Wojenne rekreacje Mikołajka

Tibor Jagielski (René Niegościnny)

Odcinek 1: Jak wybuchła wojna.

Bardzośmy się wszyscy cieszyli, bo nareszcie spadł śnieg, a i mróz trzymał tak, że woźny przyrzekł zrobić ślizgawkę. Maskencjusz, który ma bogatego tatę, zaczął już paradować. W żółtym kasku z napisem SVERIGE i bardzo byliśmy wszyscy zazdrośni, kiedy chwalił się, że ma w domu, najprawdziwszy i zagraniczny kij hokejowy, a jemu można wierzyć.

Alcest oświadczył, że w tym roku stać na bramce nie będzie. Choćbyśmy mu przyrzekli wszystkie czekoladki świata. Na dodatek Rufin, nasz najlepszy napastnik był chory na świnkę. Kłopotów co niemiara. Kiedy wróciłem do domu, mama zapytała, czy wytarłem nogi. I co w szkole, odparłem, że wszystko w porządku, bo nie chciałem jej martwic widmem Maskencjusza w żółtym kasku z napisem SVERIGE, mającego dwie lewe nogi. I grającego na prawym skrzydle. Dorośli też mają swoje kłopoty.

Mama powiedziała, że zaraz siadamy do obiadu, gdyż tata wróci późno, bo po pracy ma jeszcze zebranie „Solidarności”. Oboje wiedzieliśmy, że to zły znak. Nastąpią niechybne przepytywania z biologii albo z matmy i narzekania, że zupa znowu przesolona. Tak było już od jesieni, bo przedtem tata wracał z zebrań wesoły jak skowronek, nawet z kwiatami dla mamy i gumą do żucia dla mnie. A czasami zabierał nas nawet na wieczorny spacer nad rzekę.

Potem zadzwonił Alcest i powiedział, że w ostateczności zgadza się na kilogram mieszanki wedlowskiej, a jak nie, to będziemy musieli postawić na bramce którąś z dziewczyn. Bardzo się zdenerwowałem.

Tato wrócił rzeczywiście bardzo późno i zamknął się z mamą w kuchni, a ja siedziałem przed telewizorem, bardzo zdziwiony tym, że nie wysłano mnie spać. W telewizji leciał właśnie jeden z filmów bułgarskich, które, nie wiem dlaczego, tak nie podobają się dorosłym. Uśmiałem się, bo jeden aktor, biorąc jakąś panią za rękę, robił takie miny jak Zenobiusz wywołany do tablicy. Niestety zabawa nie trwała długo, bo rodzice zgasili „to straszne pudło“ i kazali mi iść do łazienki.

Leżąc już w łóżku usłyszałem jeszcze słowa taty, że „jak ci w Gdańsku dzisiaj czegoś stanowczego nie uradzą, to…“

Zasnąłem. W środku nocy obudziło nas wszystkich natarczywe pukanie do drzwi. Tato narzucił szlafrok, wcisnął między zęby wygasłą fajkę i udał się do przedpokoju. Zapytał głośno – Kto tam? – Swój – usłyszeliśmy cichą odpowiedź. – Jaki swój?! – sapnął zirytowany tato, otwierając w międzyczasie drzwi. Do środka wtoczyła się ośnieżona, futrzana kula, która po pewnym czasie okazała się być Panem Ignacym, mieszkającym parę ulic dalej znajomym taty. – Aresztują – powiedział pan Ignacy, zrzucając futro. – Co?! Jak?! – krzyknęli chórem moi rodzice. – Ciii…cho – przyłożył palec do ust pan Ignacy – Aresztują, zamykają, wszystkich wyciąga z domów ubecja, istna noc świętego Bartłomieja, Sodoma i Gomora! Uciekłem ledwo co…- wskazał na swoje stojące na klatce schodowej zaśnieżone traktory. Ojciec zatrzasnął drzwi, a matka poszła do kuchni robić herbatę. Na kanapie  w pokoju gościnnym rozsiadł się, ubrany w strój harcerski i z finką u boku, pan Ignacy i zaczął opowiadać, że jego znajomych zaaresztowano przed godziną, a on sam, powiadomiony przez życzliwych, w ostatniej chwili rzucił się do ucieczki.

– Hmm… – mruknął tato, nalewając do kieliszka, który postawił przed uciekinierem na stole, wiśniową nalewkę, zrobioną przez babcię i, chociaż milczał, to ja dobrze wiedziałem, co ma na myśli – że choćby zamknęli pół miasta, to i tak między zatrzymanymi nie znalazłby się pan Ignacy.

Mama przyniosła herbatę i powiedziała, że telefon nie działa. Wobec tego wlaczylismy radio, ale leciała na wszystkich programach tylko muzyka. Na okrągło same marsze i marsze, aż tata stwierdził, że mu kiszki grać zaczynają. Po pewnym czasie usłyszeliśmy głos spikera, który powiedział, że jest wojna i że niczego nie wolno teraz  robić. Nawet chyba grać w hokeja.

Chciałem zapytać rodziców, ale mieli takie zmartwione miny, iż postanowiłem się nie odzywać. Pan Ignacy wypił herbatę z nalewką i powiedział, że czas mu w dalszą drogę, bo tu zaczyna się robić niebezpiecznie.
– Gdzie? Tutaj?! – spytała odrobinę nieprzytomnie mama.
– No u was – ruszył po swoje futro pan Ignacy – jestem tu  prawie godzinę i prawdopodobnie zdążyli już zrobić na mnie namiar i mogą się pojawić lada chwila.
– Tak, tak – przytaknął skwapliwie tato i z oddechem ulgi wypuscił go za drzwi.
– Co teraz będzie? – zapytała mama, gdy zostaliśmy sami. Tato wzruszył bezradnie ramionami.
Ja też mógłbym zadać to samo pytanie, w związku z naszym poniedziałkowym meczem z piątą C.

9 thoughts on “Wojenne rekreacje Mikołajka

    1. dziekuję tereso wdzięcznie za uwagę i ciekawość!
      wpis chciałem zamieścić dopiero 37 lat po jego powstaniu
      ( zachodnioberlinskie czasopismo “poglad” nr 19/92, z dnia 6.10.1985), ale aktualne okoliczności zmusiły mnie do wcześniejszej publikacji tego tekstu;
      nastepny odcinek rekreacji ukaże się,
      jesli się nie mylę, 1.10.2022 na blogu naszej gospodyni,
      serdecznie zapraszam!

  1. Uwaga:
    Rene´ Niegoscinny –
    strawestowałem w tej serii opowiadań nie tylko nazwisko znanego satyryka francuskiego (z pochodzenia polskiego Zyda)
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Ren%C3%A9_Goscinny
    ale wykorzystałem również jego styl humoru transportujac go w okres polskiego stanu wojennego (1981-83); opowiadania te drukowało zachodnioberlinskie czasopismo “Pogląd”(lata 1985 – 86), które wówczas wychodziło jako dwutygodnik; pisała tam (w tym samym czasie) również gospodyni tego blogu,
    pani ewa maria.

  2. czytając od razu pomyślałam o Mikołajku, ten zły Mikołaj przyszedł tydzień po swoich imieninach. Pracowałam wtedy jako nauczycielka w Technikum Kolejowym w Poznaniu. Dostawaliśmy co jakiś czas przydział materiału na mundur (kolejarze są mundurowi), ale nie szyto już mundurów, materiał można było przeznaczyć na co kto chciał. Pamiętam, że uszyto mi płaszcz, w którym potem codził mój mąż, niekolejarz. Nie miałam munduru. Szkoły i tak zamknięto, ale potem, gdy otwarto, nie bardzo wiedziano jak z nami postąpić, z nami bez munduru, w płaszczach, garsonkach, spódnicach, spodniach. Był nawet ktoś, kto “mundur” przeznaczył na zasłonę.

    1. dobrze pani pomyslala,
      bo tak brzmi tez tytul tych opowiadan:
      WOJENNE REKREACJE MIKOLAJKA,
      wyslalem poczta nawet ksero pierwszego opwiadania,
      ale redakcja tego nie zamiescila, a szkoda;
      pozdrawiam serdecznie

      1. No zaraz, powiedziano mi, że dostanę wersję cyfrową. Nikt mi nie powiedział, że mam zrobić też skan kserokopii i go zamieścić. Postaram się to dziś w nocy nadrobić

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.