiedy Tajowie dowiedzieli się, że dni Ramy IX są policzone, skrzyknęli się za pomocą portali społecznościowych i we wtorek gremialnie przywdziali różowe stroje. Kilka lat wcześniej królewscy astrologowie orzekli, że kolor ten będzie pozytywnie wpływał na stan zdrowia popularnego monarchy, on sam nosił go chętnie, więc reakcja ludzi była zrozumiała. Zgodnie z tajską astrologią, opartą w dużej mierze na wpływach hinduskich, z każdym dniem tygodnia związany jest określony kolor: z poniedziałkiem – żółty, wtorkiem – różowy, środą – zielony, czwartkiem – pomarańczowy, piątkiem – niebieski, sobotą – fioletowy, niedzielą – czerwony; wywodzą się one od barw przypisywanych planetom i bóstwom, opiekujących się danym dniem. Astrolog pyta człowieka, w jakim dniu się urodził, ten odpowiada np., że w czwartek i wtedy słyszy, że pomarańczowy jest jego szczęśliwym, urodzinowym kolorem. Monarcha urodził się w poniedziałek, więc kolor żółty był królewski, z flagą monarszą włącznie. Za panowania Ramy IX żółte t-shirty w sklepach kosztowały zatem więcej, niż np. czerwone, podobnie było z owocami na bazarze, cena za żółte arbuzy przewyższała zielone. Dlaczego więc akurat wtorkowy róż miał królowi sprzyjać, tego nie wiem. Kolory w Tajlandii mają swój wymiar polityczny, ruch konserwatystów i rojalistów, zwanych żółtymi koszulami walczy ze zwolennikami odsuniętych od władzy premierów – w 2006r. Thaksina Shinawatry i w 2014r. jego siostry Yingluck Shinawatry, reprezentujących rzesze głównie rolników, spod znaku pro -demokratycznych czerwonych koszul. Czerwień symbolizuje tu ziemię, krew, ale i szczęście.

thaj4-autNa tym koniec, jeżeli chodzi o symbolikę kolorów. Policjantowi w czarnym uniformie, z którym sfotografowałem się przed Walking Street w Pattayi, tak dobrze patrzało z oczu, że nawet przez chwilę się nie zastanawiałem, czy ten kolor ma pozytywną, albo negatywną energię. Najpierw poprosił mnie rutynowo o okazanie komórki, z której robiłem zdjęcia, przejrzał pobieżnie dotychczasowe materiały i nie znalazłszy w nich niczego podejrzanego, niedbale polecił najbliższemu Tajowi, żeby zrobił nam fotkę. Tchnął z tej sceny jakiś znajomy mi, patriarchalny duch PRL-u, naród z władzą, władza z narodem, pod warunkiem, że ten niczego nie knuje… W rozrywkowych miejscach Pattayi policja jest wszędzie, ma swoje posterunki przy większych barach, dyskotekach i nadmorskiej promenadzie, gdzie kwitnie najstarszy zawód świata, ciekawostka – zakazany przez tajlandzkie prawo.

Trzymamy z władzą w Pattayi

Prostytucji nie wolno tutaj jednak uprawiać dopiero od 18 roku życia, więc młodsza młodzież robi to legalnie, a starsze roczniki trudno złapać na gorącym uczynku, bo striptease i petting w lokalach są dozwolone, a co się dzieje później, to oficjalnie wychodzi na jaw tylko w razie ewentualnego okradzenia klienta, albo pobicia czy zabójstwa którejś ze stron. Sama jednak świadomość, że gliny są w pobliżu ma z pewnością istotne, prewencyjne znaczenie.

taj58

Robotnicza sjesta

Widziałem ich w akcji, jak pomagali kolegom z tzw. policji turystycznej, przy zabezpieczaniu wysiadki pasażerów z promu na przystani w Pattayi, pełen profesjonalizm. Była wysoka fala, stateczkiem mocno bujało, wszyscy dzięki ich pomocy wydostali się na ląd szczęśliwie. Tajlandzka policja cieszy się respektem, w Sylwestra zaobserwowałem następujący obrazek: w zatłoczoną do granic możliwości miejską arterię wjeżdża policyjny radiowóz, przez megafon padają dwa krótkie zdania, w chwilę ulica pustoszeje, przejeżdża następny samochód na sygnale, za nim kolejny, po czym ulica znowu się zapełnia. Do dziś się zastanawiam nad tym, gdzie się schowały wtedy tamte wszystkie pojazdy.

taj56

Dar z hostelu trochę mi przypominał Zbyszka Cybulskiego z jego młodych lat…

Nie wiem też do jakiej szuflady włożyć inną zgoła scenę: starszy mężczyzna o europejskim, nobliwym wyglądzie idzie ulicą z tajskim chłopcem za rękę, prowadzi go do lokalu dla transwestytów… lub wieloosobową rodzinę anglojęzycznych turystów na Walking Street: dzieciaki w wieku od przedszkolaka do może trzecioklasisty za bardzo nie mają ochoty obejrzeć pokazu tabledance, ale ojciec przekonuje je, że później pójdą na lody… cóż, może jestem staroświecki.

taj57

Ciekawa reklama u jubilera

Zostały mi też jeszcze różne zdjęcia z tej podróży, częścią chętnie się podzielę. Wojaże kończę w Nowy Rok, odlatując z Bangkoku z powrotem do Europy, znowu via emiraty. A w Monachium celnik obserwuje, jak otwieram walizkę i wyjmuję zimowe rzeczy, żeby się przebrać. Mógłbym powiedzieć mu, że poza paroma podróbami markowych koszul niczego nie przemycam, ale jest tak wcześnie rano, że pewnie nie ma ochoty na rozmowę i tylko patrzy, nawet nie wiadomo, czy służbowo, czy tak sobie z nudów.

W sobotę o marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Darwina i Jacek Matuszczakowie

Było to pierwszego wieczora mojego uczestnictwa w marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy w hotelu robotniczym w Brnie. Poszłam do łazienki. Na drzwiach wisiała tabliczka z kobietą w spódniczce. Weszłam pod prysznic, ciuchy wisiały na wieszaku dość daleko od kabiny, gdy do łazienki ktoś wszedł, po czym z sąsiedniej kabiny prysznicowej dobiegły mnie chrząkania bez wątpienia męskie. Za to z części ogólnej odzywała się na pewno kobieta. Rozmawiali po polsku. Hmmm, pomyślałam. I co teraz? Z jednej strony jestem z Berlina, nic mnie “nie rusza”, tu wszyscy chodzą na golasa, nawet na ulicy teoretycznie wolno… Z drugiej strony wiem, że w Polsce nawet sauny są, jak to określiła moja przyjaciółka, “tekstylne”, i nikt się nikomu w miejscu publicznym na golasa nie pokazuje. A już starsza pani obcym ludziom… Nie uchodzi. No, ale kiedyś trzeba wyjść spod prysznica, nawet jak nie chcesz naruszać niczyich uczuć… Tak się poznaliśmy, Darwina z części centralnej dyrygowała mężem i mną, kto kiedy wychodzi, kto kiedy zamyka oczy… W końcu wszyscy troje byliśmy umyci, wytarci, ubrani i zaprzyjaźnieni lepiej niż na Facebooku.

To Darwina odkryła, że znak “Kobieta-Mężczyzna” na drzwiach łazienki jest dwustronny i daje się obracać. Jak wchodzi kobieta, to obraca znak na kobietę i łazienka jest damska, jak mężczyzna to…

Następnego dnia rano zobaczyłam u Jacka na plecaku muszlę świętego Jakuba. To przesądziło. Ja mojej ze sobą nie wzięłam, ale to nie muszla nas łączy, tych z Drogi Jakubowej, tylko Droga. Tak zaczęła się rozmowa, która mnie zaprowadziła do całkiem innego świata, świata ludzi, którzy maszerują i modlą się o pokój.

Wyglądają najnormalniej w świecie. On szczupły, wysoki, lekko siwiejący, poważny, ona wesoła, uśmiechnięta, przyjazna światu i życiu pulchna blondynka. Oboje w wieku średnim, on 40 lat, ona 37. Mijamy co dzień setki i tysiące takich ludzi, gdyby nie muszla niczego bym się nie dowiedziała.

jawpelerynie1

Idziemy, Jacek z tyłu za mną, w zielonej kurtce, z plecakiem, obok, w czerwonej kurtce i niebieskich spodniach Darwina; dla ciekawskich: ja z przodu z flagą w garści. Obok mnie autor poprzedniego wpisu, Krzysztof Nowak. Nadal jest tak, jak napisał: mgła i śnieg, śnieg i mgła, i tak przez cały dzień. Czasem przed czołem grupy przeleci rudel saren, tak ze sto na raz, czasem skoczy spod nóg siedem-osiem zajęcy (zdjęcie Janusz Ratecki)

Zaczęło się od pielgrzymek do Częstochowy, mówi Jacek. Ale te po jakimś czasie przestały mnie ciekawić. Jasne, z Chrzanowa, gdzie mieszka, jest do Częstochowy niespełna sto kilometrów. Rozumiem. Zaczął więc pielgrzymować do Wilna, a to już jest poważna odległość, ponad 800 kilometrów.
To trasa, która każdego amatora historii przyprawia o przyspieszone bicie serca. Tędy w roku 1520 przyjechała z Litwy do Polski Barbara Radziwiłłówna, piękna i nieszczęśliwa żona Zygmunta Augusta, to tą trasą ciągnął do Wilna jej kondukt żałobny. Ukoronowano ją 7 grudnia 1548 roku, zmarła 8 maja 1549 roku. 25 maja kondukt żałobny z trumną Barbary Radziwiłłówny wyruszył z Krakowa.  (…) Zygmunt August wraz z towarzyszącym mu orszakiem konno podążał za karawanem, przez miasta i wsie szedł pieszo. (…) 22 czerwca kondukt wszedł do Wilna. Po żałobnym nabożeństwie zwłoki Barbary Radziwiłłówny zostały pochowane w krypcie piwniczej Katedry pod kaplicą św. Kazimierza. (https://marszmilosci.wordpress.com/historia/)

Chronologicznie gdzieś pomiędzy Częstochową a Wilnem poznali się z Darwiną na czacie katolickim. Teraz chodzili razem. Pierwsza wspólna pielgrzymka – listopad, deszcz, śnieg, zimno, nikogo dookoła. Zima w Wilnie, -38°C. Trasa jako najlepszy sprawdzian małżeński.  W 2007 roku wzięli ślub.

Chodzili do Wilna, potem poszli do Rzymu trasą franciszkańską i do Santiago de Compostela trasą portugalską. Darwina studiowała, po studiach zaczęła pracę jako katechetka. Jacek, wieczny student, zaczął współpracę z projektem opieki nad więźniami Nowa droga.

Więźniowie wędrują setki kilometrów, by wrócić do normalnego życia, napisała dla Gazety Wyborczej Kornelia Wolf-Głowacka w grudniu 2015. Wiedziała, o czym pisze, bo przeszła część drogi z Bartkiem i jego opiekunem, Jackiem.

W ostatnich dniach pielgrzymki Bartek siadał na ławce i obwiązywał wytatuowaną nogę bandażem. Po kilkuset kilometrach nogi (…) dawały już o sobie znać. Należy im się szczególna atencja, gdyż to one, ich miarowy krok powtarzany przez wiele dni, z których uzbierał się miesiąc, wyprowadziły Bartka z więzienia.

Droga nie jest łatwa. Ale działa. Lepiej niż wszelkie programy resocjalizacyjne.

– Na dziesięć osób opuszczających zakład karny, do więzienia wraca 6-7 osób. Takie są statystyki – podkreśla opiekun wędrujących skazanych, Jacek Matuszczak. – Z 21 więźniów, którzy w Polsce przeszli Drogę do celi, nie wrócił żaden.

We Francji statystyki wskazują 90 proc. byłych więźniów, którzy po “Drodze” nie weszli w konflikt z prawem. Wzmianka o Francji nie jest przypadkowa. To tam Bernard Olivier, dziennikarz, który w krótkim okresie stracił żonę, matkę i pracę, postanowił nie poddać się złym myślom i przystanąć w biegu, choć brzmi to nieco paradoksalnie, jako że pretekstem do rozmyślań była piesza wyprawa do Santiago de Compostella. (…)

– Droga zmienia człowieka – zaznacza Jacek Matuszczak. – Uczy pokory, samozaparcia, wytrwałości. I tego, że świat ma lepszą stronę, czego możemy doświadczyć w kontakcie z napotkanymi ludźmi. W nich możemy ujrzeć dobro – w ich gościnności, otwartości, wyciągniętej dłoni. To ludzie w tej drodze są najważniejsi.

Z żoną i krzyżem Tau na szyi przemierzył tysiące kilometrów – drogą do Rzymu, szlakiem Jakubowym – z Lizbony do Santiago. A potem pielgrzymowali po krajach dotkniętych konfliktem – przez Kubę, Gruzję, z Ugandy do Rwandy. Zawsze w intencji pokoju. Nigdy z planem – gdzie spać, jeść, odpocząć. Mimo to głodu nie cierpią i zawsze znajdują nocleg, albo to nocleg znajduje ich.
(…)
– Nikt nas nie chciał bić z powodu krzyża. Niejeden raz gościli nas muzułmanie. Ludzie napotkani w drodze nie ścinają głów, czynią to opłacani najemnicy, ci, którzy są trybikami w machinie przemysłu zbrojeniowego – twierdzi Jacek. – Media tak dużo mówią o okrutnych muzułmanach, ale nie wspominają o tych normalnych, dobrych ludziach, którzy sami cierpią przez konflikty na tle religijnym. Gruzini wręcz uniemożliwiali podróż przez swą gościnność – zaganiali do domostw, rozpytywali, gościli. W Afryce witano ich szczerym uśmiechem. Gdy wędrowali przez Kubę letnią porą nazywaną z racji temperatur przez tubylców piekłem (50 stopni Celsjusza w dzień – 30 nocą) Kubańczycy z zapałem opowiadali o Popiełuszce, który cieszy się tam większą popularnością, niż w Polsce. Jest dla nich symbolem walki z systemem, walki, która nie wymaga przelewu krwi, ale wiary, wytrwałości, wewnętrznej siły. Przyjmujący pielgrzymów wiele ryzykowali – w kraju Fidela Castro nadal osadza się w więzieniu za zwykłą gościnność.

(…)

Jacek kocha drogę. To jedna z najważniejszych cech, jakich się wymaga od potencjalnych opiekunów. Kandydaci na “przewodników” przechodzą testy psychologiczne oraz specjalne szkolenie obejmujące zagadnienia związane z pedagogiką penitencjarną, komunikacją społeczną i metodycznymi aspektami pracy z młodocianymi przestępcami. Opiekunowie zachęcani są również do poszerzania wiedzy z zakresu prawa, turystyki, psychologii.

Przed wyprawą odpowiednie przygotowanie przechodzą również skazani. Miesięczna wędrówka to tylko jeden z czterech elementów dwuletniego programu. Przez pierwszych pięć miesięcy wytypowani (w wieku 18-26 lat) osadzeni pracują z psychologiem, wychowawcą i doradcą zawodowym. Po miesięcznej wędrówce uczestnik projektu przechodzi badanie umiejętności i odbywa kurs przygotowujący go do pracy u przedsiębiorcy, który współuczestniczy w projekcie. Po 5-miesięcznej praktyce zawodowej były więzień podejmuje pracę – gwarantowaną przez rok w ramach zatrudnienia wspieranego, współfinansowanego przez urząd pracy. Przez półtora roku może też korzystać z pomocy fundacji Postis – prawnej, a nawet finansowej. Bartek niewiele mówił o planach na przyszłość poza zakładem. Miał nadzieję wrócić do przedsiębiorstwa, gdzie był zatrudniony przed osadzeniem, ale stało się inaczej, zaczął pracę przy produkcji pieczarek.

(…)

Od 2015 r. Nowa Droga ma charakter ogólnopolski. W wyprawach uczestniczyli też byli więźniowie z Okręgowych Inspektoratów Służby Więziennej z Rzeszowa i Olsztyna (m.in,. ZK Uherce, Jasło. AŚ Olsztyn). Jak twierdzi prezes Stowarzyszenia POSTIS, Barbara Bojko-Kulpa, w przyszłym roku organizacja planuje rozszerzenie projektu na inne województwa, jak również na zakłady karne, gdzie osadzone są kobiety. Inspektoraty w całej Polsce, w tym w Okręgowy Inspektorat we Wrocławiu zostały powiadomione o projekcie.

Ale są jeszcze samodzielne wspólne wędrówki. I te dopiero wprawiają w podziw i zdumienie. Oboje twierdzą, że przeszli pewnie w tych pielgrzymkach po 20 tysięcy kilometrów na osobę. Te wędrówki to nie zabawa. Pokonują w nich średnio 30, a bywa, że nawet 50 kilometrów dziennie.  To wędrówki w intencji pokoju. Darwina i Jacek informują o nich na blogu Nasze wędrowanie.

W roku 2010 poszli do Rzymu, by, jak napisali, stanąć u grobu Jana Pawła II. 1500 km w 53 dni.

W roku 2011 połączyli Camino de Santiago z uczestnictwem w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie. W ogóle to przeszli już wiele części Camino, z Wilna do Gdańska, w Czechach, w Austrii. W średniowieczu Camino jak wielka sieć łączyło całą Europę.

W roku 2013 byli na Kubie, szli po śladach blogosławionego (jeszcze wtedy) Jana Pawła II.

W 2014 roku przeszli 1000 kilometrów przez Gruzję wzdłuż granicy z Turcją i Abchazją. Ich patronką była św. Nino, apostołka i patronka Gruzji, święta Kościoła katolickiego, ormiańskiego i prawosławnego.

W roku 2015 pielgrzymowali z Ugandy do Ruandy, tzw. Drogą Męczenników Ugandyjskich. Szli, jak sami napisali, przez drogi i bezdroża Afryki modląc się o pokój i pojednanie w Rwandzie, Afryce i na całym świecie. 900 kilometrów. W Afryce czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mówią, ludzie są życzliwi. W Polsce jest podczas samotnej wędrówki dużo gorzej.

W roku 2017 dołączyli w Brnie do Marszu dla Aleppo.

Pytam jeszcze o filozofię tych wędrówek, która jest, wiem to, ich filozofią życiową.

Pokój, odpowiadają.
Miłosierdzie przed sprawiedliwością.
Etyka przed techniką.
Człowiek przed rzeczą.
Być przed mieć.