Zapiski na mankietach / Notizen auf den Manchetten

śmierc jest jak stara kurwa na kudamie
                                                            (al)

jak staniesz na hermannplac, weźmiesz pomarańczę do ręki, zamkniesz oczy, kilka razy się obrócisz i tą pomarańczą rzucisz, to zawsze trafisz mewkę albo tajniaka
                                                                                      (k-c)

– też chciałbym mieć taki drut w głowie jak wujek, tato!
– nie narzekaj, polewaj!
                                   (l)

– a wiesz jak sie teraz ubana nazywa?
– ??
– corona express
                        (b) 

Wußtest Du schon…

…dass Weinbauern als Haustiere
   bevorzugt Lachtauben halten?
                                             (pg)



               Politikier

Steht auf meinen Zehen und
    behauptet, daß er den
           Schmerz fühlt.
                              (pg)

Gut gesagt!

Bei manchem ist Propfen
und Schmalz verloren.
                                  (pg)

Beim Sex:
sie – “Sag’ mir schmutzige Sachen!”
er  –  “Küche, Wohnzimmer…”
                                  (pg)

Aus der Vogelwelt

Eine Krähe hackt der anderen kein Auge aus,
es sei denn, es lohnt sich.
                                     (pg)

“Guten Tag” wird abgeschafft.
Dafür folgt “Smörebröd”.
                                    (pg)

Wusstest Du schon…

… dass Chemie und Wahnsinn nahe beieinander liegen?
                                                                                       (pg)

Tip für den Haushalt

Die Helligkeit der Wohnung
kann bedeutend verbessert werden.
wenn man statt Äpfel,
Birnen in die Lampe(n) schraubt
                                                     (pg)


“Warum können wir nicht alle am gleichen Strick ziehen?”
fragte der Delinquent seinen Henker
                                                       (pg)
——————————————-
(al) – adam legyel
(b) – berlinera (polski slang w berlinie zach.)
(l) – ludowe
(k-c) – kaziu – cwaniaczek
(pg) – peter gregor

——————————————

Rysunki Autor: Gekko, Halb&Voll, Troll; winieta: Fakty z kuchni


Chodzenie po mieście. Ciotka.

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy z Elą Kargol na cmentarz. Myślę, że wszyscy już wiedzą, że to nasza ulubiona rozrywka. W Wielką Sobotę był to cmentarz Wilmersdorf, gdzie jak wszędzie, kwitną kwiaty, skaczą wiewiórki, leżą obok siebie ofiary i sprawcy wojny, ale gdzie też, jak zawsze, każda z nas znajdzie coś dziwnego i niezwykłego. Tym razem znalazłam… Ciotkę.

To ona, jej rzeźbę nagrobną wykonał Thorsten Stegmann w grudniu 2005 roku. Napisał, że to nagrobek Tante Jenny, czyli Cioci Janki. Urodziła się 5 grudnia 1911 roku, umarła 11 marca 2004 roku. Miała 93 lata.

Jak mam sobie Ciebie przedstawić, pyta artysta. Z papierosem i koniaczkiem w drżącej ręce. Kiedyś, gdy dzieliła nas zasłona byłaś piękna, tak piękna jak kobieta o długich włosach na Twoim obrazie.

Wchodzę oczywiście na stronę Stegmanna. Urodził się w roku 1969 w Essen. Pracuje zarówno w Zagłębiu Ruhry, jak i w Berlinie. Maluje, rysuje, rzeźbi. Jest też kamieniarzem, na stronie można znaleźć wiele nagrobków, które wykonał. Jest i Ciotka. Ale tak jak na cmentarzu, tak i tu Zmarła nie ma imienia ani nazwiska, jest tylko Ciotką.

Bardzo lubię tę rodzinną funkcję. Z moim siostrzeńcem omówiliśmy nawet kiedyś dość dogłębnie rolę ciotki, która może, a nawet chyba powinna być nieco szurnięta lub dzika. Jeśli rodzice są solidni i uporządkowani, co zapewnia dziecku i młodemu człowiekowi pewność i bezpieczeństwo, szalona ciotka jest fantastyczną odskocznią – pokazuje inne perspektywy, trudne drogi, bagienne moczary, ale nie wciąga tam i nie kusi. Szalona ciotka może być uwodzicielką – vide Sto lat samotności Marqueza albo Ciotka Julia i skryba Vargas Llosy – ale nie musi i z reguły nie jest. Jest tylko odmienną możliwością. Po tych rozmowach zakupiłam pewną ilość książek o ciotkach – Sto lat samotności nie znalazło się na liście, bo ciotka musiała być w tytule.

Sama czytam teraz książkę, która wprawdzie też nie ma ciotki w tytule, ale o tym jest, o tym jak ciotka wychowuje osieroconego chłopczyka, który ma na imię Pax.

Zniosło mnie, przestałam spacerować, zaczęłam czytać, ale wrócę jeszcze na chwilę na spacer. Na cmentarzu fotografuję kaplicę, a po wyjściu jeszcze meczet i cerkiew.

Fajny spacer.

Odcinek 19

Mieczysław Bonisławski

Olek gwałtownie odwrócił się od Januszka. Odskoczył od lgnącego do niego chłopca, uciekł o dwa susy w bok, zatrzymując się nad imitacją torów pomiędzy kupkami piasku.
– Co tu zbudowałeś?
Januszek był zdziwiony zachowaniem Olka. Nie wiedział, jak ma zareagować. Przygniotła go ta sytuacja zmieniająca się od jednej skrajności w drugą. Nie mógł się zdecydować co zrobić? Milczeć czy uciekać?
Olek też czuł się niezręcznie. Spróbował zachęcić chłopca do nic nie znaczącej pogawędki:
– Czy to są te tory w jarze? Te za blokami?
Januszek mimo woli skinął głową.
– Pracowałem tu, na tych torach, tyle że prawdziwych. Miałem służbowy mundur. Nie taki jak ten teraz… Byłem Strażnikiem Ochrony Kolei. SOK. Wiesz, kim są SOKiści?
Chłopiec stał z otwartą buzią. Ciężko było poznać, czy słuchał mężczyzny, czy tylko tak patrzył? Zapewne nic nie rozumiał. Olek tymczasem puszył się już sam przed sobą:
– SOKiści są najważniejsi na całej kolei, ba, w całym transporcie. Wiesz, co się stanie, jak ciężarówką przywiozą towary i materiały, ale ich nie załadują do wagonów, bo złodzieje je rozkradną? Ale SOKiści pilnują. Pilnują i łapią złodziei! I wsadzają ich za kraty! Tak, gdyby nie my, cały transport by padł, bo nic by nie dochodziło do adresata. A wandale, którzy niszczą zwrotnice, linki, lampy, szybki sygnałowe? A łobuzy, co biegają po torach, wdrapują się na wagony? A my pilnujemy. Ilu ja takich łobuzów przegoniłem od towarowego jadącego tam, w górę, – pokazał ręką gdzieś poza wiadukt z gałęzi – ilu złapałem. Manewrowi zawsze się ich bali. Potrafili być ważni tylko wobec kierowców. Zeskakiwali ze stopni wagonu przez przejazdem i machali tymi swoimi chorągiewkami szoferakom przed szybą. Czuli, że mają władzę, bo mogli zatrzymać samochód, rozstawić ludzi po kątach. Ale jak widzieli łobuza, co się wieszał wagonu albo ustawiał jakieś przeszkody na torze, to nawet nosa nie wytknęli. Nie pogonili, nie nakopali do tyłka, nie huknęli po żebrach, gdzież tam! Tchórzem podszyci, a ja sam potrafiłem złapać za kark i potrząsnąć, a jak potrzeba, to i przyłożyć albo położyć na torach do przyjazdu milicji. I ani mi drgnęli! Bo niechby tylko spróbowali! Nikt się taki nie znalazł, co by chciał sprawdzić, ile mogą te ręce…!
Chrenowicz wymachiwał nogami i rękami, wykonał nawet gest, jakby się chciał posłużyć Januszkiem jako manekinem do demonstracji. Ale gdy zobaczył, że przestraszył chłopca, opamiętał się.
– No i to było bardzo często właśnie tutaj, w tym prawdziwym wąwozie na skraju osiedla, zaraz za blokami – szybko dokończył. – Jak ty jesteś z tego, tu, bloku, to pewnie i twoi starsi koledzy, sąsiedzi zaszli mi nie raz za skórę? A ty sam, czy nie chodziłeś czasem też czepiać się wagonów albo rzucać kamieniami w lokomotywkę?
Januszek obruszył się.
– Nie! – rzucił nieprzyjaźnie Olkowi – Nigdy tam nie broiłem!
– No, a tu – mężczyzna wskazał na plastikowy model stara, leżący przed „parowozem” – co tu się stało? Skąd pomysł z taką katastrofą? Ciężarówka spadła z wiaduktu? I to się zdarzyło tu na bocznicy kolei szprotawskiej? Kiedy to widziałeś?
Chłopiec nie odpowiadał. Chwilę trwało milczenie. Pierwszy przerwał je Olek, bo rolą mężczyzny w związku, czy to z dzieckiem, z kobietą, czy z kimś słabszym jest brać się za bary z problemami i je rozwiązywać. Tak to Olek rozumiał, intuicyjnie i w praktyce:
– A ci wszyscy ludzie? To aktorzy, a to – wskazał gestem dłoni na wyspę z piasku – czy to jest scena? Jak teatr albo cyrk?
Januszek żachnął się:
– To nie cyrk! Ani teatr. To ludzie, z życia.
– Z jakiego życia?
– No, stąd. Z życia Zielonej Góry…
– Kim oni są?
– To przewodniczący Mamak. To sekretarz Wytrykus – chłopiec zaczął na nowo rozkładać patyczki wzdłuż imitacji toru. Jeszcze chwilę trwała ta prezentacja, niczym z horroru. – To pani – ciocia Irena, sąsiadka, koleżanka Mamy z radia, a to wujek Giżejewski. To jest sam „Duch”, prawdziwy! A to chłopacy z osiedla, Zenek, Remik, Rafał… I panie z osiedla…
– Skąd oni tu przyszli?
– Różnie. Z życia.
– Zaprosiłeś ich? Ale dlaczego, po co?
Chłopiec zamilkł. Kręcił się, trochę gestykulował. Pokiwał głową, ale nic nie mówił.
– I co tu robili? – drążył Chrenowicz – Opowiedz.

Januszek wziął w ręce obie mieszkanki osiedla i koleżankę Mamy:
– Dzień dobry, a dokąd to tak rano?
– A do sklepu biegnę. Rzucili cielęcinę, muszę dostać dla mojego starego. Na ten jego żołądek, to tylko cielęcina…
Patyczek przeszedł obok „wiaduktu”, przepuścił przejeżdżający „ulicą Łużycką” niebieski autobus i doszedł do wieżowca na brzegu skarpy.
– Do „Moniki” rzucili?
– A gdzieżby indziej, przecież to jedyny sklep na osiedlu.
– Cholera by ich wzięła. Bloków nastawiali, ludzi naściągali, tylko o sklepach zapomnieli. Co to jest, żeby ludzie z tylu ulic, z tak daleka musieli wszyscy tutaj chodzić na zakupy. Co to jest jeden „SAM” na takie dwa osiedla…

Olek wskazał ręką na niebieskiego jelcza.

– Dziwny ten autobus. Dlaczego PKS stanął na przystanku linii „siódemki”? – rozejrzał się i podniósł leżący nieopodal czerwony model autosana. – O, takie są miejskie autobusy. Czerwone.

Chłopiec uruchomił trzy kolejne patyki, a rzecz się działa już na „przystanku”:

– Długo pan czeka?
– A, ze dwadzieścia minut będzie.
– „Siódemka” już jechała?
– A gdzież tam, droga pani! Oni jeżdżą jak chcą…
– Spóźnię się…
– Stadami jeżdżą. Pół godziny nic, a potem dwa, trzy na raz.
– Albo jak długo nie jadą, to ludzi się nazbiera, że taki tłok…
– Czasem nawet nie przystaje, bo taki pełny.
– I skąd to się bierze!
– A na pętli zbierają się kierowcy i w karty grają…
– Uwaga, jedzie!
– Gdzie?
– No, tam, widzi pani?
– Jasne, że widzę, ale to jest niebieski, nie czerwony.
– Z PKS-u wypożyczyli, bo te miejskie ciągle im się psuły, zostawały na zajezdni i nie miało co na miasto wyjechać…

Na przystanek zajechał niebieski jelcz. Nie miał jednak automatycznych drzwi, tylko zwyczajne.

– Panie, ładuj się! Na specjalnie zaproszenie pan czekasz?
– Kiedy drzwi się nie otworzyły.
– O, rany! Przesuń się pan. To autobus z PKS-u, samemu się otwiera drzwi, jak w PKS-ie…

Olek pokiwał ze zrozumieniem głową. Po czym wskazał na nieco większe patyczki, odłożone po drugiej stronie toru.

– A to kto? Czemu oni leżą osobno?

Januszek roześmiał się, ale nic nie odpowiedział, tylko energicznie przeskoczył w tamtą stronę i gałązki-ludziki jakby ożyły:

– Słyszałem, że aktyw kulturalny ostro zabalował ostatniej nocy. Gdzie to było, w „Topazie”? – „powiedział pan sekretarz Wytrykus” skomentował chłopiec, animujący gałązki.
– Tak, w „Topazie” – dopowiedział Januszek jako „artysta pan Giżejewski” , dziwnie zmęczonym i ponurym głosu, przypisanym znanemu aktorowi, urzędnikowi do spraw kultury, a teraz konferansjerowi na Winobraniu. Temu, który wyjechał do Wrocławia.
– Zmieniło się coś od twojego wyjazdu z Zielonej Góry? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Wódka podrożała, a dziewczyny, które się pod nią rozbierają, postarzały się… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Wszystko takie złe w tej naszej Zielonej Górze? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Nie, a ty Kaziu, co to za nowe muzeum wymyśliłeś? – „powiedział pan Giżejewski”.
– To już pomysł obecnych władz, ale z jednym masz rację: pomysł wyszedł jeszcze za mojej kadencji – „powiedział pan przewodniczący Mamak”.
– O czym mówisz? – „powiedział pan Wytrykus”.
– W Ochli otwieracie park etnograficzny… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Muzeum regionalne od dłuższego czasu borykało się z niedoborem miejsca. Zasugerowałem w swoim czasie, aby zbiory działu etnograficznego wydzielić z ogólnych zasobów do osobnej jednostki. No i powołano muzeum skansen na wolnym powietrzu w Ochli – „powiedział pan Mamak”.
– Gratulacje, to dosyć nowatorski pomysł na polskim gruncie – „powiedział pan Duch”.
– No tak, tak. Czy musieliście wybrać akurat taki lokal na imprezę dla organizatorów Winobrania? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Taki, to znaczy, jaki? Co złego jest w tym „Topazie”? – „powiedział pan Giżejewski”.
– Chodzi ci, Bolek, o to, że to miejsce, gdzie spotykają się żule i cinkciarze…? – „powiedział pan Duch”.
– Do tego zawsze tu jest dużo ludzi z miasta. A chodzi mi i o jedno, i o drugie. Po co mieszkańcy mają oglądać aktyw, bawiący się z gołymi panienkami w takim szemranym towarzystwie? Nie mogliście pójść normalnie do „Orła”? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Partia w osobie sekretarza, jak zwykle dba o dobre nastroje społeczeństwa Zielonej Góry… Psujemy ci ideologiczną robotę, co Bolek? – „powiedział pan Duch”.
– Dałbyś spokój takim gadkom. Dobrze wiesz o co mi chodzi – „powiedział pan Wytrykus”.
– Ale wy tu robicie się małomiasteczkowi. Ciemnogród i zacofanie. Pamiętasz mój artykuł o tym, jak kiedyś kolej szprotawska stanie się skansenem? Same skanseny, jeden za drugim z tego Winnego Grodu zrobicie… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Hola, hola, a w tym twoim Wrocławiu, to towarzysz Drożdż pozwala wam na takie rozpasanie? Byle gdzie i na oczach ludzi? Chyba, przy najbliższej okazji, sam spytam o to Ludwika… – „powiedział pan Wytrykus”.

Olek odszedł na dwa kroki. Schylił głowę, coś sobie przypominał, błądząc myślami daleko od Januszka i jego scenek. Schował dłonie w kieszeniach munduru. Przez tkaninę można było dostrzec, jak przebiera wewnątrz palcami. Chłopiec spojrzał raz i drugi na towarzysza i jakiś mars przebiegł mu przez czoło. Przerwał dialog miejskich osobistości. Nie takim energicznym skokiem, jak poprzednio, w bardziej wyważony sposób przekroczył swoje tory z powrotem, na tę stronę. Zamyślony ujął w ręce gałązki porozrzucane po tym tutaj, zwyczajnym świecie, a nie w strefie przeznaczonej dla gałązek-sekretarzy i gałązek-przewodniczących.

– Widzi pani ten balkon naprzeciwko?
– Który, gdzie?
– No, tu na wprost. Ozdobiony skrzyżowanymi młotkami górniczymi.

Marionetki z gałązek znowu czekały już na przystanku na miejski autobus.

– A czemuż to tak? Co to my, jakiś Śląsk, czy co?
– Tam, gdzie jest pętla „czwórki” i „szóstki” za Niemca, ba, jeszcze do niedawna, była elektrownia na węgiel, ale ten brunatny. Pracowała na naszym, zielonogórskim węglu. A kopalnie ciągnęły się po lasach, aż pod Słone…
Kobieta – patyczek nie okazała zbytniego zainteresowania tą historią. Paliły ją za to aktualne problemy. Zagadała do kolejnej osoby:
– Te autobusy tak się spóźniają. Czekamy całymi godzinami, ludzi tu dużo, bo idą z deptaka, a oni zagrodzili tymi dechami pół chodnika.
– Ma pani rację. I to miało być na krótko, a ten parkan stoi tu i stoi już ponad pół roku.
– A też pani mówi, dłużej…!
– Ludzie nie mają gdzie czekać na autobus…
– A co oni, za tym parkanem…? Wie kto?
– Fabrykę wódek rozbudowują.

To był przystanek po środku ulicy Jedności Robotniczej.

Januszek przerwał nagle w pół rozmowy. Spojrzał w górę na Olka. Zacisnął usta i z dosyć zaciętym wyrazem twarzy rzucił gałązki w piach. Leniwie wstał z kolan i na wpół zgięty poczynił dwa – trzy niezgrabne kroki, aż stanął przed mężczyzną. Ucapił go za szerokie rękawy bluzy.

– A ty znasz Wytrykusa, Ducha, Mamaka? Ja tu gadam, a ty co? Ty nic… Co to za przyjaciel…?

Chrenowicz nie wiedział, co powiedzieć. Zbierał myśli, ale szło mu to niesporo. Chłopak taranem wchodził w to milczenie:

– Skąd się tu wziąłeś? Czy na pewno chcesz zostać moim przyjacielem? Będziesz mi pomagał?
– Jestem w tym mieście Przechodniem, Przechodniem który tylko przeszedł tym osiedlem i z niego zniknął. Czy ty chcesz PRZECHODNIA za przyjaciela? Czy ty wiesz, co jest najlepsze w drodze? Teren, gdzie przechodzą tory kolejowe. Nie ma asfaltu ulicy, ani trawy, ani pola, ani piachu. Jest tylko pasmo pachnącego tłucznia. A na nim aromatycznie pachnące podkłady i przerdzewiałe sztaby szyn… Lubię położyć się cały i tak leżeć z głową przy szynach, na ostrych kamieniach. Wdycham wtedy ten zapach smołowanego drewna podkładów nagrzanych w słońcu. To mój ulubiony zapach.
Wyobrażam sobie wtedy, że jestem psem, wyrzuconym z pędzącego pociągu. Leżę tak z połamanymi łapami, z przetrąconym kręgosłupem i wiem, że już nie wstanę i nigdzie stąd nie pobiegnę. To koniec. Szczęśliwy koniec.
Rozkoszą napawa mnie ulubiony zapach, rozkoszą napawa mnie wspomnienie mojego pana, które jest moim ostatnim wspomnieniem przed śmiercią. Zanim zapadnie dla mnie niekończący się mrok, odchodzę w ten zapach, który pamiętam od szczenięcia i w to rozmazujące się wspomnienie chwil z człowiekiem, który był dla mnie wszystkim. Odchodzę pełen szczęścia, którego doświadczyłem będąc z nim, z jego rodziną. Umieram szczęśliwy, nie czując bólu połamanych kości i porwanych nerwów, gdyż nie gnębi mnie zmora samotności… Nawet zapamiętałem to, że to on sam wyrzucił mnie z tego pociągu…
Gdy leżę niczym wyrzucony na tory pies, mam wspomnienia, które sprawiają, że nie czuję się samotny, nie mam wrażenia, że moje życie było pozbawione sensu, myślę, że jednak cokolwiek dla kogoś znaczyłem.
A gdy stoję przy drodze lub idę przez te osiedla, sam, bez sensu, bez znaczenia. Przechodzień. Czy chcesz TAKIEGO przyjaciela?
Czy szedłeś kiedykolwiek drogą przez zupełnie ci obcą i wrogą wieś lub ulicę? Miejscowe wyrostki rzucają w ciebie tłuczniem, powyrywanym spomiędzy podkładów kolejowych. Trafiają w plecak, w czapkę – czapka ci spada. W buty, powyżej butów, czujesz ostry ból, zaczynasz kuleć. Z tyłu – śmiech. A jak pada deszcz lub idziesz w powietrzu świeżym, dopiero co po deszczu, łobuzy packają w ciebie kulami błota, wytoczonymi z kałuż na drodze. Trafiają raz, drugi.
Oblepia cię błoto, coraz więcej błota. Wiesz, nie cierpię tego błota. Boję się, że mnie oblepi tak, że mnie nikt nie pozna, nawet sam Bóg. Błoto zasłoni mnie światu, zakryje przed nim, przed ludźmi, nikt mnie nie rozpozna, ja – oślepiony błotem w oczach – nikogo nie znajdę, kto mógłby zakończyć moją samotność i bezcelowość.
Nikt mnie nie odnajdzie, ani ja nikogo nie odnajdę. Nawet samego siebie nie odnajdę pod tym błotem. Czy myślisz, że mnie jednak odnalazłeś? Po to, abym został twoim przyjacielem? czy chcesz MNIE za przyjaciela?
Tak dobrze zapadły ci w głowę te tory. Wydawało mi się, że ja tutaj, na nich pracowałem. Ale nie, nie zostałem człowiekiem stąd, kolejarzem. Tu też tylko przeszedłem się po torowisku, byłem tylko Przechodniem…

– Tędy codziennie chodzi bardzo wielu ludzi – wtrącił zupełnie poważnie Januszek.
– Czy tak, doprawdy? I dokąd oni tak chodzą?
– A do pracy. A potem – z pracy.
– To gdzie oni pracują?
– Tam, za szeroką ulicą, nad którą chodzi się górą, pracują w ciepłowni, w wytwórni lodów, w „Falubazie”, w mleczarni, w KPRB… Ale chodzą też w drugą stronę. Dołem, pod ulicą Łużycką – do weterynarii, milicjanci do komendy, dziennikarze do radia, strażacy, do domu kultury, do spółdzielni…
– Dużo wiesz. Skąd? Po co ci to?
Januszek wstrząsnął ramionami.
– Nie wiem. A ty po co chodzisz torami? Dokąd?
– Szukałem ciebie. Pracowałem na kolei i czasem jeździłem tutaj tymi towarowymi pociągami, aby je chronić przed twoimi kolegami-łobuzami.
– Ja nie mam kolegów…
– Kiedyś wyszedłem z tego wąwozu i cię spotkałem jak łaziłeś samotny pod tymi balkonami. Od razu cię polubiłem. Pomyślałem, że Bóg mi cię zesłał… Potem byłem u swojego starszego kolegi z pracy, w takim punktowcu przy Sucharskiego. Podsłuchałem twoją koleżankę i kolegę, jak o tobie mówili. Dziewczynka to była Beata, a chłopak – Piotr.
– Beata… Beata Dunaj i Piotrek Pasternak…
– Podsłuchałemich i jeszcze bardziej chciałem cię odszukać, ale wtedy poznałem dwóch niedobrych ludzi, którzy kazali mi wyrządzić ci krzywdę. Taki jeden Redaktor z gazety…
– Redaktor z gazety… Pani – ciocia Irena, najlepsza koleżanka mojej mamy też jest redaktorką.
– Nie, to nie o nią chodzi! A drugim był taki profesor od piłki ręcznej… Bardzo źli ludzie. Namawiali mnie do strasznych rzeczy… Ale ja tak nie chciałem. Niedoczekanie ich! Może i ja jestem tylko szarym Przechodniem, takim, którego nikt nie zauważa i nie potrzebuje. Może i ja przechodzę przez życie innych, zupełnie obcy i nic nikomu nie dając. Ale czy to oznacza, że muszę robić rzeczy, które uważam za złe? Czy komuś takiemu jak ja można bezkarnie i na pewniaka kazać robić takie rzeczy? Czy Przechodzień, którego porządni ludzie, wszyscy miejscowi uważają za nic niewartego włóczęgę albo w ogóle go nie zauważają, nie ma prawa do własnych wartości, do swojego zdania? Czy ja, ten nikt, którego mijasz idąc chodnikiem lub korytarzem w pociągu, o którego obijasz się w autobusie, jestem pozbawiony swojego „ja”, dlatego że ty nie widzisz we mnie człowieka? Czy tylko „tutejsi” mają prawo do godności? Ja jestem Przechodniem, tylko Przechodniem. Nie jestem stąd, miejscowym, tutejszym, nie jestem zatem w twoim obrazie świata człowiekiem tylko dlatego, że to ty odarłeś mnie z osobowości, uczuć, woli? Dlatego, że Przechodniowi można kazać zrobić najbardziej podłą rzecz, a on… Przechodzień przyjmie wszystko do wykonania, za kromkę chleba, za szklankę wody, nie pytając o nic. O dobro i zło, o szykany i o tego, kogo ma dopaść… Bo nikogo tu nie zna, z nikim nie czuje się związany, by odczuć jak go dręczy. Nie wyznaje tutejszych norm rozdzielających dobro od zła, a zanim inni go osądzą, pójdzie dalej… Czy naprawdę zaprzyjaźnił byś się z PRZECHODNIEM?
Nie wierzysz w to, że Przechodzień jest taki? Wierzysz w romantyczną wizję włóczęgi, który nikogo nie skrzywdzi, globtrotera, który jest uosobieniem wolności i tolerancji? A wieczna droga – ich kwintesencją?
Dobrze, skoro jesteśmy już przyjaciółmi, to pomóż mi i odpowiedz, jak przyjaciel, przyjacielowi na jedno pytanie. Dlaczego oni wszyscy, zamiast skorzystać z dobrodziejstwa bycia tutejszymi, wchodzą w moje buty? To ja jestem Przechodniem, z całą samotnością i brakiem celu w życiu. Śmietnik społeczny, chaszcze z ostami i perzem, opustoszałe zakamarki, gdzie śpią dzikie psy i koty, to moja domena, mój dom! Dlaczego oni mi się do niego wpychają…?
Nie rozumiesz mnie? Zapuszczony wąwóz kolei szprotawskiej to nie miejsce dla „tutejszych”, realizujących swoje role społeczne. Tu mogą przychodzić, by bezwstydnie wypłakiwać się, wszystkie wyrzutki, samotnicy, dziwadła, odszczepieńcy. Nawet normalny, porządny pijak ma swojego „Asa”, swój „Widok”, czy piwo z dystrybutora w „CePeeNie” przy parku. Ci pod krawatem mają „Topaz” albo „Ratuszową”. W tym wąwozie to ja mogę topić w dowolny sposób swój żal i do woli obrażać Pana Boga. A oni się tu pchają…
Zobacz, władze miasta pobudowały nowe drogi do stref fabrycznych. Uruchomiły nowe linie autobusów miejskich. Do „Novity”, do Zakładów Mięsnych w Przylepie na linii numer „9” jeżdżą nawet wozy przegubowe, jeden czy dwa, sprowadzone specjalnie do Zielonej Góry. Właśnie specjalnie dla tej linii, dla robotników zakładów mięsnych, tej nowej fabryki wykładzin dywanowych, chłodni, elektrociepłowni. W okolice „Polskiej Wełny”, „Zefamu”, browaru puszczono kolejne dwie linie. A ludzie wolą dalej łazić pieszo. Jak łaziki tak łażą, nie skorzystają z dobrodziejstw władzy! Odpowiedz mi, przyjacielu, dlaczego? Czy to jakiś bunt robotniczy przeciwko Partii?
Nie odpowiadasz… Taki z ciebie przyjaciel! Widzisz, tam gdzie ja, Przechodzień, mógłbym usiąść sobie przy torach, w krzakach i spokojnie, przez nikogo nie niepokojony przeżywać swoją traumę, lezą ci dobrzy tatusiowie, mężulkowie żoneczek, bracia i siostry. Leżą, aby mi odebrać spokój, zabrudzić błotem tę ostatnią i zarazem jedyną enklawę, jaką dla siebie w końcu odkryłem… A ty na to nic! Nawet nie kwapisz się do tego, aby mnie, swojego przyjaciela, pocieszyć…
Wiesz co ja myślę? To żaden bunt, nie ma żadnych robotniczych buntów. Aby jakakolwiek zbiorowość ludzi wyszła na ulice, postawiła się władzy, jakiejkolwiek innej zbiorowości, potrzebny byłby wspólny cel i jedno dla wszystkich zagrożenie. Ale ludzie tak nie myślą, stadnie, zbiorowo. Każdy przed oczami ma, tak naprawdę, tylko siebie. Tak zwane oddolne, robotnicze bunty, to akcje sterowane przez służby. Stoją za nimi ci, którzy mają pieniądze, a chcą mieć ich jeszcze więcej, albo ci, którzy mają władzę i chcą jej jeszcze więcej. Więcej władzy lub więcej pieniędzy kosztem innych bogaczy lub władców. Taki sterowany bunt to tylko inspiracja dla przepływu pieniędzy lub władzy. Nie ma autentycznych zbiorowych zrywów, autentyczny może być tylko poryw indywidualny. A i do tego człowiek, robotnik też musi trafić na swojego Inspiratora. Tak dla siebie, w swoich środowiskach, w małych grupach, w których funkcjonują na co dzień lub od święta ludzie różnie takiego zwą. Raz bywa Zbawicielem, innym razem liderem, rewolucjonistą, filozofem-kreatorem…
I wiesz co ja jeszcze myślę? Ty jesteś ich przyjacielem, a nie moim. Takim właśnie Inspiratorem, Zbawcą dla tych wszystkich, którym wydaje się, że wchodząc na mój teren, mogą stać się mną, Przechodniem, tak jak ja… Oni nie chcą pieniędzy, ani władzy. Oni tylko nie chcą bratać się z władzą, nie chcą do niej przynależeć. Nie chcą należeć do tego społeczeństwa, które jest poddańczo uległe i realizuje swoje szare życie. Oni chcą być niezależni i wolni jak Przechodnie… I dlatego chodzą pieszo, urągając w ten sposób dobrobytowi, którym próbuje ich niewolić władza. Dobrze myślę, przyjacielu?
Tylko, że to ja miałem ich obudzić z letargu, wyrwać ze snu poddaństwa! Zostałem do tego wybrany… A ty, przyjacielu, miałeś mi wskazać drogę, dać impuls. Tymczasem zamiast mnie, pobudziłeś ich przeciwko mnie…!
Im się wydaje, że dokonują samodzielnych wyborów, że odtrącając wygodny autobus i idąc pieszo, zachowują wolność jako Przechodnie… Ale każda wolność jednego człowieka, jest jednocześnie ograniczeniem wolności kogoś innego. Każdy wybór, dla jednego jest wyborem lepszego, a jednocześnie pozostawia to gorsze komuś drugiemu. Oni nie zbuntowali się przeciwko władzom, oni zbuntowali się przeciwko mnie! Przeciwko mojemu powołaniu do uratowania ich. A ty, chociaż sprowadzono cię dla mnie i tylko dla mnie, poparłeś tamtych, ich wszystkich a nie mnie!

Januszek wyrwał się z rąk Olka i rzucił się na piasek. Przywarł do niego całym swoim ciałem, rozciągniętym ile się tylko dało na płask. Rozłożył na boki ręce, skulił nogi a wszystkim nim targnęły konwulsje spazmów. Płakał, ryczał przerażony pełnym głosem. Trząsł się, zgarniał bezwiednie piasek pod siebie i rzucał się.
Zaskoczony Chrenowicz zamarł na dłuższą chwilę, by nagle rzucić się ku chłopcu. Porwał go w ręce, uniósł w górę. Obrócił twarzą do swojej twarzy.

– Co ci jest?! Już dobrze, mój przyjacielu…
– Nie chcesz… Ty nie chcesz być moim przyjacielem! – chłopiec spazmatycznie wyrzucał z siebie pojedyncze sylaby. – Ty krzyczysz na mnie! A ja ciebie nie rozumiem! Nie rozumiem, o czym ty w ogóle mówisz…
– Dobrze, już dobrze – mężczyzna odłożył z powrotem małego na piasek, tak jak leżał przedtem, plecami do góry. Pochylił się nad nim, pogłaskał po głowie. Przyklęknął obok. Objął – Niech już i tak będzie.

Rozmyślał chwilę, co miał zrobić dalej? W końcu podjął problem od typowej dla siebie strony:

– Co z tobą? Młody mężczyzna… – Chrenowicz odwrócił małego na plecy, tak by mogli patrzeć na siebie. – Młody mężczyzna – kontynuował – nie może się tak mazgaić. Mężczyzna powstrzymuje swoje emocje. Co z ciebie za chłopak? Musisz być gotowy do walki, mieć wyćwiczone ciało i umysł.
W pełni je kontrolować.
– A będziesz dalej moim przyjacielem? – wyszlochał Januszek.
Olek przyjrzał mu się uważniej. Musiał się głębiej nad tym zastanowić, ale zauważył, jak na to jego zastanawianie się mały zmarszczył czoło, otworzył usta gotowe do nowego wybuchu płaczu i szybko poprawił się:
– Cały czas byłem i nadal jestem.
Chłopiec uśmiechnął się.
– Czy ci, przyjacielu, coś aż tak dojadło w życiu, co to było? Dlaczego tak reagujesz?
– Mama ze mną w ogóle nie rozmawia. Tylko krzyczy i muszę chodzić do takiej pani doktor.
– Doktor, czy to chodzi o lekarza? Czy ty jesteś chory? Jak ona się nazywa, gdzie do niej chodzisz…?
– Nazywa się Ber. Chodzę do niej do takiej innej szkoły, za szpitalem. Tam jest taki duży ptak z betonu. On stoi w kamiennej sadzawce z rurami, z których wytryskuje woda. I idzie się obok niego, i jak ta woda leci, to tak fajowo na mnie pryska…
– Ta Ber, to psycholog. A naprzeciwko szpitala jest szkoła przy której działa taka przychodnia, do której chodzą na badania do psychologa dzieci i dorośli. Mnie tam też wysyłali…
– Też chodziłeś tam? – uradował się chłopiec. – Pryskała cię woda, gdy biegałeś po sadzawce…?

Reblog: La Mancha ist weit und leer

Vielen Dank an Tibor Jagielski, der diesen Text gefunden hat

faz.net

Paul Ingendaay

Fluchten in die Phantasie: Wo sind denn hier die Riesen?

Ich schwebe über die weite Landschaft hinweg, viel langsamer als ein Auto, aber schneller als die Bauern, die ich vor vielen Jahren zu Fuß auf den Landstraßen dahinlaufen sah, als hätten sie mir mit dem alltäglichsten Bild – zwei Leute unterwegs – ein Gefühl für diese völlig verlassene Gegend in der kargen Mitte Spaniens vermitteln wollen. Ich schwebe in mittlerer Höhe, spüre die heiße Sommerluft, die mich angenehm fächelt, weil sie pulvertrocken ist, schwebe gleichsam ohne eigenen Körper, während Augen, Nase und Haut hellwach sind und jede Einzelheit meiner Reise registrieren. Wer ich bin, ist jetzt egal; allein das Wo zählt. Und das Wohin. Ich fliege.

Der Name der Landschaft unter mir ist uralt: La Mancha. Vermutlich kommt er aus dem Arabischen, genauer weiß man es nicht. Eine Theorie vermutet hinter dem Namen eine „Erde ohne Wasser“. Im Spanischen heißt „la mancha“ Fleck, Klecks oder Tupfer, und von oben versuche ich mir vorzustellen, was das Bild der Landschaft mit der Bezeichnung zu tun hat, aber es gelingt mir nicht. Ich bin eine Ansammlung von Sinnen, ein menschliches Aufnahmegerät, nur ohne Lämpchen und Elektronik. Was mich nach vorn zieht, ist der Name aus einem Buch: El Toboso. Es gibt in der Mancha ein Dorf, das so heißt, aber auch das ist jetzt egal, ich nehme den Namen als reinen Klang, lasse mich auf ihm weitertragen wie auf einem Kissen, während die Augen sich an die beiden Farben gewöhnen, die mich umgeben: das Gelb der Weizenfelder und die Bläue des Himmels. Von Flecken kann keine Rede sein; es sind zwei große Farbmeere, und der warme Wind trägt mich mitten hindurch.

Wie der Kopf an seine Phantasien kommt, ist schwer zu beschreiben. Viel leichter zu finden ist der Rückweg, der Pfad also, auf dem sich die Phantasien wieder mit dem strukturierten Denken verbinden. Das Schweben, das ich mir seit vielen Jahren mit erstaunlicher Intensität vorstelle, wenn ich an die kastilische Landschaft im Sommer denke – kein Meer, kein Strand, nein, nur diese immense Weite, wie leergefegt von Menschen, Tieren, Häusern –, verdankt sich mit Sicherheit dem „Don Quijote“, dem meistübersetzten Roman der Menschheit.

Staubige Straßen, die nur im Kopf existieren

Das ist das Paradox meines Fluges: Obwohl viele dieses Buch gelesen haben und auf der ganzen Welt Leute darüber sprechen und schreiben, bin ich immer ganz allein auf meiner Reise. Die weite Ebene: leer. Die Dörfer: entvölkert. In der Sommerluft, die ich durchfliege, sehe ich kaum einen Vogel. Nach Don Quijote und Sancho Panza, die laut Cervantes’ Roman vor gut vierhundert Jahren über diese Straßen gezogen sind und viele Mitreisende hatten, halte ich gar nicht erst Ausschau. Irgendwie habe ich das sonderbare Gefühl, auch ich sei nur eine literarische Figur, die ein anderer ersonnen hat.

Vielleicht schildern Romane ja keine Landschaften, sondern deuten sie an, beschwören sie herauf, setzen den Klang der Sprache ein, damit wir Leser uns in die Lüfte erheben und mit unserer Vorstellungskraft den Rest erledigen. Dann hätte Cervantes uns eine leere Leinwand hingestellt, die wir mit unseren eigenen Bildern von Spanien füllen. „Man sieht sie vor sich“, steht bei Flaubert, „diese spanischen Wege, die doch nirgendwo beschrieben werden!“ Sie werden wirklich nicht beschrieben, die staubigen Straßen, die ich auf meinem Flug von oben sehe, nur die Kneipen, in denen der Ritter und sein Knappe einkehren und wo sie immer wieder Prügel beziehen. Nicht einmal die weißen Windmühlen, für welche die Mancha so berühmt ist, werden in diesem Roman genau geschildert; ihre Flügel sind für den alten Narren ja Riesen!

Ende des neunzehnten Jahrhunderts nahm die Verwandlungsmacht der Phantasie im spanischen Geistesleben geradezu verrückte Züge an. Denn die ernsthaftesten Köpfe ihrer Zeit, die Autoren der sogenannten „Generation von 1898“, entdeckten „Don Quijote“ neu und erhoben meine Flugzone, die ausgestorbene Weite der Mancha, zum Kern des wahren Spaniens. Einfach so. Sie führten sich auf, als hätte Don Quijote wirklich gelebt. Dabei ging es wohl nur darum, dass die Herren Schriftsteller die politische Gegenwart als öde empfanden – Spanien hatte gerade mit Kuba und den Philippinen seine letzten Kolonien verloren und versank im Katzenjammer europäischer Drittklassigkeit. Da hoben diese Intellektuellen ab in die dünne Luft des Idealismus und der nationalen Verklärung.

Die Literaten wurden so bekloppt wie der edle Ritter

Dass sie damit in gewisser Weise ihrer literarischen Lieblingsfigur nacheiferten, also auch ein bisschen bekloppt wurden, ist in diesem Zusammenhang nicht nur als Witz zu verstehen. Denn ein Wörterbuch des achtzehnten Jahrhunderts definierte den Ritter von der traurigen Gestalt als „Mann, der sich mit lächerlichem Ernst für das einsetzt, was ihn nichts angeht“. Als im Jahr 1905 der dreihundertste Jahrestag des Erscheinens des ersten Teils von Cervantes’ Roman begangen wurde, schrieben gleich mehrere dieser Schriftsteller Bücher darüber. Eines von ihnen, „La ruta de Don Quijote“ von Azorín, wollte gerade in der Armut und Rückständigkeit der abgelegenen Dörfer etwas besonders Sublimes sehen. Was die armen Manchegos zwischen Toledo, Cuenca und Albacete, die vor der Zeit gealterten, ganz in Schwarz gehüllten Frauen und verlausten Jungen davon hielten, ist nicht überliefert. So sind meine Gleitflüge durch Spaniens Mitte gewissermaßen philosophisch geadelt, und aus Spinnerei wird, nur weil sie ihrerseits geschichtlich geworden ist, nationale Metaphysik.

Während ich fliege, versuche ich übrigens, an gar nichts zu denken; ich gucke nur, der Nacken ist wie ein Kreisel, ich spüre die warme Luft auf dem Pelz und so weiter. Neulich aber, während ich wieder einmal über den endlosen Weizenfeldern dahinsegelte, dachte ich an zwei moderne, vielerorts verehrte Spanier, die aus der Mancha stammen: Pedro Almodóvar und Andrés Iniesta. Und plötzlich standen mir wieder die schönsten Szenen aus ihren unsterblichen Werken vor Augen. Da hatte aber schon der sanfte Landeanflug auf das Dorf El Toboso begonnen, einen der magischen Orte in Cervantes’ Roman. Sicher setzte ich im Ortskern auf, gleich am Käseladen, und ordnete die Kleidung, die während des Fluges verrutscht war. Ich ging um die Ecke und lief ein paar Schritte, bis ich vor der Bar „Rocinante“ stand. Und dann? Ach! Von drinnen hörte ich Musik, Gläserklirren und die Stimmen sehr vieler Leute.


  ist Europa-Korrespondent des Feuilletons in Berlin, der Text wurde am 21.02.2021 verłffentlicht.

Four horsemen

Czterech jeźdźców

Wczoraj minęła rocznica śmierci Albrechta Dürera. Urodził się w maju 1479 roku w Norymberdze, umarł tam 6 kwietnia 1528 roku. Miał 49 lat.

Obok reprodukuję jeden z najsłynniejszych sztychów Dürera, Czterech jeźdźców Apokalipsy, czyli Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć. Ciekawe, że dziś czterech jeźdźców pojawia się przede wszystkim jako nowe pojęcie społeczno-filozoficzne: czterech jeźdźców ateizmu.

O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałabym oddać hołd jednemu z twórców, którzy pomagali (i pomagają) mi przetrwać najgorsze nawet czasy.  Wikipedia pisze, że był najwybitniejszym artystą niemieckiego renesansu, a ja mam poczucie, że był melancholiaDuerer1514najsłynniejszym artystą niemieckim wszechczasów.

W powieści Güntera Grassa, Z pamiętnika ślimaka, nauczyciel Zweifel (czyli… Wątpliwości), uciekając przed nazistami, zabiera ze sobą reprodukcję sztychu Melancholia. Sztych zainspirował też Edwarda Muncha (który stworzył kilka obrazów o tym samym tytule, wszystkie wzorowane na Dürerze), Jean-Paula Sartra (Mdłości), Thomasa Manna (Doktor Faustus), Dana Browna (Zaginiony symbol) i wreszcie Larsa von Triera, słynnego reżysera, założyciela ruchu Dogma 95, autora filmu… Melancholia.

Najprawdopodobniej jednak Czytelnicy (i Czytelniczki) najlepiej znają jeden ze słynnych autoportretów artysty – ten, który poświadomie uważamy za portret Jezusa. Nikt z nas się do tego oczywiście nie przyzna, bo dobrze wiemy, że Jezus musiał być żydowskim mężczyzną,selbstbildnis-im-pelzrockalbrecht-duerer-1509 miał ciemne oczy, śniadą cerę i czarne włosy, ale nic na to nie poradzimy, lata indoktrynacji zrobiły swoje i wdrukowały nam na zwasze portret Jezusa jako rudawego blondyna, z bródką i długimi lokami, a opowieści o portrecie Zbawiciela na całunie turyńskim tylko ten imprint wzmocniły. (Może zresztą akurat widzieliście wielkanocną transmisję z Katedry w Turynie – po raz drugi z rzędu całun został wystawiony  jako znak nadziei w czasach pandemii.)

Dürer piękny i genialny. Dürer Superstar.

W winecie wpisu umieściłam szkic artysty, ręce złożone do modlitwy, a tu przypomnę jeszcze dwa jego dzieła: Zająca i Nosorożca.

Ten Zając i te Ręce towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, bo wisiały jako reprodukcje w mieszkaniu prababci, oglądałam je co niedzielę i do dziś zając Dürera kojarzy mi się z zapachem świeżo mielonej kawy, pieczonymi w domu herbatnikami, moją maleńką jak lalka prababcią i stołem nakrytym kilimem na werandzie, gdzie kwitły begonie. Prababcia była z domu Karpińska i jest naszym rodzinnym powodem do dumy, gdyż jej stryjecznym dziadkiem był Franciszek, autor Laury i Filona.

Nosorożca wybitnie lubię i zastanawia mnie, że Dürer nigdy go nie widział, a stworzył pierwszy “prawdziwy” portret tego dziwnego zwierzęcia, które wygląda jak żart, albo wprawki demiurga przed stworzeniem słonia.

***
Ci czterej mężczyni to Richard Dawkins, Christopher Hitchens, Sam Harris i Daniel Dennett, a nazywa się ich Czterema Jeźdźcami (Nowego) Ateizmu. Dowiedziałam się tego od Konrada, jak zresztą bardzo wielu innych rzeczy o świecie współczesnym.

Nowy ateizm, pisze Wikipedia, to ruch antyteistycznych pisarzy i naukowców XXI wieku, wyznających pogląd, że „religii nie powinno się jedynie tolerować, lecz należy jej przeciwdziałać, krytykować ją i poddawać racjonalnej argumentacji wszędzie tam, gdzie sięgają jej wpływy”. Nowy ateizm głosi, że współcześnie nauka wymaga mniej przyzwalającej postawy wobec religii, przesądów i religijnego fanatyzmu niż do tej pory. W trakcie dyskusji, która odbyła się w 2007 r. na temat krytyki religii, czterej dyskutanci zostali nazwani Czterema Jeźdźcami i ta nazwa do nich przylgnęła.
Do ruchu Nowego Ateizmu zalicza się też Victora J. Stengera, autora książki: Nowy ateizm: stanowisko wobec nauki i rozumu.

Jest taka książka zalecana przez Neuropę, polski portal “nowych Europejczyków”:

  • Bóg bez znaczenia, Janusz Majcherek
    Pozycja jest polskim wkładem w nurt „nowego ateizmu”, ale skupia się nie na dyskusji o (nie)istnieniu Boga, a na pytaniu, czy to zagadnienie ma współcześnie jeszcze jakieś znaczenie. Książka zawiera szeroki przegląd debaty o religii w anglosferze w ostatnich dekadach i nakierowuje na dalsze lektury. Na polskim rynku wydawniczym przeszła bez większego echa, ale polecamy ją jako rodzimą alternatywę dla książek „czterech jeźdźców nowego ateizmu”.

***
Ilustracje w tym wpisie, dzieła Albrechta Dürera, zostały wzięte z domeny publicznej: Czterech jeźdźców Apokalipsy, sztych, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork; Melancholia, sztych, National Gallery of Art, Waszyngton; Autoportret, obraz olejny, Nowa Pinakotheka w Monachium, Modlitwa (Ręce), szkic, Albertina, Wiedeń. Portret czterech współczesnych filozofów znalazłam w Wikipedii.

***

Oczywiście Czterech jeźdźców Apokalipsy można i bez różnych przenośni łączyć z panującą nam dziś miłościwie pandemią coronawirusa. W końcu jeden z jeźdźców to Zaraza. Ela Kargol po lekturze tego wpisu poszukała jeszcze trochę w sieci i znalazła zeszłoroczny artykuł nt. pandemii i tego, jak sobie z nią radzono. Ciekawe wydaje mi się, że o ile dawniej najlepszym sposobem na zarazę było zalecenie: Uciekaj, o tyle obecnie podstawowy nakaz głosi: Siedź w domu.

wyborcza pandemia

Barataria Wielkanocna & Ostern in Barataria

W Berlinie na święta wielkanocne 2021 pewien pan namówił sąsiadów, kupili wspólnie 6500 plastikowych jajek, wyjęli ze schowków różne ogrodowe ozdoby, jeże, owieczki, prosiaczki, dziadka i babcię na ławeczce, a także Buddę i udekorowali całą swoją ulicę i nawet sąsiednie narożniki.

Die Kunde über Osterallee fand ich in Facebook:
“Büsche und Bäume hängen voll von Tausenden Ostereiern, auf dem gepflegten Rasen sitzen frühlingshafte Tierfiguren. Ein buntes Treiben, über das sich der ganze Kiez freut. Dieser Berliner macht aus der Reußallee die Oster-Allee!
Dariush Dinarvandi (58) lebt dort seit zehn Jahren mit seiner Frau und der Tochter in einem Mehrfamilienhaus. Die Geschichte des Oster-Spektakels reicht fünf Jahre zurück.
„Eine Nachbarin, die mittlerweile weggezogen ist, hatte damals ein paar Eier auf dem Balkon und in den Bäumen“, sagt Dinarvandi, der als Taxifahrer arbeitet. „Als sie umzog, habe ich damit weitergemacht.“

Verschwindende Frauen (und Männer)

Nachdem ich ein paar Mal über Frauen berichtet habe, die noch vor ein paar Monaten oder ein paar Jahren in unserem Berliner Leben mitgemacht haben und durch den Tod verschwanden, haben wir uns letztens via Zoom getroffen und darüber diskutiert, wie wir, die, die noch leben, gegen diesen unvermeidlichen Gang des Seins und Verschwindens wirken können. Wir hatten ein paar kluge, weiterführende Ideen, die ich hier nach und nach präsentieren werde. Heute erste Kommentare.

Christine Ziegler schrieb mir per Email:

Liebe Ewa,

jetzt weiß ich gar nicht, wo ich anfangen soll.

Was tun, um Menschen vor dem Vergessen werden zu bewahren?

Eigentlich kommen wir in unserer Daseinsform plötzlich „auf die Welt“ in der wir vorher schon „irgendwie“ waren. Und wenn wir wieder gehen und sie davon nicht schlechter geworden ist, ist das schon viel. Das Problem sind ja nicht die Bescheidenen, sondern die geltungsbedürftigen Dickärsche. Wie kann es uns gelingen, denen die Luft rauszulassen? Dann käme automatisch mehr Balance in die Sache.

Ich mag das in den Vordergrund schieben eigentlich nicht und denke dann wiederum, dass „sie“ einen dann schon haben, wo sie einen haben wollen. Damit sie ungestört ihr Zerstörungswerk tun können. Zerstörung von Welt, von Potentialen, die andere entwickeln könnten. Bin also gezwungen, mich zu wehren. Meinen Standpunkt zu wahren, mich nicht wegschieben zu lassen.

Dann wieder: die Welt ist voll von Botschaften, niemand kann sie auch nur annähernd verfolgen. Will ich da noch etwas dazutun? Oder ist es schon eine gute Sache, Raum zu schaffen, damit Entwicklungen jenseits des Mainstreams möglich sind? (Fettschrift überall stammt von mir, ebenso wie das Minzegrünschrift – EMS)

Ein Nukleus könnte sein, diesen Abend fortzusetzen. Und zum Einstieg jedes Mal eine so tolle Präsentation wie Karina sie über Maria (Maryla) Gast-Ciechomska gemacht hat. Einerseits ein Gedenken für uns und dann ein entspanntes Brainstorming. Dann eine behutsame Erweiterung um weitere Zuhörerinnen und Beitragende.

Ich habe wieder bemerkt, wie ich selbst das nicht wahrnehmen kann, was ich unbedingt wahrnehmen möchte. Erst heute Nacht habe ich deinen wunderbaren Artikel über Anette gefunden.

Nun gut, ich tröste mich in meiner Blindheit damit, dass ich mit unserem Start in den Alltag der Bloggerinnen mehr als erfüllt war. Auch andere Anforderungen, Aufgaben, Möglichkeiten habe ich einfach zur Seite geschoben, die Nacht zum Tage gemacht und das trotz aller Erschöpfung auch ganz und gar genossen. Doch es zeigt mir auch, dass meine Aufnahmekapazität nur begrenzt ist. Wie hab ich dich gestern bewundert, dass du noch für Magda und mich gesorgt hast (Anm. der Administratorin – EMS – gemeint ist, dass ich während des Zoomgesprächs für Magda kurze Zusammenfassung des auf Deutsch Gesagten im Polnischen schrieb; für Christine – umgekehrt). Und das, wo du doch eine Agenda hattest, die du verfolgen wolltest.

Wie schaffst du das?

Ich bewundere Anias (Anna Krenz) Kreativität! Und wie sie z.B. die Performance am 8. März gerettet hat, obwohl die Technik sie im Stich gelassen hat.

Dein Blog ist schon eine Gedenkhalle, ein Lesesaal. Es ist die Frage, ob es irgendwo noch einen in der „echten“ Welt geben muss. Ein guter Gedanke war die Vernetzung in den Strukturen, die es von feministischer Seite bereits gibt. Andererseits sind wir weiterhin nur wirklich lebendig in der Begegnung „in real life“, jede Video-Konferenz ist nur ein „besser als nichts“.

Liebe Grüße

***

Monika Wrzosek-Müller schrieb ebenfalls per E-Mail:

Ich wachte heute mit einer Idee, vielleich für Anna Krenz, die sich mit dem Schicksal von Irena Bobowska auseinandersetzt, villeicht aber für uns alle, dass die KZ Ravensbrück über riesiege Archive verfügt betreffend Polinnen, die dort inhaftiert wurden, insbesondere deren, die nach dem Warschauer Aufstand dorthin deportiert wurden. Sicher gibt es da mehrere Persönlichkeiten, Frauen die schrieben, die kämpften und über die sie eine Performance machen könnte. Und ich dachte daran, dass man vielleicht doch diese Kriegs-Vergangenheit mit der unseren verbinden soll, weil je tiefer die Wurzel reichen, desto authentischer ist das, was wir über die Gegenwart zu sagen versuchen.

Tibor Jagielski schrieb (auch per E-Mail), dass eine Büchereihe, so wie ich / wir sie gerade gestartet haben, vielleicht am meisten den Sinn hat. Also ein regelmässiges Zoomtreffen, ein Eintrag mit Unterseiten auf der Wikipedia, eine Veranstaltungsreihe in der Regenbogenfabrik (ggf. mit Performances), eine Zusammenarbeit mit dem Frauenarchiv (Frauenarchiven), digitaler Leseraum, Bürcherreihe, realer Lesesaal. Huh! Viel!

Kilka lekcji na XXI wiek, czyli słowo na Wielkanoc

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam ten słynny bestseller, no, może nie jednym tchem, ale na pewno “jednym ciągiem”, a nie, jak to często robimy z takimi książkami – skacząc z tematu na temat i wyszukując co ciekawsze fragmenty. To zresztą książka, którą warto czytać po kolei, bo te lekcje bardzo płynnie i kunsztownie przechodzą jedna w drugą i jeżeli autor pod koniec lekcji 1, Rozczarowanie, mówi o pracy, to następny rozdział będzie poświęcony pracy (czy raczej temu, że nie będziemy tej pracy mieli, a utrzymywać nas będzie państwo, albo bogacze – państwo, bo musi wypełniać swoje wobec nas obowiązki, a bogacze – bo będą się bać, że przegryziemy im gardło ze złości i frustracji).

Patrzę na spis treści i sprawdzam, czy zapamiętałam te 21 lekcji na XXI wiek? A raczej – co z nich zapamiętałam? Kopiuję spis treści, ale odpowiedzi wpisuję, nie zaglądając do książki:

Część I – Wyzwanie techniczne

1. Rozczarowanie, czyli jak straciły sens trzy wielkie opowieści XX wieku: faszyzm, komunizm i opowieść liberalna
2. Praca, czyli nie będzie pracy (patrz wyżej), ale też – nawet jeśli nudzi nas, to co mówi Harari i inni mu podobni, na pewno ożywimy się, gdy ich wykład dojdzie do pytania, czy w przyszłości będziemy mieli pracę? Chociażby dlatego, że natychmiast pojawiają się dwa kolejne pytania: to co będziemy robili z naszym życiem? Oraz: z czego będziemy żyli?
Harari prorokuje jednak, że filozofowie długo jeszcze będą mieli pracę, bo ktoś będzie musiał programować np. samochody SI, tak by umiały na ulicy podejmować decyzje zgodnie z tym, czego by chciał użytkownik. Te decyzje mogą być tak odmienne, że nie jest wykluczone, że już niedługo powstaną dwa rodzaje aut autonomicznych. Harari nazywa je Tesla Altruista i Tesla Egoista. My, ludzie z lewicowo-liberalnej “bańki”, będziemy się oczywiście opowiadali za wyborami Altruisty, ale… Otóż to, ale. Bo jak będziemy kupowali te samochody, to przede wszystkim z uwagi na bezpieczeństwo naszych dzieci, i tak kupimy Teslę Egoistę.
A mnie przychodzi jeszcze do głowy, że będziemy się przecież wstydzili posiadania Tesli Egoisty (może będą miały różne kolory) i spróbujemy np. przekupić salony samochodowe, po to by ten zakup przedstawić jako zakup Altruisty. Jako czytelnicy literatury ScFi myślicie sobie teraz, że atrofia i erozja reżimu SI nie będzie możliwa, ale gdzieś w głębi ducha wiecie, że tak będzie, bo nie ma systemów funkcjonujących idealnie i jeśli zdołaliśmy sobie poradzić z Hitlerem i Stalinem, to poradzimy sobie z Muskiem i Putinem.
Niestety, wcale nie musi tak być. Oczywiście SI na pewno będzie w pierwszych fazach funkcjonowania pełna błędów, złych decyzji i możliwości sabotażu, i pewnie nawet za waszego życia jeszcze nie stanie się nie dającym się poluzować gorsetem. Ale takie czasy nadchodzą… Myślę, że Konrad ma rację, jeśli zaraz nie zabierzecie się za badanie mechanizmów obronnych, to będzie za późno. Może już wy się o tym przekonacie, ale na pewno – wasze dzieci.
Choć może w międzyczasie zaniknie już instynkt rozmnażania się, tak jak to przewidział Michel Houellebecq w Cząstkach elementarnych już w roku 1998, i wtedy nie będziecie zważać na argument “dobro dzieci”. Ba, może nawet nieprzewidywalność tego, jak w sytuacji zagrożenia zareaguje na szosie Tesla Altruista, stanie się jedynym wolnym elementem w życiu, rosyjską ruletką, zapewniającą dreszczyk ryzyka w nudnym świecie SI.

Sztuka przewiduje też inne rozwiązania, pod warunkiem, że potrafimy zachować zdolność samodzielnego myślenia. Obejrzyjcie ten film, choć na pewno myślicie, że to jakaś zamierzchła staroć. Został nakręcony w roku 1981 (a ja pamiętam go do dziś).
3. Wolność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Zapewne oddamy ją SI tak samo, jak już w tej chwili oddaliśmy w ręce samochodowych nawigacji pytanie, jak mamy jechać, aby dotrzeć do celu? Gdy rozmawiam o tym z Konradem, mówi, że obrona wolności przed dyktaturami  i nie-dyktaturami wyposażonymi w SI i skłonnymi do korzystania z jej środków zdobywania i umacniania władzy, będzie najprawdopodobniej najważniejszym zadaniem jego pokolenia, jeśli zawiodą – wolność przestanie istnieć.
4. Równość, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Bo od czasu swego powstania Homo Sapiens nie chce być równy z innymi, chce być lepszy i mieć coraz więcej, a i tak jest wiecznie niezadowolony

Część II – Wyzwanie polityczne

5. Społeczność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji?
6. Cywilizacja, czyli dlaczego jest wygodniej, że mamy obecnie już tylko jedną, a co najwyżej kilka cywilizacji?
7. Nacjonalizm, czyli nikt nie został wybrany (I)
8. Religia, czyli jak opowieści łączą miliony ludzi w celu wykonania tego, czego pojedynczy człowiek nigdy nie osiągnie i jak małe rytuały są siłą napędową wielkich dążeń i osiągnięć
9. Imigracja, czyli najważniejsze wyzwania XXI wieku to globalny postęp techniczny, globalna katastrofa klimatyczna i globalne migracje

Część III – Rozpacz i nadzieja

10. Terroryzm, czyli co się stanie, jak terroryści dostaną do ręki broń atomową?
11. Wojna, czyli nikomu nie opłaca się już toczyć wojen (poza lokalnymi konkfliktami – póki co), bo jedynym dobrem, jakie warto zdobywać są nasze własne dane, a żeby je zdobyć, niepotrzebna jest wojna, bo wystarczy nasza własna głupota, brak czujności, ciekawość bądź chęć zysku
12. Pokora, czyli nikt nie został wybrany (II)
13. Bóg, czyli jak to się stało, że wiara, iż istnieje coś znacznie większego od nas (Bóg Tajemnicy) zmienia się w system nakazów i zakazów (drobiazgowy Bóg Prawodawca)
14. Sekularyzm, czyli najlepsza ludzka opowieść, tylko szkoda, że tak mało pociągająca

Część IV – Prawda

15. Niewiedza, czyli wszyscy jesteśmy durniami
16. Sprawiedliwość, czyli…
17. Postprawda, czyli od zawsze żyjemy w świecie postprawdy, bo wszystkie wielkie opowieści o świecie, ludziach, państwach, religiach i bogach to postprawdy
18. Science Fiction, czyli dlaczego Matriks nie jest prawdziwą opowieścią o przyszłości, a (niestety) W głowie się nie mieści Disneya – tak

Część V – Odporność

19. Edukacja, czyli uczmy dzieci, że mają poznawać siebie i umieć się zmieniać
20. Sens, czyli cierpienie jest najbardziej realną częścią rzeczywistości
21. Medytacja, czyli poznaj sam siebie

Patrzę na tę listę i z zainteresowaniem stwierdzam, że zapamiętałam coś z każdej lekcji Harariego, z każdej oprócz sprawiedliwości. Zaglądam do książki: Nasze poczucie sprawiedliwości może być nieaktualne. No tak, oczywiście, to, co było aktualne podczas wędrówki Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej albo dla Polaków w okresie rozbiorów, nie sprawdzi się w czasach globalnej katastrofy klimatycznej i powszechnego braku pracy. No ale cieszmy się, bo nadal na rynku pracy będzie praca, np, jak już o tym była mowa, dla filozofów, a przede wszystkim etyków.

Harari pisze o tym, że gdy sztuczne inteligencje będą dominowały na drodze pełnej autonomicznych samochodów, wypadków będzie mniej, niż jest ich wtedy, gdy spotykają się na niej pojazdy kierowane przez ludzi, bo ludzie są nieobliczalni. Ale, dodaje, jeśli samochód autonomiczny będzie musiał wybrać między przejechaniem dziecka, a rozbiciem samochodu pełnego pasażerów, zasadniczo wybierze zabicie dziecka (bo jest jedno), podczas gdy człowiek zawsze odruchowo i nieobliczalnie wybierze zabicie siebie, a ochronienie dziecka. Chyba że zostanie z góry zaprogramowany inaczej. I to właśnie np. tu, w fazie budowania algorytmu samochodów bez kierowcy, filozof będzie musiał podjąć setki drobnych decyzji etycznych. Gdy już powstaną te dwa odmienne samochody – Altruista i  Egoista, chcielibyśmy oczywiście, kupując taki samochód, wybrać Altruistę, doświadczenie jednak podpowiada, że zapewne kupimy Egoistę. “Zwłaszcza, jeśli mamy dzieci”, twierdzi Konrad. “Zwłaszcza, jeśli uda nam się sprawić pozór, że kupiliśmy Altruistę”, chciałabym dodać ja, ale nie czuję, bym miała w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia.

PS 1.

Wielka opowieść o człowieku nie może się obyć bez Wielkich Książek. Biblia pojawia się więc 20 razy, Szekspir 7 razy, Don Kichot raz (choć indeks tego nie wykazuje) i Harry Potter też raz, ale indeks go wykazuje, choć pojawiają się obaj w jednym zdaniu na stronie 302:  “Znaczna część Biblii może być fikcją, ale i tak księga ta potrafi nieść radość miliardom ludzi i być dla nich zachętą do współczucia, odwagi i kreatywności – podobnie jak inne dzieła z gatunku fikcji, na przykład Don Kichot, Wojna i pokój i Harry Potter.”

PS 2.

Nowy mural, odsłonięty w Berlinie we wtorek przedwielkanocny, zdaje się dość dobrze ilustrować to, co nas czeka. Ten kto odsłania tajemnice kapitalizmu, jest nowym Jezusem i zostanie ukrzyżowany. Przy okazji dobrze jest może zacytować tu pewne zdanie, wstrząsające w swej oczywistości: Łatwiej jest nam uwierzyć w koniec świata niż w koniec kapitalizmu (Fredric Jameson).

freeAssangeYesterdayCaptainBorderline

Free Assange Yesterday, autor: kolektyw sztuki ulicznej Captain Borderline. Julian Assange, współtwórca WikiLeaks przebywa w więzieniu w Londynie; w USA zaocznie zapadł już na niego wyrok o szpiegostwo i zhakowanie komputerów rządowych. (Foto: Krystyna Koziewicz)

Berlin, Dahlem Dorf, wieś w mieście

Ela Kargol

Kilka dni przed niedzielą palmową wybrałyśmy się z Krysią do Domäne Dahlem w Berlinie i na pobliski cmentarz.

Dahlem była kiedyś osadą, później wsią skupioną wokół średniowiecznego kościoła św. Anny, potem przedmieściem Berlina z dużym gospodarstwem Domäne Dahlem, do dzisiaj działającym, choć uszczuplonym o tereny przeznaczone na początku XX wieku na budowę wspaniałych willi, na które stać było tylko tych bogatszych berlińczyków.

Tak jak kiedyś Dahlem i okolice przyciągały mieszczuchów na łono natury, tak jest do tej pory. Majątek Dahlem jest celem wycieczek rodzin, które swoim dzieciom chcą pokazać żywą krowę, kurę, barana i chcą poczuć zapach stajni, obory lub chlewa.

Nie przyciągała mnie długo ta sztuczna wieś w mieście, może dlatego, że nie była mi obca prawdziwa wieś, na której spędzałam prawie wszystkie wakacje i inne wolne chwile. Nie przychodziłam tu z dziećmi, zaczęłam dopiero z wnukami.

Przyglądaliśmy się krowom, koniom, wiosną cielakom, źrebakom, jagniątkom. Prosiaków moje wnuki nie chciały oglądać, prosiaki śmierdziały. Pokazywałam im oziminę i zboże jare, ziemniaki, kapustę, kukurydzę, kupowaliśmy jabłka z robakami i drogi miód z pobliskich pasiek. Kiedyś urwałam wnuczce kilka kolb kukurydzy i pokazałam jej, jak można robić z nich lalki z długimi włosami. Moje wnuki patrzyły już inaczej niż ja na to muzeum wsi, tym bardziej, że każda wyprawa kończyła się przejażdżką na traktorze lub na karuzeli.

Folwark Domäne był kiedyś majątkiem rycerskim, dużo większym niż teraz. Gospodarstwo w wersji uszczuplonej przetrwało, w dworku wzniesionym w XVI wieku powstało muzeum, w którym można zapoznać się z rozwojem rolnictwa w Dahlem i z historią wsi. W innych budynkach i poza nimi możemy przyglądać się hodowli zwierząt, poznać pracę tkaczy, garncarzy, farbiarzy, kowala. Liczne festyny przyciągają dorosłych i dzieci. Mam nadzieję, że zanim wnuki podrosną, wybierzemy się jeszcze raz na rycerski turniej lub jarmark wielkanocny czy adwentowy, które teraz z wiadomych powodów się nie odbywają.

Pola jednak trzeba zaorać, obsiać, bydło wyprowadzić na pastwisko, a więc jest na co popatrzeć. Spacerujemy powoli i zachwycamy się drewnianym, skrzywionym płotem. Nad stawem kwitną bazie „niedzielnopalmowe”. Choć dorodniejsze znalazłyśmy później w sercu dawnej wsi, przy kościele św. Anny.

Drewniany kościół stanął w tym miejscu prawdopodobnie już w XIII wieku. Na jego miejscu powstał potem budynek murowany z kamienia polnego – kilkakrotnie przebudowywany, powiększany i odbudowany po zniszczeniach wojennych, stoi do dziś.

Kościół otoczony jest starym cmentarzem, do którego na początku XX wieku dołączono nowy. Architekci Friedrich i Wilhelm Henningowie zaprojektowali nową bramę i kaplicę cmentarną oraz otoczyli oba cmentarze, ten kościelny i miejski, równym kamiennym murem. W latach 30 ubiegłego wieku i później kościół był miejscem ruchu oporu przeciw narodowemu socjalizmowi, miejscem spotkań członków i sympatyków Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Ówczesna plebania znana jest teraz jako Martin-Niemöller-Haus, w 2017 roku otwarto tu miejsce pamięci Martina Niemöllera.

Martin Niemöller był od 1931 pastorem luterańskim parafii w Dahlem. Początkowo był zwolennikiem partii NSDAP, na którą głosował w 1933 roku. Dopiero ustawy norymberskie skłoniły go do innego myślenia. Odtąd sprzeciwiał się prześladowaniom Żydów. Wraz z teologiem Karlem Barthem był współautorem Deklaracji z Barmen, która negowała współpracę protestantów z nacjonalistami.

Z innym działaczem antyhitlerowskiem, Karlem Bonhoefferem utworzył Kościół Wyznający. Był więźniem Sachsenhausen i Dachau. Po wojnie stał się zdeklarowanym pacyfistą.

W domu parafialnym naprzeciwko kościoła św. Anny też odbywały się spotkania członków Kościoła Wyznającego. Na cmentarzu jest sporo grobów członków ruchu oporu, członków lub sympatyków Kręgu z Krzyżowej (Kreisauer Kreis). Nie wszystkie są grobami honorowymi miasta Berlina. O niektórych opowiadają zaangażowani członkowie parafii. O niektórych wiem bezpośrednio od ich dzieci, którym jeszcze kilka lat temu nie bardzo chciałam wierzyć, myśląc, że teraz to każdy przyznaje się chętnie do znajomości z Bonhoefferem lub do uczestnictwa w zamachu na Hitlera. Tym bardziej, że w Dahlem mieszkało podczas wojny dużo wysokich rangą urzędników państwowych III Rzeszy, jej zwolenników i tzw. Mitläufer (osób wspierających reżim), często zajmujących domy żydowskich właścicieli.

***
Cmentarz, jak każdy berliński cmentarz, wyjątkowy, a sztuka nagrobna jest przekrojem wielu epok sztuki niekoniecznie nagrobnej.
Wspomnę tu o trzech grobach nie związanych z Kościołem Wyznającym. Leżą tu Rudi Dutschke, lewicowy przywódca ruchów studenckich z lat 60, Waldemar Grzimek, rzeźbiarz i Bernhard Heiliger, też rzeźbiarz, urodzony i wykształcony w Szczecinie, o którym napiszę szerzej w innym tekście.
Są też, jak na każdym cmentarzu berlińskim, a może niemieckim, groby wojenne, groby chłopców dwudziestoletnich, często ochotników, którzy zginęli za ojczyznę.


***
Wróćmy jednak do niedzieli palmowej – właśnie tu, na cmentarzu, niedaleko kościółka znalazłyśmy wielkanocne drzewko, w pełnym rozkwicie baź, kotków, które w naszej szerokości geograficznej stają się na tę jedną niedzielę „jerozolimskimi palmami”. Ta wierzba przyciągnęła nas nie tylko bujnym kwiatostanem, ale też szumem pszczół i świergotem ptaków. Gdy podeszłyśmy bliżej, uginała się nie tylko od bazi, ale też od zawieszonych skarbów.

Wspomnę jeszcze o jednym drzewie. Gdzieś między kościołem a domem parafialnym, na skrzyżowaniu dwóch dość ruchliwych ulic, z kilkusetletniego ściętego pnia wiązu wyrasta młode drzewo. Ktoś zadał sobie trud i prosi o zachowanie młodego pędu wyrastajacego ze starego pnia. Stary wiąz był pomnikiem przyrody i niejedno widział. Był świadkiem niejednej wojny, rozwoju wsi, a potem miasta.

Idąc dalej do stacji metra Dahlem Dorf mijamy zabudowania dawnej wsi. Obok pomnika ofiar I wojny światowej jest wejście do piwnicy, w której przechowywano lód, mijamy dawny dom mleczarza (teraz, a prawdopodobnie już na początku XIX wieku, mieści się tu restauracja Alter Krug).


Budynek dworca Dahlem Dorf został zaprojektowany przez braci Friedricha i Wilhelma Henningów (tych, którzy projektowali kaplicę cmentarną) w stylu wiejskiego domu szachulcowego, pokrytego strzechą.

Strzecha po ostatnim pożarze nie jest już strzechą tylko podróbką. Dahlem nie jest już wsią, ale bogatą dzielnicą Berlina, leżącą już nie na jego obrzeżach. Tam gdzie kiedyś stała karczma „Zum Wilden Eber” (Pod dzikim knurem), na Placu przy Dzikim Knurze (Platz am Wilden Eber), na granicy z dawną wsią Schmargendorf, kwitną wiosenne krokusy, a knur z brązu autorstwa Paula Grusona ozdabia plac (z przerwami) już od stu lat.



Odcinek 18

Mieczysław Bonisławski

– A Truda – zapytał Chrenowicz.
– Trudy – odpowiedział Demianiuk – z jej najlepszych czasów nie możesz pamiętać, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. A ja ją znam z okresu broniszowskiego. Pracowałem wtedy w pałacu, w GieeSie, a ona prowadziła wiejską świetlicę. I dorabiała handlując od tyłu bimbrem. Cały Broniszów i część Radwanowa z Mirocinem u niej chlały. I ci z GS-u, ci z cegielni, i ci z lasu.
– Elegancka pani z niej pewnie była? I silna, musiała być? Tak utrzymać w ryzach tylu chłopaków…
– No, oczywiście. Garsoneczka, kozaczki, parasoleczka. Ondulacja na rudo. W Broniszowie, tam na rogu, przy drodze na cegielnię jej rodzina, rodzina Rose, miała taką dużą murowaną chałupę. Od lat, z dziada pradziada, prowadzili w niej wiejską knajpę, a obok mieli jeszcze murowaną stajnię dla koni i wozownię. A jak zbudowali przez wieś kolej z Grünberga do Sprotau, to zaczęli prowadzić zajazd dla kolei. Cała rodzina uciekła przed Ruskimi, tylko ona została. Można powiedzieć, ostatnia z wielu pokoleń broniszowskich karczmarzy: Bernhard, Paul, no i ona. Ostatnia restauratorka na trasie kolei zielonogórsko-szprotawskiej… Tak, to była bardzo elegancka Niemra. A jaka wyniosła, chodziła z głową wysoko uniesioną w chmurach.
– W Jarogniewicach taką rodziną byli Schultze. Prowadzili ajencję. W swoim sklepie kolonialnym, takim wiejskim domu towarowym, sprzedawali bilety na kolej do Grünberga czy Sprotau i przyjmowali paczki… A dlaczego ona, ta Truda, została?
– Tak, w każdej wsi, przez które poszła ta kolejka, były takie miejscowe rodziny, które rozwinęły dzięki jej powstaniu swoje interesy i nieźle na tym zarobiły. Zresztą, pozostali mieszkańcy wsi, rolnicy, też na kolejce zyskali… Zeszli z drabiniastych wozów i przenieśli się do nowoczesnych Prus… A co do Trudy… Mówili o niej, że mianowali ją na Strażniczkę…
– Niemożliwe, była niemieckim Strażnikiem, tu, pod Zieloną Górą?
– W Lesie Broniszowskim działał wtedy duży oddział Wilkołaków. Nie zrobili żadnego, głośnego sabotażu, zatem musieli zostać, aby czegoś pilnować. Bo chociażby i ta historia z tym hitlerowskim pociągiem z zabytkami z Poznania, co to niby jechał do Szprotawy. Nie dość, że pchał się taką dziwaczną trasą na Czerwieńsk, a potem tą zapyziałą koleją zielonogórsko-szprotawską, zamiast normalnie z Poznania główną linią przez Leszno, Głogów, to jeszcze wszyscy z Broniszowa widzieli jak wjechał do Lasu, ale nikt go już nie zobaczył jak wyjeżdżał…? To co? To niby nic? Tak, Strażnik w takim miejscu, czemu by nie? To się jakoś układa w logiczną całość.
– Strażnicy byli bardziej na południe, na pograniczu Dolnego Śląska i gór – powątpiewał Olek, ale w końcu dał za wygraną. – A jak ona się znalazła w tym parku? Tutaj? Strażnicy umierali, ale nie staczali się tak na margines.

Redaktor jednak zignorował te uwagi. Znowu się nieco odwrócił i nieznacznym ruchem głowy wskazał na trzech pijaczków w brudnych i obdartych ubraniach. Wokół ich połamanej ławki walały się puste butelki po denaturacie, wodzie kolońskiej i wódce. Jeden, siedząc na betonowym słupku, przysypiał z głową opuszczoną między szeroko rozstawione kolana. Buty miał pobrudzone świeżymi rzygowinami. Dwóch pozostałych energicznie wstało z żałosnej pozostałości ławki. Trzymali się, szarpiąc nawzajem za hajdawery. Z ich ust wydobywał się głośny skrzek, nieartykułowany bełkot. Potknęli się i solidarnie runęli na żużlową ścieżkę. Przez chwilę tak leżeli, aż jeden podpierając się na łokciach, niezgrabnie, chwiejąc się powstał. Chwilę sapał z wysiłku. Spojrzał na gramolącego się po żużlu towarzysza i takiego półczołgającego się spróbował raz i drugi kopać. Zamachnął się, nie trafił. Stracił równowagę. Upadł. Wtedy podniósł się wreszcie ten drugi i z całych sił nastąpił mu nogą na głowę…

– Ten obrzygany pracował w „Zastalu”. Całe dnie siedział w biurze konstrukcyjnym. Był tylko technikiem, ale miał niezwykły talent i niesamowitą wrodzoną intuicję. Dzięki jego pomysłom zaczęli produkować takie półautomatyczne, samowyładowujące się węglarki. Wiesz, wagony do przewozu węgla z kopalni. Wszystkie szły na eksport, Rosjanie, Chiny, Ameryka Południowa. Tamci dosłownie zabijali się o nie. Ale facet był bez studiów, nie miał papierów inżyniera…
– Wiem, wiem. Znam tę papierową biurokrację – żachnął się Olek. – Możesz być mistrzem, ale bez dyplomu nie pozwolą ci nic zrobić. Zgnoją cię po prostu. Ukradli mu te pomysły i się załamał, stoczył…?
– No, niezupełnie. Kazali mu iść na to nasze WSI, zrobić dyplom inżyniera. A do tego czasu, jego projekty, projekty według jego pomysłów podpisywali tacy dwaj dyrektorzy.
– I brali pewnie za to niemałe pieniądze.
– Brali. Ale było im mało. Gość pojechał na praktyki studenckie do Związku Radzieckiego, a w tym czasie dyrektor przespał się z jego niby żoną. Gdy wrócił, chciał dyrektorowi obić mordę, ale nie zdążył, pociął tylko tasakiem tę swoją żonę.
– Tak, kobiety, to potrafią być prostytutki. Mówiłem ci, że wydobycie z nich na wierzch tego instynktu, ponad instynkt macierzyński, to pierwszy krok do likwidacji Europy, jaką znamy… Do osłabienia nas i zniszczenia naszych wartości…
– No, nie wszystkie. Chociaż ta chyba była. Pozszywali ją w szpitalu, a faceta wylali i z „Zastalu”, i ze studiów. Dyrektor, chcąc uniknąć skandalu, wybronił go tylko od wyroku. Potem nawet rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną i poprowadził do ratusza tę drugą, tę pozszywaną. A nasz niedoszły konstruktor robi pod siebie tu w tych krzakach.
– A tamci dwaj?
– Jeden pracował jako pomocnik na karetce pogotowia, a ten drugi doprowadził do wykolejenia składu z węglem jadącego do Polskiej Wełny. Doszło do śmiertelnego wypadku…
– Nie poszedł siedzieć?
– Nie, w Ciborzu zbadali go i uznali za niespełna rozumu. Teraz tu się tłucze z innymi bywalcami, a gdy ktoś go potrzebuje, na parę dni trzeźwieje i idzie wykonać zadanie.
– Włam, mordobice, czy też mokra robota?

Demianiuk znów się uchylił od jednoznacznej odpowiedzi:

– Jak widzisz ONI nas niszczą na różne sposoby. I takich półżywych, półmyślących wykorzystują potem przeciwko tym, których jeszcze nie dopadli, nie zdążyli udupić. Pola walki z NIMI są różne i w wielu miejscach.
– Z nich już nic nie będzie. Ci ludzie tutaj, to już nie ludzie. Oni się skończyli. Po co mam ich szkolić? Nie dadzą rady…
– Kto ci każe ich szkolić?
– To co miałbym robić?
– Są różne sposoby walki i różne pola bitew. Możesz wykazać się zupełnie inaczej. Walcząc z kim innym i zupełnie gdzie indziej. Machanie pięściami i nogami, też ci się tam przyda, ale nie to będzie najważniejsze…
– Chyba cię rozumiem… – ucieszył się Olek, ale Redaktor szybko go sprowadził na ziemię:
– Nie sądzę, abyś wiedział o czym mówię… Są miejsca i ludzie, gdzie toczy się walka nie na pięści, ale na słabszą psychikę, o to kto, co czuje i jak się ma, tak w ogóle. Są też ludzie, którzy w innych coś sieją, ale inni z kolei wolą, aby to nie wzeszło. Jedni coś robią, inni tylko przeszkadzają, w imię fałszywych idei. Budowniczym trzeba zapewnić spokój i bezpieczeństwo, a burzycielom dać odpór.
– Rozumiem…
– Nic nie rozumiesz. Nawet nie potrafisz odróżnić jednych od drugich. Pomimo szerzących się stereotypów, naiwnych opinii ludzkich, popędów tłumu? Pomożesz komuś, kogo wszyscy uważają za zbira, wsadzają do więzienia, odsądzają od czci i wiary? Wesprzesz w działaniu kogoś, o kim piszą a gazetach, że wichrzyciel, prowokator, wróg powszechny albo takiemu, o którym baby w kolejce przed sklepem gadają, że ubek, Żyd, mason? A jakby w ofierze trzeba było złożyć z pozoru najbardziej niewinną istotę, kobietę, dziecko?
– Do czego ty mnie namawiasz?! – przestraszył się Wojownik.

Minął kwiecień. W maju Redaktor spotkał się z Olkiem na terenie nowej szkoły podstawowej przy ulicy Gwardii Ludowej. Zanim tam poszli, przyniósł mu z milicyjnego klubu sportowego „Gwardia” prawie nowy dres z napisami z nazwą klubu i z emblematami jakichś finałów resortowych mistrzostw Polski.
Chrenowiczowi imponowało to, że miał mieć taki strój. Demianiuk przedstawił Olka dyrekcji szkoły jako instruktora nieznanych jeszcze w mieście, nowych rodzajów sztuk walki, których tenże instruktor miał w ramach programu szerokiego usportowienia dzieci uczyć w Zielonej Górze czwarto- i piątoklasistów. Niedwuznacznie zasugerował, że za programem stoi klub milicyjny i odpowiedni wydział Miejskiej Rady Narodowej. Ale tylko zasugerował, żadnych faktów, dokumentów, konkretów, nazwisk. Niczego, co można by dokładnie sprawdzić, coś potem komuś wypomnieć. Same takie śliskie opowiastki…
Przyszli do szkoły we dwóch. Na sali gimnastycznej mieli rozpocząć spotkanie informacyjne z dziećmi. Przed wejściem Redaktor przedstawił Olka jakiejś trzydziestopięcio- czterdziestoletniej blondynce z włosami przyciętymi tuż nad ramionami:

– To nasz instruktor, pan Aleksander Chrenowicz, świeżo po kursach. Właśnie zaczyna swój nowy program w Zielonej Górze.
– Teresa Barczyńska – z zadowoleniem na twarzy wyrecytowała kobieta.
– Pani magister jest wychowawczynią jednej z czwartych klas, o ile dobrze zapamiętałem…?
– Tak, właśnie przyprowadziłam swoje dziewczęta i chłopców. To te urwisy, co przed chwilą przewaliły się przez wejście do sali gimnastycznej. Zabrałam ich z lekcji matematyki, oni dzisiaj nie mieli w planie godzin wychowania fizycznego. Nie mają strojów do gimnastyki…
– Dzisiaj nie będą jeszcze potrzebne – starał się uspokoić nauczycielkę Olek. Mówił, jak na niego, spokojnie, wyważał słowa. Zachowywał wyjątkową powagę.
– Oj, to dobrze! – zaśmiała się Barczyńska, ale szybko spoważniała – Tak, jak powiedziałam, zabrałam ich z matematyki, nie było wcale tak łatwo. Pan redaktor mnie jednak zapewniał… Mam nadzieję, że pana zajęcia będą tego warte. I że poprowadzi je pan w interesujący sposób, tak, że dzieci zechcą potem skorzystać z tej oferty.
– Będę mówił o bardzo ważnych dla każdego młodego Polaka sprawach. Szczególnie w dzisiejszych czasach. A przychodzę wyłącznie po to, aby namówić jak najwięcej z tych dzieci do pierwszych treningów…
– Tak, tak, pan instruktor ma wyjątkowy dar przekonywania dzieci do ruchu, do sportu – dziennikarz nie pozwolił mu rozwinąć w pełni tej jego szczególnej retoryki. Wiedział już do czego Olek był zdolny w swoich tyradach, a zależało mu na wzbudzeniu w Barczyńskiej zaufania i podziwu wobec Chrenowicza. To stanowiło podstawę jego planów, było dla niego niezbędne. Gdyby kobieta miała możliwość posłuchać Olka jeszcze choć przez chwilę, a nie daj Boże, do końca, Redaktor swojego celu by pewnie, ani w tamtej chwili, ani już nigdy później nie osiągnął.

Z przeprowadzonych na sali gimnastycznej zajęć Olek wyszedł zadowolony. Było to na rękę Demianiukowi. Wprowadzenie Chrenowicza w stan jego specyficznej euforii, było może nie podstawowym, ale bardzo ułatwiającym osiągnięcie celu Redaktora, warunkiem.

– Całą wiosnę rozmawialiśmy o tym, jak różne formy niszczenia Polaków ONI stosują. Pamiętasz, co ci mówiłem, co ci pokazywałem? – zagaił

Olek tymczasem zbierał swoje materiały i szykował się do wyjścia.
– Tak, obaj wiemy to wszystko. Ale tutaj, dzisiaj mieliśmy dobry narybek. Widziałeś, jak te dzieciaki aż się palą do pierwszego treningu?! Byle by tylko wytrwali, to będzie z nich dobrze wyszkolona falanga. A czyż nie o to chodzi?
– No, niezupełnie. Mówiłem ci, że tak jak ONI nas na różne sposoby zabijają, tak i my musimy nauczyć się walczyć, adekwatnie do różnorodności stosowanych przez NICH form.
– Ale o co ci chodzi?
– W klasie Barczyńskiej jest chłopiec, bardzo ważny w prowadzeniu ICH strategii. Jeżeli zdecydujesz się na uderzenie w NICH poprzez tego chłopca, wyrządzimy IM olbrzymie szkody. Powstrzymamy ICH na wiele miesięcy! Uratujemy dziesiątki naszych ludzi!
– Pokażesz mi go? I co ja miałbym zrobić?
– Oczywiście, że ci go pokażę. Po to tu przyszliśmy – Demianiuk, wreszcie zadowolony aż poklepał protekcjonalnie Olka po ramieniu. Ten otrząsnął się. Nie tolerował takich form okazywania, czy demonstrowania poufałości między wojownikami. Mierziło go to, uważał za oznakę słabości, zniewieścienia.

Redaktor spojrzał na mężczyznę w dresie za zdziwieniem, które momentalnie przerodziło się w niepokój. Niepokój o reakcję tego przygłupa, o powodzenie misji. Olek był wyraźnie spłoszony, rozkojarzył się. Jego nieobecny wzrok wskazywał na zupełną dekoncentrację. W takim stanie mógł – zgodnie z wiedzą, jaką dziennikarz nabył o nim przez te cztery ostatnie miesiące – zrobić wszystko, w tym rzeczy głupie i niepożądane z punktu widzenia celów Demianiuka.
Ale Demianiuk nie mógł już przerwać akcji. Raz rozpędzona machina zdarzeń musiała działać nieprzerwanie dalej, niezależnie od stanu Olka i przyszłych konsekwencji tego stanu.

– Oto on, ten chłopiec – syknął mu do ucha.

Olek spojrzał i zamarł. Z sali wyszedł Januszek.

– Przecież to demiurg! – wyrwało mu się – Mój utracony Przewodnik.

I w tym momencie Olka coś zaniepokoiło w Redaktorze. Nie mógł sobie tego uzmysłowić do końca, ale dziennikarz zagrał jakąś fałszywą nutę. Zdecydowanie to był fałsz, niepokojący, wzbudzający strach i nakazujący ostrożność, może nawet ucieczkę od tego wszystkiego – fałsz.

– Słucham, kto?! Co ty mówisz… – nie zrozumiał tamten.

Chrenowicz spojrzał na Demianiuka po raz pierwszy innym, krytycznym okiem. „Jakiż to przypadek sprawił, że go spotkałem?” – zaczął się zastanawiać – „Czyż ludzie na poziomie, na stanowiskach nie mieli dotąd wszyscy zupełnie innych poglądów na ten świat niż ja? A ten od razu tak ze wszystkim się zgodził. Na wszystko miał doskonale pasujące odpowiedzi. To że go spotkałem, to nie był przypadek, ale kolejna próba. To Judasz, zdrajca, który miał mnie na powrót doprowadzić do zgubionego Przewodnika. A ja mam pokazać, czy go przejrzałem? Jeżeli tak, to okażę się godny i Przewodnik już mnie nie opuści. Zostanie ze mną i będzie mnie prowadził aż do samego końca. Ale jeżeli nie wykażę czujności i dam się zwieść podstawionemu zdrajcy, Przewodnik zniknie znowu. Tym razem jednak, gdybym okazał się tak niegodny, opuści mnie na zawsze, już nigdy do mnie nie wróci.”

I w ten oto sposób w maju nastąpił przełom we wzajemnych stosunkach Olka i Redaktora oraz w relacjach Wojownika z jego Przewodnikiem-Kreatorem tworzącym scenę do jego ostatniej walki o los świata.

Bo świat był pełen łasych na pieniądze ludzi. Tacy byli i prości wyrobnicy, i elity władzy, i inteligenci. Różniła ich tylko kwota, za jaką się sprzedawali. Od marnych groszy, starczających na wczasy w Bułgarii czy nad Balatonem, albo tyle, żeby kupić pralkę lub kolorowy telewizor, po prawdziwe kokosy na budowę willi lub sportowy model fiata. Na powierzchni życia, pod świecącym jasno słońcem, pośród osiedli miast, chałup wsi, fabrycznych hal, na polach i łąkach, w lasach i wśród górskich grani, wszędzie było jednakowo niebezpiecznie. Nic nie rozumiejący tłum ludzi stawał się w swojej niewiedzy trwożliwy, a poprzez swój strach – wrogi. Tu w dziennym świetle trzeba było ciągle się rozglądać, uważać na tego, który chciał spojrzeć na ciebie przez ramię, na każdego, kto nagle zatrzymał się, zwolnił kroku, by podsłuchać o czym mówisz, zaglądnąć ci w myśli. Każdy mógł być zdrajcą, wrogi lub obojętny na wszystko poza pieniężną gratyfikacją, donosicielem, mordobijcą lub zabójcą. Nie można już było ufać, czy to prostym ludziom z fabryk, czy doktorom z uniwersytetów, ani nawet drobnym pijaczkom spod wiejskiego sklepu. Każdy z nich mógł się, koniec końców, okazać równie niebezpieczny.

Spokojniej było tylko z dala od ludzi, należało od nich jak najszybciej uciekać, kryć się. Wszyscy nowatorzy, rewolucjoniści, zbawiciele od pierwszych wieków historii, po współczesność, ukrywali się przed bliźnimi w jaskiniach, grotach, katakumbach. W górach, dalekich od ludzkich siedlisk, albo dosłownie pod nimi. W podziemiach miast, w tunelach, systemach korytarzy tworzących zaiste równoległy świat, alternatywne miasta kilka metrów w głąb od rzeczywistych ulic, kwartałów i placów.

Tajemnicze lochy zaprojektowane przed wiekami przez nieznanych architektów wionęły wilgocią i nie odkrytymi tragediami, których były świadkami, niezależnie od tego, czy zbudowano je, po to aby tych dramatów uniknąć, czy też specjalnie, jako sceny do ich realizacji. Naturalne groty, jaskinie, sale i przejścia między nimi, wypłukane przez podziemne potoki lub wykruszone potężnymi siłami, przesuwającymi skalne bloki i płyty skorupy ziemskiej w każdej chwili mogły uwolnić mechanizmy lub stwory natury, czekające od wieków tylko na to, aby powstrzymać marsz człowieka, zapobiec osiągnięciu przez ludzkość wiedzy, która doprowadziłaby do samounicestwienia planety. Które z nich, te zbudowane przez człowieka, czy te urodzone naturalnie, były bardziej bezwzględne?

Kiedy i gdzie byłaby większa szansa na porozumienie, próbę wytłumaczenia się z wtargnięcia poza granice tabu, wyżebrania jeszcze trochę życia? Co dało by większe cierpienie w ostatecznej chwili prawdy: mechanizm do zabijania i torturowania, skonstruowany myślą ludzką, czy zęby, szczęki, szpony, ogień z trzewi stworzone i wyzwolone siłami przyrody?

„Młody demiurg też był posłańcem sił Natury, przyszedł do mnie nie z tego świata. To podziemne jezioro pod sklepieniem litych skał, ta złota od piasku mielizna na jego środku, to był jego naturalny świat. Ale dla mnie, śmiertelnika, który został tu zawezwany, powinno to być równie bezpieczne miejsce. Nie mogło tu mi nic grozić, skoro znalazłem się tutaj nie przez przypadek i nie zostałem wypuszczony przez siły Zła, aby siać zamęt i zniszczenie”. Tylko skąd ta pewność, że znalazłeś się tu dlatego, że na to zasłużyłeś, że cię wybrano właściwie, że TY to na pewno ty, gdy przed Tobą opadała tylko pionowo ściana. I nic więcej, żadnej wskazówki, żadnych stopni, uchwytów czy lin. Jedynie w połowie wysokości, pod Tobą, z tej ściany wypływało źródło i przemienione, spienioną kaskadą spadało w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwa.

„Nagły plusk wyrwał mnie z tych rozmyślań. Plusk doszedł z dołu, stamtąd, gdzie spadająca woda znikała w wirach podziemnego jeziora. Tam kołysała się na falach płaskodenna łódź. Pusta, szeroka, dwie ławki w poprzek, a na nich czekały oparte równolegle do siebie wiosła.”

Aby tam się dostać trzeba było skoczyć, bez zbędnych rozmyślań, w otchłań. Łódka, bądź co bądź, była nieduża. „A co by się stało, gdybym w nią nie trafił?” Obok kłębiąca się woda, zapewne bardzo głęboka. A do tego dno najeżone zapewne ostrymi skałami.
To była już naprawdę ostatnia próba. Czy na pewno dobrze odczytał wszystkie znaki? Czy to on został wybrany, czy też został tu wepchnięty przez Redaktora i stojące za nim siły Zła? Te odgłosy dochodzące z zewnątrz mogły świadczyć, iż była to pułapka, a wokół zbierała się obława.
No cóż, aby się przekonać, trzeba było po prostu skoczyć. Czy było mu dane przeżyć, ocenić za chwilę czy warto?
Nie, decyzji nie mógł podjąć po fakcie, na dole. Musiał sobie odpowiedzieć jeszcze tutaj, na górze, w ukryciu, za tym filarem przy którym ktoś zostawił tę gazetę z artykułem Redaktora o śmierci Barczyńskiej na przejeździe…
Olek popatrzył na Januszka. Czy ostatni raz tak na niego spojrzał? Czyżby…? Wziął i zmiął teraz i tę gazetę z wydrukowanymi kłamstwami o wypadku. I przestąpił ponad tą zmiętą kulką z gazety i zrobił to, skoczył.
Skoczył zza filara ku chłopcu stojącemu nad ciężarówką, która przed chwilą spadła z wiaduktu wprost przed ciągnący wagony parowóz.

Warto, odpowiedział sobie.
Czy warto? Tak, warto! – powtórzyło czyjś głos z oddali echo.
Czy warto?
Tak, warto!

– Witaj chłopcze. Pamiętasz mnie?

Januszek odwrócił się w stronę idącego ku niemu mężczyzny w wojskowym mundurze polowym. Tak samo, jak przed kilkoma miesiącami, najpierw na niego spojrzał spode łba, a zaraz potem odwrócił się plecami, przygarbił i zrezygnowany zamarł ze wzrokiem utkwionym w piasku pod jego stopami.
Olek szedł powoli, krok za krokiem ku niemu.

– Nie poznajesz mnie?

Tym razem chłopiec ostatecznie nie zawahał się tak jak wtedy, zimą. Nie stchórzył, tylko zebrał się w sobie i skoczył w przeciwległą stronę niż ta, skąd wyszedł do niego obcy w mundurze.
Jak pech, to pech. Kolejny krok zrobił jednak tak niefortunnie, że stopą zahaczył o porzuconą cegłówkę. Pewnie dałby radę, gdyby tylko druga noga nie trafiła na miękki, usypujący się spod buta piasek. W efekcie tego rymnął na ziemię jak długi.

Olek schylił się i podniósł go za ramiona.

– Panie stróżu, ja tu tylko bawiłem się… – rozpłakał się chłopiec – Ja nic nie kradłem… Samochodziki są moje, z domu…
– Dlaczego uważasz mnie za stróża? – zdziwił się Wojownik.
– No, ten mundur. Nie ma już robociarzy. Jest już po pracy. Teraz i w mundurze, to musi być tylko stróż, który pilnuje budowy… Niech pan mi nic nie robi… – rozbeczał się na dobre. – Ja już sobie pójdę, już więcej nie będę! Tylko niech pan mnie już puści i nic nie mówi pani w szkole…
Wojownik pogłaskał chłopca lekko po głowie. Ten wstrząsnął się cały. Odskoczył na dwa kroki, ale sparaliżowany strachem, zamiast od razu uciekać tylko ryczał jeszcze bardziej.
Dostał spazmów, cały się trząsł i takim uciekającym gdzieś głosem, urywając dramatycznie na wysokich tonach ostatnie słowa, poprzez nawroty tego szlochu i kurczy wykrzyczał:

– Tylko niech pan nikomu nie mówi…! Tylko niech pan nikomu nie mówi! Ja już nie będę… Ale niech pan nikomu nie…! Ja… Nie będę!

Chrenowicz był bezgranicznie zdziwiony. Najchętniej sam rozłożyłby ręce lub uciekł stąd, nie wiedząc jak zareagować. Pchany jakąś intuicją, zrobił jednak coś zupełnie odwrotnego.
Podszedł do chłopca, ale nie dotykał go już, tylko stanął przed nim na pewien dystans, tak by ten dokładnie go widział. I odezwał się spokojnym głosem:

– Spotkaliśmy się wtedy, zimą. Pod balkonami. Zbierałeś swoją armię. Czy masz jeszcze ten fajowy, blaszany transporter?

Chłopiec uspokoił się. Spazmy i łzy minęły. Spojrzał przed siebie, znowu nieco spode łba. Odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała jakby nuta rodzącego się zaufania:

– Mam, ale w domu. Tutaj – wskazał nieznacznym ruchem podbródka przed siebie – to co innego. Nie ma wojny. To miasto, tory w wąwozie i ulica na wiadukcie…
– Stąd ta furgonetka i ciężarówka – Wojownik udał, że się właśnie domyślił i bez chwili zawahania, kontynuował w tej konwencji. – A co jeszcze tu dziś przyniosłeś?
– Autobusik i „fiata”. I jeszcze „warszawę”.

Zbliżyli się do siebie. Chłopiec wrócił do wiaduktu, który, uciekając, niechcący rozwalił.
Teraz przyklękli przy nim obaj i bez słowa zaczęli go naprawiać.
Na twarzy Januszka pojawił się uśmiech. Po chwili zaśmiał się na cały głos.

– Pan naprawdę nie jest stróżem?
– Czy rzeczywiście nie pamiętasz klamerek, które chowałeś po kieszeniach? A ta lalka, która miała się stać marszałkiem całej armii? Czy dostałeś swój znak?

Chłopiec przestał się uśmiechać. Jego twarz przybrała znowu taki zacięty wyraz. Bał się?, wstydził się czegoś? A może od czegoś uciekał, od jakichś wspomnień?
Olek znowu wyciągnął ku niemu przyjaźnie rękę i znowu ją powstrzymał, widząc jak chłopiec zaczął się cały kurczyć się i chować głowę w ramiona. Cofnął rękę i przywołał na twarz szeroki uśmiech. Włożył mnóstwo wysiłku, aby jego głos nabrał radosnego, przyjaznego tonu, aby brzmiał, jakby dzielili się, w stanie zaufania i euforii, czymś istotnym i przyjemnym. Czymś, co rozumieli tylko we dwóch, dzięki jakiejś nieuchwytnej nici porozumienia.

– A czy to, co mi opowiadałeś o „czterech pancernych” w telewizorze, pamiętasz? I ja ci powiedziałem, abyś się nie przejmował, tylko wracał do domu?
Chłopiec nadal nie podnosił głowy. Chociaż drgnął i jakby miał chęć otworzyć ku Olkowi swoją skuloną, zamkniętą postać.
– Czy wróciłeś wtedy do domu? Czy Mama pozwoliła ci włączyć telewizor i obejrzeć tych „pancernych”?
– Tak, przyszedłem do mieszkania. Mama dała mi gorące kakao a potem utarła jeszcze kogel-mogel.
– A co powiedziałeś tacie?
– To, co mi kazałeś, że chciałbym z nim razem obejrzeć „czterech pancernych”, jak syn z ojcem, bo to film dla prawdziwych mężczyzn.
– I co? Czy zasiedliście razem…?
– Zdziwił się! Bardzo. A mama zaczęła się śmiać i powiedziała, że skoro tak, to ona wychodzi do sąsiadki – ciotki, pani Ireny, bo mężczyznom nie wolno w domu przeszkadzać.
– A zapytałeś mnie wtedy jeszcze o to, czy to prawda, że w sklepach jest taki model autobusu „jelcz” z niebieską przyczepą, jakie nieraz jeżdżą na wsi.
– Tak! I z otwieranymi drzwiami! – rozpalał się mały.
– Bo twój kolega z parteru, Sławek, poznał jakiegoś Czarka z drugiej klatki i w tajemnicy przed tobą, bawili się takim modelem u tego drugiego, a tobie pozwolili do nich dołączyć dopiero, jak też będziesz miał podobny autobus…
– A ty mi powiedziałeś, że nigdy takiego nie widziałeś. I że oni pewnie kłamią, abym im zazdrościł…
– Czy zrobiłeś, jak ci radziłem?
– Tak… Ale teraz wróciłeś do mnie?
– No chyba tak?
– Na zawsze?

Olek zamilkł. Wziął do ręki jeden z samochodzików. Postawił na odbudowanym wiadukcie z gałęzi i piasku. Januszek nie patrząc na zabawki stanął na wprost niego. Wyprostował się wreszcie i spojrzał mu w końcu prosto w oczy. Tak zadziornie, po raz pierwszy bez strachu, czy skrępowania.

– A ty kim jesteś? Skąd ty do mnie przyszedłeś?

Chrenowicz milczał. Teraz on się zaciął w sobie. Pochylił całą swoją postać ku żółtej połaci piasku. Bawił się przez chwilę małym autkiem.

– Skąd przyszedłem? Wiesz, to jest taka skomplikowana sprawa… – zaczął i nagle przeraził się tym co usłyszał. Bo oto chłopiec skoczył do niego, złapał go za rękę, szarpnął ku sobie i niemal krzyknął:
– Ale zostaniesz moim przyjacielem?