Na niebiańskich łąkach

Ewa Maria Slaska

Pisałam już tu o pewnej kobiecie, która po śmierci chętnie udałaby się na łąkę, czy nawet tylko łączkę. Zaintrygowała mnie ta myśl. Sama zamierzam się dostać do miejsca, gdzie żyją dusze, które osiągnęły nirwanę, wciąż jednak pamiętam, że w Grecji jest to nazwa firmy produkującej lody, czego się dowiedziałam, gdy na promie z Aten na wyspę Kos obudził mnie w środku nocy wrzask niezadowolonego dziecka, ja chcę nirwanę, ja chcę nirwanę, dlaczego nie ma nirwany?

Co do możliwości uzyskania nirwany buddyjskiej, założyłam, że wystarczy nauczyć się od tego dziecka tego jednego zdania i przez cały czas pośmiertnej wędrówki, która trwać będzie 40 dni, powtarzać je z uporem godnym najlepszej sprawy. Zdanie to brzmi oczywiście “chcę”, ale poprzedza je długa lista tego, czego nie chcę – nie chcę wracać na ziemię, nie chcę nowej mamy i taty, nie chcę czekolady, lizaka ani jakichś tam byle jakich lodów, ja chcę nirwany. Jeśli uda nam się uniknąć pułapek chcenia czegokolwiek innego i potrafimy stawić czoła demonom, które będą nas straszyć, jak im się nie uda zaprosić nas na lody po dobroci, jak zatem przetrwamy 40 dni uporczywie powtarzając “nie chcę”, wylądujemy w nirwanie i będziemy mieli z głowy. Pamiętajcie – “ja chcę nirwanę!” Nauczyłam się tego 50 lat temu temu, czytając Bardo Thodol, tybetańską księgę śmierci, i jeśli ktoś wyniósł z tej lektury inne nauki, to proszę bardzo – ja od pół wieku trenuję się tylko w tej jednej umiejętności – “ja chcę nirwanę!” – i liczę na to, że mi się uda. Jak tam, w tych nirwańskich zaświatach będzie – nie mam pojęcia. Może to będzie łąka.

Tylko, że moi drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki rzecz jasna też) ta łą(cz)ka to wcale niełatwa sprawa, przynajmniej w moim przypadku. Na prawdziwej łące są kwiaty, ale są też kamienie, komary, mrówki, krowie placki i krecie dołki. Moje doświadczenie mi mówi, że na łąkę lepiej patrzeć niż na niej być. Pozostały mi w pamięci trzy znamienne łąki. Były na nich owady i krowy i nie chciałabym, żeby były też w zaświatach.

Pierwsza była dawno temu. Miałam może 10 lat, może 11. Pojechałyśmy na wycieczkę z moją cioteczną babką, Karusią. Miałyśmy do przejścia wielką łąkę. Nota bene była to łąka, na której zobaczyłam pierwszą w życiu rosiczką – roślinkę, która pożera muchy. Ta łąka to był to mój ulubiony krajobraz – wielka pusta przestrzeń pod wielkim sklepieniem niebieskim. W oddali widać było pojedyncze krowy. Biegłam sobie po łące, podskakując i zrywając kwiatki. Aż wpadłam prawą stopą w dołek, lewa natomiast dalej sobie biegła, co sprawiło że prawa się zwichnęła. Krowy, które przedtem pasły się daleko, teraz zaczęły się zbliżać, a ja uciekałam przed nimi kuśtykając.

Byłyśmy na tej łące same we dwie – jedenastoletnia dziewczynka i sześćdziesięcioletnia kobieta. Samochód stał daleko na szosie, kierowca pewnie oparł głowę o kierownicę i drzemał. Nie wiem, co zrobiła Karusia i jak nas obie zabrała z tej wielkiej pustej łąki, jak wróciłyśmy od krów do cywilizacji.

Łucja Prus i jej autor, Marek Jackowski nie mieli racji, gdy ułożyli piosenkę o tym, że nic dwa razy się nie zdarza. Nieprawda. Wszystko zdarza się co najmniej dwa razy. Na drugiej łące mojego życia też były krowy. TU to opisałam. Za to na trzeciej były, tak jak na pierwszej – owady.

Pojechałam do Dobroszyna nad Wartą, czyli dawnego niemieckiego pałacu w Tamsel, na mszę polsko-niemiecką. Była to wzruszająca uroczystość, ale przyjechałam po nieprzespanej nocy i przez całą mszę patrzyłam tęsknie za okno na śliczną gładką zieloną trawę w cieniu wielkich dębów i myślałam o tym, jak cudownie byłoby się tam położyć i zasnąć. Jak tylko msza się skończyła, popędziłam na łąkę. Zasnęłam natychmiast i obudziłam się po 15 minutach niemiłosiernie pocięta przez meszki, te straszne, małe krwiożercze komarki, które są w stanie zagryźć krowę.

Ale dość już opowieści o moich łąkach pełnych krów i much. Na pewno są i inne łąki. Sięgam po powieść Johna Steinbecka, świetnego pisarza amerykańskiego, ongiś bardzo sławnego (w roku 1962 dostał Nobla), a dziś sama nie wiem – Pastwiska niebieskie (The Pastures of Heaven). Te Pastwiska Niebieskie to miejsce, gdzie w XVIII wieku hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok:
… u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii. Ale i tu, tak jak na moich łąkach, to co z zewnątrz wydaje się sielanką, od środka pełne jest konfliktów, zła i cierpienia. Bo zaprawdę jest tak jak mówi w Biblii Prorok Jeremiasz (9.9): Podnieście płacz i narzekanie na górach, a na niwach stepu pieśń żałobną, gdyż są wypalone tak, iż nikt tamtędy nie przechodzi i nie słychać tam porykiwania stad, nie ma ptactwa niebieskiego ani bydła, uciekły, zbiegły!

Nota bene w Biblii nie ma w ogóle tych obiecanych pastwisk niebieskich (po angielsku też ich nie ma), w obu językach są jedynie zielone pastwiska, zielone łąki lub zielone niwy w (moim ulubionym psalmie) 23.

Tak śpiewają ten psalm młodociani przestępcy w filmie Jana Komasy Boże Ciało (tylko pamiętajcie, żeby tu wrócić, jak skończy się trailer):

https://www.facebook.com/bozecialofilm/videos/466863190571713/

A tak młodzi ufni ludzie, którym się w życiu powiodło:

12 thoughts on “Na niebiańskich łąkach

  1. Wspanialy, taki magiczny prawie wpis Ewo, dziekuje bardzo.

    JAN TWARDOWSKI
    Zaufalem drodze

    Za­ufa­łem dro­dze
    wą­skiej
    ta­kiej na łep na szy­ję
    z dziu­ra­mi po ko­la­na
    ta­kiej nie w porę jak w li­sto­pa­dzie spóź­nio­ne bu­ra­ki
    i wy­sze­dłem na łąkę sta­ła świę­ta Agniesz­ka
    – Na­resz­cie – po­wie­dzia­ła
    – Mar­twi­łam się już
    że po­sze­dłeś ina­czej
    pro­ściej
    po as­fal­cie
    au­to­stra­dą do nie­ba – z na­gro­dą od mi­ni­stra
    i że cię dia­bli wzię­li”.
    (poezja.org)

  2. drobna korekta: stan bardo trwa nie 40 a 49 dni od chwili zgonu;
    przejscie do stanu nirwany jest mozlwe, ale bardzo rzadkie,
    z reguly dochodzi do kolejnej inkarnacji i znajdujemy sie ponownie w lonie kobiety gdzie przybieramy postac kolejnej istoty ludzkiej;
    w ciagu tych 49 dni dryfujemy, podobno bezwolnie
    w kalejdoskopowym morzu swiatel kierowani prawami karmy,
    ktore prowadza nasze dusze ad uterus;
    przez 49 dni powinno sie zmarlych wspominac
    chocby jedna tylko modlitwa albo medytacja,
    to pomaga obu stronom w tym trudnym okresie rozstania;
    twierdza nie tylko buddysci;

  3. No popatrz, Tiborze! 49! Dziękuję. Myślę, że jeśli zdołam przez 40 dni powtarzać, że chcę nirwany, to wytrzymam również 49!

  4. Ewo, dziękuję za te wspomnienia Ja również pamiętam taką łąkę z dzieciństwa z trawą po kolana i pełną stokrotek innych kwiatków ( nie pamiętam jakich.) Takich łąk teraz nie ma. Pamiętam, jak kilka lat temu wzięła mnie nostalgia i pojechałam do Krzyża Wlkp. i drogą wspomnień szłam do Drawska pieszo ( tą samą, co kiedyś, jako dziewczynka,) mając cichą nadzieję, że ujrzę tą samą łąkę. Niestety. Zmienił się klimat przez te 60 lat i krajobraz. Po łące ani śladu. Boże! Pamiętam, jak wówczas chciałam przeprowadzić się do nieżyjącego męża, ale wcześniej fruwać nad takimi łąkami, jak w moich snach. Osobiście wierzę w drugie życie (rzeczywistość) ale kojarzę je z jakimś pięknym domem i często mówię “chcę do DOMU.”-powtarzając słowa brata, który przyśnił się mojej bratowej kilka dni po śmierci ze słowami: “wreszcie wróciłem do domu.” Ja mam w umyśle obraz jakiegoś pałacu w którym będę szczęśliwa i na niebiańskich posadzkach będę z mężem stała aż do walca zaczną grać i wtedy z pierwszym taktem “poproszę go i raptem zaczniemy wirować, wolniutko wirować, wolniutko walcować i kręcąc się kręcić, na palcach na pięcie, troszeczkę bezmyślnie, jak wiosną przebiśnieg.” To moje wyobrażenie tamtego świata- bal na sto par, a ja w cudnej sukience i kryształowych bucikach, ja kopciuszek życia, będę na prawdziwym balu. CHCĘ DO DOMU

  5. Hallo Lucy,
    wzruszająco ładnie to napisałaś, jakoś te łąki nie opuszczają
    i mnie również, choć często konfrontacja z nimi była trochę jak u Ewy.
    A obraz naszych “osobistych łąk”, jest naogół piękny i idealny.
    U mnie, na moich, muszą być zawsze maki, a czasem też mój , pierwszy z dziecinstwa mały piesek.
    I musi bardzo intensywnie pachniec i “owadami brzęczeć”, ale gorzej, gdy są bliżej.
    Pozdrawiam Cie serdecznie,
    T.

  6. OCH! To nasze dzieciństwo, młodość, świeżość umysłu. Chciałoby się wrócić do tamtej dziecinnej przestrzeni TERAZ, JUŻ, ale jeszcze powrócić TU, by kończyć to co się zaczęło. Piosenka Ireny Santor “Gdy los cię rzuci gdzieś w daleki świat
    Gdy zgubisz szczęście swe i poznasz życia smak
    Zatęsknisz do rodzinnych stron
    I wrócisz tu, wrócisz, gdzie twój DOM” – czy moi drodzy pamiętacie?
    Wszyscy za tym tęsknimy, bo tęsknimy za czystością ciał i umysłów nie skażonych brutalnością tego świata. Pozdrawiam wszystkie dzieci z najbardziej twórczego, cudnego blogu na świecie, czyli blogu strony Ewy Marii Slaskiej, tej pięknej duchowo dziewczynki.

  7. Nawet jeśli uda się Pani zniknąć i ewakuować na K-paxa albo na jedną z planet w Mgławicy Andromedy lub choćby w okolice Syriusza, to bez odpowiedniego przygotowania zrobi Pani błąd. No może na jabłko się Pani nie nabierze, ale na przykład wyryje jakiś napis w jaskini albo schowa mannę z nieba na drugi dzień i koniec. Deportacja na Ziemię i przebudzenie z płaczem w jakiejś klinice położniczej i znów pieluchy, tran w przedszkolu, zajęcia pozalekcyjne. Szkoda gadać.

  8. andromeda,dlaczego tak daleko?
    można robic wyprawy i w mikrokosmos,
    a poza tym pola elizejskie sa za rogiem,
    o pare krokow od placu pigalle,
    gdzie należy sie zatrzymac,
    na co najmniej demi rouge.

Comments are closed.