Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Reblog: Najładniejsze dekoracje halloweenowe w Nowym Jorku

Z blogu:

Little Town Shoes

zapiski o życiu w Nowym Jorku

Filmik nagrała i blog prowadzi Magdalena Muszyńska, która tak pisze o sobie:

O mnie

Przeniosłam się do Nowego Jorku osiem lat temu. Jak większość osób, które mieszkają tutaj jestem zakochana w tym mieście. Czasami trudno uwierzyć dlaczego, bo głośno, bo brudno, bo drogo:) Ale Nowy Jork jest niezwykłym miejscem. Energia, koloryt i tempo tego miasta uzależnia. Jest też jednym z tych niewielu miejs, gdzie każdy, bez względu kim jest i skąd pochodzi, może tu być sobą.

Obecnie pracuję w firmie social media w Soho, Trzy lata temu zostawiłam pracę w Agencji, a moja pasja czyli “opowiadanie o Nowym Jorku”, stała się moją pracą. Zdałam egzamin na przewodnika po NYC i oprowadzam po moim ukochanym mieście.

Jeżeli planujesz wyjazd do Nowego Jorku i szukasz prywatnego przewodnika i pomocy w organizacji wyjazdu tu znajdziesz więcej informacji.

Obecnie jako jedyny polskojęzyczny przewodnik otrzymałam „złotą gwiazdę” od miasta jako dowód uznania wiedzy o NJ.

W marcu została opublikowana moja książka “Z Nowym Jorkiem na NY”, która jest na pierwszym miejscu pod względem sprzedazy w Empiku w kategorii turystyka i przewodniki w 2016 roku.

Moj blog o Nowym Jorku, a życiu w Ameryce, o życiu na emigracji. To trochę subiektywny przewodnik po Nowym Jorku, to trochę zbiór notek o codziennym życiu w Nowym Jorku, to trochę „insiderskich” porad, od kogoś kto tu już kilka lat mieszka.

Moje opowiadania, nowojorskie historie i zdjęcia zostały pokazane między innymi w TVN, Radio Zet, Radio ZET Chilli, Magazynie Gazety Wyborczej, Elle Polska, Twoj Styl, wp.pl. i wielu innych publikacjach prasowych.

Mieszkam na Brooklynie z mężem, psem i dwoma kotami.

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Magda

Travel Channel & LittleTownShoes

Ich bin nicht tot / Nie umarłem / Nè son già morto

Einladung zum Besuch bei dem Grab von Prof. Brückner

Zapraszamy na wspólne odwiedziny przy grobie prof. Brücknera

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Es sandte mir das Schicksal tiefen Schlaf.
Ich bin nicht tot, ich tauschte nur die Räume.
Ich leb in euch, ich geh in eure Träume,
da uns, die wir vereint, Verwandlung traf.

Los chciał, bym spał tu, nim moja wybije
Pora; nie zmarłem; po siedziby zmianie
W tobie płaczącym, żywy, mam mieszkanie,
Jeśli kochany w kochającym żyje.

Gesichter Berlins: Polnische Gräber in Berlin II
historische Führung auf den polnischen Spuren
Donnerstag, 1. November 2018 von 17:00 bis 20:00
Treffpunkt / Spotkanie: U-Bahnhof Ullsteinstraße (unten / na dole)
Ansprechpartnerin: Ewa Maria Slaska

Traditionell zum 1. November gehen wir mit Ewa Maria Slaska zum Grab von Prof. Brückner.
Über die polnische Persönlichkeit Berlins wird die Schriftstellerin und Bloggerin ausführlich berichten.
Unsere Wurzeln, unsere Geschichte in der Hauptstadt – lass uns mehr über uns selbst erfahren!

In Berlin gibt es 270 Friedhöfe, darunter ca. 30 sog. historische, die man also als Kulturdenkmal betrachtet und wiederum auch ca. 30, die, wie der Friedhof wo Prof. Brückner begraben liegt, aufgelöst werden. Wie man auf diesen Friedhöfen die polnische Gräber sucht, wie man sie identifiziert, obwohl die dort begrabenen manchmal deutschen Namen tragen und Polen sind, manchmal aber polnische Namen haben und die Familien ihre polnische Abstammung abstreiten. Welche Schicksale erzählen uns die Gräber, über die Menschen, aber auch über die Deutsch-Polnischen Beziehungen.

Abschliessend gehen wir Kaffee trinken und leckere Kuchen in der Ufa-Fabrik essen…


Bei der Führung könnte man das Buch von Ewa Maria Slaska und Michał Rembas kaufen: Ich bin nicht tot / Nie umarłem – ein kleines schönes Buch über polnische Gräber in Berlin und deutsche in Stettin.

Nur 5 €! Beim Versenden + 2,5 € für Verpackung und Versendung.

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

Reblog 18 Things That Every Polish American Will Understand

Monika Marzec

If you’re 100% Polish you know these are all true

Growing up as a Polish American there are some things that are just so true because we have all experienced them. By not being totally American and not being totally Polish, we get the best of both worlds. From Polish school to Jan Pawel II, these are just some of the identifiers that we grew up with.

https://www.powr.com/video/top-10-scary-polish-urban-legends-3741941

1. Saturdays are for Polish school

Whether you want to go or not isn’t up to you. This made Friday night sleepovers nonexistent for basically your whole childhood and preteenhood. Forget doing anything fun on Fridays because you ALWAYS had to wake up early and finish doing last week’s homework.

2. Your friends never understood your parents’ accent

All your non Polish friends are guilty of the smile and nod when being asked anything by your parents.

3. Every summer you went to Poland to visit your family

Nothing like flying LOT airlines the day after school ends to see your family. Every year you meet a new aunt or uncle or family friend you never met before (where do they seem to spawn from?!). Everyone is always excited to see you because you’re coming from America.

4. You know your mushrooms

If you’ve spent a summer in Poland, chances are you went mushroom picking. You always had that uncle that would tell you that muchomory are poisonous, so just take a picture but do not touch.

5. Babcia taught you how to make pierogi

Babcia is always cooking but teaching you to make pierogi is a sacred rite of passage because even though you live in America, you cannot forget you are Polish. After a few hours, you have enough pierogi to feed a small army and dinner to last the next few days.

6. Communism

Somehow this is a topic that always comes up during family dinners… or when you want something and get a lecture how your parents didn’t have anything during communism.

7. You know your Disco Polo

You do not know how people still listen to this but whenever it comes on you sing all the words to it.

8. Babcia will keep feeding you because you are never full in her eyes

9. You have your American friends and then you have your Polish friends

Not everyone in your school is Polish so naturally you have your American friends that just do not get your Polish parents or why you have to go to Polish school. Regardless, having two groups of friends is awesome because some there are some things that your American friends will just never get if they’re not Polish.

10. Krowki are life and you always have a secret stash of them somewhere

11. Everyone has a picture of pope John Paul II in their house

Are you even Polish if you do not have a picture of the Polish pope in your house?

12. Whenever someone mentions Poland in school or public you immediately begin to pay attention

“Yes I’m Polish”

13. Translating things from Polish to English is sometimes challenging

Sometimes Polish words do not translate to English the same way. For example, why is stuffed cabbage called pigeon? Why is a chocolate dipped marshmallow called bird’s milk? We have so many questions…

14. Just because your Polish everyone assumes you’re a raging alcoholic

I mean, they are not entirely wrong because vodka almost sounds the same as the Polish word for water. Coincidence? I think not.

15. Just like Saturdays are for Polish school, Sundays are for church

As a Polish American youth, you do not have the luxury of sleeping in on weekends because you either have Polish school or church. And God forbid you are late to either, wstyd.

16. Everyone has the same leather kapcie

Image: KAPCIE GÓRALSKIE SKÓRZANE DAMSKIE LACZKI SKÓRA 38 7304975839 ..

goo.gl

You do not know where they come from or how they make a size for everyone, but you always have to wear them because if you walk barefoot on the floor, you will get pneumonia.

17. You speak Polish whenever you’re in public but want to talk about someone

Whether you’re at Home Goods with mama and you see someone you used to know and start gossiping about them, or you’re with your Polish friends and you’re talking about your crush who just happened to walk in, Polish comes in handy.

18. Your mom is always cleaning

You are not allowed to be in the room she just cleaned because she literally vacuumed everything including the cat and the picture frames. The living room is for show, not for living!!!!

Regardless of everything, you would not change being Polish for anything.


Source

Lili Marleen

Dla Iwonki

Ewa Maria Slaska

Jedna z opowieści, której nie zdążyłyśmy sobie opowiedzieć, bo trzy tygodnie to stanowczo za mało czasu na dwie opowieści o życiu i tysiąc i jedną opowieść o wszystkim i o niczym.

***
Lili Marleen to niemiecka piosenka z okresu wojny śpiewana przez Lale Andersen.
Pierwotny tytuł piosenki: Lied eines jungen Wachtpostens (Piosenka młodego wartownika).
Lale Andersen, naprawdę Liese-Lotte Helena Berta Bunnenberg (1905 – 1972), była niemiecką piosenkarką, autorką piosenek i aktorką. Na całym świecie znana jest przede wszystkim właśnie jako wykonawczyni piosenki Lili Marleen.

Vor der Kaserne vor dem großen Tor
Stand eine Laterne
Und steht sie noch davor
So wollen wir uns da wiedersehn
Bei der Laterne wollen wir stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Unsre beiden Schatten sahen wie einer aus;
Dass wir so lieb uns hatten
Das sah man gleich daraus
Und alle Leute sollen es sehen
Wenn wir bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Schon rief der Posten: Sie bliesen Zapfenstreich;
Es kann drei Tage kosten!
Kam’rad, ich komm ja gleich
Da sagten wir auf Wiedersehn
Wie gerne würd’ ich mit dir gehn
Mit dir
Lili Marleen
Mit dir
Lili Marleen
XXX
Deine Schritte kennt sie
Deinen schönen Gang
Aller Abend brennt sie
Doch mich vergaß sie lang
Und sollte mir eine Leids geschehn
Wer wird bei der Laterne stehn
Mit dir
Lili Marleen?
Mit dir
Lili Marleen?
XXX
Aus dem stillen Raume
Aus der Erde Grund
Hebt mich wie im Traume dein verliebter Mund
Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
(Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen)
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
Outside the barracks, by the corner light
I’ll always stand and wait for you at night
We will create a world for two
I’ll wait for you the whole night through
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXX
Bugler tonight don’t play the call to arms
I want another evening with her charms
Then we will say goodbye and part
I’ll always keep you in my heart
With me, Lili Marlene
With me, Lili Marlene
XXX
Give me a rose to show how much you care
Tie to the stem a lock of golden hair
Surely tomorrow, you’ll feel blue
But then will come a love that’s new
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXXWhen we are marching in the mud and cold
And when my pack seems more than I can hold
My love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene
XXXMy love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene

Tekst piosenki został napisany przez Hansa Leipa już w roku 1915, muzykę ułożył w roku 1939 Norbert Schultze i wtedy też piosenka została zaśpiewana i nagrana przez Lale Andersen (Electrola EG 6993). Podczas II wojny światowej piosenkę spopularyzowało radio dla żołnierzy niemieckich w Belgradzie, które nadawało ją zawsze na zakończenie audycji. Nagranie było ogromnym sukcesem finansowym – Lili Marleen była pierwszym utworem w historii dyskografii niemieckiej, który przekroczył sprzedaż miliona egzemplarzy. Piosenka była tak popularna, że przez jakiś czas śpiewali ja żołnierze po obu stronach frontu, co było jedynym takim wypadkiem w historii (ale nie wiem czy wojen, czy muzyki). To się oczywiście nie spodobało władzom hitlerowskim, które zakazały jej wykonywania – oficjalnie uznana została za utwór deprymujący i podkopujący morale żołnierza niemieckiego. Pod koniec wojny Lili Marleen śpiewali więc przede wszystkim żołnierze wojsk walczących z Niemcami. Wśród żołnierzy amerykańskich piosenkę spopularyzowla Marlene Dietrich.

Popularność piosenki wśród żołnierzy amerykańskich spowodowała, że Lale Andersen, przedtem uważana za ulubienicę Hitlera, popadła w niełaskę. Przez jakiś czas w ogóle nie wolno jej było występować, a gdy już przwrócono jej prawo występów – nie wolno jej było wykonywać Lili Marleen. Piosenka została usunięta z archiwów niemieckich. Lale Andersen wycofała się do końca wojny z życia publicznego. W podziemiu niemieckim i europejskim krążyły legendy o jej aresztowaniu, o tym że była więźniarką obozu koncentracyjnego, że została uwięziona za romans z żydowskimi twórcą. Do tych legend nawiązuje niemiecki film wojenny Lili Marleen z roku 1981 w reżyserii Rainera Wernera Fassbindera. Główne role w filmie zagrali Hanna Schygulla jako piosenkarka Lale Andersen i Giancarlo Giannini jako jej ukochany, żydowski piosenkarz i kompozytor Rolf Liebermann (w filmie Robert Mendelsson). Scenariusz filmu powstał wprawdzie w oparciu o autobiografię piosenkarki pt. Der Himmel hat viele Farben (The Heavens Have Many Colors), ale mąż artystki wielokrotnie podkreślał, że film Fassbindera niewiele ma wspólnego z prawdą.

Lili Marleen po polsku w wykonaniu Kazika.

Music in NY

Text: Ewa Maria Slaska
Video: Iwona Schweizer

New York, 12th of Oct 2018. Two days earlier I came to America, but it is my first day in New York. We came with train from Ramsey. They are my first steps in NY sms  my first “meeting” with that incredible City after 27 years. And it is, what we see:

I do not know yet that music will be a very important element of my staying in NY this time.

Next day we go to Carnegie Hall to the concert of Singing Men of Texas (see here). During the break we go to the loo and we meet Maria, an almost blind Polish woman living in Manhattan. She invites us to the Piano Concert which is organized by New York Piano Society (NYPS) on the next day in Kaufman Music Center in Lincoln Hall. Elena Leonova, founder and artistic director of NYPS presents her students, all of them men of rang and position: a professor, a manager, a scientist, playing Bach, Chopin or Debussy.  They play very good, very professional, though as a matter of fact they are amateurs. On the website of NYPS I read, they are “pianists with non-musical careers”.

Some days later, on 17th of October we go to the Public Theater on the famous Lafayette Street. In Joe’s Pub we see Adrienne Haan, a…

chanteuse featuring in a Joseph Barry Production, A Tribute to Berlin’s Golden Age. Haan’s performance celebrated the 100th anniversary of the end of World War I and the beginning of the Weimar Republic with musical selections that characterize Berlin during the 20’s and early 30’s as a time of change.  The program under the musical direction of  pianist Richard Danley included Spoliansky’s, It’s All a Swindle, Hollaender’s Falling in Love Again, Berlin’s Puttin’ on the Ritz and Porter’s Night and Day. Ms. Haan performed with the Grammy-award winning 1920’s Big Band, Vince Giordano and The Nighthawks. (…) With a diverse repertoire that ranges from chanson to jazz, blues, klezmer and Broadway, Haan has a passion for the music of the 20s and 30s.  Highlights of Haan’s 2018 season include appearances at the Théâtre National du Luxembourg, Senftöpfchen Cologne, Beethovenfest in Bonn, the Ruhrfestspiele Recklinghausen Festival, performances of her Cabaret Français in Warsaw, and Tehorah in Łódź, Poland, and a return to Asuncion, Paraguay. Her latest CD Berlin, Mon Amour, hailed as “engaging and unique,“ is a tribute to 20s and early 30s Germany.

Everywhere in New York we meet music. In the metro station 14th street on our way to famous Chelsea Market (Oreo were produced there!) and the fascinating High Line we see piano – everybody could come and play…

It was Friday. On Saturday we go to one of Off Broadway theaters to see This One’s For The Girls, a piece with four women of different ages and colors singing with amazing voices, as they call it, the “soundtrack of our life” – a new musical written by Dorothy Marcic.

Spanning over the last 100 years, This One’s For The Girls tackles what it means to be a woman through song. From mournful laments such as “A Bird in a Gilded Cage” to angry anthems such as “I Am Woman” and “You Don’t Own Me,” the new musical is a high-energy celebration of womanhood. Top 40 hits such as “RESPECT,” “Stand by Your Man,” and “Girls Just Wanna Have Fun,” are just a few of the tunes you can expect to hear throughout the performance.

What I like in America?

Ewa Maria Slaska

Iwonka (Foto somebody)

Rich (Foto Iwonka)

Manhattan seen from Brooklyn (Foto Iwonka)

and from the Atlantic Ocean (Foto Iwonka)

Perkins Memory Drive (with Manhattan skyline)

“Our” Golf and Country Club (Fotos Iwonka)

Cardinals (Foto Iwonka in a winter!)

Golf course (View from the living room. Foto Iwonka)

Fireplace inside the living room.

Israeli Couscous

“Our” train to NY and back (Foto Iwonka)

New World Trade Center Train Station (designed by Santiago Calatrava)

“Clean Cranberry Snax” with Chia- or Pumpkin seeds

Cute Halloween cakes

UAE

Iwona Schweizer

I recently visited the United Arab Emirates (UAE), a vibrant tourist center in the Middle East.

With the discovery of oil in the 1960’s, the area was transformed from small fishing and pearling villages to a regional business center for the Gulf region.  In 1971 after independence from Britain, the seven emirates united and created the UAE. The population at that time was around 235,000.  The current population is close to 9.5 million people and the median age is 34.

UAE rulers understood early that diversification was critical to the country’s future.  Accordingly, they offered attractive tax advantages and brought major Fortune 500 companies to invest there.  Even though oil still plays important role in country’s total revenue other industries like real estate, finance, retail, and tourism are now part of the backbone of the UAE’s dynamic economy.

UAE ranks among the top 15 defense spenders worldwide, with a majority of the defense budget being spent on air defense systems and the air force.  The United States provides the UAE with military training and has treated the UAE as a leading partner in combating terrorism. Recently, UAE special operation forces were involved in Mali, Afghanistan, Egypt, Yemen, Somalia.  UAE does not have diplomatic relations with Israel (Israelis or Israeli products are not allowed in the country). However, both countries conduct joint military exercise in fighting terrorism.

About 10-15% of the population are native citizens. 80% of the population is foreign born. Emiratis have many privileges provided by the government such as free education, healthcare, grants to cover wedding costs, subsidized utility payments, and well-paid jobs in public sector. UAE is often called expatriate’s paradise. Expats with good jobs are compensated very well. The often receive a housing allowance and car allowances. Domestic help is cheap, almost every household employs a maid. There is no income tax or sales tax.

Due to the influx of foreigners, Emiratis often complain about losing their cultural identity. A common complaint is that too often Islamic guidelines for modest clothing, displays of affection, and consumption of alcohol are not enforced. It is common to see people dressed in western style outfits next to a native wearing an abaya, burka or kandura. Alcohol is served in licensed bars and hotels, and the UAE is famous as a sex tourist destination in the Middle East.

Temporary workers (construction, service) are often unhappy but would usually say “it is still better than back home.” They send money home, educate their children, and save for old age. Many families in Asia were lifted out of poverty because someone in their family works in UAE. I spoke to few hotel and restaurant workers who were very satisfied. Many employers pay for tickets to visit home.

There are also sad stories of people leaving in deplorable conditions, who for some reason had their passports confiscated, and/or whose wages were not paid by their employers. I came across a few circumstances where people claimed they were unable to go back home because they did not have the money to travel.

One can often see nannies with children in local coffee shops. My friends have a nanny from the Philippines. She has worked in Dubai for 12 years and seems very happy there. She is paid $600 month to clean, cook, and take care of two small children. Her wages allow her to send money to her parents every month. By doing so, she was able to build her parents a small house.

Dubai is the cleanest, elegant, the most modern city I ever saw. It often feels unreal, with wide boulevards, big shopping malls, an indoor ski slope, and even a three story aquarium in one of the shopping centers. Dubai also boasts the tallest building in the world. It has the finest restaurants, luxurious hotels. Dubai Healthcare Center is a hub for wealthy people in the Gulf area. Wealthy individuals can even purchase a manmade island in the shape of the world.

UAE is the second safest country in the world, after Finland. You can leave your iPhone on a table and nobody will touch it. Surveillance and undercover police are common. Cameras are everywhere. UAE has experienced no political unrest so far.  That being said, criticizing the government or Islam can result in imprisonment or deportation.

A friend who lives there for years told me about his colleague who went out with his buddies one night.  The following day he received the call and was told to leave the country within 24 hours. When he asked why, caller said “no explanation, no questions asked, you have 24 hours to get out”.

Cars and car insurance are inexpensive. You can see high end cars like Jaguar, Bugatti, Lamborghini on the roads and mall parking lots.  Dubai is famous for its Maserati and Porsche police cars.

In 2016, almost 15 million people visited Dubai. It is the fourth most visited city in the world.  There are a lot of efforts to expand culture in UAE.  Last year, a magnificent opera house opened in Dubai.  There are plans to open Guggenheim and Louvre museums in Abu Dhabi.  Such initiatives should have a positive effect on the country’s leisure sector.

UAE is supposedly one of the happiest countries on the planet. They even have “Minister of State for Happiness” driving government policy to provide social satisfaction.

Reblog: An Open Letter…

Monika Marzec

…To My Biological Parents Who Haven’t Seen Me Since I Was Born

Every year when it’s my birthday, do you think of me?

Hi!

I know I haven’t seen you guys since I was born, but I want you to know that every day, I think about you. I was lucky that the family that adopted me has stayed together so I got to grow up with two parents. However, I like to think that I grew up with four. Even if you weren’t with me physically, a part of you was still around. I know both of you didn’t end up together and got married to other people, but I want to know – does that technically bring up the parent count to six now?

 

Every year when it’s my birthday, do you think of me? Is July 9th a day that you celebrate silently?

I want you to know that I’m okay. I grew up in a good neighborhood on Long Island where I went to elementary school, middle school, and high school. Every summer I went to Poland to see my family and even got to go to camp. The first summer I went to camp, I cried because I couldn’t read in Polish so I had no idea what the plan for the day was or what was for dinner. And that fall, my parents enrolled me in Polish school. I hated it. I grew up playing soccer and volleyball and made captain in high school. My favorite subjects in school were always math and science because I loved learning and problem-solving.

I always grew up thinking that I was going to meet you on my 18th birthday, but it came and went and I still don’t know you.

Something stupid that depresses me sometimes is when I go to a doctor’s office and they ask me about my family’s medical history. I always say I was adopted so I don’t know what was genetically passed down or what I’m at risk for.

Being adopted is unique because you have two pasts: your biological parents’ and your adoptive parents.’ Some adoptees are okay with not knowing about their biological parents and treat them like a simple sperm and egg donor, but I want to know. I want to know everything. Your likes, your dislikes… I grew up an only child so do I have half siblings? That would be really cool because playing Candyland was lonely growing up.

Not knowing anything about you besides being genetically related makes me feel like no matter what I learn about myself, or how many times I ‘find’ myself, I still have a little piece of the puzzle missing.

I love you. I don’t know you.

Hopefully one day we will meet and I can tell you about everything and everyone that is important to me. I want to thank you for giving me up for adoption and not aborting me because you gave me a life that is worth living – even if you haven’t been a part of it.


This article was first published on an Odyseeyonline