Verschwindende Frauen (und Männer)

Nachdem ich ein paar Mal über Frauen berichtet habe, die noch vor ein paar Monaten oder ein paar Jahren in unserem Berliner Leben mitgemacht haben und durch den Tod verschwanden, haben wir uns letztens via Zoom getroffen und darüber diskutiert, wie wir, die, die noch leben, gegen diesen unvermeidlichen Gang des Seins und Verschwindens wirken können. Wir hatten ein paar kluge, weiterführende Ideen, die ich hier nach und nach präsentieren werde. Heute erste Kommentare.

Christine Ziegler schrieb mir per Email:

Liebe Ewa,

jetzt weiß ich gar nicht, wo ich anfangen soll.

Was tun, um Menschen vor dem Vergessen werden zu bewahren?

Eigentlich kommen wir in unserer Daseinsform plötzlich „auf die Welt“ in der wir vorher schon „irgendwie“ waren. Und wenn wir wieder gehen und sie davon nicht schlechter geworden ist, ist das schon viel. Das Problem sind ja nicht die Bescheidenen, sondern die geltungsbedürftigen Dickärsche. Wie kann es uns gelingen, denen die Luft rauszulassen? Dann käme automatisch mehr Balance in die Sache.

Ich mag das in den Vordergrund schieben eigentlich nicht und denke dann wiederum, dass „sie“ einen dann schon haben, wo sie einen haben wollen. Damit sie ungestört ihr Zerstörungswerk tun können. Zerstörung von Welt, von Potentialen, die andere entwickeln könnten. Bin also gezwungen, mich zu wehren. Meinen Standpunkt zu wahren, mich nicht wegschieben zu lassen.

Dann wieder: die Welt ist voll von Botschaften, niemand kann sie auch nur annähernd verfolgen. Will ich da noch etwas dazutun? Oder ist es schon eine gute Sache, Raum zu schaffen, damit Entwicklungen jenseits des Mainstreams möglich sind? (Fettschrift überall stammt von mir, ebenso wie das Minzegrünschrift – EMS)

Ein Nukleus könnte sein, diesen Abend fortzusetzen. Und zum Einstieg jedes Mal eine so tolle Präsentation wie Karina sie über Maria (Maryla) Gast-Ciechomska gemacht hat. Einerseits ein Gedenken für uns und dann ein entspanntes Brainstorming. Dann eine behutsame Erweiterung um weitere Zuhörerinnen und Beitragende.

Ich habe wieder bemerkt, wie ich selbst das nicht wahrnehmen kann, was ich unbedingt wahrnehmen möchte. Erst heute Nacht habe ich deinen wunderbaren Artikel über Anette gefunden.

Nun gut, ich tröste mich in meiner Blindheit damit, dass ich mit unserem Start in den Alltag der Bloggerinnen mehr als erfüllt war. Auch andere Anforderungen, Aufgaben, Möglichkeiten habe ich einfach zur Seite geschoben, die Nacht zum Tage gemacht und das trotz aller Erschöpfung auch ganz und gar genossen. Doch es zeigt mir auch, dass meine Aufnahmekapazität nur begrenzt ist. Wie hab ich dich gestern bewundert, dass du noch für Magda und mich gesorgt hast (Anm. der Administratorin – EMS – gemeint ist, dass ich während des Zoomgesprächs für Magda kurze Zusammenfassung des auf Deutsch Gesagten im Polnischen schrieb; für Christine – umgekehrt). Und das, wo du doch eine Agenda hattest, die du verfolgen wolltest.

Wie schaffst du das?

Ich bewundere Anias (Anna Krenz) Kreativität! Und wie sie z.B. die Performance am 8. März gerettet hat, obwohl die Technik sie im Stich gelassen hat.

Dein Blog ist schon eine Gedenkhalle, ein Lesesaal. Es ist die Frage, ob es irgendwo noch einen in der „echten“ Welt geben muss. Ein guter Gedanke war die Vernetzung in den Strukturen, die es von feministischer Seite bereits gibt. Andererseits sind wir weiterhin nur wirklich lebendig in der Begegnung „in real life“, jede Video-Konferenz ist nur ein „besser als nichts“.

Liebe Grüße

***

Monika Wrzosek-Müller schrieb ebenfalls per E-Mail:

Ich wachte heute mit einer Idee, vielleich für Anna Krenz, die sich mit dem Schicksal von Irena Bobowska auseinandersetzt, villeicht aber für uns alle, dass die KZ Ravensbrück über riesiege Archive verfügt betreffend Polinnen, die dort inhaftiert wurden, insbesondere deren, die nach dem Warschauer Aufstand dorthin deportiert wurden. Sicher gibt es da mehrere Persönlichkeiten, Frauen die schrieben, die kämpften und über die sie eine Performance machen könnte. Und ich dachte daran, dass man vielleicht doch diese Kriegs-Vergangenheit mit der unseren verbinden soll, weil je tiefer die Wurzel reichen, desto authentischer ist das, was wir über die Gegenwart zu sagen versuchen.

Tibor Jagielski schrieb (auch per E-Mail), dass eine Büchereihe, so wie ich / wir sie gerade gestartet haben, vielleicht am meisten den Sinn hat. Also ein regelmässiges Zoomtreffen, ein Eintrag mit Unterseiten auf der Wikipedia, eine Veranstaltungsreihe in der Regenbogenfabrik (ggf. mit Performances), eine Zusammenarbeit mit dem Frauenarchiv (Frauenarchiven), digitaler Leseraum, Bürcherreihe, realer Lesesaal. Huh! Viel!

Kilka lekcji na XXI wiek, czyli słowo na Wielkanoc

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam ten słynny bestseller, no, może nie jednym tchem, ale na pewno “jednym ciągiem”, a nie, jak to często robimy z takimi książkami – skacząc z tematu na temat i wyszukując co ciekawsze fragmenty. To zresztą książka, którą warto czytać po kolei, bo te lekcje bardzo płynnie i kunsztownie przechodzą jedna w drugą i jeżeli autor pod koniec lekcji 1, Rozczarowanie, mówi o pracy, to następny rozdział będzie poświęcony pracy (czy raczej temu, że nie będziemy tej pracy mieli, a utrzymywać nas będzie państwo, albo bogacze – państwo, bo musi wypełniać swoje wobec nas obowiązki, a bogacze – bo będą się bać, że przegryziemy im gardło ze złości i frustracji).

Patrzę na spis treści i sprawdzam, czy zapamiętałam te 21 lekcji na XXI wiek? A raczej – co z nich zapamiętałam? Kopiuję spis treści, ale odpowiedzi wpisuję, nie zaglądając do książki:

Część I – Wyzwanie techniczne

1. Rozczarowanie, czyli jak straciły sens trzy wielkie opowieści XX wieku: faszyzm, komunizm i opowieść liberalna
2. Praca, czyli nie będzie pracy (patrz wyżej), ale też – nawet jeśli nudzi nas, to co mówi Harari i inni mu podobni, na pewno ożywimy się, gdy ich wykład dojdzie do pytania, czy w przyszłości będziemy mieli pracę? Chociażby dlatego, że natychmiast pojawiają się dwa kolejne pytania: to co będziemy robili z naszym życiem? Oraz: z czego będziemy żyli?
Harari prorokuje jednak, że filozofowie długo jeszcze będą mieli pracę, bo ktoś będzie musiał programować np. samochody SI, tak by umiały na ulicy podejmować decyzje zgodnie z tym, czego by chciał użytkownik. Te decyzje mogą być tak odmienne, że nie jest wykluczone, że już niedługo powstaną dwa rodzaje aut autonomicznych. Harari nazywa je Tesla Altruista i Tesla Egoista. My, ludzie z lewicowo-liberalnej “bańki”, będziemy się oczywiście opowiadali za wyborami Altruisty, ale… Otóż to, ale. Bo jak będziemy kupowali te samochody, to przede wszystkim z uwagi na bezpieczeństwo naszych dzieci, i tak kupimy Teslę Egoistę.
A mnie przychodzi jeszcze do głowy, że będziemy się przecież wstydzili posiadania Tesli Egoisty (może będą miały różne kolory) i spróbujemy np. przekupić salony samochodowe, po to by ten zakup przedstawić jako zakup Altruisty. Jako czytelnicy literatury ScFi myślicie sobie teraz, że atrofia i erozja reżimu SI nie będzie możliwa, ale gdzieś w głębi ducha wiecie, że tak będzie, bo nie ma systemów funkcjonujących idealnie i jeśli zdołaliśmy sobie poradzić z Hitlerem i Stalinem, to poradzimy sobie z Muskiem i Putinem.
Niestety, wcale nie musi tak być. Oczywiście SI na pewno będzie w pierwszych fazach funkcjonowania pełna błędów, złych decyzji i możliwości sabotażu, i pewnie nawet za waszego życia jeszcze nie stanie się nie dającym się poluzować gorsetem. Ale takie czasy nadchodzą… Myślę, że Konrad ma rację, jeśli zaraz nie zabierzecie się za badanie mechanizmów obronnych, to będzie za późno. Może już wy się o tym przekonacie, ale na pewno – wasze dzieci.
Choć może w międzyczasie zaniknie już instynkt rozmnażania się, tak jak to przewidział Michel Houellebecq w Cząstkach elementarnych już w roku 1998, i wtedy nie będziecie zważać na argument “dobro dzieci”. Ba, może nawet nieprzewidywalność tego, jak w sytuacji zagrożenia zareaguje na szosie Tesla Altruista, stanie się jedynym wolnym elementem w życiu, rosyjską ruletką, zapewniającą dreszczyk ryzyka w nudnym świecie SI.

Sztuka przewiduje też inne rozwiązania, pod warunkiem, że potrafimy zachować zdolność samodzielnego myślenia. Obejrzyjcie ten film, choć na pewno myślicie, że to jakaś zamierzchła staroć. Został nakręcony w roku 1981 (a ja pamiętam go do dziś).
3. Wolność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Zapewne oddamy ją SI tak samo, jak już w tej chwili oddaliśmy w ręce samochodowych nawigacji pytanie, jak mamy jechać, aby dotrzeć do celu? Gdy rozmawiam o tym z Konradem, mówi, że obrona wolności przed dyktaturami  i nie-dyktaturami wyposażonymi w SI i skłonnymi do korzystania z jej środków zdobywania i umacniania władzy, będzie najprawdopodobniej najważniejszym zadaniem jego pokolenia, jeśli zawiodą – wolność przestanie istnieć.
4. Równość, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Bo od czasu swego powstania Homo Sapiens nie chce być równy z innymi, chce być lepszy i mieć coraz więcej, a i tak jest wiecznie niezadowolony

Część II – Wyzwanie polityczne

5. Społeczność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji?
6. Cywilizacja, czyli dlaczego jest wygodniej, że mamy obecnie już tylko jedną, a co najwyżej kilka cywilizacji?
7. Nacjonalizm, czyli nikt nie został wybrany (I)
8. Religia, czyli jak opowieści łączą miliony ludzi w celu wykonania tego, czego pojedynczy człowiek nigdy nie osiągnie i jak małe rytuały są siłą napędową wielkich dążeń i osiągnięć
9. Imigracja, czyli najważniejsze wyzwania XXI wieku to globalny postęp techniczny, globalna katastrofa klimatyczna i globalne migracje

Część III – Rozpacz i nadzieja

10. Terroryzm, czyli co się stanie, jak terroryści dostaną do ręki broń atomową?
11. Wojna, czyli nikomu nie opłaca się już toczyć wojen (poza lokalnymi konkfliktami – póki co), bo jedynym dobrem, jakie warto zdobywać są nasze własne dane, a żeby je zdobyć, niepotrzebna jest wojna, bo wystarczy nasza własna głupota, brak czujności, ciekawość bądź chęć zysku
12. Pokora, czyli nikt nie został wybrany (II)
13. Bóg, czyli jak to się stało, że wiara, iż istnieje coś znacznie większego od nas (Bóg Tajemnicy) zmienia się w system nakazów i zakazów (drobiazgowy Bóg Prawodawca)
14. Sekularyzm, czyli najlepsza ludzka opowieść, tylko szkoda, że tak mało pociągająca

Część IV – Prawda

15. Niewiedza, czyli wszyscy jesteśmy durniami
16. Sprawiedliwość, czyli…
17. Postprawda, czyli od zawsze żyjemy w świecie postprawdy, bo wszystkie wielkie opowieści o świecie, ludziach, państwach, religiach i bogach to postprawdy
18. Science Fiction, czyli dlaczego Matriks nie jest prawdziwą opowieścią o przyszłości, a (niestety) W głowie się nie mieści Disneya – tak

Część V – Odporność

19. Edukacja, czyli uczmy dzieci, że mają poznawać siebie i umieć się zmieniać
20. Sens, czyli cierpienie jest najbardziej realną częścią rzeczywistości
21. Medytacja, czyli poznaj sam siebie

Patrzę na tę listę i z zainteresowaniem stwierdzam, że zapamiętałam coś z każdej lekcji Harariego, z każdej oprócz sprawiedliwości. Zaglądam do książki: Nasze poczucie sprawiedliwości może być nieaktualne. No tak, oczywiście, to, co było aktualne podczas wędrówki Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej albo dla Polaków w okresie rozbiorów, nie sprawdzi się w czasach globalnej katastrofy klimatycznej i powszechnego braku pracy. No ale cieszmy się, bo nadal na rynku pracy będzie praca, np, jak już o tym była mowa, dla filozofów, a przede wszystkim etyków.

Harari pisze o tym, że gdy sztuczne inteligencje będą dominowały na drodze pełnej autonomicznych samochodów, wypadków będzie mniej, niż jest ich wtedy, gdy spotykają się na niej pojazdy kierowane przez ludzi, bo ludzie są nieobliczalni. Ale, dodaje, jeśli samochód autonomiczny będzie musiał wybrać między przejechaniem dziecka, a rozbiciem samochodu pełnego pasażerów, zasadniczo wybierze zabicie dziecka (bo jest jedno), podczas gdy człowiek zawsze odruchowo i nieobliczalnie wybierze zabicie siebie, a ochronienie dziecka. Chyba że zostanie z góry zaprogramowany inaczej. I to właśnie np. tu, w fazie budowania algorytmu samochodów bez kierowcy, filozof będzie musiał podjąć setki drobnych decyzji etycznych. Gdy już powstaną te dwa odmienne samochody – Altruista i  Egoista, chcielibyśmy oczywiście, kupując taki samochód, wybrać Altruistę, doświadczenie jednak podpowiada, że zapewne kupimy Egoistę. “Zwłaszcza, jeśli mamy dzieci”, twierdzi Konrad. “Zwłaszcza, jeśli uda nam się sprawić pozór, że kupiliśmy Altruistę”, chciałabym dodać ja, ale nie czuję, bym miała w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia.

PS 1.

Wielka opowieść o człowieku nie może się obyć bez Wielkich Książek. Biblia pojawia się więc 20 razy, Szekspir 7 razy, Don Kichot raz (choć indeks tego nie wykazuje) i Harry Potter też raz, ale indeks go wykazuje, choć pojawiają się obaj w jednym zdaniu na stronie 302:  “Znaczna część Biblii może być fikcją, ale i tak księga ta potrafi nieść radość miliardom ludzi i być dla nich zachętą do współczucia, odwagi i kreatywności – podobnie jak inne dzieła z gatunku fikcji, na przykład Don Kichot, Wojna i pokój i Harry Potter.”

PS 2.

Nowy mural, odsłonięty w Berlinie we wtorek przedwielkanocny, zdaje się dość dobrze ilustrować to, co nas czeka. Ten kto odsłania tajemnice kapitalizmu, jest nowym Jezusem i zostanie ukrzyżowany. Przy okazji dobrze jest może zacytować tu pewne zdanie, wstrząsające w swej oczywistości: Łatwiej jest nam uwierzyć w koniec świata niż w koniec kapitalizmu (Fredric Jameson).

freeAssangeYesterdayCaptainBorderline

Free Assange Yesterday, autor: kolektyw sztuki ulicznej Captain Borderline. Julian Assange, współtwórca WikiLeaks przebywa w więzieniu w Londynie; w USA zaocznie zapadł już na niego wyrok o szpiegostwo i zhakowanie komputerów rządowych. (Foto: Krystyna Koziewicz)

Berlin, Dahlem Dorf, wieś w mieście

Ela Kargol

Kilka dni przed niedzielą palmową wybrałyśmy się z Krysią do Domäne Dahlem w Berlinie i na pobliski cmentarz.

Dahlem była kiedyś osadą, później wsią skupioną wokół średniowiecznego kościoła św. Anny, potem przedmieściem Berlina z dużym gospodarstwem Domäne Dahlem, do dzisiaj działającym, choć uszczuplonym o tereny przeznaczone na początku XX wieku na budowę wspaniałych willi, na które stać było tylko tych bogatszych berlińczyków.

Tak jak kiedyś Dahlem i okolice przyciągały mieszczuchów na łono natury, tak jest do tej pory. Majątek Dahlem jest celem wycieczek rodzin, które swoim dzieciom chcą pokazać żywą krowę, kurę, barana i chcą poczuć zapach stajni, obory lub chlewa.

Nie przyciągała mnie długo ta sztuczna wieś w mieście, może dlatego, że nie była mi obca prawdziwa wieś, na której spędzałam prawie wszystkie wakacje i inne wolne chwile. Nie przychodziłam tu z dziećmi, zaczęłam dopiero z wnukami.

Przyglądaliśmy się krowom, koniom, wiosną cielakom, źrebakom, jagniątkom. Prosiaków moje wnuki nie chciały oglądać, prosiaki śmierdziały. Pokazywałam im oziminę i zboże jare, ziemniaki, kapustę, kukurydzę, kupowaliśmy jabłka z robakami i drogi miód z pobliskich pasiek. Kiedyś urwałam wnuczce kilka kolb kukurydzy i pokazałam jej, jak można robić z nich lalki z długimi włosami. Moje wnuki patrzyły już inaczej niż ja na to muzeum wsi, tym bardziej, że każda wyprawa kończyła się przejażdżką na traktorze lub na karuzeli.

Folwark Domäne był kiedyś majątkiem rycerskim, dużo większym niż teraz. Gospodarstwo w wersji uszczuplonej przetrwało, w dworku wzniesionym w XVI wieku powstało muzeum, w którym można zapoznać się z rozwojem rolnictwa w Dahlem i z historią wsi. W innych budynkach i poza nimi możemy przyglądać się hodowli zwierząt, poznać pracę tkaczy, garncarzy, farbiarzy, kowala. Liczne festyny przyciągają dorosłych i dzieci. Mam nadzieję, że zanim wnuki podrosną, wybierzemy się jeszcze raz na rycerski turniej lub jarmark wielkanocny czy adwentowy, które teraz z wiadomych powodów się nie odbywają.

Pola jednak trzeba zaorać, obsiać, bydło wyprowadzić na pastwisko, a więc jest na co popatrzeć. Spacerujemy powoli i zachwycamy się drewnianym, skrzywionym płotem. Nad stawem kwitną bazie „niedzielnopalmowe”. Choć dorodniejsze znalazłyśmy później w sercu dawnej wsi, przy kościele św. Anny.

Drewniany kościół stanął w tym miejscu prawdopodobnie już w XIII wieku. Na jego miejscu powstał potem budynek murowany z kamienia polnego – kilkakrotnie przebudowywany, powiększany i odbudowany po zniszczeniach wojennych, stoi do dziś.

Kościół otoczony jest starym cmentarzem, do którego na początku XX wieku dołączono nowy. Architekci Friedrich i Wilhelm Henningowie zaprojektowali nową bramę i kaplicę cmentarną oraz otoczyli oba cmentarze, ten kościelny i miejski, równym kamiennym murem. W latach 30 ubiegłego wieku i później kościół był miejscem ruchu oporu przeciw narodowemu socjalizmowi, miejscem spotkań członków i sympatyków Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Ówczesna plebania znana jest teraz jako Martin-Niemöller-Haus, w 2017 roku otwarto tu miejsce pamięci Martina Niemöllera.

Martin Niemöller był od 1931 pastorem luterańskim parafii w Dahlem. Początkowo był zwolennikiem partii NSDAP, na którą głosował w 1933 roku. Dopiero ustawy norymberskie skłoniły go do innego myślenia. Odtąd sprzeciwiał się prześladowaniom Żydów. Wraz z teologiem Karlem Barthem był współautorem Deklaracji z Barmen, która negowała współpracę protestantów z nacjonalistami.

Z innym działaczem antyhitlerowskiem, Karlem Bonhoefferem utworzył Kościół Wyznający. Był więźniem Sachsenhausen i Dachau. Po wojnie stał się zdeklarowanym pacyfistą.

W domu parafialnym naprzeciwko kościoła św. Anny też odbywały się spotkania członków Kościoła Wyznającego. Na cmentarzu jest sporo grobów członków ruchu oporu, członków lub sympatyków Kręgu z Krzyżowej (Kreisauer Kreis). Nie wszystkie są grobami honorowymi miasta Berlina. O niektórych opowiadają zaangażowani członkowie parafii. O niektórych wiem bezpośrednio od ich dzieci, którym jeszcze kilka lat temu nie bardzo chciałam wierzyć, myśląc, że teraz to każdy przyznaje się chętnie do znajomości z Bonhoefferem lub do uczestnictwa w zamachu na Hitlera. Tym bardziej, że w Dahlem mieszkało podczas wojny dużo wysokich rangą urzędników państwowych III Rzeszy, jej zwolenników i tzw. Mitläufer (osób wspierających reżim), często zajmujących domy żydowskich właścicieli.

***
Cmentarz, jak każdy berliński cmentarz, wyjątkowy, a sztuka nagrobna jest przekrojem wielu epok sztuki niekoniecznie nagrobnej.
Wspomnę tu o trzech grobach nie związanych z Kościołem Wyznającym. Leżą tu Rudi Dutschke, lewicowy przywódca ruchów studenckich z lat 60, Waldemar Grzimek, rzeźbiarz i Bernhard Heiliger, też rzeźbiarz, urodzony i wykształcony w Szczecinie, o którym napiszę szerzej w innym tekście.
Są też, jak na każdym cmentarzu berlińskim, a może niemieckim, groby wojenne, groby chłopców dwudziestoletnich, często ochotników, którzy zginęli za ojczyznę.


***
Wróćmy jednak do niedzieli palmowej – właśnie tu, na cmentarzu, niedaleko kościółka znalazłyśmy wielkanocne drzewko, w pełnym rozkwicie baź, kotków, które w naszej szerokości geograficznej stają się na tę jedną niedzielę „jerozolimskimi palmami”. Ta wierzba przyciągnęła nas nie tylko bujnym kwiatostanem, ale też szumem pszczół i świergotem ptaków. Gdy podeszłyśmy bliżej, uginała się nie tylko od bazi, ale też od zawieszonych skarbów.

Wspomnę jeszcze o jednym drzewie. Gdzieś między kościołem a domem parafialnym, na skrzyżowaniu dwóch dość ruchliwych ulic, z kilkusetletniego ściętego pnia wiązu wyrasta młode drzewo. Ktoś zadał sobie trud i prosi o zachowanie młodego pędu wyrastajacego ze starego pnia. Stary wiąz był pomnikiem przyrody i niejedno widział. Był świadkiem niejednej wojny, rozwoju wsi, a potem miasta.

Idąc dalej do stacji metra Dahlem Dorf mijamy zabudowania dawnej wsi. Obok pomnika ofiar I wojny światowej jest wejście do piwnicy, w której przechowywano lód, mijamy dawny dom mleczarza (teraz, a prawdopodobnie już na początku XIX wieku, mieści się tu restauracja Alter Krug).


Budynek dworca Dahlem Dorf został zaprojektowany przez braci Friedricha i Wilhelma Henningów (tych, którzy projektowali kaplicę cmentarną) w stylu wiejskiego domu szachulcowego, pokrytego strzechą.

Strzecha po ostatnim pożarze nie jest już strzechą tylko podróbką. Dahlem nie jest już wsią, ale bogatą dzielnicą Berlina, leżącą już nie na jego obrzeżach. Tam gdzie kiedyś stała karczma „Zum Wilden Eber” (Pod dzikim knurem), na Placu przy Dzikim Knurze (Platz am Wilden Eber), na granicy z dawną wsią Schmargendorf, kwitną wiosenne krokusy, a knur z brązu autorstwa Paula Grusona ozdabia plac (z przerwami) już od stu lat.



Odcinek 18

Mieczysław Bonisławski

– A Truda – zapytał Chrenowicz.
– Trudy – odpowiedział Demianiuk – z jej najlepszych czasów nie możesz pamiętać, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. A ja ją znam z okresu broniszowskiego. Pracowałem wtedy w pałacu, w GieeSie, a ona prowadziła wiejską świetlicę. I dorabiała handlując od tyłu bimbrem. Cały Broniszów i część Radwanowa z Mirocinem u niej chlały. I ci z GS-u, ci z cegielni, i ci z lasu.
– Elegancka pani z niej pewnie była? I silna, musiała być? Tak utrzymać w ryzach tylu chłopaków…
– No, oczywiście. Garsoneczka, kozaczki, parasoleczka. Ondulacja na rudo. W Broniszowie, tam na rogu, przy drodze na cegielnię jej rodzina, rodzina Rose, miała taką dużą murowaną chałupę. Od lat, z dziada pradziada, prowadzili w niej wiejską knajpę, a obok mieli jeszcze murowaną stajnię dla koni i wozownię. A jak zbudowali przez wieś kolej z Grünberga do Sprotau, to zaczęli prowadzić zajazd dla kolei. Cała rodzina uciekła przed Ruskimi, tylko ona została. Można powiedzieć, ostatnia z wielu pokoleń broniszowskich karczmarzy: Bernhard, Paul, no i ona. Ostatnia restauratorka na trasie kolei zielonogórsko-szprotawskiej… Tak, to była bardzo elegancka Niemra. A jaka wyniosła, chodziła z głową wysoko uniesioną w chmurach.
– W Jarogniewicach taką rodziną byli Schultze. Prowadzili ajencję. W swoim sklepie kolonialnym, takim wiejskim domu towarowym, sprzedawali bilety na kolej do Grünberga czy Sprotau i przyjmowali paczki… A dlaczego ona, ta Truda, została?
– Tak, w każdej wsi, przez które poszła ta kolejka, były takie miejscowe rodziny, które rozwinęły dzięki jej powstaniu swoje interesy i nieźle na tym zarobiły. Zresztą, pozostali mieszkańcy wsi, rolnicy, też na kolejce zyskali… Zeszli z drabiniastych wozów i przenieśli się do nowoczesnych Prus… A co do Trudy… Mówili o niej, że mianowali ją na Strażniczkę…
– Niemożliwe, była niemieckim Strażnikiem, tu, pod Zieloną Górą?
– W Lesie Broniszowskim działał wtedy duży oddział Wilkołaków. Nie zrobili żadnego, głośnego sabotażu, zatem musieli zostać, aby czegoś pilnować. Bo chociażby i ta historia z tym hitlerowskim pociągiem z zabytkami z Poznania, co to niby jechał do Szprotawy. Nie dość, że pchał się taką dziwaczną trasą na Czerwieńsk, a potem tą zapyziałą koleją zielonogórsko-szprotawską, zamiast normalnie z Poznania główną linią przez Leszno, Głogów, to jeszcze wszyscy z Broniszowa widzieli jak wjechał do Lasu, ale nikt go już nie zobaczył jak wyjeżdżał…? To co? To niby nic? Tak, Strażnik w takim miejscu, czemu by nie? To się jakoś układa w logiczną całość.
– Strażnicy byli bardziej na południe, na pograniczu Dolnego Śląska i gór – powątpiewał Olek, ale w końcu dał za wygraną. – A jak ona się znalazła w tym parku? Tutaj? Strażnicy umierali, ale nie staczali się tak na margines.

Redaktor jednak zignorował te uwagi. Znowu się nieco odwrócił i nieznacznym ruchem głowy wskazał na trzech pijaczków w brudnych i obdartych ubraniach. Wokół ich połamanej ławki walały się puste butelki po denaturacie, wodzie kolońskiej i wódce. Jeden, siedząc na betonowym słupku, przysypiał z głową opuszczoną między szeroko rozstawione kolana. Buty miał pobrudzone świeżymi rzygowinami. Dwóch pozostałych energicznie wstało z żałosnej pozostałości ławki. Trzymali się, szarpiąc nawzajem za hajdawery. Z ich ust wydobywał się głośny skrzek, nieartykułowany bełkot. Potknęli się i solidarnie runęli na żużlową ścieżkę. Przez chwilę tak leżeli, aż jeden podpierając się na łokciach, niezgrabnie, chwiejąc się powstał. Chwilę sapał z wysiłku. Spojrzał na gramolącego się po żużlu towarzysza i takiego półczołgającego się spróbował raz i drugi kopać. Zamachnął się, nie trafił. Stracił równowagę. Upadł. Wtedy podniósł się wreszcie ten drugi i z całych sił nastąpił mu nogą na głowę…

– Ten obrzygany pracował w „Zastalu”. Całe dnie siedział w biurze konstrukcyjnym. Był tylko technikiem, ale miał niezwykły talent i niesamowitą wrodzoną intuicję. Dzięki jego pomysłom zaczęli produkować takie półautomatyczne, samowyładowujące się węglarki. Wiesz, wagony do przewozu węgla z kopalni. Wszystkie szły na eksport, Rosjanie, Chiny, Ameryka Południowa. Tamci dosłownie zabijali się o nie. Ale facet był bez studiów, nie miał papierów inżyniera…
– Wiem, wiem. Znam tę papierową biurokrację – żachnął się Olek. – Możesz być mistrzem, ale bez dyplomu nie pozwolą ci nic zrobić. Zgnoją cię po prostu. Ukradli mu te pomysły i się załamał, stoczył…?
– No, niezupełnie. Kazali mu iść na to nasze WSI, zrobić dyplom inżyniera. A do tego czasu, jego projekty, projekty według jego pomysłów podpisywali tacy dwaj dyrektorzy.
– I brali pewnie za to niemałe pieniądze.
– Brali. Ale było im mało. Gość pojechał na praktyki studenckie do Związku Radzieckiego, a w tym czasie dyrektor przespał się z jego niby żoną. Gdy wrócił, chciał dyrektorowi obić mordę, ale nie zdążył, pociął tylko tasakiem tę swoją żonę.
– Tak, kobiety, to potrafią być prostytutki. Mówiłem ci, że wydobycie z nich na wierzch tego instynktu, ponad instynkt macierzyński, to pierwszy krok do likwidacji Europy, jaką znamy… Do osłabienia nas i zniszczenia naszych wartości…
– No, nie wszystkie. Chociaż ta chyba była. Pozszywali ją w szpitalu, a faceta wylali i z „Zastalu”, i ze studiów. Dyrektor, chcąc uniknąć skandalu, wybronił go tylko od wyroku. Potem nawet rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną i poprowadził do ratusza tę drugą, tę pozszywaną. A nasz niedoszły konstruktor robi pod siebie tu w tych krzakach.
– A tamci dwaj?
– Jeden pracował jako pomocnik na karetce pogotowia, a ten drugi doprowadził do wykolejenia składu z węglem jadącego do Polskiej Wełny. Doszło do śmiertelnego wypadku…
– Nie poszedł siedzieć?
– Nie, w Ciborzu zbadali go i uznali za niespełna rozumu. Teraz tu się tłucze z innymi bywalcami, a gdy ktoś go potrzebuje, na parę dni trzeźwieje i idzie wykonać zadanie.
– Włam, mordobice, czy też mokra robota?

Demianiuk znów się uchylił od jednoznacznej odpowiedzi:

– Jak widzisz ONI nas niszczą na różne sposoby. I takich półżywych, półmyślących wykorzystują potem przeciwko tym, których jeszcze nie dopadli, nie zdążyli udupić. Pola walki z NIMI są różne i w wielu miejscach.
– Z nich już nic nie będzie. Ci ludzie tutaj, to już nie ludzie. Oni się skończyli. Po co mam ich szkolić? Nie dadzą rady…
– Kto ci każe ich szkolić?
– To co miałbym robić?
– Są różne sposoby walki i różne pola bitew. Możesz wykazać się zupełnie inaczej. Walcząc z kim innym i zupełnie gdzie indziej. Machanie pięściami i nogami, też ci się tam przyda, ale nie to będzie najważniejsze…
– Chyba cię rozumiem… – ucieszył się Olek, ale Redaktor szybko go sprowadził na ziemię:
– Nie sądzę, abyś wiedział o czym mówię… Są miejsca i ludzie, gdzie toczy się walka nie na pięści, ale na słabszą psychikę, o to kto, co czuje i jak się ma, tak w ogóle. Są też ludzie, którzy w innych coś sieją, ale inni z kolei wolą, aby to nie wzeszło. Jedni coś robią, inni tylko przeszkadzają, w imię fałszywych idei. Budowniczym trzeba zapewnić spokój i bezpieczeństwo, a burzycielom dać odpór.
– Rozumiem…
– Nic nie rozumiesz. Nawet nie potrafisz odróżnić jednych od drugich. Pomimo szerzących się stereotypów, naiwnych opinii ludzkich, popędów tłumu? Pomożesz komuś, kogo wszyscy uważają za zbira, wsadzają do więzienia, odsądzają od czci i wiary? Wesprzesz w działaniu kogoś, o kim piszą a gazetach, że wichrzyciel, prowokator, wróg powszechny albo takiemu, o którym baby w kolejce przed sklepem gadają, że ubek, Żyd, mason? A jakby w ofierze trzeba było złożyć z pozoru najbardziej niewinną istotę, kobietę, dziecko?
– Do czego ty mnie namawiasz?! – przestraszył się Wojownik.

Minął kwiecień. W maju Redaktor spotkał się z Olkiem na terenie nowej szkoły podstawowej przy ulicy Gwardii Ludowej. Zanim tam poszli, przyniósł mu z milicyjnego klubu sportowego „Gwardia” prawie nowy dres z napisami z nazwą klubu i z emblematami jakichś finałów resortowych mistrzostw Polski.
Chrenowiczowi imponowało to, że miał mieć taki strój. Demianiuk przedstawił Olka dyrekcji szkoły jako instruktora nieznanych jeszcze w mieście, nowych rodzajów sztuk walki, których tenże instruktor miał w ramach programu szerokiego usportowienia dzieci uczyć w Zielonej Górze czwarto- i piątoklasistów. Niedwuznacznie zasugerował, że za programem stoi klub milicyjny i odpowiedni wydział Miejskiej Rady Narodowej. Ale tylko zasugerował, żadnych faktów, dokumentów, konkretów, nazwisk. Niczego, co można by dokładnie sprawdzić, coś potem komuś wypomnieć. Same takie śliskie opowiastki…
Przyszli do szkoły we dwóch. Na sali gimnastycznej mieli rozpocząć spotkanie informacyjne z dziećmi. Przed wejściem Redaktor przedstawił Olka jakiejś trzydziestopięcio- czterdziestoletniej blondynce z włosami przyciętymi tuż nad ramionami:

– To nasz instruktor, pan Aleksander Chrenowicz, świeżo po kursach. Właśnie zaczyna swój nowy program w Zielonej Górze.
– Teresa Barczyńska – z zadowoleniem na twarzy wyrecytowała kobieta.
– Pani magister jest wychowawczynią jednej z czwartych klas, o ile dobrze zapamiętałem…?
– Tak, właśnie przyprowadziłam swoje dziewczęta i chłopców. To te urwisy, co przed chwilą przewaliły się przez wejście do sali gimnastycznej. Zabrałam ich z lekcji matematyki, oni dzisiaj nie mieli w planie godzin wychowania fizycznego. Nie mają strojów do gimnastyki…
– Dzisiaj nie będą jeszcze potrzebne – starał się uspokoić nauczycielkę Olek. Mówił, jak na niego, spokojnie, wyważał słowa. Zachowywał wyjątkową powagę.
– Oj, to dobrze! – zaśmiała się Barczyńska, ale szybko spoważniała – Tak, jak powiedziałam, zabrałam ich z matematyki, nie było wcale tak łatwo. Pan redaktor mnie jednak zapewniał… Mam nadzieję, że pana zajęcia będą tego warte. I że poprowadzi je pan w interesujący sposób, tak, że dzieci zechcą potem skorzystać z tej oferty.
– Będę mówił o bardzo ważnych dla każdego młodego Polaka sprawach. Szczególnie w dzisiejszych czasach. A przychodzę wyłącznie po to, aby namówić jak najwięcej z tych dzieci do pierwszych treningów…
– Tak, tak, pan instruktor ma wyjątkowy dar przekonywania dzieci do ruchu, do sportu – dziennikarz nie pozwolił mu rozwinąć w pełni tej jego szczególnej retoryki. Wiedział już do czego Olek był zdolny w swoich tyradach, a zależało mu na wzbudzeniu w Barczyńskiej zaufania i podziwu wobec Chrenowicza. To stanowiło podstawę jego planów, było dla niego niezbędne. Gdyby kobieta miała możliwość posłuchać Olka jeszcze choć przez chwilę, a nie daj Boże, do końca, Redaktor swojego celu by pewnie, ani w tamtej chwili, ani już nigdy później nie osiągnął.

Z przeprowadzonych na sali gimnastycznej zajęć Olek wyszedł zadowolony. Było to na rękę Demianiukowi. Wprowadzenie Chrenowicza w stan jego specyficznej euforii, było może nie podstawowym, ale bardzo ułatwiającym osiągnięcie celu Redaktora, warunkiem.

– Całą wiosnę rozmawialiśmy o tym, jak różne formy niszczenia Polaków ONI stosują. Pamiętasz, co ci mówiłem, co ci pokazywałem? – zagaił

Olek tymczasem zbierał swoje materiały i szykował się do wyjścia.
– Tak, obaj wiemy to wszystko. Ale tutaj, dzisiaj mieliśmy dobry narybek. Widziałeś, jak te dzieciaki aż się palą do pierwszego treningu?! Byle by tylko wytrwali, to będzie z nich dobrze wyszkolona falanga. A czyż nie o to chodzi?
– No, niezupełnie. Mówiłem ci, że tak jak ONI nas na różne sposoby zabijają, tak i my musimy nauczyć się walczyć, adekwatnie do różnorodności stosowanych przez NICH form.
– Ale o co ci chodzi?
– W klasie Barczyńskiej jest chłopiec, bardzo ważny w prowadzeniu ICH strategii. Jeżeli zdecydujesz się na uderzenie w NICH poprzez tego chłopca, wyrządzimy IM olbrzymie szkody. Powstrzymamy ICH na wiele miesięcy! Uratujemy dziesiątki naszych ludzi!
– Pokażesz mi go? I co ja miałbym zrobić?
– Oczywiście, że ci go pokażę. Po to tu przyszliśmy – Demianiuk, wreszcie zadowolony aż poklepał protekcjonalnie Olka po ramieniu. Ten otrząsnął się. Nie tolerował takich form okazywania, czy demonstrowania poufałości między wojownikami. Mierziło go to, uważał za oznakę słabości, zniewieścienia.

Redaktor spojrzał na mężczyznę w dresie za zdziwieniem, które momentalnie przerodziło się w niepokój. Niepokój o reakcję tego przygłupa, o powodzenie misji. Olek był wyraźnie spłoszony, rozkojarzył się. Jego nieobecny wzrok wskazywał na zupełną dekoncentrację. W takim stanie mógł – zgodnie z wiedzą, jaką dziennikarz nabył o nim przez te cztery ostatnie miesiące – zrobić wszystko, w tym rzeczy głupie i niepożądane z punktu widzenia celów Demianiuka.
Ale Demianiuk nie mógł już przerwać akcji. Raz rozpędzona machina zdarzeń musiała działać nieprzerwanie dalej, niezależnie od stanu Olka i przyszłych konsekwencji tego stanu.

– Oto on, ten chłopiec – syknął mu do ucha.

Olek spojrzał i zamarł. Z sali wyszedł Januszek.

– Przecież to demiurg! – wyrwało mu się – Mój utracony Przewodnik.

I w tym momencie Olka coś zaniepokoiło w Redaktorze. Nie mógł sobie tego uzmysłowić do końca, ale dziennikarz zagrał jakąś fałszywą nutę. Zdecydowanie to był fałsz, niepokojący, wzbudzający strach i nakazujący ostrożność, może nawet ucieczkę od tego wszystkiego – fałsz.

– Słucham, kto?! Co ty mówisz… – nie zrozumiał tamten.

Chrenowicz spojrzał na Demianiuka po raz pierwszy innym, krytycznym okiem. „Jakiż to przypadek sprawił, że go spotkałem?” – zaczął się zastanawiać – „Czyż ludzie na poziomie, na stanowiskach nie mieli dotąd wszyscy zupełnie innych poglądów na ten świat niż ja? A ten od razu tak ze wszystkim się zgodził. Na wszystko miał doskonale pasujące odpowiedzi. To że go spotkałem, to nie był przypadek, ale kolejna próba. To Judasz, zdrajca, który miał mnie na powrót doprowadzić do zgubionego Przewodnika. A ja mam pokazać, czy go przejrzałem? Jeżeli tak, to okażę się godny i Przewodnik już mnie nie opuści. Zostanie ze mną i będzie mnie prowadził aż do samego końca. Ale jeżeli nie wykażę czujności i dam się zwieść podstawionemu zdrajcy, Przewodnik zniknie znowu. Tym razem jednak, gdybym okazał się tak niegodny, opuści mnie na zawsze, już nigdy do mnie nie wróci.”

I w ten oto sposób w maju nastąpił przełom we wzajemnych stosunkach Olka i Redaktora oraz w relacjach Wojownika z jego Przewodnikiem-Kreatorem tworzącym scenę do jego ostatniej walki o los świata.

Bo świat był pełen łasych na pieniądze ludzi. Tacy byli i prości wyrobnicy, i elity władzy, i inteligenci. Różniła ich tylko kwota, za jaką się sprzedawali. Od marnych groszy, starczających na wczasy w Bułgarii czy nad Balatonem, albo tyle, żeby kupić pralkę lub kolorowy telewizor, po prawdziwe kokosy na budowę willi lub sportowy model fiata. Na powierzchni życia, pod świecącym jasno słońcem, pośród osiedli miast, chałup wsi, fabrycznych hal, na polach i łąkach, w lasach i wśród górskich grani, wszędzie było jednakowo niebezpiecznie. Nic nie rozumiejący tłum ludzi stawał się w swojej niewiedzy trwożliwy, a poprzez swój strach – wrogi. Tu w dziennym świetle trzeba było ciągle się rozglądać, uważać na tego, który chciał spojrzeć na ciebie przez ramię, na każdego, kto nagle zatrzymał się, zwolnił kroku, by podsłuchać o czym mówisz, zaglądnąć ci w myśli. Każdy mógł być zdrajcą, wrogi lub obojętny na wszystko poza pieniężną gratyfikacją, donosicielem, mordobijcą lub zabójcą. Nie można już było ufać, czy to prostym ludziom z fabryk, czy doktorom z uniwersytetów, ani nawet drobnym pijaczkom spod wiejskiego sklepu. Każdy z nich mógł się, koniec końców, okazać równie niebezpieczny.

Spokojniej było tylko z dala od ludzi, należało od nich jak najszybciej uciekać, kryć się. Wszyscy nowatorzy, rewolucjoniści, zbawiciele od pierwszych wieków historii, po współczesność, ukrywali się przed bliźnimi w jaskiniach, grotach, katakumbach. W górach, dalekich od ludzkich siedlisk, albo dosłownie pod nimi. W podziemiach miast, w tunelach, systemach korytarzy tworzących zaiste równoległy świat, alternatywne miasta kilka metrów w głąb od rzeczywistych ulic, kwartałów i placów.

Tajemnicze lochy zaprojektowane przed wiekami przez nieznanych architektów wionęły wilgocią i nie odkrytymi tragediami, których były świadkami, niezależnie od tego, czy zbudowano je, po to aby tych dramatów uniknąć, czy też specjalnie, jako sceny do ich realizacji. Naturalne groty, jaskinie, sale i przejścia między nimi, wypłukane przez podziemne potoki lub wykruszone potężnymi siłami, przesuwającymi skalne bloki i płyty skorupy ziemskiej w każdej chwili mogły uwolnić mechanizmy lub stwory natury, czekające od wieków tylko na to, aby powstrzymać marsz człowieka, zapobiec osiągnięciu przez ludzkość wiedzy, która doprowadziłaby do samounicestwienia planety. Które z nich, te zbudowane przez człowieka, czy te urodzone naturalnie, były bardziej bezwzględne?

Kiedy i gdzie byłaby większa szansa na porozumienie, próbę wytłumaczenia się z wtargnięcia poza granice tabu, wyżebrania jeszcze trochę życia? Co dało by większe cierpienie w ostatecznej chwili prawdy: mechanizm do zabijania i torturowania, skonstruowany myślą ludzką, czy zęby, szczęki, szpony, ogień z trzewi stworzone i wyzwolone siłami przyrody?

„Młody demiurg też był posłańcem sił Natury, przyszedł do mnie nie z tego świata. To podziemne jezioro pod sklepieniem litych skał, ta złota od piasku mielizna na jego środku, to był jego naturalny świat. Ale dla mnie, śmiertelnika, który został tu zawezwany, powinno to być równie bezpieczne miejsce. Nie mogło tu mi nic grozić, skoro znalazłem się tutaj nie przez przypadek i nie zostałem wypuszczony przez siły Zła, aby siać zamęt i zniszczenie”. Tylko skąd ta pewność, że znalazłeś się tu dlatego, że na to zasłużyłeś, że cię wybrano właściwie, że TY to na pewno ty, gdy przed Tobą opadała tylko pionowo ściana. I nic więcej, żadnej wskazówki, żadnych stopni, uchwytów czy lin. Jedynie w połowie wysokości, pod Tobą, z tej ściany wypływało źródło i przemienione, spienioną kaskadą spadało w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwa.

„Nagły plusk wyrwał mnie z tych rozmyślań. Plusk doszedł z dołu, stamtąd, gdzie spadająca woda znikała w wirach podziemnego jeziora. Tam kołysała się na falach płaskodenna łódź. Pusta, szeroka, dwie ławki w poprzek, a na nich czekały oparte równolegle do siebie wiosła.”

Aby tam się dostać trzeba było skoczyć, bez zbędnych rozmyślań, w otchłań. Łódka, bądź co bądź, była nieduża. „A co by się stało, gdybym w nią nie trafił?” Obok kłębiąca się woda, zapewne bardzo głęboka. A do tego dno najeżone zapewne ostrymi skałami.
To była już naprawdę ostatnia próba. Czy na pewno dobrze odczytał wszystkie znaki? Czy to on został wybrany, czy też został tu wepchnięty przez Redaktora i stojące za nim siły Zła? Te odgłosy dochodzące z zewnątrz mogły świadczyć, iż była to pułapka, a wokół zbierała się obława.
No cóż, aby się przekonać, trzeba było po prostu skoczyć. Czy było mu dane przeżyć, ocenić za chwilę czy warto?
Nie, decyzji nie mógł podjąć po fakcie, na dole. Musiał sobie odpowiedzieć jeszcze tutaj, na górze, w ukryciu, za tym filarem przy którym ktoś zostawił tę gazetę z artykułem Redaktora o śmierci Barczyńskiej na przejeździe…
Olek popatrzył na Januszka. Czy ostatni raz tak na niego spojrzał? Czyżby…? Wziął i zmiął teraz i tę gazetę z wydrukowanymi kłamstwami o wypadku. I przestąpił ponad tą zmiętą kulką z gazety i zrobił to, skoczył.
Skoczył zza filara ku chłopcu stojącemu nad ciężarówką, która przed chwilą spadła z wiaduktu wprost przed ciągnący wagony parowóz.

Warto, odpowiedział sobie.
Czy warto? Tak, warto! – powtórzyło czyjś głos z oddali echo.
Czy warto?
Tak, warto!

– Witaj chłopcze. Pamiętasz mnie?

Januszek odwrócił się w stronę idącego ku niemu mężczyzny w wojskowym mundurze polowym. Tak samo, jak przed kilkoma miesiącami, najpierw na niego spojrzał spode łba, a zaraz potem odwrócił się plecami, przygarbił i zrezygnowany zamarł ze wzrokiem utkwionym w piasku pod jego stopami.
Olek szedł powoli, krok za krokiem ku niemu.

– Nie poznajesz mnie?

Tym razem chłopiec ostatecznie nie zawahał się tak jak wtedy, zimą. Nie stchórzył, tylko zebrał się w sobie i skoczył w przeciwległą stronę niż ta, skąd wyszedł do niego obcy w mundurze.
Jak pech, to pech. Kolejny krok zrobił jednak tak niefortunnie, że stopą zahaczył o porzuconą cegłówkę. Pewnie dałby radę, gdyby tylko druga noga nie trafiła na miękki, usypujący się spod buta piasek. W efekcie tego rymnął na ziemię jak długi.

Olek schylił się i podniósł go za ramiona.

– Panie stróżu, ja tu tylko bawiłem się… – rozpłakał się chłopiec – Ja nic nie kradłem… Samochodziki są moje, z domu…
– Dlaczego uważasz mnie za stróża? – zdziwił się Wojownik.
– No, ten mundur. Nie ma już robociarzy. Jest już po pracy. Teraz i w mundurze, to musi być tylko stróż, który pilnuje budowy… Niech pan mi nic nie robi… – rozbeczał się na dobre. – Ja już sobie pójdę, już więcej nie będę! Tylko niech pan mnie już puści i nic nie mówi pani w szkole…
Wojownik pogłaskał chłopca lekko po głowie. Ten wstrząsnął się cały. Odskoczył na dwa kroki, ale sparaliżowany strachem, zamiast od razu uciekać tylko ryczał jeszcze bardziej.
Dostał spazmów, cały się trząsł i takim uciekającym gdzieś głosem, urywając dramatycznie na wysokich tonach ostatnie słowa, poprzez nawroty tego szlochu i kurczy wykrzyczał:

– Tylko niech pan nikomu nie mówi…! Tylko niech pan nikomu nie mówi! Ja już nie będę… Ale niech pan nikomu nie…! Ja… Nie będę!

Chrenowicz był bezgranicznie zdziwiony. Najchętniej sam rozłożyłby ręce lub uciekł stąd, nie wiedząc jak zareagować. Pchany jakąś intuicją, zrobił jednak coś zupełnie odwrotnego.
Podszedł do chłopca, ale nie dotykał go już, tylko stanął przed nim na pewien dystans, tak by ten dokładnie go widział. I odezwał się spokojnym głosem:

– Spotkaliśmy się wtedy, zimą. Pod balkonami. Zbierałeś swoją armię. Czy masz jeszcze ten fajowy, blaszany transporter?

Chłopiec uspokoił się. Spazmy i łzy minęły. Spojrzał przed siebie, znowu nieco spode łba. Odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała jakby nuta rodzącego się zaufania:

– Mam, ale w domu. Tutaj – wskazał nieznacznym ruchem podbródka przed siebie – to co innego. Nie ma wojny. To miasto, tory w wąwozie i ulica na wiadukcie…
– Stąd ta furgonetka i ciężarówka – Wojownik udał, że się właśnie domyślił i bez chwili zawahania, kontynuował w tej konwencji. – A co jeszcze tu dziś przyniosłeś?
– Autobusik i „fiata”. I jeszcze „warszawę”.

Zbliżyli się do siebie. Chłopiec wrócił do wiaduktu, który, uciekając, niechcący rozwalił.
Teraz przyklękli przy nim obaj i bez słowa zaczęli go naprawiać.
Na twarzy Januszka pojawił się uśmiech. Po chwili zaśmiał się na cały głos.

– Pan naprawdę nie jest stróżem?
– Czy rzeczywiście nie pamiętasz klamerek, które chowałeś po kieszeniach? A ta lalka, która miała się stać marszałkiem całej armii? Czy dostałeś swój znak?

Chłopiec przestał się uśmiechać. Jego twarz przybrała znowu taki zacięty wyraz. Bał się?, wstydził się czegoś? A może od czegoś uciekał, od jakichś wspomnień?
Olek znowu wyciągnął ku niemu przyjaźnie rękę i znowu ją powstrzymał, widząc jak chłopiec zaczął się cały kurczyć się i chować głowę w ramiona. Cofnął rękę i przywołał na twarz szeroki uśmiech. Włożył mnóstwo wysiłku, aby jego głos nabrał radosnego, przyjaznego tonu, aby brzmiał, jakby dzielili się, w stanie zaufania i euforii, czymś istotnym i przyjemnym. Czymś, co rozumieli tylko we dwóch, dzięki jakiejś nieuchwytnej nici porozumienia.

– A czy to, co mi opowiadałeś o „czterech pancernych” w telewizorze, pamiętasz? I ja ci powiedziałem, abyś się nie przejmował, tylko wracał do domu?
Chłopiec nadal nie podnosił głowy. Chociaż drgnął i jakby miał chęć otworzyć ku Olkowi swoją skuloną, zamkniętą postać.
– Czy wróciłeś wtedy do domu? Czy Mama pozwoliła ci włączyć telewizor i obejrzeć tych „pancernych”?
– Tak, przyszedłem do mieszkania. Mama dała mi gorące kakao a potem utarła jeszcze kogel-mogel.
– A co powiedziałeś tacie?
– To, co mi kazałeś, że chciałbym z nim razem obejrzeć „czterech pancernych”, jak syn z ojcem, bo to film dla prawdziwych mężczyzn.
– I co? Czy zasiedliście razem…?
– Zdziwił się! Bardzo. A mama zaczęła się śmiać i powiedziała, że skoro tak, to ona wychodzi do sąsiadki – ciotki, pani Ireny, bo mężczyznom nie wolno w domu przeszkadzać.
– A zapytałeś mnie wtedy jeszcze o to, czy to prawda, że w sklepach jest taki model autobusu „jelcz” z niebieską przyczepą, jakie nieraz jeżdżą na wsi.
– Tak! I z otwieranymi drzwiami! – rozpalał się mały.
– Bo twój kolega z parteru, Sławek, poznał jakiegoś Czarka z drugiej klatki i w tajemnicy przed tobą, bawili się takim modelem u tego drugiego, a tobie pozwolili do nich dołączyć dopiero, jak też będziesz miał podobny autobus…
– A ty mi powiedziałeś, że nigdy takiego nie widziałeś. I że oni pewnie kłamią, abym im zazdrościł…
– Czy zrobiłeś, jak ci radziłem?
– Tak… Ale teraz wróciłeś do mnie?
– No chyba tak?
– Na zawsze?

Olek zamilkł. Wziął do ręki jeden z samochodzików. Postawił na odbudowanym wiadukcie z gałęzi i piasku. Januszek nie patrząc na zabawki stanął na wprost niego. Wyprostował się wreszcie i spojrzał mu w końcu prosto w oczy. Tak zadziornie, po raz pierwszy bez strachu, czy skrępowania.

– A ty kim jesteś? Skąd ty do mnie przyszedłeś?

Chrenowicz milczał. Teraz on się zaciął w sobie. Pochylił całą swoją postać ku żółtej połaci piasku. Bawił się przez chwilę małym autkiem.

– Skąd przyszedłem? Wiesz, to jest taka skomplikowana sprawa… – zaczął i nagle przeraził się tym co usłyszał. Bo oto chłopiec skoczył do niego, złapał go za rękę, szarpnął ku sobie i niemal krzyknął:
– Ale zostaniesz moim przyjacielem?

Ach, to serce

Teresa Rudolf

Litość, współczucie?

Czy to była  litość,
może współczucie,
ale różnica gdzie?

Przecież powinna
wyczuć, wiedzieć,
nie kamienieć.

Patrzyła na starca
o łzach wielkich
jak leśne jagody,

Nie wiedząc: przytulić,
milczeć, płakać,
czy pieniądze ważne?

Gdzie jakiś kapelusz,
lub talerzyk gdzie,
a… tylko te łzy?

Na chodniku obok
zasiadła wygodnie,
pokażę: “mam czas”.

“Czemu, więc czemu?”
pytała, między łzami
wielkimi jego i swoimi,

“Dziś odszedł pies
mój, głodny, chory,
i stary, jak ja…”

Noc

Tajemniczość nocy
otula moje ciało
ciasno jak płaszcz.

Nogi wytresowane
jak konie, prowadzą
w miejsca stare,

a… a tam nie ma nic,
nic dawnego, nowego,
czuję tylko moje serce…

nie więcej tu warte
od tego piernikowego,
z taniego jarmarku…

Z wolnej stopy 40

Zbigniew Milewicz

Bibeloty

Jutro minie rok, jak tutaj co tydzień coś skrobię. O taką dyscyplinę nigdy bym sam siebie nie podejrzewał, więc tym bardziej w nagrodę należy mi się urlop. Oczywiście bezpłatny, jak człowiek pisze coś w czynie społecznym, to grzechem byłoby wyciągać – na przykład do Billa Gatesa – ręce po pieniądze, skoro powszechnie wiadomo, że biedak ma na utrzymaniu cały świat w walce z pandemią korona wirusa. Ponieważ dzisiaj kończy się ustanowiony przez Adminkę miesiąc Kobiet, więc w przedurlopowym prezencie podarowuję moim Czytelniczkom kilka strzał Amora, które trafiły mnie w różnych okresach życia i później wylądowały w szufladzie biurka. Mam wątpliwości, czy są one poezją, co najwyżej – westchnieniami duszy, ubranymi w romantyczne szatki słów.

Miałaś ruchy najlepszej tancerki
z haremu sułtana
głos, który mógłby zwieść na pokuszenie
nawet świętego
zwiewną suknię
a pod spodem taką rzeźbę kobiecości
że pożerając cię wszystkimi zmysłami
dziś, w czasie kontemplacji czasu przeszłego dokonanego
nie mogę sobie przypomnieć
jakie miałaś oczy

Chciałbym jeść z tobą maliny w śmietanie
jeszcze bardziej z ciebie, moje ty kochanie
rozłożyłbym na tobie obrus z malin prosty
rdzawych, jędrnych, pysznych
a z tych cierni ostrych
zrobiłbym zaporę dla wołów i osłów
bom zazdrosny wielce o Ciebie jedyna
i każdego, co tylko mizdrzyć się zaczyna
więc chodźmy w maliny póki Wenus sprzyja
piękna, ale zmienna, wolna i niczyja
jak mi się nie oddasz na malin pościeli
ze śmietaną pośpieszę do innej w niedzielę

Zmarszczek mi nie liczysz
zdrowia, szczęścia życzysz
lecz dlaczego, Pani
gdy jestem na bani
gorszaś niż pokrzywa
albo lewatywa
obie są na zdrowie
ale cierpi człowiek

Bez muzy poeta dupek
źle widzi, pisze i czuje
jeden wiersz z biedą skleci
drugi zupełnie zepsuje
pół roku z okładem chodzi zasmarkany
w nocy zamiast gzić się
przelicza barany
słonko go nie cieszy
tylko w glacę parzy
a gdy coś go wkurzy
nikt mu zmarszczek
nie zliczy na twarzy
dlatego kochajcie dziewczęta poetów
głaskajcie i chwalcie
nawet, jak rym jest do du..
bo jak im grzdylom
waszych wdzięków braknie
kto o Was napisze
tak trafnie, tak ładnie

W zamku z marzeń zbudowanym
gdzieś w Szkocji dalekiej
żyła piękna lady
dojrzała już wiekiem
malował ją Rubens
i Ingres i Goya
Alkifron listy pisał
Balzac dzieła swoje
kruszyli o nią kopie
najmężniejsi z mężnych
fortuny tracili królowie potężni
a Ona to wszystko skrzętnie notowała
i w swojej skarbnicy na klucz zamykała
zwała ją płci pamięcią
albo też mądrością,
którą włodarzyła ze swą pedantyczną
szkocką oszczędnością
dzięki niej do dziś gród stoi i kwitnie
a po lady lat nie widać
…zbyt dobitnie

Myślę o Twoich oczach
są, jak dwie filiżanki
gorącej, aromatycznej czekolady
muszę je wypić
bo umrę z pragnienia

Mówisz, że łapiesz deszcz
bo tylko on na Ciebie leci
a skąd wiesz, czy on zwykły
może w każdej kropli tkwi
zaklęty, spragniony Ciebie mężczyzna
popatrz, jak ich wielu
i każdy chce być tym jedynym
ale łączą się zgodnie
w potoki i rzeki
i spływają po twoim ciele
czasem łagodnie
kiedy indziej pożądliwie
i burzliwie
aż do sargassowego morza swojego przeznaczenia…

A ponieważ za kilka dni piękna Wielkanoc…

Nie wiem, ktoś Ty
ani skąd
lecz pamiętasz, więc dziękuję
pomyślności Ci winszuję
wiosny w sercu
smutki w kąt
Wesołych Świąt!

Frauenblick: Annette

Monika Wrzosek-Müller

Meine Lektüre: Annette, ein Heldinnenepos.

Unsere Administratorin hat diesen Monat den Frauen gewidmet; ich würde sagen, auch ein Jahr würde nicht reichen, doch begnügen wir uns mit diesem einen Monat.

Ich hätte hier jetzt gerne von weiten, ausgedehnten Reisen geschrieben; von Landschaften, die vom Boden zum Himmel reichen und noch weiter, von Städten voller Wunderwerke, von Ausstellungen, die einen zum Grübeln, Staunen und Begeistern zwingen. Von Menschen, die man dabei trifft und mit denen man sich unterhält; doch stattdessen sitzen wir/ich/sie im lock-down, der jetzt gefühlt Jahre dauert und doch wirklich vieles verhindert. Der einzige Fluchtweg öffnet sich in die Lektüre, ja in die Filme, auch mehr oder weniger erlaubte Treffen mit Freundinnen und Freunden bieten gute Ablenkungsmöglichkeiten.

Und siehe da, ein Buch mit markantem Titel, der überaus gut zu dem März-Vorhaben passt: „Annette, ein Heldinennenepos“ von Anne Weber, ist mir aus dem Bücherturm neben dem Bett aufgefallen, rausgefallen und oder hat auf mich gewartet. Ein kleines rotes Buch, 207 Seiten, hebt es sich von den dicken, opulenten Romanen mit 600 bis 800 Seiten ab; auch der schöne Umschlag sieht einladend aus. Der Titel Epos hat mich ehrlich gesagt am Anfang abgeschreckt; ich dachte schon, wieder irgendwas sehr Intellektuelles und Ausgedachtes, nicht zum Lesen, nicht zum Schmökern, denn Epos erinnert mich/uns an die großen Epen mit Göttern und Helden, mit Pathos und Höherem, Mythos bildend, was wir/ich/sie als Pflichtlektüre in der Schule einmal durchgenommen hat/haben, in Versform, manchmal gar mit Reim, sehr lebensfremd, oder doch -nah, aber irgendwie uralt und angestaubt, eher wie ein hohes Lied, mündlich vorgetragen oder erzählt. Die ersten Seiten gingen auch langsam und schwierig; das Werk erzählt in einem Troubadour-Stil, in Versform vom Leben einer Freiheitskämpferin, einer Oppositionellen, die ihr ganzes Leben dem Dienst an den Menschen, der Gerechtigkeit gewidmet hat, einer, die tatsächlich gelebt hat, von Anne Beaumanoir aus der Bretagne. Meine liebste Bretagne, ausgerechnet stammt die Heldin aus einem Örtchen, dem Fischerdorf Saint-Cast-le-Guildo, in dem wir/ich/sie vor Jahren einen Urlaub machten.

Das junge Mädchen hilft schon mit 16 Jahren, während des Krieges jüdischen Familien einen Unterschlupf zu finden; dafür bekommt sie später in Yad Vashem den Titel einer Gerechten unter den Völkern. Dann kämpft sie in der Résistance, wird zur militanten Kommunistin, will für ihre Ideen auch sterben, macht aber immer weiter, als Kurier, als Kämpferin, wechselt zur gaullistischen Résistance, arbeitet wiederum hart und hilft, wo sie nur kann. Dazwischen beginnt sie ihr Studium der Medizin, das sie nach dem Krieg zu Ende bringt; ein sehr ausgefülltes Leben, ohne Pause, ohne Ruhe, ohne an sich selbst zu denken. Im Krieg stirbt auch ihr erster Mann, auf brutalste Weise ermordet von französischen Bauern, die sich für alles, was ihnen widerfahren ist, an den Partisanen rächen. Sie rennt weiter, so als ob sie nicht anhalten könnte, auch nicht wollte; nach dem Krieg dann in den Süden des Landes, nach Marseille; bald heiratet sie noch einmal, wird Ärztin, Neurologin, Mutter von zwei Söhnen, doch das alles reicht ihr nicht, sie will sich für die Gerechtigkeit weiterhin einsetzten und hilft der Algerischen Befreiungsfront, wird zur sog. Kofferträgerin mit Geld für ihren Kampf, auch zum Kurier, dann wird sie verraten und zu zehn Jahren Haft in Frankreich verurteilt. Dazwischen bekommt sie noch ihr drittes Kind, ein Mädchen. Sie flieht verkleidet über Italien nach Nordafrika, landet in Tunis, wird zur Helferin beim Aufbau des unabhängigen Algerien (arbeitet im Resort Gesundheit) während der Präsidentschaft von Ben Bella. Inzwischen ist sie zum dritten Mal mit einem 12 Jahre jüngeren Algerier verheiratet, sieht auch einmal ihre Kinder auf einer Yacht in Mittelmeer, macht sogar einen Urlaub mit ihnen in Positano.

Bei einem Putschversuch entkommt sie knapp der Verfolgung und landet erst einmal in Rom und dann in Genf, wo sie einige Jahre in einer Klink arbeiten wird, bis das Gerichtsurteil in Frankreich aufgehoben wird. Daraufhin kehrt sie nach Frankreich zurück, um ihr Leben in einem Ort mit dem Namen Dieulefit fortzusetzten; sie besucht auch die Bretagne, wo sie ein kleines Ferienhaus hat. Inzwischen ist sie 96 Jahre alt; ihr Leben hat sie in zwei Bänden Erinnerungen festgehalten.

Die Fotos, die ich von den beiden Frauen (der Autorin und der Heldin) im Internet gesehen habe, zeigen Annette als sehr lebendige, wache Person, fast würde ich sagen, dass die Autorin, obwohl wesentlich jünger, ernsthafter aussieht. Die beiden führen lange Gespräche, mögen sich auch offensichtlich sehr. Die Wahl der literarischen Gattung, des Epos, hat, denke ich, mehrere Gründe und tut der Geschichte sehr gut. Die Autorin distanziert sich von der Heldin und ihrer Heldenhaftigkeit, schafft Raum zum Durchatmen und Innehalten, diesem Zweck dienen auch Ironie und Witz: „Pause…, Pause, Pause“, während die Heldin schon wieder weiter läuft und neue Erlebnisse anhäuft. Das Buch versinkt nicht in der mythologisierten Schwere der Beschreibung der Heldentaten, sondern schwingt mit Leichtigkeit über die Entfernungen und Probleme, die ein solches Leben mit sich bringt, hinweg; es stellt uns aber auch vor die wichtigen Fragen der Zeit: was zählt ein Menschenleben? Was bedeutet in diesem Zusammenhang Menschlichkeit? Was heißt verurteilen, entscheiden und dann mit diesen Entscheidungen leben? Was heißt letztlich ein erfülltes Leben, was gehört dazu?

Auf manche dieser Fragen gibt die Geschichte überaus interessante Antworten.

Ein sehr empfehlenswertes Buch, nicht umsonst wurde es mit dem Deutschen Buchpreis als bester deutschsprachiger Roman des Jahres 2020 ausgezeichnet.

Ewa, Maryla, Joasia, Irena, Viki, Anette

Es starben in der letzten Zeit ein paar Frauen, die zu ihren Lebzeiten eine Rolle in unserem Leben in Berlin gespielt haben. Da sie aber eben gestorben sind, werden sie allmählich aus unserer Gedächtnis verschwinden.

So ist eben der Lauf der Dinge auf dieser Welt. Die Menschen verschwinden, die Sachen verschwinden, die Erinnerungen. Und natürlich auch wir werden alle Mal verschwinden. Alles verschwindet so schnell. Eins zwei drei, im Laufeschritt läuft die Zeit, wir laufen mit, schrieb Heinrich Zille.
Die Frauen, über die ich gerade denke, sind aber für unsere  heutige Begriffe nicht nur zu schnell, sondern auch zu früh abgegangen. Größtenteils nicht Mal im Rentenalter waren sie.

Es ist unumkehrbar. Ich schrieb über sie, wohl wissend, dass über Jemandem zu schreiben, den Lauf der Zeit nicht anhalten wird.

Irena Mitręga, 41 lat
Anette Schill
, 57 Jahre
Ewa Bielska, 58 lat
Maria Gast-Ciechomska (Maryla), 62 Jahre (auch HIER)
Joanna Trümner (Joasia), 62 Jahre
Wiktoria Korb (Viki), 76 Jahre

Natürlich, ich weiß, dass in dieser Zeit als sie starben, auch Männer gegangen sind, auch solche, die in Berlin, und für mich besonders, wichtig waren – Olaf Münzberg, Witold Kamiński, Professor Stanislaw K. Kubicki, auch über sie schrieb ich hier auf dem Blog, heute bleibe ich aber bei den Frauen.

Mich beschäftigt die Frage, wie wir sie erinnern können, was können wir machen, damit sie unter uns bleiben. Sie waren wichtig, sie engagierten sie, sie waren selbstlos und bescheiden. Sie drängten sich nicht ein und sie puschten sich nicht in die ersten Reihen. Sie machten und dies war ihnen der Dank genug. Vielleicht gerade deshalb werden sie schneller vergessen als die, die fresch vorne stehen und in jeder Ecke ihre Größe preisen. Über eine von ihnen – Joanna Trümner nämlich – schrieb Małgorzata Tuszyńska vom Polnischen Rat ein paar Sätze, die man, wie ich glaube, über alle Frauen, die ich hier erwähnte, schreiben kan:

Sie wird uns auf vielerlei Weise fehlen: Ihre wohlwollende Unterstützung, ihre menschliche Wärme, ihre Ratschläge, ihre
ruhige Distanz und ihr uneingeschränktes Engagement in allen Belangen der polnischen Community. Wir behalten sie in Erinnerung als eine außerordentlich taktvolle und diskrete Person, die überall dort das Gute zu entdecken verstand, wo andere die Hoffnung verloren haben; als eine Frau, die das Leben und die Menschen liebte, immer bereit war, allen, die ihren Rat brauchten, Hilfe und Unterstützung zu geben – niemals urteilend, immer unterstützend. Ihr ganzes Leben widmete sie ihrer Familie und anderen Menschen. Sie arbeitete selbstlos, engagiert und bis zum Ende – für Polen, für die Polonia in Berlin und in Deutschland. Sie fand Zeit, ihre Erfahrungen, Reflexionen und Eindrücke niederzuschreiben.

Interessant, dass etwas, was eine von ihnen betraf, über alle andere schreiben könnte!

Wie also sollen wir ihnen gedenken? Seit ein paar Jahren denke ich darüber nach. Hier liste ich ein paar Ideen auf, was wir tuen können.

Zuerst kommt die Frage – eine? Wollen wir eine von ihnen in Erinnerung behalten, oder alle? Eine zu gedenken ist vielleicht einfacher, aber wenn eine, dann welche – und weshalb gerade sie und nicht die andere? Alle? Wunderbar, aber wie? Polinnen? Anette war keine Polin. Vernachlässigte Frauen? Um Gotteswillen! Auf keinen Fall! Nicht die Tatsache erinnern, die wir kaschieren wollen.

Und die nächste Frage, die fünf W-Fragen umfasst: Wie? Was? Wo? Wann? Und die wichtigste Frage: WER? Wer soll sich drum kümmern?

Und die Wie-Frage ist auch nicht einfach, weil was wollen anstreben?

  1. Strasse /Grünalage / Platz / Park/ Brücke – Benennung / Gedenktafeln da, wo sie wohnten?
  2. Buch – Bücherreihe – mit den Texten von ihnen und über ihnen – dies haben wir, Freunde von Johanna Trümner, schon angefangen:

    3. Bibliothek oder ein Saal in der Bibliothek, mit einer Büchersammlung bzw. einer Infotafel, die man (leider) stets ergänzen und erweitern muß?
    4. Bachelorarbeit bzw. eine Reihe – z.B. bei dem Studium / Fakultät der Kulturanthropologie oder Stadtetnografie.

    Schreib uns bitte, was ihr denkt…

 

 

 

Matematyka i kobiety

Tabor Regresywny

TWIERDZENIE: Kobiety są dwa razy mądrzejsze od mężczyzn.

ZAŁOŻENIE: Mężczyźni są dwa razy mądrzejsi od kobiet.

DOWÓD: Umysł kobiety składa się z świadomej części natury kobiecej (1 M) i podświadomej części natury męskiej (2M) natomiast umysł mężczyzny składa się z świadomej części natury męskiej (2M) i podświadomej natury żeńskiej (1M). Kobieta nie ignoruje tego co podpowiada jej intuicja czyli M( K) = 1M + 2M = 3M Mężczyźnie wystarcza jego racjonalność i nie słucha podświadomości stąd M(M) = 2M + 0M = 2 M . Mamy 3:2 dla kobiet. Dalej, kobieta używając zarówno logiki jak i intuicji z łatwością podporządkowuje sobie podświadomość męską. Stąd mamy ostatecznie M(K) = 1 M + 2M + 1M = 4M. Ostatecznie mamy 4:2.

CBDU.

WNIOSKI: Bóg stworzył kobietę by była mężczyźnie pomocą. Jak to rozumieć. Po pierwsze by pomogła mężczyźnie poznać samego siebie, a następnie pokazała na czym polega czynienie ziemi sobie poddaną, bo to co robią mężczyźni nie ma z tym nic wspólnego, natomiast woła o pomstę do nieba.
 
(Komentarz autorki bloga: Zgubiłam się na samym początku tej arytmetyki.)

1M to jednostka mądrości. Ponieważ zgodnie z założeniem mężczyzna jest 2 razy mądrzejszy stąd podświadomość kobiety będąc natury męskiej (animus) ma 2M . Kobieta korzysta zarówno ze swojej świadomości jak i podświadomości stąd 3M. Mądrość świadomości mężczyzny to 2M a jego podświadomości to 1M . Ale mężczyzna nie słucha podpowiedzi podświadomości stąd 2M to wartość całej mądrości z jakiej korzysta mężczyzna. Jego podświadomość zostaje niezagospodarowana i tu pojawia się kobieta która ją świetnie umie wykorzystać. Stąd po stronie kobiety 4M. Jedno M swojej świadomości plus 2M swojej podświadomości i 1M podświadomości mężczyzny. razem 4M a nasz biedny chłop tylko 2M.

Jeśli założyć, że kobiety są tak samo mądre jak mężczyźni to wychodzi 3:1 czyli jeszcze gorzej.

(A czy da się to twierdzenie udowodnić?)

Nie, ale to bez znaczenia. Kiedyś w Instytucie Fizyki Teoretycznej przedstawiłem pewne twierdzenie i chciałem je udowadniać, ale mi powiedzieli, żebym dał spokój, bo twierdzenie jest piękne, a zatem musi być prawdziwe. Dowód jest nieważny.

Wczoraj zakończyliśmy naszą trwającą 30 lat przygodę w Kotlinie Kłodzkiej. Zabrałem tylko książki i wózki. Książki przekazuję synowi – zostają mi tylko wózki.

(Piękne podsumowanie, też bym tak chciała, ale nie mam wózków.)

Chodzenie po mieście / Stadt begehen (Spuren)

Otmar Käge

Brücken nach Polen und Kaliningrad

Von der „Rundreise Danzig und nördliches Ostpreußen für die Mitglieder und Freunde des Mennonitischen Arbeitskreises Polen“ lese ich im Ibersheimer März-Gemeindebrief und bin sofort interessiert. Aber ich erfülle nicht die beiden Bedingungen; bin zwar vor einem halben Jahrhundert getauft, dann jedoch den Mennoniten „abtrünnig“ geworden.

„Kein Problem“, beruhigt mich Reiseleiter Frank W. am Telefon. Und gleich die erste Bus-Mitreisen- de, neben der ich in der 40-köpfigen Gruppe Platz nehme, eine Hamburgerin aus Königsberg, ist evangelisch; hat zwar eine mennonitische, aber auch katholische Bekannte: weil Hamburg konfes-sionell eine liberale Stadt sei.

Mein Berlin ist um 12 Uhr die letzte Zusteigestation, sodass wir von dort ohne größere Unterbrechung unser erstes Reiseziel Danzig ansteuern können; bei herrlichem, frisch windigem Sonnenwetter. Ich habe mich auf eine Gruppenvorstellrunde eingestellt, aber sie unterbleibt. Offensichtlich, weil sich, wie ich nach kurzer Zeit spüre, die meisten Reisenden kennen. Mich (noch) nicht, aber ich fühle mich keinen Moment unbehaglich dabei.

Von der ersten Etappe bis Danzig erinnere ich bis auf eine kinderbunte Straßenrand-Plakatwand zur Ulica Sezamkowa mit Ernie, Bert & Krümelmonster keine besonderen Augen-Blicke; aber einige inter- essante Informationen unseres Reiseleiters, womit er uns von nun an Tag für Tag versorgt:

1530 erstmals Täufer in Danzig (auch Menno Simons war da)
Seit 1569 besteht eine Gemeinde.
Die 1638 und 1648 gebauten friesisch- bzw. flämisch-mennonitischen Kirchen wurden kriegszerstört.
Die 1819 eingeweihte Kirche steht noch heute;
eine von insgesamt 17 mennonitischen Kirchen im Großen Werder bis zum Krieg.
Vom zentral am Eingang zur Danziger Altstadt an der Heilig-Geist-Straße gelegenen Hotel Freie Stadt – der ersten unserer insgesamt vier vorzüglich ausgewählten Unterkünfte – ist es bis zur Menno- nitenkirche am Bischofsberg in der Ulica Mennonitów gar nicht weit. Die nach dem Krieg wieder auf- gebaute Kirche bildet mit Altenheim und Predigerhaus einen 200 Jahre alten Gebäudekomplex, der heute eine Pfingstgemeinde beherbergt. Ihr Pfarrer empfängt uns freundlich und überlässt uns den Kirchenraum für eine Andacht und einen Vortrag über die mennonitischen Familien von dem Block und Wiebe, die vor über 300 Jahren als Künstler und Wasserbaumeister Bedeutendes und teilweise noch heute Sichtbares in der Danziger Region geschaffen haben.

Beim Abendessen in einer historischen Restauracja mit Kellnern in Kniebundhosen und Sologesang zum Akkordeon wird mir aus den Gesprächen rundum bewusst, was für eine „weltweite Bruder- und Schwesternschaft“ und Community die Mennoniten sind: Etwa auf einem Hof an der Toten Weichsel geboren, haben sie Vorfahren in Russland und Verwandte in Holland, Kanada oder Pennsylvania und verbrachten selbst Jahre im Chaco oder als MCC-Freiwilliger auf Kreta.

Am nächsten, fronleichnamstillen Sonnenmorgen „tauchen“ wir im wahrsten Sinn des Wortes östlich Danzig in die Weichselniederung ein, wo sich nahe der Stadt Elbing mit 1,8 m unterm Meeresspiegel der tiefste Punkt Polens befindet. In dieses auch „Großer/s Werder“ genannte Gebiet sind 1530 die ersten, überwiegend holländische Täufer eingewandert und haben es unter großen Entbehrungen – „Der ersten Generation der Tod, der zweiten die Not, der dritten das Brot“ – nutzbar gemacht: „Ein Segen bis in unsere heutige Zeit war die Einwanderung der Mennoniten in unser gesamtes Heimatgebiet“ lese ich in einem Buch über Die Geschichte des Kreises Großes Werder aus dem Jahre 1939. Und die Jahre danach?

Die von einem strahlend blauen, von Mauerseglern durchpfeilten Himmel überwölbte flache Werder-Landschaft erstreckt sich felder-, busch- und baumgrün, rapsgelb bis zum Horizont, den eine Schar Windräder und davor eine große Ansammlung von Häusern, Höfen, Hallen, Silos und ein paar (Kirch-) Türmen zu füllen beginnt: Tiegenhof. Ein geografisch und geistlich zentraler ehemaliger Mennoniten-Ort im Großen Werder; auch „geistig“: Wurde dort doch Stobbes Machandel gebrannt – „Der Jetter- funken is in alle Welt beriehmt!“ –, den auch Günter Grass in seiner Danziger Trilogie nicht uner- wähnt und den ein mitreisender Stobbe-Nachfahr in unserem Bus kreisen lässt.

Irma Q. wurde 1928 auf einem Gehöft nahe Tiegenhof geboren, das man heute noch an dem Strommast identifizieren kann, der schon vor über 80 Jahren das Anwesen überragte. Die 65-Jährige hat es 1993 mit klopfendem Herzen wieder besucht und ist von der 1945 vom Bug auf den west- preußischen Hof umgesiedelten polnischen Familie herzlich empfangen worden: „Irma, warum kommst Du so spät?“ Damals, Ende des Krieges, war ihr Vater auf Nimmerwiedersehn von sowje- tischen Soldaten verschleppt worden und die 17-Jährige musste zusammen mit der Mutter auf ihrem enteigneten Hof Hilfsdienste leisten, bis sie 1947 des Landes verwiesen wurden.

Anders als in Tiegenhof machen wir in Elbing um die Mittagszeit Halt. Gibt es dort doch gleich zwei Mennonitenkirchen zu sehen! Die aus dem Jahr 1590 stammende und damit älteste in der ganzen Region musste sich – wie auch Synagogen oder teilweise noch bis heute Moscheen – tarnen und präsentiert sich uns mit einer vierstöckigen Wohnhausfassade im noblen Renaissancestil.

Während wir durch die friedlich-feiertägliche horizontweite Hügellandschaft fahren, hören wir, was sich hier im Winter 1945 abgespielt hat: Fast eine halbe Million Flüchtlinge versuchte, dem russi- schen Kessel über die Frische Nehrung und die Ostsee zu entkommen; darunter auch unser Mitrei-sender Artur R., der als damals 16-Jähriger die vaterlose Familie mit einem Fuhrwerk unter gezieltem Beschuss auf ein entsetzlich überladenes Schiff brachte, das kurz nach dem Auslaufen torpediert wurde und zehn Tage auf dem Meer trieb.

Wir dagegen navigieren sicher wie in Abrahams Schoß Richtung russische Grenze. Dennoch beginnen nach und nach die Gespräche zu verstummen. Liegt es am Zunehmen stacheldrahtbewehrter Mili- täranlagen links und rechts der Straße? Der vorletzte beunruhigende Blick vor der Grenze fällt auf einen Panzer-, der letzte beruhigende auf einen provisorischen Fußball-Platz. Der lächelnden Grenz- beamtin gefallen meine grünen Haare (wahrscheinlich, weil sie selbst grüne Fingernägel hat). Die grüne Landschaft in der Kaliningrader Oblast unterscheidet sich von der kultivierten auf der polni- schen Seite dadurch, dass sie sich – wie einige mennonitische Landwirte kopfschüttelnd feststellen – selbst überlassen ist; was wunderschöne lila und weiße Lupinenfelder und reizvoll wechselnde Gras-, Busch- und Baumformationen zur Folge hat. Im Schatten einer mächtigen Ritterordenswehrkirchen- ruine gibt es eine ermunternde Bibelbetrachtung, beklappert aus den beiden Storchennestern in luftiger Höhe:

De Oadebar, de Oadebar, de woahnt op onse Schin. On wenn he doar herunderkickt, tellt he de Farkel an de Schwin.

Im ehemaligen ostpreußischen Königsberger Gebiet zu Seiten der alleenalten Reichsstraße 1 werden die mennonitischen Spuren spärlicher, aber die düsteren deutschen nicht: An der Bernsteinküste hat 2011 der aus Danzig stammende israelische Bildhauer Frank Meisler ein Denkmal für mehr als 3000 – die genaue Zahl ist bis heute nicht bekannt – überwiegend junge jüdische Frauen errichtet, die die SS im Januar 1945 in die eisige Ostsee getrieben oder erschossen hat. Die noch nicht geflohene deut- sche Bevölkerung – darunter ein Vetternbub unseres Reiseleiters – wurde von der sowjetischen Ar- mee gezwungen, für sie ein Massengrab am Strand auszuheben; über den heute der Schlagschatten des Denkmals aus emporgereckten Armen und verkrampften Händen fällt und wo Badegäste nach Bernstein suchen.

So ist

Das Leben: wie eine Wasserlache – du kannst darin Dreck oder die Sterne sehen

Dieses Kant-Zitat lese ich an einer Parkbanklehne auf der Königsberger Dominsel. Die Stadt ist in der schlimmen Folge der Hitlerei erst dem Erdboden gleichgemacht und dann nach (über)lebensprak- tisch nüchternen Gesichtspunkten wieder aufgebaut worden. Aber das konservatorische Interesse im Zusammenhang der 750-Jahr-Feierlichkeiten 2005 hat zu einer staunenswerten historischen Wende im Stadtbild geführt, die die heikle deutsche (Zeit-) Geschichte und Kultur mitnichten übergeht. Das beginnt mit dem Umbenennungsvorschlag Kantgrad für Kaliningrad, setzt sich in Erinnerungs(denk)- malen für den Königsberger Philosophen, für Schiller, E.T.A. Hoffmann und Agnes Miegel fort, ver- stopft mit dem Blech deutscher Automarken die Innenstadt und endet in Gestalt historischer Foto- grafien mit deutschen Straßennamen und Reklameschildern als Hotelzimmerschmuck: Gruene Bruecke 1907 – Agfa – Deutsche Bank Filiale – Sueddeutsche Klassenlotterie.

Der wieder aufgebaute Dom mit seiner imposanten Potsdamer Schuke-Orgel bietet uns Raum für eine kurze Betrachtung über den „fragwürdigen“ Gott und die Legende von Augustinus und dem Engelkind am Meer. Beim Abendessen diskutieren wir an unserem Tisch über die merkwürdige Maxime „Tu niemand etwas Gutes, dann erlebst du nichts Böses“.

Am nächsten Morgen irre ich mich in der Abreisezeit nach Svetlogorsk, dem „Sotschi des Nordens“, ostpreuß. Rauschen. Was mich dort eine Runde Wodka kostet; im Hotel Universal in der Nekrasov-Straße, wo das altersschwache Haus Nr. 1 auf einer Gedenktafel mit Profilrelief verkündet, dass hier die junge Käthe Kollwitz wiederholt in glücklichen Ferientagen „ihren Grosvater Julius Rupp (1809 – 1884) denbekannten Teologenbesuchte.“ Nicht weit entfernt informiert ein aufgeblättertes Bronze- buch auf einem Findlingstein vor alter Bäderhauskulisse darüber, dass hier im nordischen Seebad Thomas Mann 1929 die Novelle Mario und der Zauberer im italienischen Seebad Torre di Venere geschrieben hat.

Noch exotischer wird es einen Tag später kurz hinter der russisch-litauischen Grenze mitten auf der Kurischen Nehrung in Nidden, wo der frischgebackene Nobelpreisträger 1930 ein Sommerhaus er- warb und mit einem atemberaubenden Blick auf Haff, Ostsee und den Wüstensand der Wanderdüne das Ägypten Josephs und seiner Brüder imaginierte, bis ihn „das Megaphon-Deutschtum der national- sozialistischen Presse und das halbnärrische Geifern sogenannter Führer“ für immer vertrieben.

Seltsam: Auf dieser doch so sonnigen Reise wieder einer der häufigen Augenblicke, „wo Deutsch- lands Himmel die Erde schwärzt“ (Ingeborg Bachmann), und das Wasser von See, Haff und auch der Nogat unterhalb der Marienburg, die sich einen Tag später als rot leuchtendes Backsteingebirge von einem wolkenlos blauen Himmel abhebt. „Hier bin ich im September 1944 eingeschult worden“, erzählt Gudrun F. Den vier Kilometer langen Schulweg vom Hof bis zur hölzernen Fußgängerbrücke, die heute wieder den Fluss überspannt, legte sie zusammen mit der älteren Schwester im Pferde- fuhrwerk zurück. Kurze Zeit später kesselten sowjetische Truppen die Stadt ein und die Mutter trainierte mit ihnen das Verhalten bei Fliegerangriffen. Zuerst war die Flucht von den deutschen Behörden verboten, dann beschaffte der Vater seiner Familie Plätze auf dem Kraft-durch-Freude-Kreuzfahrer Gustloff, auf den sich bei ihrer Ankunft Ende Januar 1945 aber bereits 10000 Verzwei- felte geflüchtet hatten. Den acht auch Verzweifelten rettete dies das Leben, aber bescherte ihnen drei Internierungsjahre auf Jütland, wo die Achtjährige nicht nur von Wortungetümen wie „Entnazi- fizierung“ und „Zuzugsgenehmigung“ verwirrt wurde.

Reisegefährte Oskar W., der uns immer wieder mit Gedichten von Wilhelm Busch und Christian Mor- genstern erheitert hat, wies in diesem Zusammenhang auf den Königsberger Philosophen hin, für den der Krieg der natürliche Zustand des Menschen gewesen sei. Demgegenüber lesen wir in Posen, uns- rer letzten Reisestation, auf einem Banner über dem Friedensplatz den Satz des polnischen Priester- poeten Jan Twardowski, dass es die Liebe schon gab, bevor es den Menschen gab.

Da wir Posen erst abends und zudem bei einsetzendem Regen erreichen, kann die Stadt nur einen flüchtigen Eindruck hinterlassen. Aber etwas Besonderes auf dieser so erlebnisreichen Reise erleben wir hier doch: Schon haben wir die morgenverkehsreiche Innenstadt, die ihre bedeutende (Messe-) Vergangenheit und -gegenwart überall stolz zur Schau stellt, hinter uns gelassen und fahren durch ausgedehnte Gewerbegebiete, da schiebt sich ein weitläufig eingezäuntes Areal mit Landmaschinen in unseren Blick; mit einem Namen im Firmenschild, der auch – ich trau meinen Augen nicht – in unserer Reiseliste steht! Und tatsächlich: Es sind die Söhne meiner Busnachbarn Brunhilde und Dankwart H., die ihr landwirtschaftliches Gerät auch in Polen verkaufen.

Was für ein ermutigender, gegenwärtiger Ausblick für eine Reise, in deren Verlauf wir so viel Verlorenes, Verscherztes, mittlerweile wohl aber auch Verschmerztes gehört und gesehen haben! Und für eine friedliche gemeinsame Zukunft wird demnächst ein Bus mit mennonitischen Jugend- lichen ins Weichseldelta fahren:

Glück und Segen! – Szczęścia i błogosławieństwa!

O.K. / Bärlin, 25.6.2015