
Reblog: Maria Kann
Kołkowiec Don Kiszota i śmierć licencjata Terralby (s. 69n)
Karol Filip IV, fanatyk w sprawach religijnych, zajmował się przede wszystkim walką z innowiercami. Ufny w bogactwa zdobyte na Majach i Aztekach, nie doceniał trudności gospodarczych kraju, z którymi nie umia sobie poradzić. Na domiar złego prowadził długotrwałe wojny, które spowodowały zmierzch potęgi Hiszpanii i jej floty morskiej, zwanej Niezwyciężoną Armadą. Jako wódz miał sukcesy tylko w czasach swej młodości, zanim wstąpił na tron, w wojnie z Turcją.
Wśród jego walecznych żołnierzy znajdował się wówczas Miguel Cervantes, który w przyszłości stał się jednym z najsławniejszych pisarzy Hiszpanii.
Dał on obraz odchodzącego na zawsze świata błędnych rycerzy, zaklętych księżniczek i złych czarodziejów.
*
“W pewnej miejscowości w Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać – tak zaczął swą powieść Cervantes – żył niedawno temu pewien szlachcic, z tych, co mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta… Szlachcic nasz zbliżał się do pięćdziesiątki: silnie zbudowany, suchy, chudego oblicza, lubił wczas wstawać i był wielkim miłośnikiem łowów. Mówią, że miał przydomek Quijada, czy Quesada (co do tego nie ma zgody między autorami), ale na podstawie pewnych prawdopodobnych poszlak przypuszczać można, że nazywał się Quejana… Otóż wiedzieć wam trzeba, że ów szlachcic, w chwilach kiedy nie miał nic do roboty (co zdarzało się przez większą część roku) wczytywał się w księgi rycerskie z takim zapałem i lubością, że o polowaniu zgoła zapominał oraz gospodarkę swej włości zaniedbywał; zaciekawienie to i zapamiętanie do tego stopnia doszły, że sprzedał liczne morgi, byle zakupić do czytania księgi rycerskie…”
Rycerz zapragnął dorównać opisywanym w księgach bohaterom; Addisowi z Galii, który przy pomocy czarów sam jeden pokonał flotę nieprzyjacielską; rycerzowi Gorejącego Miecza, który przeciął dwu olbrzymów. Pragnął narazić się na równie groźne przygody, jak Rycerz Słońca czy też Rycerz Krzyża. Wczytywał się też w księgę “Zwierciadło rycerstwa”, aby w niczym nie uchybić rycerskim obyczajom. Fantastyczne opowieści “wysuszyły mu rozum”. Coraz bardziej pociągały go walki ze smokami i czarownikami, a nade wszystko obrona uciśnionych młodych niewiast. Postanowił zdobyć nieśmiertelną sławę, niosąc pomoc nieszczęśliwym.
Wyciągnął z kąta dawno zapomnianą zardzewiałą zbroję i oczyścił ją starannie. Ze stajni wyprowadził starą chudą szkapę i nadał jej imię Rosynanta, przekonany, że dosiądzie najpiękniejszego wierzchowca na świecie.
Sam siebie nazwał Don Kiszotem z Manczy. A że każdy rycerz musi wielbić jakąś damę, wybrał sobie młodą wieśniaczkę, która za sprawą jego wyobraźni przemieniła się w Dulcyneę z Toboso. Wyjeżdżając, nie stawił się przed panią swego serca, tłumacząc sobie, że wolno mu będzie pokłonić się jej, kiedy wróci z wyprawy opromieniony chwałą nieśmiertelną.
Każdy szanujący się rycerz powinien mieć giermka, namówił więc Don Kichot ubogiego wieśniaka, Sanczo Pansę, aby pojechał z nim razem, obiecując, iż zostanie zarządcą odkrytej przez nich wyspy. Ruszył Sanczo Pansa za nim na osiołku, a Don Kiszot pocieszał się, iż zdobędą z czasem dobrego wierzchowca na jakimś “nieokrzesanym” rycerzu i jego sługa upodobni się do wszystkich giermków na świecie.
Wielu przygód doznał rycerz wędrując drogami i bezdrożami Hiszpanii: walczył z wiatrakami, które uznał za olbrzymy, odebrał balwierzowi jego miskę i używał jej odtąd zamiast hełmu, uwolnił z dybów i łańcuchów gromadę zbrodniarzy, którzy zamiast okazać mu wdzięczność, pobili go srodze. Nieraz otrzymywał cięgi, ale to nie mogło go zwolnić od ślubów złożonych pięknej Dulcynei z Toboso.
Ogarnięty szaleństwem nie utracił jednak zdolności odróżniania zła od dobra, po stronie którego zawsze się opowiadał.
Jego bezinteresowność i mądrość, jaką wykazywał, gdy nie chodziło o wyimaginowane przygody, zjednywała mu serdeczność szlachetnych ludzi.
Podczas drugiej wyprawy spotkał w lesie księżnę, piękną łowczynię, która słyszała już o Rycerzu Smętnego Oblicza i postanowiła zabawić się jego kosztem. Przygotowała z mężem ucieszną, jak im się zdawało, krotochwilę.
W zamku przywitano rycerza uroczyście: – Bywaj kwiecie i śmietanko rycerzy!
Don Kiszot przyjął te kpiny za dobrą monetę.
Aby nie psuć sobie zabawy, księżna upewniła Sanczo Pansę, iż ofiaruje mu wyspę we władanie i będzie mógł zabrać do pomocy swego osiołka.
– Nie wiecie nawet, Wasza Miłość, pani księżno, jak utrafiliście – odparł giermek – widziałem już niejednego osła na urzędzie i nie byłoby w tym nic nowego, gdybym mego wyniósł na wysokie stanowisko.
Rozbawiona księżna zabrała się do układania zabawy.

Odtąd na zamku zjawiali się czarownicy w poszukiwaniu sławnego Don Kiszota, dając jemu i jego giermkowi zadania do wypełnienia.
Pewnego dnia do zamkowego ogrodu wkroczyli ludzie w żałobnych szatach, uderzając pałeczkami w pokryte kirem bębny. Za nimi kroczył olbrzym, który padł na kolana przed księciem i jego małżonką, podając się za Trifaldina Białobrodego, giermka hrabiny Trifaldi, zwanej inaczej ochmistrzynią Doloridą. Zachęcony przez księcia wyznał, iż szuka rycerza Don Kiszota, aby ten odczarował hrabinę i jej dworki.
Ponieważ Rycerz Smętnego Oblicza wyraził na to zgodę, wprowadzono dwanaście niewiast ubranych w obszerne habity i w białych czepcach na głowach. Twarze zasłaniał im gęsty muślin. Hrabina Trifaldi weszła za nimi, podtrzymywana przez giermka i nieco ochrypłym głosem opowiedziała swe dzieje:
W sławnym królestwie Kandaja, leżącym pomiędzy wielką Trapobaną a Morzem Południowym, o dwie mile od przylądka Komorin, żyła królowa Moguncja, wdowa po królu Archipelu. Jej córka, infantka Antonomazja, mając zaledwie 14 lat, zakochała sią w pięknym rycerzu, don Claviju i poślubiła go tajemnie.
Ten mezalians tak zmartwił królową, iż wkrótce zmarła. Nad jej grobem zjawił się w powietrzu na drewnianym latającym koniu olbrzym Malambruno, jej stryjeczny brat, i aby pomścić śmierć krewniaczki i ukarać zuchwalstwo don Clavija, zaczarował rycerza i księżniczkę Antonomazję w krokodyla i małpę.
Na słupie umieszczono zaś napis: “Nie odzyskają pierwotnego kształtu ci zuchwali kochankowie, póki waleczny rycerz manczueński nie stoczy ze mną dwuboju, bo jedynie jego wielkiemu męstwu przeznaczyły losy tę nie widzianą nigdy przygodę”.
Czarownik napiętnował także ochmistrzynię i jej dwórki za to, że nie upilnowały infantki i sprawił, że na ich twarzach wyrosły brody…
– Malambruno obiecał – rzekła ochmistrzyni – iż wyśle po Don Kiszota drewnianego wierzchowca Kołkowca Chyżego, znacznie mniej narowistego niż konie naziemne, przy tym rumak ten lata przez powietrze jakby go diabli nieśli. Koń zjawi się tu nim upłynie pół godziny od nastania nocy.
– A wiele osób zmieści się na tym koniu? – zaniepokoił się Sanczo Pansa.
– Dwie. Jedna na siodle, a druga na łęku. Rycerz i jego giermek mogą więc lecieć razem.
Próżno wzbraniał się Sanczo Pansa przed napowietrzn podróżą, Ochmistrzyni twierdziła stanowczo, że jego udział w wyprawie jest niezbędny.
– Pani Trifaldi – rzekł uroczyście Don Kiszot. – Mam nadzieję, że niebo łaskawie wejrzy na waszą niedolę i Sanczo Pansa postąpi, jak każę. Niech tylko przybywa ten Kołkowiec. Niechaj się z Malambrunem zmierzę.
Wiem jedno: żadna brzytwa by łacniej Waszych Miłości nie ogoliła, niż miecz mój zgoli z ramion łeb Malambruna.
Kiedy zapadła noc, do ogrodu weszło czterech dzikich mężów, okrytych liśćmi bluszczu, dźwigając na ramionach drewnianego konia.
– Dosiędzie tej machiny tylko rycerz, który ma odwagę – rzekli stawiając konia na ziemi. A jeśli rycerz ma giermka, niech ten siada na łęku. Wystarczy przekręcić kołek na czole konia, a ten uniesie ich w powietrze, tam gdzie oczekuje Malambruno. Aby zaś lot nie przyprawił ich o zawrót głowy i aby nie pospadali, mają zawiązać sobie oczy aż do chwili, kiedy koń zarży!
Don Kiszot pragnął natychmiast dosiąść rumaka. Wreszcie dał się namówić i Sanczo Pansa.
– Jedźmyż, panie – rzekł – już brody i łzy owych dam tak mi się w serce wraziły, że i kęsa nie przełknę, póki ich nie ujrzę w pierwotnej postaci. Wsiadajcie, Jegomość, bo jeśli mam jechać na łęku, jasne, że ktoś musi wsiąść na siodło.
Chciał Don Kiszot sprawdzić, co się znajduje w środku drewnianego konia, żeby nie doznać takiej zdrady, jak niegdyś mieszkańcy Troi, ale zaufał na słowo ochmistrzyni, że nic złego im się nie stanie. Sądził też, że czarownik Malambruno będzie postępował w stosunku do niego szlachetnie.
Ten, który z dalekich stron po nas przysyła – rzekł – nie może nas zwodzić. Mała by to była chwała, oszukać człowieka, który zaufa. A chociażby wszystko poszło wbrew temu, co sobie wyobrażam, to niczyja złośliwość nie zaćmi sławy tego, co się na ową przygodę poważył.
Pozwolił sobie zawiązać oczy i wdrapał się na siodło Kołkowca Chyżego, za nim wgramolił się także i Sanczo Pansa.
Don Kiszot przekręcił kołek na czole drewnianego konia, a obecni zaczęli wołać:
– Już, już unosicie się w powietrzu i przecinacie je szybciej niż strzała.
– Trzymaj się, dzielny Sanczo, bo się chwiejesz. Bacz, byś nie spadł.
Sanczo przytulił się do swojego pana, objął go mocno, ale wyraził zdumienie, że głosy z ziemi tak dobrze słychać.
Don Kiszot uspokoił go zapewnieniem, że czuje wiatr wiejący z tyłu. Dmuchano na nich z potężnych miechów.
Obecni zamilkli i zaczęli się przysłuchiwać rozmowie rycerza i giermka, którym wydawało się, że lecą na znacznej wysokości.
– To pewna, Sanczo, że sięgamy drugiej strefy nieba, gdzie rodzą się grad i śniegi – rzekł Don Kiszot. – Grzmoty i pioruny powstają w trzeciej sferze. Jeśli z taką szybkością wznosić się będziemy, dotrzemy niebawem do sfery ognia, a nie wiem, jak hamować tym kołkiem, abyśmy się nie wznieśli do miejsca, gdzie się spalimy.
Na rozkaz księżny przysunięto do ich twarzy zapalone pakuły uwiązane do trzciny:
– Niech mnie zabiją! – wykrzyknął Sanczo. – Jesteśmy w sferze ognia, albo bardzo blisko, mam już połowę brody osmaloną, bierze mnie chęć, odsłonić oczy i zobaczyć, gdzie jesteśmy.
– Nie czyń tego – odpowiedział Don Kiszot – i przypomnij sobie prawdziwą historię o licencjacie Terralbie, którego szatan uniósł w powietrze siedzącego na patyku z zawiązanymi oczyma. W dwanaście godzin dotarł on do Rzymu, zsiadł na jednej z ulic miasta, oglądał bitwę i śmierć atakującego Rzym Bourbona, rankiem zaś był z powrotem w Madrycie, gdzie zdał ze wszystkiego sprawę. Ten sam Terralba opowiadał, że widział blisko Księżyc i jak mniemał, mógł go ręką dosięgnąć, ale nie śmiał spojrzeć na Ziemię w obawie przed zawrotem głowy. Nie należy przeto, Sanczo, oczu odsłaniać. Ten, który zobowiązał się nas prowadzić, odpowiada za nas. Może tak krążymy i wznosimy się ku górze, aby od razu spaść na królestwo Kandaja, jak czyni krogulec lub sokół, kiedy spada na czaplę, aby ją porwać, choćby uciec usiłowała. I lubo nam się wydaje, że nie ma i pół godziny, odkąd opuściliśmy ogród, wierzaj mi, że musieliśmy ujechać dobry kęs drogi.
Oboje ksiąstwo mieli dość zabawy, dali więc znak, żeby ją skończyć. Przybliżono pakuły pod ogon Kołkowca, a że był wypełniony petardami, więc obaj jeźdźcy wraz z wierzchowcem wylecieli w powietrze.
Wybuch ogłuszył ich tak, że z trudem zdołali dźwignąć się z ziemi. Ku swemu zdumieniu stwierdzili, że są w zamkowym ogrodzie, z którego przecież odlatywali do królestwa Kandaja. Brodate damy znikły tymczasem. Księżna wraz z mężem i dworkami leżała na trawie w ciężkim, jak rycerzowi się wydało, omdleniu.
Pod drzewami sterczała wbita w ziemię dzida, a na niej zawieszony pergamin z napisem:
„Znamienity rycerz Don Kiszot z Manczy przedwsięziął i do kresu doprowadził, przez samo jej podjęcie, przygodę hrabiny Trifaldi, inaczej zwaną ochmistrzynią Doloridą oraz jej towarzyszek. Malambruno jest zupełnie zadowolony, poprzestaje na tym zadośćuczynieniu, podbródki ochmistrtzyni jej dwórek stają się gładkie, a Don Clavijo i Antonomazja przywróceni do pierwotnego stanu…”
Tak się skończyła napowietrzna przygoda Don Kiszota, który ani się domyślał, że padł ofiarą okrutnego żartu znudzonej bezczynnością pary książęcej. Nawet i sprytny Sanczo nie zdawał sobie sprawy, iż na dworze bawiono się jego kosztem i opowiadał wszystkim, że odsunął jednak nieco zasłonę z oczu podczas lotu i widział Ziemię, małą jak ziarnko. A także gwiazdy konstelacji Siedmiu Kóz (czyli Plejady).
Cervantes nie tylko kpi z romansów opisujących fantastyczne przygody błędnych rycerzy, ale pokazuje, że urojenia mogą się stać prawdziwym dramatem. Do takich właśnie dramatów należą nie tylko dzieje bohatera opowieści, Don Kiszota, ale i prawdziwa historia licencjata Terralby.
Terralba jest postacią autentyczną, a tragedia jego życia dobrze znana. Pragnął tak bardzo oderwać się od Ziemi, iż w końcu uwierzył, że za sprawą szatana nie tylko przenosi się z miejsca na miejsce, ale i wzlatuje do Księżyca. W „Wyznaniach”, które zostawił, opisuje te napowietrzne podróże w towarzystwie diabła, który nieraz go usypiał, a przed lotem zawsze nacierał maścią, aby podczas szybkiego ruchu Terralba nie odczuwał bólu w zetknięciu z powietrzem.
Skazany na śmierć przez inkwizycję, nawet za cenę życia nie wyrzekł się swego marzenia, swoich złudzeń. Nie odwołał zeznań, uparcie twierdząc, że był porwany przez diabłów w miejscowości Valladolid do Rzymu oraz że szatan pozwolił mu z bliska patrzeć na tarczę Księżyca:
„Kiedy płynąłem powietrzem, diabeł kazał mi otworzyć oczy, a kiedy je otworzyłem, ujrzałem tak blisko Księżyc, iż jak mniemam, mógłbym go ręką dotknąć”.
Spalono go na stosie w 1531 roku.
Błędni rycerze odbywali wędrówki już tylko na kartach książek, a wciąż jeszcze płonęły stosy z rzekomymi czarownikami i uczonymi, którzy nie chcieli zaprzeczyć wynikom swoich badań ani wyrzec się własnych przekonań. I nadal toczyła się walka pomiędzy zwolennikami teorii Mikołaja Kopernika a zagorzałymi obrońcami systemu Arystotelesa i Ptolomeusza.
Filozof włoski Giordano Bruno, opierając się na nauce polskiego astronoma, twierdził, że Wszechświat jest nieskończony. Istnieją niezliczone ziemie krążące dookoła swoich słońc, podobnie jak nasza Ziemia i inne planety obracają się dookoła naszego Słońca. Giordano Bruno przypuszczał, że na dalekich globach mieszkają żywe istoty. Tym twierdzeniem zadawał cios zarozumiałości człowieka, który chciał wierzyć, że cały Kosmos został stworzony wyłącznie dla jego dobra.
Nauka Giordana Bruna została potępiona przez inkwizycję, a on sam podstępem schwytany i spalony na stosie w roku 1600.
Johannes Kepler, uczony niemiecki, zajął się badaniem ruchu planet dookoła Słońca. Odkryte przez niego prawa udoskonaliły system Mikołaja Kopernika. Wynalezione w tym czasie przyrządy astronomiczne, jak teleskop i luneta, ułatwiły znacznie obserwację nieba. Galileusz odkrył przy ich pomocy księżyce krążące dokoła planety Jowisz i stwierdził, że Wenus ma fazy.
Badania astronomiczne wykazały niezbicie, że Ziemia i planety obracają się dookoła Słońca. Obserwacje powierzchni Księżyca przekonały, że jest to ciało niebieskie podobne do Ziemi, posiadające góry i doliny.
Teleskop pozwolił stwierdzić, iż Wszechświat jest nieporównanie rozleglejszy niż wyobrażano sobie za czasów starożytnych i niepodobna było dalej wierzyć, żeby ten ogrom mógł się obracać dookoła pyłka, jakim jest nasza Ziemia.
Wciąż trudno było jednak przekazywać zdobyte prawdy. Galileusz został wezwany przez inkwizycję i zmuszony do odwołania swoich poglądów. Wywołało to ogólne oburzenie. Protestowali nawet zwolennicy teorii geocentrycznej budowy Kosmosu.
Powoli rodziło się przekonanie, że nie wolno krępować swobody badań naukowych.
***
Maria Kann, Droga księżycowa. Literackie wyprawy w kosmos. Krajowa Agencja Wydawnicza, Wrocław 1988; okładka i ilustracje Andrzej Włoszczyński
