Z wolnej stopy 36

Zbigniew Milewicz

Jedynak

Ewunia uczula swoich autorów na tematykę kobiecą w marcu; Panie mają ósmego swoje międzynarodowe święto, więc nie zawadzi mieć Je w pamięci przez cały miesiąc. Zrobi się Adminko; „Bezradność” jest rodzaju żeńskiego i o niej chciałbym dziś opowiedzieć, w trybie pilnym, bo sprawa wymaga interwencji.

Anię z Poznania poznałem kilka lat temu, na jednym ze społecznościowych portali. Nawet jeżeli nasza znajomość miała na początku charakter towarzyskiego flirtu, było dla nas jasne, że żadna z nas para nie będzie, chociażby ze względu na różnicę wieku. Dziewczyna była mniej więcej w wieku mojej córki, nosiła to samo imię, więc jej tatusiowałem. Opowiadała mi o swoich rodzicach, z którymi miała sporadyczny kontakt, o byłym mężu, co nie chciał płacić jej alimentów na dziecko, a najwięcej o swoim synu Szymku. Miał wtedy chyba 9 albo 10 lat, dobrze i łatwo się uczył, kochała go jak matka syna – jedynaka, czyli bardzo wyrozumiale; złościła się, kiedy wracał późno ze szkoły, bo podkochiwał się w pewnej koleżance i gdzieś razem chodzili, ale szybko mu wybaczała . Zgubił kurtkę, albo czapkę, to bez narzekania kupowała nowe, bo musiał je przecież mieć a kiedy brakowało pieniędzy, to brała dodatkową pracę. Jakieś dozorcostwo, sprzątanie placów zabaw, albo telemarketing. Wszystko mu dawała, co powinien mieć chłopiec w jego wieku – markowe ciuchy, buty, gry komputerowe, wszystko, co chciał.

Osobiście poznałem obydwoje jakieś trzy, cztery lata temu, kiedy leciałem na wczasy do Bułgarii. Samolot odlatywał z Poznania i skorzystałem z gościny Ani, żeby przenocować przed rejsem. Mama i syn wyglądali ładnie i sprawiali wrażenie, że mają ze sobą dobry, przyjacielski kontakt. Ich dwupokojowe mieszkanie lśniło czystością, Ania przygotowywała dla nas kolację, a Szymon bawił mnie rozmową na temat swoich życiowych planów. Bardzo elokwentny, z szybkością karabinu maszynowego wyrzucał z siebie słowa z języka dorosłych, układał je w logiczny ciąg zdań, grzecznie pytał, co o tym i tamtym myślę i kontynuował swój monolog. O ile dobrze pamiętam, chciał zostać politykiem, żeby mieć dostatnie życie i rządzić innymi. Z wyglądu – urodziwy, jasnowłosy paź, pomyślałem sobie, że z taką aparycją w przyszłości mógłby zrobić karierę w show biznessie. Ten wdzięk wydał mi się jednak jakby dziewczęcy.

Nie wiem, kiedy zaczęły się problemy Ani z Szymonem. Może wtedy, kiedy poznała Piotra*, albo już wcześniej. Kiedy okazało się, że partner jest biseksualny, przestała z nim sypiać, pozostali jednak przyjaciółmi. Był człowiekiem kulturalnym i dobrze sytuowanym; kiedy Ani brakowało pieniędzy na utrzymanie domu, pomagał finansowo, kupował Szymkowi drogie ciuchy, płacił za jego wizyty u psychologa, ale matka myśli, że nie wykorzystywał seksualnie chłopaka. Ania od lat zmaga się z chorobą alkoholową. Po terapii długo nie piła, teraz znowu jest w ciągu, do tego już nie pracuje. Kiedy poznaliśmy się, była wychowawczynią w domu dziecka i kochała to zajęcie, ale zadarła z dyrekcją i je straciła, a później z pracą było już tylko gorzej. Na domiar złego zaczęła się pandemia, siedzenie w domu. Szymon dostał fobii czystych rąk i całymi dniami stał przy umywalce i je mył. Później Anię zmógł covid 19, przeleżała kilka tygodni w domu, właściwie bez niczyjej opieki, bo syn bał się do niej zbliżyć i przebywał cały czas w swoim pokoju. Myślała, że umrze, tak źle się czuła, miała tylko całą masę pigułek od lekarza.

Kiedy z tego wyszła, zaczął jej ubliżać pod byle jakim pretekstem, później poszturchiwać, a następnie bić. Ania nie należy do ułomków, ale Szymon przewyższa ją wzrostem, mając 13 lat mierzy już ponad 180 cm., jest silny i matka zwyczajnie się go boi, z czego chłopak zdaje sobie sprawę. Dostaję mms-em zdjęcie Ani z posiniaczonymi kończynami. Mówi mi z płaczem, że najbardziej boli, jak syn bije ją po głowie i wyzywa od najgorszych. Chciałaby umrzeć, bo nie wie, co ją jeszcze od niego czeka. Może kiedyś tak uderzy, że zabije. Tak, Ania przyznaje, że pije alkohol, Żabkę mają niedaleko, co jej innego zostało? – pyta.

Tłumaczę po raz kolejny, że jest policja, która w przypadku domowej przemocy interweniuje i psychiatra a dla niej – pewnie nowa terapia odwykowa. Na policję nie zadzwoni, bo młodego wsadzą do ośrodka, a tam współmieszkańcy będą go gwałcić, bo jest niebinarny, czyli nie utożsamia się z żadną płcią. Pracowała w resocjalizacji, więc wie co się w takich ośrodkach dzieje i jako matka nie może pozwolić, żeby go to spotkało. W końcu jest jej dzieckiem i ona mu przebacza jego zachowanie, tylko zwyczajnie ma dosyć takiego życia. Pytam czy jej rodzice i ojciec Szymona wiedzą, co się u Ani dzieje ? Dziadkowie wiedzą, ale chcą mieć święty spokój, a były mąż od dawna nie odbiera od niej żadnych wiadomości, jest zablokowana w jego telefonie.

Próbuję dziewczynie pomóc, ale ponieważ mieszkamy ponad 800 kilometrów od siebie, pozostaje Internet i telefon . Najpierw do Anonimowych Alkoholików w Poznaniu; aktualnego adresu Ani nie znam, przeprowadziła się w ubiegłym roku a numer telefonu i nazwisko to trochę mało, żeby ją znaleźć, ale spróbują nawiązać z nią kontakt. Udaje się, tylko Ania nikogo obcego nie wpuści do mieszkania. Piszę więc maila na policyjną, Niebieską Linię, z prośbą o interwencję. Automat odpowiada mi, że otrzymali zawiadomienie, jednak w związku z pandemią należy się liczyć z wydłużonym czasem odpowiedzi. Faktycznie, póki co, cisza. Trochę mi się rozjaśnia dopiero po telefonie do Edytki, mojej znajomej w Warszawie, która jest emerytowaną policjantką: Nikt kobiecie prawnie nie pomoże – mówi – jeżeli sama o to nie poprosi. – Może tylko chce się komuś wypłakać, dlatego wybrała faceta, który mieszka daleko, bo nie przyjedzie za pięć minut z łomem, żeby wyważyć drzwi.

Brzmi uspokajająco, który mężczyzna zrozumie kobietę… ale, jeżeli jest to wołanie o ratunek, to nie można go lekceważyć. Ania dzwoni zawsze przez Messengera, bo darmowy. Ostatnio mi powiedziała, że syn zabrał jej ładowarkę do telefonu i klucze do mieszkania, które wcześniej zaryglował. Nie może więc z niego wyjść, a jak bateria się wyczerpie, to nigdzie zadzwonić. Słyszałem, że w Rosji jest jeszcze gorzej. Jak pobita przez męża, czy konkubenta kobieta zgłasza się ze skargą na policję, to często jej podobno mówią: zameldujcie nam o tym, jak was zabije.

  • Imię fikcyjne

Co wynika z prowadzenia bloga? (2)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 2: Ludzie (mężczyźni)

W poprzednim odcinku tego czteroodcinkowego serialu napisałam o książkach, które powstały i ukazały się dzięki istnieniu tego bloga i jego Pramatek (używam tu “wielkiej” formy żeńskiej, bo o pierwszym mówiliśmy Kura, a o jego następcy – Qra i były to niewątpliwie kobiety). Dziś chciałam napisać o kobietach, które dzięki temu, że jestem blogerką, pojawiły się i zostały w moim życiu. Niestety nie zdążyłam. A wpis o mężczyznach był już gotowy. Dziś więc mężczyźni. Kobiety za tydzień.

Niewątpliwie pierwszym niezwykłym facetem wśród “ludzi z bloga” jest Lech Milewski, czyli Pharlap (co było imieniem pewnego słynnego australijskiego konia wyścigowego). Pojawił się jeszcze na Kurze (2010-2011). Znalazł nas przypadkiem i spodobało mu się to, co piszemy, ale chyba przede wszystkim zainteresowało go to, że jest nas kilkanaście i dobrze nam idzie wspólne tworzenie bloga. Napisał do nas, zapytał, czy go przyjmiemy i zadebiutował świetnym wpisem pt. Panicz potrafi usmażyć naleśniki. Tytuł nawiązywał do naszego ówczesnego (“kurzego”) zwyczaju, tytułowaniu siebie nawzajem słowem panna. Skoro więc zaproponował nam, że do nas przystanie, przybrał też odpowiednie miano: panicz. Pharlap napisał wiele wspaniałych tekstów, z których ja najbardziej lubię Bieg Wazów. Właściwie to chyba za mało powiedziane – lubię, czy najbardziej lubię. To po prostu bardzo dobry tekst.
Pharlap mieszka w Australii i nigdy się nie spotkaliśmy.

Równie niezwykły jest Tomasz Fetzki, którego różnorakich pseudonimów pod karą “ucięcia głowy przede wszystkim” nie wolno mi zdradzić. Pojawił się również za czasów Kury, bo szukał w sieci informacji o mojej… prababce. Zamierzał napisać o niej książkę i się habilitować, po czym jednak napisał książkę o pewnym francuskim pedagogu i (chyba) się (jeszcze) nie habilitował, ale za to w międzyczasie kilkanaście razy dostarczył nam wszystkim interesujących seriali wieloodcinkowych o tym i owym (Niemcy by powiedzieli “o Bogu i świecie”). O roli Tomasza w powstaniu mojej wydanej kilka lat temu powieści Lublinerowie piszę zarówno w samej powieści, jak i we wpisie o książkach “z bloga”. Tu chcę napisać o Tomaszu jako przyjacielu i Tomaszu jako blogowym autorze. Przyjacielem Tomasz jest i tu nie warto nic więcej dodawać. Ktoś albo jest przyjacielem, albo nie. Koniec.
Tomasz twierdzi, że jego pierwszy tekst na blogu był jego debiutem literackim. Przyjmuję tę informację z pokorą, bo skoro autor tak twierdzi, to jest to jego autorskie prawo tak uważać. Ale teksty Tomasza są zawsze tak doskonale skomponowane i tak bezbłędne, że wydaje mi się, iż w skrytości ćwiczył się do tego debiutu przez poprzednich dwadzieścia lat. Przypominam sobie tylko jedną sytuację, że poprawiłam mu jedno zdanie, a w nim właściwie jedno tylko słowo, a raczej nie słowo, jeno jego formę gramatyczną – nie cierpię bowiem strony biernej, która się ostatnio w Polsce zrobiła nader popularna, a która przyprawia mnie o dreszcze. Tomasz z powagą mądrca zgodził się na zmianę formy biernej na czynną, skrycie na pewno podśmiewając się z moich anachronicznych indiosynkrazji.
Z Tomaszem i jego żoną Agnieszką poznaliśmy się przez bloga, w międzyczasie spotkaliśmy się wielokrotnie, a kiedyś nawet odbyliśmy podróż w poprzek przez całą Polskę, z Lublina do Świebodzina, opisaną tu zresztą przez Tomasza bardzo pięknie w kilku odcinkach pod wspólnym tytułem: Subiektywny bardak na skos. Zapraszam do lektury, ale dla prezentacji Tomasza wybieram ów jego literacki debiut: Jaszkowice – reportaż poetyzujący.

Niedawno pojawił się jeszcze jeden pan, który znalazł mnie na blogu i, podobnie jak Tomasz Fetzki, odkrył, że piszę o mojej ciotecznej babce, Karusi, czyli Karolinie Lubliner-Mianowskiej. Marian Miszczuk jest harcmistrzem i zareagował na jeden z moich wpisów, gdzie napisałam, że Karusia była przez dziesięć lat, od roku 1930 do 1939, redaktorką Skrzydeł, miesięcznika wydawanego przez Komendę Główną Harcerek RP, miała tytuł harcmistrzyni i podczas wojny pracowała w Konstancinie w prowadzonym przez harcerki przytułku dla sierot wojennych. Napisałam też, że niestety nie wiem, jaka była droga Karusi do harcerstwa, a pan Marian napisał w komentarzu, że może będzie mi mógł odpowiedzieć na to pytanie. Marian Miszczuk jest autorem biogramów dla Harcerskiego Słownika Biograficznego i tworzy właśnie biografię Karusi (pisze o niej “Kara”, co mnie bardzo dziwi, tak jak jego dziwi moja “Karusia”). Przysłał mi też gotowy już wpis o Ewie Konstancji Grodeckiej, w którym cytuje świetny artykuł Karusi z roku 1924 z czasopisma Samowychowanie (Karusia miała wtedy 25 lat i była zastępową, zapewne więc jej droga do harcerstwa niedawno się zaczęła).

Szkoła, którą kończyłam, posiadała w swem gronie uczennic wyłącznie dzieci z zamożnych, mieszczańskich domów. W jednym z takich domów ja się urodziłam i wychowałam. Miałam takie same warunki domowe, przyzwyczajenia, zainteresowania jak wszystkie moje koleżanki. Innych dziewcząt nie znałam wcale i przyznam, nie zdradzałam żadnych chęci do ich poznania; nie myślałam nigdy o tem, jak wyglądać może znajomość obcowania z dziewczętami z „innych sfer“. (…) jednym z głównych braków mojego szkolnego i domowego wychowania była zupełna nieznajomość ludzi i ich życia. Jak większość maturzystek byłam zupełnie niedojrzała, nieprzygotowana do życia czynnego.

Karusia była botaniczką i podobno, zdaniem pana harcmistrza, to ona zachęciła warszawskie harcerki do zajmowania się przyrodą.

Skoro jesteśmy przy rodzinie, to powiem jeszcze, że kiedyś pojawili się też dwaj kuzyni, jeden “prawdziwy”, a jeden nie wiadomo, ale podejrzewamy, że tak jednak jest. Kuzyn autentyczny to Jan Kozłowski, a “podejrzany”- Witold Strumpf. Witold napisał niestety tylko jeden wpis i zniknął, a Janek napisał (lub pozwolił przedrukować) kilka świetnych wpisów (najśmieszniejszy TU) i, niestety, umarł. Bardzo mi go brakuje i myślę, że nasza znajomość zapowiadała się na wielką przyjaźń. O tym, jak to było z naszym poznaniem się, też się Czytelnik dowie z cytowanego tu wpisu.

O tym z kolei, skąd się wziął Andrzej Rejman piszę TU. Stąd się wziął, a potem przez rok czy dwa pisał piękne wpisy, o rodzinie, historii, dalekich wyprawach, polityce. Po czym zniknął z bloga, nad czym po dziś dzień ubolewam. Wielu autorów tak “ma”, piszą, chętnie, często, interesująco, a potem bach bach i przestają. Czasem, ale rzadko – wiem, co było przyczyną. Czasem takie osoby zakładają swoje blogi lub profile na FB. Czasem jednak naprawdę nie wiem, dlaczego. Ci, na szczęście, czasem wracają, jak dwaj panowie, o których piszę poniżej. Ale zanim opowiem o nich, skieruję czytelników do pierwszego wpisu Andrzeja Rejmana o jego pradziadku, Adamie z Raju.

Dwaj panowie, Zbigniew Milewicz i Roman Brodowski, pojawili się w polonijnych “okolicznościach przyrody”, zaprosiłam ich do pisania na blogu i w międzyczasie stali się nie tylko autorami, ale też dobrymi i wiernymi przyjaciółmi.

Zbigniew Milewicz jest jednym z najczęściej piszących autorów – ma na koncie ponad 140 wpisów, często łączących się w cykle. W czasie pandemii pisze już od niemal roku regularnie, najpierw w cyklu Z domowego aresztu, a teraz: Z wolnej stopy. Zaczął natomiast cyklem W górę rzeki, w którym pisał o swojej rodzinie: Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Trzeci odcinek tego cyklu jest po prostu fantastyczny. Hampelbaude. Czytajcie.

Roman Brodowski natomiast przez wiele lat pisał dla nas zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Czasem wiersze, czasem prozę. Był już doświadczonym autorem, a potem, nagle, stał się sławnym i wziętym bardem opozycyjnym. Trochę wtedy zapomniał o tym blogu, ale na szczęście potem sobie znowu przypomniał. I tak to jest, że z wpisów Romka muszę, ale po prostu muszę, przywołać aż trzy. Oto one: Górka, Nie oddamy naszej ziemi (to ten wpis, który mu przyniósł sławę i renomę) i Podróż wozem konnym przez Polskę.

Są też dwaj Mieczysławowie – Mieczysław Bonisławski (poznaliśmy się kiedyś osobiście, a było to tak: Juhuuu) i Mietek Węglewicz, z którym spotkaliśmy się lata temu podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela, a potem, wiele lat później, odkryłam, że pisze świetne wiersze i że wciągnęła go… Barataria (np. TU).

Natomiast najdziwniejszym autorem, który pojawił się na blogu jest oczywiście Marek Włodarczak, czyli Tabor Regresywny. Już nawet ksywkę ma niezwykłą, i o dziwo nie pochodzi ona od Żiżka i taborytów, tylko od  tego, że Marek wędruje z taborem po polskich dróżkach, a ten tabor to budowane z odpadów przedziwne wozy i wózki, a że powstają z coraz mniejszej ilości materiału, to jest to tabor w stanie cofania się, czyli regresywny. Marek jest filozofem-wędrowcem. To bardzo mi bliski rodzaj człowieka. Nic więc dziwnego, że połączył nas przed przed czterema laty marsz do Aleppo. Byliśmy tego samego dnia w tym samym punkcie marszu, mianowicie pewnej zimowej nocy w morawskim Brnie. Spaliśmy w meczecie. Wcale się wtedy nie spotkaliśmy. Ja przyjechałam w nocy, on o świcie zabrał swój namiot na kółkach i odszedł. Ale jednak facebook odkrył, że możemy się znać i zaczął mi podrzucać przedziwne wpisy gostka o przedziwnej ksywce. Kiedyś zapytałam, czy mogę wziąć jeden taki na bloga. Pozwolił, wzięłam i tak to się zaczęło. Już w kilka dni później Marek przyjechał do Berlina, teraz, jak tylko zakwitną jabłonie, zamierza przyjść na piechotę, zbierając po drodze śmieci.
A TU ja o nim.

Fajne historie, prawda? To pamiętajcie, moi kochani Czytelnicy (i Czytelniczki), i Wy możecie zostać  ludźmi z bloga. Wystarczy coś napisać.

Powrót płaczącego słonia

Teresa Rudolf

Stara łza

Patrzył na to zdjęcie
tej Jedynej, tajemnicy
jego życia…

Gdzie dziś jesteś?
Czy jeszcze jesteś?
Ty, ach Ty…

Powoli oddalało
się to “dzisiaj”,
to “teraz”…

Coraz bardziej
biło wzruszenie,
bęben w sercu…

Smutna łza, stara
jak on sam,
spłynęła…

Gdzie jesteś,
Czy jeszcze jesteś?
Ty, och Ty…

Powroty

Tamte miejsca,
tamte słowa,
pamiętał wszystko,

tę tęsknotę
za dziwną historią
sprzed lat.

Uśmiech nad
absurdem życia,
ciągle młodego.

Jak mogłem?
Jak mogłem zabić
motyla w tobie?

Słoń gruboskórny,
łka we mnie
cichym deszczem.

Słoń z motylem
na głowie, w sercu
w pamięci?…

Jakże to?
Jakże to?
A jednak…

Co wynika z prowadzenia bloga? (1)

Ewa Maria Slaska

Odpowiedź nr 1: Książki

To pytanie w tytule postawione tak śmiało zajmowało mnie już raz lub dwa razy, kiedy próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co się dzięki temu blogowi wydarzyło, jaką więc miał siłę sprawczą?

Trudno mi się tu teraz wdawać w rozważania o tym, że formuła tego bloga zachęciła do pisania kogoś, kto nigdy nie pisał, komuś może przywróciła wiarę we własne działania, komuś zapełniła pustkę… To zbyt subtelne i niesprawdzalne. Niekiedy to, co tu pisaliśmy, zostało przedrukowane. Zawsze mnie to cieszy, zawsze daje satysfakcję, ale mimo to nie ma to jak książki i kontakty międzyludzkie. To najbardziej wzrusza, fakt, że czasem zgłasza się ktoś i to spotkanie zmienia bieg zdarzeń.

Zacząło się od tego, że moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak, dwie autorki z poprzedniego mojego bloga, czyli słynnej Kury…, (ale i tu, bywa, piszą) wspólnie napisały książkę, do której punktem wyjścia był taki fragment mojego tekstu na owym blogu:

Była druga w nocy…

520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata! Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra!
Była druga w nocy.

I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwie moje współautorki, Katarzyna Krenz i Julicta Bielak, skróciły do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą Przyczyną! – napisałam już na tym blogu (TU) w dniu, kiedy książka się ukazała. A tak naprawdę nie ja, tylko mój blog, na którym w komentarzach obie zaczęły żartobliwie budować sytuacje wokół tego jednego zdania, złożonego zaledwie z czterech wyrazów. Była druga w nocy.

To również jeszcze na “tamtym blogu”, czyli na owej Kurze…, pojawiła się kiedyś Wirginia Węglińska, która pracowała wtedy w Muzeum w Stutthofie i dzięki naszym wpisom odnalazła rodzinę Wiktora Lublinera-Ostrowskiego. Doprowadziło to do wydania jej książki o Wiktorze, wznowienia jego książki pt. Warszawiacy w Stutthofie oraz wydania opowiadań jego córki o ojcu, ale i o rodzinie w ogóle, a nawet jeszcze szerzej, o spotkaniach, podróżach, ba, nawet psach. A więc Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski i Janina Kowalska.

Potem pojawił się Tomasz Fetzki, bez którego nie powstałaby moja książka o rodzinie Lublinerów.
Ewa Lubliner, Lublinerowie.

Książka ukazała się wprawdzie dopiero w 2018 roku, ale zaczęłam ją pisać wiele lat wcześniej. Tomasz wprawdzie sam zamierzał napisać książkę o Eugenii Lublinerowej, czyli tej ślicznej osobie ze zdjęcia na okładce, która zasługuje na wielkie uznanie, gdyż była pierwszą w Polsce (we wszystkich zaborach) osobą, która (w roku 1906) założyła szkołę dla dzieci upośledzonych umysłowo (przedtem istniał tylko ewangelicki ośrodek opieki nad takimi dziećmi). Eugenia była moją prababcią, babcią Cioci Janki czyli autorki Białej apaszki i mamą Wiktora.

W trakcie pisania Lublinerów napisałam kolejną książkę opartą o wpisy na blogach, Nie umarłem / Ich bin nicht tot. Została ona wydana nakładem Stowarzyszenia Partnerstwo Miast ze Szczecinem przy finansowym wsparciu trojga członków Stowarzyszenia: Anne i Folkera Schmidtów oraz Wolfganga Hahna. Książka miała wyjaśniający podtytuł: Groby polskie w Berlinie i groby niemieckie w Szczecinie, a wydana została po polsku i po niemiecku. Część berlińską napisała Ewa Maria Slaska (czyli ja), część szczecińską Michał Rembas.

Teraz zaraz, za chwilę, ukażą się dwie następne książki “z bloga”. Ich autorkami są Joanna TrümnerElżbieta Kargol i Krystyna Koziewicz. Już TU o tej publikacji pisałam. Polska wersja książki o Murze Berlińskim znajduje się właśnie w drukarni. Wersja niemiecka została już przetłumaczona i czyta ją recenzent. Potem pójdzie jeszcze do grafika i korektora, po czym też zostanie odesłana do drukarni.

Tym razem wydanie tych książek sfinansowało około stu przyjaciół zmarłej kilka miesięcy temu Joanny.

Osiem książek przez wiele lat pracy nad tym blogiem i jego poprzednikami, ale też zarazem osiem książek w pięć lat – pierwsza z nich ukazała się w październiku 2015 roku.

Odpowiedź nr 2: Ludzie ukaże się za trzy dni, 28 lutego

Chodzenie po mieście. Kościół Uchodźców

Krystyna Koziewicz

Nie liczy się to, ile posiadasz, ale ile dajesz innym i jak się z nimi dzielisz. Pomagając innym pomagasz i sobie. Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście. – Robert Baden–Powell.

W czasie długo trwającej pandemii człowiek nie ma zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o aktywność fizyczną, chodzi się na spacery dla poprawienia kondycji, byle tylko był ruch, złapać świeży oddech i żeby jakoś czas zleciał. Tak robią wszyscy, chodzimy na spacerniak, najczęściej wokół dzielnicy lub w pobliskim parku, odkrywając czasami co nieco.

Wiele razy podczas tych niekiedy bezcelowych spacerów przeżywałam momenty zdziwienia, jak choćby to, że woda w kanale stała się czystsza, tak czysta, że widać nawet dno koryta. Zwłaszcza wyrzucone metalowe przedmioty, jak kosze na śmieci. Wrrr! No i zima wróciła na dobre, taka, jaką znamy z dzieciństwa. Może to będzie mała rekompensata za grzechy i winy, jakie ludzkość popełniła wobec Matki Natury?

Moim największym spacerowym odkryciem i zdziwieniem była tablica ogłoszeniowa kościoła St. Simeon (świętego Symeona Starca) przy Wasserstrasse, która zawierała tygodniowy harmonogram mszy świętych dla uchodźców oraz zawiadomienia o poradniach dla uzależnionych, potrzebujących duchowego wsparcia, azylu itp. Zaskoczyły mnie nabożeństwa odprawiane w języku perskim, rosyjskim, francuskim, arabskim, hiszpańskim, chińskim, angielskim, włoskim, niemieckim.
No tak, mog
łam się wcześniej domyślić, przecież na fasadzie kościoła widnieje napis WITAMY w różnych językach świata. Ileż to razy przechodziłam obok, zmierzając do sklepu i jakoś nigdy nie zauważyłam, że ten neogotycki ceglany kościół, na który codziennie patrzę z okna, opiekuje się szczególnie potrzebującymi.

Okazuje się, że St. Simeon Kirche na Kreuzbergu – to ewangelicki Kościół dla ludzi, którzy uciekli z pogrążonych w konfliktach krajów, szukając wolności, bezpieczeństwa i schronienia. Jest tutaj miejsce dla przybyszy z całego świata, miejsce, ale i innych ludzię w potrzebie.

Wchodzę do internetu i sprawdzam, czego jeszcze mogę się dowiedzieć o działalności kościoła?

Dla ludzi zagubionych, niepewnych i zdezorientowanych wolontariusz jest ważną osobą, jest kotwicą. Dlatego rekrutujemy i przygotowujemy do pracy wolontariackiej tych, którzy chcą nas wspierać w pracy z uchodźcami i dla uchodźców, również tych, którzy sami mają za sobą doświadczenie uchodźcze

Poprzez wydarzenia kulturalne, a także wykłady, dyskusje i spotkania informacyjne, oferujemy wszystkim szansę konstruktywnego i krytycznego skonfrontowania się z problemem ucieczek, azylu i praw człowieka.

Promujemy otwartość i tolerancję dla różnorodności.

Chcemy dać uchodźcom przestrzeń, w której mogą aktywnie realizować własne projekty i rozwijać zainteresowania. Chcemy by ludzie, których inaczej nie widać, stali się widoczni, chcemy dać im głos. Pomaga nam w tym komitet doradczy, w skład którego wchodzą osoby reprezentujący różne gremia i instytucje zajmujących się uchodźcami i migrantami w Berlinie.

Gdy tłumaczę ten tekst na polski, zastanawiam się, jak przetłumaczyć niemieckie słowo Willkommenskultur? Google Translator tłumaczy je jako “przyjazną kulturę”, ale to nie o to chodzi. Wikipedia nie ma hasła po polsku. Po angielsku wikipedysta pisze, że jest to Welcoming culture – niemiecki koncept, w którym ludzie, urzędy i instytucje wspólnie tworzą taką atmosferę, która ma zapewnić uchodźcę, że jest w Niemczech mile widziany. W artykule polskiej gazety Rzeczpospolita używa się po prostu niemieckiego terminu: polityka gościnności; niemiecka Willkommenspolitik czy też Willkommenskultur to postawa otwartości, gotowości do przyjmowania ludności napływowej, szczególnie gdy są to osoby starające się o azyl.

I tak jest. Istniejące w Niemczech organizacje humanitarne roztaczają opiekę nad uchodźcami, emigrantami, bezdomnymi, ludźmi wykluczonymi, dając każdemu, kto jest w potrzebie, szanse uzyskania pomocy i to zarówno materialnej, jak i psychologicznej.

Pomaganie uchodźcom stało się jednym z największych wyzwań naszych czasów. Flüchtlingskirche Kościół Uchodźców jest otwarty na wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, wyznanie, status prawny, wiek, płeć i język. W centrum uwagi Kościoła Uchodźców stoi człowiek, któremu umozliwia się zachowania swojej tożsamości.

W Niemczech są szeroko rozbudowane państwowe struktury socjalne, jednak o ludzi, którzy wypadli z systemu opieki społecznej, lub jeszcze nie zostali nim objęci, troszczą się struktury diakoniczne i kościoły, które są jak dwie strony tego samego medalu, bo też stoją przecież na tym samym fundamencie.

Słowo diakonia wymaga pewnego wyjaśnienia. Po grecku, pisze Wikipedia, oznacza to służbę, nieodpłatną posługę. W Kościele katolickim słowo diakonia dotyczy różnych form działalności, może być np. diakonia liturgiczna, muzyczna, itp. W kościołach protestanckich posługa diakonacka wiąże się głównie z pracą socjalną, oraz pomocą potrzebującym.

Misją diakonii ewangelickiej jest wzmacnianie obecności kościoła w życiu społecznym, po to, by każdemu kto potrzebuje pomocy, stworzyć duchową przystań. Codziennym obrazkiem, jaki można zobaczyć przy kościołach i diakonach ewangelickich w Berlinie, to wystawione na zewnątrz kosze z pieczywem i konserwami, reklamówki z produktami żywnościowymi. W okresie zimowym diakonie oferują ciepły posiłek oraz zimową odzież, a niekiedy również nocleg. To wszystko robią ludzie kościoła oraz wolontariusze, którzy licznie angażują się do prac charytatywnych.

Kościoły w Niemczech znacząco rozbudowały pomoc dla uchodźców po tym, jak jesienią 2015 roku, po słynnym powiedzeniu Angeli Merkel „Damy radę”, do Niemiec napłynęła wielka fala uciekinierów z terenów objętych wojną. Kościoły utworzyły wówczas specjalne budżety, przeznaczone na pomoc dla imigrantów, ubiegających się o azyl, oddały też do dyspozycji dodatkowe kwatery w parafiach, klasztorach, seminariach duchownych. Przesłanie tej działalności było jasne: Świat potrzebuje naszej dobroci, tego, byśmy nieśli pomoc tym, którzy jej potrzebują.

O Jezusie jako uchodźcy wspominał także papież Franciszek przy okazji Dnia Uchodźcy już w roku 2014. “Pamiętajmy, że uchodźcą był Jezus, musiał uciekać, by ratować swe życie, wraz z Józefem i Maryją musiał odejść do Egiptu. Jezus był uchodźcą. Biblia opowiada o ucieczce jego rodziny do Egiptu przed królem Herodem. To wystarczający powód dla Kościołów, by nie tylko głosić pomoc dla uchodźców, ale udzielać jej na co dzień.”

Odcinek 13

Mieczysław Bonisławski

Niewysoki, nieco korpulentny człowieczek w okularkach wyjdzie ze starej kamienicy. Potrze sobie dłonią dużą czaszkę z ogromnymi zakolami łysiny ponad twarzą i króciutkim, chudym kucykiem z tyłu, ledwie muskającym górny koniec jego karku. W charakterystyczny sposób wystawi na moment koniuszek języka spomiędzy wydętych warg. Zrobi krok ku chodnikowi, biegnącemu u podnóża stopni prowadzących do masywnych, drewnianych drzwi, zatrzyma się, rozejrzy wokół.

W prawo perspektywa ulicy otworzy mu się na otoczony kilkupiętrowymi kamienicami plac Lenina. Ta zamykająca horyzont, będzie miała fasadę utworzoną z przeszklonych arkad. Będą biegły wzdłuż, jedna obok drugiej, na parterze, na pierwszym i drugim piętrze, a nawet i na trzecim. Gdzieś ponad dachem, jako taki akcent tła, wystawać będzie wyniosła wieża ratusza.

W lewo jezdnia będzie biegła pomiędzy dwoma nieprzerwanymi ciągami kamienic w nieco dalszą perspektywę. Gdyby przejść przez ulicę, zobaczyłoby się po jej drugiej stronie kilka numerów dalej od miejsca, w którym stanął mężczyzna z kucykiem, wyrwę w ciągu domów, a w niej nowoczesną bryłę kina „Wenus” o fasadzie całej ze szkła. Ale nigdzie nie przechodząc, czyli sprzed samego wejścia do hotelu „Pod Orłem”, redaktor Demianiuk będzie widział w oddali zabytkową willę przychodni lekarskiej, która rozsiądzie się, niczym przekupka nad koszem jaj, vis a vis kina. Będzie stała, taka pojedyncza, otoczona ze wszystkich czterech stron wąskimi uliczkami, niczym wyspa.

Redaktor w końcu podrobi na drugą stronę ulicy Sikorskiego. Naprzeciwko gmaszyska hotelu wyjdzie na niewielki placyk, łączący ulicę, którą przekroczył, z równoległą do niej ulicą Grottgera. Placyk zaanektowany będzie w zasadzie w całości na postój dla pięciu taksówek. Ten przelot między jedną uliczką a drugą, od strony kina i przychodni ograniczony będzie murem bocznej ściany kamienicy, frontem ustawionej do Sikorskiego i idącymi w stronę Grottgera, przynależnymi do niej, budynkami gospodarczymi. Na ich końcu, przy samej ulicy ustawi się jeszcze zresztą fasadą do niej coś, co od biedy można by uznać nawet za miniaturę samodzielnego, parterowego budynku mieszkalnego.

Od strony placu Lenina będzie szeroki chodnik, rozciągnięty od postoju taksówek po fasady trzech mniejszych kamienic, pobudowanych prostopadle do głównej ulicy. W narożniku tego chodnika, w którym zbiegać się będzie jezdnia ulicy Sikorskiego z pierwszym stanowiskiem dla taksówek, naprzeciwko okien kuchni hotelu „Pod Orłem”, metr od muru Redaktor natknie się na stojącą okienkiem do ulicy budkę „Ruchu”, czyli potocznie mówiąc – kiosk.

Budka, jak budka, typowa. Drewniany stelaż od dołu obity dwustronnie płytami pilśniowymi pomalowanymi w różnych tonacjach granatu (na przemian pionowy pasek biały i granatowy). W połowie wysokości, pośrodku przedniej części kiosku, pod okienkiem sprzedawcy, wyłoni się krótki, w miarę szeroki blat, a ściany ponad nim, już na całej swej długości, będą przeszklone. Te witryny w drewnianych ramach zostaną wbudowane tylko z trzech stron, bo z tyłu, tam gdzie są drzwi wejściowe i nieco jeszcze w bok od nich, znajdzie się, tak jak poniżej, płyta, osłaniająca wnętrze kiosku od tyłu, od strony ulicy Grottgera i wokół ciasnego zaplecza z boku. To zaplecze to taka wygospodarowana w jednolitej przestrzeni wnętrza kiosku mikroskopijna kanciapka, gdzie będzie miejsce na jako taką prywatność kioskarza, a tam dzbanek, grzałka, szklanka i puszka na herbatę. Wzdłuż dolnej i górnej krawędzi szklanych witryn pobiegnie metalowa rynienka o prostokątnym przekroju, służąca do umieszczania w niej na noc metalowych krat, zabezpieczających kiosk przed włamaniem.

Całość zamknie od góry dach, pokryty grubą papą, a nad okienkiem sprzedawcy, nad owym blatem, będzie jeszcze dodatkowo wysunięty ku ulicy Sikorskiego niewielki daszek chroniący przed deszczem klientów i odbierane przez nich z okienka zakupy.

Witryny będą prezentować plastikowe modele samochodzików, takie realistyczne, jak „fiaty”, „warszawy”, „jelcze” i fantazyjne koparki, wyścigówki. Obok nich przykucną różne rodzaje lalek, misiów, jakieś klocki. Po drugiej stronie malutkiego okienka, służącego do handlowania, kioskarz rozłoży codzienną prasę i tygodniki, „Gazetę Lubuską”, „Sztandar Młodych”, „Słowo powszechne”, „Przyjaciółkę”, „Kobietę i życie”, „Żołnierza Polskiego”. Takie tytuły jak „Tempo”, „Przegląd sportowy”, „Express wieczorny” nie będą leżały, znikną z lady za szybą zanim zdążyłyby się zaprezentować oczom czytelników. Zresztą nie tylko te, taka „Panorama”, „Razem” ze zdjęciem gołej baby, „Motor”, czy „Sportowiec” też będą, wraz z tamtymi czekały na nielicznych szczęśliwców w zakamarkach kiosku w tak zwanych „teczkach”. Aha, jeszcze te dla dzieci i młodzieży, „Miś”, „Świerszczyk”, „Płomyczek” czy „Świat młodych” z komiksem o Kajku i Kokoszu… A po drugiej stronie chemia i artykuły higieniczne. Proszki do prania, „E”, „IXI”, płyn do naczyń „Ludwik”, kremy NIVEA, mydła i mydełka, żyletki „Polsilver” i „Irydium”, maszynki do golenia z kolejnej serii „Wizametu”, woda kolońska i perfumy i co tam jeszcze… Cała, bogata i skomplikowana rzeczywistość kiosku „Ruchu”!

A pośrodku tego sezamu ze skarbami, za małym okienkiem usiądę ja.

Nie będzie w tym nic z przesady. Żyletki i kremy dla pań, proszek i płyn, gazety, zabawki, tygodniki to prawdziwe skarby, szczególnie gdy po osiemnastej zamkną już większość sklepów, a człowiek znajdzie się w potrzebie… A przecież potrzeby bywają i jeszcze bardziej naglące i tylko kiosk wtedy pomoże: a papierosy, a prezerwatywy, a papier toaletowy!

Do kiosku musi prędzej czy później przyjść każdy. Na szybki zakup, na pogaduszki, za potrzebą i towarzysko. Jakiż to doskonały punkt do poznawania ludzi i ich trosk! A gdy taki kiosk postawią jeszcze naprzeciwko wejścia do najbardziej elitarnego hotelu i knajpy w Zielonej Górze…?! W miejscu okolicznościowych dancingów dla wybranych i zakrapianych nasiadówek dla aktywu? Tu nie znajdziesz robotnika (żłopie wódę w „Ratuszowej” lub „Asie”), czy cinkciarza (pije w „Topazie” a pracuje w orbisowskim „Polanie” lub „Śródmiejskim”), ale sekretarzy różnego szczebla i resortu i ich sekretarki, urzędników z magistratu, czy województwa. Tu nie będzie meneli (szukaj ich w „CePeeNie” przy Sowińskiego), czy dziennikarzy, plastyków, literatów (zajrzyj do Klubu Dziennikarza w piwnicy redakcji „Gazety Lubuskiej”), ale pijani naczelnicy i dyrektorzy z ubzdryngolonymi kochankami lub trzeźwymi żonami. Sędziowie, prokuratorzy… Ci wszyscy, którzy muszą tu odreagować przy kielichu i niezłej dupie ciężką, codzienną troskę o obywatela i załogę. O rzemieślników, robotnika, inteligenta, chłopa…

Doskonałe miejsce dla żądnego wiedzy o słabościach tak zwanych sfer władzy i aktywu oficera Milicji Obywatelskiej do spraw Służby Bezpieczeństwa. Udającego przez lata mało ambitnego i ustosunkowanego, ale za to dobrze zorientowanego i rozumiejącego życie kioskarza. Godnego Twojego zaufania, zawsze gotowego do wysłuchania Twoich zwierzeń i okazania Ci pomocy przy szukaniu taksówki, kurwy lub po prostu alibi dla żony.

I właśnie dlatego redaktor Demianiuk wyjdzie z hotelu „Pod Orłem”, przejdzie na drugą stronę ulicy Sikorskiego i podejdzie do okienka mojego kiosku „Ruchu”, mojego królestwa i pola działania.

– Jak minął dzionek? – spytam, tak niewinnie zagajając tę niezwykle istotną dla mnie rozmowę.
– Bynajmniej nie na zebraniu udziałowców spółki Kleinbahn Grünberg-Sprotttau, he, he, he… – zarechocze z własnego dowcipu redaktor.
– Zapewne, zapewne… A ten Lenz, tak w ogóle, to on jeszcze żyje?

Przed wojną ten hotel nazywał się „Schwarzer Adler” i co roku, tak w lutym, marcu odbywały się tu zgromadzenia akcjonariuszy lokalnej spółki kolejowej, zawiadującej linią do Szprotawy. Prywatną, o dużym znaczeniu dla miejscowych przedsiębiorców i rolników. Szefem szefów i jej motorem napędowym był Fryderyk Lenz, jeden z czterech głównych inwestorów w obszarze pruskich, jeszcze kajzerowskich, kolei powiatowych, zwanych kleinbahnami. Po 1945 roku spółka wyprowadziła się do Niemiec, a dwa albo trzy lata później kolejkę znacjonalizowano i przejęły ją Polskie Koleje Państwowe.

Dawne to już będą wtedy czasy, żart Demianiukowi uda się zatem średnio.

– Pułkownika albo tego Sosińskiego, Redaktor ostatnio, dzisiaj albo wczoraj może widział?
– Chyba łapię konteksty, panie oficerze…

Gestem głowy i jeszcze zachęcając ruchem ręki zaproszę Redaktora do wnętrza kiosku. Zrozumie od razu i podejdzie bez słowa do drzwi. Otworzę je od środka. Wejdzie, ale zatrzymam go na progu, w tej zakrytej, niewidocznej z zewnątrz kanciapie. Zrobimy to zresztą tak samo bodaj z setny raz, niezmiennie od trzech, czterech lat.

– Podjąłem decyzję – oznajmię stojącemu w ukryciu mężczyźnie.
– Jaką? – oczy Demianiuka z żabich, rozlazłych i bez wyrazu, zrobią się jak u polującego węża a głos nabierze nuty chorobliwej ekscytacji, stanie się jednoznacznie złowróżbny.

Sprowokuje mnie to do podjęcia z nim gry. Ciekawy, jak też daleko się zagalopuje, zanim sprecyzuję mu zadanie, wystawię go na pewną próbę. Jeśli popłynie, jeżeli nie zda tego psychologicznego testu, tym gorzej dla niego. A ja się nieźle jego kosztem zabawię… No, nie powiem, nie bez ogromnej satysfakcji.

– Sosiński stał się bezużyteczny. wygląda na to, że zacznie działać na własną rękę. Na początek tylko dla prywatnej zemsty, w rodzinnej sprawie, ale co się stanie potem, do czego się jeszcze posunie? Nikt tego nie wie, a to już niebezpieczna sytuacja.
– Cały drżę – zakpi Deminaiuk i skonkluduje całkiem rzeczowo – Ale ja nie jestem od mokrej roboty, przecież wiecie…
– Czy ja wiem?
– A czyż nie? – zaniepokoi się na poważnie.
– Ja dużo wiem, myślę, że wystarczająco dużo… – podreguluję napięcie w grze na wyższy poziom, dwuznacznie zawieszając głos i dwuznacznie nie kończąc myśli.
– Zatem nie do końca rozumiem… Czy Pułkownik za tym stoi?
– Ktoś znacznie wyżej…
– Daleko wyżej?
– A Sosińskiemu wystarczy dać sygnał. Mocny sygnał.
– Jak mocny?
– Najmocniejszy. Musi poczuć knuta i pięść, i zrozumieć, czyja ręka stoi za oboma. Musi zrozumieć, że ma słuchać i wykonywać, i nic ponad to.
– Jeżeli nie jego samego, to…?
– Może być on sam lub ktoś mu bliski.
– Siostra?
– Ta Barczyńska? W sumie załatwi to dwie sprawy: narzędzia i mózgu, który nim kieruje.

Redaktor znowu charakterystycznym ruchem dłoni pogładzi się po glacy. Wystawi koniuszek języka, obślini się. Uda głębokie zastanowienie, wahanie i wypali:

– A co ja z tego będę miał?

Z przerażeniem zauważę, że w tym momencie zdecyduje się to zrobić! Sparaliżuje mnie ta konstatacja na tyle, że tylko żachnę się, odegram zdziwienie takim brakiem rozsądku, brakiem myślenia z jego strony:

– Coś ty taki nieogarnięty? Nie widzisz do czego prowadzi działanie tego rodzeństwa? Kogo Barczyńska wypuści ze szkoły, w dorosłe życie, kogo wychowa społeczeństwu? O takie postawy walczymy? Taki ma być wzorzec socjalistycznego pracownika, członka kolektywu w zakładzie pracy?
– Nie, nie. Nie bierz mnie na takie agitacje – roześmieje się jeszcze raz Demianiuk. – Przejdźmy do konkretów. Sprzedałem ci, panie oficer, ważną dla ciebie informację…
– Odwzajemnię się taką samą monetą.
– Informacją? A jakiej informacji ja potrzebuję jeszcze w tej sytuacji…?
– Napiszesz sobie artykuł z sensacyjnego zdarzenia, które zaskoczy całe miasto i którego nikt się nie spodziewa. Wiesz już przecież, gdzie ono się wydarzy? A to, na czym będzie polegać, akurat ciebie nie zaskoczy – dodam kierowany już tylko ciekawością, licząc na to, że zaraz, teraz zdradzi mi jakieś szczegóły – No, jak zwykle w przypadku twoich felietonów i reportaży – dołożę znacząco i nie bez nuty złośliwości, zirytowany jego milczeniem – Pamiętaj, że ja WIEM.

Demianiuk zrozumie i pytanie i aluzję, chociaż wykaże się zaledwie krótkodystansową błyskotliwością – nadal nie przejrzy całej mojej gry.

– Jak zwykle, powiadasz, panie oficer?
– Za tanio? Czyżby? – postaram się, aby zabrzmiało to jak groźba.

Redaktor w odpowiedzi machnie rękoma, wskazując na coś za mną. Obejrzę się w tamtym kierunku. I w ten sposób nie dowiem się na razie, czy Demianiuk poszedłby na całość? Czy to tylko głupota, która nie da mu zachować racjonalnego spojrzenia, czy po prostu pazerność, tłumiąca wszelkie hamulce i pozwalająca bezstresowo przekraczać każdą granicę?

Przed kiosk zajedzie czarna wołga starego typu i zaparkuje na wolnym miejscu, pomiędzy taksówkami. Z tylnych drzwi wyjdzie w moim kierunku „Duch”. W żadnym wypadku nie powinni się spotkać obaj z Redaktorem. Nie w moim kiosku.

Skinę na mego gościa i Demianiuk błyskawicznie się ulotni.

– Dobrze znasz „Ducha”? – usłyszę jeszcze tylko głos mojego kapitana.
– Cały czas byliście tu obywatelu prokuratorze?
– Tak, oczywiście. I nie ukrywam, jestem rozczarowany. Co z tym twoim planem? Miałem popatrzeć – na co? Napuszczanie tej mendy, to wszystko na co cię stać? Tylko tak potrafisz ratować syna?
– Proszę, zdajcie się na tego sukinsyna. On jest mistrzem kurewstwa…
– Nie tylko on. Uważaj na tego „Ducha”. On pochodzi gdzieś z Rusi zakarpackiej. Zaczynał od spraw słowackich Żydów. Bardzo śmierdzących spraw. Jakoś się wywinął. I potem, jako Niemiec był z banderowcami i wilkołakami. I znów spadł na cztery łapy, wywindował się na aktywistę, aż w końcu wylądował u was, w UB. To wyjątkowa szuja i cwaniak. Chociaż – i to chyba jest najbardziej niebezpieczne – ma bardzo mocne plecy. Bardzo mocne… Nawet ja wszystkiego nie wiem… – jego głos zacznie cichnąć, oddalać się, aż poczuję, iż kapitana już w ogóle przy mnie nie ma. Jego nieobecność odbiorę mocno, ale będę bezsilny.

Tymczasem „Duch” okaże się niezwykle spostrzegawczy.

– Co to, widzę, były odwiedziny ze strony Redaktora? – zagai z głupia frant.
– Ano były – tylko głupi spróbuje zaprzeczyć.

Przybyły pokiwa głową, zamyśli się na chwilę.

– „Caro”, poproszę – rzuci w głąb okienka kiosku, nie ukrywając pod inną mimiką, czy tonem głosu, że będzie to pauza przed czymś poważnym, chwila na oddech, na zastanowienie. Po czym nastąpi burza.

Podam mu niewielkie, niebieskie pudełeczko. „Duch” rozerwie błyszcząca folię, rozedrze miękki papier z białym nadrukiem na niebieskim tle i wyciągnie papierosa z filtrem. Oderwie ten żółtawopomarańczowy kawałek, resztę włoży do szklanej lufki i zacznie szukać po kieszeniach marynarki zapałek lub zapalniczki.

– Cholera… – skwituje całą sytuację. Odwróci się w kierunku swojej wołgi. – Masz za tym kółkiem jakiś ogień? – spyta czekającego cały czas w aucie kierowcę, ale nie da mu nawet jakkolwiek na to zareagować. Znowu odwróci się ku okienku kiosku, klepnie głośno w blat i rzuci do środka – Dawaj stary, chodź na chwilę, klapniemy.

Pewny tego, że wyjdę do niego, zrobi trzy kroki w bok, w stronę ulicy Grottgera i stanie nad ławką. Nerwowo opuka lufkę o nadgarstek wolnej ręki i będzie chciał, podenerwowany, wyjąć niezapalonego papierosa, aby zgnieść go i rzucić na chodnik, sam sobie pod nogi.

Nie spiesząc się wyjdę z kiosku, zamknę drzwi i podejdę do ławki

– Masz, przypal sobie – podam mu zapalniczkę.

„Duch” podniesie na mnie wzrok, pokiwa głową. Pstryknie przyciskiem i umieści wolny koniec papierosa w małym płomyku. Usiądzie w końcu na ławce.

– Gadaj co z tym pedofilem – upomni się niewyraźnie, z lufką między zębami. Nie będzie krył zniecierpliwienia, choć postara się nie okazywać palącej go ciekawości.
– Nic nie wiem o żadnym pedofilu – odpowiem zgodnie z prawdą. I tym go naprawdę już zdenerwuję.
– Co ty mi tu, stary! Kogo ty chcesz wpuszczać w maliny?
– Kiedy nie wiem! Z Redaktorem gadaliśmy o tym Sosińskim i jego siostrze, nauczycielce.

„Duch” rozsiądzie się na ławce. Łapczywie zaciągnie się, dusząc w ten sposób w sobie, ogarniającą go wściekłość.
Siądę zamaszyście, pewny swego, obok niego.

– Czego ty ode mnie chcesz, nic nie wiem o żadnym pedofilu! Wystarczą mi moje kłopoty z tym Sosińskim, z tą Barczyńską i z synkiem. O dupę to wszystko…! – wybuchnę w końcu.

„Duch” spojrzy na mnie zdziwiony, ale ukryje zdziwienie pod maską litościwego niepokoju, troski, chęci pomocy, pewny, że nie dostrzegę jego gry.

– No, stary, gadaj – klepnie mnie po ramieniu. – Wygadaj się, dobrze ci to zrobi.

Sam nie wiem dlaczego, ale opowiem mu na tej ławce historię, w jaką zaplącze mnie ten cały figurant Pułkownika. I o tym, o czym rozmawiałem z Redaktorem. Naprawdę nie wiem czemu? Może nie będę chciał być z tym sam, samemu podejmować decyzji o działaniu przeciw „fabryce”? Czy będę liczył na to, że „Duch” mnie rozgrzeszy? Usprawiedliwi, zapali zielone światło dla ratowania mojej rodziny kosztem lojalności wobec służby?
Ale „Duch” zażyje mnie z zupełnie innej „mańki”. Zupełnie mnie zresztą zaskoczy. Długo będę się po tym zbierał do kupy.

– Zastanawiałeś się jaką cenę wystawi ci Redaktor? Bo chyba nie sądzisz, że zrobi to za dobre słowo? Prędzej ze strachu – masz coś na niego? Co to jest? Wystarczy według ciebie?

Nie odpowiem. Przynajmniej nie od razu. Zaskoczony będę zbierać myśli, gdy nagle z niebieskiego dużego fiata, który na moment zatrzyma się obok wołgi „Ducha”, wyskoczy mniej więcej piętnastoletnia dziewczynka. Trzaśnie drzwiczkami auta, a ono zaraz, z takim jakby delikatnym plaśnięciem opon, odjedzie dalej, skręcając w lewo, w Grottgera. Dziewczynka natomiast kilkoma długimi susami wskoczy na krawężnik i doszlusuje do naszej ławki.

– Michalina? – usłyszę znowu głos mojego kapitana, zanim obaj z „Duchem” zdążymy zareagować na niespodziewanego gościa. – A co ona tu będzie robiła? Przecież to zupełnie nie jej historia! To jeszcze nie jej czas…

Obejrzę się za prokuratorem, ale on pokiwa tylko przecząco głową i gestem wskaże na „Ducha”:

– Patrz lepiej na niego.

Dziewczynka stanie przed „Duchem” i bardzo pewna siebie wyrzuci mu z całej samej siebie:

– To pan? Mam cię!

„Duch” spojrzy na nią zupełnie zaskoczony. Lufka z nadpalonym papierosem spadnie mu na kolana. Nawet nie zauważy tego.

– Papieros, uwaga. Spali ci spodnie – nie bez satysfakcji w głosie ostrzegę go. A on machnie lekceważąco ręką, zapatrzony w dziewczynkę. Jego wzrok będzie pusty, nic nie będzie wyrażać. Przerażenie, nie. Zaskoczenie, zainteresowanie, ciekawość – nic z tych rzeczy. Niema pustka, oczekiwanie na dalszy ciąg, na to co się stanie, wreszcie coraz mniej tajona prowokacja, zachęta dla małej do działania. To ona ma odkryć karty, a mężczyzna rozegra to dalej znając już jej walory.
– Wychowawczyni chciała zabrać mi widokówkę! Tę, którą dostałam od pana… – z wyrzutem pożali się mała.
– Którą?
– Tę z hotelem „Schwarzer Adler” – wyciągnie przed siebie rękę dzierżącą niewielki, sztywny kartonik. „Duch” weźmie od niej na chwilę prezentowany skarb, obejrzy go i uśmiechnie się.
– Ale jej nie oddałaś. Brawo, zuch dziewczyna – spróbuje zmienić charakter rozmowy na nieco mniej dramatyczny, przeskoczyć na żartobliwy ton.

Dziewczynka jednak nie ustąpi. Wyraz jej twarzy pozostanie nie mniej zacięty niż od pierwszej chwili tego spotkania. W oku pojawi się łza, choć ton jej głosu nie odda tej chwili słabości, bezradności. Pozostanie niezłomny, wymagający. Nieustępliwy, ale bez nadmiernej zadziorności:

– Powiedziała, że pan jest przestępcą, a ja wspólniczką!
– Przestępcą, dlaczego?
– Bo to jest hitlerowska widokówka, a wszystko co niemieckie, to faszystowskie!

Mężczyzna znowu delikatnie uśmiechnie się, będzie już zupełnie spokojny:

– A co to, według ciebie, znaczy faszystowskie?
– Wychowawczyni mówi, że tym powinna zająć się Służba Bezpieczeństwa. Nie boi się pan mnie do tego wciągać?

Gdyby „Duch” kiedykolwiek śmiał się, akurat w tym momencie pewnie roześmiałby się pełną gębą. Ale on tylko podejmie kolejną grę:

– Czy ja się boję SB?
– Pan odwraca kota ogonem. Czy wciąga mnie pan w jakieś przestępstwo?
– Tego was nadal uczą w szkole?
– Czego?
– Tego, że każdy kontakt, to wroga działalność? Każdy pamiątkowy, historyczny przedmiot, to szpiegowskie wyposażenie? Zresztą, nieważne.

Michalina będzie patrzyła nic nie rozumiejącym wzrokiem. Zaskoczona, na chwilę zamilknie. Pokręci głową. Potem i tak „Duch” nie dopuści jej jeszcze długo do głosu:

– Spodobała ci się ta pocztówka?

Dziewczynka potwierdzi skinieniem głowy.

– Czy dlatego, że pokazuje ciekawą historię tego regionu? No widzisz – sam sobie odpowie i dalej wszystko wytłumaczy – Przed 1945 rokiem były tu Niemcy, Zielona Góra nazywała się Grünberg i była miastem niemieckim. Od 1933 roku hitlerowskim, bo takie były całe Niemcy. Jeżeli chcesz dokumentować wydarzenia w tym mieście przed wojną, historię życia tutejszych ludzi, zawsze to będą niepolskie dokumenty, tylko niemieckie, hitlerowskie.
– Od dawna znasz tę dziewczynkę? Jak się poznaliście? – nagle zaświta mi w głowie coś zupełnie nie do pomyślenia, na wskroś tak złego, że aż nie do wyobrażenia. Budzącego odrazę.

Ale odpowiedzą na to oboje na raz, tak spontanicznie i z taką dozą niewinności, zadowolenia, satysfakcji, że te domysły prysną niczym bańka mydlana. Kto wie, może znikną zbyt szybko, może należałoby to dokładniej przeanalizować? Lecz stanie się tak i nie inaczej i nic tego nie zmieni.

– Pan był w fabryce mebli w Świebodzinie, gdy my przyszliśmy tam na wycieczkę…
– Michalina wychowuje się w domu dziecka… I interesuje się tym, co dawniej budowano na Ziemi Lubuskiej i jak, i dlaczego?
– I co zostało z tego do dzisiaj?
– Porozmawiałem z radą zakładową, aby ufundowali jej książeczkę mieszkaniową.
– I pan mi powiedział, że jest kolekcjonerem. Zbiera stare widokówki. I pokazał mi taką, na której był hotel, gdzie zbierały się władze kolei z Zielonej Góry do Szprotawy…

W tym momencie ja zaśmieję się serdecznie a bez żadnego skrępowania. Wskażę ręką przed siebie, wyjaśniając:

– To był hotel „Schwarzer Adler”. Dzisiaj też jest tu hotel, tylko, że orzeł zmienił kolor. To hotel „Pod Orłem”, oczywiście białym… Masz go przed sobą, o, tutaj, patrz.

Michalina porwana swoją pasją obróci się w stronę budynku po drugiej stronie ulicy Sikorskiego. Przez dłuższą chwilę będzie porównywać widokówkę, trzymaną w wyciągniętej na wysokości oczu ręce, z realnie stojącym przed nią gmachem. Będą ochy i achy, oznaki zaskoczenia i entuzjazmu z dokonanego odkrycia, odnalezionych podobieństw. Zdawkowe komentarze do różnic w szczegółach, do zmian jakie zaszły w ciągu tych kilkudziesięciu lat w zewnętrznym wyglądzie hotelu.

– Kolekcjonujesz takie rzeczy? – spytam z nie udawanym zaskoczeniem. Nikt, aż do tamtej chwili nie będzie znał go od tej strony. Przynajmniej ja, ani nikt, z kim o nim rozmawialiśmy.
– Tak samo, jak ty znaczki. Mało razy przywiozłem ci hitlerowskie serie? – odpowie „Duch”.
– Zawsze będę ci za nie dozgonnie wdzięczny. Zebrałem już też do końca całą przedwojenną Litwę, Łotwę i Estonię – nie dam rady powstrzymać potrzeby pochwalenia się sukcesem osiągniętym po latach starań i wyrzeczeń.
– To tak samo niebezpieczne, jak te przedwojenne pamiątki i dokumenty stąd… Nie ma i nigdy nie było takich państw, które przed chwilą wymieniłeś… Przynajmniej według towarzyszy radzieckich, skąd więc takie znaczki, stary? To tylko wroga propaganda, walka z systemem…
– No tak.
– W NRD zżera ich panika jeszcze do dzisiaj. Tam patrzą na to, jak u nas przed pięćdziesiątym szóstym… Mam w Berlinie takiego zaufanego sklepikarza. Zawsze jak do niego zachodzę, zamyka sklep, dokładnie rozgląda się po ulicy, czy nikt tego nie widzi i bierze mnie na zaplecze. Żadnych okien, światło tylko elektryczne, przyciemnione. Rozumiesz, z przodu znaczki z demoludów, etykiety od zapałek, widokówki z Marksem, a od zakrystii… Te twoje znaczki z Hitlerem, moje pocztówki, bilety, karty przewozowe z fabryk Grünbergu, Sprottau, Sorau, Schwiebus i co tylko chcesz. I ciągły strach przed STASI. Tam można za to pójść na dwadzieścia lat…
– U nas też panuje zmowa milczenia o tym okresie.
– Nie gadaj, tu nie ma czego porównywać. U nas po prostu odzywa się trauma okupacji. Co najwyżej zaczną na ciebie krzywo patrzeć w pracy, stracisz paru przyjaciół jako krzewiciel tej znienawidzonej niemczyzny, ale nikt nie będzie o tym donosił do SB.
– No, a ta wychowawczyni Michaliny z domu dziecka?
– To wyjątek. Unikalny relikt w dzisiejszych czasach. Szczególnie po otwarciu granicy z NRD. Ludzie przywożą stamtąd nie tylko pornosy, buty, miksery i kolejki elektryczne, ale też coraz więcej pamiątkowych bibelotów, landszafty z jeleniem, popielniczki z różnymi Grünbergami, stare odznaki, szpargały… Siły kolekcjonowania, tak jak pociągu do hazardu i pornografii nie zdusi żadna władza, nie wypleni najlepszy system społeczny. Wiesz, co się dzieje na Pradze, na ciuchach…? Ludzie tego potrzebują, trzeba im zatem na to pozwolić, a śrubę przykręcać gdzie indziej, tam gdzie to jest ważne i rzeczywiście groźne dla państwa. A stare papierzyska z portretem faceta z wąsikiem na dnie szuflady nie są dzisiaj już dla nas takie, stary.

Michalina wróci do nas, niemal podskakując z wrażenia.

– To cudowne tak porównać stary widok z kartki, z tym jak to wygląda dzisiaj.
– Jak chcesz, to możesz mi oddać tę pocztówkę. Chyba mam w aucie inną, z tego twojego Schwiebus. Tak się wtedy nazywał Świebodzin. Nawet na kartce przekreślono niemiecką nazwę i piórem napisano ją po polsku. Tej twojej wychowawczyni z domu dziecka się spodoba…

Dziewczynka odskoczy na trzy kroki od ławki. Pocztówkę z hotelem przyciśnie do zarysowujących się już jej obficie pod swetrem piersi.

– Nie, niech zostanie u mnie. Świebodzin nie jest moim miastem, ja tam jedynie na razie jestem. A będę zbierać tylko widokówki z Zielonej Góry i Grünberg. I kiedyś tu przyjadę, na stałe. Będę stąd…
– No widzisz, stary? – „Duch” z szacunkiem skomentuje postawę młodej Michaliny, po czym szybko zmieni temat. – No, towarzyszu Makarewicz, widzicie jak to jest. My tu gadamy, a czas w drogę. Opowiesz mi o tej akcji z pedofilem następnym razem. Może będą już jakieś efekty, a nie tylko plany?
– Od razu do Warszawy?
– No, prawie. Mam tu jeszcze jedną akcję, którą poniekąd koordynujemy, choć z daleka i bez wpływu na szczegóły. O, i ta pocztówka ze Schwiebus mi się przyda. Będzie znakiem rozpoznawczym do jej rozpoczęcia…
– A…
– Ta twoja sprawa? Ja bym robił. Dla mnie to też najważniejsze, rodzina. A ty do tego ją masz… Nie to co ja, czy inni stamtąd, tam od nas… Popaprany los, popaprana ziemia. Nie, nie ma nic bardziej cennego dla mężczyzny, szczególnie teraz, gdy wszystko się wali… – zawaha się, czy to nie będzie o trzy słowa za dużo i zamiast dokończyć, zaasekuruje się, rzuci ostrzeżenie: – Ale to tylko tak prywatnie. W razie czego nie licz na nic, na żadną taryfę ulgową. Miej też coś w zanadrzu, dla przeciwwagi. Dla nas.

Odejdzie w stronę swojej wołgi. Przed wejściem do środka jeszcze zawaha się. Zawróci. Ściszonym głosem doda ostatnie zdanie i szybko wsiądzie do samochodu. Ruszy, odjedzie, zniknie.

– Pamiętaj, co ci powiedziałem o Redaktorze. Nigdy nic nie jest darmo. Cena, dowiedz się o cenę… Zanim będzie za późno.

I wtedy wrócę do kiosku.

Czekając na boga luk

Poprosiłam autora, żeby napisał coś na temat boga luk (God of the Gaps), a on przysyła już drugi wpis, gdzie nie ma ani słowa o tej istocie (pierwszy był TU). Jednak nie należy się niecierpliwić, a zatem po prostu czekam i Wy ze mną…

Jedyna informacja na temat Boga, jaką ostatnio dostałam od Autora, brzmiała tak:

Karol Olgier Borchard w swej najsłynniejszej książce, Znaczy kapitan, opisuje jak to oficerowie Batorego sprzedawali statek ortodoksyjnym Żydom na czas szabatu. Żydzi mieli problem, że na czas szabatu będą poza domem. Wtedy rabin im doradził, by na ten czas kupili statek. Gdy sprawa się wydała, kapitan Mamert Stankiewicz zrobił im awanturę. „To, że oni oszukują swojego Boga, to ich sprawa, ale że moi oficerowie pokątnie handlują moim statkiem, to jest niedopuszczalne”.

Dawid Hadar mówił mi, że Bóg jest już stary, słabo słyszy i niedowidzi można go oszukiwać.

Ale stary Bóg i bóg luk to chyba nie jest ta sama istota, bo bóg luk musi jednak sprawnie wskakiwać wszędzie, gdzie akurat okaże się potrzebny, i musi tam robić to, co do niego należy.

Tabor Regresywny

Podobno Napoleon swoje sukcesy zawdzięczał pewnej modyfikacji szyku marszowego. W normalnym wojsku szyk marszowy wygląda tak; najpierw idą zwiadowcy, za nimi awangarda czyli straż przednia, dalej główna kolumna, a za główną kolumną ariergarda, czyli straż tylna. Zadaniem ariergardy jest wyłapywanie dezerterów. Nie ma się co dziwić, niektórzy mając dość wojny, tęsknią za dziewczynami z rodzinnej wsi i uciekają. Napoleon wprowadził między główną kolumnę a ariergardę markietanki. Liczba dezercji istotnie spadła, a zapał do walki wzrósł.
Sukces Sobieskiego pod Wiedniem polegał na tym, że husaria ruszyła na Turków od strony Lasu Wiedeńskiego, przeleciała przez obóz turecki i znalazła się na tyłach wojsk tureckich, mając harem Kara Mustafy za plecami. Turcy nie mieli szans.
Ale do rzeczy. Na czele pochodu cywilizacyjnego kroczą fizycy. Za nimi awangarda inżynierów i wynalazców, przekuwająca odkrycia fizyki na pożyteczne wynalazki. Dalej idzie lud produkująco-konsumujący te wynalazki. Niestety zdarzają się dezerterzy z tego triumfalnego pochodu, malkontenci którym nie w smak jest postęp cywilizacyjny. Kierowani jakimiś bliżej nieokreślonymi tęsknotami, próbują się wyłamać. Pochód zamykają psychiatrzy, który z większym lub mniejszym skutkiem przywracają dezerterów zdrowemu społeczeństwu.

Okazało się, że jeśli między lud produkująco-konsumujący a psychiatrów wstawić artystów, to dezercji będzie mniej. Marketanki dawały żołnierzom namiastkę miłości i to wystarczało, by żołnierze zapominali o dezercji. Czy artyści też dają namiastkę czegoś? Czego?

Zwiadowcy
Straż przednia
Główna kolumna
Markietanki
Straż tylna
Fizyka
Technika
Produkcja
Sztuka
Psychiatria

***

Wymówka pogodą też powoli przestaje być aktualna. Pozostał problem z obostrzeniami sanitarno- epidemiologicznymi. Obawiam się, że scrabble nie zrobią wrażenia na granicy. Trzeba by coś wymyśleć, czymś się wyłgać.

Rozwój pandemii i coraz bardziej wątpliwa skuteczność szczepień wskazują na to, że trzeba będzie wrócić do starych sprawdzonych sposobów radzenia sobie z epidemią i innymi chorobami.
W średniowieczu gdy panowała dżuma, Europę przemierzały pielgrzymki biczowników. Można by do tego wrócić, ale jest to sposób mało estetyczny, promujący przemoc i mogą być problemy z chętnymi. Innym sposobem stosowanym w prymitywnych społecznościach, które nie wiedziały nawet o istnieniu lekarzy, nie mówiąc już o koncernach farmaceutycznych, było szukanie odpowiedzi na pytanie – co takiego wydarzyło się w naszej społeczności, do jakiego naruszenia ładu kosmicznego doszło z naszej winy na ziemi, że pojawiła się choroba? To podejście, wydaje się, bardzie pasuje do współczesnego świata, szczególnie w świetle Młodzieżowego Strajku Klimatycznego. Już widzę te międzynarodowe konferencje, z których nic nie wynika, te szczyty unijne, w czasie których elita intelektualna nie jest w stanie ustalić nawet porządku obrad. Tych utytułowanych ekspertów, wydających sprzeczne opinie.
Nie, to się nie uda, lepiej wrócić do biczowania. Będzie szybciej i taniej. Niestety w 1345 roku papież Klemens wydał bullę, w której zabronił biczowania. Można by biczowanie zastąpić czymś innym, na przykład wędrówką połączoną ze zbieraniem śmieci. Może znajdą się chętni. Chyba tego nam nie zabronią? Nie wiem tylko czy to poskutkuje, ale można spróbować.
Czyli: Wypada mi dostarczyć “Kawkę” do Berlina, zbierając po drodze śmieci i uwzględniając sytuację politycznie-epidemiologiczną.

Bal przebierańców na obozie stowarzyszenia “Pod klonowym liściem”. Największą furorę zrobił Wiatrak.

Najnowsze doniesienia w sprawie szczepionek:

15.02.2021 Na WP jest artykuł “Miały czekać w magazynach. Co dzieje się z drugimi dawkami?”
***
15.02.2021 Tylko rząd Baratarii zachował zimną krew. Sprzedał drugą dawkę szczepionki A na wirusa A za podwójną cenę i za te pieniądze kupił dwie dawki szczepionki B na wirusa B, który wypiera wirusa A. Po podaniu pierwszej dawki drugą sprzeda i kupi dwie dawki na wirusa C. Genialne.

Z wolnej stopy 35

Zbigniew Milewicz

Portret człowieka praktycznego

Kończąc dwa tygodnie temu wpis o dekomunizacji, wspomniałem, że zawdzięczam generałowi Ziętkowi mieszkanie, ale przemilczałem, że poniekąd również moje pierwsze małżeństwo.
Po co wom ajncla? – zapytał. – Wiecznie kawalerem nie bydziecie, mocie jako narzeczona?
– Narzeczonej jeszcze nie, ale mam sympatię – odparłem.
W rodzinnym domu od dziecka starano się mówić ze mną “czysto po polsku” i chociaż znałem śląską gwarę, jak ktoś godoł do mnie, automatycznie włączał mi się język literacki. Wiedziałem, że robię błędy, mówiąc po śląsku, dlatego przy rdzennym Ślązaku nigdy nie odważałem się na gwarę i tak mam do dzisiaj, ale to już odrębny temat.
Singlom w PRL-u przysługiwała przepisowo tylko spółdzielcza kawalerka, żonatym – dwupokojowe mieszkanie, więc po zastanowieniu dodałem, że myślę o tym, żeby się dziewczynie oświadczyć, co niestety nie było prawdą. Moje relacje z Kasią były tylko bardzo przyjacielskie, jednak życie zawsze wymaga ofiar. Musiałem więc przyrzec wojewodzie, że się z nią ożenię, bo inaczej nie poparłby mojego podania do „Górnika“ o wcześniejszy przydział mieszkania.
Generał słynął z pedantyczności i punktualności. Umówiony byłem na audiencję na ósmą rano, podpowiedziano mi w redakcji, żebym za wcześnie nie przychodził, bo tego nie lubi, ale spóźnialskich w ogóle nie tolerował, więc zameldowałem się w jego sekretariacie z kilkuminutowym wyprzedzeniem. Siwowłosa, schludna sekretarka o wyglądzie angielskiej bony, otaksowała mnie wzrokiem, chyba zaakceptowała wybór garnituru z elany, krawat i biel koszuli, wskazała mi krzesło i kiedy wskazówki stojącego zegara doszły do ósmej, jej szef stanął w progu gabinetu i zaprosił mnie do środka. Wnętrze urządzone było staromodnymi, ciemnobrązowymi meblami z dębu, w rozmiarach okazałych, jak on sam. Chociaż już wiedział, zapytał uprzejmie, z czym do niego przychodzę i skąd pochodzę, zatrzymał się na chwilę przy dziadku Erwinie i przeszedł do rzeczy. Rozmowa trwała krótko. Podpisał się pod moim podaniem tą swoją charakterystyczną choinką, ale zanim wyszedłem z gabinetu, jeszcze raz żartobliwie uprzedził:
Ino bez cyganienio z tym ślubem, bo wos znojda!


Jerzy Ziętek ( 10.VI.1901 – 20.11.1985) w karykaturze, ze swoją słynną “choinką”. Z archiwum Biblioteki Śląskiej.

Tak się złożyło, że później czasami obsługiwałem jego gospodarskie wizyty w regionalnych zakładach pracy, wraz koleżeństwem z innych redakcji. Z jego inicjatywy podstawiano autobus dla dziennikarskiej ekipy pod Urzędem Wojewódzkim przy Jagiellońskiej i punktualnie o ósmej rano wyruszaliśmy w teren. Każdy dostawał coś w rodzaju broszury z podstawowymi danymi na temat marszruty, zakładów, które mieliśmy zwiedzić i ich osiągnięć. Opracowania te zawierały różne dane techniczne, liczby i daty, więc nie musieliśmy później na miejscu wszystkiego gorączkowo notować ani nagrywać na magnetofony, dzięki czemu unikało się wielu błędów. To był wczesny pijar, cenna nowość w pracy dziennikarskiej. Jakże inaczej wyglądała obsługa partyjnych narad w sąsiednim Białym Domu, którym rządził cysorz, Zdzisław Grudzień; ten mówił zawsze z kapelusza i nigdy nie było wiadomo, o co mu chodzi. Na szczęście bardzo rzadko mnie tam posyłano.

Przy budowie Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku

Po części oficjalnej w każdym odwiedzanym przez nas zakładzie pracy odbywał się poczęstunek – skromniejszy, lub wystawniejszy, ale zawsze dobrze zakrapiany. Każdy dyrektor i kierownik chciał pod tym względem dobrze wypaść, ale nie zawsze trafnie odgadywał gusta konsumpcyjne przybyłych gości.
Pamiętam, że w jakimś kombinacie ogrodniczym w Częstochowskiem, na ustawionych w podkowę stołówkowych stołach, obok śledzi w śmietanie i golonek stanęły butelki bałkańskiego winiaku. Jorg spojrzał na nie krytycznie i zapytał głośno a bezosobowo: czy ktoś z wos lubi koniak? Na to sala odpowiedziała zgodnym chórem: nie, czystą! Słyszycie? – zwrócił się do gospodarzy. Oczywiście życzeniu temu w mig stało się zadość.
Jego osobistym asystentem był człowiek o nazwisku Ulfik, o którym niewiele wiem. Po którejś z gospodarskich wizyt, przy zastawionym stole, tenże przyboczny nalał pierwszy kieliszek swojemu szefowi, a Jorg trąca go kryką i pyta rozeźlony: toś ty zapomnioł, że jo ino jednego pija? Asystent bez słowa zamienił kieliszek na szklankę, napełnił ją wódką, na co Jorg udobruchany: tak, to rozumia. Lubił zakąszać szprotkami, o czym Rysiek Miemiec z Trybuny Robotniczej nie wiedział. Po którymś toaście sięgnął widelcem w stronę rybek, ale Ziętek był szybszy, przyciągnął półmisek do siebie i warknął na konkurenta: łone som moje!
Nie lubił sztywniactwa, był bezceremonialny i tych anegdot o nim jest dużo. Potrafił walnąć kryką w stół, nie przebierał w słowach. Kiedy na jakimś oficjalnym posiedzeniu, w którym uczestniczył Piotr Jaroszewicz, znudziło go przydługie wystąpienie premiera, powiedział do mikrofonu, przy pełnej sali: nie pieprzcie już, towarzyszu!
Niechętnie mówił o swoich prywatnych sprawach. Zamknięty w sobie, nieufny, umiał szybko „poznać się na człowieku”, starannie dobierał swoich współpracowników – był wobec nich lojalny. Budził respekt. Nie znosił kłamstwa, jak już wspomniałem wcześniej – spóźnialstwa, a także donosicielstwa i partactwa.

Zdzisław Grudzień, Jerzy Ziętek, Edward Gierek

Kiedy otwierano z pompą Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, niezadowolony powiedział organizatorom uroczystości: ale sam pierona czegoś ważnego brakuje…
Zaczęli jeden przez drugiego dociekać, co generał może mieć na myśli, a ten tylko kręcił przecząco głową i w końcu wypalił: sam żodnych haźli nie ma, kaj majom ludzie iść, jak im się zachce?
Rzeczywiście o toaletach w parku zapomniano i błąd ten budowlani musieli szybko naprawić.

Pod koniec lat sześćdziesiątych w Radzionkowie otwierano filię Bytomskich Zakładów Odzieżowych. Po części oficjalnej, gdy Ziętek przeciął już wstęgę, goście przeszli do dużej sali, gdzie czekał posiłek. Wojewoda rozejrzał się, spojrzał na sufit i zapytał stojącego obok dyrektora. – Wyście to budowali? – Tak jest generale – z zadowoleniem odpowiedział zagadnięty. – To jo wom powiym. Jak moja starka obciepywała sufit, to robiła to równiej – skwitował Ziętek.

Nie cierpiał malkontentów.W gospodarce planistycznej, winą za niepowodzenia wykonawcze obarczano zwykle tzw. trudności obiektywne, takie, jak sztywne przepisy, brak materiałów i niedostatek siły roboczej, a Ziętek miał niezaspokojone ambicje budowlane. Kiedy więc na pewnej naradzie dyrektorzy budów po raz kolejny tłumaczyli się przed nim z niewykonanych zadań i po staremu narzekali na zły kodeks, podsumował: – No ja, mocie racja. Przepisy trudno zmienić, ale dyrektora łatwo.

Od tamtej pory podobno budowlanka na Śląsku i w Zagłębiu zaczęła lepiej pracować.

W 2001 roku, z okazji setnej rocznicy urodzin Jerzego Ziętka (10 czerwca tego roku minie 120 lat), nakręcono o nim film dokumentalny w reżyserii Grażyny Ogrodowskiej i Leszka Furmana, p.t. Jorg. Próba portretu. Drugi z kolei; pierwszy powstał za życia bohatera, w 1978 r., w reżyserii Antoniego Halora i nosił tytuł Człowiek z laską, czyli portret człowieka praktycznego. Próbowałem znaleźć w sieci najpierw jeden, później drugi, żeby dołączyć linka do tego wpisu, niestety bezskutecznie. W Internetowej Bazie Filmu Polskiego znalazłem natomiast ciekawy, pisemny szkic do nowszej z produkcji, oto jego fragmenty:
„W czasie, gdy obalano pomniki, w 1992 roku, 26 tysięcy osób z lewicy i prawicy, głosowało na Ziętka – jako na „Ślązaka stulecia”. J. Ziętek (…) przedwojenny sanacyjny urzędnik, powstaniec śląski, wyrzucony z partii, potem członek KC, wojewoda walczący ze Zdzisławem Grudniem, przyjaciel Edwarda Gierka, makiaweliczny „lis i lew”, dyplomata, działający niekonwencjonalnymi metodami jak na owe lata. Film ukazuje dokonania J. Ziętka (…) Sprawy osobiste, ważne dla ludzi załatwiał szybko i „od ręki”. Słynna choinka – podpis Ziętka, widnieje na niejednym dokumencie przyznającym samochód, mieszkanie, zamianę lokalu, budowę domu. Gdyby nie upór, przebiegłość i, dziś powiedzielibyśmy, zdolności menedżerskie – nie byłoby Spodka. Pod koniec życia, w Ustroniu pytał smutnie z rzadka odwiedzających go przyjaciół: jak tam mój Spodek? stoi jeszcze, abo mi go już wyburzyli…? Nigdy nie przekroczył prawa, ale balansował na krawędzi przepisów, wykorzystywał luki prawne i nieścisłości. Tworzył fundacje, przelewał środki finansowe z papieru na papier, zabiegał o dofinansowywanie inwestycji w Warszawie.
Niezwykle inteligentny, nie miał wyższego wykształcenia „ino przedwojenna matura!” Szanował za to specjalistów, nie udawał nigdy, że zna się zna wszystkim, kiedy nie rozumiał czegoś, kazał sobie tłumaczyć. Niektórzy nazywają go „cynicznym graczem politycznym”, faktem jest, że umiał się dostosowywać do obowiązującego stylu politycznego. Przedwojennego śląskiego działacza sanacyjnego polecił w partyjne szeregi PPR ortodoksyjny komunista, Zagłębiak – gen. Aleksander Zawadzki. Jako naczelnik Radzionkowa (przed wojną – przyp. Z.M. ) Ziętek kazał aresztować profilaktycznie radzionkowskich komunistów – „bo to były okropne charaktery”. Znana była głęboka niechęć Zdzisława Grudnia do śląskiego wojewody, niechęć odwzajemniana. Jest fragment filmu z odwołania Ziętka ze stanowiska Wojewody – oficjalnie z powodu złego stanu zdrowia, choć wszystkim wiadomo było, że tak zatryumfował Grudzień. Generał wygląda tam na człowieka, który przegrał. Dziś wiadomo, że Ziętek nie przegrał. Stoją jego pomniki: Spodek, Ustroń, Repty, Park Śląski, Planetarium Śląskie, centrum Katowic, Nowe Tychy, osiedla mieszkaniowe, leśny pas ochronny, szkoły, drogi. Pamiętają Go ludzie”.
Reżyser Kazimierz Kutz powiedział o nim: “z administrowania w nienormalnym systemie uczynił sztukę”.

Gdy Jerzy Ziętek był już na politycznej emeryturze, sprzeciwiał się reformie administracyjnej z lat 70 i powołaniu nowych województw tłumacząc, że łatwiej utrzymać w ryzach 17 koni niż 49. Tamta reforma doprowadziła do rozrostu aparatu urzędniczego.
Swoją opowieść o Jerzym Ziętku zakończę jego wojennymi losami, o których wiem najmniej. Po agresji Niemiec na Polskę został ewakuowany wraz z innymi urzędnikami województwa śląskiego na wschód kraju, na tereny które po 17 września 1939 r. zostały zaanektowane przez sowietów. Zamieszkał we Lwowie, gdzie pracował jako portier. Deportowany latem 1940 r., trafił do obozu pracy w Rybińsku nad Wołgą, gdzie przebywał do jesieni 1941 r. Tam, po podpisaniu układu Sikorski – Majski, doczekał amnestii. Z Rybińska jedzie na Kaukaz, gdzie pracuje m.in. w fabryce octu, niedaleko Groznego. W czerwcu 1943 r. wstępuje do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR i dostaje skierowanie do szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu. Po jej ukończeniu powierzają mu stanowisko zastępcy dowódcy 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta; w styczniu 1945 r. wraca do Katowic. Tu, Z wolnej stopy 32, rozpocząłem o nim pisać, koło się zamknęło.

Katowiczanie tłumnie odprowadzili Wojewodę na cmentarz przy ul. Francuskiej

Frauenblick: Meine Lektüren

Monika Wrzosek-Müller

Es hat sich so ergeben, dass ich über die Jahre viele Bücher von Schriftstellern aus dem ehemaligen Osten (DDR) gelesen habe. Schon vor längerer Zeit lasen wir alle den Roman Turm von Uwe Tellkamp und dann sahen wir uns den Film und verschiedene Versionen und Bearbeitungen für die Bühne in Theatern an (ich: im Hans Otto Theater Potsdam und im Staatsschauspiel Dresden). Das waren die Jahre um 2010; die Stücke und der Film haben dem Text, streckenweise lang und sehr gestreckt, gut getan und ihn im wortwörtlichen Sinne anschaulich gemacht. Trotzdem ist es ein großer Bildungsroman mit vielen Vorbildern, ein Schlüsselroman weit und breit angelegt, so dass, die Wende, die Umstande der friedlichen Revolution für viele nachvollziehbar und klarer wurden.

Dann kam für mich der Roman Kruso von Lutz Seiler, so um 2014, der den Bogen der Geschichte weiter spannte. Doch immer drehte sich die Handlung um die Wende und die Wiedervereinigung, den Sinn und den Preis, die die Gesellschaft der DDR dafür zahlen musste. Schon in diesem Roman (es folgt nämlich das nächste Werk: Stern 111) habe ich mit Begeisterung Seilers Beschreibungen der Zustände kurz vor der Wende gelesen, die in der sprachlichen Korrektheit mit leicht surrealen Zügen dargeboten wurden. Der Schriftsteller schaffte einen Mikrokosmos auf der Insel Hiddensee, in dem er seine Helden agieren ließ. Mir fielen besonders die geografische Genauigkeit der Beschreibungen auf, so dass der Leser die Topografie der Insel Hiddensee vor Augen hatte, die Entfernungen einschätzen, das Gelände, die Natur fast sehen konnte. Hier kamen ebenfalls viele Inszenierungen sowohl in Hans Otto Theater, in Leipzig etc…hinzu, als auch der von derselben Produktionsfirma wie bei Turm gedrehte Film, für den derselbe Autor Thomas Kirchner das Drehbuch geschrieben hat. Mich haben Seilers poetische, eigenwillige Sprache und der Zugang zur Realität sehr fasziniert; seine Welt ist magisch, existiert und spielt nach eigenen Gesetzen.

Erst vor kurzem las ich Romane von Ingo Schulze; ich kämpfte mich durch den von Literaturkritikern als „ultimativen Wenderoman“ verschrienen Werk: Neue Leben. Die Jugend Enrico Türmers in Briefen und Prosa. Herausgegeben und kommentiert und mit einem Vorwort versehen von Ingo Schulze (2005). Chronologisch gesehen war er vor dem Turm erschienen, hat aber damals nicht so viel Aufsehen erregt, auf jeden Fall wurde er nicht verfilmt. Ingo Schulze verarbeitet literarisch seine eigene Biografie, so kommen in dem Werk hauptsächlich die Helden aus dem Milieu der Intellektuellen, Schreibenden, Zeitungsmacher, Kritiker vor. Der Held Enrico Türmer des fast 800 Seiten dicken Romans schreibt Briefe an seine Schwester, Verotschka, einen Jugendfreund, Jo, und seine Geliebte, die bundesdeutsche Fotografin Nicoletta; Ingo Schultze (bemerken wir hier die Anspielung auf Ingo Schulze) gibt sie mit entsprechend übertriebenen und eitlen Anmerkungen heraus und das alles in dem berüchtigten Jahr 1989. Dabei macht sich der Autor über das ganze Milieu der Schreiberlinge, Literaturkritiker, Intellektuellen etwas lustig und verspottet sie. Mir persönlich wäre der Roman um einige Briefe weniger, sprich kürzer, lieber, doch die Fragen: „Auf welche Art und Weise kam der Westen in meinen Kopf? Und was hat er darin angerichtet?“, die sich der Held stellt, bleiben nicht nur auf die Ostdeutschen begrenzt, sondern sie betreffen viele, die nicht hier (im Westen) aufgewachsen sind. Und so, trotz der sanften Langeweile, die sich beim Lesen einstellt, ist es ein wichtiger Roman, der die Wiedervereinigung in Licht und Schatten zeigt, denn am Ende sind die Helden nicht zum Aufbruch bereit, eher stehen sie vor Trümmerhaufen, auch wenn sie dies sich selbst zu verdanken haben. Es gibt wunderbare Sätze über das Verhältnis Ost-West, die ich hier zitieren will: „Die Westsachen waren wie Mondgestein, entweder wurden sie einem geschenkt, oder sie blieben unerreichbar. Mit den Verwandten im Westen war es genauso wie mit dem lieben Gott und dem Herrn Jesus, die hatten einen auch lieb, obwohl man sie gar nicht kannte und nie zu Gesicht bekam.“ Und eine längere Passage, anlässlich der Weihnachtsbesuche der Eltern des Helden: „Im Westen wurden die Straßen unterirdisch beheizt, die Tankstellen schlossen nie, und weil die Leute im Westen gar nicht mehr wußten, was sie noch schöner machen sollten, hackten sie aus lauter Spaß die Straßen wieder auf, die sie gerade erst mit Asphalt überzogen hatten. Über jedem Geschäft, über jeder Tür blinkte Reklame, weshalb die Nächte taghell blieben und von einem Verkehr durchflutet waren wie bei uns nicht einmal nach der Maidemonstration. Trotzdem bekam man im Westen in der Straßenbahn, im Bus oder im Zug immer einen Sitzplatz. Im Westen duftete das Benzin wie Parfüm, und die Bahnhöfe glichen tropischen Gärten, in denen man den reisenden wundervolle Früchte darbot. Im Westen trug man in der Schule lange Haare und Jeans und kaute Kaugummis, mit denen sich kopfgroße Blasen machen ließen. Außerdem lag der Weltmarkt im Westen. Ich wußte nicht, wo genau, auf jeden Fall aber im Westen. Öffnete man denn nicht bei dem O von Ost den Mund wie ein Tölpel? […] Osten klang nach bewölktem Himmel und Omnibus und Baugrube. Westen nach Asphaltstraßen mit gläsernen Tankstellen, nach Terrassen mit Strohhalmgetränken und Musik über einem blauen See. Städte mit Namen wie Cottbus, Leipzig oder Eisenhüttenstadt konnten einfach nicht im Westen liegen. Wie anders klang dagegen Lahr, Karlsruhe, Freiburg oder Garching….“ Ich könnte weiter zitieren, weil diese Spitzfindigkeit und Ironie wunderbar die Lage und Vorstellungen der zwei Welten, die aufeinander prallten, beschreibt.

Von denselben Autor las ich gerade den neuen Roman Die rechtschaffenen Mörder von 2020. Zwar schreibt der Autor im Klappentext der Fischerausgabe, dass es eine Erzählung „über das Lesen und die Leser“ und „eine Liebeserklärung an das Papierbuch“ werden sollte, doch es ist wieder ein Roman über den Übergang, die Wende und das sich Zurechtfinden in der neuen Wirklichkeit. Aber handelt das Buch wirklich davon, ist es nicht eine Entfremdung der Entfremdung, Zweifel über Zweifeln das Thema? Denn der Roman ist in drei Teile geteilt und in jedem dieser Kapitel wird die Geschichte aus einem anderen Blickwinkel erzählt. Es beginnt wie ein Märchen: „Im Dresdner Stadtteil Blasewitz lebte einst ein Antiquar, der wegen seiner Bücher, seiner Kenntnisse […] einen unvergleichlichen Ruf genoss. Nicht nur Einheimische suchten ihn auf…“. Der Roman handelt von einem Antiquar und einem Antiquariat. Der Sohn einer Antiquarin, Norbert Paulini alias „Prinz Vogelfrei“, eröffnet 1977 einen Laden und führt ihn zum Erfolg; mit einem Lesesalon, einem Treffpunkt für alle an Literatur und dergleichen Interessierten, darunter für die vielen Dissidenten, mit Beschaffung von Literatur, die eigentlich in der DDR nicht zu haben war. So wird er zum bekannten, geschätzten Bürger. Dann heiratet er eine eher einfache, doch sehr resolute und gut organisierte Frau, eine Friseurin Namens Viola, mit der er einen Sohn hat. Da kommt schon die Wende und sein Antiquariat geht den Bach runter; die Bücher werden nicht gelesen, man kann alle Werke überall kaufen, auch die schöneren Ausgaben. Die Villa, in der er seinen Laden hat, wird den ehemaligen Eigentümern aus dem Westen zurückgegeben. Es stellt sich heraus, dass seine Frau als IM Berichte über die Treffen im Antiquariat verfasst hat. Er lässt sich scheiden und lebt alleine. Die Jahrhundertflut überschwemmt seinen neuen Laden mit den Büchern, er kann kaum etwas retten und begeht höchstwahrscheinlich Selbstmord, zusammen mit seiner Geliebten. Es gibt auch eine Episode, in der Paulini seinen, in die rechte Szene abgerutschten, Sohn deckt und sich über die Migranten so äußert, dass man ihn selbst in die rechte Szene (Pegida) einordnen könnte. Im dritten Teil des Buches schreibt die Lektorin des Schriftstellers mit Namen Schultze, der die Geschichte erzählen und aufschreiben soll. Sie will die Sache des Selbstmordes aufdecken und es kommt zu besagten Zweifeln und Vermutungen, Verdächtigungen, nichts steht mehr fest, alles unterliegt Veränderungen; je nachdem welche Perspektive eingenommen wird.

In den letzten Tagen las ich auch noch den Roman von Lutz Seiler Der Stern 111. Es ist ein sehr poetischer Roman, man bekommt richtig Lust auf diese vergangene Zeit des Anfangs, nach dem Mauerfall, in der noch alles möglich war. Lutz Seiler verführt mit der Geschichte und mit der Sprache, wir gehen den Weg nach Berlin mit ihm und schauen auf seine Eltern, die sich völlig hilflos und unbedarft auf den Weg in den Westen aufmachen. Die Passagen über das Leben von Carl, dem Hauptheld in Berlin mit seinem Shiguli, im Prenzlauer Berg, in der Rykestraße, in der Assel, der Oranienburgerstraße und am Kollwitzplatz gehören zu den intensivsten, eindrücklichsten und spannendsten für uns Berliner überhaupt. Es gibt angeblich Führungen zu den im Buch genannten Plätzen, es gab sie tatsächlich; so wie in Kruso, ist auch hier die Authentizität der Orte, die genaue Beschreibung der Entfernungen, der Topografie des Stadtteils, der paar Straßen unheimlich. Man kann mit dem Buch, wie mit einem Kompass und Reiseführer um die Ecken gehen und jetzt, leider nicht mehr, die Kneipen, die Cafés, die besetzten Häuser sehen. Die neue Wirklichkeit ist schnell eingerückt und hat diese magischen Orte in touristische Orte verwandelt. Manchmal, ganz selten weht ein Hauch der Melancholie, der Vergangenheit durch die Straßen. Die Sprache des Romans zwingt uns innezuhalten und nachzudenken, wie war das damals für mich, wie habe ich die Zeit erlebt. Sie beschwört auch die Magie dieser Orte; durch das geheimnisvolle und ständige Kommen und Gehen, Verharren, still bleiben, bewegen sich die Personen zwar im Roman, aber nur so als ob sie künstlich verschoben wären, als ob das mit ihnen passieren würde, in der scheinbaren Ruhelosigkeit herrscht eine ausgesprochene Bewegungslosigkeit. Die fotografischen Beschreibungen, fast wie Nahaufnahmen der wenigen Gegenstände und detaillierte Beschreibung jeder einzelnen Sache verleihen diesen Gegenständen etwas Unmittelbares aber zugleich nehmen sie ihnen alle Eindeutigkeit, alles ist irgendwie verschwommen und doch real, das Banale, Gewöhnliche bekommt den Geschmack von etwas Besonderem.

Die Geschichte der Eltern bildet ein Pendant dazu, wir lesen mit Erstaunen über den Mut und die Ausdauer, über die Beharrlichkeit von zwei fünfzigjährigen, absolut sesshaften Thüringern mit zwei Wanderrucksäcken und einem Akkordeon, wie sie sich auf den Weg in den Westen aufmachen und ihre Odyssee erleben. „Sie sind doppelt so alt wie ich, dachte Carl, und haben doppelt so viel Kraft.“ Es ist eine Gegengeschichte zu den Jammerossis, auch wenn auf sie, alles andere als ein Paradies im Westen wartet. Sie landen in den Notaufnahmelagern Gießen, Diez und Gelnhausen, schließlich und letztendlich in den USA, von denen sie schon früher geträumt hatten. Von der Geschichte mit der Faszination für den Rock`n`Roll und für den Sänger Bill Haley scheint Carl nichts zu wissen. Vielleicht ist das auch ein Roman über das Verhältnis zwischen den Eltern und dem Sohn, wie sie zueinander finden, jeder auf sich selbst gestellt und jeder auf eigene spezifische Weise. Sowohl Carl als seine Eltern brauchen offenbar so viel Klärung und Abstand, um sich auf einer anderen Ebene wieder treffen können.

Es ist ein Roman über die Ausnahme- und Zwischenzeit, Grenzöffnung und Wiedervereinigung, eine kurze Zeitspanne und der Hauptheld erkennt, dass sie zu Ende geht: „Schon auf dem Heimweg wusste ich, dass meine Zeit in der Assel abgelaufen war. Plötzlich war diese Einsicht da.“ Auch seine Eltern überlegen, ob sie nicht zurück nach Thüringen gehen sollen. Der Reifungsprozess ist abgeschlossen. Ein sehr schöner Roman.

Was mir bei all diesen Texten auffällt, ist, dass die Wende nur von den Autoren aus der ehemaligen DDR beschrieben wird. Sie erleben sie, kämpfen sich durch, verändern oder kapitulieren, passen sich an oder gehen unter. Von der anderen Seite habe ich keine Stimme gehört, vernommen. So würde ich auch, jetzt den Bogen sehr breit spannend, die Romane von so vielen Schriftstellern mit Migrationshintergrund in Amerika oder Großbritannien platzieren. Sie alle kämpfen um A place for us von Fatima Farheen Mizra, wie der Titel des neuen New York Times Bestsellers heißt. Und so verwundert mich gar nicht, dass ein neuer Roman diesmal von Alexander Osang (in Ostberlin geboren) Fast hell auf mich wartet, denn gesagt ist noch lange nicht alles.

Flughafen Tegel & macierzanka

Tibor Jagielski

der weisse maybach

berlin-west (1961 – 1989) und heiko (1959 – 2018) in memoriam

wir trafen uns
schon nach dem untergang
der insel

so wie sie plötzlich erschien
verschwand sie wieder

ich zugezogen in den siebziegern
er – insulaner, mit dieser stadt aufgewachsen

mit allen grenzen gewaschen
(– gänsefleisch waffen? munition?)

manchmal stundenlanges warten
manchmal durchgewinkt

wir fuhren diesselben strecken
und besuchten diesselben discos
ohne voneinander ahnung zu haben

zum beispiel dreilinden – hamburg
oder sound

ja wir traffen uns erst
als unsere wilde jugend zu ende war

als wir keine zweihundertfünfzig sachen mehr auf der autobahn fuhren
und die durchtäntzte nächte hinter uns liesen

zum sterben waren wir damals zu jung
und gegen die walze, die kam
keine chance

auf eine art und weise
waren wir von der furie des verschwindens
entsetzt

und retteten uns manchmal
in die vergangene träume
vergebens

aus dem band “tod in tegel”
2020

macierzanka

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujące po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech