Niedawno pojawł się to na blogu wpis o kobietach w czarnych sukniach. Spodobał się Wam. Było dużo miłych reakcji, a Christine Ziegler przysłała mi dwa moje zdjęcia w czerwonych sukniach (dziękuję, Krysia!).
I tak się złożyło, że właśnie wczoraj przygotowałyśmy obie, Krysia Koziewicz i ja, zaproszenie do Polskiej Kafejki Językowej o, tak, o Krystynach w czerwonych sukniach.
Na tych zdjęciach to ja, Ewa. Pierwsza fota została zrobiona przez Christine Ziegler, druga pochodzi z filmu “Legenda Zygmunta Blask”, reżyseria Jemek Jemowit, kamera – Krzysztof Honowski; trzecie zdjęcie zrobiła Krystyna Koziewicz 24 lutego, podczas wernisażu prac powarsztatowych projektu Polkopedia w Regenbogenfabrik.
Ewa Maria Slaska, Berlin & Mirosław Makiewicz, Szczecin
Ze Szczecina przyszła taka maleńka i bardzo celna mowa pożegnalna. Napisał ją Mirek Makiewicz, wieloletni przyjaciel Folkera i Anne, ale też nasz, Eli Kargol, Krysi Koziewicz i mój.
Człowiek wielkiego serca i wielkich zasług. Najbliżsi zawsze mogli na niego liczyć. W trudnych czasach zdobył niezbędne wykształcenie. Wkrótce założył rodzinę i wychował dwoje dzieci. Doczekał się trzech wnuków (czwarty, Odo, przyszedł na świat w dwa dni po jego śmierci), które wszystkie tu są z nami i żegnają zmarłego. Przez wiele lat pracował na Wolnym Uniwersytecie, gdzie przeszedł wszystkie szczeble awansu zawodowego. Wierny członek i wyborca SPD. Na emeryturze przez wiele lat czynnie zaangażowany w towarzystwie Partnerstwo Miast Szczecin – Kreuzberg/Friedrichshain, gdzie perfekcyjnie pełnił funkcję skarbnika. Nigdy nie odmawiał pomocy potrzebującym. Wiele osób właśnie jemu zawdzięcza swoje osiągnięcia i sukcesy.
Ja też. Pisałam już o tym. To dzięki niemu, Anne i Wolfgangowi Hahnowi zorganizowaliśmy w roku 2015 tu, na tym cmentarzu wystawę o polskich grobach w Berlinie i niemieckich w Szczecinie, a potem wydaliśmy książkę, zatytułowaną Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Pozwoliłam sobie przynieść tu kilka egzemplarzy tej książki. To publikacja po polsku i po niemiecku. Może kogoś zainteresuje. Jeśli tak, to proszę sobie wziąć egzemplarz.
To taki mój mały gest dziękczynny w stosunku do Folkera. Dziękuję Folker i pamiętaj, nie umarłeś!
Przyjemnej lektury.
Aus Stettin kam eine kleine und sehr treffende Abschiedsrede. Sie wurde von Mirosław Makiewicz geschrieben, einem langjährigen Freund von Folker und Anne, aber auch von uns, Ela Kargol, Krysia Koziewicz und mir.
Er war ein Mann mit großem Herzen und großen Verdiensten. Die Menschen, die ihm am nächsten standen, konnten sich immer auf ihn verlassen. In schwierigen Zeiten erwarb er die notwendige Bildung. Er gründete bald eine Familie und zog zwei Kinder groß. Er erlebte drei Enkelkinder (das vierte, Odo, wurde zwei Tage nach seinem Tod geboren), die alle hier bei uns sind, um von dem Verstorbenen Abschied zu nehmen. Er war viele Jahre lang an der Freien Universität tätig, wo er alle Stufen der beruflichen Beförderung durchlief. Er war ein treues Mitglied und Wähler der SPD. Im Ruhestand engagierte er sich viele Jahre aktiv in der Städtepartnerschaft Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain, der er als Schatzmeister hervorragend diente. Immer hat er Bedürftigen geholfen. Viele Menschen verdanken ihm ihre Leistungen und Erfolge.
So auch ich. Darüber habe ich bereits geschrieben. Ihm, Anne und Wolfgang Hahn ist es zu verdanken, dass wir 2015 hier auf diesem Friedhof eine Ausstellung über polnische Gräber in Berlin und deutsche Gräber in Stettin organisiert und später ein Buch mit dem Titel Ich bin nicht tot/ Nie umarłem veröffentlicht haben. Ich habe mir erlaubt, ein paar Exemplare dieses Buches hierher zu bringen. Es ist eine Veröffentlichung in polnischer und deutscher Sprache. Vielleicht wird es jemanden interessieren. Wenn ja, nehmen Sie bitte ein Exemplar und lest es.
Er wird es mit Euch mitlesen. Danke Folker. Und wir glauben Dir, Du bist nicht tot.
Było tak, pewnej nocy śnił mi się uporczywie pewien sen – uporczywie, tak jak to bywa niekiedy ze snami, rozwiązywałam wciąż od nowa to samo zadanie – miałam zrobić kolaż na temat słynnej Polki w czarnej sukni. Myślę, że to była reminiscencja przeprowadzonych 20 stycznia warsztatów, mających wzbogacić Polkopedię… hola, stop, bo mi główny temat ucieknie. No więc kolaż na temat tej kobiety, o której nic nie wiedziałam, tylko ta czarna suknia, długa, ozdobna, obfita, sugerująca, że chodzi o portret z XIX wieku. We śnie usiłowałam się dowiedzieć, kto namalował tę kobietę, czy Rodakowski?
Przyszła wczoraj pocztą. Książka z bloga! Nawet nie wiecie, jaka to radość dla adminki, jak się takie dzieła ukazują. Było ich już kilka, czasem o nich tu pisałam, kto chce, niech sobie poszuka, a ja tymczasem zajmę się moim kolejnym dzieckiem. Oczywiście, to nie moje dziecko, to Zbych Milewicz napisał tę książkę, ale, jak słusznie zauważył w dedykacji, to ja byłam akuszerką tego dziecka.
Bułki, bo u autora często zdarza się, że wszyscy coś jedzą, coś przeżuwają, coś mamlą. Często są to bułki. Po bułki się też wstaje rano i idzie.
Turecki Don Kichot, przysłany z urlopu przez Monikę Wrzosek-Müller
Ale jednak, nie ma co, zacznijmy od początku.
Są takie dni, że nie chce mi się ani pisać, ani czytać. Nie chce mi się oglądać filmów, rozwiązywać trudnych sudoku, ani nawet iść na spacer. Stan “nie chce mi się” doprowadza do tego, że staję przed regałami i szukam książki zapomnianej lub przegapionej. W stanie “nie chce mi się” tylko takie rzeczy dają się czytać. Zapomniane, zakurzone. Tak kilka dni temu wpadł mi w ręce Kijowski. Andrzej Kijowski, Bolesne przypomnienia, zbiór felietonów z Tygodnika Powszechnego z wczesnych lat 70. Wczesne lata 70, czyli lata mojej młodości, ostatnio mi często towarzyszą, a w literaturze i szerzej sztuce spoglądam na nie ze zdumieniem, bo najczęściej autorzy z tamtych czasów nie piszą, nawet nie wspominają mimochodem o tym, że człowiek wylądował na Księżycu. Ostatnio coraz bardziej mnie to zdumiewa.
Czy Kijowski pisał o lądowaniu na Księżycu jeszcze nie wiem, bo dopiero zaczęłam czytać, ale na pewno od razu w pierwszym felietonie jest don Kichot i to nie jako jakiś strzępek metafory, nie – jest jako pełnogęby pan ostatniego akapitu i autorskiej puenty.
Gdzieś przeczytałam, że niektóre postanowienia noworoczne padają już po 30 minutach, niektóre po dwóch dniach, tydzień to jest raczej szczyt naszych możliwości, a naprawdę mało kto rzeczywiście realizuje jakieś postanowienie. Jakieś, jakiekolwiek.
Dominik Jakub Napiwodzki dopisał jeszcze w komentarzach, że również Swarożyc czyli Dadźbog, a ja bym chciała przypomnieć, że jednak również Jeshua, czyli Jezus, syn Miriam, symbol Logosu:
Wesołych Świąt, Kochane i Kochani. Kiedyś użyto by tu dwóch dużych liter P i T, a więc PT, pleno titulo, ze wszelkimi możliwymi tytułami, jako to hrabia, ekscelencja, wasza wysokość lub magister. W dzisiejszych czasach, kiedy trzeba uwzględnić fakt, że mogę mieć czytelników / czytelniczki każdej z możliwych 97 płci, napiszę Was kochane / kochani z gwiazdką* i bez, a więc Pan/i lub Pani*, przypominając, jakbyście nie pamiętali, że podobno polski jest jedynym językiem, w którym demokratyczna forma zwracania się do siebie nie wywodzi się z wyrazu Ty, Wy, On lub Oni jak po angielsku, francusku i niemiecku, lecz jest skrótem zwrotu Waćpan/i, co zaś z kolei wywodzi się od wszelkiego Jaśnie-Państwa. W polskim zatem to nie sfery wyższe ulegając wymogom demokracji zastosowały do siebie zwroty z ludu, lecz lud ów zabrał Jaśniepaństwu owego pana i panią. I oczywiście również państwo.
Stara jestem. Mam problemy z pisaniem czytaniem, rozumieniem. Również ze słyszeniem i słuchaniem. A zatem ogólnie z komunikacją międzyludzką.
***
Jestem w restauracji. Piję kawę. Kelner zapomniał przynieść mi szklankę zimnej wody. Gdy przechodzi koło mnie, proszę go, po chwili przynosi mi wodę, mówię mu dziękuję, odpowiada: – Nie ma sprawy.
Ewa Maria Slaska z inspiracji i przy nieocenionej pomocy Eli Kargol
Ela zapytała na czacie: “Ewa, znasz Donkichoty Osieckiej? Ja nie znałam.” Ja też nie. Ela nadesłała więc linka.
Donkichoty, liczba mnoga, rzeczownik odrzeczownikowo-dwurzeczownikowy, polski z francuskiego, ten zaś z hiszpańskiego. Donkichoty są wprawdzie jak ich pierwowzór smętne, czy też smętnej postaci lub takiegoż oblicza, ale nic w nich z wojowniczości Don Kichota. Są zagubionymi ludzikami i wiodą swoje nieważnie najważniejsze ludzikowe życie w głębokim peerelu. Gdy byli młodzi, nosili okulary i jak to okularnicy, snuli się pojedynczo lub parami po życiu studenckim, licząc na to, bo wszyscy na to liczyliśmy, że coś z nich i z nas będzie, coś nam się w tym zwyczajnym życiu przydarzy, państwo da nam dworek-oblęgorek jak Sienkiewiczowi, za to że z tego snucia się wyniknie nagle coś nadzwyczajnego, że wszyscy zostaniemy cervantesami i napiszemy najbardziej poczytną książkę na świecie. A zamiast tego trafiło nam się zwykłe peerelowskie ludzikowe zwyczajne życie do przeżycia.
Agnieszka Osiecka Ballada o Donkichotach
Z domków koślawych na Pradze Z bloków, kamienic i ruder Idą przez ranek i sadze W tramwaje wsiadają rude
To Donkichoty, to Donkichoty Jadą do pracy, do biur Wiszą pęczkami, ciągną nosami To Donkichotów chór
To Donkichoty, to Donkichoty Każdy z miesięcznym się pcha Od poniedziałku aż do soboty Trzydziestką albo 102
Włażą na piętra po paru Na coś czekają, gdzieś gonią Coś tam mamroczą wśród gwaru Machają rączkami, dzwonią
To Donkichoty, to Donkichoty Chcą się docisnąć do drzwi Piszą podania, gniotą ubrania To Donkichotów dni
To Donkichoty, to Donkichoty Drą się, szamocą i klną Kręcą się w kółko aż do soboty Papiery lecą im z rąk
Wieczór przychodzi na Pragę Siedzą znużeni nad miską Kto by tam tracił odwagę Już jutro załatwią wszystko
To Donkichoty, to Donkichoty Żony ich kładą do snu W kątach kamienic chrapią zmęczeni To Donkichotów bór
To Donkichoty, to Donkichoty Każdy wiatraki swe śni Od poniedziałku aż do soboty Sześć nocy albo sześć dni
Krzyk żaden nocy nie rozdarł Żaden Cervantes nie płacze Milczy poezja i proza Don Kichot wychodzi na spacer
Agnieszka Osiecka mieszkała na Saskiej Kępie, co od razu czyni z tego wpisu nie tylko kolejny dowód na to, że Don Kichot jest wszędzie, ale pozwala uznać go za przyczynek baratarystyczny, bo Saska Kępa była kiedyś wyspą (jasne, Kępa). A każda wyspa mogła być ongiś ową Baratarią, która, raz tylko wymieniona w Don Kichocie z nazwy, okazała się ideą niezwykle trwałą. To tu Sancho Pansa, i to bez pomocy Don Kichota, okazał się sędzią przenikliwym i sprawiedliwym, a politykiem rozsądnym, praktycznym, skromnym i umiejącym dobrze rozpoznać, co potrafi, a czego nie. Ba, wszak nie tylko iż nasz Brzuchacz potrafił samokrytycznie stwierdzić, że nie jest walecznym wojakiem, to jeszcze wyciągnął z tego wnioski, uznał, że nie pomógł swoim podwładnym w czasach zagrożenia wojennego i zrezygnował ze stanowiska.
Ludzie, pokażcie mi takiego polityka, takiego, który odejdzie, sam, z własnej woli, rozpoznawszy, że się nie nadaje.
No więc ta Saska Kępa. “Kiedys tam byli Holendrzy,” napisała Ela, “może i mieli wiatraki.”
“Osiecka też ma pewne cechy błędnego rycerza. Dulcyneą to ona może też częściowo była, Don Kichotów było wielu. Prędzej jednak to ona była Donkichotką. Miała swoją wyspę i podobno kajak, którym przemieszczała się na drugi brzeg.”
Wiem, kochani Czytelnicy płci wszelakiej, nic nie rozumiecie. Ja też nie wszystko…