Grób na cmentarzu w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Achtung: unten befindet sich ein Appendix auf Deutsch

Nadtytuł tego wpisu jest tak długi, że musiałam mu zmienić funkcję i stał się tytułem

Mężczyźni z cmentarza na Heerstrasse (Friedhof Heerstraße) koło Stadionu Olimpijskiego w Berlinie: Hermann Minkowski i Oskar Minkowski

Historia grobu braci Minkowskich przypomina mi naszą walkę o grób profesora Aleksandra Brücknera.

Ale zacznijmy od początku.

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie Krystyna Fertner, znajoma ze stowarzyszenia Fraueninitiative Berlin-Warschau. Pogawędziłyśmy o tym i owym, o moim nowym wyglądzie z siwymi włosami (jej zdaniem o niebo lepszy niż ten z farbowanymi na rudo:-)), o jej dziadku, pierwszym polskim aktorze, Antonim Fertnerze, a przeto i o Antonim Padewskim, patronie Lizbony, o naszej książce, Michała i mojej, o grobach w Berlinie i w Szczecinie, a skoro już o grobach, to o cmentarzach, bo w Berlinie jest tyle pięknych cmentarzy, gdzie przyjemnie jest chodzić na spacer, i wtedy Krystyna spytała, czy znam cmentarz koło Stadionu Olimpijskiego, a ja odpowiedziałam, że oczywiście znam, jest piękny, zwłaszcza jezioro z czaplą, i że kiedyś spędziłyśmy z moją przyjaciółką Anią cały dzień, kręcąc się w kółko po tym cmentarzu, szukając grobu słynnej aktorki niemieckiego kina niemego – nazywała się Hella Moja i była polską Żydówką z Ukrainy. A grobu nie znalazłyśmy, bo został kiedyś zrównany z ziemią. Hella nazywała się naprawdę Helena Gertruda Morawska i żyła w latach 1890-1951. Umarła w Hamburgu. Ta jedna z najsłynniejszych aktorek niemieckich pracowała w czasie wojny i po wojnie już tylko jako suflerka, żyła w nędzy, umierała z głodu i popełniła samobójstwo. Przed śmiercią zaprosiła do siebie dziennikarzy lokalnego brukowca i powiedziała im, żeby sobie zobaczyli jak umiera wielka aktorka i że mogą ją sfotografować. Pochowano ją w Berlinie i kiedyś po prostu zrównano jej grób z ziemią. To tak, jakby najpierw pozwolono Smosarskiej umrzeć z głodu, a potem pozbawiono ją grobu, powiedziałam i zadrżałam z przerażenia, bo przecież nie miałam w tym momencie pojęcia, ani jak umarła Smosarska, ani czy w ogóle ma grób. Jednak na szczęście szybko sprawdziłam, że Jadwiga Smosarska urodziła się w roku 1898, była więc o kilka lat młodsza od Morawskiej, zmarła w roku 1971 i została pochowana w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. I ma grób, a przynajmniej w Wikipedii jest jego zdjęcie.

Hella nie ma wpisu po polsku w Wikipedii – TU wpis po angielsku, TU po niemiecku.

Minkowskim też omal nie zlikwidowano grobu, powiedziała Krystyna, ale jak tam ostatnio byłam, to wisiała kartka, że zorganizowana ad hoc grupa zajmująca się ratowaniem grobu braci Minkowskich zebrała dość pieniędzy, żeby zapłacić należności na cmentarzu i grób nadal jest.

Minkowski… Minkowski, ależ tak, oczywiście, mam zdjęcie tego grobu, powiedziałam, i zaczęłam szukać w komputerowym archiwum. Oczywiście, mam! To grób honorowy, ma cegłę od władz Berlina, tak jak Brückner. Jest ich dwóch w tym grobie, Hermann i Oskar.

Foto: Anna Kuzio

Nic nie wiem o żadnej cegle, powiedziała Krystyna (więc szybko wysłałam jej zdjęcie), ale to Polacy, mimo że niemiecka Wikipedia o tym nie pisze. Hermann Minkowski był słynnym matematykiem i fizykiem, nauczycielem Einsteina w Zurychu. Jedną z zasług Minkowskiego (1864-1909) jest wykład szczególnej teorii względności w oparciu o tak zwaną przestrzeń Minkowskiego. Około roku 1907 Minkowski doszedł do wniosku, że idee Einsteina oparte na wcześniejszych pracach Lorentza i Poincarégo dadzą się łatwiej przedstawić, jeśli czas i przestrzeń potraktować jako wymiary pewnej przestrzeni czterowymiarowej, a nie osobne i niezwiązane ze sobą wielkości. Można przyjąć, że to właśnie Minkowskiemu zawdzięczamy interpretację czasu jako czwartego wymiaru i istnienie terminu czasoprzestrzeni. (Wikipedia)

Krystyna opowiada dalej, a ja myślę, że facet był nauczycielem Einsteina, a władze cmentarza likwidują jego grób i tylko jakaś garstka zapaleńców go ratuje, tak jak my we dwie z Anią uratowałyśmy grób Brücknera. I że obaj mieli cegły czyli oznakę, że jest to grób honorowy, znajdujący się pod opieką władz miasta Berlina. Tę honorową cegłę przyznaje się osobom zasłużonym dla miasta, państwa lub świata, a jednak nawet takie groby nie bronią się przed kalkulacją finansową…

A o grób Helli nikt się nie upomniał…

Jest rok 1883. Piękny młody żydowski matematyk z Kowna, ma lat 19 i właśnie odbiera w Paryżu wielką nagrodę matematyczną przyznawaną przez Francuską Akademię Nauk.

A potem jeszcze pomyślałam, że facet był polskim Żydem (polska Wikipedia o tym pisze) i naczycielem Einsteina, a my, Polacy, zamiast się puszyć i chlubić, nic o nim nie wiemy, bo w nosie mamy naszych utraconych naukowców żydowskich, o czym też już TU kiedyś pisaliśmy.

***

Skoro już porozmawiałyśmy z Krystyną o Hermannie Minkowskim, postanawiam jeszcze sprawdzić, kim był Oskar Minkowski (1858-1931) i dowiaduję się, że moje domniemania były słuszne – byli braćmi. Urodzili się w Aleksocie koło Kowna. Oskar był słynnym lekarzem. Po studiach w Królewcu pracował w Strassburgu, Kolonii, Greifswaldzie (czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Minkowskiego to pomorskie miasto po polsku nazywało się Gryfia?) i Wrocławiu (a więc Breslau). Był praktykującym lekarzem i naukowcem zarazem – tak wtedy było, wiem coś o tym, też mieliśmy w rodzinie takiego praktykującego naukowca, zresztą rówieśnika Minkowskiego. Był to mój pradziadek, Stanisław Leopold Lubliner, znany warszawski pneumolog i laryngolog. Minkowski był kilkakrotnie nominowany do nagrody Nobla. Jego imię nosi doroczna europejska nagroda dla lekarzy diabetologów.

***
Ci słynni ludzie na cmentarzach, którym postanowiono zlikwidować groby:  Aleksander Brückner, Hermann Minkowski, Oskar Minkowski, Hella Moja, Japonka Michiko de Kowa-Tanaka (1909-1988), kolejna aktorka-cudzoziemka w Berlinie… Sic transit gloria mundi. Gdy prosiłam różnych ludzi o podpisy pod petycją w sprawie grobu Brücknera, jeden z nich podpisał wprawdzie, ale zauważył z przekąsem, i po cóż ty się tak angażujesz, przecież to wszystko i tak bez znaczenia… No tak.

***

Für die deutschen Leser – HIER ein Artikel über die Ehrengräber in Berlin und wie man mit der Sache heutzutage umgeht. In diesem Artikel gibt es noch Info, dass die Gräber von Oskar und Hermann Minkowski verschwinden werden. Heute weiß man schon, dass sie noch für nächste 20 Jahre bleiben.

Barataria 20 król i żebrak

Ewa Maria Slaska

Sancho Pansa jako Król Salomon (2)

O podobieństwie Sancho Pansy do Króla Salomona już TU pisałam. Obaj byli bystrymi sędziami, zdolnymi zdemaskować sztuczki oszustów, przy czym nie kierowali się kodeksami, lecz umieli sprowokować sytuację tak, by winny sam się ujawnił.

Jednak podobieństw pomiędzy oboma władcami było więcej. Obaj lubili przysłowia, i to rymowane, w czym się zresztą Sancho do Marchołta grubego a sprośnego upodobnia. Obaj mieli też przeżyć / żyć w biedzie, zanim wolno im było objąć władzę.

W interpretacji epizodu z Baratarii badacze cervantyści często wspominają, że w Don Kichocie zachowana zostaje pewna symboliczna kolejność, najpierw bohater wzlatuje w przestworza – Salomon na latającym dywanie, Sancho Pansa na drewnianym koniu Chevillard – potem następuje upadek i w tym momencie dokonuje się zmiana statusu. Król staje się żebrakiem-wygnańcem, biedak wagabunda zostaje władcą.

Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli

Nie pamiętam żebraczego epizodu w życiu Salomona. Był postacią na poły legendarną. Zakłada się, że żył w X wieku przed naszą erą, urodził się koło roku 1000, zmarł w roku 931. Egipt, w którym panował faraon Shishak, w roku 925 p.n.e najechał królestwo Izraela. Sziszak był postacią historyczną i teściem Salomona. Sam Salomon był synem króla Dawida, chłopaka-bohatera, który kamykiem z procy zabił Goliata, był wojownikiem, wygnańcem, bohaterem, a wreszcie królem, i Batszeby, żony Hetyty Uriasza, która tak się spodobała królowi, że wysłał jej męża na wojnę na pewną śmierć, by samemu ukoić żądze jej wdziękami. Nota bene, to ta słynna Batszeba, którą Dawid ujrzał w kąpieli, a którą lubili malować malarze wszystkich pruderyjnych czasów. Podobnie jak rajska Ewa, Batszeba musiała być naga…

W Biblii, gdzie Salomon występuje aż w dwóch księgach Królewskich i jest uważany za autora pieśni, w tym słynnej Pieśni nad pieśniami, przysłów i mądrości (2 Sm 12,24; 1 Krl 1-11; 1 Krn 22,5-23,1; 1 Krn 2; 2 Krn 1-9; Ezd 2; Ne 7, 11-13; 2 Mch 2; Ps; Prz; Koh; PnP; Syr 47; Jr 52;), a też w Ewangeliach i w Dziejach Apostolskich, nie ma mowy o żadnym wygnaniu. Poszukując więc króla, który nie może być królem, muszę odejść od Biblii i wejść w świat legend i apokryfów. W Skarbnicy midraszy, znajduję historię o tym, jak Salomon z króla stał się żebrakiem. Tę, na którą powołują się badacze Don Kichota. I rzeczywiście najpierw jest opowieść o ogromnym latającym dywanie (miał wymiary 60 mil na 60!), a potem kilka historii o królewskim wygnaniu.

Trzy długie lata Salomon cierpiał fizycznie i moralnie. Była to niewątpliwie kara za to, że złamał trzy nakazy Tory, obowiązujące władców Izraela. Królowi Izraela nie wolno było mieć wielu żon, dużo koni i dużo złota

Trzy lata trwało wygnanie króla, który znalazł się nagle na obcej, dalekiej ziemi. Bez grosza przy duszy błąkał się po ulicach nieznanych miast i po drogach nieznanych wsi jak zwykły żebrak. Nikt go nie znał i nikt go nie poznał. (…) Po trzech latach spędzonych na wygnaniu Bóg okazał mu łaskę i wskazał drogę, na którą powinien wejść, aby móc powrócić do swego państwa, władzy i wielkości.

Ale nawet wtedy, w biedzie i poniewierce, pozostał sobą, potrafił rozkochać w sobie królewską córkę i przywiózł ją do Jerozolimy jako kolejną żonę (miał ich 700 – księżniczek i jeszcze trzysta pomniejszych).

Jest w tych opowieściach o królu-banicie historia o dwóch ludziach, którzy rozpoznali w żebraku prawdziwego władcę, jeden był bogaty, drugi – ubogi. Po powrocie do stolicy, pisząc swe Przypowieści król zapisał:

Lepsza jest potrawa z jarzyn, a przy tym miłość, niż karmny wół wraz z nienawiścią. Lepszym okazał się posiłek z kapusty okraszonej miłością, który spożyłem u biedaka, niż posiłek z wołu nadzianego nienawiścią, który przygotował dla mnie bogacz.

Midrasze to takie apokryfy, opowiastki, którymi rabini żydowscy wyjaśniali świat. Legenda o tym, że diabeł Asmodeusz oszukał Salomona i wygnał go z królestwa, a sam przybrał postać króla była w rabinackich mądrościach nader potrzebna, pomagała bowiem zrozumieć, jak to się stało, że mądry i pobożny król Salomon zgłupiał i stał się pożądliwym grzesznikiem. A jest o tym mowa nie tylko w różnorakich opowiastkach, ale i w samej Biblii. Mędrzec Syrach mówi do Salomona:

Niestety, kobietom wydałeś swe lędźwie
i wyuzdaniu oddałeś władzę nad swym ciałem.
Splamiłeś swą chwałę,
zhańbiłeś swoje potomstwo,
sprowadzając gniew na dzieci
i napełniając je smutkiem z powodu twojej głupoty.

Dzięki midraszowej opowieści to wcale nie król Salomon na starość uległ podszeptom żon i zaczął oddawać cześć obcym bogom, to demon podszywał się pod starca. I tu ciekawostka – Asmodeusza zdemaskowało podobno to, że miał ptasie pazury zamiast stóp. Na ilustracji poniżej ma jednak normalne ludzkie nogi.

Asmodeusz
Collage fotograficzny ze strony “deviant.art” wykonany przez Amosha, który podaje o sobie, że jest Rosjaninem (Ormianinem) i urodził się 11 kwietnia.

Za tydzień, co jedli? Jeszcze jedna opowieść o gubernatorze Baratarii zaczerpnięta  przez Cervantesa z midraszowych opowieści o królu Salomonie albo Syty głodnemu nie wierzy.

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…

Haus, Buch, Grab und Zufall

Ewa Maria Slaska

Von Thessaloniki nach Berlin

Für Brigitte und Darek

Neulich war ich ein paar Tage in Thessaloniki und wohnte in einem alternativen Haus, in dem alles so aussah, wie in Berlin nach der Wende. Ich verbrachte die Zeit dort abwechselnd auf Englisch diskutierend und ziellos von einer Ecke des Hauses zu der anderen schlendernd, um alles zu fotografieren.

Irgendwann wurde mir klar, dass ich gleich zurück nach Berlin fliegen muss, was auch bedeutet, dass ich, und zwar sofort, Deutsch zu sprechen habe. Unbedingt brauchte ich, um mich umzustimmen, für die Flugstunden etwas auf Deutsch.

Ich machte mich auf die Suche.

In dem großen Theatersaal, wo auch Bibliothek untergebracht wurde, wollte ich nicht stöbern, aber in einem engen dunklen Flur gab es ein Korb voller Sachen zu mitnehmen und nebenan auch ein Brett mit abgelegenen Bücher.

Und da, siehe einen an, auch ein englisches Buch, aber in deutscher Übersetzung. Barbara Belford, Viktorianische Liebesspiele. Die Geschichte der Violet Hunt und ihrer Liebhaber und Freunde. DTV München 1998. Erstaunlich guter Fund. Meistens sind Bücher, die man in Bypackers-Hostels in aller Welt findet, ziemlich öde, so zwischen Publikationen der Zeugen Jehovas und Ken Follett. Man liest sie sowieso, ich hätte auch Marx gelesen, aber interessante Bücher bekommt man selten.

Diese Violet Hunt, erstaunlich… Eine emanzipierte Frau, geboren 1862, gestorben 1942.  Generation meiner Urgroßmutter Eugenia. Sie war auch emanzipiert, studierte, als erste Frau in der Familie, gründete in Russisch-Warschau eine Sonderschule für zurückgebliebene Kinder (erste in ganz Polen), dies alles aber im Bereich Bildung und soziales Engagement, wie es sich damals, während der Teilung Polens, für eine patriotische Polin ziemte. In ihrem Familienleben entsprach sie jedoch (fast) vollkommen dem gängigen Muster einer konservativen Ehefrau und Mutter vierer Kinder. Violet Hunt dagegen blieb ihr ganzes Leben unverheiratet, war eine berühmte Geliebte, eine femme fatale, exzentrisch und ausgesprochen frei von Konventionen, eine Frau, die für ihre Intelligenz, scharfe Zunge und bissigen Witz bewundert und gefürchtet wurde. Sie war eine Journalistin und Schriftstellerin (wie ihre Mutter), sie könnte malen (wie ihr Vater), sie war mit Oskar Wilde, Henry James und Joseph Conrad befreundet, die Schriftsteller Ford Madox Ford, Orson Welles und W. Somerset Maugham sowie der Verleger Oswald Crawfurd waren ihre Liebhaber.

Auf dem Flughafen und dann im Flugzeug lese ich dieses Buch. Die Autorin holt weit aus. Da die Familie von Violet in Durham ansässig war, schreibt sie auch etwas über die Stadt selber.

…Durham besaß eine intellektuelle Bürgerschicht und eine mittelalterliche Kathedrale.

Ich klicke in mein Handy den Stadtnamen und den Namen von Violets Vater, Alfred Hunt, der ein Landschaftmaler war und die Stadt zig mal malte. Bin sofort findig.

Alfred William Hunt, Elvet Bridge, Durham

Von solchen Bildern ihrer Vater schrieb Violet in ihren Tagebüchern, dass sie ihre Kleider, Schuhe und Schulbücher finanzierten.

Zuerst aber ist Violet überhaupt noch nicht geboren. Die Autorin schreibt über die Stadt.

Die Geschichte von Durham beginnt mit Cuthbert, dem heiligen Hirten, der Bischof von Lindisfarne wurde, 687 starb und elf Jahrhunderte später die Karriere von Violets Großvater beeinflußte. Nach der Legende wurde der Leichnam Cuthberts vollständig mumifiziert, und sein Sarg wurde von seiner Gefolgschaft mitgeführt, als sie zwei Jahrhunderte später  vor den Dänen floh. 995, wieder zwei Jahrhunderte später, zog die Gemeinde noch einmal weiter und blieb eine Zeitlang in Dunholm, der “Berginsel” – so lautete der alte Name von Durham. Als sie wiederum aufbrach, ließ sich der Sarg nicht hochheben, ein Zeichen, daß St. Cuthbert dort bleiben wollte, wo er sich befand.

1017 wurde eine steinerne Kathedrale für den Sarg errichtet. Fünf Jahre später wurden die Gebeine von Beda venerabilis überführt. 1093 begannen die Normanen (1066 kamen sie nach England, was die Autorin nicht erwähnenswert findet, aber was soll es, in England weiss es doch jedes Kind – Anm. d. Bloggerin) mit dem Bau jener Kathedrale, die heute noch in Durham steht. (…) Pilger zogen dorthin, bis Heinrich VIII. sich mit Suprematsakte zum Haupt der englischen Kirche erklärte. (…)

1812 zog James Raine, Violets Großvater mütterlicherseits, gerade erst 21 geworden, aus benachbarten Ovington nach Durham. Er wurde Rektor der Schule von Durham, wo er 15 Jahre ein Lehrer war. Später wurde er zum Priester geweiht und 1816 zum Bibliothekar des Domkapitels ernannt. Er wurde auch Historiker, Mitarbeiter von Robert Surtees, der die Geschichte von Durham verfasste.

1827 hatte Raine St. Cuthberts Grab öffnen lassen und die verwesten Überreste des Heiligen entdeckt. Der Sarg war schon 689, 1022, 1104 und 1539 geöffnet worden, und jedesmal hatten die Geistliche bestätigt, dass der Körper des Heiligen nicht verfallen sei. Dieses vielgepriesene Wunder, schrieb Raine in seinem ein Jahr später veröffentlichtem Buch, sei “bestimmten Interessen zuliebe in einem abergläubischen Zeitalter erfunden” und mehr als Tausend Jahre durch klerikale Verschwörung am Leben erhalten worden.

Zurück in Berlin muss ich sofort zu einer Veranstaltung los, die ich moderiere, nach dem Vortrag gehen wir noch zu dritt mit dem Referenten essen. Brigitte, Darek und ich. Aus welchen Grund auch immer kommen wir im Gespräch an das Thema langlebige Lügen. Wie es möglich ist, wer sorgt dafür, dass sie sich so lange halten? Das Thema erinnert mich natürlich an die Geschichte von St. Cuthbert Grab und die Lüge über seinem angeblich nicht verfallenem Leichnam, die ich vor ein paar Stunden gerade gelesen habe. Wisst ihr, sage ich, es gibt in Nordengland so eine Stadt Durham…

– Durham, sagen Brigitte und Darek unisono.
– Sag ich doch, Durham…
– Nein, antworten die beiden, immer noch im Einklang, Durham…
Ach, wie immer. Ich habe keinen musikalischen Gehör, ich höre diese Aussprach-Unterschiede überhaupt nicht.
– Verdammt, ich wollte euch etwas über die Lügen erzählen. Also in dieser Stadt gibt es in der Kathedrale…
– Normannische, sagt Darek.
– Da liegt der Heilige Cuthbert begraben, sagt Brigitte, der Bischof von Lindisfarne.

Ich glaube, ich spinne. Ich habe es gerade heute das erste Mal in meinem Leben erfahren, von Durham, Kathedrale und Cuthbert, und die beiden wissen einfach alles… Woher Dariusz es weißt, lässt sich vermuten, ist doch Kunsthistoriker, Museumsdirektor in Stettin, na OK, aber Brigitte ist eine Musikerin in Berlin…

– Woher weißt du das? – frage ich.
– Ich war da zig mal wandern! Ich liebe diese Stadt, diese Kathedrale, Nordengland überhaupt…

Ich erzähle endlich meine Geschichte, wir unterhalten uns über Heiligen Cuthbert, England und Küche, dh. übers Essen überhaupt. Hier sind wir uns einig, die Englische Küche ist nicht unbedingt der Inbegriff des Schmackhaften…

Am nächsten Tag schickt uns Brigitte die Bilder. Von Cuthbert, von Kathedrale und von ihrer Wanderungen.

Ihr Lieben,
das Thema St. Cuthbert hat meine Erinnerungen an eine Reise nach Northumberland/Lindisfarne geweckt. Wie schön es dort ist!!! St. Cuthbert wurde in Lindisfarne bestattet, welches sehr ungeschützt war vor den wiederholten Wikingereinfällen. Sein Sarkophag wurde gerettet, mehrere Jahre lang hier und da und dort versteckt.


Illuminated manuscript of Bede’s Life (1180) of St Cuthbert, showing the discovery of his Incorrupt Body

Er fand schließlich seinen endgültigen Ruheplatz in der normannischen Kirche von Durham. Es gibt bei St. Cuthbert diese Legende von einer angeblich unzerstörten Leiche. Hier ein link zur Wikipedia und einige Landschaftsbilder – ich bekomme gleich Lust in den Norden zu fahren, wo es im Sommer so angenehm kühl ist und ebenso angenehm unbevölkert. Darüber wird die englische Küche unwichtig.

Durham

Lindisfarne

Wandern an der Fluss Wear bei Durham

Und so wandert man an einem Tag aus Makedonien über Berlin nach Nordengland in Gesellschaft einer deutschen Musikerin und eines polnischen Kunsthistorikers. Wir gehen bei einem (wie man in Berlin so sagt) Griechen essen und stellen fest, die Küche ist (auch) wichtig :-).

Barataria 18 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria

Spotkaliśmy się z nim już w zeszłym tygodniu.

Silvio Gesell

w książce Cudowna Wyspa Barataria wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi.  Tłumaczyła i skróciła to dla Was, Drodzy Czytelnicy, Ewa Maria Slaska

Z życia Baratonów

 Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii. Ale nie w lichwiarskich sensie, kiedy to otrzymujesz dużo towarów za mniejsze pieniądze – bo to nie oznacza, że korzyści miałby producent, lecz przeciwnie, musi on oddawać swoje towary za małe pieniądze. Nie, na Baratarii wszystko było tanie i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy. Zagadkowe, wiemy, ale spróbujemy to wyjaśnić.

Wyspa została skolonizowana w 1612 roku przez 500 hiszpańskich rodzin. Wracały do domu, a że ich statki zniknęły bez śladu, w Madrycie przyjęto bez zastrzeżeń, że koloniści zginęli wraz ze swoimi karawelami. O wyspie zapomniano, co sprawiało że przez długi czas Baratanowie żyli całkowicie odcięci od świata.

Przypomnijmy, że w tym właśnie czasie nasz Sancho Pansa zarządzał w Hiszpanii wyspą Barataria. Cervantes pisał o sierpniu roku 1612, Zitzenbacher wręcz o roku 1600. Pierre i Jean Laffitte, koloniści francuscy i słynni piraci, zajęli prawdziwą bagnistą wyspę Baratarię, położoną w płytkich wodach Zatoki Nowoorleańskiej,  jeszcze w stylu wieku XVIII, ale już w roku 1803 czyli dopiero dwa stulecia później.

Wzorem najlepszych powieści szkatułkowych w tym miejscu pojawia się nowe źródło, z jakiego czerpiemy wiadomości o życiu Baratonów – Kroniki probostwa Villapanza czyli Miasta Pansy. Prawdziwa, położona w pięknych ogrodach Villa Panza znajduje się we włoskim mieście Varese i nie ma probostwa, ale daruję już Czytelnikowi dalsze wycieczki tym nowym tropem. Wracamy do naszych baranów. Jak się potem okaże, Villapanza jest stolicą wyspy…

Początkowo Baratarianie stosowali gospodarkę komunistyczną. Ale już w 10 lat po tym, jak koloniści wylądowali w Baratarii, zostali oni wezwani przez nauczyciela Diego Martineza, aby omówić wprowadzenie gospodarki opartej na własności prywatnej. Wezwanie  to brzmiało następująco:

Uwaga, pojawia się kolejny narrator,  tym razem uczestnik omawianych zdarzeń. Policzmy więc: Cervantes opowiada historię Don Kichota, jego imitator Alonzo Fernandez de Avellaneda naśmiewa się z niej, na co Cervantes po 10 latach odpowiada w roku 1614 drugą częścią, gdzie to Sancho Pansa wskutek okrutnego żartu Księstwa Villahermosa, zostaje gubernatorem wyspy Barataria. Jednocześnie koloniści hiszpańscy na Karaibach zakładają osadę na wyspie, nazwaną przez nich Barataria. Niejaki Juan Acratillo, co się wykłada Jan Bezpański, w  roku 1675 opowiada ich dzieje w pewnym rękopisie, opierając się jednak na kronikach proboszcza miasta Villapanza, stolicy wyspy, ten zaś korzysta z relacji nauczyciela z Baratarii Diego Martineza. Pedro Tramposo (Piotr Oszust), odnajduje rękopis, Klaus Rosenfeld go tłumaczy na niemiecki, Silvio Gesell wydaje tę historię drukiem, i wreszcie ja, tłumaczka i interpretatorka światowych tropów wiodących do i z Baratarii, Ewa Maria Slaska. Jestem dziesiątą narratorką. I każdy z nas, na każdym etapie mógł tę opowieść wymyślić, przeinaczyć lub nagiąć do swoich celów. Celem Silvio Gesella jest udowodnienie, że kapitalizm i socjalizm są do niczego, a jedynym wartym uwagi sposobem gospodarowania jest “wolny pieniądz”. W jego imieniu Diego Martinez, nauczyciel wiejski tworzy manifest:

Gospodarka komunistyczna, której do dziś pozostaliśmy wierni, z pewnością pozwoliła nam osiągnąć więcej, niż większość z nas się spodziewała, ale nie może ona spełnić wszystkich naszych oczekiwań, nie zapewnia nam bowiem pełnej osobistej wolności, niezależności i poczucia odpowiedzialności. Jako że koszula jest bliższa ciału niż spódnica, tak samo jest z egoizmem i altruizmem, z instynktem samozachowawczym i instynkte zachowania gatunku. Nie wszyscy w jednakowym stopniu ponosimy odpowiedzialność za wszelkie nasze działania i lub ich zaniechanie. Niech ktoś przez niewagę zostawi jedno z narzędzi na polu, niech ktoś inny źle zadba o chorego konia, niech ktoś lekkomyślnie igra z ogniem, zbuduje dom na wadliwych fundamentach czy źle zaplanuje jego budowę. Nie ma sprawcy szkody, ale mimo to własność publiczna ponosi szkodę. Codziennie tracimy przez zaniedbanie. Siano wczoraj nie zebrane, przemarzło, podobnie stało się z truskawkami, bo nikomu nie chciało się podjąć trudu, aby ochronić je przed przymrozkiem. Nikt nie chce pracować szybciej niż inni – już chociażby dlatego by tych innych nie zawstydzić – ci, co pracują najwolniej, nadają tempo wszystkim. Kiedy gruby Gomez ogłasza koniec pracy, wszyscy porzucają narzędzia, tam gdzie ich akurat używali. Dzieje się u nast tak, jak to ma miejsce w plątaninie zbyt wąskich uliczek, gdzie wół  obładowany wielkimi koszam zatarasuje drogę wszystkim innym pojazdom i narzuci im tempo posuwania się naprzód. Inaczej by było, gdyby każdy miał prawo własności do tego, co produkuje własną pracą. Wiele można by zrobić inaczej i lepiej. Dziś jednak, jeśli chcemy zrobić coś lepiej, musimy najpierw uzyskać zgodę towarzyszy w długiej i szerokiej debacie. W gadaninie zatraca się zwykle najważniejszy sens proponowanej zmiany, a pamiętajmy, że i tak uzyskasz tylko to, co zrozumie większość, a wiemy, że nie jest to dużo. Rzeczy, które dla ich zrozumienia wymagają pogłębionej analizy, nie można rozstrzygać demokratycznie. Nasi wynalazcy pozostają więc bezczynni, bo wiedzą, że nie uda się im uzyskać zgody na dalsze badania. Dla większości to, czego nie znają, na zawsze pozostanie utopią.

Oczywiście słownictwo i problematyka tego wezwania nie mogły wyjść spod piór autorów żyjących w XVII wieku na tropikalnej wyspie Barataria. Zmarnowane siano  czy truskawki zwarzone przez nocny przymrozek to doświadczenia Silvia Gesella z pobytu w utopijnej komunie producentów owoców Eden w Oranienburgu koło Berlina. Anachronizmy i lokalny koloryt z regionu Brandenburgii pojawiają się w całym tekście. Baratoni wprowadzają prywatną własność ziemi, podział usług i wyrobów, a zatem będą potrzebowali pieniądza, którego siłę nabywczą obliczać się będzie w ziemniakach, bo jest to najłatwiej dostępny i najważniejszy produkt lokalnego rolnictwa. Martinez obiecuje Baratonom, że pieniądz zaspokoi ogólne pragnienie wolności, własności, odpowiedzialności i samodzielności.

Przez moment zastanawiano się nad tym, czy by jednak nie wprowadzić pokrycia pieniądza w guanie, jako że było ono na wyspie jeszcze łatwiej dostępne niż ziemniaki, w końcu jednak zwyciężyła frakcja ziemniaczana, a to dlatego że w głosowaniu mężczyźni opowiedzieli się wprawdzie niemal jednogłośnie za guanem, ale kobiety – z przyczyn estetycznych – wybrały ziemniaki, a kobiet było więcej. Bank wymieniał ziemniaki na papierowy pieniądz, a pieniądz na ziemniaki. Jednostką wagi przy wymianie był centnar, co nadało też nazwę barataryjskim banknotom. Ciekawostką niech będzie fakt, że inicjator reform został dyrektorem narodowego banku ziemniaczanego.

System monetarny Baratarii zdecydowanie lepiej odpowiadał by zasadzie “towar za pracę” niż jakikolwiek system oparty o ekwiwalent pieniądza w złocie, ponieważ w okresie kryzysu można było po prostu produkować więcej ziemniaków, czego ze złotem już się nie da zrobić. Ziemniaki miały oczywiście tę wadę, której złoto nie miało, a mianowicie podlegały zniszczeniu. I była to największa zaleta tej waluty tak jak każdego “wolnego pieniądza”. Według obliczeń Martineza były to straty w wysokości 20%, co jednak w niczym nie zmieniło siły nabywczej papierowych centnarów. Po dwóch latach zrezygnowano wręcz z wymiany 1 centnara monetarnego na 100 kilo ziemniaków.  Pokryciem pieniądza były tylko i wyłącznie towary, które zostały wyprodukowane i  znajdowały się na rynku. Ciekawostką systemu Gesella-Martineza była propozycja, żeby wszystkiemu nadać wartość pieniężną, również pojęciom abstrakcyjnym, takim jak demokracja.

Z uwagi na problem z przechowywaniem w sejfach banku kartoflanego gnijących a zatem cuchnących kartofli niezmorodowany Martinez zaproponował po kilku latach zmianę systemu na, jak to określił, “coś w rodzaju pieniądza muszlowego Hotentotów” (tak, tak, Muschelgeld der Hottentotten! w dzisiejszych czasach sformułowanie z uwagi na political incorrectness absolutnie niedopuszczalne) czyli na pestki szyszek pinus moneta (sosny pieniądzodajnej), zwane potocznie orzeszkami piniowymi. Późniejsi komentatorzy zaproponują wręcz, by pieniądz piniowy – Pininegeld – nazwać… Pinunzen, pieniądze, ma to sens, bo nazwy są podobne w brzmieniu, ba, twierdzi dalej pan Starbatty, zachodzi nawet podejrzenie, że owo używane w… dialekcie szwabskim słowo pochodzi od słowa pinia. O tym, że jest to polskie określenie pieniędzy komentator nic nie wie, podobnie nie wie, że jest to zniekształcone słowo fenig, co było groszem niemieckim, ale wybaczmy mu, bo nie wie też, że Barataria to wyspa z powieści Don Kichot i że Villapanza to miasto naszego miłego giermka, Sancho Pansy…

To nie jest pieniądz z Baratarii tylko srebrna kanadyjska dwudziestodolarówka z kolorową gałązką sosny nabrzeżnej (Pinus Contorta) (no ale, co wolno wojewodzie…). Na świecie znajduje się 8500 takich monet.

Na wyspie – i to w samym jej środku rosło drzewo (Eden! Eden!). Była to jedyna tutejsza pinia, (choć podobno na Madagaskarze rosną nieprzebyte lasy sosny monetarnej). Otoczono ją murem i tak to elegancki i schludny obiekt dendrologiczny zastąpił smrodliwe na przednówku skarbce ziemniaczane. Te zostawiono zresztą tam, gdzie były, wychodząc z założenia, że ich całkowity rozpad będzie oznaczał abstrakcyjne przejście wartości zawartej w ziemniakach na wartość orzeszków piniowych. Autor dodaje, że choć nikt w Baratarii nie rozumiał, o co chodzi, Baratoni i tak zaakceptowali te propozycje.

Wszystkie reformy wprowadzone przez niestrudzonego Diego Martinez nieodmiennie prowadziły do dalszego wzrostu powszechnego dobrobytu, który, o dziwo, “wcale nie rozpadał się na bogactwo i nędzę, jak to się dzieje w systemach opartych o pieniądz niezniszczalny”. Nie było kryzysów i bezrobocia. Niewiele było też przestępstw, a niezależnie od tego, co było monetą obiegową, od pożyczek nie pobierano procentu, ani na konsumpcję ani na inwestycje. Było to w pełni zrozumiałe, lepiej bowiem pożyczyć komuś centnar ziemniaków lub kilo orzeszków i otrzymać za rok w takiej samej ilości świeży towar z nowych zbiorów, niż trzymać swą własność w sejfie, gdzie mogła spleśnieć, zgnić lub zeschnąć.

Bezprocentowy pieniądz pozwalał tanio produkować, tanio budować i tanio inwestować. Jedynie handel pobierał niewielki procent, który był ceną za produkt z jego pomocą wytwarzany, czyli transakcje kupna-sprzedaży. Nie było oszczędności, bo psujący się pieniądz nie dawał się oszczędzać, i bardziej się opłacało zamieniać go na zapasy towarów…

Zauważmy, że ktokolwiek naprawdę był autorem tych rozważań, a był nim najpropodobniej jednak Gesell, zapisał on je na dobre pół wieku zanim niejaki Nixon (prezydent zresztą) zwolnił bank USA z obowiązku wypłacania każdemu za każdego dolara jego ekwiwalentu w złocie. Wszystkie więc dalsze rozważania na temat dystopijnej gospodarki Baratarian jako modelu dającego się z powodzeniem zastosować zawsze i wszędzie, już się chyba zdezaktualizowały. Ale w latach 30 eksperyment można jeszcze było swobodnie ralizować i przypominam, że się powiódł – pisałam już tydzień temu o austriackim miasteczku Wörgl.

Powiedzmy więc tak, był moment w naszej historii, kiedy jeszcze mogliśmy zrezygnować z kapitalizmu i socjalizmu i wprowadzić na świecie wolny pieniądz.

Ale niestety, zarówno w Wörgl jak i w Baratarii zarzucono w pewnym momencie ideę niszczejącego pieniądza, a jak to się skończyło – wiemy, w realnym miasteczku wolny pieniądz został zakazany, w Baratarii…

Ciąg dalszy za tydzień 🙂

Barataria 17 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria (kraj taniochy)

Ewa Maria Slaska (2017) / Silvio Gesell (1922) / Juan Acratillo (1675)

Kraj taniochy

Inne możliwe tytuły: Zdziwiony marksista czyli Cudowna Wyspa Barataria… Może jednak nie marksista tylko socjaldemokrata… A zresztą… Bo wszystko, jak przystało na Baratarię, jest pomieszaniem z poplątaniem i zajęło mi dużo czasu, zanim zdołałam rozsupłać tropy splątane nie gorzej niż przygody Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie (patrz odcinek 15).

Pierwszym autorem opowieści o Kraju taniochy miałby być Hiszpan Juan Acratillo, który w drugiej połowie XVII wieku dokonał analizy gospodarki pieniężnej… Ale to fałszywka, bo naprawdę rozprawkę napisał Belg Silvio Gesell. (Obecnym) Wydawcą jest STRO Social TRade Organisation. Obiecuje ona m.in. uczciwe zarabianie pieniędzy, które nazywa własny pieniądz lub inny pieniądz, a jej celem jest wspieranie gospodarki lokalnej.

Acratillo, ten pierwszy w dzisiejszym wpisie nieistniejący autor o mówiącym nazwisku, to A-Kratus, człowiek negującą wszelką władzę. Jeden z opisywanych przez niego reformatorów gospodarki pieniężnej nazywa się Carlos Marquez (żyjący pół wieku wcześniej niż ten “nasz” Marquez, Gabriel Garcia) to z kolei Karol Marks.

Prawdziwy autor rozprawki, Silvio Gesell, Belg, był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w, co istotne, Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden). Eden został założony w roku 1893 przez 18 niemieckich jaroszy i była to pierwsza w pełni wegetariańska osada na terenie Niemiec. Jej celem było wspieranie dobrych form życia. Niestety, jak to często bywa ze wspaniałymi założeniami teoretycznymi, w okresie międzywojennym Eden na jakiś czas opanowali antysemici i zwolennicy dobrego, prostego, niemieckiego życia w duchu aryjskim. Komuna przetrwała jednak tę faszystowską fazę, istnieje do dziś i żyje tam obecnie 1500 osób. Silvio Gesell mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata od roku 1927 do śmierci.

Carlos Gesell, syn Silvia był jak ojciec szalonym utopistą pragmatycznym, ale opowiemy o nim dopiero za jakiś czas, bo na razie zajmują nas inne tematy.

Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego. W ogromnym skrócie jego teorię można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, co pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie za pomocą opłat dewaluacyjnych, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolnym pieniądzem” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza. Około stu takich lokalnych grup istnieje w Japonii. Najsłynniejsza była “komuna” założona w latach 30 w Wörgl w Tyrolu. Eksperyment był pełnym sukcesem (miasto przeżyło okres niezwykłej prosperity), pisze Wikipedia, i osiągnął znaczny rozgłos na świecie. Został przerwany decyzją sądu na wniosek centralnego banku Austrii pod zarzutem naruszenia monopolu emisji pieniądza.

Gesell mieszkał przez wiele lat w Argentynie, pisał po niemiecku i hiszpańsku. Powiastka o Cudownej Wyspie Baratarii została niby to napisana po hiszpańsku i niby to przetłumaczona na niemiecki. Autor twierdzi we wstępie, że jest w tym wypadku zaledwie tłumaczem i nazywa się Klaus Rosenfeld, a rękopis otrzymał od przyjaciela, Hiszpana, niejakiego Pedra Tramposo, który znalazł manuskrypt Acratilla z roku 1675 w Granadzie podczas porządkowania pewnej prywatnej biblioteki. Oczywiście Tramposo to klasyczny wręcz mieszkaniec Baratarii: jego nazwisko znaczy Oszustwo. Tramposo in Barataria czyli…

Rękopis znaleziony w Granadzie

Wstęp
Podział każdego narodu na bogatych i biednych, na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło.
Dlaczego się tak dzieje? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi.
Pierwszą dał Mojżesz, wprowadzając zakaz posiadania i sprzedaży ziemi, pobierania odsetek i zarządzając tak zwany rok jubileuszowy (siódmy, kiedy to niweluje się wszystkie długi i uwalnia niewolników – przyp. mój: adminka). Co ciekawe, na pytanie o przyczyny rozpadu społeczeństw Likurg dał taką samą odpowiedź jak Mojżesz: trzeba wprowadzić niezbywalność gleby i wymienić złoto na bezwartościowy pieniądz żelazny. Obaj wielcy prawodawcy starożytności, Mojżesz i Likurg, oddzieleni morzem i siedmioma wiekami, upatrywali przyczyn rozpadu społeczeństw w złocie i prywatnej własności ziemi. Teraz zaś, po trzech i pół tysiącach lat, po historii ludzkiej pełnej nieopisanego cierpienia, wracamy do tego pytania i musimy powiedzieć, że Mojżesz i Likurg mieli rację. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadanie złota i nieruchomości.

Odcinek zrobił się już bardzo długi, opis życia Baratonów na wyspie Barataria przenosimy siłą rzeczy do następnego poniedziałku. Tu zaledwie przedsmak i to dla tych, którzy znają niemiecki:

Auf dem gleichen Breitengrad wie Utopia und genau 360 Grad ostwestlich dieser Insel liegt die Insel Barataria. So benannt, weil barato billig heißt und weil auf Barataria alles erstaunlich billig war, und zwar nicht in dem wucherischen Sinne, daß man für wenig Geld viel Ware bekam – was für den, der seine Ware für wenig Geld hergeben muß, ja keinen Vorteil hat – sondern billig im sozialpolitischen Sinne, daß alle Arbeiter, ohne Ausnahme, für wenig Arbeit viel Ware eintauschen konnten. Eine rätselhafte Sache, die wir aber erklären werden.

Die Insel wurde 1612 mit 500 spanischen Familien kolonisiert. Auf der Heimreise gingen die Schiffe mit Mann und Maus unter, und so kam es, daß man in Madrid glaubte, daß mit den Schiffen auch die Kolonisten umgekommen seien und man in der Folge die Insel ganz vergaß. So waren die Baratonen lange Zeit gänzlich von der Welt abgeschnitten.

Zauważyliście, moi mili Czytelnicy? Wyspa Barataria leży o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia.

Jaques Morelenbaum

Der Lob der kleinen unwichtigen Dinge, die nichts kosten oder das Ding an sich

Für Michał Krenz

Alle meine Leser wissen schon, dass ich sehr gern meinen Lesestoff auf der Strasse finde oder kostenlose Bücher vom Büchertisch hole. (Meine gelesene Bücher gebe ich gern weiter, auch wieder an den Büchertisch). Genauso gern kaufe ich meine Sachen in einem Second-Hand-Laden oder lasse mich beschenken (und die nicht mehr getragene gebe ich weiter).

Ab und zu frage ich mich selber: Wieso tue ich es? Aus Sparrsamkeit? Kaum. Klar, manchmal habe ich kein Geld, aber dann braucht man auch heutzutage, da wir alle so viele Klamoten haben, nichts zu kaufen. Das, was wir haben, hätte doch für Jahre gereicht.

Im Buch von  Olwen Hufton über die Frauen von der Renaissance bis zur Industrialisierung (fantastisches Buch! unbedingt lesen!) gibt es unter anderen die Geschichte der Kleider unter dem Aspekt der Frauenarbeit. Nach Hufton, sorgten Frauen mehrere Jahrhunderte dafür, dass die Bewohner Europas überhaupt was zu tragen hatten. Sie meint, dass es in dieser Zeit immer wieder diesselbe Stoffe waren, die uns kleideten, von Frauen geändert, angepasst, gestopft, geflickt, umgedreht, zusammen genäht, getrennt und gebunden. Das heisst, es hätte wohl sein können, dass eine schwindsüchtige kleine Weberin im Lyon im Jahre 1816 ein Kleid trug, dessen Stoff im XVI Jahrhundert für Diana von Poitiers (1500-1566), Mätresse Königs Heinrichs II von Frankreich gefertigt wurde.

Ich bin keine begabte oder leidenschaftliche Näherin und nicht destotrotz sehne ich mich an die Zeiten, als wir die Resourcen, die wir hatten mit Respekt benutzten, das heißt auch Socken stopften, Kleider verbesserten, mit Mama, Schwester und Freundin diesselbe Bluse zu feierlichen Anlässen trugen. Es ist nicht nur der ekologische Gedanke, der mich  leitet, weil ich es auch gesellschaftlich genauso wichtig finde. Reparieren, mit den anderen teilen, bescheiden sein, nicht protzen… Darüber schrieb der Henning Mankell eine wunderbare Textpassage, die ich schon mal zitierte.

Kurzum: ich lese gern gefundene Bücher, trage gern schon von jemanden anderen getragene Klamotten, gewahre gern den Unkraut Platz in meinem Balkon-Garten, dazu mag ich kein Fleisch und keine Milch, bin also eine Vegetarierin mit dem Hang zum Vegan. Pazifistin bin ich sowieso und für die andere Lebensoptionen offen und tolerant, mehr noch, sie sind mir so was von egal…

Alles wichtig, alles vorbildlich gar, aber ich glaube, hinter meiner Vorlieben steckt vielmehr mein individueller Charakter als pure Überzeugung. Die hat sich viel später herausgebildet. Der Aspekt, ich-tue-was-ich-mag ist mir wichtig, aber auch Vorliebe zu Finderei (nicht umsonst bin ich eine Archäologin) – die gefundene, bekommene, Zweite-Hand-gekauften Sachen haben ihre Geschichten. Jemand hatte etwas, was mir jetzt gehört, schon in der Hand gehalten, hat es getragen, oder gelesen, oder weggeworfen, die Dinge waren ihm wichtig oder unwichtig, egal, aber es gab gewisse Verhältnisse zwischen dem “Ding an sich” und dem Menschen, der es besass.

Und so weiter.

Und dies alles, um zu erklären, dass ich gern gefundene, gerettete Seiten lese… Vor ein paar Tagen bekam ich ein Geschenk aus Madeira. Eingepackt in eine gestreifte Papiertüte, umgewickelt in eine doppelte Zeitungseite. Ein Geschenk in Zeitungspapier! Wie schön! Wie die Sommerblumen, die wir damals in Polen auf dem Market kauften und sie in Zeitungspapier umgewickelt nach Hause trugen, die duftenden Platterbsen oder Levkojen.


Terça-feira, 18 de abril de 2017 / Dienstag und so weiter… Seite 13 Werbung für Agroalimentar na Economia Iberica (Agrar- und Ernährungsökonomik in Iberien), eine Initiative zur Förderung der lokalen Landwirtschaft. Diesmal Reis… Arroz.

Auf dem Schüsselchen ist eine Pflanze abgebildet, die das Wahrzeichen von Madeira ist. Ich vermute, es ist die Agapanthus praecox (Afrikanische Liebesblume), weiß jemand was anderes, bitte ums Korrigieren

Seite 14, Soziedade (Gesellschaft), Wetter und Ergebnisse der Lotto-Ziehung. Seite 27. Mundo – die Welt: Portugal é central no triangulo entre Europa, America Latina e Africa (Portugal übernimmt zentrale Position im Dreieck zwischen Europa, Lateinamerika und Afrika). Na ja… Soll haben. Seite 27, Artes… Jaques Morelenbaum, “A musica que nao fala a alma incomoda-me como um espinho” – Die Musik, die  nicht von der Seele spricht, stört mich wie ein Dorn.

Interessant, ich kenne doch kein Portugiesisch, aber eigentlich verstehe ich den ganzen Artikel. Jaques Morelenbaum muss ein Jude sein, obwohl es nirgendwo gesagt wird, weder im Text selber noch später, als ich ihm in Wikipedia suche, aber ich bitte Sie, mein Herr, Jaques Morelenbaum!

Er ist ein brasilianischer Cellist, Komponist, Arrangeur, Dirigent und Musikproduzent. Geboren 1956, studierte in Sao Paolo und in den USA.

Seine musikalische Karriere begann in den 70er in der Progressive Rock-Band A Barca do Sol. Von 1984 bis 1994 spielte er in der Nova Banda mit Antônio Carlos Jobim. Nach seinem Tode gründete er gemeinsam mit seiner Frau Paula, Jobims Sohn Paulo (Gitarre und Gesang) und Paulos Sohn Daniel (Klavier und Gesang) das Quarteto Jobim-Morelenbaum. Er leitet auch Cello Samba Trio. Er macht auch Filmmusik, darunter für Central do Brasil, welcher 1998 den Goldenen Bären der Berlinale für den besten Film gewann und zu Oskar nommieniert wurde.

Jaques Morelenbaum wirkte bei  mehr als 700 Platten. Eigentlich waren es am Tag des Interviews für die Zeitung Diário de Notícias genau 748. Bei Wikipedia nennt man nur ca. 400 Discs.

Die aktuelle politische Lage in seinem Heimatland Brasilien macht ihn Sorgen.

Am Dienstag spielte Cello Samba Trio von Morelenbaum in Lisabon in Tivoli, am 20. in Conservatório de Música in Coimbra, am 21 in Cineteatro in Estarreja…

Wir hören hier eine von seiner Sambas…

Moje autorki i moi autorzy / Meine Autor*innen

Ewa Maria Slaska

Ich dachte mir, ich zeige euch, wie oft wir schon, als Autor*innen von diesem Blog, fürs Publikum gelesen haben. Vor allem aber ist dieser Beitrag ein Lob an Christine Ziegler, die all diese Lesungen organisierte, die Plakate entwarf und alle mögliche und umögliche Wünsche unserer Lesenden mit Ruhe, Würde und Gelassenheit erfüllt hat! Danke an Euch alle und Danke Christine!

Pomyślałam, że pokażę dziś kilka plakatów z wieczorów autorskich, które zorganizowałam dla moich Autorów i Autorek :-). Przy tej okazji chciałam też podziękować Christine Ziegler, która wszystkie te plakaty zaprojektowała, wszystkie te wieczory autorskie zorganizowała i była dla nas zawsze najmilszą gospodynią wieczoru, wypełniającą najdziwniejsze możliwe i niemożliwe życzenia osób występujących. Dziękuję Wam wszystkim i dziękuję Christine!


Stuart słucha muzyki 7

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 20

Przyjacielowi Stuarta umarło dziecko. Tragedia, a on nie wie, jak ma się zachować. Jego drogi z przyjacielem właściwie się rozeszły, ale Stuart wie, że w obliczu tego, co się wydarzyło, powinien coś zrobić. Co?

Pink, The great escape

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

I wtedy okaże się, że jego niemoc w obliczu tragedii, jaka dotknęła przyjaciela, to nic w porównaniu w tym, co się w tym właśnie odcinku wydarzy w jego własnym życiu. Meg ulega wypadkowi. Jest w szpitalu i przez cały rozdział 21 nie dowiemy się, czy wyjdzie z tego czy nie.

Mr. Probz Waves

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam
Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Dopiero w rozdziale 22 przychodzi wiadomość. Meg

To ostatni (na razie) odcinek miniserii wpisów o tym, czego słucha Stuart. Odcinki z z tą muzyką cieszyły się dużą poczytnością, co mnie cieszy, bo wymyśliłam je właściwie jako sposób wypełnienia nie dającej się uniknąć przerwy wakacyjnej w serii głównej. Obie serie właśnie się spotkały. Ustępuję miejsca samej autorce. Do słuchania tego, czego słucha Stuart powrócimy, gdy on sam (i jego autorka) znowu wyjadą…

Barataria 16 W Baratarii wszyscy kłamią

Ewa Maria Slaska

Walter Zitzenbacher, W Baratarii wszyscy kłamią

Niewątpliwie, Barataria, kraj ułudy, to kraina kłamczuchów, opisana przez austriackiego pisarza Zitzenbachera w komedii pod tym właśnie tytułem. Kraina kłamczuchów to stary motyw literacki, podobnie jak kraina łakomczuchów, leni czy śpiochów. Na przykład taki Gelsomino w kraju łgarzy… Pospieszny research w sieci informuje mnie jednak, że owa powiastka włoskiego pisarza Gianni Rodari nazywa się po polsku Gelsomino w kraju kłamczuchów. Oryginał ukazał się w roku 1958, w Polsce, być może dlatego, że autor był zaangażowanym komunistą, już w roku 1962. Przełożyła Hanna Ożogowska, ilustrował Jan Marcin Szancer. Recenzentka, Adriana Dobrzyńska-Suchy, pisze:

Obdarzony przeraźliwie silnym głosem Gelsomino wyrusza w świat. Dociera do Kraju Kłamczuchów, w którym, jak sama nazwa sugeruje, wszyscy kłamali. Wieczorem mówiono sobie dzień dobry, a rano dobranoc, płacono wyłącznie fałszywymi pieniędzmi, a żeby zostać sławnym w jakiejś dziedzinie, trzeba było robić coś wyjątkowo źle. By kupić chleb, proszono o atrament, a po artykuły piśmiennicze szło się do piekarni. Nawet zwierzęta w tym kraju zachowywały się na opak, psy zamiast szczekać miauczały, a koty, zamiast miauczeć, szczekały. Mówienie prawdy było surowo wzbronione, a za złamanie tego zakazu groziło więzienie, czyli, mówiąc językiem mieszkańców, szpital dla obłąkanych. (…) Oprócz ciekawej przygody i wspaniałych przyjaciół Gelsomino zyskał tam coś więcej. Zrozumiał wreszcie, że jego głos nie jest tylko brzemieniem, ale darem, który można wykorzystać w słusznej sprawie.

Rodari jest zresztą autorem innej mojej ulubionej książki z dzieciństwa, a mianowicie Opowieści o Cebulku, wydanej po polsku już w roku 1954. Nie wiem, kiedy ją czytałam, ale pamiętam ją do dziś, zwłaszcza biednego chudego i bladego kabaczka i jego domek, w którym mieścił się tylko on i to wyłącznie na stojąco (tłumaczyła Zofia Ernstowa). To oczywiście powiastka z gruntu komunistyczna, Cebulek uosabia uciemiężony proletariat, a jego przeciwnik, tłusty Baron Pomarańcza, to paskudny kapitalista. Nie przypominam sobie jednak, żeby komunistyczne poglądy autora przeszkadzały mi w lekturze… A może… może… nie śmiem o tym nawet napomknąć, ale Cebulek walczy w końcu o sprawiedliwość społeczną,  może więc było to jedno z tych dzieł, które mnie wręcz ukształtowały? Rozumiem, że w dzisiejszej Polsce to wstyd i hańba wierzyć o sprawiedliwość społeczną, a już na pewno nie wolno się przyznawać, że to się człowiekowi wydaje ważne, ale co ja na to poradzę, tak mi widać zostało z dzieciństwa.

***

Barataria w komedii Zitzenbachera to miasteczko w Hiszpanii. Akcja dzieje się około roku 1600. Obywatele Baratarii dowiadują się właśnie, że ich miasto stało się wyspą.
– Ale jak to wyspa, obrusza się jeden z mieszkańców. Przecież leżymy w środku stałego lądu a latem wszystkie studnie wysychają.
Najwyraźniej mieszkańcy miasta nic o tym nie wiedzą, że uczeni specjaliści w sprawach Don Kichota, ulokowali ich miasto w podmokłym zakolu rzeki Ebro nieopodal Saragossy. U Zitzenbachera latem Baratario wysycha. Suszę powinno dać się zauważyć, bo według Cervantesa Sancho Pansa przybywa do Baratarii pod koniec lipca i pozostaje do początków sierpnia. Ale taki jest rozkaz Księcia i nie ma o czym dyskutować. Baratario jest wyspą, ma dużo wody, a Książę mianował właśnie Gubernatora wyspy i jest nim Sancho Pansa.
– To przecież błazen, oponuje ktoś.
– No i cóż, że błazen, pada odpowiedź. Mało to błaznów rządzi na świecie?

Hmmm, no cóż, nie da się ukryć…

Z daleka słychać gwar głosów, okrzyki, śmiechy, bicie w bębny i muzykę. Nadciąga Gubernator, może i błazen, ale bystry, bo prawie od razu zaczyna się dość dociekliwie dopytywać, czemuż to właściwie Baratario jest wyspą, skoro wygląda jak miasteczko i wcale nie jest otoczone wodą. W końcu jednak sam sobie wyjaśnia tę sprawę: To dlatego że na wyspie jest miasteczko, miasteczko na wyspie czyli i miasteczko, i wyspa! Rozumie jednak i to, że w takim razie, skoro jego gubernatorstwo jest żartem, to żart jest gubernatorstwem, zatem nawet wiedząc już, że Książę sobie z niego zadrwił, Sancho Pansa nie zamierza złożyć swojego urzędu, dopóki sam nie pojmie, że przerasta to jego możliwości…

Na zakończenie dodam, że czytanie manuskryptu (komputeroskryptu?) Waltera Zitzenbachera dostarczyło mi rozrywek rodem wręcz z Baratarii czyli Krainy Złudy. Sztuka nigdy nie została wydana, znajduje się jednak w czymś w rodzaju magazynu tekstów na potrzeby teatrów, które można sobie zamówić, jeśli się człowiek nosi z poważnym zamiarem wystawienia, omówienia lub opublikowania rzeczonego tekstu. Najwyraźniej salon Ewy Marii czyli ten blog jest argumentem wystarczająco poważnym, żeby mnie najpierw “zarejestrowano w rejestrze” a potem “dano dostęp do dostępu” i wreszcie przysłano mi plik w formacie pdf. I tak go sobie ostatnio czytałam i czytałam, i ciągle mi się wydawało, że coś mi w tym tekście zgrzyta i skrzeczy jak rzeczywistość. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że dostałam tylko połowę tekstu, ale nie pierwszą albo drugą, lecz – ku chwale wszechobecnej Baratarii – co drugą stronę! Tylko nieparzyste. Napisałam do “magazynu” z prośbą o strony parzyste. Odpowiedź przyszła (po dwukrotnym zaledwie przypominaniu) nawet całkiem rychło: nie ma stron parzystych i nie wiadomo, kiedy mogłoby się było by było udać je wyprodukować. Ale jeśli i jak się uda, to je niezwłocznie dostanę…

Może więc w sztuce chodzi o coś innego a nie o to, o co myślę, że chodzi… Niech żyje Kraina Wiecznych Przypuszczeń! Coraz bardziej mi się podoba w Baratarii.