Barataria 106 Monsignor Quixote

Lech Milewski

Monsignor Quixote

Monsignor Quixote, książka bardzo miłego mi autora – Grahama Greene’a.

Łatwo się domyślić, że jest to uwspółcześnione naśladownictwo dzieła hiszpańskiego mistrza, zacznę więc od szukania podobieństw.

Miguel Cervantes po burzliwej karierze wojskowej, wspomnę tylko bitwę pod Lepanto, prowadził stateczne życie. Przez jakiś czas robił zakupy dla hiszpańskiej marynarki wojennej i to doprowadziło do jego uwięzienia, gdy bank, w którym zdeponował rządowe pieniądze, zbankrutował.

Graham Greene po licznych wojażach zagranicznych (Sierra Leone, Meksyk, Haiti, Kuba, Wietnam), osiadł w Anglii, gdzie padł ofiarą oszustw swojego agenta finansowego. Kłopoty były na tyle poważne, że władze angielskie, aby uniknąć rozgłosu, zasugerowały pisarzowi, żeby opuścił Anglię na dłuższy okres czasu, aż sprawa się przedawni. Greene posłuchał rady i w 1966 roku przeniósł się na Lazurowe Wybrzeże, do Antibes.

Tu jednak też nie zaznał spokoju. W 1982 roku opublikował paszkwil J’Accuse – dark side of Nice, w którym oskarżył lokalne władze o korupcję. Pożyczony od Emila Zoli tytuł paszkwilu zapewnił mu rozgłos, ale “ciemna strona Nocy” wygrała pierwszą bitwę. Graham Greene został oskarżony o zniesławienie i sprawę przegrał.
W rezultacie musiał znowu salwować się ucieczką, tym razem do Szwajcarii, do Vevey, miasta w którym ostatnie lata życia spędzili również Henryk Sienkiewicz i Charlie Chaplin.
Na marginesie wspomnę, że trzy lata po śmierci pisarza oskarżenia władz Nicei o korupcję potwierdziły się i burmistrz powędrował do więzienia.

Podczas pobytu w Antibes Graham Greene zaprzyjaźnił się z hiszpańskim księdzem, ojcem Leopoldo Durán, i wspólnie odbyli kilka długich podróży po Hiszpanii i Portugalii.
Lata 1976-80, zmarł generał Franco, zmiany polityczne w Hiszpanii, właściwe tło dla wędrówek błędnego rycerza.

Bohaterem powieści jest Father Quixote, skromny proboszcz skromnej parafii w miasteczku El Toboso.
Quixote, tak właśnie się nazywa, proszę nie dociekać pokrewieństwa z legendarną postacią.

El Toboso!

El Toboso Monumento a D. Quijote y Dulcinea.jpg
Źródło: wikipedia – Link

Oczywiście – miejsce zamieszkania Dulcynei.
Bohater książki Grahama Greene’a nie ma jednak złudzeń, najbliższą mu osobą w El Toboso jest jego gospodyni – Teresa – do której żywi on bezgraniczne zaufanie, a ona odpłaca mu matczyną opieką i wyrozumiałością.

Pozwolicie Państwo, że opowiem w skrócie o przygodach księdza.

Pewnego dnia, gdy ojciec Quixote zmierzał do domu na skromny obiad dla jednej osoby, zauważył nagle na ulicy elegancki samochód marki mercedes, w którym siedział wyraźnie zdenerwowany biskup.
Okazało się, że to wysłannik z Rzymu i że popsuł mu się samochód. Pora południowej sjesty, warsztat samochodowy zamknięty. Ojciec Quixote proponuje biskupowi odpoczynek w swoim domu, podwiezie go swoim malutkim, bardzo wysłużonym autem, któremu nadał nazwę Rosynant.
W domu Teresa wpada w panikę – biskup, w porze obiadu, przecież ona ma mięso tylko na jeden stek. Ojciec Quixote uspakaja ją, stek dla biskupa, on zadowoli się serem.
– Stek z koniny dla biskupa?
Z koniny? O tym ojciec Quixote nie wiedział przez ostatnie 30 lat.
Teresa bierze się za smażenie, a ojciec Quixote próbuje zmącić zmysł smaku biskupa, serwując mu spore ilości miejscowego wina – manchegan.
Manchegan – oczywiście – znaczy z winiarni w prowicji La Mancha.
Wino bardzo biskupowi smakuje.
A stek?
W życiu nie jadł tak aromatycznego i soczystego steku. A jadał przy nie byle jakich stołach.

Biskup zasypia, a ojciec Quixote sprawdza jego samochód. Przyczyna przymusowego postoju jest prosta – brak paliwa. Proboszcz uzupełnia paliwo i, żeby nie zawstydzić biskupa, brudzi trochę karoserię samochodu i swoje dłonie samochodowym smarem.

Koniec sjesty, biskup budzi się w doskonałym nastroju, który polepsza jeszcze wiadomość, że samochód został naprawiony. Biskup odjeżdża pełen najwyższego uznania dla kwalifikacji proboszcza El Toboso.

Mija kilka tygodni i ojciec Quixote otrzymuje oficjalny list od swojego biskupa – Ojciec Święty, z pominięciem drogi służbowej, przyznał ojcu Quixote tytuł Monsignor.
Biskup, który nigdy nie darzył skromnego proboszcza sympatią ani zaufaniem, jest zbulwersowany i sugeruje, że Monsignor, to zbyt wysokie stanowisko jak na potrzeby lokalnej parafii.

Za kilka dni do parafii przybywa nowy proboszcz, młody i nowoczesny ojciec Herrera. Teresa nie ukrywa swojej wściekłości. Monsignor Quixote czuje się jak piąte koło u wozu. Biskup sugeruje, żeby poszukał sobie pozycji w innej diecezji.

Na szczęście znajduje towarzysza niedoli, Zancas, komunistyczny burmistrz El Toboso, właśnie przegrał wybory i chętnie opuści na jakiś czas niewdzięczne miasto.
Ojciec Quixote i Zancas, mimo sprzecznych poglądów, przyjaźnili się od dawna. Przyjaźń była na tyle bliska, że ojciec Quixote nazywał swego przyjaciela Sancho. Wsiadają więc do Rosynanta dobrze zaopatrzonego w manchegan i ruszają w drogę.

Dokąd jechać? Rzym i Moskwa za daleko. Sancho częstuje księdza polską wódką, zwracając uwagę, że to produkt kraju katolickiego, i decydują, że pojadą do Madrytu, tutaj nowomianowany Monsignor nabędzie fioletowe skarpetki i pecherę.

Stop!
Podstawową edukację odbierałem w szkole prowadzonej przez zakonnice. Służyłem do mszy jako ministrant i znam słowa łacińskiej liturgii dużo lepiej niż którykolwiek z księży w mojej australijskiej parafii, ale Monsignor i pechera – cóż te terminy znaczą?
Google nie było zbyt pomocne, ale w końcu trafiłem: Monsignor to po polsku prałat, patrz TUTAJ.

Prałat! Oj niedobrze, nawet we wspomnianej wyżej katolickiej szkole śpiewaliśmy na lekcjach pieśń – Gdy naród do boju, a tam – o, cześć wam książęta, hrabiowie, prałaci, za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany – KLIK.

Po odzyskaniu przez Polskę niezależności pojawił się i w Polsce prałat – Jankowski – wątpliwości pozostały.

Pechera

Pechera. Właściwie wystarczyło poszukać w google zdjęć prałata Jankowskiego, a dostarczyło ono całej gamy fantazyjnych strojów, jednak znalazłem ilustrację bardziej stosowną dla skromnego księdza w Hiszpanii.

Następny postój po Madrycie to Salamanka. Po drodze jednak, na prośbę Sancho, odwiedzają grobowiec generała Franco w Valle de los Caídos – KLIK.

Chwilę potem zatrzymuje ich patrol Guardia Civil. Kontrola przebiega łagodnie, ale nie rozwiewa podejrzeń agencji bezpieczeństwa. W tym momencie Sancho jedyny raz odwołuje się do dzieła Cervantesa – to było spotkanie z wiatrakami – komentuje.
Na marginesie wspomnę, że w roku 1981, czyli w okresie powstawania powieści, Guardia Civil usiłowała przeprowadzić w Hiszpanii zamach stanu – więcej TUTAJ.

Salamanka – tutaj znajduje się najstarszy w Hiszpanii uniwersytet, na którym komunista Sancho studiował przez pewien czas teologię, rodziców Monsignor Quixote nie było na to stać.

Sancho załatwia nocleg w hotelu w bocznej uliczce. Monsignor Quixote jest oczarowany – co za sympatyczna recepcjonistka, a ile uroczego żeńskiego personelu. Na każdym piętrze stolik ze zmianami bielizny pościelowej – co za dbałość o higienę. W pokoju kolejna niespodzianka, na stoliku, na tacy, liczne małe koperty. Monsignor otwiera jedną a w niej – balonik. Cóż za poczucie humoru – gospodarze hotelu najwyraźniej wiedzą, że w każdym mężczyźnie drzemie mały chłopiec gotów do beztroskiej zabawy, choćby do dmuchania baloników.
Sancho tylko kręci bezradnie głową i odsyła Monsignora do jego pokoju z zaleceniem, aby nie zwracać uwagi na ewentualne hałasy i nie otwierać nikomu drzwi.

Następny postój – Valladolid. Monsignor Quixote zauważa plakat filmu o obiecującym tytule – Modlitwa Dziewicy. Akcja filmu nieco rozczarowuje. Głównym bohaterem jest młody mężczyzna, który napotyka wiele pięknych dziewczyn. W tym momencie następuje wiele nudnych powtórzeń – kolejna młoda para ląduje w łóżku, a kamera traci ostrość, nie wiadomo które nogi do kogo należą, nie ma żadnego dialogu – tylko jęki i stękanie.
– Zrozumiałeś coś z tego Sancho?
– Tu nie było wiele do rozumienia, oni uprawiali miłość.
– Ach, więc to tak wygląda. Myślałem, że to znacznie prostsze i bardziej przyjemne.

Kolejny etap prowadzi do Leon. Sancho zauważa zwiększoną aktywność wiatraków, znaczy Guardia Civil, więc korzystają z bocznych dróg i nocują pod mostami. Jednak Guardia Civil znajduje ich i tutaj, i ostrzega przez zbiegłym bandytą, który postrzelił człowieka podczas napadu na bank. Okazuje się, że Monsignor Quixote udzielił bandycie schronienia w bagażniku Rosynanta, bandyta odwdzięcza się, zabierając mu buty.

Kolejny nocleg pod gwiazdami. Sancho budzi się rano i stwierdza, że jego towarzysz zniknął.
Z kolei Monsignor Quixote budzi się leżąc na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu. Po pewnym czasie orientuje się, że dojechali do El Toboso, gdzie lekarz w towarzystwie proboszcza Herero zanoszą go do jego własnego łóżka.
Okazuje się, że Guardia Civil zarejestrowała wszystkie czyny Monsignora, szczegółowy raport jest skandaliczny, jedyne rozwiązanie to usunąć kłopotliwego kapłana w jakieś ustronne miejsce.

Jednak Monsignor Quixote uprzedza ten ruch. Z pomocą Sancho i Teresy wydostaje się ze swojego pokoju i wraz z Sancho wsiadają do Rosynanta. Ich cel to klasztor trapistów w Orense.

Śmierć Monsignor Quixote.
Po burzliwej podróży i starciu z Guardia Civil Rosynant rozbija się o bramy klasztoru, gdzie miejscowy przeor udziela zbiegom azylu.
Monsignor Quixote jest w stanie szoku. Jego ostatnia czynność to odprawienie mszy.
Dziwna to msza – Monsignor pełni rolę księdza i ministranta jednocześnie, błogosławi nieistniejącą hostię i wino.
Nadchodzi komunia – Monsignor Quixote podchodzi do swego przyjaciela Sancho i mówi – uklęknij towarzyszu.
Zdezorientowany komunista klęka i otwiera usta, czuje na języku palce swojego przyjaciela.
To już ostatnia czynność Monsignora, pada nieprzytomny.
– To ja Sancho – mówi były burmistrz – jestem przy tobie… towarzyszu.
Sprawdza puls, ale już go nie znajduje.

– Ta msza, ta komunia, to przecież fikcja? – pyta Sancho przeora.
– Stosując logikę Kartezjusza, ta komunia miała taką same znaczenie jak każda inna – odpowiada zakonnik.

Śmierć Grahama Greene’a – pokój w prywatnym szpitalu, pacjent w stanie śpiączki, hiszpański ksiądz udziela mu ostatnich sakramentów.
Graham Greene nie miał jednak wątpliwości, krótko przed śmiercią stwierdził, że nie umrze w stanie łaski – więcej TUTAJ.

Wydaje mi się, że ta deklaracja śmierci w niełasce to jakiś pojednawczy gest Grahama Greene’a w stosunku do żony, dla której przyjął katolicyzm, i którą, po 20 latach małżeństwa, porzucił.

Czytała zapewne Sedno sprawy. Bohater książki przedawkowuje środki nasenne. Gdy sprawa wychodzi na jaw, żona upewnia się, że samobójstwo oznacza bezwarunkowe potępienie, a zatem nie musi już modlić się w intencji męża, gdyż nic to nie pomoże.

P.S. Sporo miejsca poświęciłem wyjaśnianiu słów Monsignor i pechera, pozwolę sobie więc na jeszcze jedną dygresję.
Okazuje się że tytuł polskiego tłumaczenia tej ksiązki to Monsignore Kichote.
Przepraszam bardzo, ale to po jakiemu?
Monsignore, po włosku, Kichote… chyba po niemiecku.

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 2

Tęcza / Regenbogen

Taniec / Der Tanz

Pod opieką świętych / Unter dem Schutz der Heiligen

Co robić w wypadku trzęsienia ziemi i pożaru? Pierwsza ikonka w obu instrukcjach oznacza: Zachować spokój!
Was tun beim Erdbeben und Feuer? Erste antwort: Bleib ruhig!

Business as usual



Kleine Wege, kleine Häuser und Reste eines Erdbebens / Małe domki, małe drogi i resztki trzęsienia ziemi

Und eine Kirche mit den Erdbebenspuren / I kościół po trzęsieniu ziemi

Dziewczynka na kuli

Teresa Rudolf

Przebudzenie

Wysoko, od lat,
odważnie na linie,
tańczyła w cyrku
dziewczyna z obrazu Picassa
(ta sama, stojąca na kuli).

Tańczyła do muzyki
z szumu wiatru,
gwizdu ptaków
i wszystkiego, co było
na świecie w nutach zapisane…

A było w tym cyrku
tylko jedno miejsce,
dla jedynego gościa.
dla Niego,
gdyż był całym światem.

A ona tańczyła
jak mogła najpiękniej na świecie,
tylko dla Niego,
dniami, nocami, latami.
a on mówił “dziękuję”.

Gdy któregoś dnia
wyszła znów na linę
przestały śpiewac ptaki,
wiatr rozhulał się szalony,
a muzyka zamknęła się w ciszy.

I przebudziła się, spojrzawszy w dół,
zobaczyła Go,
gdy patrzył przed siebie,
nie patrząc na nią,
na nią samobójczynię.

Stanęła znów na kuli
wchodząc w obraz nieruchomo
z wzrokiem wbitym w dal,
a on powiedział
jak zwykle “dziekuję”.

A ona liczyła…

A ona liczyła przed snem barany:
raz, wyskoczył piękny, bielutki,
dwa, ten był ciut mniejszy,
trzy, jakiś taki łaciaty,

cztery, pięć, wyskoczyły dwa klony,
białe głowy, czarna reszta, małe,
sześć, siedem, osiem, czarne,
dziewięć, ach to ten pierwszy,

dziesięć, to chyba nie baran,
raczej owca, coś mi się miesza,
liczę od początku, raz, dwa  trzy,
cztery pìęć, sześć, całe stado,

siedem, osiem, dziewięć, cudnie,
robi mi się błogo, super, super,
dziesięć, co to, nagle wpada pies,
jeden pies, drugi, trzeci, czwarty…

Urodziny Baśki R.

Czas, patrzy,
patrzy na nas z góry,
kręci swoją tarczą
ciągle w jedną stronę,

a my siedząc na niej
dziergamy wzorki,
jak ktoś chce i jak umie,
dziergamy,

każdy z nas,

swój własny i niepowtarzalny
“pulowerek życia”…
czasem szary,
a czasem kolorowy,

na jaką włóczkę
popadnie.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Der geniale Pole

Der Übertitel stammt von mir. Ich denke mir, er war einfach genial.
Eure Administratorin

Polnisches Institut Berlin

ausstellung
21 . 02 . | 19 . 00

VERNISSAGE: WITKACY. EIN GENIALER PSYCHOHOLIKER

AUSSTELLUNG: 21.02 – 29.03.2019
VERNISSAGE: 21.02.2019 | 19:00

In den Achtzigerjahren des 19. Jahrhunderts schießen in Polen die Genies wie Pilze aus dem Boden. 1882 wird Karol Szymanowski geboren, zwei Jahre später der Maler Leon Chwistek und der Anthropologe Bronisław Malinowski. 1885 schließlich kommt Stanisław Ignacy Witkiewicz, kurz „Witkacy“ genannt, zur Welt.

Witkacy war zweifellos ein kreatives Universalgenie, ebenso wie Władysław Strzemiński und Leon Chwistek oder nach dem Zweiten Weltkrieg Tadeusz Kantor. Er war Maler, Fotograf, Schriftsteller, Philosoph und Performer. Auch das Leben selbst war für ihn künstlerisches Material.Witkacy quälte sich und andere – vor allem die Frauen, von denen er zeit seines Lebens abhängig war. Die künstlerische Vielfalt in Witkacys Schaffen resultierte aus der Unmöglichkeit, in einer einzigen Form alle Aspekte seiner Persönlichkeit artikulieren und zur Ruhe kommen zu können.

Witkacy war ein kompromissloser Provokateur und ein ostentativer Egoist. Er hasste beschönigende Masken und riss sich selbst die ab, die niemand sah. 1939 wurde Witkacy ein Opfer der Geschichte: Als nach der Wehrmacht auch die Rote Armee in Polen einmarschierte, nahm er sich am 18. September das Leben.

Kuratorinen: Maria Anna Potocka und Delfina Jałowik (Museum für zeitgenössische Kunst MOCAK in Kraków)

Veranstalter und Partner: Polnisches Institut Berlin, Polnisches Institut Düsseldorf, Tatra-Museum Zakopane und Museum für zeitgenössische Kunst MOCAK in Kraków

Eintritt: frei


Witkacy: Gefährlicher Bandit (ca. 1930) © Tatra-Museum Zakopane

Ort: Galerie des Polnischen Instituts,
Burgstr. 27, 10178 Berlin

Lykke til

Sylwester Gołąb

Kopiąc własny grób dosyć dobrze można zaaranżować sobie dom, ustroić bożonarodzeniowe drzewko, kupić okazyjnie dobry samochód, podjąć jakąś ostateczną decyzję samodelegalizującą sens bytności w obrębie rodzinnej ulicówki. W którymś momencie można zdecydować się na rozszerzone samobójstwo prowincjonalne, na przykład nie wpuszczając księdza, sprowadzając do wsi ekologów, zgłaszając sprawy do towarzystwa opieki nad zwierzętami albo po prostu roznosząc plotkę, że się jest jehowym gejem lub buddystą. Można również zwyczajnie, bez zbędnego upiększania życiorysu, wynieść się ze wsi takiej picipici – zawsze bladej o świcie, zawsze skołowanej historycznie, na taką trochę większą, także pici pici – tyle że z przystankiem-wiatrołapem, sklepem zamykającym alfabet w trzech pierwszych literach. Można się wynieść na taki wypizdów z chodnikiem, z domem kultury i nowo wybudowaną ubojnią, i zatrudnić się w niej ze względu na gabaryty.
Potem niczym się nie martwić. Tak jak niczym nie będą martwić się okoliczni mieszkańcy,
dokarmiający las, jak zranione zwierzę, gospodarczymi odpadami, rozglądający się podejrzliwie po obejściach, chlewach, stodołach za złem, co budzi się na kacu i o świcie podstawia nogi, zakłada paski na szyję albo czyha na ziemię ojców.
Ale jest ranek i jeszcze jakby za sprawą zawiesiny, jeszcze cokolwiek nowego może się odsłonić. Może trochę lepszego, mniej wulgarnego, lepiej ułożonego. A więc wstajesz, myjesz twarz, dajesz soczystego buziaka dziewczynie z Redtuba, potem ciągniesz za sobą swe sarmackie cielsko ze znaczącą nadwagą i ustawiasz je przed lustrem. I osiągasz kolejną stację męki Pańskiej, która została ci rozłożona w czasie od wschodu do zachodu, i na którą zapewne zasłużyłeś, wynosząc własne człowieczeństwo ponad miarę. Ponad to, co rodzi się i pełznie w ciemności, i szczęście w tym pełznięciu osiąga.
A tobie już o 7:30 ciąży historia Polski i pismo z urzędu skarbowego jak meteoryt, jakby nie z tego świata i trudny do udźwignięcia.
Osiągając szczyt niezadowolenia, dosyć dobrze można jeszcze funkcjonować. Bierze się wtedy pod uwagę i zakłada nieczęste, lecz systematyczne występy fajterskie, żucie źdźbła,
kiepowanie do piwa rozbawionym i zarabiającym nieco więcej kolegom.
A wszystko to po ciężkim tygodniu pracy w firmie, w której przerabiasz istoty na żarcie, sumienie na powietrze, piękno na nawóz, by później jeszcze wrócić do domu, wypić cztery piwa i wyjechać w pole, i uprawiać ziemię, i ujarzmiać ją, jako w Biblii Pana na 23 stronie stoi.
Zmęczony jesteś, ale trzeba przyznać i nikt ci tego odmówić nie może, że wyrozumiały.
Na przykład, jeżeli dawniej któryś z twoich kolegów dostawał prztyczka w Dobrzycy, tydzień później jechałeś, z całym zakładem, bronić demokracji w tejże miejscowości i wszystko wracało na właściwe tory, i dzień wstawał po staremu, a ty przeżywałeś poczucie euforii i zapowiadał się całkiem dobry tydzień.
Nawet zdarzało się, że pomyślałeś, że nie trzeba nigdzie wyjeżdżać, tylko zobojętnieć. Powtarzałeś sobie, że do tej pracy można przywyknąć, zaakceptować, może nawet polubić. Ale pomimo starannych tłumaczeń wewnętrznego radosnego monologu, martwił cię banał
prowincjonalizmu, kipiący gar tetrowych pieluch, sznurki trzepoczącego prania, które nigdzie i nigdy nie odlecą. Często zastanawiałeś się, jak daleko można odejść? W co uwierzyć? Ile zwierząt przerobić na konserwy, a które podziwiać w kicaniu, w locie, w łaszeniu się? Jakie wojny stoczyć?
Jak daleko wybiec w stronę świata ludzkim jojem i jaką czkawką odbiją się wszystkie potyczki z wiszącymi półtuszami, z zmarzliną na polach, z zepsutym siewnikiem?
I kto wreszcie będzie tu zwycięzcą? A kto tylko tłem, aportującą foką z upadającego cyrku?
Ale póki co musiałeś tu żyć. A do życia potrzebny był stosunek, który nie nastręcza niepotrzebnych wniosków.
Na wkurwie dosyć dobrze można urządzić sobie życie albo zyskać nowe blizny. Wiedziałeś o tym od chwili, gdy do rzeźni zaczęli zwozić więcej żywca, a ty nadal dostawałeś niewielkie
pieniądze, jedząc zupy szczawiowe z obrzydzenia do mięsa.
O 5:30 któregoś tam roku bezpańskiego, dłużącego się jak stary jamnik Paciorkowskiej,
stałeś na odprawie bagażowej, czując obrzydzenie do wszelkich stworzeń ziemskich, maszyn latających, obsługi lotniska, tablic wyświetlających odloty i przyloty, do kraju, z którego właśnie się zrywałeś, jak kukiełka ze sznurka aktora pedofila.
I czułeś obrzydzenie do kraju docelowego, jako takiego, który będzie cię pouczał, klasyfikował i da się poznać w ułamku sekundy.
Szczelnie zapakowany, zweryfikowany, pouczony na wypadek nieprzewidzianych
okoliczności, zostawiłeś za sobą rolę, za którą tęsknić nie można.
A po dwóch godzinach opadłeś na obcym lotnisku, wiedząc jedynie, z którego kierunku przyleciałeś i w którym kierunku podąża tłum wylewający się na płytę. Tłum żujący nerwowo własny język, przemieszczający się jak wspólny organizm, tłum domagający się grubszej gotówki, żeby przyjemność była większa i poczucie spokoju, i ułuda pełniejsza. Ty natomiast przeczuwałeś, że tam, że już za chwilę w nowym kraju zgaśnie w języku ojców i zapomni czułe kołysanki, wyrzuci z siebie przeszłość i przybierze nową, wyprostowaną pozycję w cyklu ewolucyjnym miesięcznych wynagrodzeń. Więc bez zwłoki wybrałeś człowieka, co przez lata wisiał w ojczyźnie na krzyżu egzystencji, a teraz do kraju lata
tylko po wódę i rzuciłeś w niego pytaniem, jak kiepskim żartem z wojska.
Przepraszam cię. Gdzie mam iść, by przeżyć, by zarobić? By mieć?
Człowiek, którego pytałeś zaczepnie o pracę, nie poczuł nawet pewnej niestosowności sytuacji, którą ty pytając, czułeś dogłębnie i jak z PKMu odpowiedział, jakby odpowiedź miał przygotowaną dla ciebie od dawna, a którą skrzętnie skrywał na okoliczność pojawienia się twojej osoby w tym miejscu.
Do Jędrusia Pyrka idź. Na Hillevågsvegen 8. Podobno potrzebuje ludzi do pracy.
Tak się składało, że Andrzej Pyrek od ośmiu lat prowadził polski sklep niedaleko
centrum, ciasno wciśnięty między lokale i sklepy przybyszów z Bliskiego Wschodu, z Azji, z Ameryki Południowej. W najbrzydszej, najciemniejszej, poprzemysłowej części miasta.
Mały skrawek polskości w konserwach, w kiszonkach, w podsuszanej krakowskiej.
Opuściłeś port lotniczy, zaciągnąłeś się morskim powietrzem, zgasiłeś dopiero co
zapalonego papierosa i wsiadłeś do pierwszego lepszego autobusu, na tablicy którego wyświetlił się napis sentrum.
I porównałeś miejsce, z którego przybyłeś, do zwykłych braków w uzębieniu, tanich
plomb bezrobotnych, zdezelowanych żon pijących portierów, prawie wszystkich jednoczących się w brakach lub posiadających spersonalizowanie upokarzające nic.
Po kilkunastu minutach wysiadłeś z autobusu, bo wszyscy wysiadali, rozpełzając się jak
mrówki w wiadomym sobie tylko celu, do wiadomego sobie tylko kopczyka, w którym z pewnością się zrealizują, by na końcu odwalić kitę.
Intuicyjnie obrałeś kierunek w stronę sterczącego kikutu fabrycznego komina, wznoszącego się ponad dzielnicą nomadów, podróżników, dilerów. Na Hillevågsvegen 8 biało-czerwony szyld poinformował cię o kresie tułaczki.
Biały orzeł z dumnie skręconym karkiem zaprosił cię do środka, gdzie za ladą Jędrek Pyrek w stroju krakowskim kłócił się z dwoma Azjatami, co to mu piękną, szarą elewację sklepu osprayowali w ramach Europejskiego Festiwalu Streetartu. I teraz zamiast sentymentalnej, ojczyźnianej szarości, w wielkim członku, przerobionym na rakietę kosmiczną, Jurij Gagarin po raz drugi opuszcza planetę Ziemię, a od frontu nienaruszony biało-czerwony
szyld i orzeł poważnie wkurwiony na tę całą międzykontynentalną okolicę.
Okazało się, że Andrzej potrzebował silnego w kręgosłupie do rozładunku towaru, czasami też do wyjazdu po towar do kraju. Oczekiwania, jak przypuszczałeś, miał jasno sprecyzowane.
Po pierwsze: silny, ponieważ trzeba będzie wylewać siódme poty.
Po drugie: myślący po polsku dla dobrego samopoczucia i atmosfery w firmie, a po trzecie, i tego nie przypuszczałeś, potrzebował kogoś z mocnym głosem i ze swojską fizis, którą mógłby wykorzystać do krzewienia polskiej kultury ludowej na obczyźnie. Tak Matka z nieba sprawiła, że Jędrek Pyrek, oprócz sklepu polskiego, prowadził w dzielnicy mały zespół polonijny, złożony z błyszczących, lecz chimerycznych gwiazd, często niepojawiających się na próbach lub pojawiających się w stanie wskazującym na znaczne spożycie.
Zgodziłeś się i Jędrek się zgodził.
Widząc, że Polak z ciebie taki, że hoho. Taki, który właśnie zgodzić się musi na niemalże wszystko, a jak wiadomo, z takimi najlepiej robić interesy i mieć ich po swojej stronie. Z uśmiechem wręczył ci klucze, jak pierścionek zaręczynowy, do jednego z trzech swoich mieszkań, które wynajmował świeżo przybyłym, a które zakupił w czasie hossy od Turków. Skromne mieszkanie z dobrą energią życiową, takie, które widziało wiele radości, w którym nikt nie odebrał sobie życia i z pewnością nawet go nie skomplikował. Słoneczne, z oknami wychodzącymi na zaplecze tajskiej restauracji, przytulne gniazdo z rozpalonym do wrzenia
poddaszem w dniach manifestacji słońca. Wchodząc do budynku, ucieszyłeś się nawet, dostrzegając na skrzynce pocztowej jakże swojsko brzmiące nazwisko Kamiński, a na drugiej Fadi Ahmed i tak dalej. A więc miałeś sąsiadów, a z jednym z nich być może nawet wódki się napijesz.
Na krzywy ryj dosyć dobrze można się zaaklimatyzować, przyznać się przed sobą, że się ma
dom i życie wypełnione zapachami orientalnej kuchni. Przyznać się choćby po cichu, że dużo czasu upłynęło od chwili, gdy zacząłeś przepuszczać życie, jak pieniądze w podrzędnym burdelu i że być może ze wszystkim się już spóźniłeś, a najbardziej z daniem dyla z ojczyzny malkontentów.
Pracowałeś już trzeci tydzień. Jędrek wykazywał się daleko idącą humanitarnością, co jakiś
czas wręczając ci słoik flaków lub gołąbków z kończącą się datą przydatności do spożycia.
Wychodziłeś, jak to się mówi, na swoje. Piątkami po pracy przychodziłeś na próby zespołu, bo nie wypadało obrażać szefa swoją absencją. Coś tam tańczyłeś, coś tam śpiewałeś, oczywiście w miarę własnych możliwości.
Po jednej z prób, Andrzej wręczył ci troskliwie, jak ojciec, plik banknotów, w ramach premii uznaniowej włożył do torby pół litra Bolsa. Wróciłeś do domu, przeliczyłeś wypłatę pomniejszoną o czynsz, wyprostowałeś się, zaczerpnąwszy powietrza, otworzyłeś butelkę i zacząłeś sączyć ze szklanki, obserwując lądujące na pobliskim lotnisku samoloty. Tej nocy położyłeś się późno, ale spałeś dobrze. Nie przeszkadzały ci nawet pokazy fajerwerków, zorganizowane przez branżę olejową, przez tych nieprzyzwoicie bogatych, przez których dziewczyny się czerwienią, a mężczyznom spada samoocena.
Rano obudziło cię pukanie do drzwi. Czworo ludzi, krzycząc w miarę możliwości kulturalnie, zażądało otwarcia i wpuszczenia do środka.
Politi, Politi, open the door!!!
Weszli, rozejrzeli się, pomamrotali coś po swojemu, oczywiście niczego nie zrozumiałeś, bo nie mogłeś, znając w obcym języku tylko kilka słów i to po rusku. Gdzie Rzym, gdzie Krym. Gdzie Wołga, a gdzie North Cape.
Wskazali palcami na twoje kwiaty, które samoistnie i bez niczyjej ingerencji jakoś nad wyraz bujnie egzystowały. Wzięli pod pachę sadzonki pomidorów, które dostałeś od Jędrusia i zaproponowali ci grzecznie gestem wycieczkę na pobliski komisariat. Po krótkiej podróży dotarłeś na miejsce, w którym panowała atmosfera familijnego serialu. Podano ci zimną colę, po czym przesłuchano w obecności tłumacza na okoliczność mieszkania po sąsiedzku z Fadim Ahmedem. Po dwóch godzinach jakaś skandynawska piękność w mundurze, taka trochę podobna do tej z Redtuba, zaparzyła ci kawę, oddała sadzonki i wypuściła do domu.
W niedzielę przed popołudniem pojawił się u ciebie nieco zlękniony Jędrek i oznajmił, że sprzątał mieszkanie, które do wczoraj jeszcze wynajmował Fadiemu, i że Fadi siedzi, i wygląda na to, że prędko nie wyjdzie, bo o sprawie jest już głośno, nie tylko w mieście, ale i w całym kraju. Pokręcił się chwilę nerwowo po mieszkaniu, spojrzał z politowaniem na sadzonki pomidorów, po czym usiadł w fotelu i ogłosił, że ma problem natury moralnej, bo policja niedokładnie przeszukała mieszkanie, a on właśnie znalazł cztery kilogramy haszu, i że to jest na pewno hasz, bo widział na filmach, i czy w tej sytuacji czegoś ci nie trzeba?
Stojąc twardo na własnych kończynach, można wychylić wektor w stosownym kierunku.
Dziś piątek, koniec pracy, zaplecze błyszczy, jak złota komnata. Znów tańczysz z żoną
Jędrusia. Andrzej uderza w keyboard, wygrywając polkę z nogi. Gagarinowi ktoś domalował wąsy.

***

Sylwester Gołąb
Ur. 1980 r. w Kamiennej Górze. Wiersze publikował w polskich, norweskich oraz rosyjskojęzycznych czasopismach literackich. Autor książek poetyckich Garda (wyd. MaMiKo, 2016) oraz Nomada (wyd. WBPiCAK, 2018). Od niedawna pisze opowiadania. Redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Mieszka w Stavanger w Norwegii.

Magiczne torebki Kasi

Przyszła po książki. Miała ze sobą śliczną torebkę.
Zaczęłyśmy rozmawiać o tej torebce,
o innych torebkach, o pomysłach na torebki, o pomyśle na życie…

Póki jeszcze nie ma sklepu (będzie za jakieś dwa miesiące), możecie ją znaleźć na Instagramie.

 

Katarzyna Mroczka

Rysować lubiłam odkąd pamiętam. Z biegiem lat rysunki przeradzać zaczęły się w projekty, a projekty wreszcie – w namacalne twory mojej wyobraźni. Był to początek, który miał zaowocować w przyszłości. Czym? Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia.

Moje pierwsze projekty powstawały na poczciwej Elnie, którą dostałam od taty. Nie tylko on zresztą nakłaniał mnie do pójścia w tym kierunku – to za namową mamy wybrałam szkołę o profilu krawieckim (Technikum Odzieżowe w Zielonej Górze).

Powstawały kolejne sukienki. Udało mi się odnieść pierwsze sukcesy w sferze mody – zostałam finalistką konkursu projektowania odzieży w Sieradzu. Z tej okazji powstała sukienka, do uszycia której użyłam – poza standardowym materiałem -przezroczystej folii. Nic nie wskazywało jednak na to, że to właśnie na tym elemencie w przyszłości zacznie opierać się moja marka. Czekała na mnie długa i zaskakująca (ale jakże bogata w doświadczenia!) droga, zanim doszłam do momentu, w którym jestem teraz. W tamtym czasie zawodowo zajmowałam się głównie przeróbkami i naprawą różnego rodzaju materiałów i ubrań (jak np. garniturów).

Kolejnym etapem poszukiwania siebie był Berlin – chociaż przyjechałam tu spontanicznie, bez konkretnych planów, a podążając jedynie za głosem serca – od razu obudził we mnie pozytywne emocje. Ten fascynujący zlepek narodowości, stylów i barw stwarzał i nadal tworzy w moich oczach magiczną aurę tego miasta.

Pierwsze miesiące nie były jednak łatwe ze względów praktycznych, jak chociażby braku kwalifikacji językowych, czy problemów z mieszkaniem. Mimo to starałam się pielęgnować swoje pasje i odrywać od momentami trudnej rzeczywistości. Pochłoneła mnie wtedy fotografia, a także zagadnienia związane z duszą, wnętrzem i rozwojem samego siebie. Chciałam jak najwięcej swoich pomysłów i myśli przełożyć na coś realnego. W zdjęciach znajdywałam pewną satysfakcję z tym związaną, realne piękno, jednak nie było to jeszcze „to”. Czułam, że za rogiem czeka coś więcej. 😉

Po jakimś czasie, gdy już poczułam się w Berlinie pewniej, dostałam pracę przy produkcji toreb – takich przez wielkie T.
W miejscu, w którym powstają różnych rodzajów i parametrów futerały, etui, profesjonalne torby (np. na sprzęty elektroniczne lub dla pewnych grup zawodowych, jak dźwiękowcy czy muzycy) itp.

Sam fakt nauki szycia tak niewygodnych, sporych gabarytowo materiałów dał mi dużo doświadczenia i satysfakcji, jednak najważniejsze było coś innego – bycie odpowiedzialną za cały projekt od pomysłu, poprzez design, aż do finalnego produktu. Oprócz oczywistej nauki profesjonalnego projektowania toreb, praca ta uczyła odpowiedzialności i skupienia na powierzonych zadaniach.

Po pięciu latach poczułam jednak wypalenie zawodowe. Satysfakcja z tego co robię, zaczęła ustępować miejsca frustracji, spowodowanej niemożnością rozwinięcia w pełni artystycznych skrzydeł i konieczności podporządkowywania się ustalonym normom.
Postanowiłam więc odejść i szukać inspiracji gdzieś indziej. Podczas mojej przygody w tej firmie poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy poza fachem samym
w sobie, nauczyli mnie innych rzeczy – jak wiary we własne możliwości. W głowie kiełkować zaczęła już myśl – choć jeszcze niesprecyzowana – o stworzeniu czegoś własnego. Już nie w ramach hobby. Tym razem miał to być pomysł na życie.

Aż wiec kipiałam od motywacji i chęci tworzenia.
W zakładzie pracy, z którego właśnie odchodziłam, leżały złoża wyrzuconych resztek materiałów, których używaliśmy do szycia toreb. Były wśród nich kawałki grubej, przezroczystej folii.

Kilka dni poźniej powstała pierwsza torba. Narodziło się MROKO…

…i to było właśnie „TO”.

Początkowo nie bardzo mogłam jednak rzucić się na głęboką wodę. Brakowało mi dosłownie wszystkiego, poza kiepską maszyną i głową pełną pomysłów. Zaczęłam więc kolejną pracę, tym razem nie w branży, po to, by zabezpieczyć się finansowo i móc iść dalej.

Od tego momentu minęło już parę lat. W tym czasie skrzętnie kolekcjonowalam materiały i tworzyłam masę nowych projektów, szukając niepowtarzalnych połączeń. Poznawałam nowych, interesujących ludzi, którzy również mieli wpływ na mój styl. Interesowałam się także jogą, jej idee od długiego już czasu były mi bliskie, zdecydowałam się na roczne zajęcia sztuki medytacji w buddyjskiej świątyni.

To był ostateczny krok do podjęcia podróży w kierunku marzeń. Jestem spontaniczna i już nie boję się ryzyka, tak jak kiedyś – wypowiedziałam więc umowę o pracę w ostatniej firmie i z oszczędnościami w garści przystąpiłam do ostrej pracy nad kolekcją torebek własnej marki.

Większość projektów udało mi się zrealizować. Powstają kolejne.
Powstaje strona internetowa, a wraz z nią sklep on-line.
Powstaje wystawa pierwszej kolekcji.
Powstaje też samo MROKO – tym razem oficjalnie, z błogosławieństwem urzędu podatkowego włącznie. 😉

Moje magiczne torebki… Żywię nadzieję, że dzięki swej unikalności będą stanowić piękną ozdobę i przyciągać wzrok jeszcze przez długi czas.

Katarzyna Mroczka
MROKO Design

Zapytałam Kasię, ile kosztuje taka torebka. Powiedziała, że około 80 euro i dodała, że oczywiście może też uszyć torebkę według czyjegoś projektu.

Barataria 105 Don Kichot w każdej książce

Będzie to wpis rozrastający się samoistnie, zgodnie z tokiem lektur. Don Kichot i Sancho Pansa oraz donkichoteria pojawiają się wszędzie. Ponieważ o dziwo przez dwa lata nie podałam tu definicji donkichoterii, postanawiam to czym prędzej nadrobić.

Wikipedia podaje, że: donkiszoteria to postawa życiowa charakteryzująca się marzycielstwem, brakiem rozsądku w ocenianiu ludzi i sytuacji, pragnieniem walki o nierealne cele, nierozsądnym entuzjazmem w podejmowaniu nieosiągalnych zadań oraz walce z urojonymi przeciwnikami (walka z wiatrakami).

Inne tematy baratarystyczne, wyspy, utopie, szaleńcy, będą dalej przedmiotem osobnych wpisów. Tu po prostu będzie można wpisywać cytaty, by je ewentualnie kiedyś wykorzystać. Uwaga – moje lektury nie są niczym uporządkowane. Ze świata zewnętrznego docierają nowości, ze świata własnego – starocie, czytam jak popadnie, czasem kilka książek na raz. Często jedna z nich jest mała, żeby można ją było nosić ze sobą w torebce i czytać w metrze lub poczekalni. Oczywiście pojawi się tu również prasa, podobnie nieregularnie i nieskładnie jak książki. Czytam po polsku, niemiecku i angielsku.


TIP Berlin, 48. Jahrgang, Heft 01/2019 – der Heft mit der berühmten Liste der 100 peinlichster Berliner. Auf dem Platz 13 Andrea Nahles, SPD-Chefin bezeichnet als “Trauerspielerin”. Sie sitzt im Willy-Brandt-Haus in Kreuzberg ihren eigenen Führungsanspruch ab, wie eine Ritterin der traurigen Gestalt.


Lektüre vom Dezember 2018. Tschingis Aitmatow, Dshamilja, Bibliothek Suhrkamp 1973. Aus dem Russischen von Gisela Drohla. Seite 54.

Eines Tages führte Orsomat einen hochgewachsenen, leicht gebückt gehenden Soldaten, der das linke Bein etwas nachschleppte, zu uns aufs Feld. Er hatte den mantel über den Schulter geworfen und machte große Schritte, um nicht hinter Orsomats stämmiher, kleinen Stute zurückzubleiben, die in kurzem Trab ging. Neben den langen, dürren Danijar sah der kleine, lebhafte Orsomat  wie eine ruhelose Sumpfschnepfe aus. Wir lachten laut, als die beiden an uns zukamen.


Lektura z listopada 2018 roku.

Bogdan Rutha, Nasze ciekawe czasy, Wydawnictwo Literackie Kraków 1972. Opowiadania.

“Hotel pięknych kobiet”
Motto: Czujne dzwony strzegą złota.

Rafael Jimenez jak ów natchniony ingenioso hidalgo ujrzał światło dzienne na ponurych, spalonych słońcem, skalistych pustkowiach la Manchy. Po raz  pierwszy zobaczył błękit hiszpańskiego nieba, taki jak z plakatów zapraszających na Fiesta a Malaga, przez okopcone belki pasterskiej chaty w sercu Kastylii, w tej surowej krainie zamków rozsianych po całym jej obszarze, niegdyś dla obrony przed Arabami. Wychował się w kraju zamków, twierdz i licznych starych rodów szlacheckich, w kraju, który zrodził inkwizycję, do krórego nie dotarły dobrodziejstwa najazdu maurów, a który ominęły strumienie złota Inków i Azteków. (s. 13)

Znowu zerknąłem na księdza i Rafaela.
Przez moment wydali mi się dwoma donkiszotami, którzy nadziawszy się na skrzydła wiatraka obracają się razem z nimi i wygrażają sobie pięściami w nadzie, że wpłynie to w jakiejś mierze na bieg owych skrzydeł. (s. 35)


Lektura z grudnia 2018 roku

Jonathan Caroll, Białe jabłka. Magiczna opowieść o miłości na pograniczu życia i śmierci.  Przełożył Jacek Wietecki. Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2003.

– Skoro odsyłają mnie tak szybko, to chyba znaczy, że Vincent dowiedział się czegoś ważnego i że nic mu nie grozi. Musiał nauczyć się z nimi walczyć.
Babka skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła wzrok.
– Nie. To znaczy, że ty musisz wracać, bo nie można dłużej czekać. On cię potrzebuje, jesteś jego podporą i nadzieją. Wczoraj ruszyła nagle lawina zdarzeń, którą trzeba powstrzymać, zanim będzie za późno. – Przypomniała sobie, jak na początku drugiej wojny światowej polska kawaleria rzuciła się do bohaterskiej, donkiszotowskiej obrony kraju przed nadciągającymi czołgami Wehrmachtu. Choć Vincent Ettrich nie będzie zmagał się z chaosem sam, to jednak siedział na koniu, podczas gdy jego przeciwnik jechał na bitwę uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt bojowy, jaki kiedykolwiek wmyślono. (s. 242)


Dezember 2018 / Januar 2019 (ein Weihnachtsgeschenk)

Maria Stepanowa, Nach dem Gedächtnis. Aus dem Russischen von Olga Radetzkaja. Suhrkamp 2018.

Kapitel 3. Einige Fotos.

Foto 8. Die beiden Männern stehen etwas näher zum Betrachter. Der großere hat ein Bein vor das andere gestellt und die Händen in den Hosentaschen; sein über die Hose fallendes Hemd wird von einem schmalen Gürtel zusammengehalten, die Locken sind zerzaust. Das ist Sanka, auch Sancho-Pansa genannt, ein Freund und Vrehrer meiner Urgroßmutter Sarra. Der andere Mann ist etwas älter, er trägt einen Kneifer und ein Arbeitshemd aus grobem Stoff, er wirkt bedrückt. Plötzlich geht mir auf, dass ich sein Gesicht kenne: Der Mann heißt Jakow Swerdlow. Zehn jahre später wird er als Vorsitzender des Zentralen Exekutivkomitees das Dekret über den Roten Terror und die “Verwandlung der Sowjetrepublik in ein geschlossenes Militärlager” unterzeichnen. (S. 58)


Januar 2019
Czytam poświęcony Borgesowi numer szczecińskiego eleWatora z drugiego kwartału 2013 roku.

Od razu w pierwszym artykule – Niewierność oryginału – tłumaczka i autorka Marta Natalia Wróblewska trzykrotnie przywołuje Don Kichota, przy czym dwa razy jest to odwołanie do opowiadania Borgesa Pierre Menard, autor Don Kichota.

Podejście Borgesa do sztuki przekładu było pionierskie w stosunku do wielu nrtów dzisiejszej translatoryki, George Steiner, wpływowy teoretyk sztuki tłumaczenia, stwierdził, że opowiadanie Pierre Menard, autor Don Kichota, to “spośród dotychczas powstałych najbardziej przenikliwy, najbardziej zwarty komentarz omawiający zjawisko przekładu”. (…)

W latach 20 Borges oświadczał z pełnym przekonaniem, że wszelka literatura jest autobiograficzna. Zgodnie z tą koncepcją tłumacz powinien starać się maksymalnie zbliżyć do autora, poznać jego biografię i przeżyć jego emocje. Figurę takiego tłumacza zdaje się ucieleśniać właśnie Pierre Menard, autor Don Kichota, który próbuje na nowo stworzyć napisany przez wielkiego mistrza tekst.

Uświadamiam sobie, że znam przecież  to opowiadanie, przypominam sobie nawet, kiedy i w jakich okolicznościach je czytałam, a przecież, mimo iż od ponad dwóch lat zajmuję się Don Kichotem, wcale sobie tego opowiadania nie przypomniałam. Do tego potrzebna mi była przypadkowa lektura, wyciągnięta na chybił trafił z półki pewnego mokrego styczniowego wieczora.

Kilka akapitów dalej autorka pisze, że

Borges był zwolennikiem analizowania przekładu nie jako “dalekiego krewnego” oryginalnego tekstu, jego skażonej lub niedoskonałej wersji, lecz jako pełnoprawnego tekstu literackiego. Może się zdarzyć, że będzie on gorszy od oryginału, może jednak okazać się lepszy. Co ciekawe i kontrowersyjne, tłumacz winien w tej koncepcji być wierny nie autorowi, czy też oryginalnemu tekstowi, lecz niejako jego idei – ma więc prawo korygować pisarza i poprawiać niedociągnięcia jego stylu. O ile pisarz “wymyśla” swoich poprzedników, ofiarowując nowy klucz do interpretacji ich tekstów (vide Kafka i jego poprzednicy), o tyle złumacz może “wymyślać” swojego autora. Dzieło jest bowiem ważniejsze od pisarza, tłumacza czy czytelnika. Tłumacz winien je potraktować jako szkic, który w przekładzie można udoskonalić. Przykładowo Borges przedkładał hiszpański przekład poematu Paula Valery’ego Cmentarz morski, niemiecki przekład Kwiatów zła i angielskie tłumaczenie Don Kichota nad teksty oryginalne.

Nadal styczeń 2019

Postmodernistyczny żarcik. W filmie Björna Runge Żona grają Glenn Close i Jonathan Pryce. Johnathan grał przedtem rolę Don Kichota w słynnym filmie Terry’ego Gilliama Człowiek, który zabił don Kichota – w filmie Rungego odwołuje się więc do cytatu na temat Don Kichota. Ja, mówi główny bohater, pisarz, który się właśnie dowiedział, że został noblistą, ja… nie mam innego wyjścia, jak powołać się na myśl śródziemnomorską i zacytować medytacje na temat Don Kichota. I am I plus my surroundings, and if I do not preserve the latter, I do not preserve myself.
To fragment pierwszej książki José Ortegi y Gasseta, a jednocześnie temat filmu, ale reżyser nie wyjaśnia tego widzowi.
Ortega y Gasset urodził się 9 maja 1883, zmarł 18 października 1955. Był hiszpańskim filozofem i eseistą. Jego dorosłe życie przypada na ciężki okres w historii Hiszpanii, czas upadku monarchii, powstania republiki, wojny domowej i dyktatury. Stworzył tzw. “filozofię życia” (po polsku nazywa się ją witalną, ale mi się nie podoba ta nazwa). Ortega y Gasset nie krył swoich republikańskich przekonań, zwalczał faszyzm, wykorzystując swój wielki autorytet. Został członkiem Kortezów, ale po wojnie domowej wyjechał na emigrację. Przebywał w Holandii, Argentynie, Francji i Portugalii. W 1946 r. powrócił do Hiszpanii, ale nie skorzystał z propozycji objęcia katedry uniwersyteckiej i poświęcił się całkowicie twórczości naukowej. Wiele rozpraw powstałych w tym czasie ukazało się dopiero po jego śmierci. Jego pierwszą książką, wydaną w roku 1914, były Meditaciones del Quijote. Wydawnictwo pisze, że dla wielu badaczy Medytacje to najważniejsza filozoficznie książka Ortegi, który, wychodząc od lektury powieści Cervantesa, buduje cały przyszły system myślowy i aparat pojęciowy i stawia jednocześnie szereg tez (np. o istocie kultury), które wciąż inspirują.

A pani Bovary to Don Kichot w spódnicy.

Luty 2019

Niemożliwe mi się wydaje, że dopiero teraz, po ponad dwóch latach baratarystki, zajrzałam ponownie do Prousta. Gdzie te czasy, że czytałam go co roku? No ale teraz znowu go czytam i zaczynam, czego już od dziesiątków lat nie robiłam – od wstępu Boya-Żeleńskiego, a tam już od razu na stronie 14 ważny cytat:

Snobizm dostępuje w ujęciu Prousta filozoficznej konsekracji. Nie tylko snobizm towarzyski w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: Proust jest prawdziwym mistrzem w kombinowaniu jego odcieni; ale snobizm właściwy wszystkim klasom, wszystkim stanom, będący nie czym innym, jak tylko aurą złudy, w jakiej porusza się każdy człowiek. Nieśmiertelną monografią takiej złudy jest Don Kichot Cervantesa; otóż wyobraźmy sobie stu Kiszotów – każdy odmiennego typu – współżyjących ze sobą, a zrozumiemy intencję Prousta.


To tyle, ale, wiemy, wpis będzie rósł. Nie na darmo Don Kichot jest najpoczytniejszą książką na świecie. Na zakończenie ballada Andrzeja Waligórskiego o Zenobim Dreptaku, bo Dreptak to też Don Kichot:

BŁĘDNY RYCERZ

Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi
Stanął zbrojnie i konno u zamku podwoi,
Miał pancerz, hełm i kopię, jak zwykle rycerze,
I miecz, którym uderzył o zamkowe dźwierze!

Hej, odegrzmiało echo o gotyckie blanki!
Skoczył na nogi książę, spojrzał zza firanki,
Skoczył, spojrzał, oniemiał i zadrżał ze strachu;
Stoi pod drzwiami rycerz Dreptak na wałachu!!!

Stoi Dreptak wśród blasków, szczęków oraz zgrzytań
I zasuwa monolog, co się składa z pytań,
O taki: – Hej, kto mężny, odpowiedzieć musi,
Która z pań jest piękniejsza od mojej Magdusi?

Która ma liczko bielsze, mniej zepsute ząbki?
Czyj biuścik przypomina dwa młode gołąbki
Z ryżem? Która jest taka miła, kochana i ładna?
Tutaj struchlały książę wymamrotał: – Żadna!!!

Wówczas rycerz się zachwiał na swoim bachmacie
I rzekł: – Żadna? To szkoda, o kurtka na wacie,
Bo z Magdą już nie mogę! Jestem u sił kresu…
Tu spiął konia i ruszył w dal, szukać adresów…

Festa del gatto

Dziś włoski dzień kota, obchodzony również w wielu innych krajach, w tym w Polsce. Jest niedziela, wczoraj była sobota, nazwana przez jednego z angielskich miłośników kotów – Caturday…

Koty nadesłane przez Danusię

Tsugouharu Foujita (artysta francusko-japoński, 1886-1968), Portret Emily Crane Chadbourne, 1922

Cóż za wspaniała kolorystyka! Te ciemne i jasne połamane brązy, ten dostatni błękit szlafroka i koca, ta czekoladowa aksamitna kocica o niebieskich oczach…

Henriette Ronner-Knip (artystka holenderska, 1821-1909). Mądry kot, 1904


Jean Metzinger ze strony Retro-Awangarda


To właśnie to zdjęcie dało tytuł całemu dzisiejszemu wpisowi. Posąg parkowy z kotem na Caturday ze strony Jackson Galaxy, którą prowadzi jakiś koci maniak.

Carol Keyes, Kot sjamski

Kobieta z kotem Pabla Picassa ze strony Historia sztuki jest kobietą
i z tej samej strony Kees van Dongen – również Kobieta z kotem

Michalina i Konrad Krzyżanowscy też musieli przepadać za zwierzakami. Krzyżanowski niejeden raz portretował żonę w towarzystwie psa lub kota. Zresztą zobaczcie sami w naszym artykule! https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,obrazy,583,obraz_krz…

Konrad Krzyżanowski, Portret Michaliny Krzyżanowskiej, żony artysty, 1915, Muzeum Narodowe w Warszawie. Poniżej obraz ze szkoły prerafaelitów – John William Godward (malarz angielski, 1861–1922), The Tease (Droczenie się z kotem), 1901

No i na zakończenie czarne kocie oczy i stworzenie świata kota – oba ze strony Eli Weberskirch. Dziękuję Eli, ale przede wszystkim dziękuję Danusi, która te wszystkie koty dla nas znalazła…

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 1

Meksyk / Mexico City

Katedra / Kathedrale

Poczta / Postamt

Oper(a)

So sieht es dort aus. Immer interessant. / I to też… Zawsze ciekawe…

Pomnik Rewolucji / Denkmal der Revolution

Oaxaca

PS od Adminki (from Administratorin): Die Indianerin mit den Zöpfen erinnert mich an Tanja – eine entfernte Cousine? Die kleinen Sittiche wiederum ähneln sehr mir im Gespräch mit meiner jüngeren Schwester 🙂 / Indianka z Oaxaca wygląda trochę jak odległa kuzynka Tani. Z kolei papużki – wypisz, wymaluj jak ja i moja młodsza siostra.