Urodziła się 9 lutego 1874 roku, równo 140 lat temu. Amy Lowell (1874 – 1925), jedna z najbardziej oryginalnych poetek amerykańskich, pochodziła z tak bogatej rodziny, że w jej rodzinnym mieście Brookline w stanie Massachusetts mieszkańcy mawiali, iż Cabotowie są tak bogaci, że przestają tylko z Lowellami, a Lowellowie – tylko z Bogiem. Była zaprzyjaźniona z Ezrą Poundem, który nazywał ją hippopoetess, poetką-hipopotamem. I rzeczywiście była ogromną ogromną dziwaczką. Sypiała codziennie do 13, w łóżku z 16 poduszkami (ani jednej mniej!), paliła cygara (i to dużo!), miała 7 psów i przyjaciółkę, Adę Dwyer Russell, aktorkę. Współczesne feministki twierdzą, że angażowała się w walkę o prawa kobiet, z kolei jej współcześni głoszą tezę wręcz przeciwną, że mianowicie nie znosiła feminizmu. Jej poezja, głównie wiersz wolny, należy do modernistycznego nurtu zwanego imaginizmem, o którym Pound mawiał, że w jej wydaniu jest to jednak raczej amyginizm.
Argentyński kompozytor Juan María Solare, który od lat mieszka w Niemczech, napisał w latach 2007-08 muzykę na śpiew i perkusję do cyklu wierszy Amy Lowell “Lacquer Prints” /”Obrazki z laki”. Były to wiersze naśladujące bądź interpretujące hokku, japońską poezją XVIII-wieczną, którą dziś znamy lepiej jako haiku, poezję zncznie bardziej niż hokku zdyscyplinowaną, uprawianą jednak dopiero od XIX wieku.
A ponieważ kilka dni temu był chiński, japoński i wietnamski Nowy Rok, rozpoczynający rok Konia, zacytuję tu hokku Amy Lowell na Nowy Rok
z tomu “Pictures of the floating world. Lacquer Prints and Chinoiseries”.
Again the New Year Festival
I have drunk your health
In the red-lacquer wine cups,
But the wind bells on the bronze lanterns
In my garden
Are corroded and fallen.
Wieder das Neujahrfest
Ich trank auf deine Gesudheit
Vom rot lackierten Becher,
Aber die Windglocken in den bronzenen Laternen
In meinem Garten
Sind gerostet und fallen runter.
Übersetzt von Ewa Maria Slaska
Es ist nicht ausgeschloßen, dass Amy Lowell dabei an das traditionelle japanische Glockenspiel dachte, das am Neujahrsvortag in den buddhistischen Tempeln veranstaltet wird, damit man die Sünden des alten Jahres von sich abschüttelt. Wenn also die Glocken runterfallen, wäre es, ganz privat, ein schlechtes Zeichen für das kommende Jahr.
I znowu Nowy Rok
Wypiłem twoje zdrowie
Z polakierowanego na czerwono kielicha,
Ale dzwonki zawieszone w brązowych latarniach
W mym ogrodzie
Zardzewiały i spadły.
Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
Niewykluczone, że Amy Lowell nawiązuje tu do japońskiej tradycji uderzania w wigilię Nowego Roku 108 razy w dzwony w świątyniach buddyjskich, co pozwala wiernym zrzucić z siebie stare grzechy. Jeżeli zatem dzwonki zardzewiały i spadły, to jest to być może w mikro wymiarze zły omen.
Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam ich odsłuchać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam. Tydzień temu opublikowałam pierwszą część wywiadu nagranego na tych kasetach, dziś – ciąg dalszy. I to wcale nie koniec.
***
Anna Sobecka: Czy był ktoś, u kogo Pani terminowała, jeśli chodzi o przekłady?
Irena Kuran-Bogucka: Bardzo dobre określenie – terminowała. To było tak. Lorka był dla mnie zawsze sprawą poważną, natomiast tłumaczenia nie traktowałam poważnie, nie śmiałabym. Dla mnie literatura była zawsze wielką radością oraz prawdziwą tajemniczą umiejętnością, którą ktoś, oczywiście ktoś inny, umie wykonać. Przede wszystkim poezję. Bardzo lubię poezję. Duża znajomość poezji polskiej, z mocną podbudową poezji łacińskiej, dała mi mocne podstawy do wyczucia rytmu, bo poezja łacińska wspaniale ustawia rytm, a nasze kompletowe licea uczyły przedmiotów humanistycznych fantastycznie.
Ale – u kogo ja terminowałam? Osobliwie jest śledzić, jak bogowie przeznaczenie na różnych zakrętach wyciągają do człowieka rękę. Ktoś mi pożyczył egzemplarz „Literatury na świecie”, dlatego że tam był przekład Isaak Denisen, to jest bardzo świetna autorka, duńska pisząca po angielsku, ale w tym samym numerze było kilka przekładów Heinego dokonanych przez doskonałego germanistę, Roberta Stillera. I było ogłoszenie, takie, że wzywam wszystkich, którzy kiedykolwiek tłumaczyli Heinego, żeby się do mnie zgłosili. A ja sobie tłumaczyłam Heinego, właściwie przedtem już tłumaczyłam Heinego, jeszcze, kiedy nie znałam hiszpańskiego. Wysłałam mu dwa czy trzy wiersze, przeczekałam, potem przyszedł taki bardzo gruby plik, normalnie, pomyślałam sobie, odsyłają, ładnie, że odesłał. Ale nie, pan Stiller sobie zadał dość fatygi, żeby napisać koreferat – to jest dobrze, to jest źle, tego się trzeba nauczyć. Nie można robić tylko tych wierszy, które się człowiekowi podobają, trzeba sobie poradzić z każdym wierszem… I zaczął mi „zadawać”. W końcu w jego tomie wiele z moich utworów się nie znalazło, jakieś fragmenty, jeden wiersz przetłumaczyliśmy do spółki, takie „Rusałki”. On ma lepsze wiadomości, choć ja niemiecki znam płynnie, Heinego czytywałam od dziecka. Natomiast dowiedziałam się od niego kilku rzeczy, na przykład, jak należy obracać słowem, jak należy szukać odpowiedników, jak należy wybierać z kilku lub kilkunastu znaczeń. Tego się od niego nauczyłam.
No tak, ale to był mistrz, jeśli chodzi o tłumaczenia, ale nie mistrz, jeśli chodzi o literaturę hiszpańską, o Lorkę.
Wie Pani, ja jestem ze znaku Byka, ludzie ze znaku Byka mają wielkie możliwości w zakresie autodydaktyki. Zaskoczyłam. I zaczęłam pisać już trochę poważniej. W każdym razie miałam już na tyle opracowane cykle, że „Literatura na świecie”, pismo bardzo szanowane, przyjęła mi tak zwany „blok”. Tam była proza Lorki czyli jego referat o głębokiej pieśni, canto jondo, pierwszej jeszcze prymitywnej twórczości ludowej Andaluzji, jego wiersze z cyklu „Poemat głębokiej pieśni” i jeszcze moja grafika, bo w międzyczasie moje uczucie do Lorki wyżywało się w moim poprzednim zawodzie. Gdy umieściła to „Literatura na świecie”, to z „Literatury na świecie” wzięło to radio. A wtedy, czy przeczytał to w „Literaturze na świecie” czy usłyszał to w radio, ale napisał do mnie pan Janusz Strasburger, żebym przygotowała zestaw Lorki do przygotowywanej przez niego i, mój Boże, do dziś nie wydanej i pewnie nigdy nie zostanie wydana, bo nie będzie na to pieniędzy, antologii pod tytułem „Tysiąc lat poezji hiszpańskiej”. Tu zaczęłam już pisać „na poważnie”, Lorkę, ale też Albertiego dla pana Strasburgera. On mnie nauczył, jak słyszeć poezję. Ja miałam nieźle ustawiony słuch, na poezji łacińskiej, zwłaszcza na Horacym. Ciekawa rzecz, że Horacy nie ma nic wspólnego z Lorką, a to też jest jeden z moich ulubionych poetów, od bardzo dawna. Cóż więc mi pokazywał pan Strasburger, a to, że tu można w ogóle nie użyć jakiegoś słowa, tu przestawić, bo przede wszystkim trzeba „złapać melodię”. On miał takie założenia – może być nie bardzo ściśle, ale niech brzmi tak, jakby od samego początku powstało w języku polskim. Zaraz powiem Pani taki wiersz: Dokąd idziesz, Sigirijo, w tym rytmie, rytmie bez głowy? A po rozmowach z panem Januszem, nie po poradach, on nigdy nic nie radził, to brzmi: Dokąd że to, Sigirijo, podążasz w rytmie bez głowy? Później to już i bez takich alternatywnych błędów zaczęłam mieć takie układy… To, co u Lorki jest a donde vas, donde, donde, to po polsku by brzmiało, dokładnie: dokąd idziesz, dokąd dokąd? A mnie, to jest cytat z kasydy, „Kasyda gorzkiego korzenia”, późny bardzo wiersz, późny, co nie znaczy, że starczy, przecież Pani wie, że Lorka nie dożył czterdziestki. Jak szukałam tego pytania, to jest to tam tak ujęte: dokąd że, dokąd, a dokąd? – a donde vas, donde, donde?
Niech Pani powie, co w tej poezji, co w twórczości Lorki, jest taką rzeczą, która panią najbardziej fascynuje. Tyle lat poświęciła Pani na czytanie go, na tłumaczenie, wreszcie na udostępnianie go czytelnikowi polskiemu.
*** Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej
Nie skończę w tym wpisie tej audycji, bo muszę jednak dodać komentarz. Mama pięknie tu opowiada o terminowaniu u obu tych panów, Roberta Stillera i Janusza Strasburgera, i o książkach, które wydali czy chcieli wydać, gdzie miały być jej wiersze. Spisywałam to w pociągu w drodze do Szczecina. Po południu mam w Szczecinie trochę czasu, idę więc do Książnicy Pomorskiej. Kiedyś była to moja ulubiona biblioteka w Polsce, miała drugą pozycję, zaraz po gdańskiej bibliotece PAN-u. Niestety – obie unowocześniono, budując im naprzeciwko duże modernistyczne budynki, co niestety odebrało im magiczny klimat. Ale biblioteka to biblioteka, tu zawsze jest dobrze. „Radaru”, o którym była mowa w poprzednim wpisie, nie da się wypożyczyć, bo jest w jakichś odległych magazynach i mogę go dostać za tydzień, ale jest i owszem „Literatura na świecie”. Trochę na oślep zamawiam roczniki 1976 i 1977, choć po prawdzie nie wiem, kiedy Mama zaczęła terminować u Roberta Stillera. Ale mam szczęście – w grudniu 1976 roku w czasopiśmie znalazło się i opowiadanie Karen Blixen, o której Mama zawsze, ale to zawsze mówiła – Dinesenka, podkreślając, że wie, że to kobieta, ale że używała ona jednak męskiego pseudonimu, znalazł się też tekst Stillera o tłumaczeniach Heinego, kilka wierszy i wezwanie o nadsyłanie tłumaczeń.
To było zatem to zrządzenie Losu, ten moment, kiedy Bóstwo Przeznaczenia wyciągnęło rękę i powiedziało – Ty!
Rozochocona sukcesem, wypożyczam jeszcze dwa różne tomy Heinego mniej więcej z lat 80, oba w opracowaniu Roberta Stillera oraz – bo ukazał się jednak w roku 2000 – zbiór poezji hiszpańskiej w redakcji Janusza Strasburgera. Rzucam się na nie z apetytem. U Stillera miało wprawdzie być niewiele – kilka fragmentów i jeden wspólnie z nim przetłumaczony wiersz, „Rusałki”, natomiast u Strasburgera – dużo, bo i Lorca, i Alberti. Oglądam te trzy książki i oczom nie wierzę. Nie ma. W obu publikacjach Stillera nie ma fragmentów Heinego w tłumaczeniu Mamy i w ogóle nie ma „Rusałek”, to przykre i nieco dziwne, ale też i niewielki ból. To wprawdzie Heine, ukochany poeta Mamy, ale jednak “tylko” Heine. Ale u Strasburgera! Wydawczyni z Elm Books pisze, że Janusz Strasburger jest wykładowcą w Katedrze Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego i że w prezentowanej antologii zamieścił przekłady swoje i swoich studentów, a ja kąśliwie dodam, że głównie studentek. Informacja o studentach nie jest zresztą do końca prawdą, bo jednak w publikacji znalazło się kilka tłumaczeń Edwarda Porębowicza i jedno tłumaczenie Jana Winczakiewicza, to tłumacze grubo sprzed czasów Janusza Strasburgera, na pewno więc nie jego studenci. Jest też jeden przekład Bieszczadowskiego, choć przy nim nie jestem pewna, czy nie był jednak, kiedyś, studentem profesora Strasburgera. Ale jakie to wszystko ma znaczenie? Jakie to ma znaczenie? W pierwszej antologii poezji hiszpańskiej w Polsce nie ma Mamy!Nie ma jednej z najsłynniejszych tłumaczek, a zarazem tej, u której wydawca osobiście zamówił Lorkę i Albertiego. W pięć lat po śmierci Mamy, u jej mistrza, którego Mama tak wysoko ceniła, nie ma o niej ani wzmianki.
Przypomina mi się wymiana maili na Facebooku z pewną panią, też tłumaczką, z którą korespondowałam przy okazji wpisu o Alfonsinie Storni. Wiedziałam, że były zaprzyjaźnione z Mamą, a gdzieś w Sieci znalazłam wywiad z nią, a w nim informację, że tłumaczyła i Alfonsinę. Udaje mi się ją znaleźć. Nie, nie tłumaczyła Alfonsiny. I chyba nie zna mojej Mamy. Piszę raz jeszcze i dostaję odpowiedź, że ach tak, przypomina sobie.
To się dzieje z pamięcią przez pięć, dziesięć, piętnaście lat.
На диване я, как древний грек на травке,
Разбавляю, как Сократ, водой портвейн,
Генри Миллера читаю, Джойса, Кафку
И снобизм свой занюханный лелею.
Денег нет, в стране бардак, в воде холера,
На душе ненужные сомненья –
Лишь портвейн да музыка Малера
Успокаивает мне пищеваренье.
Богу, братцы, Богово –
Ну, а снобу – снобово.
Вот сосед прикинулся банкиром,
Пьет “Клико”, к валютным ездит дамам,
Правда, Сартра путает с сортиром,
А Ван Гога путает с Ван Даммом.
И ничуть ему от этого не грустно –
Взял цыган и на извозчике к актрисам…
Он не сноб, он просто счастлив безыскусно,
Как ребенок тихо счастлив, что пописал.
Размышляя об эстетике Матисса,
Погружаю свой экзистенциализм.
Да я бы тоже, может, дернул по актрисам,
Да мешают, вишь ты, бедность и снобизм.
Мой снобизм – он как лучик путеводный
Помогает воспринять судьбу как должно.
Мол, художник – он обязан быть голодным,
Он худой, но гордый – он художник.
Вот другой сосед – он люмпен неприличный,
Бедный Йорик, жертва пьяного зачатья.
Для него Бодлер с борделем идентичны,
Ну, а Рэмбо и Рембо – родные братья.
Да нехай шумит, не зря же он напился,
Хай ругаэ прэзидента всяко-разно,
Лишь бы он в подъезде не мочился,
Да не лез бы к управленью государством.
Горлица вьется, песнь раздается:
“А не лепо ли бяше нам, братья…” –
Да нифига не лепо!
Ой, вы гой-еси, бояре с государем,
Гой-еси вы вместе с вашим аппаратом!
Доиграетесь – глядишь, приедет барин,
Он рассудит, кто был большим демократом.
Давеча прочел в одной я книге,
Там сказал кому-то раб перед таверной:
“Мы, говорит, оглядываясь, видим только фиги!”
Я вперед смотрю – там тоже фиги! Скверно…
Пушкин умер, на жнивье туман да иней,
Из деревни слышно рэповую песню,
Над седой усталою страны равниной
Гордо реет непонятный буревестник.
Засветло встанем, песню затянем:
“Тирли-тирли, я гуляла молода,
Пока не по-мерла…”
***
Tirli tirli pohulałam za młodu, póki nie umarłam… Wspaniała piosenka, w najlepszej tradycji rosyjskich bardów, śpiewających swoje autorskie piosenki przy gitarze.
Zainteresowania stanem rosyjskiej nauki Szaow odziedziczył zapewne w genach po swoim ojcu. Jego ojciec, Sułtan, miał bardzo szerokie zainteresowania, był inżynierem konstruktorem i wynalazcą. Jego szczególnym upodobaniem było samodzielne studiowanie fizyki teoretycznej.
Szaow, rocznik 1964 w 1987 r. ukończył medycynę i dostał nakaz pracy na wsi. Żył początkowo we wiejskiej chałupie w chutorze bez wody, kanalizacji i ogrzewania, razem z żoną, maleńkim dzieckiem i myszami w Karaczajo-Czerkiesji. A przeżył tam nie trzy lata z nakazu pracy, a lat dwanaście.
W 1996 roku posłał kasetę ze swoimi utworami na konkurs do Moskwy i został zauważony.
Pod wpływem życia na wsi powstała potem jego ulubiona piosenka, która wyniosła go na szerokie wody i zapoczątkowała jego sławę.
W 1999 roku Timur Szaow porzucił leczenie ludzi i osiedlił się w Dubnej pod Moskwą i zaczął stawać się coraz bardziej znanym rosyjskim bardem. Dziś już od dawna mieszka w Moskwie i jest sławny.
Portret Rosji w jego piosenkach jest widoczny jak na dłoni. Żeby go ujrzeć, trzeba posłuchać wielu, wielu piosenek Timura Szaowa.
Wywiady ze starych kaset magnetofonowych zostały skonwertowane do formatu wav przez KWiK TV. Dzięki temu mogłam je spisać. Dziękuję! W sumie mam trzy takie kasety – nigdy ich przedtem nie słyszałam.Anna Sobecka przeprowadziła ten wywiad jesienią 1992 roku, gdy nakładem wydawnictwa Mittel w Gdyni ukazało się “Romancero Cygańskie” w wersji dwujęzycznej.
Anna Sobecka: Jest pani z wykształcenia grafikiem, absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, uczennicą Tadeusza Kulisiewicza. Była Pani uznanym grafikiem.
Irena Kuran-Bogucka: Tak miałam 40 (wystaw) w kraju i zagranicą i wydawało mi się, że to jest sens mojego życia.
No więc właśnie. Przez wiele lat była Pani grafikiem, miała Pani wystawy indywidualne, uczestniczyła Pani w wystawach zbiorowych, zdobywała Pani nagrody. Była pani uznanym artystą grafikiem. I w którym momencie zmieniła Pani sens swojego życia, w którym momencie przestała Pani być grafikiem, i zajęła się Pani tłumaczeniem poezji hiszpańskiej, a początkowo – poezji Federica Garcii Lorki? Jak to się stało?
Mama na wystawie (lata 60?)
Ja tego też nie rozumiem do końca. Przede wszystkim zawsze bardzo lubiłam poezję, od najwcześniejszego dzieciństwa. Najpierw mi czytywano, przede wszystkim wieszczów, później sama czytywałam. Po drugie – łatwo się uczę języków. Ale dlaczego nauczyłam się hiszpańskiego, żeby czytać sobie Lorkę, kiedy – gdybym chciała robić tłumaczenia poetyckie, to od dziecka znałam angielski, francuski, niemiecki. Po co ja się nauczyłam hiszpańskiego? Żeby zobaczyć, jak ten Lorca wygląda w brzmieniu? Jaki jest w środku? Gdzie jest łączność pomiędzy jego słowem, a znaną mi i bardzo lubianą przeze mnie muzyką hiszpańską? Mówię i o muzyce klasycznej i o folklorze.
Kiedy to było?
Pierwszy raz zetknęłam się z poezją Lorki w połowie lat 50, pierwszy tomik, jaki dostałam do ręki, to była poezja Lorki w przekładzie Słobodnika. To nie jest bardzo doskonały przekład, bo przekładane było pośrednio przez rosyjski, czyli – on dźwięku tej poezji nie znał. Ale mimo że on nie jest wysoko przez oficjalną krytykę ceniony, uważam, że właśnie w jego tłumaczeniach jest bardzo dużo tamtej fascynacji., tej pasji, tej magii. No i jakiś czas byłam bardzo zadowolona, że mam tomik Słobodnika. Potem zaczęłam się niepokoić, dlaczego ten przekład, a i inne też, nie wykazują żadnej łączności z muzyką hiszpańską? W tym samym okresie dostałam pierwszy magnetofon w życiu, takie małe tonko, i idąc po omacku w to, co leciało radio, zaczęłam zbierać wszystkie nagrania hiszpańskie i latynoamerykański.
Mama “w roli Hiszpanki” w czerwonym szalu z cieniutkiej wełny; zdjęcie być może wykonane przez Mirosława Kubackiego
Najpierw wszystkie nieuporządkowane i byle jak, potem zaczęłam odróżniać Hiszpanię i Amerykę Łacińską, kiedy już doszłam do tego, że od pierwszego uderzenia gitary odróżniałam Meksyk od Argentyny, to już wiedziałam, że czegoś się o tej muzyce dowiedziałam, a przekład Lorki mi tej muzyki nie dawał. W jakimś momencie pomyślałam, że trzeba się będzie tego hiszpańskiego nauczyć. Nie miałam żadnych kontaktów z Hiszpanią. Był rok 61. U nas był wiadomy ustrój, a w Hiszpanii rządził w pełni sławy Generalissimo Franco. W Krakowie, gdzie prawie nigdy nie bywam, na Rynku weszłam do Klubu Książki i Prasy i znalazłam samouczek Teach Yourself Spanish, anglo-hiszpański samouczek i przez rok chodziłam z samouczkiem w kieszeni. Po roku mogłam czytać, ale nie miałam co. Bo przecież nie było skąd brać hiszpańskich książek. Pierwsze książki przysłali mi amerykańscy przyjaciele, ale jeszcze wcześniej, w piśmie Radar znalazłam wiersz Piosenka jeźdźca, Kordoba samotna w dali po hiszpańsku. I to był pierwszy wiersz Lorki po hiszpańsku, co potwierdziło moje przypuszczenia, że w samym dźwięku języka kryje się część owej magii.
Można nauczyć się czytać, pisać, rozumieć w obcym języku, ale czy można z samouczka nauczyć się mówić?
Zaraz Pani przedstawię mojego profesora wymowy. To jest Paco Ibanez, który śpiewa poezję, ale nie tak jak ją śpiewają w Hiszpanii, w tym krzyku, cante jondo, cante flamenco, tylko tak jak ją śpiewają francuscy piosenkarze, z wyraźną dykcją, z wyraźną wymową. Wskutek przywiązania do Paco Ibaneza mówię po hiszpańsku z lekkim akcentem andaluzyjskim, ale podobno nie jest to grzechem.
XXX
Canción del Jinete XXX
Córdoba.
Lejana y sola. XXX
Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba. XXX
Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba. XXX
¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba! XXX
Córdoba.
Lejana y sola.
Piosenka jeźdźca XXX
Kordoba
samotna w dali. XXX
Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby. XXX
Poprzez wiatr, poprzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby. XXX
Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby! XXX
Kordoba
samotna w dali.
Jak Pani poznawała twórczość Lorki, mówię oczywiście o twórczości oryginalnej?
Pierwsza książka, cała, jaka do mnie doszła, to było Romancero gitano, Romancero cygańskie. Przysłała mi je moja amerykańska przyjaciółka. Zaczęłam czytać, później znalazłam inne książki, może fragmenty. W 66 roku byłam na stypendium we Włoszech, a jakże, jako plastyk!, i tam znalazłam dwujęzyczną książkę Poezje Lorki, i miałam dość czasu, żeby sobie przepisać, ręcznie, niektóre wiersze. Oczywiście nie było to żadnym materiałem do poważnej pracy, ale musiałam czymś żywić swojego ducha i jego niespokojne zapotrzebowanie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Lorce. Kiedy zaczęłam tłumaczyć? Już Pani mówię. W 74 roku, pamięta Pani?, był strasznie duży ruch w Gdańsku. Odbyła się Operacja Żagiel, która po tym, jak “Dar Pomorza” zwyciężył w poprzednich regatach, miała swój główny port w Gdyni. Przypłynął wtedy prom ze Skandynawii, przyleciały samoloty z Ameryki, były wycieczki z Niemiec. W związku z tym Związek Artystów Plastyków zorganizował wystawę sztuki marynistycznej, połączonej z kiermaszem, a ponieważ ja mówię w kilku językach, to byłam prezenterem. I kiedyś przyszły na tę wystawę Hiszpanki. Franco chyba umarł dopiero co (Franco umarł dopiero w rok później – przyp. EMS), a w każdym razie był to pierwszy raz, że pozwolono studentom wyjechać z Hiszpanii, a właściwie tylko studentkom, i tylko do Polski, ze wszystkich krajów socjalistycznych – tylko do Polski, i mało tego – nie były to studentki humanistyki, te były medycyny. I one przyszły na tę wystawę. Zapoznałam się najpierw z jedną z nich, potem z drugą, a to był taki przedłużony weekend i przyjechały ich koleżanki z Poznania. I wszystkie przyszły do nas do domu. I była taka Flora, która mówiła szeleszczącym akcentem z Katalonii, i ona mówiła piosenkę jeźdźca, tą drugą, pod księżycem czarnym, zbójeckim księżycem śpiewają ostrogi… I ona to mówiła po hiszpańsku. Ja na ich cześć zdobyłam butelkę hiszpańskiego wina, puszczaliśmy ich muzykę i jak one poszły, to ja napisałam pierwszy przekład w życiu, nie biorąc tego dosłownie, po prostu pomyślałam, przecież to musi mieć odpowiednik. I muszę Pani powiedzieć, że ten przekład został niemal bez zmian.
Oba zdjęcia: rok 1973, Mama na swojej wystawie w BWA w Sopocie
Do dzisiaj?
Do dzisiaj. Ta piosenka martwego jeźdźca na czarnym koniu pod czarnym księżycem, o mój Boże, Lorca jest wspaniały! I ja już potem nie mogłam bez niego żyć, ale jeszcze wciąż robiłam grafikę, jeszcze przez całe lata 70 robiłam grafikę. Jeszcze w końcu lat 70 miałam wielką wystawę w Muzeum Narodowym, w oddziale w Pałacu Opatów. Ale wtedy już zaczęłam na marginesach szkiców i odbitek notować sobie jakieś sformułowania hiszpańskie. Muszę powiedzieć, że uważałam to za żenujący nałóg raczej niż przygotowanie do zawodu, robiłam to chyłkiem, żeby nikt nie widział i tylko moja wścibska córka Kasia od razu to wykryła i wołała, Mama chodź na obiad, co ty znowu piszesz jakieś wiersze.
Trudno sobie wyobrazić, że robi doskonałe tłumaczenia wierszy ktoś, kto nigdy nie pisał wierszy, kto sam nie jest poetą. Czy Pani pisała?
Droga Pani Anno, ja nigdy nie pisałam wierszy, żeby wyrazić swoje uczucia, bo od tego miałam grafikę, ale miałam zawsze duże wyczucie rytmu, rymu, stylu. Pisałam pastisze, pisałam wiersze okolicznościowe, pisałam wiersze żartobliwe, czyli jakieś podstawy warsztatu miałam. Poza tym te wszystkie wiersze, poza tą piosenkę jeźdźca, która mnie zdumiewa do dziś, jak została utrafiona, właściwie tamte przekłady jeszcze były dalekie od doskonałości. Przecież ja o tym piszę we wstępie do książki, niektóre utwory, a do nich na pewno należą romance, chociaż ludzie małego ducha myślą, że romanca jest sama łatwość, niektóre utwory miały kilkadziesiąt wersji, nie kilkanaście tylko – kilkadziesiąt. Nie każdy wpakuje w taką robotę dwadzieścia lat życia. Bo od 74 roku to jest dwadzieścia lat prób już pisania, a czytałam jeszcze paręnaście lat przedtem.
Tym razem będą to niewątpliwie stare papiery, tak jak tytułowałam tu pierwsze wpisy o Mamie – nie były one zresztą naprawdę pierwsze, ale jednak przedtem były one dorywcze, pisząc o Mamie kierowałam się różnymi spontanicznymi skojarzeniami, natomiast od wielu tygodni wszyscy już wiedzą, że w sobotę pojawi się wpis o Mamie, oparty na tym, co znalazłam w kilku kartonach, w których ktoś kiedyś zgromadził to, co było w szafach i biurku, ale też w moich własnych szafach i szufladach. Na pewno już za życia Mamy dostałam od niej dwa zeszyty nazwane przez nią “Varia” – mam wrażenie, że w sumie było ich cztery, możliwe więc, że dwa pozostałe znajdują się u Kasi.
“Varia” to zwykłe zeszyty w kratkę, szczelnie przez Mamę wypełnione wklejonymi opowiadaniami wyciętymi z różnych gazet. Są grube, napęczniałe od kleju, ale też od powtykanych w nie luźnych kartek i dodatkowych wycinków. Na pewno są tu opowiadania wycięte z “Przekroju”, ale wydaje mi się, że rozpoznaję również wspaniały wielkoformatowy “Świat”. Być może była też gazeta “Twój świat”, ale nie jestem tego pewna. Za to na pewno był “Poznaj świat”, a potem również “Kontynenty”. Z tych dwóch czasopism Mama też wycinała strony, artykuły i zdjęcia, ale były to zasoby gromadzone przez nią w jakichś innych zeszytach. Na razie ich jeszcze nie znalazłam, ale dobrze je pamiętam. W tych geograficznych wycinkach ważne było wszystko, co dotyczyło Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej, a poza tym miejsca dalekie i tajemnicze oraz po prostu pełne urody zdjęcia, zwłaszcza głowy pięknych egzotycznych kobiet, góry i świątynie.
Zeszyty “Varia” czytałam w młodości wielokrotnie, były wspaniałą antologią literatury współczesnej, nie nielegalnej, ale też nie do końca legalnej, bo czasopismo jako druk przemijający mogło sobie pozwolić na odrobinę więcej wolności, niż wydawnictwo wydające książki, tak więc to, co znalazło się w “Variach” mogło się nigdy nie pojawić inaczej.
“Varia” to była – i nadal jest, skoro je mam – literatura. Proza polska i tyle prozy światowej, ile się jej dało w skąpych socjalistycznych czasach wyszukać. Włoska, hiszpańska, francuska (na stronie powyżej jest na przykład ukochana Mamy Saganka), tej było chyba za komuny więcej niż prozy ze Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Niemiec chyba nie było wcale, w każdym razie w “Variach” ich nie ma, ale pojawiał się nawet Związek Radziecki, zwłaszcza ukochany pisarz Mamy – Konstanty (Konstantin) Paustowski, autor “Kolchidy”, którą, jeśli jej nie czytaliście, przeczytajcie koniecznie.
“Varia” miały też lekki posmak erotyczny, czego w normalnej literaturze, wydawanej w wydawnictwie, drukowanej w drukarni i przynoszonej w postaci książki z księgarni, na pewno nie było. Była taka sztuka Swinarskiego, “Achilles i panny”, oj, jeszcze dziś, gdy to piszę, palą mnie policzki. Była opowieść Flukowskiego o pięknej rudowłosej żonie Tycjana, prawdziwej Wenus, do której zalecali się królowie Francji, Hiszpanii i Polski, zamawiający u mistrza-męża poważne portrety typu “władca na koniu”. Tymczasem znudzona pani domu, no, mówię wam, a jeszcze służąca, fertyczna, na pewno, i umizgujący się do niej giermkowie panów-władców, zawsze o imieniu Jan. Jan, Juan, Jean…
Wspaniałe wycinki z gazet!
Te wycinki zresztą, to wcale nie była prosta sprawa. Gazet, podobnie jak wszystkich innych dóbr, w czasach PRL nigdy nie było dość dla wszystkich. Nawet nie wiem czy istniało coś takiego jak abonament, wiem natomiast, że Mama nie wierzyła w abonamenty, podobnie jak nie wierzyła w biblioteki. Książkę trzeba było mieć, gazetę kupić w kiosku. A to, to była już wyższa szkoła jazdy. Mama zawierała tak zwane “dozgonne przyjaźnie” z tak zwanymi kioskarkami (tak się mówiło na “panie z kiosku”), które w tak zwanej “teczce” odkładały dla niej wszystkie gazety, a więc “Przekrój”, “Politykę”, “Tygodnik Powszechny”, ów wspomniany już, wspaniały “Świat”, owe “Poznaj światy” i “Kontynenty”, “Morze” dla Ojca, “Filipinkę”, a potem “Radar” dla nas (Radar pojawi się jeszcze we wpisie o Mamie za tydzień). Aby kioskarka “coś z tego miała”, kupowało się u niej wszystko co się dało, książki, pocztówki, znaczki, proszki od bólu głowy, zapałki, kredki, a poza tym u każdej takiej pani Mama konsekwentnie zamawiała “Kraj Rad”, co kioskarce pomagało wyrobić plan, a Mamie przynosiło dodatek nadzwyczajny w postaci… o tak! “Ameryki”!
Mama nie przepadała za wychodzeniem z domu, po okresie naszego dzieciństwa lekceważyła wszelkie spacery, po zwykłe zakupy chodziliśmy raczej my – Ojciec, ja, potem również Kasia, ale do księgarni i do kiosku Mama wychodziła nadzwyczaj ochoczo. I to jest jak najbardziej odpowiedni wyraz, bo ochota to jest nie tylko chęć, to również rosyjskie polowanie. Mama nie chodziła na spacery, chodziła na łowy. O wyprawach do księgarni mawiała, że idzie tam jak pijak do knajpy, ale mogło się zdarzyć, że z wyprawy do knajpy, to znaczy księgarni nie przyniosło się żadnych zdobyczy, natomiast wyjście raz na tydzień do kiosku dawało pewność przytargania do domu obfitych łupów.
Były więc zeszyty, były teczki w kiosku, ale teczki były poza tym w tak zwanym “w ogóle”. Były w ogóle i wszędzie. Czasem paskudne, peerelowskie szarobure, czasem zrobione z kolorowych stron gazet lub obklejone wycinkami czy pocztówkami. Teczki, podobnie jak pudełka po czekoladkach, pozwalały w sposób łatwy i przyjemny porządkować świat. Tu rachunki, tu listy, tu Lorka, tu szkice i notatki. Czasem się zawartość mieszała, czasem porządnie założona teczka przekształcała się w zbiorowisko wszystkiego, co wpadło w rękę i co trzeba było usunąć, z oczu, z oczu dzieci, z oczu gości.
W moich zbiorach znajduje się wiele takich teczek, jedna nadzwyczaj wzruszająca. Mama opisała ją słowem AKWARELE. I pod spodem: chyba moje.
Za tydzień – audycja o tym, jak grafik staje się tłumaczem; pojawi się gazeta “Radar”
Po wpisie o kotach Kasia przysłała mi co dzień inną ilustrację, zawsze jednak opatrzoną linijką – “towarzystwo dla kotów”. W pewnym momencie obrazki te, zebrane razem, stworzyły już wpis. Dodałam do niego, jakżeżby inaczej, koty, w prezencie dla Kasi, która ma dziś urodziny. Najlepszego Siostro, Tobie i Twoim zwierzakom.
Niedziela, króliki zapalają świece na ołtarzu (British Library, XIV wiek)
Jeże, Anglia (British Library, XIII wiek)
Wiosłujące szczury, S-te Genevive, XIII wiek
Malujące koty, Bodhead Library, Oxford, Anglia XIII wiek
Wiewiórki w: Thomas of Cantimpré, De natura rerum, Flandria, ok. roku 1350
Koninklijke Bibliotheek, The Hague
Mysz, Museum Meermanno
Wikipedia:
Bestiariusz (średniow.-łac. bestiarium) – średniowieczny gatunek literacki, należący do tzw. literatury dydaktycznej, pisany wierszem lub prozą. Egzemplarze tekstu bestiaruszy były prawie zawsze iluminowane. Pierwowzorem gatunku był pochodzący z V w. łaciński przekład greckiego dzieła nieznanego aleksandryjskiego poety z II w. – Physiologus. Zasadniczą częścią bestiariuszy był opis zwierząt – realnych i baśniowych – do których komentarz objaśniał podstawowe dogmaty wiary i zasady etyki chrześcijańskiej.
Twórcy bestiariuszy mieli ambicje naukowe, opisywali zarówno zwierzęta faktycznie istniejące, jak i takie, których realne istnienie przyjmowano za pewnik, np. na podstawie literatury antycznej. Jako egzotyczne lub rzadkie, ale jak najbardziej realne zwierzęta powszechnie uważano w średniowiecznej Europie wiwerny, smoki, gryfy, bazyliszki czy jednorożce. Wiele rzeczywistych zwierząt obdarzono fantastycznymi cechami, lub niezwykłym wyglądem. Np. pantera przestawiana była z końską głową, rogami i ziejąca ogniem.
Napisała o nim Stefania Grodzieńska. Tekst został zapewne opublikowany najpierw w jakiejś gazecie, ale jeśli możemy go znaleźć, to tylko w książce “Felietony i humoreski” z roku 1955. Powstał, bo, nie wątpię w to, pisarka naprawdę miała dość tego, że wszyscy naokoło czepiają się tego, co pisze. I nie chodziło jej, podobnie jak i mi nie chodzi, o konstruktywną krytykę, a nawet krytykę krytyczną czyli złą ocenę. Pisarz pisze, czytelnik ocenia. I tak jest dobrze. Nawet jak ocenia źle. Ale pisarz nie może oddzielić tego, co myśli od tego, że niektóre z tych myśli dotyczą ludzi, których zna. I że ludzie ci, dla nikogo prócz siebie nierozpoznawalni, krytykują go za to, szczypią po łydkach lub z pogardą opluwają.
Ale tak jest. Nie mamy innej materii, z której wytwarzamy swoje teksty, niż my i nasze życie. Nasze myśli, wrażenia, sny, refleksje, doświadczenia, przemyślenia i oceny. To jest cała nasza wiedza, reszta to encyklopedia i fotografia. Nie można od nas oczekiwać albo żądać, że podzielimy to co wiemy, myślimy i czujemy, co nam się marzy i śni, co nas boli i czego się boimy, na to, co nam wolno a czego nie wolno. A jeśli to z oportunizmu lub lęku czynimy, to historia literatury jeszcze nas kiedyś za to rozliczy.
Czasem autor przekłada swą wiedzę w relacji jeden do jednego. To jest człowiek, którego znam i tak go tu opisuję. Poczytajmy na przykład “Alfabet wspomnień” Antoniego Słonimskiego. W haśle Belweder znalazł się taki oto cytat: “Poprzedniego wieczoru byłem na przyjęciu u Nałkowskiej. Belle femme i precieuse wszystkich regime’ów, finezyjna Nałka wydała, nie pamiętam już z jakiej okazji, wielkie przyjęcie. W trzech mieszczańskich pokoikach zebrała się elita rządu i literatury.” Tu akurat chodziło o czasy Piłsudskiego, ale mogły by być inne, opis też by pasował.
Czasem pisarz zmienia swoim postaciom imiona, nazwiska, kolor oczu czy zawód – nie ma adwokata, jest notariusz. Gdy Thomas Mann napisał Buddenbrocków (Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny) po Lubece krążyły zapiski, ba całe listy nazwisk z deszyfracją, pozwalające czytelnikowi zidentyfikować te z lekka tylko zakamuflowane osoby. Z czasem powstały z nich całe książki i/lub strony internetowe. Podobnie dzieje się z osobami opisanymi w najsłynniejszym dziele XX wieku – “Poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta. Z odsłanianiem tajemnic Prousta ma do czynienia nie tylko ten, kogo interesuje literatura francuska, ale również ci, którzy wysoko cenią portugalskie Fado. Misia, po zmarłej Amalii Rodrigues dzierżąca tytuł “Królowej Fado”, piosenkarka, której zawdzięczamy kobiecą odnowę tej muzyki, nazywa się naprawdę Susana Maria Alfonso de Aguiar, a jako pseudonim sceniczny wybrała imię swej ulubionej postaci z paryskiej bohemy przełomu wieków (poprzedniego, rzecz jasna) – Misi Godebskiej-Natanson-Edwards-Sert. Z kolei tu czytelnik natychmiast się dowie, że Misia, portretowana przez najsłynniejszych malarzy swego czasu, stała się wzorem nie jednej lecz nawet kilku kobiet w powieści Prousta, przede wszystkim Madame Verdurin. Nie darmo powieści takie nazywają się roman à clef.
Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że na jedną postać składają się dwie lub trzy osoby, a autor dodaje im jeszcze cechy a to cioci, a to kioskarza, a to Hitlera. Ale nie da się inaczej, piszemy o ludziach i żeby byli oni żywi, muszą się wzorować na żywych prawdziwych istotach.
Historia literatury zna setki przykładów, że ktoś opisany w książce wytacza autorowi proces. Biegli sądowie zastanawiają się z kolei, czy utwór literacki można w ogóle oceniać w kategorii prawda-fałsz i czy pisarz może kogokolwiek obrazić, nawet jeśli jego tworzywem są jakieś osoby z realnego życia.
Wróćmy jeszcze raz do Słonimskiego. Hasło ASKENAZY SZYMON. “Zwany Askemasonem, Szymonazym oraz Rebe. Na jakimś bankiecie siedziałem między nim a Boyem. „Przyjmijcie mnie do masonów — powiedział Boy przymilnie. — Przysięgam, że was nie opiszę.” Rebe skrzywił się. Nie lubił żartów na ten temat.”
A więc pisarz może spróbować obiecać, że nie będzie pisał. Zazwyczaj zresztą nie dotrzyma słowa. A bywa, nierzadko, że sama osoba opisana przez pisarza lub jej potomkowie będą, niekiedy od razu, niekiedy dopiero po czasie, wcale dumni z faktu, że tata lub dziadek pojawią się u Prusa czy Konwickiego. Nieoceniony Słonimski, z którego tu dziś czerpię pełnymi garściami, napisał w haśle BALIŃSKI IGNACY. “Ojciec Stanisława Balińskiego, znakomitego poety, b. prezes rady miejskiej Warszawy, we wspomnieniach ogłoszonych w Anglii pisze o moim ojcu: ‘Gdy ukazała się Lalka Prusa, w postaci doktora Szumana rozpoznano słynnego z dowcipu doktora Słonimskiego.’ Parę razy już o tym pisałem i mówiłem w radio. Jest to oczywisty dowód snobizmu. Przepraszam.”
Tata Słonimski to ten pan na zdjęciu powyżej.
Ale oczywiście bywa, że ludzie nie chcą być opisani. Nie chcą, by pisać o jakichś zdarzeniach, które ich dotyczą. O niemodnym płaszczu, który mieli na sobie pięć lat temu. O tym, że samochód był brudny, a mama miała oberwany obrąbek spódnicy.
Nie ma miejsca dla symbolu, nie ma miejsca dla metafory. Samochód był czysty, płaszcz szykowny, obrąbek starannie podszyty, a zdarzenie nie miało miejsca. Nie, bohater nie może się nazywać Zieliński, bo to zbyt przypomina moje nazwisko – Siankowski, albo, co gorsza, Ziółkowski. Nie może być kobietą, bo ja jestem kobietą. Nie może mieć piegów na nosie, bo ma je na czole moja córka. Nie może być gruby, ani chudy, młody ani stary, nie tyje, ale za to się myje, bo jeżeli nie myje się Gabriela Pigwa, to ktoś to skojarzy ze mną i pomyśli, że to ja, Rafał Kabaczek, się nie myję.
W humoresce Grodzieńskiej wskutek takich przepychanek z czytelnikami i, co gorsza, znajomymi, bohater jej kolejnej opowiastki nazywa się Kaczysław Mrrbrrkrrski i ma długi, cienki zielony nos.
Na reakcję czytelników nie trzeba długo czekać. Krytykują kompletny brak realizmu a właściwie wręcz głupotę pisarki.
PS. W okresie, gdy wszyscy wreszcie możemy się ze sobą komunikować prosto i przyjemnie, stężenie nieufności czytelnika do znajomego pisarza mogłoby lekko wyluzować. Barak Obama wie o nas wszystko, NSA, bezpieka, bank, sklep, lekarz i administrator naszych maili. A koleżanka pisarka napisała tylko trzy zdania ogólnej refleksji, nie napisała ani o kogo chodzi, ani kiedy to coś, co zostało opisane, się zdarzyło, ani gdzie. Ale cóż, może nie zauważylibyśmy nożyc, jednak, jak to mają w zwyczaju, odezwały się.
Musiałam przygotowując wpis na dziś wybierać między Niemenem a Demarczyk. Niemen za tydzień, a dziś…
Ewa Demarczyk
Kilka dni temu obchodziła urodziny. Urodziła się 16 stycznia 1941 roku w Krakowie.
Na moście w Avignon
Koncert w Poznaniu – maj 1980 rok /nagranie wideo – TVP S.A.
Muzyka: Andrzej Zarycki
Autor: Krzysztof Kamil Baczyński
Ten wiersz jest żyłką słoneczną na ścianie
jak fotografia wszystkich wiosen.
Kantyczki deszczu wam przyniosę —
wyblakłe nutki w nieba dzwon
jak wody wiatrem oddychanie.
Tańczą panowie niewidzialni
na moście w Avinion.
Zielone, staroświeckie granie
jak anemiczne pączki ciszy.
Odetchnij drzewem, to usłyszysz
jak promień — naprężony ton,
jak na najcieńszej wiatru gamie
tańczą liściaste suknie panien
na moście w Avinion.
W drzewach, w zielonych okien ramie
przez widma miast — srebrzysty gotyk.
Wirują ptaki płowozłote
jak lutnie, co uciekły z rąk.
W lasach zielonych — białe łanie
uchodzą w coraz cichszy taniec.
Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avinion.
Oczywiście wszyscy wiemy, że to nie jest prawdziwa piosenka o tym moście. Ale oczywiście nie wiemy tyle, co Wikipedia:
Sur le pont d’Avignon – francuska piosenka, której treść odnosi się do mostu w Awinionie (pont Saint-Bénézet). Most, dziś częściowo zburzony, wybudowany został w latach 1171-1185 na rzece Rodan. Według legendy budowniczym mostu był św. Bénézet.
Treść piosenki opowiada o ludziach tańczących na moście, choć w rzeczywistości prawdopodobnie tańczyli oni pod mostem (sous le pont), gdzie znajduje się wyspa będąca popularnym terenem rekreacyjnym.
W Polsce tytuł ten kojarzy się z wierszem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, do którego muzykę napisał Andrzej Zarycki, a wykonywali Ewa Demarczyk, Budka Suflera, Janusz Radek oraz grupa Czerwony Tulipan.
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.
Les beaux messieurs font comme ça,
Et puis encore comme ça.Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.
Les belles dames font comme ça,
Et puis encore comme ça.
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.
Les cordonniers font comme ça,
Et puis encore comme ça.
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, on y danse,
Sur le pont d’Avignon,
On y danse, tous en rond.
***
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis
Die Damen machen so
Und dann machen sie so
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis
Die Herren machen so
Und dann machen sie so
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis
Die Gärtner machen so
Und dann machen sie so
Auf der Brück’ von Avignon
Tanzen Leute, tanzen Leute
Auf der Brück’ von Avignon
Da tanzen die Leut’ im Kreis
***
On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.
The handsome gentlemen do like this,
And then like that.
On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.
The beautiful ladies do like this,
And then like that.
On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.
The soldiers do like this,
And then like that.
On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.
The musicians do like this,
And then like that.
On the bridge of Avignon,
We all dance there, we all dance there.
On the bridge of Avignon,
We all dance there in a ring.
***
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.
Prześliczne panie tańczą
w przepięknych sukniach tańczą
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.
Piękni poeci tańczą
piękni muzycy tańczą
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.
Piękne pisarki tańczą
piękne malarki tańczą
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.
Piękne kawiarki tańczą
smutne hafciarki tańczą
A na moście w Avignon
każdy tańczy, każdy tańczy.
A na moście w Avignon
Każdy tańczy tak jak my.
Ewa Demarczyk tańczy
Slaska z trudem tłumaczy…
Tańczą panowie, tańczą panie
na moście w Avignon
Foto: Krzysztof Pukański, tłumaczenie piosenki francuskiej na polski z braku lepszych ofert w sieci – Ewa Maria Slaska
Zrezygnowałam z tytułu sobotnich wpisów “Stare papiery” – to są nadal stare papiery, ale jednak pojawiają się wspomnienia i bez papierów. Jak na przykład wspomnienia Kasi sprzed kilku dni, do których asumpt dały wcale nie stare papiery, lecz nowe rajstopy.
Wprowadzając regularny cykl wspomnień o Mamie wprowadziłam nie tylko mój świat i świat rodzinny w zawirowanie, ale spowodowałam zawirowania w świecie. Nagle wokół dawnych historii rodzinnych bardzo się dużo dzieje. Tak jakbym przywołując Mamę, poruszyła jakieś głębokie warstwy, z których wyłaniają się rodzinne elfy ale i rodzinne strachy. Oczywiście, wywoływanie wspomnień to sprawa niebezpieczna. Moja facebookowa przyjaciółka, Maryna Over, napisała kilka dni temu:
Pal listy i fotografie. Drzyj notatki i zacieraj ślady. Inaczej pewnego poranka dopadną cię i wszystko zacznie się od początku. Nie ma rozdziałów, do których nie dałoby się czegoś dopisać. Nie ma zdjęć, które milczą i numerów telefonów, które zmieniają układ cyfr. Uczucia są jak podziemne źródła, a rany nie zabliźniają się. Uruchomisz efekt domina i mole przeszłości zjedzą ci kaszmirowy szal, w którym kryłaś się przed chłodem. Czas nie goi ran, to tylko wygodna iluzja. Dla rozdartych i samotnych.
Nie przechowuj pamiątek, bo z twojej szuflady / Wzbije się dym trujący dla twego oddechu. // (…) // Nie patrz w jeziora przeszłości: tafla ich rdzą powleczona / Inną ukaże twarz niż się spodziewałeś” (głos “Dziecięcia Europy” Czesława Miłosza).
Dziś z dawna obiecany zielony zeszyt. Pełen nieznanych mi już dziś tematów.
Zielony zeszyt z notatkami.
Szukając Mamy, od czasu do czasu opuszczam karton po świeżych jajach i przeglądam półki z papierami. Zielony zeszyt z notatkami jest mój. Pisałam w nim w roku 2010, gdy z powodu trzech ciężkich operacji niemal bez przerwy przebywałam w szpitalach a potem w sanatorium. Nie pamiętałam wcale, że w tym zeszycie Mama jest wciąż obecna. Pojawia się w różnych miejscach i naprawdę muszę teraz wszystko przeczytać, żeby zobaczyć, że nagle, w ostatnim zdaniu jakiegoś tekstu znajdzie się i ona, choć cały tekst dotyczy czegoś zupełnie innego.
W notatkach jest właściwie wszędzie.
Zaczyna się od pojedynczych zdań, wszystkie zapisane w szpitalu. Te notatki są jak “Skarbczyk” Mamy – zapisy tego, o czym chciałabym napisać. Niektóre linijki są dziś dla mnie całkowitą tajemnicą.
krowa i tygrys
prosiłam i przyszło
Cez Noteboom
Noteboom pojawi się też na następnej stronie. Marquez, Cortazar, Philip Roth. Przerwa. Grass, Kundera, Murakami, Noteboom.
Tu mogę się tylko domyślać, że prawdopodobnie chciałam przygotować cykl opowiadań (tego się nauczyłam od Mamy – trzeba pracować cyklami, dzięki temu nawet małe rzeczy znajdą swoje miejsce w narracji), których nadrzędnym hasłem byłoby nazwisko pisarza. Stworzyłam taką opowieść o Murakamim, a pewnie chciałam mieć ich siedem, może osiem albo dziewięć.
Ale nie wiem, jak do tych pisarzy (dlaczego to są sami mężczyźni?!) pasują te dwie kobiety?
Druga żona ojca pani z pokoju (to na pewno notatka szpitalna) – pani Arab wcale nie była Arabką, lecz Iranką, jej ojciec wziął sobie jako drugą żonę – drugą synchronicznie a nie chronologicznie – szkolną koleżankę córki. Dziś już nie tylko ojciec jest bardzo stary, ale i obie dziewczyny posunęły się znacznie w latach, bardzo się ze sobą przyjaźnią i opiekują sobą nawzajem.
Fauzia i gaje migdałowe. Opowieść o Fauzii jest konsekwencją słuchania historii pani Arab. Fauzia, Afganka, uciekinierka, była wiele lat temu moją koleżanką w pracy. Czasem, jak akurat nie miałyśmy nic do roboty, opowiadała mi o swoim życiu w Kabulu w czasach, zanim przyszli Rosjanie. Była jedną z czterech córek zamożnego człowieka, właściciela wspaniałych sadów i gajów migdałowych. Rodzina mieszkała zimą w dużym luksusowym domu w Kabulu, a na lato wyjeżdżała do pałacu w górach
Włamywacz – to historia którą zapisałam i opublikowałam zarówno na tym blogu jak w miesięczniku „Odra”. To przez niego byłam w szpitalu. Strasznie chorowałam, a wszystko wywołał stres, jeśli można nazwać stresem strach, który to zdarzenie wywołało. Ten człowiek przyszedł w nocy, obudził mnie i powiedział, że musi mnie zabić.
Operacja Hiszpania Holandia – bez przecinków. Tu znowu nie mam pojęcia, o co mi chodziło, oprócz może pewnej mini powieści Ceza Notebooma „Następna historia” – to taka inna, wcześniejsza chyba, wersja „Nocnego pociągu do Lizbony” – wiem wiem, to inni autorzy, „Pociąg” został napisany przez Paula Merciera, ale mimo to jest to ta sama opowieść. Stary nauczyciel języków starożytnych z Amsterdamu we śnie przenosi się do Barcelony, gdzie jeszcze raz przeżywa miłość do dwóch kobiet: pięknej rudowłosej koleżanki-nauczycielki oraz swej najzdolniejszej uczennicy, która ma romans z mężem jego kochanki.
Günter Grass jest pojęciem nadrzędnym. Pod spodem są punkty, które zapewne łączy Gdańsk.
Gołąb w kościele
Mama tłumaczenia
Komputer Mamy
Menonici / Starowiercy
Dwie Ewy Slaskie
Dwie siostry księżniczki
Jacek i rewizja
Kilka z tych historii już zapisałam. Powstał wpis o dwóch siostrach, nazywa się, jakże oryginalnie, dwie siostry. Czteroletni Jacek pojawia się we wpisie „Bimber na kartki” – wpisu już nie ma, ale historia, jak mój ówczesny mąż pędził bimber i przyszła rewizja, została zapisana TU (trzeba wpisać w opcję szukania słowo “bimber”, a potem poczytać wcześniej i później). O drugiej Ewie Slaskiej też już ostatnio napisałam we wpisie „Ewa Śląska jesienią”, choć pewnie należy się jej osobny wpis.
Menonici / Starowiercy? Grass pisał menonitach, ja o starowierach. Widziałam w tym kiedyś pewne nieoczekiwane zbieżności – dwie konserwatywne grupy, fanatycznie religijne. Menonici uciekinierzy z Holandii, Starowierzy z Rosji. Gdzieś na linii między Żuławami a Mazurami jest granica, której nie przekroczyli, a więc się nie spotkali. Jak granica między siedliskami buka i sosny.
Trzy pierwsze historie miały dotyczyć Mamy. Gołąb w kościele – wiem, oczywiście wiem, wydaje mi się, że już gdzieś o tym pisałam, o mszy żałobnej za Mamę – podczas podniesienia do kościoła wpadł gołąb i do końca mszy fruwał nad nami, bynajmniej nie spanikowany. Wszyscy byliśmy przekonani, że to dusza Mamy.
Tłumaczenia? Tu naprawdę nie wiem, o co mi chodziło.
Piszę ten tekst w pociągu ze Szczecina do Gdańska. Właśnie stoimy w Lęborku. Długo. Tu wysiadłam 15 lat temu z porannego pociągu z Berlina, wsiadłam do autobusu i pojechałam do Kartuz, dokąd odwieziono rodziców po wypadku. Ojciec wyszedł po kilku dniach. Mama po dziesięciu dniach umarła. A zapowiadało się, że idzie już ku lepszemu, ordynator szpitala odesłał mnie więc do Berlina. Był początek roku szkolnego, a ja pracowałam wówczas jako nauczycielka i właśnie zaczynałam pracę w nowej szkole. Przyjechałam na jeden dzień. Następnego dnia Mama umarła. Miałam pociąg o 6 rano. W nocy układałam nekrolog z wierszem Maschy Kaleko, którą Mama jako pierwsza w Polsce tłumaczyła. Koło północy na dole zaczęło krzyczeć wniebogłosy małe dziecko. Mamo! Mamo! Mieszkało na parterze, ja na trzecim piętrze. Rodzina się właśnie wprowadziła, wcale ich nie znaliśmy, ani rodziców, ani dziecka. Potem zresztą szybko się wyprowadzili. Być może z mojego powodu, bo to ja w nocy zareagowałam na krzyki chłopca. Najpierw zeszłam do niego na dół, usiadłam na progu przed zamkniętymi drzwiami i próbowałam go uspokoić. Podziękowałam mu za to, że wołał Mamę, bo to ja powinnam krzyczeć na cały świat “Mamo, Mamo”. Potem opowiadałam mu bajki. Gdy jednak po godzinie słuchania chłopczyk znowu zaczął krzyczeć Mamo! zadzwoniłam po policję. Przyjechali dokładnie w tym samym momencie, kiedy wrócili też rodzice. Policja nie miała powodu, żeby ze mną rozmawiać, rodzice na mnie nawrzeszczeli. Nigdy tego dziecka nie zobaczyłam.
Wracam do notatek z zielonego zeszytu. Tłumaczenia Mamy. Tłumaczyła kilka wierszy Grassa, czy to miałam na myśli?
W notatkach tego nie ma, aż dziwne, ale pisałam już też o śmierci mamy w kontekście Stefana, którego 15 lat wcześniej spotkałam po raz pierwszy i wtedy go nazwałam Thanatos. Pojawił się u mnie w Berlinie jak grom z jasnego nieba zaraz po śmierci swojej Matki, Giny, tłumaczki Achmatowej, odszedł wkrótce potem, gdy symbolicznie odprowadził na śmierć moją Mamę.
No i ostatnia notatka pod nazwiskiem Grassa – komputer Mamy. No tak. Zatrzasnął się na zawsze po jej śmierci i nigdy nic nie udało się z niego odzyskać, mimo że zatrudniliśmy specjalistów. Dlatego dziś możemy się posłużyć tylko papierami.
Ciekawe, że w papierach Mamy pojawi się ciemnoniebieski zeszyt, niemal “brat” mojego zielonego. To była pierwsza Mamy książka z tłumaczeniami Lorki. Rękodzieło.
Gdy przyjrzeć się uważniej tej okładce, to widać, że to nie zeszyt, lecz oprawiony przez introligatora maszynopis.
Dziś wpis mojej siostry, ale najpierw pewna uszczypliwość ode mnie. Otóż aby zilustrować to, o czym pisze Kasia, zapragnęłam znaleźć obrazek z bardzo specjalnymi ciepłymi majtkami w kwiatki. Wpisałam takie hasło w polskiego google’a i oto co mi się pokazało:
Również przy (sc)rolowaniu w dół odpowiednich majtek nie znalazłam. Przetłumaczyłam więc polskie hasło na niemiecki (warme Unterwäsche Blumenmuster) i otrzymałam TO!
Patrzyłam i patrzyłam, oczom nie wierząc. To jest społeczeństwo, w którym żyję od ćwierć wieku! O mamo!
OK, obejdziemy się bez obrazka majtek. Musi Wam wystarczyć wyobraźni.
Katarzyna Krenz o Irenie Kuran-Boguckiej
Dla wyjaśnienia – dostałam od mojej siostry na gwiazdkę czarne rajstopy w małe czerwone różyczki. Piękne. A tuż przed gwiazdką kupiłam sama sobie granatową sukienkę Vintage w malutkie czerwone kwiatuszki. Oba elementy konfekcyjne odtworzyły nagle i niespodziewanie gdańskie lata 60. Wczoraj Esden-Tempski i Anka Gwiazda zabrali mnie do Polski lat 80, dziś moja siostra wysłała mnie w lata 60.
Cieszę się, że ci się podobają, wiem, że lubisz ładne rajstopy,
🙂
Poza tym nie wiem, czy wiesz, dlaczego kupuję te rajstopy tak namiętnie, bo nie wiem, czy pamiętasz, że dostałyśmy kiedyś takie “ciepłe majtki” od Mamy. Przywiozła je nam z Włoch, gdzie była na stypendium. Pamiętasz? Spędziła tam 3 miesiące. Jeździła, zwiedzała, a pieniądze, jakie dostała z ministerstwa Kultury i Sztuki, podzieliła na “bieżące” i “na zaś” czyli na prezenty. Bieżące szły na jedną puszkę sardynek i tabliczkę czekolady – to była jej codzienna porcja, do końca życia szprotki ją wzruszały, bo przypominały jej słońce na ulicach Florencji i Neapolu. Jadła te puszki na ulicy? w parku? w tanim hosteliku? (bo przecież nie w porządnym hotelu, na co stypendium ministerialne zapewne nie pozwalało). A więc szprotki, a do tego jedna kostka czekolady, kupowała najtańszą, kulinarną, w grubych tabliczkach o dużych kostkach, pamiętam, że przywiozła jedną – może ostatnią z tych swoich dziennych porcji? I przywiozła nam prezenty: ciepłe majtki. To była zmora naszej młodości, konieczny dodatek do cienkich nylonowych pończoch z pasem i klamerkami, z kawałkami gołego uda wystawionego na podmuchy zimowego wiatru. A tu nagle takie majtki: eleganckie, wyjątkowe i wyjątkowo piękne. Ty dostałaś czarne w niebieskie kwiateczki, a ja właśnie takie, jak te pończochy, na czarnym tle kolorowe! Nosiłyśmy je tak, żeby brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! Poza tym Mama przywiozła nam kostiumy kąpielowe – elastyczne, do ciała, mój był w niebieskie kwiaty, nosiłam go latami, przez studia, do czasu, gdy wyszłam za mąż. Mam go jeszcze dziś! Dostałyśmy też bluzki – moja była w białe, kremowe i błękitne paski, dzianina była prążkowana. Zagraniczna! Jak z filmu! Sandałki? Czy przywiozła nam też sandałki?
Bluzki nie pamiętam, sandałków na pewno nie było, kostiumy – tak, oczywiście pamiętam, ale przede wszystkim hitem prezentowym były te majtki! Te majtki!
Dziękuję mojej siostrze za ten wpis!