Szczecin, grudzień 2022

Ela Kargol

Budynek nazywają uczniowie hogwartem. Przypomina warowny zamek, Jest naprawdę wielki, majestatyczny, na miarę architekta, który go projektował, architekta związanego ze Szczecinem, jak żaden inny.
Wilhelm Meyer-Schwartau (1854-1935), bo o nim mowa – był w latach 1891-1921 miejskim radcą budowlanym Szczecina. Oprócz wspomnianego budynku szkoły miasto zawdzięcza mu Cmentarz Centralny i tarasy Hakena, gmach główny Muzeum Narodowego, neogotycki kościół św. Gertrudy na Łasztowni, gmach magistratu – obecnie rektorat Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego przy ul. Rybackiej, wiele innych budynków użyteczności publicznej i rozwiązań architektonicznych miasta.

Reprezentacyjny budynek szkoły (Stadtgymnasium) budowano trzy lata, w 1903 roku oddano go do użytku uczniom płci męskiej. Gmach powstał z piaskowca śląskiego, zbudowany został w stylu neoromańskim, z przestrzennymi korytarzami, klatkami schodowymi i aulą o powierzchni prawie 400 m kw. W czasie wojny pełnił funkcję polowego szpitala wojskowego, może właśnie to uratowało go przed zniszczeniem. Już 2 września 1945 roku w tym przedwojennym gimnazjum męskim przu ulicy Piastów 12 (dawnej Barnim Straße) zostaje otwarta pierwsza polska szkoła stopnia gimnazjalnego i licealnego. Dyrektorką szkoły zostaje Janina Szczerska, była więźniarka obozu w Ravensbrück, przedwojenna dyrektorka Państwowego Gimnazjum Żeńskiego w Siedlcach. Pomieszczenia zniszczone były w niewielkim stopniu, brakowało natomiast podręczników, kadry i wielu sprzętów. Jednak część wyposażenia szkoły, jak meble i pomoce naukowe pozostały w pracowniach szkolnych.

Zobacz

I są w nich do dzisiaj!!!

W podtytule niezwykłego albumu Moniki Szymanik, drugiego jej albumu, którego premiera odbyła się 18 grudnia 2022 roku w historycznej auli szkoły czytamy: …Pocztowa 19, czyli ukryte skarby Szczecina.

Monika odkrywa Szczecin na nowo, ten stary Szczecin, o którym ja mówię poniemiecki, ona stareńki. Piękny Szczecin, magiczny, ze starymi posadzkami, kaflami, które wyłaniają się często spod kilku warstw tynków, z rzeźbionymi drzwiami i starą klamką, napisem na murze, który pamięta jeszcze Stettin, podcieniami, prześwitami, mgłą na Jasnych Błoniach i śniegiem tamże.

Fotosy: Ela Kargol

Na jej zdjęciach jest i szkoła, dawne Stadtgymnasium, aula i wyposażenie gabinetu biologicznego ze swoimi ukrytymi skarbami.

Zobacz

Zwierzęta w formalinie, atlasy anatomiczne, spreparowany aligator, tablice poglądowe dotyczące flory i fauny, budowy ziemi, zielniki, diapozytywy, preparaty i filmy. Szpula z filmem na zdjęciu to film, który później znalazłam w archiwum portalu filmowego Ein Bauer bringt Gemüse auf den Markt (Rolnik przywozi warzywa na rynek), 12-minutowy film dokumentalny z roku 1938.

Ponieważ na metalowym pudełku z filmem widnieje napis Reichsanstalt für Film und Bild in Wissenschaft und Unterricht, szukam w wikipedii czym zajmował się ten urząd: Reichsstelle für den Unterrichtsfilm (RfdU), przemianowana w 1940 r. na Reichsanstalt für Film und Bild in Wissenschaft und Unterricht (RWU), była centralnym urzędem do spraw produkcji filmów edukacyjnych w narodowosocjalistycznej Rzeszy Niemieckiej i instrumentem służącym niemieckiemu systemowi szkolnictwa i edukacji, z siedzibą w Berlinie.

Zobacz

Filmów w zbiorach szkoły jest więcej, niektóre opatrzone polskimi tytułami służyły jako pomoce naukowe uczniom po 1945 roku, tak jak plansze i inne tablice poglądowe. Film o mrówce lub jastrzębiu, film niemy nie propagował nacjonalizmu, był filmem o mrówce lub jastrzębiu. Ośmiornica w formalinie jest tą samą ośmiornicą, którą była przed wojną, w innym państwie, innym systemie politycznym, ale w tym samym słoiku i tym samym mieście i innej choć tej samej szkole.

Nieprawdopodobne, że do dzisiejszych czasów zachowały się aż takie zbiory.

Nauczycielka biologii, pani Agnieszka Milewska, na jeden dzień udostępniła te historyczne pomoce dydaktyczne ciekawskim takim jak ja.

Pochłaniam wszystko wzrokiem i dokumentuję komórką. Już w domu przeszukuję internet, szukam nazwisk, wydawnictw, filmów.

Niektóre okazy są starsze niż szkoła. Jest zielnik z roku 1888, atlas budowy ciała znanego anatoma Huberta von Luschki z roku 1857. Najprawdopodobniej przeniesiono je tu z całym dobytkiem z obecnej Książnicy Pomorskiej, gdzie wcześniej znajdowało się miejskie gimnazjum.

Szczecin jest miastem pełnym skarbów, tych odkrytych i tych o których jeszcze nikt nic nie wie, jak ja. Ja niczego nowego nie odnalazłam, zachwycam się tym, co inni przede mną odkryli, zabezpieczyli, znaleźli,

Kibicuję wielu „szczecińskim odkrywcom”, osobom prywatnym, zaangażowanym, stowarzyszeniom, organizacjom. Jestem pełna podziwu dla osób, którzy chcą zachować dla potomnych historię obu miast, Szczecina i Stettina.

W noc grudniową wypatrujemy tej pierwszej gwiazdki na niebie, Szczecin ma je aż trzy, i to na co dzień, na wyciągnięcie ręki. Trzy gwiazdy z gwiazdozbioru Oriona ukryte na ziemi w centrum miasta. To również zasługa między innymi Wilhelma Meyera-Schwartau.

Zobacz

Szczecin jest gwiaździsty.

…Dawno to miasto, co na planie gwiazd leży, nie było tak z pierwszą gwiazdą za pan brat, dawno nie, dziś bądźmy jak tabula rasa na miasta placach w osiem świata stron nucąc w niebogłos świąteczną treść…

śpiewa Olek Różanek i Ambasadorzy

Dwa tomiki

Ewa Maria Slaska

Swego czasu tomik był pojęciem kulturowym, oznaczał bowiem nie tylko małą książkę z wierszami, ale przede wszystkim – nobilitację na poet(k)ę.

Trzeba było mieć tomik. Nie wystarczały audycje ani publikacje w prasie. Tomiki były zjawiskiem masowym.

Kiedyś wydawca otrzymywał kilkadziesiąt tomików tygodniowo. Miałam całe półki pełne białych tomików. Miały bowiem z reguły białe okładki, a prawie zawsze białe grzbiety, często tak cienkie, że bez tytułu i nazwiska autora. Nie sposób było ich zrecenzować, nawet przeczytać się nie dawało. Pamiętam, że czytałam je po kolei, a ich obrazy przepływały przeze mnie, pozostawiając zbiorowe wizje świata. Raz było to niebo, kałuża i matka, innym razem dziura w zębie, dziura w skarpecie i dziura w kaloryferze.

Pojedynczy tomik jest marzeniem. Tomik zbiorowy – smętnym zalewem słów.

Dziwne, że nawet w całkowicie zmienionych warunkach tomik trwa. Teraz, gdy tomików nikt już nie czyta, a wszyscy, i poeci, i krytycy, i czytelnicy przenieśli się do sieci, poet(k)a nadal musi mieć tomik. W słowniku krzyżówkowicza tomik ma 61 definicji! A taki na przykład widelec tylko 45!

A jednak zgadzam się z poetami – musimy mieć książki, tak, koniecznie musimy mieć książki, nawet jeśli wszystkie funkcje książki przejęła sieć, niekiedy nawet lepiej, ale nadal musimy mieć książki, musimy mieć tomiki, bo inaczej, gdzie będziemy czytelnikom wpisywali dedykacje podczas spotkań autorskich?

Ale chyba jako blogerka przestałam być atrakcyjnym adresem przysyłania tomików. Dostaję je sporadycznie, żeby nie powiedzieć – wcale.

A tu tymczasem trafiły do mnie ostatnio dwa tomiki. 2 a nie 22 albo 222. Mogłam im więc poświęcić dużo czasu. Rozumiem, nadawcy są zdania, że stanowczo za dużo. Przepraszam.

Zacznijmy od zdziwienia. Oba tomiki ukazały się pod auspicjami Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Łodzi. Oba mają też już swój wiek, choć ich ukazanie się dzieli kilka lat.

Przemysław Owczarek, Stojąc na jednej nodze, Łódź 2016, Biblioteka Arterii (co w jednym z antykwariatów zapisano jako “Biblioteka Artylerii”); na okładce i wewnątrz grafiki Agnieszki Kowalskiej-Owczarek

Dariusz Patkowski, Nokturny, Łódź 2021, Wydawnictwo Kwadratura; na okładce fotografia Marcina Andrzejewskiego

Oba tomiki mają jednak jeszcze jedną cechę wspólną – nie rozumiem tych wierszy.

Pierwszy wiersz Patkowskiego zaczyna się słowami Wylansowana przez psychiatrów / oraz holenderskich geografów kobieta…

Nie wiem, o co chodzi z tą kobietą i do końca wiersza się nie dowiem.

Tomik Owczarka rozpoczyna trójwers Na powitanie / unieś / lewą rękę.

Nie wiem, kto ma unieść lewą rękę i też się nie dowiem.

Z obu tomików wionie obcością. To mężczyźni piszą.

Owczarek:

w piwnicy tleni się pleśń, w pokoiku szybują zarodniki, aż kręci się
krajobraz w nozdrzach. wietrzyć, wietrzy. łóżka są cierpliwe
jak epoki snu. i jeszcze radio, ten herold rynku, na wszystkich stacjach
Patkowski:

Za oknem, w przestrzeni skutej
metaliczną pleśnią popiołu
bałwany toczą ciepłe jeszcze kule
mięsa, by ulepić człowieka.
Patkowski:

Tomasz

Sierpień przyjdzie w słońcu. Jego ognista światłość
pobłogosławi ulice rozmiękłym torfem.
Rozpuszczą się stare, czynszowe kamienice.
Dławiący smród spoconych ciał przywabi muchy.

Zaślepiony, dotykam jego szat. Parzą.
Owczarek:

dla wiernego Tomasza

wiersz jak skrzep.
moja szyszynka na rodzinnym spędzie cofa się
poza pierścień

z ciast, obrusów, powtórzeń
(…)
więc wnikam w łoże
teściów

i zasypiam jako podmiot liryczny
bo nie jest parzystokopytny
i lubi mięso.

robota: rąbanie drewna, palenie w piecu,
tkanie granicy z drutu kolczastego,
albowiem pochylił się płot.

Dzieci, żony, samotność, miasto, natura. Ojciec, matka, podróże. U Owczarka znacznie więcej natury, prawie sama natura, ptaki, krzaki, u Patkowskiego znacznie więcej miasta, prawie samo miasto, bruki, stuki.

Może żona wie, co to jest świat, miasto czy natura, ptaki czy bruki, ale śpi. Jest ciepła, ale śpi. Obie śpią.

Nad poetą, który nie śpi, noc i kosmos. Obaj nie śpią. Układają nokturny, nocne słowa według przepisu – tak, żeby się sobie dziwiły. Sobie się dziwiły i światu. A żony śpią. Raz tylko jedna z nich się obudzi. Będzie trzymała w ręku kubek gorącego płynu.

Nie ma polityki, nie ma nauki, nie ma religii, kościoły są puste, nikt nie siedzi w szkolnych ławkach. Koledzy ze szkolnej ławy się zaprzedali, albo utonęli. Ich twarze prześwitują spod lodu na stawie. Nikogo nie ma.

Nikt nic nie buduje, nikt nie produkuje. Nie ma bogaczy i bezdomnych. Nie ma Boga, ni szatana. Tylko poeci myślą o świecie. I są niewierni jak Tomasz.

Postmodernistyczne cytaty i aluzje bez konieczności podawania źródeł. Wiersz to nie praca naukowa. Każdemu wolno mieć skojarzenia, jeśli czytelnik ich nie odkryje, jego strata. Czytelniczka i tak śpi. Kości. Skóra. Wątroby, nerki, płuca. Parchy, ropa, pleśń, zjełczały tłuszcz, może smarki z nosa. Niejednoznaczne wydzieliny życia.

Ale w każdym tomiku jeden świetny wiersz.

Owczarek:

DRZEWORYT

jest
złe drzewo dobrych wiadomości i dobre drzewo
bez odpowiedzi, drzewo-płuco szyte grotami snu. drzewo dzieci,

pożarło je i płaczą jak głodne sowy. drzewo starców, bo mróz łupie z nich giorzkie szczapy.
drzewo, które odmierza i wymierza. losy schną i zerwane opadają w próchno. drzewo
komuny i martwych chrześcijan. konfesjonał w przekroju i draństwo. słoje z donosami.

i parchy. archiwum misterne jak Pol Pot. drzewo oligarchów wąsate jak chrust,
a w jego kapie żarzy się Boża Matka. pień rosły od klejnotów, episkopat i moszcz,
jego chciwy smak. drzewo skurwysynów, co płoszi świętych. drzewo zajezdni,

ceł, podatków, giętkie jak reklama drogiego kurortu, drzewo Hellingera łykające
monety i drzewo Eckharta, odkąd dwa węże wyplatają w nim krew. drzewo plemion,
które zenit strącił palcem białym od mleka. drzewo sefirot i obelgi, bo stała się ciałem.

i ulotniła. drzewo drogi w środku, a wokół
jełczeje świat. drzewo wątroby
i wszystkich winnic,

albowiem nas wypiją.
hospicjum z waty cukrowej.
galeria grabarzy,

sarkofag. drzewo rozpustne.
w koronie miłość, ta śma,
wibruje i piszczy: drzewo

wisielców i Chłopca Starca.
z jego jąder pryska sperma,
gęsta od miodu i gwiazd.

ostatnia kropla zagnieździ
się w ziemi i wyrośnie
jak grzyb w serii błysków.

kania czubajka. a mogłaby dojrzeć pod tym drzewem. wprost na patelnię. pycha.

Patkowski:

Wakacje dobiegają końca

Ach! Dzieci tej wiosny tak szybko wydoroślały,
przenosząc się z miasta w cyberprzestrzeń. Nic
dziwnego – w zarośniętych trawą ruinach placów
zabaw leżą opuszczone piaskownice,

zbankrutowane huśtawki oraz zamknięte
prostokątne orliki. W powietrzu
radośnie pleni się najstarsze ze wszystkich,
głośno przywołując imiona pozostałych.

Widziałem jak kuca w trawie, spoglądając
w zasłonięte okna blokowisk. Będzie czekać,
z nudów gmerając kścistym palcem w piachu.
Aż któregoś dnia obdzwoni wszystkie domofony

na wszystkich osiedlach, zadając proste
pytanie: Czy jest…? Jedyna możliwa
odpowiedź będzie brzmiała: Jest.

Pokolenie Solidarności 21

Ewa Maria Slaska

Nie ma Teleranka! (1981)

Przez jakiś czas było pięknie i początkowo nikt chyba nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności. Ludzie przyzwyczaili się do codziennych pogróżek i manifestacji siły ze strony tracącej swoją pozycję władzy. Przyzwyczailiśmy się też do pustych sklepów. Ponieważ pogróżki powtarzały się nieustannie, nikt już w nie nie wierzył. Waldemar Kuczyński pisze, że gazety, a może tylko gazety solidarnościowe, 12 grudnia dostały teleksy z informacjami o wzmożonych ruchach wojsk, ORMO i milicji, ale nikt nie potraktował ich poważnie. W ciągu tych kilkunastu miesięcy dużo mówiło się o konfrontacji władzy i opozycji, ale tak naprawdę Solidarność nie była na nią w ogóle przygotowana. I dlatego już w tę pamiętną noc 13 grudnia Solidarność przegrała, podobnie jak przegrało społeczeństwo. Polska nie stanęła do walki, nie zdobyła się na strajk generalny. Nikt nie przewidział scenariusza na godzinę W, nie przygotował drugiego, ani trzeciego garnituru działaczy. Szkoda, bo przezorność może nie pozwoliłaby uniknąć stanu wojennego, ale zdołałaby zmniejszyć impet napaści, uchronić przywódców ruchu przed internowaniem i umożliwić im zejście w podziemie. Może można było zabezpieczyć archiwa, przygotować rezerwy finansowe.
Co to było? Naiwność, pycha, arogancja?

13 grudnia od rana telewizja pokazywała na przemian przemówienie Jaruzelskiego i czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy. Ale niewątpliwie doświadczeniem pokoleniowym dzieci, które były dziećmi w okresie Solidarności i przeżyły wprowadzenie stanu wojennego, był brak Teleranka. Podobnie jak chleb z cukrem był doświadczeniem wszystkich dzieci z PRL-u z czasów Bieruta i Gomułki, podobnie brak Teleranka stał się symbolem dzieciństwa dla pokolenia urodzonego w latach 70. Dzieci bowiem jako pierwsze dowiedziały się, że Solidarność się skończyła. Dopiero wtedy okazało się, że w milionach domów w Polsce w niedziele rodzice spali, a dzieci o 9 rano brały sobie mleko z lodówki, czasem też kawałek chleba z kredensu i włączały telewizję, żeby obejrzeć Teleranek. A 13 grudnia 1981 roku Teleranka nie było. Zdziwione dzieci obudziły rodziców, wygłaszając oburzone zdanie, które przeszło do historii Polski: Nie ma Teleranka!

Zdanie to na pewno dorównuje sile angielskiej reakcji na wybuch II wojny światowej. Gdy BBC poinformowała o tym, wszyscy Anglicy zareagowali podobno tak samo. Oh, powiedzieli, it’s awful, put the tea on. Och, coś okropnego, wstaw wodę na herbatę.

Nie było Teleranka. Tak zaczął się stan wojenny. Telewizja pokazywała czołgi na ulicach, resztę dopowiadała Wolna Europa – internowania, aresztowania, przerwany Kongres Kultury Niezależnej w Warszawie, zabici strajkujący górnicy w kopalni Wujek, przerwane połączenia telefoniczne Polski ze światem. Zablokowane lotniska i dworce. Godzina policyjna.

Nocna akcja była zakrojona na dużą skalę, pisze Kuczyński, i dzięki kompletnemu zaskoczeniu – okazała się skuteczna.

Prawie. Są jednak wyjątki. Komuś udało się uciec. Ktoś wykołował komucha.

W Gdańsku słynna była się ucieczka Karola Krementowskiego. Gdy w nocy milicja głośno zapukała do drzwi, Karol i jego żona zabarykadowali je tym, co akurat było pod ręką, po czym wybiegli na balkon. Walili pokrywkami o garnki i krzyczeli, że partia właśnie wypowiedziała wojnę narodowi, że próbuje zastraszyć społeczeństwo i że trzeba się bronić. Nie Warszawianka, nie Marsylianka, lecz Gdańszczanka na garnki. Do broni! Do broni!
W okolicznych domach kolejni ludzie wychodzili na balkony i przyłączali się do walenia czymkolwiek o cokolwiek i krzyku. W tym samym czasie Karol wycofał się z balkonu do mieszkania i pomyślał, że to znakomicie się składa, że mieszkają w eleganckiej poniemieckiej willi. Jak niemal wszędzie we Wrzeszczu, willa była podzielona na kilka mieszkań, a ich mieszkanie zajmowało całe piętro i posiadało dwa wejścia – główne, którego używali, i tylne, służbowe, z którego nikt nigdy nie korzystał. No ale było i teraz wreszcie miało okazać swą przydatność. Karol ubrał się, zabrał trochę jedzenia do kieszeni kurtki i wyszedł owymi tylnymi drzwiami, zszedł do piwnicy, wyszedł na podwórko, przeskoczył płot i ogrodami wydostał się na sąsiednią ulicę. Spiesznym krokiem, ale nie biegnąc, żeby nie wzbudzać podejrzeń, poszedł do znajomych, u których przenocował. Przez tę noc przeanalizował sytuację, ocenił, gdzie i jak może się teraz ukryć i jak się tam dostać. Spokojnie i z rozwagą zrealizował swój plan. Nie został ani złapany, ani zadenuncjowany i wyszedł z ukrycia dopiero, gdy skończył się stan wojenny.

Stefan bardzo się sobie dziwił, że nie wpadł na taki świetny pomysł jak Karol, ale jeszcze bardziej dziwił się, że w czasach wolności nigdy nie zrobili nawet krótkiej narady na ten temat, nie omówili sposobów ucieczki, sygnałów, struktury konspiracyjnej. Kuczyński miał rację, byli kompletnie nieprzygotowani i okazali się pętakami. Zabrakło im nie tylko starannego planowania, ale również refleksu i przytomności umysłu. Dali się zaskoczyć jak dzieci. Dostali dwóję z politycznych kwalifikacji. Niewielu było takich ludzi jak Józef Pinior, który nie tylko sam czmychnął, ale jeszcze zdołał przezornie już kilka dni wcześniej zadeponować kasę Solidarności u biskupa Gulbinowicza. Zbyszek Bujak, który też fantazyjnie uciekł, omalże znowu nie wpadł, bo nie wiedział, co ze sobą zrobić i poszedł do siedziby redakcji Tygodnika Mazowsze. Dla tych, którzy może nie wiedzą lub nie pamiętają – to była gazeta opozycji solidarnościowej, poprzedniczka Gazety Wyborczej. Innego z działaczy złapano, bo wrócił do domu się ogolić. Leszek Szaruga w wierszu Przyzwyczajenie napisał:

Gdy jadę do Śródmieścia,
mijam po drodze patrole
szukają Zbyszka Bujaka powielacza bibuły
lub dowodów na istnienie Boga

co znajdą aresztują…

Wyłapali nas jak kaczki, pomyślał Stefan, gdy samochód milicyjny dowiózł go do aresztu na ulicy Białej we Wrzeszczu. I tak miał szczęście, że ci, którzy po niego przyszli, pozwolili mu się porządnie ubrać, włożyć ciepłą bieliznę i gruby sweter, zabrać czapkę, rękawice, szal, kalesony i najważniejsze przybory toaletowe. Zdołał nawet włożyć książkę do kieszeni kurtki. Była to Czaszka w czaszce Piotra Wojciechowskiego. Miał szczęście, bo słynnego grafika i satyryka, Andrzeja Czeczota, wyprowadzono z domu w piżamie, a Ance Kowalskiej nie pozwolono zabrać osobistych rzeczy.

Odczuwam żal, pisze Kuczyński. Żal za posierpniową Polską, która jest już historią. Żal mi tego wszystkiego i mego życia w ostatnich miesiącach. Tak nerwowego i wyczerpującego, ale i wspaniałego przez wolność, którą było przesiąknięte, przez poczucie czynnego uczestnictwa w pracy społeczeństwa nad wydobywaniem swego prawdziwego oblicza spod betonowej prasy realnego socjalizmu. Zapadamy z powrotem w przepisamy nam przez suwerena tej części Europy świat strachu, pozorów życia publicznego, szarzyzny cenzurowanej prasy, pustych sloganów, dyktatury.

Stefan, który podczas odsiadki dużo o tym rozmawiał z współosadzonymi, dodawał w tym miejscu dyskusji jeszcze co najmniej dwa swoje własne żale. Żal o to, że Jaruzelski rozwalił to, co mogło się stać największą wartością Polaków w nowoczesnym świecie, czyli międzyludzką solidarność, i żal, że stan wojenny zniszczył w zarodku szansę na powstanie w Polsce prawdziwej lewicy, takiej, jakiej od czasów PPS-u nigdy już w Polsce nie było. Na pytanie, kto to jest ta jego wymarzona lewica, odpowiadał, że to ci, którzy kładą nacisk na samoorganizację społeczną, odwołują się do demokratyczno-socjalistycznych haseł samorządu, samorządności pracowniczej, demokracji uczestniczącej i powszechnej sprawiedliwości społecznej. Godząc się na mechanizmy rynkowe, chcą jednak, by rynek nie rządził wszystkim, i chcą objąć specjalną opieką tych, którym nie dał on szans.

Teraz już każdy czytelnik się zorientował, że to oboje, nie tylko Basia, ale również Stefan, są alter ego autorki.

***

Ogromną pomocą w napisaniu tego rozdziału była książka Waldemara Kuczyńskiego Obóz, Wydawnictwo Aneks, 1983.

Don Kichot, Marcel Proust i Heinrich Zille

Konrad, Ewa, Arek, Sztuczna Inteligencja

Don Quixote nasz sławny bohater
Śmiały i ambitny bo w siebie wierzył
Mocno swoje marzenia głosił
Aż po pełnym niezwykłych przygód dniu

Poprzez miasteczka i pola świeże
Wraz z Sancho Panzą wyruszył w drogę
Żeby zdobyć w krainie smoków chwałę
I w obronie dam wzorowo służyć

Nieustraszony jak Mały Rycerz
On pragnął bronić słabszych i biednych
By nigdy nie zabrakło sprawiedliwości
Nawet w najdalszych krańcach lądów

Być może nie trzeba tego już pisać, bo wszyscy wiedzą, ale dla porządku zaznaczę, że wiersz ten napisała Sztuczna Inteligencja, a temat podsunął jej Konrad. Również ilustrację pod spodem wykonała owa ważna a tajemnicza pani.


Zawsze myślałam, że da się napisać o Prouście i Don Kichocie w jednym wpisie i teraz wreszcie Konrad, Arek i Sztuczna Inteligencja mi to wspólnymi siłami umożliwili. Arek dostarczył mi kilku artykułów z prasy niemieckiej na temat Don Kichota. Pretekstem do ich publikacji był (jak sądzę) dobiegający końca rok proustowski, ogłoszony z okazji 100 rocznicy śmierci wielkiego pisarza. My tu na blogu też uczciliśmy tę rocznicę, reblogując wpis demaskujący słynną proustowską magdalenkę. To podobno wcale nie była ona, tylko najzwyklejszy sucharek. Przypomnijmy to sobie, proszę bardzo, ale doprawdy nie musimy w to wierzyć. Naukowcy wciąż produkują jakieś takie niestrawne suchary. Podobno są za to zdrowe.

Paul Jandl napisał 11 listopada 2022 roku o tym, jakie konsekwencje miał fakt, że kiedyś Matka odmówiła małemu Marcelowi pocałunku na dobranoc (Neue Zürcher Zeitung 28.11.22), strona 9. Na następnej stronie Edi Zolinger pisze o wpływie obrazu Anne-Louis Girodetta Le Sommeil d’Endymion (1791, olej na płótnie, Luwr) na pewne fragmenty prozy Prousta. Tymczasem we Frankfurter Allgemeine Zeitung z 12 listopada 2022 roku Paul Ingendaay pisze o tym, jakim dowcipnym pisarzem był Proust, ba, kusi się nawet o tezę, że jest on on najdowcipniejszym autorem światowej Moderny. Dwa z tych trzech artykułów są zilustrowane zresztą tym samym portretem uśmiechniętego Prousta, na dodatek z fryzurą na jeża. Portret jest całkowicie nieznany, a w każdym razie – mało znany, zapewne osoby dobierające ilustracje w obu gazetach szlag trafił, gdy zobaczyły, jakiego miały pecha, że zamiast zwykłego portretu Prousta, wybrały portret całkowicie nietypowy.


Paul Ingendaay pisze, że dowcip Prousta przejawia się w tym, jak opisuje różne postaci, np. służącą Franciszkę czy księżnę Parmy, w podchwyceniu ich zabawnych cech charakteru i sposobu mówienia, ale, dodaje, “Proust nigdy nie naśmiewa się ze swoich postaci. Patrzy na świat z ciepłym uśmiechem i ten uśmiech ociepla też wizerunki prezentowanych osób. Być może jest on w literaturze XX wieku jedynym pisarzem, który swym uśmiechem zbliża się do dobrego wejrzenia, tak charakterystycznego dla Don Kichota – jest tym, który rozumie, a nie tym, który by wyśmiewał.”

I tak właśnie objawili mi się obaj moi ulubieńcy w Berlinie. Uśmiechnięci i przyjaźni ludziom.

Nasza nowa autorka, Sztuczna Inteligencja, połączyła ich w jedno (obrazek na dole po lewej), ale nie uznała, iż byłyby to istoty, które się uśmiechają. Obaj, razem i osobno, są, tak jak to wiemy z tradycji, Smętni:

***

Wczoraj popołudniu pomyślałam, że skończyłam układać ten wpis na dziś i poszłam na prezentację teczki pięciu grafik, wykonanych współcześnie przez berlińskich artystów i nieberlińską artystkę. Grafiki wykonali Mawil, Jakob Hinrichs, Henning Wagenbreth i Jim Avignon oraz Barbara Yelin z Monachium. Ich prace są nową interpretacją indywidualnie wybranych litografii słynnego berlińskiego rysownika sprzed ponad stu lat – Heinricha Zille (1858 – 1929). Grafikom towarzyszy publikacja z tekstem Matthiasa Flügge. I to właśnie on podczas spotkania powiedział o Heinrichu Zille to samo co cytowany uprzednio Ingendaay o Prouście i Don Kichocie, że on też patrzył na ludzi, widział ich los, ciężką dolę, ale też ich szczęście, widział ich przyjemności i rozpacze, zalety, wady i śmiesznostki, wszystko odnotowywał, ale nigdy ich nie wyśmiewał.

Die Heinrich-Zille-Mappe. Foto: Jana Vollmer/tipBerlin
Fünf Siebdrucke im Format: 30 x 40 cm, limitierte Auflage: 199 Stück, signiert und nummeriert, Preis: 199 €. Erhältlich im tipBerlin-Shop: www.tip-berlin.de/zille

Uwaga dla tych, którzy szukają oryginalnego prezentu pod choinkę – teczka zawiera 5 sitodruków, sygnowanych przez artystów; limitowany nakład 199 egzemplarzy, każdy za 199 euro – i porada ode mnie: można taką teczkę rozdzielić na pięć prezentów.

Pokolenie Solidarności (20)

Ewa Maria Slaska

Pomnik (1980)

Pomnik poległych stoczniowców 1970 postawiono na placu przed stocznią. Upamiętniał ofiary wydarzeń Grudnia 1970 roku. Pomnik powstał w szybkim tempie. Już pierwszego dnia strajku, w sierpniu 1980 roku, Bogdan Pietruszka naszkicował pierwszy pomysł, a zgodnie z tym pierwszym szkicem pomnik to miały być cztery krzyże, połączone w krąg ramionami, z kotwicą na każdym i zniczem u dołu. Już dwa dni później dyrekcja Stoczni Gdańskiej wyraziła zgodę na wzniesienie pomnika i, wciąż jeszcze podczas strajku, pomnik skierowano do realizacji. Wtedy też ustalono termin odsłonięcia – w rocznicę wypadków grudniowych, 16 grudnia 1980 roku.

Po podpisaniu porozumień powołano do życia Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który ogłosił konkurs na opracowanie koncepcji rzeźbiarsko-architektonicznej. Wygrał zespół Bogdana Pietruszki, ten naszkicowany podczas Strajku na odwrotnej stronie jakiegoś urzędowego, ten z czterema krzyżami. Tylko że w międzyczasie postanowiono, iż krzyże jednak będą trzy. Dla przypomnienia śmierci Jezusa i trzech zabitych podczas Grudnia 1970 roku. Zabito ich w tym miejscu, gdzie teraz stawał pomnik. Z Pietruszką pracowali znani gdańscy rzeźbiarze Robert Pepliński, Elżbieta Szczodrowska-Peplińska i Wiesław Szyślak oraz architekci Jacek Krenz i Wojciech Mokwiński. Od 30 listopada trwały prace przy budowie, odsłonięcie nastąpiło zgodnie z planem 16 grudnia 1980 roku.
Pomnik składał się więc z trzech krzyży o wysokości 42 metrów i wadze 42 ton każdy, ustawionych na planie trójkąta, o nieregularnych, spękanych kształtach. Spinają je trzy kotwice, po dwie tony każda, które, podobnie jak krzyże, są zarówno symbolem stoczniowców, jak chrześcijańskim znakiem nadziei. Krzyże mają jeszcze dodatkową symbolikę – są znakiem żałoby. W dolnej części pomnika umieszczone zostały wykonane ze stali nierdzewnej płaskorzeźby, przedstawiające życie stoczniowców, wykonane przez Roberta Peplińskiego i Elżbietę Szczodrowską. Na płaskorzeźbach zostały umieszczone daty protestów stoczniowców – 1956, 1970, 1980 i 1981. Na jednej z płyt umieszczono dwa fragmenty wiersza Czesława Miłosza, ułożone jednak tak, jakby były całością:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
nie bądź bezpieczny,
poeta pamięta.

Możesz go zabić, narodzi się nowy,
spisane będą czyny i rozmowy.


Wszyscy byli na odsłonięciu Pomnika, Stefan i Basia też. Chcieli zabrać Małgosię, ale rodzice Stefana się nie zgodzili, przy czym nie chodziło im o politykę, ale o to, że jest ciemno, zimno i tłok, dziewczynka została więc z dziadkami.

Rzeczywiście było ciemno, zimno i tłoczno, nic nie było widać, ale nastrój był podniosły i tak dobrze było stać razem z innymi. Na zakończenie swojej przemowy Wałęsa chciał powiedzieć, że spotkamy się tu za rok i wtedy się rozliczymy. Miał na myśli rozliczenie władzy za śmierć tych stoczniowców, ku czci których teraz odsłanialiśmy pomnik. Przejęzyczył się jednak i powiedział, „a za rok się rozlecimy”. I było to niestety prorocze.

Po skończonej uroczystości Stefan i Basia zabrali ze sobą jakieś przyjezdne osoby, którym trzeba było dać nocleg, i pojechali do rodziców do Wrzeszcza. Na pewno była z nimi Joanna Szczęsna, ubrana w dwie sukienki, jedna na drugą – pod spodem batystowa, niebieska, a na wierzchu dżinsowa. Bardzo to ładnie wyglądało, oceniła Basia.

– Wiesz, powiedziała Basia, wydaje mi się, że ja znam tę panią Szczodrowską.
– O, zdziwił się Stefan.
– Jak byłam dziewczynką, przyjeżdżała do babci na wieś taka cienka, wysoka rzeźbiarka z Gdańska. Wszyscy mówili, że była szurnięta, bo dziwacznie gadała i wciąż coś rysowała. A czasem lepiła z gliny to, co narysowała. Kiedyś ulepiła mnie.
– No coś ty?
– No tak, taką małą głowę na bardzo długiej szyi. Chciała nawet, żebym jej pozowała do aktu, ale mama dostała ataku wściekłości i na tym się sprawa skończyła.
– A ta głowa, gdzie jest?
– Nie wiem, może jest gdzieś tam w szopie. Ta kobieta zrobiła trzy różne głowy, dwie zabrała do Gdańska, ale jedną nam zostawiła.

Gdy następnym razem pojechali do Matemblewa, poszli do składziku w głębi stodoły, przerzucili tony jakichś rupieci i głęboko pod spodem, znaleźli wysmotruchaną i lekko poobijaną głowę dziesięcioletniej Basi. Miała prostą grzywkę i koński ogon. I rzeczywiście – nadzwyczajnie długą szyję.

Zabrali tę głowę do Gdańska i powiesili w kuchni, ale po jakimś czasie Basia ją zdjęła i schowała do szafy.

– Nie lubię, jak ona na mnie patrzy.
– Jaka ona? Przecież to ty.
– Chyba nie, to jednak raczej starorzymska larwa i straszy.

Stefan myślał o tym, żeby pójść z tą głową do rzeźbiarki i zapytać, czy to jej dzieło, ale Basia nie chciała. Wolała poczucie, że kiedyś jako dziecko pozowała Szczodrowskiej (“samej Szczodrowskiej”) niż ewentualne rozczarowanie, gdyby się okazało, że jednak nie.

– A zresztą, ona na pewno nie pamięta każdej swojej byle jakiej rzeźby, powiedziała Basia. Stefan był zdania, że na pewno pamięta, ale była to Basi rzeźba i Basi portret, tylko ona więc mogła w tej kwestii decydować. Gdy Stefan wyjeźdżał do Berlina, zabrał tę głowę ze sobą. Do Nowego Jorku nie pozwolono mu jej jednak zabrać. Gdy szedł w stronę bramy, obrócił się jeszcze raz, żeby po raz ostatni (czuł, że jest to po raz ostatni) popatrzeć na Berlin, Niemcy, Europę. Ostatnie co zobaczył, to wypełniony po brzegi kosz na śmieci. Głowa Basi leżała na szczycie, twarzą do dołu.

Stefan wzdrygnął się. Zły omen.

Pokolenie Solidarności (19)

Ewa Maria Slaska

Solidarność sumień (1980)

Piękne słowo solidarność, napisał ksiądz Józef Tischner w książeczce Etyka Solidarności, która zaczynała się jego słynnym kazaniem wygłoszonym do stoczniowców w Częstochowie, na Jasnej Górze w październiku 1980 roku. Piękne słowo solidarność. Niesiemy je jak radość i jak brzemię.

Rzućmy okiem na ciężar, który niesiemy. Co znaczy to stare i nowe zarazem słowo „solidarność”?

Gdyby trzeba było bliżej określić znaczenie słowa „solidarność”, to należało by sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Jedni drugich ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże. Cóż znaczy być solidarnym? Znaczy nieść ciężar drugiego człowieka.

Słowo solidarność skupia w sobie nasze pełne niepokoju nadzieje, pobudza do męstwa i do myślenia, wiąże ze sobą ludzi, którzy jeszcze wczoraj stali od siebie daleko. Historia wymyśla słowa, aby następnie słowa mogły kształtować historię. Słowo «solidarność» przyłączyło się do innych, najbardziej polskich słów, aby nadać nowy kształt naszym dniom. Jest kilka takich słów: «wolność», «niepodległość», «godność człowieka» – a dziś «solidarność». Solidarność nie potrzebuje wroga lub przeciwnika, aby się umacniać i rozwijać. Ona zwraca się do wszystkich, a nie przeciwko komukolwiek. Trzeba zrobić porządek w domu. Właśnie to, co trzeba zrobić, zespala i pobudza do czynu. Zespala głębiej i trwalej niż strach przed wrogiem. Chcemy być narodem zespolonym, ale nie zespolonym strachem. Chcemy, aby nas jednoczył nasz najprostszy ludzki obowiązek. Przeżywamy dziś niezwykłe chwile. Ludzie odrzucają maski, wychodzą z kryjówek, ukazują prawdziwe twarze. Jesteśmy dziś tacy, jacy naprawdę jesteśmy. To, co przeżywamy, jest wydarzeniem nie tylko społecznym czy ekonomicznym, lecz przede wszystkim wydarzeniem duchowym.

Najgłębsza solidarność jest solidarnością sumień.

Solidarność jest dziełem nie tylko tych, którzy zawsze mieli sumienia, ale również tych, którzy je w sobie odbudowali.

W październiku w sklepach zabrakło nawet ziemniaków. Lato było mokre i ziemniaki zgniły na polach. Prości ludzie, którzy nie umieli rozróżnić stron, ani świata, ani politycznych, uznali, że klęska nieurodzaju jest karą boską za strajki. Jako autorka myślę, że przez ostatnich 40 lat niewiele się zmieniło. Głupców nie sieją, a i tak rosną.

W listopadzie 1980 roku Gdańsk wyglądał jak mała Portugalia. Napisy i plakaty były praktycznie wszędzie. Czerwony napis Solidarność z powiewającym sztandarem – symbol nadchodzących dni. Rozmowy jak karuzele obracające się wokół kilku zaledwie słów, wyznaczających ogromne połacie życia. Demokracja, odnowa, reforma gospodarcza, nowe związki i solidarność. Ogólna burza mózgów i każdy staje się politykiem.
– Na czym ma polegać reforma?, zapytała Basia podczas obiadu. Stefan skończył przeżuwać nieśmiertelnego klopsa. W sklepach nadal nic nie było, oprócz jakichś strasznych ochłapów. Basia twierdziła, że napisze książkę kucharską pod tytułem Sto potraw z ochłapów.
– Zniesienie limitu zatrudnienia i wolność w rozdzielaniu funduszu płac, a z góry tylko generalne wytyczne, a nie drobiazgowy plan. To powinno wystarczyć na początek.
– Gadasz zupełnie jak w telewizji. Nigdy w życiu bym czegoś podobnego nie wymyśliła.
– A jak myślisz, skąd ja to wiem? Też z telewizji.
– Ale tam są same pyskówki.
– Takie czasy nastały, walka na argumenty. Jest dobrze. Dziesięć lat temu strzelali i zamykali.
– Ale to już się robi nie do wytrzymania. Wieczna gadanina. Wszyscy łażą do wszystkich, rozsiadają się wygodnie i zaczynają odbudowywać świat.
– No nie wszyscy, jak przyszła Anna Walentynowicz, to siedziałaś i słuchałaś dokładnie tak samo jak Tadzio.
– A ja dostałem baloniki, czerwone, niebieskie i zielone, poinformował rodziców Tadzio. Z Japonii.
Była to prawda, Walentynowicz, gdy spotykała się z różnymi delegacjami z zagranicy, dostawała jakieś prezenty i rozdawała je znajomym dzieciom. Te baloniki Tadzio miał zapamiętać na całe życie, bo były pierwsze, jakie w ogóle zobaczył.
– Tak, synku, wiemy, powiedział Stefan.
– A pan Jaskólski z dołu mówił, że mieli jej oddać pracę, że po to były te całe cholerne strajki, a ona teraz ważniaczkę struga i wcale nie pracuje.
– Tadziu, zdziwił się Stefan, ale oczywiście pani Ania pracuje. Chyba nie wszystko, co mówi pan Jaskólski, jest zgodne z prawdą, wiesz. Ludzie często nie wiedzą różnych rzeczy, a mimo to mówią, bo lubią mówić. Pani Ania ma już 50 lat, niedługo pójdzie na emeryturę. Wiesz, co to znaczy? Jak ludzie długo pracują, to potem nie muszą już pracować, a i tak dostają pensję. To się nazywa emerytura. No więc pani Ania pracowała już bardzo długo. Zaczęła pracować jako mała dziewczynka. Miała 12 lat, wiesz. Potem pracowała w Stoczni. To jest ciężka praca, ona się upominała o to, żeby ta praca dla wszystkich była trochę lżejsza. Miała iść niedługo na emeryturę, i wtedy ją zwolnili z pracy.
– Aha, czyli pan Jaskólski miał rację.
– Miał i nie miał, westchnął Stefan. Ale tak, o to też były te strajki i cieszymy się, że pani Ania wróciła do pracy.
– I mogła mi dać baloniki.

10 listopada Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ Solidarność. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność. Polska szalała z radości, ludzie dzwonili do siebie bez opamiętania i wykrzykiwali nowinę zamiast przywitania. Stefanowi przypomniała się stara, zapomniana historia o szewcu Załuskim.

– O radości, iskro bogów, powiedział.
– Kwiecie elizejskich pól, odpowiedziała machinalnie Basia. Samorządny, dziwny wyraz. Wiem, nie musisz mi tłumaczyć, rządzi się sam, czyli jest niezależny od władz, partii i innych kacyków, ale jakoś dziwnie brzmi. Dlaczego nie samorządowy?
– Bo samorządy to władze, a związek zawodowy to nie władza, tylko reprezentacja pracowników, samodzielnie kierująca swą działalnością.
– Mama, zawołał Tadzio z drugiego pokoju. Chodź, coś ci pokażę.
– Widzisz? Tadzio pokazał Basi figurkę z plasteliny. To jest prezes.
– Bardzo ładny prezes. A czego on jest prezesem?
– Zaraz zrobię więcej prezesów i to będzie komitet strajkowy Solidarności.
– Teraz nie ma strajków.
– Ale moje prezesy zrobią strajk. Albo nie. Oni zrobią komitet założycielski i wybory, jak u taty w pracy. A kiedy ja będę mógł być w Solidarności?
– Jak będziesz duży.
– I też będę strajkował?
– Mam nadzieję, że już nie będzie trzeba.
– A dlaczego teraz było trzeba?
– Bo ludzie chcieli demokracji.
– A co to jest demokracja?
– Prawo wszystkich ludzi do równego prawa, równych przywilejów i obowiązków i równego udziału w życiu społecznym, odezwał się Stefan z kuchni.
– A wczoraj ten pan w telewizorze, ten co zawsze, mówił demokratyzacja a nie demokracja, powiedział Tadzio.
Stefan przyniósł do pokoju miskę gotowanego bobu.
– Może się pomylił, powiedział, stawiając miskę i talerzyki na stole, bo nam nie chodzi o demokratyzację, tylko o demokrację. Chcesz się pouczyć na gitarze?
– Tak, chcę, wrzasnął Tadzio.

Zaczęli więc grać i tak im dobrze szło, że byli prawie tak dobrzy jak Gintrowski z Kaczmarskim.

Póki co jednak w Polsce wprowadzono kartki.

Przyznaję jako autorka, że choć kartki pamiętam bardzo dobrze, to nie pamiętam ani konkretnych dat, ani zawiłości organizacyjno-prawnych, związanych z ich wprowadzeniem. Sięgam więc do Wikipedii, choć nie jestem pewna, że wszystko było tak, jak tu napisano.

W roku 1980 kartki wprowadzono po raz trzeci. Starsi pamiętali niemieckie kartki z czasów wojny, ale pamiętali też kartki z okresu powojennego i lat 50. Trzeci okres systemu kartkowego rozpoczęło wprowadzenie kartek na cukier w lipcu 1976 roku. Kartki najpierw drukowano z licznymi zabezpieczeniami, niemal jak banknoty, co później zostało uproszczone. Zniesiono je 1 listopada 1985 roku, czyli niemal po 10 latach. W trakcie wydarzeń sierpniowych z 1980 jednym z 21 postulatów było wprowadzenie kartek na mięso, które faktycznie wprowadzono 28 lutego 1981 roku. System kartkowy został rozszerzony 30 kwietnia 1981 roku i obejmował wszelkie przetwory mięsne, masło, mąkę, ryż i kaszę; 1 września 1981 roku system objął też mydło i proszek do prania. Po wprowadzeniu stanu wojennego system został rozszerzony na czekoladę, alkohol, benzynę. W szczytowym okresie reglamentacji jako dowody zakupu stosowano też książeczki zdrowia dziecka, w których sklep wstemplowywał każdy zakup waty, pieluch, mleka w proszku, masła itp., albo np. pokwitowania z punktów skupu makulatury, uprawniające do zakupu papieru toaletowego. Reglamentacją objęto też papierosy, co Basię bardzo obeszło, bo paliła, i wódkę, ale wódka była na razie mniej ważna.


Jest oczywiste, że duże fragmenty tego rozdziału zawdzięczam księdzu Józefowi Tischnerowi, a fragment o kartkach Wikipedii.

W szarym świecie

Dziękuję Konradowi za podsunięcie mi tego tematu

Na portalu wykop.pl, na którym można sobie dyskutować o wszystkim, co akurat człowiekowi przyjdzie do głowy, pojawił się taki wpis:

Różne rodzaje ślepoty barw (potocznie daltonizmu) i częstość ich występowania


W dyskusji pod wpisem wzięli udział chyba głównie ludzie dotknięci tą przypadłością (a raczej chyba powinno się powiedzieć – jedną z tych przypadłości). Opisywali swoje problemy, ale też dyskutowali o różnicach pomiędzy poszczególnymi fazami nierozróżniania kolorów (na przykład ci co widzą normalnie, widzą różowy, ale już ci następni – nie). Jeden z komentatorów zauważył: “Podobno na atolu Pingelap na Oceanie Spokojnym tę najrzadszą wadę, achromatopsję, z racji małej puli genowej posiada aż 10% mieszkańców wyspy. Teoretycznie nie jest to jakaś wada zagrażającą życiu i jest wiele gorszych przypadłości chowu wsobnego, ale mieszkać na egzotycznej wyspie z pięknymi plażami, nie mogąc zobaczyć większości kolorów, to trochę jednak lipa.”

Ktoś inny zauważył jednak, że skoro nie widzą, to nie wiedzą, czego nie widzą.

Sprawa mnie zainteresowała, bo interesują mnie wyspy, które są jedną ze ścieżek baratarystycznych, a zatem co wiem o atolu Pingelap:

Zdjęcie po lewej NASA (wzięte z Wikipedii); zwykła mapa jest jednak znacznie bardziej czytelna.


Na mapie widać, że Pingelap składa się z trzech wysp. Atol jest częścią Mikronezji. Teoretycznie ma 29 km² powierzchni, ale Wikipedia wkłada tę informację między bajki i, oceniając zdjęcie wykonane przez NASA, zakłada, że tak naprawdę powierzchnia atolu wynosi 5 km², w tym 1,75 km² lądu i 1,20 km² laguny; resztę stanowią zalane wodami Oceanu rafy koralowe. Laguna ma dwie zatoki, głębokie na około 40 metrów.

Atol został odkryty w roku 1793 przez niejakiego Thomasa Musgrave. Był wtedy zamieszkały już od kilkuset lat i dosyć gęsto zaludniony. Mieszkańcy żywili się rybami oraz orzechami kokosowymi, owocami drzewa chlebowego i bananami. Jednak wkrótce potem wyspy padły ofiarą tajfunu Lengkieki. Większość mieszkańców zginęła, a ci, co ocaleli, umarli z głodu, bo katastrofa pozbawiła wyspy całej wegetacji. Katastrofę przeżyło tylko 20 mieszkańców. Stopniowo populacja zaczęła wzrastać, ale w czwartym pokoleniu po katastrofie zaczął się objawiać daltonizm.

20 osób, też pewnie zresztą ze sobą spokrewnionych, jako prarodzice są rzeczywiście ubogą pulą genetyczną. No, ale w końcu Adam i Ewa byli tylko we dwójkę, a zaludnili całą ziemię. Wśród potomków Adama i Ewy przypadek achromatopsji zdarza się raz na 30 tysięcy. Na Pingelapie przydarzyło się jednak inaczej. Obecnie żyje tam około 250 osób (inne źródła podają, że ponad 400), z czego jedna trzecia całkowicie nie rozróżnia kolorów.

Można by też zapytać, skąd komentator na wykop.pl w ogóle wiedział o tym, że na Pingelap jest największy na świecie procent tych, kórzy nie rozróżniają kolorów, ale w przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że znany neurolog, Oliver Sacks, odwiedził wyspę w towarzystwie achromatyka z Norwegii, podjął tam działalność na rzecz wyspiarzy, a potem opublikował książkę, o której Sunday Times napisał:

Oliver Sacks, wybitny neurolog i psychiatra, autor wielu bestsellerowych książek, między innymi „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, „Przebudzeń”, „Muzykofilii” i „Oka umysłu”, od zawsze fascynował się wyspami, frapowała go ich tajemniczość oraz bogactwo wyjątkowych form życia. Zwabiony na maleńki atol Pingelap na Pacyfiku doniesieniami o żyjącej tam odizolowanej społeczności wyspiarzy rodzących się z całkowitym daltonizmem, Sacks otwiera klinikę w pomieszczeniu będącym apteką. Przyjmuje pacjentów, którzy opisują swój bezbarwny świat słowami, oddającymi różnorodność wzorów, świateł i cieni. Pobyt na wyspach na nowo rozbudził w Sacksie zainteresowanie botaniką, szczególnie zaś prymitywnymi sagowcami. Wszystko to skłoniło go do rozważań na temat roli wysp, rozprzestrzeniania się gatunków, pochodzenia choroby i zawiłości biologicznych aspektów ludzkiego istnienia.

„Dzięki prostocie swojej prozy i nadzwyczajnej ciekawości świata Sacks przypomina, jak cenne jest nasze życie”.

Cytat za lubimyczytac.pl.

Działalność Sacksa nie była tylko zaspokajaniem ciekawości badawczej autora. Na stronie internetowej achromatyków znajduję informację, że na wyspie nie ma żadnego okulisty i żadnego optyka.

Tłumaczenie od górnej linijki do dolnej: Powierzchnia / Ilość mieszkańców / Achromatycy / % achromatyków w społeczeństwie / Praktykujący lekarze okuliści / Zakłady optyczne

***

Co szósty mieszkaniec atolu Pingelap nie widzi kolorów. Ale co to właściwie jest kolor? Co widzimy, jak widzimy kolor? Oczywiście wiemy, kolor to jest fala elektromagnetyczna, wytwarzana przez światło padające na dany przedmiot. To ono nadaje barwę i tę informację nasze oczy przekazują do mózgu. Ale czy to, co tu napisałam, wyjaśnia naprawdę, co to jest kolor? Naukowcy przeprowadzili pewien eksperyment – nazwali go pokojem Marii i gdy czytałam o mieszkańcach Pingelap, cały czas myślałam o pokoju Marii.

Uwaga, filmik jest po angielsku.

Pokój Marii jest podobno czarny i biały, ale tak naprawdę pokój Marii jest szary. Szary świat, szare widzenie, szary atol, szary pokój. Na zdjęciu poniżej – jeden z najsłynniejszych adresów w Berlinie, szary pokój Wolfa Biermanna, szary jak pokój Marii. Okładka płyty z roku 1969:

Biermann siedzi w fotelu, na stole stara maszyna do pisania. Książki. Obrazy. Okładka słynnej płyty muzyka, pierwszej wydanej wspólnie z Wolfgangiem Neussem po obłożeniu Biermanna w NRD całkowitym zakazem wystąpień. Nagranie płyty, dokonane w pokoju obok, zostało przeszmuglowane na Zachód, gdzie ukazało się w znanym lewicowym wydawnictwie Wagenbacha.

Jeden dzień, jedno zdanie

Ewa Maria Slaska

Berlińska autorka Annett Gröschner zaproponowała kiedyś opisywanie każdego dnia jednym zdaniem. Annett sugerowała stosowanie surowych zasad – to znaczy, że rzeczywiście trzeba zapisywać jedno zdanie każdego dnia, ma ono dotyczyć stosunków ze światem zewnętrznym, ma być opatrzone datą, godziną i miejscem. Niestety, mimo iż propozycja bardzo mi się spodobała, nie potrafiłam się do niej zastosować konsekwentnie i rygorystycznie. Najczęściej nie wiem więc, kiedy miało miejsce zdarzenie, które opiszę tu Wam jednym zdaniem, może było to niedawno, może kilka dni temu, może ostatnio, może kiedyś. Problemem jest też owo jedno zdanie. Może się mylę, ale wydaje mi się, że w niemieckim zbudowanie jednego zdania jest jednak prostsze niż po polsku. Ale może to nieważne. Chyba chodzi o to, żeby pisać krótko i zwięźle.

Z takich “jednych zdań” składa się pierwszy rozdział Lat, najsłynniejszej książki tegorocznej noblistki, Annie Ernaux. Nie jestem tym zachwycona (podobnie jak samą książką i jej autorką), ale gdy Annett uczyła mnie, jak zapisywać świat jednym zdaniem, nie widziałam tej książki, ba, nawet o niej nie wiedziałam.

***

Wpis został zilustrowany przez Konrada we współpracy ze Sztuczną Inteligencją Dall-E.

***

Marzec. Jadę do domu metrem numer 6. Obok mnie siedzi szczupły chłopiec, na oko dwunastolatek, na przeciwko jego znacznie większy i grubszy kolega. “Wiem wszystko”, mówi ten mniejszy, “możesz mnie zapytać o cokolwiek, odpowiem ci na każde pytanie”. Większy mówi niewyraźnie, nie wiem więc, o co pyta. Mały rzeczywiście odpowiada na wszystkie pytania. Robi to miło, bez cienia arogancji czy zarozumiałości. Po prostu wie wszystko. Mianowałabym rodziców tego chłopca ministrą i ministrem wychowania publicznego – wychowali miłego, inteligentnego, otwartego chłopaka, który czuje, że wie wszystko i jest w stanie to wyrazić, pozostając sympatycznym, otwartym, uśmiechniętym młodym człowiekiem.

***

Kwiecień. Notatki w telefonie: Zaufania nie można chcieć ani wymusić, ale można się go nauczyć; wytrenować; przyzwyczaić się, że warto mieć zaufanie, warto je kultywować; zaufanie jest ryzykiem; źle ulokowane może nas kosztować bardzo dużo, ale zaufanie może być również użytecznym, ułatwiającym życie sposobem funkcjonowania wśród ludzi.

***

Sierpień. Jadę metrem. Siedzę sama. Na dwóch ławkach po przeciwnej stronie, naprzeciwko siebie siedzi dwóch mężczyzn. Obaj są bardzo szczupli i mają pociągłe twarze, ale tylko to ich łączy, bo są swoim całkowitym przeciwieństwem. Jeden jest stary, biały, blady, ma siwe włosy i jest ubrany na biało. Drugi jest młody, czarny, ma czarne dredy i czarne ubranie. Wyglądają jak negatyw i pozytyw tej samej postaci, odbitej nie tylko na osi lewo – prawo, ale też na osi czasu. Do wagonu wsiada bardzo hałaśliwy, niestetyczny i niedomyty bezdomny. Coś głośno wykrzykuje. Obaj identyczni mężczyźni, biały i czarny, obracają się w jego stronę i patrzą na niego z identyczną zdumioną miną.

***

Wrzesień. Stacja kolejki S-Bahn Tempelhof. Na ławce siedzi odziany w jasnozielone ubranko niewysoki, tęgi facet z potarganą siwawą brodą i takimiż włosami; wygląda jak duży krasnolud i czyta powieść pt. Rückkehr der Zwerge (Powrót krasnoludów).

***

Październik. Jadę autobusem do Szczecina. Na dworcu autobusowym widzę rodzinę, chyba romską, tata, mama i pięcioro dzieci. Przed nimi siedem kolorowych walizek w kolorach tęczy, każda coraz mniejsza.

***
Kiedyś, w międzyczasie, czyjaś uwaga na Facebooku: Rośliny nas hodują, a jak umieramy, żywią się nami.

***

W dzień częściowego zaćmienia słońca (24.10.2022 o godzinie 11) poszłyśmy z koleżanką do lasu na grzyby. Zaćmienia słońca, jako żywo, nie widziałyśmy, grzybów też niewiele, ale za to było takie coś, co na pewno jest w stanie żywić się nami:


Tu kończy się możliwość opisania tego czegoś jednym zdaniem. Nie wiemy, co to jest. Wygląda jak orchidea. Tak mi się wydaje. Następnego dnia koleżanka przysyła wyjaśnienie z Wikipedii.

https://de.m.wikipedia.org/wiki/Tintenfischpilz

Zdaniem niemieckiej Wikipedii jest to grzyb i jest jadalny. Nazywa się Tintenfischpilz – grzyb-kałamarnica i został przywleczony do Europy na początku XX wieku z Australii lub Nowej Zelandii. Dlatego też po polsku nazywa się okratek australijski. Najpierw wyrasta jako tzw. jajo, które jest białawe i ma wysokość ok. 5 centymetrów, a średnicę około 3 centymetrów. Gdy jajo dojrzeje, pęka i wysuwa się z niego receptakl (tak! taki wyraz), który może nawet osiągnąć wysokość 15 centymetrów. Również ten (s)twór musi dojrzeć i wtedy pęka na 4-6 czerwonych ramion. Przypomina wtedy czerwoną ośmiornicę, stąd też jego niemiecka nazwa. W tej postaci grzyb brzydko pachnie, co nie dziwi specjalnie, bo w końcu jest krewniakiem sromotnika smrodliwego. W Niemczech owocniki okratka nazywa się potocznie “jajami czarownicy” (Hexeneier).

Diabelska sprawa to zaćmienie słońca. Nawet jeśli go nie widziałyśmy.

Ewa Śląska jesienią

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
………………autor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni 1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Don Kichot w Berlinie (SI)

Ewa Maria Slaska

Wszystko co wiem o sztucznej inteligencji (SI) i co tu piszę, wiem od Konrada, ale wszystkie błędy i przeinaczenia w tym wpisie są tylko i wyłącznie moje. To nie jest tekst informacyjny, to takie sobie dywagacje.

Najpierw, kilka tygodni temu, gdy Hiszpania była głównym gościem tegorocznych Targów Książki we Frankfurcie, Christine Ziegler przysłała mi artykuł z berlińskiej gazety codziennej Tagesspiegel. Traktował o współczesnej literaturze Hiszpanii, a zilustrowany był miedziorytem, przedstawiającym Don Kichota i Sancho Pansę dyskutujących o sensie walki z wiatrakami. Nie mieli oni z tematem i tekstem artykułu nic wspólnego. Tekst był od Sasa, a ilustracja od Lasa. Nie została podpisana, nie wiadomo kto jest jej autorem, a zaczerpnięta została ze zbioru fotografii i reprodukcji. Wyglądało to tak, jakby tę stronę w gazecie ułożyła wyszukiwarka. System wybrał z tekstu dwa najważniejsze wyrazy – literatura i Hiszpania – i dokonał wyboru. Wybór był zaś oczywisty. Literatura i Hiszpania dają Don Kichota z Sancho Pansą.

Przypomniało mi to dawny żart z PRL o początkach polskiej komputeryzacji. Tak na marginesie przypomnę, choć nie ma to w tej historyjce żadnego znaczenia, że były to czasy, gdy komputery zajmowały wielkie budynki. Biuro polityczne wzywa informatyka i każe mu ułożyć jadłospis dla żołnierza – pożywny i tani. Specjalista stawia komputerowi zadanie, ten liczy i bach bach, otrzymujemy wynik: żołnierz powinien zjadać 200 kilo ziemniaków tygodniowo.

Skłania mnie to do rozmyślań o tym, jak funkcjonuje stopniowe wchodzenie do naszego życia sztucznej inteligencji. Zasadniczo, wbrew pozorom, mamy z nią jeszcze stosunkowo rzadko do czynienia. Systemy, które się teraz pojawiają i zatruwają nam życie, gdy próbujemy zatelefonować do banku lub umówić wizytę u lekarza, nie są w ogóle sztuczną inteligencją, są nieudolną cyfryzacją tego, co wciąż jeszcze człowiek robi znacznie lepiej niż automaty. Automat nic nie umie, oprócz tego, co mu zapisano, niczego się nie uczy i o niczym nie decyduje. Facebook, który jak dotąd wciąż jeszcze nie wpadł na to, że mój syn jest moim synem, lub systemy, które podsuwają mi reklamy łóżek, gdy już dawno kupiłam i łóżko, i materac, też nie operują żadną sztuczną inteligencją, a co co najwyżej lepiej lub gorzej funkcjonującymi algorytmami. Te jednak są już w stanie dokonać wyboru.

No cóż, wybór często taki właśnie. Don Kichot i Sancho Pansa mają zjeść 200 kilo ziemniaków, albo pojawią się jako ilustracja w artykule, w którym nawet aluzyjnie i metaforycznie nikt się do nich nie odwołuje.

Gdy tak rozmyślałam sobie o sensie i bezsensie tej ilustracji i o tym, że podpis gwarantuje prawa licencyjne owego zbioru zdjęć, nie troszczy się natomiast o autora, bo cóż on jest wart, skoro działał w XIX wieku i już dawno umarł, Konrad powiedział mi, że uzyskał dostęp do świetnego portalu DALL-E, na którym sztuczna inteligencja na podstawie podanych haseł w kilka sekund tworzy obrazy.

Hasła dla poniższych obrazów wybrał Konrad, a brzmiały one najpierw “Don Quixote in Berlin”:

Potem zaś: “real-life Don Quixote at Tempelhoferfeld”:

Tu natomiast dodane zostało jeszcze hasło: “impresjonizm”, choć powiedziałabym, że ten obraz po lewej jest raczej ekspresjonistyczny niż impresjonistyczny, tym niemniej efekty są niebywałe.

***

Konrad wybrał też inne hasła, a wykonane przez SI obrazy wstawiłam już do różnych wpisów lub będę je z czasem wstawiała. Poszukajcie od czasu do czasu tagu “sztuczna inteligencja”.