Barataria (29) pana Leśmianowa

Wstęp czyli rokowania doroczne. Wyspiarski cykl Barataria zajął już nam ponad pół roku, a i Leśmian, którego rok się w tym roku jubileuszowo zauroczył, kilkakrotnie już w tym roku wkroczył tu krokiem raczym, przyszło więc, co przyjść musiało, by się tematy oba nadobnie w złoty warkocz sezamowy splotły, Sindbada wędrówkę w poszukiwaniu wysp, skarbów i księżniczek przypominając…

I tak dalej…

Cykl baśni o Sindbadzie żerglarzu składa się z siedmiu opowieści i opowieści wstępnej, a jego motywem są, jak pamiętamy (ale czy aby pamiętamy?), intrygi Diabła Morskiego, który zaczarowanymi listami wywodzi Sindbada z domu, prowadzi na statek i każe mu się włóczyć po morzach, gdzie czekają go niezwykłe przygody. Z każdej Sindbad uchodzi cało, mimo iż list Diabła Morskiego przynosi pecha i jemu, i jego towarzyszom, wraca do domu, gdzie czeka na niego stęskniony wuj Tarabuk, poeta płodny acz mało natchniony czyli po prostu grafoman. Dodajmy jeszcze, że pojęcie “dom” ma w baśni Leśmiana znaczenie umowne i oznacza “sto pałaców i sto ogrodów”, które młodzieniec odziedziczył wraz z tysiącem worów złota i tysiącem beczek srebra oraz sczerniałym zębem pradziadka w hebanowej szkatułce.

Niewykluczone, że postać wuja Tarabuka jest prześmiewczą auto-ironią auto-ra. Wuj Tarabuk miał stolik składany, srebrny kałamarz i złote pióro. Z tymi przyborami chodził na brzeg morza, siadał nad brzegiem i, wsłuchany w szumy morskie, pisał swe wiersze.

Pierwsze zaproszenie do przygody brzmiało tak:

Czeka cię bajka senna w zaklętej krainie,
I królewna stęskniona, co z urody słynie,
I skarby i przepychy i dziwy i czary!
Pędź na lotnym okręcie przez morza obszary,
Zwiedzaj wyspy, półwyspy, lądy i przylądki,
I najdalsze zatoki, najskrytsze zakątki,
Zwalczaj wszelkie przeszkody i wszelkie zawady!
Pędź, leć, płyń bez ustanku! Posłuchaj mej rady!
Tego ci życzy, ukłon przesyłając dworski,
Kochający cię szczerze — twój druh

Diabeł Morski

List został napisany na odwrocie jednego z rękopisów wuja Tarabuka, a przyniosła go Latająca Ryba.

Warszawa: Inst. Wyd. “Bibljoteka Polska”, 1936

Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada żeglarza wśród wysp dalekich

Przygoda pierwsza czyli o tym jak okręt, którym płynął Sindbad spotkała złowroga Cisza Morska.

Cisza Morska wzrastała, olbrzymiała, napełniając powietrze coraz większa martwotą. Okręt płynął jeszcze, ale coraz zwalniał biegu. Nagle usłyszałem gromadny i radosny krzyk marynarzy:

— Wyspa! Wyspa! spojrzałem przed siebie i rzeczywiście zobaczyłem w pobliżu zieleniejącą na powierzchni morza małą wysepkę. Okręt, ostatnim wysiłkiem żagli pchnięty, zbliżył się do wysepki i zatrzymał się nagle bez ruchu. Nie było nadziei na to, aby popłynął dalej. Cisza Morska znieruchomiła go zupełnie. Musieliśmy więc stać w miejscu i czekać, aż wiatr jakikolwiek nadejdzie. Część załogi, znudzona bezczynnym wyczekiwaniem wiatru na pokładzie, postanowiła przedostać się na wyspę, aby tam spędzić czas wyczekiwania. Kilkunastu marynarzy wysiadło natychmiast i zaroiło się na wyspie. Wysiadłem i ja za ich przykładem, aby zwiedzić wyspę. Po raz pierwszy bowiem w życiu widziałem wyspę na morzu.

Gdy dotknąłem stopą gruntu wyspy, zdziwiony byłem jego miękkością i sprężystością. Miałem wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożyłem ucho do ziemi i posłyszałem równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca. Ponieważ marynarze trzymali się z dala ode mnie, więc samotny błądziłem po wyspie. Zaszedłem na sam jej koniec i stanąłem na brzegu. Wyspa była pokryta dziwacznymi wodorostami i krzewami. Niektóre krzewy były tak gęste i wysokie, że z łatwością mogłem się w nich ukryć. Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Rozłożyli ognisko, ażeby upiec kartofle. Wkrótce ognisko wybuchło wesołym, błękitnawo-złotym płomieniem, w którym się kędzierzawiły ruchliwe kłęby burego dymu. Ponieważ nie miałem drzewa i nie mogłem ogniska rozłożyć, wyjąłem z kieszeni nóż podróżny i z lekka zanurzyłem go w ziemi, ażeby zbadać dziwny grunt wyspy. Ledwo dotknąłem gruntu ostrzem swego noża, a natychmiast trysnęła mi w twarz krew zimna, lecz purpurowa. Zdziwiło mnie to zjawisko! Przyszedłem do wniosku, iż zapewne niektóre wyspy posiadają grunt krwisty. Tymczasem dym z ogniska buchał coraz gwałtowniej. Chrust i drzewo rozżarzyły się tak, że upał i żar od głowni napełnił Ciszą Morską przejęte i stężałe powietrze. Spojrzałem w stronę ogniska i zauważyłem, że grunt wyspy, jego żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono. I rzeczywiście, zapach smażonej czy też pieczonej ryby napełnił naraz powietrze. Po chwili zauważyłem, że pod wpływem żarów ogniska, cała wyspa zaczyna kurczyć się, poruszać i chwiać się w swoich posadach. Przyłożyłem znów ucho do ziemi i dosłyszałem szybsze i gwałtowniejsze uderzenia zagadkowego serca, podobne tym razem do niespokojnych uderzeń młota o kielnię. Grunt zakołysał się pode mną i usłyszałem nagle głos kapitana, stojącego na przodzie okrętu:
— Co tchu opuścić wyspę! To nie wyspa, lecz grzbiet wieloryba! Cielsko jego pogrąża się w morzu! Utoniecie wszyscy!
Na ten okrzyk kapitana, marynarze w okamgnieniu przedostali się z domniemanej wyspy na okręt. Nagły i niespodziany wicher powiał od północy. Żagle się wzdęły i okręt począł szybko odpływać. Ponieważ byłem na samym końcu olbrzymiego cielska, pokrytego wodorostami, więc nie zdążyłem wraz z tłumem marynarzy dobiec do okrętu. Kilka razy krzyknąłem, wołając o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Może wicher zagłuszył dźwięki mego głosu, a może marynarze chcieli się mnie pozbyć i udawali, że wołań moich nie słyszą. Kapitana zaś nie było już na pokładzie. Zszedł zapewne do kajuty. Okręt odpływał tak szybko, że po chwili widniał moim oczom jako łódź drobna, mnóstwem żagli białych nadmiernie oskrzydlona. Zostałem sam na rozedrganym i kołyszącym się cielsku wieloryba.

 

Wieloryb-wyspa to znany motyw baśniowy, bodaj czy nie zapoczątkowany przez wielebnego baśniowego średniowiecznego świętego Brendana, a na wyspie-wielorybie byli też pan Maluśkiewicz i Koziołek Matołek. Jest to oczywiście przygoda odwrotna do tego, co zdarzyło się innemu pechowcowi literackiemu, Jonaszowi, który został połknięty przez wieloryba. I nie myślmy, że to bajka. Każdego z nas może kiedyś połknąć wieloryb, każda wyspa skarbów i rozkoszy może się okazać wielorybem i nas utopić.

Wieloryb pogrążył się w morzu, ale Sindbad zdołał uchwycić porzuconą przez marynarzy belkę (Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Aczkolwiek, nasuwa się tu niespokojne pytanie, po co znudzeni ciszą morską marynarze zabrali ze sobą belkę, udając się na zwiedzanie wyspy? Ba? Nie ma odpowiedzi.)

Po upiornej nocy sztormowej, którą Sinbad spędził na belce, pojawi się następna wyspa – nieznana, pokryta zielenią drzew olbrzymich. (…) Zaledwo pół godziny ubiegło od czasu, gdy wyspę zobaczyłem, a już dosięgnąłem jej brzegów. Po chwili belka jednym końcem uderzyła o brzeg wyspy. Chwyciłem dłonią za krzew, który ponad brzegiem zwisał, i wypełzłem z morza na wyspę.

Przepiękne konie z rozwianymi grzywami pasły się na morskim brzegu.

O dziwo, nie była to wyspa bezludna.

Uszedłszy sporo kroków, spostrzegłem grotę. We wnętrzu tej groty siedziało kilkunastu ludzi, bogato ubranych. Zauważyli mnie od razu i wybiegli z groty, aby mnie zatrzymać.
— Stój! — zawołał jeden z tych ludzi — skąd idziesz i dokąd?
— Idę wprost z morza — odrzekłem — zaś dokąd idę — nie wiem.

Ludzie ci zaprosili Sindbada do jaskini i ugościli go.

— Jesteśmy masztalerzami króla Miraża, który jest królem tej wyspy oraz wielu wysp okolicznych. Co rok dzień jeden spędzamy na tej wyspie wraz z tysiącem koni królewskich. Gdybyś o dzień jeden się spóźnił, już byś nas nie zastał, gdyż jutro, skoro świt, wracamy do stolicy. Drogi tej wyspy są tak błędne i tajemnicze, że bez naszej pomocy zabłąkałbyś się niechybnie i zginąłbyś z głodu. (…). O trzeciej minut pięć wynurza się z morza na brzeg wyspy Koń Morski i wyprawia na brzegu swe chełpliwe harce, pląsy i skoki. Konie królewskie przyglądają się tym harcom, pląsom i skokom i mimo woli zaczynają je naśladować, nabierając cudownych ruchów. Tym sposobem kształcimy konie królewskie. Lecz Koń Morski, po ukończeniu swych pląsów, harców i skoków, rzuca się na nasze konie, aby je pożreć. Wówczas odstraszamy go krzykiem, przed którym uchodzi z powrotem do morza. Jeśli chcesz przyjrzeć się temu zjawisku, chodź z nami na brzeg wyspy, gdyż natychmiast wszyscy tam idziemy. (…) Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepie, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta. Poruszył chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu.

Niebezpieczeństwo groziło zresztą nie tylko koniom, ale i samemu Sindbadowi. Masztalerze królewscy powinni go byli zabić, by nigdy nie zdradził tajemnicy cudownego tańca królewskich wierzchowców. Jak to w bajkach bywa – nie uczynili tego. Odprowadzili go do miasta i tam się z nim rozstali. Widok tego miasta napełnił mnie podziwem! opowie potem Sindbad. Bruki, cegły domów, dachy, okna — wszystko było zielone, koloru fali morskiej. Zdawało mi się, że przez szkło zielone na świat spoglądam.

Sindbad dotarł do wielkiego placu, gdzie poddani króla Miraża jak co roku świętowali urodziny księżniczki Piruzy. To już zdarzenie całkowicie w stylu Baratarii, a Sindbad wpisuje się w długą listę mędrków-cwaniaków, którzy stają do zawodów rozwiązywania zagadek, by zdobyć rękę księżniczki, koronę i pół królestwa. Zagadki to starożytna gra o szczęście i, jak na pewno pamiętamy, zawsze źle się kończy. Edyp żeni się z własną matką i wiadomo, co z tego wynika, Hobbit wygrywa pierścień, który i tak już znalazł, i który potem z najwyższym wysiłkiem trzeba będzie zniszczyć w otchłaniach Mordoru, żeby on z kolei nie zniszczył świata. Nie inaczej będzie z Sindbadem, choć wydaje się, że zagadki zostały ułożone tak, by tylko on jeden mógł je rozwiązać.

Pierwsze pytanie:
jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody
?
Drugie pytanie:
co to za tancerz, który pląsa po to, by pożreć innych, gdy tańczą z ochotą?
Trzecie pytanie:
kto listy pisze wpośród fal powodzi, i, będąc diabłem, z piekła nie pochodzi?

Podobnie jak Sindbad my już znamy odpowiedzi: cisza morska, koń morski i diabeł morski. Sindbad zdobywa rękę księżniczki, a ta opowiada mu o kolejnej czarodziejskiej wyspie, gdzie mieszka potwór Degial. Księżniczka Piruza okazuje się kobietą rezolutną i emancypowaną. Gdy tylko wyjdzie za mąż i stanie się samodzielna, zamierza skorzystać z czarodziejskiego amuletu i odwiedzić wyspę Degiala, który ukrywa się…

…przed okiem ludzkim i, sam niewidzialny, widzi wszystkich i wszystko dokoła. Nienawidzi ludzi, roślin i zwierząt — kocha tylko muzykę i napełnia powietrze wyspy nieustannym brzmieniem gongów, podobnym do mosiężnego brzmienia wielkich i potężnych dzwonów. Brzmienie to oszałamia ludzi, zwierzęta, a nawet rośliny, i odbiera im przytomność. Jeden z marynarzy, który tę wyspę zwiedził, opowiadał mi, że zastał tam ostatnią nieprzytomną różę i ostatniego zemdlonego ptaka. Zresztą żadne żywe stworzenie istnieć na tej wyspie nie może. Jest pusta, smutna, pokryta skałami i zasłuchana w nieustanne brzmienia gongów.

Sindbad natychmiast, a więc jeszcze przed ślubem, udaje się na wyspę (to już trzecia wyspa podczas tej podróży), która jest dokładnie taka, jak mu to opowiedziała jego piękna narzeczona (czy powiedziałam już, że była piękna?). Wyspa jest nie tylko bezludna ale pozbawiona wszelkiego życia, a z dziwnego ukrycia nie wiadomo gdzie spogląda na przybysza wszystkowidzący potwór. Sindbad go znieważa, potwór z zemsty produkuje identycznego jak on sobowtóra i… oczywiście, wiemy już, to on wróci do stolicy i zostanie mężem księżniczki. Będzie miał też dla niej niezwykły podarunek ślubny – złotą księgę:

— Nie jest to księga zwykła. Przeciwnie — jest to księga niezwykła. Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Zapewne ci wiadomo, piękna Piruzo, że z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła — oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce — tylko w zmniejszeniu. Zobaczysz tu zmniejszone drzewa, zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną — lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Musiałem walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać. Walka była straszna i niebezpieczna. Chętnie jednak naraziłem swe życie, byleby tylko przynieść ci w podarku ślubnym tę księgę. Zajrzyj do niej, a zobaczysz, że jest cudowna.

Sobowtór wygrywa. Sroga to kara.

Podobno każda opowieść o Sindbadzie uczy nas czterech mądrości, a ja na razie nauczyłam się tylko jednej: uważaj, bo każda wyspa może się okazać wielorybem. Gdy się głębiej zastanowię, odkrywam jeszcze jedną myśl, choć może jest to myśl ta sama, tylko inaczej wyrażona: W ciągu jednej chwili straciłem wszystko, co zdobyłem też w ciągu chwili jednej. Straciłem Piruzę, straciłem pół królestwa, straciłem koronę, która za kilka godzin miała ozdobić moje czoło!, mówi Sindbad. A więc: uważaj, bo zawsze możesz stracić wszystko, co właśnie zdobyłeś.

A dwie pozostałe mądrości?

Barataria 28 Gotlandia (reblog)

Hanza, ukształtowany w XII wieku kartel skupionych wokół Bałtyku miast handlowych, powstała, gdy Arabowie zablokowali wszystkie drogi handlowe wiodące znad Morza Śródziemnego do dalekich krajów, oferujących skarby – porcelanę, jedwab, drogie kamienie, szlachetną stal i wonne przyprawy. Jednym z ważnych centrów Hanzy była Gotlandia. Ciekawe, że byłam przecież sama na tej wyspie i nawet o niej pisałam, ale gdy chcę o niej umieścić wpis w wyspiarskiej serii o Baratarii i innych wyspach, prawdziwych i zmyślonych, łatwiej mi sięgnąć po (w miarę) konkretną relację Piotra niż do moich własnych zapisów, w których ewidentnie nie odróżniam snu od jawy.

Dziękuję, Piotrze.

Piotr Beszczyński

Hanza i wyspy na północy

  • największymi problemami Hanzy w zapewnieniu swobody handlu i żeglugi na Bałtyku i Morzu Północnym były w pierwszych kilkunastu dekadach jej funkcjonowania: kontrola cieśnin łączących oba morza przez Danię, oraz rozpanoszone na wielką skalę piractwo.
  • Głównym centrum operacyjnym piratów była Gotlandia, na której zaistniał mocny związek tych złoczyńców, zwany Bractwem Witalijskim. Witalijczycy pod koniec XIV wieku niemal całkowicie sparaliżowali ruch handlowy Hanzy na Bałtyku, co na tyle zdenerwowało Wielkiego Mistrza Krzyżaków Konrada von Jungingena (brata niefortunnego dowódcy spod Grunwaldu, Ulryka), że w 1397 roku podjął inwazję na Gotlandię i radykalnie rozwiązał (na jakiś czas przynajmniej) problem.
  • (…) Włócząc się po wyspie znaleźliśmy tablicę dziękczynną ku czci Wielkiego Mistrza Konrada; przegnanie piratów i dziesięcioletnia zwierzchność lenna Krzyżaków dobrze widocznie zapisała się w pamięci Gotlandczyków.
    X
    • Niedobitki Bractwa Witalijskiego pod wodzą sławnego Klausa Stortebekera zdołały natomiast przedostać się na Morze Północne, gdzie chłopcy janosikowali przez kilka lat, aż ich złapano i poddano publicznej dekapitacji. Dobra zrabowane z kupieckich statków rozdawali ponoć ludziom ubogim, zyskując ich wdzięczność.Janosikowanie współczesne bywa bardziej wyrafinowane: tu i ówdzie ludzi obdarowuje się ich własnymi, ale też następnych pokoleń (bo z państwowego , zadłużającego się w tym celu budżetu) pieniędzmi, licząc na ich wdzięczność przy urnie wyborczej. I nikt tych obecnych Janosików nie obwiesi za pośrednie ziobro…Wzmiankę o krzyżackim śladzie na Gotlandii zakończę informacją, że w 1409 roku Ulrich von Jungingen, brat i następca Konrada na posadzie Wielkiego Mistrza Zakonu, odsprzedał zwierzchność nad wyspą regentce państw Unii Kalmarskiej (Danii, Szwecji i Norwegii) Małgorzacie (de facto królowej, lecz nie koronowanej), potwierdzając tym gestem pokojowe zamiary wobec Unii.
    • Wyspa znana jest dobrze żeglarzom, natomiast szczury lądowe zaglądają tam rzadziej, bo nie ma bezpośredniego połączenia z Polską (trzeba dostać się do Nyneshamn, a stamtąd promem do Visby). Owo utrudnienie komunikacyjne rekompensowane jest jednak podróżnikom z nawiązką na miejscu, zwłaszcza gdy trafią na dobrą pogodę i sezon kwitnienia bzów.
      X
    • Visby – główne i właściwie jedyne miasto na Gotlandii (reszta to – przynajmniej według polskiej skali – większe lub mniejsze wsie) prezentuje się wyjątkowo malowniczo, zaś swoją średniowieczno – knajpianą atmosferą przewyższa wyraźnie typowy skandynawski standard. Gotlandczycy posiedli umiejętność warzenia dobrego piwa, jednak żądają za ów smakołyk (czy raczej: łyk smaku) cen w prosty sposób nawiązujących do łupieskich tradycji ich przodków.
      X
    • Blisko czterokilometrowej długości mury opasujące stare miasto zachowały się niemal w całości.
      X

      Katedra (protestancka, ma się rozumieć) obsługiwana jest wyłącznie przez personel żeński. Można sobie wyobrazić wzrost zainteresowania aktywnością religijną w krajach katolickich, gdyby posługę przy ołtarzach zaczęły pełnić osoby o walorach urody, intelektu i charyzmy takich, jak prezentowała pani pastor z Visby
      X
    • (…) Katedra jest jedynym czynnym kościołem w Visby. Kilka pozostałych od paruset lat wygląda tak:
      X
    • Samo miasteczko to rynek i kręte zaułki (szkic akwarelowy wykonany przez Anię, żonę autora)
      X
    • Gotlandia zajmuje na Bałtyku równie strategiczne miejsce pod względem handlowym i militarnym, jak Malta na Morzu Śródziemnym. Dysponuje też sporymi obszarami dobrych ziem uprawnych oraz licznymi zatokami dogodnymi dla lokowania portów i przystani. Te walory sprawiły, że była pożądanym miejscem osiedlania się począwszy od epoki kamiennej, gdy tylko ustępowanie lodowca skandynawskiego zaczęło na to pozwalać. Stała się z czasem jedną z kolebek cywilizacji skandynawskiej; tu właśnie (choć niektórzy badacze wskazują na Szwecję kontynentalną) lokalizuje się ojczyznę Gotów, którzy tak wielką rolę odegrali w czasach wędrówek ludów, upadku cesarstwa zachodniorzymskiego i kształtowania postrzymskiej Europy. Tradycyjnie rządy na wyspie sprawowały, podobnie jak w reszcie Skandynawii, „tingi”, czyli  sejmiki lokalne, które pod koniec I tysiąclecia zdecydowały o zawiązaniu bliższych, lecz równoprawnych, związków z kształtującym się królestwem szwedzkim. Gotlandczycy zajmowali się rolnictwem, lecz równolegle także „wikingiem”, czyli pozyskiwaniem dóbr o wartości handlowej poprzez zamorską grabież, jak też – dzięki położeniu na szlakach – pośrednictwem handlowym. Właśnie położenie wyspy zaczęło przyciągać i skłaniać do osiedlania się kupców niemieckich, którzy koncentrowali się w okolicy Visby, lokując z czasem miasto. W XI i XII wieku tamtejsza gildia handlowa, znana jako Związek Gotlandzki (Zjednoczeni Gotlandzcy Kupcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego), odgrywała główną rolę w wymianie bałtyckiej, zwłaszcza krain zachodnich z niedawno ukształtowaną (przez szwedzkich wikingów zresztą, o czym później) Rusią, zwłaszcza księstwem Nowogrodu. Później Visby stało się członkiem utworzonej przez Lubekę Hanzy, na rzecz której Związek Gotlandzki utracił w XIII wieku rolę wiodącego stowarzyszenia handlowego. Niemiecka ludność miasta odgrodziła się od reszty wyspy murami, co wzmocniło niechęć jaką żywili wobec niej rdzenni mieszkańcy Gotlandii.
      X
      To ślady działalności średniowiecznych mieszkańców wyspy. A to – klimatu:
      X

      Wapienne ostańce, zwane raukami, a są pozostałością koralowej genezy Gotlandii (…)
    • Mapka Gotlandii przygotowana przez Anię Beszczyńską

***
Całość tego wpisu i inne znakomite teksty Piotra o podróżach i świecie współczesnym TU

Barataria 27 Lindisfarne (Blog / Reblog)

Wyspa mnichów / Insel der Mönche

Today in one post you get two texts about North England, Celts and Monk Island Lindisfarne, one in Polish and underneath another one – in German. There are not translations, it simply happened that two “my authors” wrote about the same topic in the same time. But even if you shall not read both parts of this post, look at the pictures… 

Wpis po polsku. Piotr Beszczyński.

Z blogu Czas i przestrzeń

      • Szekspir, Beatlesi, imperium nad którym słońce nigdy nie zachodzi (nr 2, po hiszpańskim), fundamenty największych demokracji, język stający się światowym – to pierwsze z licznych skojarzeń łączących się z Wielką Brytanią. Status mocarstwa osiągnęła ona na przestrzeni ostatnich kilku stuleci i owa mocarstwowość w wymiarze oddziaływania cywilizacyjnego ciągle trwa.
      • Jak „ulepiło się” społeczeństwo, którego wpływ na losy świata był i jest tak znaczny? Uznaje się, że solidnym do tego podłożem stało się opanowanie Wysp Brytyjskich przez Celtów w VI-V wieku p.n.e. (…) ich wędrówka na zachód to jeden ze śladów łączących prehistorię naszych ziem z Wyspami. Potwierdza to zawartą w najnowszej podstawie programowej dla szkół prawdę, że praźródłem wszelkiej europejskiej cywilizacji jest Polska, od której inni czerpali sztukę jedzenia widelcem!
      • Celtowie okrzepli na Wyspach solidnie, ale w międzyczasie urosło w siłę Imperium Rzymskie, którego władcom zachciało się zapanować nad nieco mglistą, lecz przyjazną z uwagi na łagodny klimat i żyzne ziemie, oraz bogatą w cenne minerały krainą, obecnie określaną jako Anglia. Rzymianie rozpoczęli podbój wyspy w połowie I w. po Chrystusie od południa, powoli kolonizując ziemie w kierunku północnym, przy ciągłym oporze siedzących tam Piktów i Szkotów. Ażeby uchronić z trudem opanowane tereny od ciągłych ataków tych zasiedziałych już tubylców z północy, odgrodzili się na początku II w. n.e. imponującym łańcuchem fortyfikacji, Wałem (lub Murem) Hadriana (…). Miasteczko Corbridge leży na linii Wału Hadriana

      • Wał Hadriana zaczyna się od twierdzy Segedunum pod Newcastle i „ściska kibić” wyspy, dążąc do jej zachodniego wybrzeża w pobliżu Carlisle.
      • Przez pewien czas Rzymianie utrzymywali też położony bardziej na północ Wał Antonina, jednak zrezygnowali z tego pomysłu, bo tubylcy byli zbyt agresywni. Pozostali na linii Wału Hadriana przez blisko 300 lat, kiedy to kryzys w kontynentalnej części Cesarstwa zmusił ich w 410 r. n.e. do całkowitego wycofania się z Brytanii. Pozostawili po sobie znaczną ilość miast (w większości do dziś prosperujących, jak choćby Londinum), latyfundiów organizujących rolnictwo, ośrodków górnictwa i niezłej wytwórczości, a także – dobrą sieć dróg. I jeszcze jedno – ukorzeniające się chrześcijaństwo, które w międzyczasie stało się państwową religią Cesarstwa Rzymskiego. (…)
      • Historia ludzkości podlega prawom natury, a natura nie znosi próżni. Wobec tego w chwilę po opuszczeniu wyspy przez legiony rzymskie zjawili się tam kolejni chętni do zawojowania atrakcyjnych ziem: spowinowacone między sobą, pochodzące z rejonu pogranicza obecnych północnych Niemiec i Danii, germańskie plemiona Anglów, Sasów i Jutów (nazwanych później łącznie Anglosasami). Niektórzy historycy są zdania, że początkowo zostali oni zaproszeni przez nieźle prosperujących w czasach rzymskich Celtów, aby pomóc w obronie przed najazdami Piktów i Szkotów z północy (też zresztą mających celtyckie korzenie), ale szybko sami stali się najeźdźcami. Mówiąc w skrócie (i dużym uproszczeniu, oczywiście), Anglosasi zdominowali wyspę od połowy V wieku, dokładając swoją dawkę genów do tych przedceltyckich, celtyckich i rzymskich.
      • Wracamy do chrześcijaństwa, które w decydujący sposób zaczęło podówczas wpływać na losy Europy. W schyłkowym okresie rzymskiej Brytanii (przełom IV/V wieku) stało się tam religią przeważającą, aczkolwiek tradycyjne celtyckie wierzenia, podtrzymywane przez druidów, ciągle miały się nieźle. Napór pogańskich Anglosasów skutecznie powstrzymał, a nawet cofnął proces umacniania się Kościoła. Odwrót od chrześcijaństwa trwał blisko dwa wieki, w trakcie których po długiej, często bratobójczej kotłowaninie, wykształciło się siedem anglosaskich królestw, wśród nich Nortumbria, fragmentu której dotyczy ta relacja. (źródło:Wikipedia)
      • Anglosaskie królestewka trwały w większości w pogaństwie do czasu, kiedy za sprawę wzięli się misjonarze irlandzcy. Irlandia, mniejsza z dwóch głównych Wysp Brytyjskich, nie została opanowana przez Cesarstwo Rzymskie, tak jak przeważający obszar Wielkiej Brytanii (nazwa ta używana jest równolegle dla głównej wyspy, jak też dla Zjednoczonego Królestwa, obejmującego także Północną Irlandię). Ewangelizację rozpoczął tam św. Patryk na początku V wieku, przy czym oparła się ona głównie o licznie powstające klasztory, będące „wylęgarnią” niezwykle aktywnych w przyszłych stuleciach na terenie całej Europy (i dalej też) mnichów – misjonarzy.
      • Wracamy do VII wieku, kiedy to zaproszeni przez  rezydującego w zamku Bamburgh króla Oswalda (z czasem ogłoszonego świętym) Irlandczycy założyli na pływowej (czyli takiej, do której można dotrzeć suchą stopa tylko podczas odpływu morza) wysepce Lindisfarne pierwszy klasztor. Dokonał tego św. Aidan wraz z kolegami w 635 roku.
      • Kolejne ważne postaci misjonarskiego dzieła w Nortumbrii to (święci z reguły) m.in.: Beda Czcigodny (znamienity uczony i kronikarz, klasztor Jarrow),Kutbert ( Cuthbert) z Hexham i z Lindisfarne; jego ciało z czasem przeniesiono do Durham w trwającej 7 lat procesji.
      • (…) Podsumowując ten ważny historycznie wątek zaznaczę tylko, że wkład genetyczny mnichów w kształtowanie populacji brytyjskiej prawdopodobnie
        można pominąć w dotyczących tego tematu rozważaniach.
      • Kolejne natomiast fale nowych genów napłynęły w miarę mających miejsce najazdów: Wikingowie zaczęli od zniszczenia klasztoru Lindisfarne w 793 roku, po czym nękali Wyspy Brytyjskie przez z górą dwa wieki, opanowując znaczną ich część. Naukowe potwierdzenie ich wkładu w fundamenty społeczeństwa brytyjskiego (jak też innych europejskich nacji) znajdziemy w reprodukowanym obok “sztychu” Andrzeja Mleczki.thCL672SQ7
      • Kulminacją kariery Wikingów, którzy w międzyczasie ustanowili królestwa Norwegii i Danii, było sięgnięcie po koronę angielską. Udało się to duńskiemu królowi Swenowi Widłobrodemu, synowi Haralda Sinozębego (malownicze ksywy skądinąd!) w roku 1013. Królewska kariera Swena w Anglii potrwała ledwie kilka tygodni, ale z punktu widzenia polskiego wkładu w tę historię ważne jest to, że jego następcą został syn z małżeństwa z córką Mieszka I, siostrą Bolesława Chrobrego, Świetosławą, Kanut Wielki. Ponoć wojowie Bolesława (wkrótce króla polskiego) zjawili się także w Brytanii, aby wspomóc jego siostrzeńca, więc nie może być wątpliwości co do ich tamtejszej spuścizny, czy jak to tam nazwać.
      • Ostatnią ważną falą najeźdźców na Wielką Brytanię byli Normanowie (potomkowie Wikingów – zdobywców francuskiej Normandii), którzy ustanowili swoje rządy począwszy od roku 1066. To oni przywieźli sztukę budowy wielkich katedr, które od XI wieku stawiano w miejscach wcześniejszych świątyń.
      • Łatwo zauważyć, że począwszy od zapanowania nad Wielką Brytanią Anglosasów w V wieku, wszystkie kolejne na nią najazdy (w cyklach 300 – 400 letnich, odpowiadających z grubsza przepisowemu czasowi pielęgnacji porządnego angielskiego trawnika) miały miejsce w wykonaniu ludów spowinowaconych, kuzynów prawie, z Danii, Norwegii, północnych Niemiec i Normandii. Sumarycznie i skrótowo można nazwać ich wszystkich Normanami, zaś brytyjski pień genetyczny, oraz etnos, stanowią efekt wypracowanej w niezliczonych bojach mieszaniny celtycko – rzymsko – normańskiej, osadzonej w wyjątkowo sprzyjających warunkach geograficzno – klimatycznych.

    Beitrag auf Deutsch. Brigitte von Ungern-Sternberg.

    Großbritannien, in der Antike als Britannien bekannt, welches die Gebiete des heutigen Englands bis zum Hadrianswall, Cornwall und Wales umfasste, stand von 43 bis ca. 440 n. Chr. unter römischer Herrschaft. (Wikipedia)

    Das als Vorspann zur frühen Christianisierung Schottland und Irlands.

    England wurde in den vier Jahrhunderten römischer Herrschaft durchorganisiert, mit Straßen, Militärlagern, Städtegründungen, Bädern und Villen – aus römischer Sicht ‘zivilisiert’. Es gelang den Römern jedoch nicht, sich die ganze Insel einzuverleiben, bei Irland haben sie es gar nicht erst versucht. Daher bauten die römischen Besatzer gegen die von ihnen wegen ihrer Tätowierungen so bezeichneten ‘Pikten’ (die ‘Bemalten’) von Küste zu Küste eine Mauer (Hadrian’s Wall) – Trump hätte seine Freude dran. Die ‘Bemalten’ aus der schottischen Wildnis sollten ferngehalten, ihre Einfälle auf römisches Territorium unterbunden werden.

  • Die Insel Lindisfarne liegt nördlich dieser Mauer, außerhalb des ehemaligen römischen Territoriums.

  • Milecastle on Hadrians Wall

  • Was mit militärischer Gewalt nicht gelang, das vollbrachte das Christentum. Es war – außer Mauern, Städten, Straßen… – eine Hinterlassenschaft der römischen Ära. Das Christentum war grenzüberschreitend! Die entstehende irisch-schottische Kirche – sehr fern von Rom und dem Papst – war ausgesprochen eigenwillig, allerdings sehr bedeutend für die Entwicklung der kontinentalen Kulturgeschichte.

    Dazu ein Wikipedia Artikel:

    https://de.wikipedia.org/wiki/Iroschottische_Kirche

    Sonderentwicklungen lokaler Kirchen wurden in Rom nicht geschätzt!

    Zitat aus den Wiki-Artikel:

    …Auf der Synode von Whitby (im Jahr 664) übernahm die englische Kirche das Osterdatum von Nizäa und den römischen Ritus. In der Bretagne wurde die Regel des hl. Columban erst im 9. Jahrhundert durch die Benediktusregel ersetzt. Die iroschottische Prägung wurde zu Beginn des 12. Jahrhunderts (Synode von Rathbreasail) sukzessiv angepasst und nach der Eroberung Irlands durch Heinrich II. 1172 vollendet…

    Und an dieser Schnittstelle befindet sich St. Cuthbert.

  • Vidoland auf dem Hadrians Wall

  • Hier seine Entwicklungslinie aus einem WIKIPEDIA Artikel:Prior in Ripon 658–661Als König Ealhfrith von Deira ein Kloster in Ripon gründete, folgte Cuthbert seinem Abt Eata und wurde dort praepositus hospitum (Prior). Nachdem Ealhfrith Anhänger des römischen Ritus wurde, mussten Eata und Cuthbert im Jahr 661 mit den anderen Anhängern des iro-schottischen Ritus nach Melrose zurückkehren.
  • Beda venerabilis

  • Mönch in Melrose 661–664Im Jahr 664 suchte eine Seuche Britannien heim. Cuthbert erkrankte schwer, doch genas er bald wieder, während sein Lehrer Boisil starb. Cuthbert übernahm darauf das Amt des Priors und missionierte auf teilweise mehrwöchigen Reisen im weiteren Umfeld des Klosters, da etliche Einwohner vom Glauben abgefallen waren.Prior in Lindisfarne 664–676Eata wurde 664 von den Mönchen zum Abt von Lindisfarne ernannt, nachdem Colman das Kloster verlassen hatte. Bald darauf wurde er auch Bischof von Lindisfarne und holte Cuthbert aus dem Kloster Melrose als Propst und Lehrer ins Kloster Lindisfarne. Cuthbert beugte sich den Beschlüssen der Synode von Whitby und führte mit Geduld und Nachsicht den römischen Ritus im bis dahin iro-schottischen Kloster ein. In späteren Jahren zog er sich in einen abgelegenen Teil des Klosters in die Einsamkeit zurück.
    17 Aug 1997, Northumberland, England, UK — Priory in foreground; castle in background. — Image by © Skyscan/Corbis

    Eremit auf Inner Farne 676–684

    676 zog er sich aus dem Kloster auf eine der unbewohnten Farne-Inseln, südöstlich von Lindisfarne, zurück. Dort errichtete er ein Grubenhaus als Einsiedelei und ein weiteres Gebäude als Gästehaus. In den folgenden Jahren lebte er dort allein, von seinen Klosterbrüdern mit Nahrung versorgt. Später baute er Gerste an, um sich selbst zu versorgen.

  • Im 7./8. Jahrhundert entstand das Evangeliar von Lindisfarne, reich geschmückt mit kunstvoller Buchmalerei – keltisches Design deutlich darin zu sehen

Barataria 28 San Escobar

Oczywiście! No oczywiście! San Escobar to też Barataria! Baratarianie na San Escobar nie mają wolnych sądów ani trójpodziału władzy, bo nie potrzebują, ustrój jak klimat, jest tam po prostu idealny, w ogrodach San Escobar nie kwitną białe róże (a może, jak w ogrodzie Królowej Śniegu, w ogóle nie ma róż), ale życie tam nie jest ograniczone żadnymi barierami, są, co najwyżej, barierki…  

Ostatnio podczas jednej z demonstracji ktoś zaproponował, żeby wysłać naszą władzę na jakąś wyspę. Okazało się, że, jako specjalistka do spraw wyspiarskich, to ja mam ją wybrać. No ale co tu wybierać, skoro oni już sobie stworzyli swoje magiczne wyspiarskie państwo tropikalne. Niech sobie tam wszyscy jadą, niech tam będą bogaci i szczęśliwi, ale – bardzo prosimy – niech już nigdy nie wracają…

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące, wyspy na lądzie

Gdy minister spraw zagranicznych Najjaśniejszej, Witold Waszczykowski stworzył nieistniejący kraj, cała Polska zmieniła się w platońską republikę gorliwych baratarystów, wymyślaczy światów nieistniejących. San Escobar otrzymał profile w mediach społecznościowych, ma stolicę, flagę, herb, hymn, walutę, historię, literaturę, festiwale muzyczne. Do San Escobar można polecieć na wakacje, wypić mojito i zjeść ośmiorniczki.

Stolicą San Escobar jest Santo Subito. To największe miasto w kraju. Położone jest malowniczo nad ciepłymi wodami Morza Karaibskiego. Przy jednym z głównych placów miejskich powstaje właśnie pomnik ministra Waszczykowskiego. Polska jest JEDYNYM krajem na świecie, które uznaje San Escobar za niezależne i suwerenne państwo.

W styczniu 2017 Polityka doniosła, że powstała szczegółowa mapa tego nie istniejącego kraju.

Kartograf: Jarek Kubicki

Mapa San Escobar jest jedną z tych, twierdzi pewien bloger, które można oglądać z prawdziwą przyjemnością, swoimi szczegółami i precyzją po prostu zachwyca. Specjalne słowa uznania należą się również za pomoc w realizacji tej mapy zawodowej kartografce, pani Majce, oraz panu Pawłowi Afeltowi, który przeanalizował tysiące komentarzy internautów i zbudował na ich podstawie model topograficzny i geodezyjny San Escobar oraz obliczył, że powierzchnia kraju wynosi 92000 km kwadratowych.

A ponieważ San Escobar naprawdę nie istnieje, jest, również na tej mapie, sklepieniem platońskiej jaskini, ekranem, na którym odbija się wszystko, i to, co się nam podoba, i to, z czego się śmiejemy. Jest poważną krytyką i dziecięcą zabawą w podróże na niby. Udaje pracę naukową i jest szelmowską grą skojarzeń. Autor zebrał w niej wszystko, co pół roku temu już było wiadomo o tym kraju, a jego mapa jest miksem wszystkich możliwości rozprawiania o światach, których nie ma. San Escobar już dawno przestał być tylko satyrą polityczną, wyśmiewaniem się z niedouczonego ministra, a stał się wspólną własnością społeczeństwa, które się bawi. A im jest ciężej, tym ważniejsze jest, by nie zatracić umiejętności zabawy.

Do San Escobar leci się liniami lotniczymi El Nino, jest miasto Al Pacino i miasto Ciudad Polaca, miasta Gargamel i San Corleone, jest uzdrowisko i rezerwat przyrody Vina Tusca, ale  jest też miasto Las Dudas i Zatoka Esperal.

Jest to oczywiście, skoro to Barataria, kraj hiszpańskojęzyczny (ale podobno Sanescobarczycy używają też języka esperanto, który, jak wiadomo, podobnie jak sam kraj, jest dziełem Polaka) i leży, oczywiście, skoro to Barataria, gdzieś w rejonach tropikalnych… Zacznijmy od sąsiedztwa. Barataria, pardon – San Escobar, graniczy z Meksykiem i jest to jedyny prawdziwy sąsiad, reszta to już świat ubi leones – tam gdzie lwy. Inni sąsiedzi to Westeros (dla tych, którzy nie oglądają Gry o Tron, a wiem, że są tacy, drobne wyjaśnienie – to o tron tego właśnie kraju toczy się gra), Sans Serriffe czyli czcionka bez szeryfa (w przeciwieństwie do czcionki z szeryfem), San Pequeño  czyli święty Mały (czy nie tak nazywano świętego Franciszka?), Legoland (wiadomo) i San Theodoros. I choć z mapy wynika, że San Escobar leży na lądzie, naprawdę jest to oczywiście kraj wyspiarski, zresztą minister W. tworząc to państwo miał na myśli państewko-wyspę San Cristobal y Nieves.

Dzięki uczynnemu blogerowi mogę dokładnie przestudiować mapę. Szukam Baratarii, ale po drodze wyłapuję zachwycające klimaty. Na przykład góra La Broche der Premiera. 1463 metry nad poziom morza (góra Waszczykowski jest jednak o dobre pół kilometra wyższa) czy mała miejscowość nazwana Pais en Ruinas. Zresztą każda nazwa to maleńki klejnocik, Sombrero de Almodovar, Costa de Cebolla, La Tryna. Jest też Aquapark Arianagrande, nazwany tak zanim ktokolwiek z dorosłych w ogóle wiedział, że taka młoda kobieta w ogóle istnieje, co robi i że jest słynna. W miejscowości Mateitos znajduje się Museo de Juan de Mateitos.

Jest wymyślona wyspa (oczywiście na lądzie) – Bergamutas. Pewnie też się nią kiedyś zajmiemy, pamiętacie? Na wyspach Bergamutach podobno jest Kot w Butach, widziano także dorsza… i tak dalej. Bergamutas leży w krainie La Mancha Blanca. Prawdziwą wyspą należącą do San Escobar jest La Isla Segundo Sortos, a jej głównym portem jest Marina Huana. Wyspa leży u wybrzeża Terra Cota, gdzie jedno z głównych miast nosi imię naszego bohatera, gubernatora Baratarii – Sancho Pansa. Jednak Baratarii nie ma.

No cóż, było do przewidzenia… Mapa została przecież opracowana na podstawie wpisów na stronie www.facebook.com/sanescobarcountry oraz tysięcy komentarzy napisanych przez jej użytkowników w dniach 10 – 16 stycznia 2017 roku. Czyli można było podsunąć swoją własną propozycję. Ale wtedy to ja dopiero zaczynałam myśleć o Baratarii.
9 stycznia ukazał się pierwszy wpis o tej wyspie.

Dzień przedtem…

Peregrini (Schottland, Irland und die Heiligen)

Vor ein paar Wochen schrieb uns Brigitte über den Heiligen Cuthbert und ihre Wanderungen in Nordengland. Heute eine Erweiterung des Themas, diesmal über Regensburg. Für meine polnische Leser: Regensburg heißt auf Polnisch Ratyzbona. Seit 2002 hat ein polnischer Politologe, Jerzy Jarosław Maćków (geb. 1961) den Lehrstuhl für Vergleichende Politikwissenschaft mit dem Schwerpunkt Ost- und Mitteleuropa an der Universität von Regensburg inne. Hier wohnt auch der polnische Komponist Tomasz Skweres (geb. 1984) und ist 1927 Joseph Ratzinger, 2005-2013 Papst Benedictus XVI., geboren.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine iro-schottische Einwanderung in Deutschland

Regensburg war die erste Stadt, die ich als Jugendliche von einer Ecke zur anderen mit einem Stadtführer in der Hand systematisch ergründet habe. Die Schottenkirche St. Jakob ist mir damals ganz besonders aufgefallen und in Erinnerung geblieben.

So sah die Kirche aus noch 150 Jahre vor meiner Wanderungen, auf einer Aquarell von Wilhelm Rehlen (1796–1831), deutscher Zeichner und Architekt, aus dem Jahre 1816

Regensburg entstand als römisches Legionslager Castra Regina, davon ist noch ein Tor vorhanden. Dann  entwickelte sich der Ort zu einer wichtigen mittelalterlichen Stadt mit gotischem Dom. Es war ab 1683 Standort des ‘Immerwährenden Reichstags’ des Heiligen Römischen Reichs bis zu dessen Ende 1806. Das Haus, in dem die  Reichsstände  tagten, kann besichtigt werden. Das Barockzeitalter prägte die Stadt mit Bauwerken… So weit so gut, Regensburg entwickelte sich im Laufe der Jahrhunderte ähnlich wie andere historische Städte in Deutschland.

In einer ruhigen Straße in der Nähe des Domes gibt es eine Kirche, die aus dem Rahmen fällt und die in kein Schema passt, die Schottenkirche St. Jakob bzw. das Schottenkloster. Die Skulpturen des Eingangsportal sind ganz anders als die anderer Portale, seien sie romanisch oder gotisch, sie kommen aus einer fernen Bilderwelt mit Wurzeln in der keltischen Kultur auf den britischen Inseln. Was veranlasste die iro-schottischen Mönche, sich im 11. Jahrhundert in Regensburg niederzulassen und eine Kirche nach ihrem Geschmack zu bauen?

Ein Name wird genannt: Marianus Scotus, geboren in Irland, gestorben in Ratisbon (Regensburg). 1067 verließ er seine Heimat, um eine Pilgerfahrt nach Rom anzutreten, so in einem Artikel.  Und dann heißt es: Wie so viele seiner Landsleute, die den Kontinent besuchten, traf er die Entscheidung, sich in Deutschland anzusiedeln und nicht mehr nach Irland zurückzukehren. Gefiel es ihm in Regensburg besser, war dort das Wetter, das Bier besser? Marianus Scotus gehörte jedenfalls bereits zur zweiten Welle von iro-schottischen Mönchen in Deutschland, er war einer von vielen, allerdings ein Gelehrter, sein Name wurde überliefert.

Die Mönche der ersten Welle traten die ‘Peregrinatio pro Christo‘ ein paar Jahrhunderte früher zur Zeit der Merowinger an, sie bekehrten die heidnischen Germanen zum Christentum, gründeten Kirchen und Klöster, sie hießen Gallus, Columban, Kilian, Bonifatius…

Kamen die ‘Peregrini’ der zweiten Welle, um nachzusehen, ob die Germanen bei der Stange geblieben waren? In Regensburg ist in einem anderen Kloster St. Emmeram begraben, er gehörte zur ersten Welle der iro-schottischen Mönche.

 

Barataria 24 Civil Marsch for Aleppo

We had already here some posts about marching for Aleppo, as I also took (though very shortly) a part in it, in Berlin, in Chech and in Greece. Now it become an Odyssee of wandering from island to island. I think they are now real Baratarians…

Janusz Ratecki

Civil March for Aleppo’s shape has certainly changed. Prolonged waiting period for the permission for going through Turkey made us first to go to Bulgaria and now to visit Greek Islands. CMFA chose the symbolic – Lesbos and smaller, troubled Chios and Samos. We are not marching any more, but instead we meet with NGOs, refugees and local people. So we basically returned to the „roots”, which was showing the solidarity with refugees on our way. I have mixed feelings about what we do now, and how we do it, but in the reality, its effect of our previous decisions and actions (or lack of it). Sometimes we collect information as journalists, but we are not them. We help as volunteers, but we are also not volunteers! We are marchers, that dont march, because local conditions are full of risks. And I think that we shouldnt put anyone at risk, in the first place.

So what do we do now? Who we are? We are lost like Ulisses, experiencing night, sleeping with open eyes, under the Greek sky. We are the last on the ground, hoping that cmfa is still worth of time and effort. Or maybe we are just blind? Anyway we will continue to sail toward Syria.

#civilmarchforaleppo#cmfa#greece#chios#lesbos#refugees#peace#lost#night#stars#habibti

Barataria 23 Gomolicki

Teraz jestem pewna. To nie ja wybieram sobie lektury, to one wybierają mnie. Wydawało mi się, że sięgnęłam po czarną, jako że pozbawioną obwoluty, książkę Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (PIW 1976), bo była pod ręką i niewielka, a wychodziłam i chciałam coś zabrać ze sobą do torebki, żeby mieć co czytać w metrze. W końcu dość jest niewygodnie, jak się jeździ po Berlinie, czy jakimkolwiek mieście, z Księgami Jakubowymi Tokarczuk. Ale teraz wiem, że to nieprawda, to Duch Myśli, brat Ducha Miejsca, kieruje człowieka poszukującego tam, gdzie coś znajdzie. Tym razem była to część III tej powieści, traktat o wyspach, tych znanych mi i tych nieznanych. Co ciekawe, podobnie jak u Łysiaka, nie było wśród nich Baratarii, choć książka pełna jest zjawisk ułudnych i mamiących oczy iluzji. Mimo to autor jest niewątpliwie wytrawnym baratarystą, wędrującym po wyspach literackich, mitologicznych lub geograficznych, wyspach symbolicznych albo rzeczywistych, które niekiedy generują nowe opowieści.

Leon Gomolicki

Traktat o wyspach

Przypuszczalna treść traktatu o odwiecznym pragnieniu ludzi – o bezludnych wyspach szczęśliwości.

Co to jest wyspa? Wyspa to szczyt górski wystający nad powierzchnię morza. Wysokość jego równa się głębokości morza plus wyspa. Bo morza to doliny zalane żywiołem światowego potopu. Wyspa jest symbolem wyobcowania w tym biblijnym żywiole, symbolem ratunku i symbolem wytchnienia przed nową walką. Bogowie wzniecają burze, burze wyrzucają rozbitków na wyspy, wyspy udzielają czasowej gościny, ale czas na wyspach ma swoją własną miarę. W jej rachubie godzin zapomina się o przewrotności losów i dostępuje stanu objawienia. Podczas sztormu na morzu nie dostępuje się stanu objawienia. Apokalipsa powstała na małej wyspie, w odosobnieniu od życia. Jest to księga napisana dla świata o jego końcu.


Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos
63 x 43,3 cm, oil on oak
Gemäldegalerie, Berlin

Innego rodzaju objawienia doznał na wyspie bezludnej pewien mąż w dłużącej się drodze do domu. Było to objawienie zaniku poczucia istnienia, nie dające się wysłowić. Dlatego objawienie to nie mogło być przekazane w postaci księgi dorównującej Apokalipsie. Zachowało się jedynie krótkie opowiadanie. Jak rozbitek został wyrzucony na brzeg wyspy nie zamieszkanej przez ludzi ani przez bogów i znalazł się we władzy dziwnej nimfy o ludzkim głosie, która go pokochała i gościła. A stało się to, kiedy rozgniewane bóstwo skruszyło oślepiającym piorunem okręt i wszyscy towarzysze wyprawy zginęli w odmętach. On zaś, porwany przez fale, został wyrzucony na brzeg jak bezwładny małż z pogruchotaną skorupą. Była czarna noc i rozbitek czuł tylko na swoim ciele pieszczotę długich włosów niewiasty, która opatrzyła jego rany i zaprowadziła go do wyłożonej suchym mchem groty. Nigdy jej nie widział i dlatego nazywał zawsze i jedynie pięknowłosą. Ani piękną, ani pięknooką, ani pięknolicą, tylko pięknowłosą, ponieważ zachował wspomnienie kojącego muśnięcia włosów nimfy. Potem nazwał ją jeszcze podstępną, a to wtedy, gdy wróciwszy do grozy i przewrotności świata, dowiedział się, że godzina błogostanu na jej Wyspie trwała w rzeczywistości siedem pełnych lat. Tajemnicza nimfa, w przeciwieństwie do Apokalipsy – co znaczy objawienie – miała na imię Kalipso – co znaczy utajona. Ale już zbieżność imion wskazuje na to, że zjawiska te są bliskie sobie, jeśli nie równoznaczne. Znawcy mitologii utrzymują, że wyspa Kalipso to przyczółek śmierci. Śmierć jest objawieniem ze znakiem ujemnym. Objawia się w milczeniu. Wiekuistym.

W dzieciństwie, kiedy nie szukałem jeszcze prawdy na dnie bajek, lecz brałem to, co migotało blaskiem na powierzchni, miałem już w głowie cały rejestr Wysp Homerowych. Wszystkie one były zaludnione potworami całkiem realnymi. Mamiły pięknem z daleka, z bliska okazując się pułapką, śmiertelną matnią, groźną próbą losu. A ponieważ w jakiejś przenośni, ale i z dużym podobieństwem, pokrywało się to z otaczającym życiem, nieufność do wszelkiego rodzaju mamideł pozostała na zawsze. I mniej więcej na przełomie niebezpiecznej młodości nastąpił w moim poglądzie na świat podział wysp na wyspy z podręcznika geografii i wyspy w sensie oderwanym. Jednak i wtedy wiedziałem, że żadnych illes d’Amour w jakimkolwiek znaczeniu nie ma na mapie ziemi i nieba, a udręczone serce i rozum nigdy nie znajdą ukojenia. Ta zadziwiona nieufność, nie dowierzająca obietnicom spełnienia piękna, pozostawiała jedynie odrobinę pocieszenia, że gdzieś jeszcze kryje się łudząca nadzieja równoważącej szczęście prawdy.

Po klęsce pod Waterloo Napoleon abdykował i oddał się w ręce Anglików. Szukał azylu, tymczasem potraktowano go jako jeńca. Na miejsce deportacji wyznaczono małą wyspę w pobliżu brzegów Afryki (czy tak już w pobliżu? prawie dwa tysiące mil, ale biorąc pod uwagę ogrom Atlantyku!), Saint Helena Island, która znajdowała się wtedy pod zarządem angielskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskíej. 16 października 1815 roku angielski bryg dostarczył tu na swoim pokładzie pod silną eskortą zdegradowanego cesarza Francji i światowej sławy stratega. Na Wyspie, jak wszyscy byli władcy, pisał pamiętniki i czytał Tacyta. W pogodne dni, a tropikalny klimat wysepki obfituje w ulewy, wychodził na wysoki brzeg i siedząc na składanym krzesełku godzinami patrzył na morze. Jedną nogę miał wyciągnięte, i opartą o kamień (na wojennych biwakach opierał ją o bęben dobosza, tu o kamień lub korzeń karłowatego platana – przy zmianach pogody dawna rana odzywająca się dotkliwym bólem). Ręce miał skrzyżowane na piersi, przyciskał nimi: klapy słynnego redingotu, w którym stał na murze moskiewskiego Kremla (przepalony iskrami płonącego miasta, zdobi obecnie gabloty kilku europejskich muzeów), białą kamizelkę, gorset koszuli, wzdymaną oddechami klatkę piersiową i serce w przyśpieszonych skurczach odzywające się w szyjnych tętnicach. Kołnierz redingotu miał podniesiony, ale był bez nakrycia głowy i wiatr morski, właściwie oceaniczny, mocny i słony, poruszał włosami zaczesanymi do przodu. Rysy miał do złudzenia przypominające (pomijając obrzmienie twarzy i martwotę cery charakterystyczne dla figur woskowych) rysy tego, który wygrywał klasyczne bitwy i dyktował kapitulację narodom. Tak siedział nieruchomy, wpatrzony w drganie słonecznych łusek na powierzchni wody, w żagiel zabłąkany na pustyni błękitu, w spieniony żabot fal na kamienistym brzegu. Wpatrzony, jeśli mogą patrzeć szklane oczy, nie tyle wchłaniające, co odbijające świat. To model pierwszy człowieka na wyspie bezludnej, ale czy szczęśliwej? Bezludnej oczywiście dla niego, ponieważ ani otaczających go strażników, ani kalibanów grzebiących na dole w ziemi nie zaliczał do wspólnego z nim gatunku istot. Powierzchnia Wyspy Świętej Heleny wynosi 122 km². Mieszkało wówczas na niej około 1,5 tysiąca nędzarzy i garstka urzędników angielskich. Powierzchnia największej z wysp przybrzeżnych Europy wynosi 230 tysięcy km², a mieszkało na niej wtedy około 15 milionów Brytyjczyków o skrajnej rozpiętości dostatku. Ale i tak wielka wyspa może okazać się bezludna, jeśli jest się osaczonym przez tępe ssaki, tylko udające swoją powierzchownością ludzi. Zwróćmy uwagę na pewną zbieżność faktów: połowa października i koniec kwietnia następnego roku – różnica zaledwie sześciu miesięcy. A także na znaczenie wyspy w losie tak wybitnych ludzkich jednostek.

O wielkim człowieku na małej wyspie dowiedziałem się już w dzieciństwie. Historia jego była prosta: chciał być Guliwerem wśród liliputów, lilipuci opadli go jak mrówki i podczas snu uwięzili. Tak przeważnie się kończy u Guliwerów z liliputami. O tym drugim wyspiarzu dowiedziałem się w wypożyczalni miejskiej, miałem wtedy piętnaście lat. Piętnaście lat to wiek, kiedy już nie przyjmuje się zastanego bezkrytycznie. Wyjaśnienie matki w sensie: to był niespokojny człowiek, którego niepokój nosił po świecie. A więc nosił w sobie niepokój, który go nosił. Coś w rodzaju balonika nadmuchanego powietrzem, które unosi go w powietrze. Później dowiedziałem się z książek, że tam było nieco inaczej. Człowiek kładzie się spać, nic nie wiedząc o swej klęsce, i widzi zły sen. Niedawno poślubiona młoda żona, którą kocha i która urodziła mu właśnie piękną Adę, wyjeżdża do swoich rodziców. Nic nie zapowiada rozdarcia i nagle przychodzi list z żądaniem zgody na separację. Chce się obudzić, ale nic a nic już nie da się zmienić. Każdy krok, każda próba tylko powoduje nowe, coraz dalej posunięte żądania, a do tego kalumnie, potwarze. To, co cały świat uznał za objawienie, w oczach malej dewotki, jej krewnych i przyjaciół jej krewnych było objawem obłędu, choroby duszy, zwyrodnieniem. Wtedy zbudował kocz, nazywany napoleońskim, w którym mieściły się podręczne książki i mapy na długą drogę. Dokądkolwiek pojadę, a jadę z pewnością daleko, nigdy już się nie spotkamy na tym świecie ani na tamtym, tak pisał w ostatnim liście do żony, przełamując urazę. 23 kwietnia 1816 roku opuścił Londyn, udając się do Dover. Z pokładu statku widział ognie oddalającego się brzegu rodzinnej wyspy. Stał zarzuciwszy na ramię skraj peleryny Childe Harolda. I stąd pokusa poszerzenia przenośni bezludnej wyspy na cały kontynent albo i cały glob ziemski, małą wysepkę ludzkiej plazmy w kosmosie.

Na wypadek, jakby Czytelnik nie wiedział (ja nie wiedziałam, ale się trafnie domyśliłam), w ostatnim akapicie chodzi o Byrona. Piękna Ada, córka poety, to Ada Lovelace, matematyczka.

Zadziwiająca żywotność tych dwu symboli – Wyspy Świętej Heleny i peleryny Childe Harolda, które oddziaływały jeszcze na moje pokolenie w latach naszej młodości. Ale potem powrócił płynący wstecz czas – od wysp, z których się ucieka, do wysp, na które sie ucieka w poszukiwaniu utopijnej szczęśliwości. Od wysp – straszących widm, do wysp – widmowych nadziei na możliwość wiecznej harmonii piękna:

…czymże jest marzenie?
Robotą duszy – dusza może wyprowadzić
Z nicestwa światy nowe i na nich osadzić
Doskonalsze od ziemskich kształty promieniste,
Wlać im duch trwalszy niźli w ciała rzeczywiste.

A pierwszą taką wyspą była mikroskopijna wysepka Leuke, którą można odszukać jedynie na szczegółowych mapach Morza Czarnego w pobliżu delty Dunaju. Na tym skrawku ziemi Achilles połączył się z Helena, a bóstwa morskie otoczyły szczęśliwy ich związek troskliwą opieką. Nie wiem, czy historia ta jest dostatecznie spopularyzowana. Postaram się możliwie wiernie ją streścić:

Odkąd Achilles usłyszał o aferze Parysa, myśl o Helenie nie opuszczała go. Aż zjawiła mu się we śnie i posiadł ją jako senną zjawę, a wtedy ogarnął go prawdziwy szał miłosny. Było to już w obozie greckim, podczas oblężenia Troi, i dzieliły ich potężne, uzbrojone fortece. Widząc jego cierpienia, Afrodyta przemieniła się w gołębicę i zaniosła do komnaty Heleny w pałacu Priama list Achillesa, w którym błagał, aby ukazała mu się na murach miasta. A gdy uległa jego prośbie i zobaczył z daleka jej sylwetkę na tle nieba, nie mógł już o niczym innym myśleć i umarł przywołując jej imię. A gdy zwłoki palono na wielkim stosie, boska matka herosa, Tetyda, porwała wyzwoloną z pęt ciała duszę i przeniosła na przygotowaną dla niego wysepkę Leuke. Wówczas była to wyspa zalesiona, pełna zwierzyny i bezludna. Cienie herosów, którzy walczyli pod Troją, kierowała Tetyda tam również, aby dostarczyć towarzystwa synowi. Ale Achilles niepocieszony czekał na Helenę. Aż zginął Parys, aż padł Deifobos, aż Helena wróciła do swego prawowitego małżonka i aż Menelaos dokonał przy niej swego żywota. Wtedy Helena, wolna od obowiązków, popłynęła na wyspę Leuke, wyszła sama na jej brzeg z pokładu statku i tam, poślubiona Achillesowi, została na zawsze. Rybacy wracający z połowu słyszeli weselne śpiewy, szczęk zbroi i potężny głos Pelidy intonującego heksametry Homera. Szczęśliwi kochankowie spędzali czas na zabawach, łowach i ucztach. Okres świetności wyspy szczęścia Leuke trwał długo, dopóki lasy się nie wykruszyły, a wtedy miejsce straciło swój urok i cienie herosów przeniosły się na Pola Elizejskie.

Późniejsze wyspy szczęścia nie miały już tego heroicznego nastroju, przypominały bardziej miejsce niedzielnych wycieczek. Polephil zastał na słynnej wyspie Cyterze coś w rodzaju nieustającego festynu karnawałowego. W czasach jeszcze nam bliższych gusty uległy dalszej zmianie – szukano samotności we dwoje.

I kto zapraszał – zapytajmy – na taką bezludną wyspę wytchnienia? Na bezludną wyspę wytchnienia zapraszał między innymi kawaler Evaríste Désiré de Forges, vicomte de Parny, pisarz i poeta francuski z epoki Wielkiej Rewolucji (…)

Kolejna wyspa nieistniejąca a na dodatek latająca to Laputa z Podróży Gullivera Jonathana Swifta.

 Grandville (Jean Ignace Isidore Gérard; 1803-1847), Gulliver odkrywa Laputę

Tajemnica Laputy, jak wiadomo, polegała na tym, że w jej wnętrzu znajdował się magnes połączony z mechanizmem zmieniającym jej położenie w stosunku do pokładów magnesowych sąsiedniej, macierzystej wyspy Balnibarbi. Ruch ten, trzykierunkowy (bo i do góry również – właśnie latający), ograniczony był jednak zasięgiem działania pola magnesowego Balnibarbi. Podaję to w skrócie, gdyż dokładny opis maszynerii, jak i jej właściwości, a także instrukcję, jak należy operować maszynerią obracającą magnesem we wnętrzach Wyspy Laputa, każdy bez trudu znajdzie w naukowej pracy pod tytułem Travels into Several Remote Nations of the World in Four Parts, by Lemuel Gulliver.

Cenna praca ta ukazała się wprawdzie w roku 1726, ale dzięki swej niezwykłej popularności została przetłumaczona na wszystkie języki i jest bez końca powielana w coraz bo nowych wydaniach. Zalecana nawet w szkołach jako obowiązkowa lektura, obok podręczników geografii i przyrodoznawstwa. Ciekawym nie sprawi też specjalnego trudu odnalezienie tego dzieła, a w nim miejsca dotyczącego Wyspy Laputa. Jaskinie, w której znajduje się, we wnętrzu latającej wyspy Laputa, magnes wyspą poruszający, Lapucjanie wyposażyli w sprzęt obserwatorium astronomicznego. Wielka studnia, tam prowadząca, ma głębokość około 25 prętów, czyli około 115 metrów. Mrok tej jaskini rozświetla dwadzieścia lamp, wzmacnianych przez wielki diament. Stoją tam astrolabia, globusy nieba i teleskopy. Przesądem jest budowanie obserwatoriów na szczytach górskich. Starożytni obserwowali niebo właśnie z dna głębokich studni, nie znając jeszcze żadnych instrumentów optycznych.

O czym pamiętają zapewne czytelnicy powieści Haruki Murakamiego Kroniki ptaka nakręcacza.

Lapucjanie pierwsi obserwowali ciała niebieskie z głębi studni, wzmacniając wzrok soczewkami teleskopu. Wynik był tak niezwykły, że kierując uwagę na księżyc w pełni, odróżniali na jego powierzchni nie tylko zarysy lądów, lecz nawet postacie Selenitów. Wspomniana wyżej praca milczy o tym, ale gdyby astronom lapucki skierował swój teleskop na księżyc w roku 1650, ujrzałby na największej wyspie Morza Jasności (Mare Serenitatis) jednego z pierwszych lunonautów, Cyrano de Bergeraca, dyskutującego z Kartezjuszem. Niestety, w połowie siedemnastego wieku technika nie była jeszcze w tym stopniu rozwinięta, aby można było z takiej odległości przekazywać na ziemię głos ludzki. Niemniej, znając poglądy obu dyskutujących, można domyślać się treści tej rozmowy. Kartezjusz budował swój system na zasadzie ‘clair et distinot’, gdy Bergerac nie był w tym stopniu pedantyczny. W swych przekonaniach Kartezjuszowi wystarczył za dowód istnienia sam proces ‘cogito’, natomiast Bergerac nie wątpił w istnienie duchów, co udowodnił właśnie podczas swojej wyprawy na księżyc. Chodziło zresztą prawdopodobnie również o co innego. Jak wskazuje tekst Voyage dans la lune, Bergerac wystąpil w obronie zwierząt, którym Kartezjusz odmawiał pełni istnienia, ponieważ zwierzęta nie myślą (…)

Aby odszukać miejsce tej historycznej rozmowy, ludzkość potrzebowała trzech z górą stuleci, strawionych na próbach wynalezienia nowych środków komunikacji w kosmosie, ponieważ dawne, tak proste w pomyśle i łatwe w wykonaniu, zostały nieopatrznie zapomniane. W piątek 30 czerwca 1971 roku, według ogólnie stosowanej w tym okresie na Ziemi rachuby, o godzinie 23.16 czasu środkowoeuropejskiego pojazd lądujący rakiety kosmicznej Apollo-15, Falcon, wylądował na powierzchni Księżyca. Była to piętnasta próba wyprawy na Księżyc, ale nigdy jeszcze selenonauci nowej ery nie wylądowali tak blisko celu – kilka kroków od Morza Jasności. Po raz pierwszy korzystali też z mechanicznego pojazdu, samochodziku elektrycznego, Roveru, którym mogli szybko i swobodnie poruszać się na księżycowym terenie. Nazajutrz po wylądowaniu, o godzinie 14.30 selenonauci David Scott i James Irvin opuścili Falcona i rozpoczęli czynności ustawiania przyrządów pomiarowych, kamer telewizyjnych, jak montowania Roveru. Krajobraz, który ich otaczał, był fascynujący. Statek osiadł u podnóża Apenin Księżycowych, w pobliżu północnej części Szczeliny Hadleya. Jest to przepaść o szerokości do jednego kilometra i głębokości ponad trzystu metrów. Na północ roztaczała się pofalowana równina z małymi kraterami, otoczona łańcuchem wzgórz łączących się ze stromymi zboczami Apenin, których szczyty szare i błyszczące w słońcu wznoszą się do czterech tysięcy metrów. Od strony zachodniej i południowej góry nieco niższe i przełęcze łagodnie spadające w wąskie malownicze doliny. Gdy korzystając z mechanicznego łazika, selenonauci dotarli do południowej części doliny i wspięli się na wzniesienie, oczom ich otworzyła się panorama wielkiej przestrzeni Morza Jasności. Ależ, morza! Jakżeż zmienił się przez ten czas, od podróży Cyrano de Bergeraca, krajobraz Srebrnego Globu! Morza jego wyschły albo spłynęły do otchłani cyklopicznych szczelin. Na miejscu żywiołu wodnego pokazało się dno wielkich morskich łożysk, podobne do pustyni pokrytej pokładami pyłu mysiej barwy, w którym noga grzęźnie po kostkę. Jeśli były tu wyspy, to roślinność ich dawno została spalona przez słońce, sterczą tam gołe głazy, do połowy zasypane przez pył pustynny. Gdzie pleniły się rajskie ogrody ludzkich marzeń, kierowanych ku księżycowej tarczy, jaśniejącej na nieosiągalnym niebie, dociekliwy wzrok ludzki znalazł same kamienie, okryte szarym pyłem kosmicznym.

Stąd surowa konkluzja, podyktowana przez chwilę eklezjastycznej refleksji, i proszę nie brać jej na serio i dalej nie przekazywać.

Nie! Lepiej odstąpmy od tego tematu, napełńmy naszą uwagę, jak kratery do wina, inną treścią, pogodniejszą, przynajmniej na pierwszy rzut oka pogodniejszą. Są jeszcze wyspy innego rodzaju, na przykład – wyspy zaczarowane.

Burza zerwała się nad Telepylą lajstrygońską, ale gdy nawa, ostatnia z flotylli, uszła niebezpieczeństwu, otwarte morze kołysało się uspokojone, wśród fal skakały delfiny i mewa poprowadziła żeglarzy ku zarysom nie znanej zalesionej wyspy. A była to Wyspa Ajaj, co znaczy: lament, wyspa złej czarownicy Kirke, która znienawidziwszy płeć męską zamieniała mężów w zwierzęta.

Proszę otworzyć Odyseję na pieśni dziesiątej i przeczytać, jak to dokładnie było. Niektórzy pamiętają to z dzieciństwa, w korowodzie innych strasznych baśni. Trzeba mieć, podarowany przez dobrą wróżkę (boga), cudowny kwiat, żeby przygoda skończyła się dla głównego bohatera pomyślnie.

Nic dziwnego, że opatrzono tę bajeczkę ponurym komentarzem: Sindbad-Żeglarz, który chadzał śladami Odysa, ale miał niezależne spojrzenie na koleje jego wędrówki, pozbawił i tę przygodę tajemnicy: wyspa Kirke zwyczajną wyspą ludożerców. Kanibale więzili bezbronnych rozbitków, tucząc ich na wzór trzody chlewnej. Aby uniknąć losu towarzyszy, Sindbad – i na tym polegała jego przebiegłość – nie przyjmował jedzenia, aż wychudł do tego stopnia, że mięśnie jego przyschły do kości. Nie nadawał się do pożarcia, łatwo też mógł zmylić czujność pasterza ludzkiego stada i umknąć przed rożnem.

Myśl późniejszych zawodowych komentatorów poszła w kierunku żmudnego rozwiązywania rebusu Homerowych symboli. Zwierzęta, w które zamieniła czarownica towarzyszy Odysa, nasunęły skojarzenie z ofiarami składanymi na cześć bóstw chtonicznych – pojono zaś te bóstwa krwią i czczono kadzidłem z dymu palonej sierści czarnych wieprzy. Czy Kirke nie była czasem zaszyfrowaną boginią podziemia, a jej czarodziejska wyspa przedsionkiem piekieł – wszakże leżała na drodze do krainy cieniów. Władzę jej mógł jedynie poskromić kwiat zmartwychwstania – pierwiosnek, którym z pewnością była roślina wręczona Odysowi przez Hermesa. Uderzona jej łodyżką czarownica z widma Hadesu zamienia się w boginkę uciech: wonna kąpiel, suta uczta, pieszczoty miłosne, życzliwe rady na pożegnanie, odczynienie złowrogich czarów. Jeszcze raz wędrownikowi udało się wykpić od śmierci.

Trzeci komentarz, z najbardziej spopularyzowanych, znajdujemy w najnowszym przewodniku po Odysei, pt. Ulisses. Tu Kirke występuje jako Bella Cohen z domu publicznego w Nocnym Mieście, zamieniająca mężczyzn w brudne knury. Hipoteza najdalsza od punktu wyjścia, skoro wystartowaliśmy z antycznego Disneylandu.

Ale jakkolwiek by było z tą zaczarowaną wyspą, znów i znów wpadamy w błędne koła spraw gorzkich, gorszących, przykrych. Czy można z tego wysnuć jakieś ogólne prawo? Że człowiek zawsze zagrożony, nigdy pewny następnej swej chwili, naczynie strachu i smutku, zatruty nadzieją, nawet tworząc utopijny świat uciechy – pełen jest nieufności i obawy. Stąd w bajkach jego straszą upiory, a bezludne wyspy wytchnienia tchną chłodem grobów. Czyżby na oceanie samotności nie było żadnej najmniejszej wysepki, na której widma nie tyle grożą, co płatają płoche albo i mądre figle spragnionym uciech?

Rozkładam mapę lądów śródziemnomorskich i rzucam na nią ziarenko maku, które toczy się przeskakując z jednego pola kartograficznej szachownicy na drugie i zatrzymuje sie w polu błękitnym, na niezbyt dużej głębokości, aby zamienić się w szarą pływającą wysepkę, czekającą na swoich rozbitków. Ale zanim zniesie ich tu burza, płodne wiatry rzucą na nią nasiona tropikalnych roślin, które rozrosną się w dziewiczy las, a do lasu tego nadlecą wędrowne ptaki i przypłyną gady, wielkie żółwie i jadowite węże. Przybycie człowieka zależy od woli bogów, czy zechcą ukarać go, dać mu nauczkę, czy spłatać mu tylko figla, nasyłając omamy.

Policzmy wymienione tu książki: Biblia, Odyseja, Ulisses Joyce’a, Wędrówki Childe Harolda Byrona, Pamiętniki Napoleona spisane na wyspie św. Heleny, Przygody Sindbada Żeglarza, Cyrano de Bergerac Rostanda, Podróże Guliwera, poezje kawalera Evaríste Désiré de Forges, Polephil, który pisał o wyspie Cyterze, a którego nie  znalazłam w żadnej Wikipedii…

Barataria 22 Książki i utopie

Ewa Maria Slaska

Wyspy nieistniejące

Wszyscy wiemy, iż życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telwizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik!) w Przekroju. Przez jakiś czas wszyscy śpiewaliśmy Damą być Maryli Rodowicz albo Prześliczną wiolonczelistkę, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Byliśmy mądrzy ogólnie i na bieżąco, i bardzo tacy sami.

To nie ja sprzedaję Mickiewicza, mój po prostu nie jest już kompletny, bo ktoś pożyczył tom drugi i czwarty

Kiedyś nadszedł w PRL czas Łysiaka, Waldemara zresztą – tak się w owym czasie mówiło, co było cytatem z  kultowej audycji radiowej 60 minut na godzinę. Jestem pewna, że Łysiak to nie tylko pamięta, ale z łezką w oku wspomina; daj Boże każdemu z nas, ludzi pióra i klawiatury, takie “5 minut”, jakie miał Łysiak.

Wikipedia pisze, że Łysiak (ur. 8 marca 1944 w Warszawie) to polski pisarz, publicysta, eseista, architekt, napoleonista i bibliofil. Zgoda, aczkolwiek mnie akurat te jego zainteresowania bonapartystyczne niezbyt “brały” (też się tak wtedy mówiło), natomiast na pewno dodałabym mu słowo “erudyta”. Bo Łysiak był (a pewnie i nadal jest) erudytą. Nie tylko wiedział wszystko, ale też potrafił to wszystko błyskotliwie zapisać – pamiętacie takie jego słowo “blaskomiotny”? Nie przyjęło się, choć różanopalca Jutrzenka albo Złotousty jednak zyskały sobie pewne prawa.

Łysiak wydał mnóstwo książek napoleońskich i kilka innych, a wśród tych innych  najważniejsze (a może w ogóle najważniejsze) były Wyspy zaczarowane, jego debiut literacki, wydany w roku 1974 cykl esejów o kulturze włoskiej, które kochaliśmy prawie tak jak Barbarzyńcę w ogrodzie Herberta. Dziś jednak wracam do tej książki z tego względu, że te zaczarowane wyspy Łysiaka to wcale nie wyspy tylko miejsca jak najbardziej lądowe, jak na przykład pewien zaułek w Rzymie. W kilkanaście lat później pokazały się jeszcze Wyspy bezludne i Wyspa zaginionych skarbów, ale gdzież im tam było do tych zaczarowanych. Najciekawszym rozdziałem był, oczywiście z mojego punktu widzenia, Nóż Leonarda. Dziś wszyscy wiemy, że Ostatnia wieczerza ma o jedną rękę za dużo i że ta niczyja ręka trzyma nóż, ale w latach 70 ta opowieść to było niezwykłe objawienie.

Leonardo da Vinci, Ultima cena, 1495-1498, fresk, klasztor Santa Maria delle Grazie, Mediolan

W dzisiejszym eseju to jednak ta właśnie wtedy zlekceważona książka Wyspy bezludne czyli eseje o samotności, ma stanowić początek kolejnych rozważań baratarystycznych,  o wyspach nieistniejących jako modelu świata.

Powiedziałabym, że można je podzielić z grubsza na dwie części – Wyspy Lenistwa i Wyspy Pracy. Wyspy Lenistwa to bajki, to pociecha dla ludzi udręczonych codziennym mozołem bez końca innego niż śmierć. To tu mieści się też Kraina Łakomczuchów, Kraina Śpiochów, Wyspa Skarbów i wszelkie inne Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Pracy to przypowieści o życiu godziwym i słusznym społeczeństwie. Łysiak zaczyna od Aleksandra Selkirka czyli Robinsona Cruzoe, a to, powiedziałabym, najlepszy chyba przykład Wyspy Pracy. Typową Wyspą Pracy jest oczywiście wyspa Prospera, króla i maga, z Burzy Szekspira,  i Utopia Thomasa Morusa.  Wydawać by się mogło, że Pramatką wszystkich Wysp Pracy jest platońska Atlantyda, ale nie, bo wszystkie, również Atlantyda wzorują się na Sherii, wyspie Feaków w Odysei. Również Barataria jest Wyspą Pracy. Sancho Pansa zabiera się do swych obowiązków sędziowskich tuż po przyjeździe na swą wyspę, zanim jeszcze zdąży zejść z osła, a wszyscy, których czyny osądza, też wykonują jakieś zajęcia.

W poszukiwaniu straconego na życie czasu powracam do lektur z lat 70 i 80. Wybieram je na chybił trafił, większości nie pamiętam w ogóle, część pozostawiła po sobie zaledwie bipolarne wrażenie przyjemności lub nudy. Z miąższu zapomnianych słów teraźniejszość wyłapuje to, co ma powierzchowny bodaj związek z baratrystyką. Nic dziwnego, w końcu ta wędrówka zaczęła się, przpominam, od takiej niemal zapomnianej lektury sprzed kilkudziesięciu lat.

Taniec sępów, cóż za głupi tytuł wymyślił sobie polski wydawca, w ogóle nie przystający do treści, bo autorka określając realne życie polityki rzeczywiście używa określenia “taniec sępów”, ale ta jej książka celowo omija wszelkie elementy polityki i koncentruje się na dziesięciu zaledwie latach szczęśliwego dzieciństwa. Renée Mendez Capote, Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku. Wydawnictwo Literackie 1987. Renée, urodzona w roku 1902, i jej rodzeństwo, wymyślają sobie niecodzienną rozrywkę – szyją flagi różnych państw, a przy okazji uczą się, jakie jest ich położenie geograficzne, ludność, stolica, uprawy, bogactwa… Któregoś dnia dzieci chcą uszyć flagę dla Don Kichota. Ojciec tłumaczy, że Rycerz Smętnego Oblicza ma sztandar hiszpański, jest przecież typowym Hiszpanem, reprezentującym zalety i wady tego narodu, ale dzieci nie przyjmują tego do wiadomości.

– Nie, don Kichot powinien mieć własny sztandar, bo reprezentuje on własny świat w ramach pozostałych.

No, ale przecież to nie Don Kichot miał swoje państwo-miasto-wyspę, lecz Sancho Pansa. To ukryci barataryści, te dzieci Mendez Capote.

Tę książkę zapamiętałam jako miłą lekturę, z wydanej w roku 1976 w PIW-ie powieści Leona Gomolickiego Taniec Eurynome (co ja znowu z tym tańcem?) nie pamiętałam nic. Nawet tej tytułowej Eurynome, choć wydaje mi się, iż  wiem jak przez mgłę, że była Okeanidą i tańczyła na wodach Chaosu, aby wytańczyć świat. I rzeczywiście, Gomolicki dość dokładnie przypomni w powieści historię Eurynome. Wytańczyła z wód Chaosu węża Ofiona, a on został jej mężem i… stworzył świat. Ba, przydał sobie miano Stwórcy. Typowe…

U Gomolickiego ten Chaos to świat w stanie wojny, a to co się z niego po wojnie wyłania, nie powstaje wedle żadnych wzorów z przeszłości, jest tworem samoistnym, który powstając sam siebie nie zna. To oczywiście powinno być lekturą dla rządu i naszych trojga władców P – Prezesa, Premier i Prezydenta, którzy zbiorczo życie po zagładzie wojny nazwali zdradą.

Kiedy palą się miasta, upadają państwa, nastaje sąd ostateczny wojen i obozów zagłady, a potem na omytej wodą potopu ziemi znów zaczyna powoli plenić się życie i martwi w postaci obozowych muzułmanów wychodzą z grobów – ta wizja pozostanie w pamięci współczesnych na zawsze. Wizja masowości ludzkiej zagłady i ludzkiego zmartwychwstania – tłumu wychudłych ciał, rozpaczliwie czepiających się życia, aby tylko nie wrócić do grobu.

Ale ja nie o tym, ja tropię wyspiarską Baratarię. Bohater, nota bene, człowiek początkowo bezimienny, w pierwszych dnia wolności przejmuje po zmarłym Salomonie jego żonę czy kobietę, Sabę, królową Saby. I niech to nie dziwi, bo tak już jest, w takich wędrówkach po kulturze, wszystko się składa w jeden wszechobecny mechanizm. Salomona zastrzelił ktoś o świcie. Nie wiadomo, przez przypadek czy celowo, nie wiadomo też, kto strzelał, bandy z lasu, czyli dziś nagle godni chwały “żołnierze wyklęci”, czy z milicji. Bezimienny zatem odpowiada na list przyjaciela z czasów młodości, a ten mu nadaje banalne imię – Henryk. Przyjaciel zaś używa  pseudonimu teatralnego Cyprian. (Królowej) Saby już nie ma, bohater sam ją opuścił dla młodszej kobiety, Wandy, ale wraca, by z nią rozmawiać, lub nie wraca, by ją wspominać. A więc list od Cypriana.

…list był przejmujący, (…) to była jego, niczego nie wymagająca w zamian, próba przerzucenia chybotliwej kładki przez rozdroża dzielących nas lat. Czy mogłem nie zareagować na to wezwanie. Mój list był krótszy – zawierał zaproszenie na moją bezludną wyspę. Bezludną? – nazwa umowna, zastępcza wyspy szczęśliwości (geneza pomieszania tych pojęć bierze początek w latach wojny!) Czy zaludniając ją w ten sposób, świadomie zaprzeczałem jej właściwości uszczęśliwiania samotnością? Ale Cyprian był dla mnie bardziej cieniem lat przeszłych. Któż mógł wtedy przewidzieć, że metafora ta fatalnie sprawdzi się w rzeczywistości!

Ta wyspa bezludna znajduje się zaraz z jakąś małą stacyjką, zupełnie jak Totenhorn, ale i jak ów Pensjonat Barataria, od którego się wszystko zaczęło. To już wiemy, za tymi małymi pustymi stacyjkami kryją się Wyspy Ułudne, homerowa wyspa Feaków Pensjonat Barataria i Góra Zmarłych, morusowa i baconowska Utopia, szekspirowska wyspa Prospera i platońska Atlantyda. Tu, za tym śmiesznym peronem zaczyna się puszcza, preria, dżungla, w ogóle utopia, mówi wciąż jeszcze bezimienny Henryk. Dobre słowa, tylko że po polsku utopia to też świat utopiony, zalany wodą… A ci co kuszą cię Utopią to być może ci sami, którzy cię potem utopią lub skłonią, byś się sam utopił, jak Leverkühn z Doktora Faustusa czy Joseph Knecht z Gry szklanych paciorków. Pojawi się zaczarowane miejsce, wyspa szęśliwości, nie szkodzi, że w górach – wyspa może być wszędzie, jeśli tylko nosimy ją w sobie. W tym wypadku jednak prawie dosłownie, bo wyspą górski taras omywany żywiołem powietrza. Znaleziony przypadkiem. Będziemy tam mieszkać w grocie nimf i żywić się korzonkami roślin jak pustelnicy, mówi Henryk. Ale nie mieszkają w grocie, znajdzie się wyczarowane schronisko, buda raczej, ale obok krystaliczne źródło czystej wody. Buda była zabita deskami i miała komfort melin zbójnickich ze strasznych baśni dla dzieci.

Taka to wyspa, ale Gomolicki wie, że będziemy się nad nią zastanawiać, pytać sami siebie, czy aby to ta wyspa i odpowiada:

jak zaczynamy podróż, nie wiemy, na jaką wyspę wyrzuci nas żywioł. Inną wyspę odkrył Kolumb, inną Defoe i tylko w marzeniach sennych dobijamy do wysp nieziszczalnej w życiu szczęśliwości.

Możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi, zwłaszcza że na wyspie w górach pojawi się też Ułuda.

Książki wymienione w tym wpisie w wydaniach, w jakich je dawno temu czytałam po raz pierwszy:

 

No i oczywiście – wzór niedościgły, tak miała być napisana wędrówka do Baratarii. Och jej.

Barataria 21 Obiad Sancho Pansy jako gubernatora Baratarii

Ewa Maria Slaska

Jeść czyli nie jeść. Jak spożywano posiłki na wyspie Barataria?

Już tydzień temu rozważając sprawę podobieństwa między Salomonem a Sancho Pansą doszliśmy do wniosku, że i owszem, obaj są sobie podobni, ale jest to podobieństwo do Mądrego Króla z rabinackich opowieści żydowskich, a nie do postaci biblijnej czy zgoła historycznej.

W midraszu było tak:

Był sobie w Jerozolimie pewien skąpiec imieniem Buzi. (…) Wieść o jego skąpstwie i złych cechach charakteru doszła do króla Salomona. Postanowił dać mu nauczkę. W tym celu zaprosił go do siebie na kolację. Skąpiec poczuł się dumny z królewskiego zaproszenia. Był przekonany, że król wyróżnia go i popiera. Wrogowie moi — powiedział sobie w duchu — pękną z zazdrości W dniu kolacji u króla przez cały dzień nic nie jadł. Chciał przyjść z pustym żołądkiem, żeby móc jak najwięcej zjeść. Ledwo zapadł zmierzch, a już Buzi przekroczył bramę pałacu. Tu czekał na niego ochmistrz dworu, który wprowadził go najpierw do poczekalni.
— Król — powiedział do niego — tylko z tobą spożyje dziś kolację. Poza królem i tobą nikogo nie będzie przy stole. Tymczasem zapoznam cię z panującą przy stole królewskim etykietą. Nie wolno jej naruszyć, bo sprowadzisz na siebie gniew króla.
— Zastosuję się do niej z całą skrupulatnością.
— A więc po pierwsze, żebyś o nic nie prosił króla, ani służących podających do stołu. Po drugie, bez względu na to, co się zdarzy, nie masz prawa zadawać pytań ani się skarżyć. Po trzecie wreszcie, jeśli król cię zapyta, czy potrawy smakują ci, masz je chwalić. Nawet w wypadku, gdyby były niesmaczne. Czy będziesz o tym pamiętał?
— Jak najbardziej.
— A teraz uważaj! Do kolacji pozostała godzina. Zaprowadzę cię tymczasem do pokoju gościnnego, gdzie będziesz czekał, aż cię zawołam. Ochmistrz zaprowadził go do pokoju przylegającego do kuchni. Przez otwarte drzwi Buzi mógł widzieć, jak kucharze szykowali potrawy do czekającej go kolacji. Zapachy przyjemnie łaskotały podniebienie. Raz po raz Buzi zrywał się, aby wejść do kuchni i coś przekąsić, ale strach przed królem powstrzymywał go. I tak doczekał chwili, kiedy  ochmistrz wprowadził go do pokoju, w którym stał stół i przy nim dwa krzesła. Na jednym siedział już król:
— Usiądź, przyjacielu — powiedział król — i jedz, ile tylko dusza twoja zapragnie. Nie wstydź się.
Buzi usiadł na krześle i po chwili sługa wniósł ogromny talerz ryb. Talerz postawił przed Salomonem, który od razu zabrał się do jedzenia. Jadł z apetytem i co chwila wykrzykiwał: „Co za rozkosz! Co za smaczna ryba! Prawdziwa pycha!” Kiedy talerz był już prawie pusty, sługa postawił przed Buzim drugi talerz ryb. Nim jednak Buzi zdążył sięgnąć po rybę z talerza, zjawił się drugi służący, który zabierając talerz króla, zabrał jednocześnie talerz Buziego. Buzi chciał zaprotestować, ale przypomniał sobie słowa ochmistrza.
To samo powtórzyło się przy następnym daniu. Sługa postawił przed królem talerz zupy z migdałami. Król Salomon z rozkoszy aż mlaskał językiem, a nieszczęsny Buzi dalej czekał na swoją kolej. Tymczasem król uporał się z zupą i sługa postawił przed Buzim talerz migdałowej zupy. Szybko chwycił za łyżkę, ale w tej samej chwili zjawił się następny służący, który sprzątnął ze stołu pusty talerz króla i nie napoczęty talerz Buziego.
Z pieczystym rzecz miała się tak samo. Najpierw podano królowi pieczoną kurę, a gdy ją zjadł, Buziemu także podano kurę i nim się do niej zabrał, zjawił się nowy służący i sprzątnął mu ją sprzed nosa razem z pustym talerzem króla. Nerwy zaczęły Buziemu odmawiać posłuszeństwa. Był głodny i wściekły. Gdyby spojrzenie mogło zabić, sługa byłby już martwy, ale strach nakazywał milczeć.
Kolacja ciągnęła się długo. Na stole pojawiały się coraz to nowe dania, ale cóż z tego, kiedy Buziemu uciekały sprzed nosa. Na koniec król, jakby nigdy nic, zapytał Buziego:
— Jak ci smakowały nasze potrawy?
— Bardzo — odpowiedział Buzi.
— Cieszę się, że ci smakowały.
— Smakowały to zbyt słabe określenie. To była prawdziwa rozkosz.


Wstali od stołu i śmiertelnie głodny Buzi chciał natychmiast pobiec do domu, aby się wreszcie najeść, ale król go zatrzymał:
— Nie, mój przyjacielu, tak szybko nie możemy się rozstać. Zaraz przyjdą muzykanci.
I rzeczywiście, wkrótce zjawili się muzykanci i zaczęli grać. Buziemu nie było do muzyki. W brzuchu kiszki grały mu marsza. Dotychczas nie miał pojęcia, co to jest głód. Po koncercie Buzi zaraz zabrał się do wyjścia, ale król go znowu powstrzymał.
— Nie, mój przyjacielu. Jest już zbyt późno, aby samemu w ciemnościach chodzić po mieście. Zostaniesz u mnie na noc. Łóżko już czeka. Buzi wiedział, że zaproszenie króla równa się rozkazowi. Chcąc nie chcąc musiał zanocować w pałacu. Głód targał nim tak, że nie był w stanie zmrużyć oka. Leżał więc i myślał. Dlaczego król zaprosił go na kolację, nie dając mu możliwości skorzystania z niej? Po rozważeniu wszystkich możliwych przyczyn doszedł do wniosku, że król chciał mu dać do poznania, czym jest głód. Dotychczas nie miał zielonego o nim pojęcia. Zawsze był syty, a jak wiadomo, syty głodnemu nie wierzy. Poczuł teraz smak głodu i wyciągnął wniosek. Musi się zmienić. I faktycznie, od tego czasu Buzi zmienił się nie do poznania. Stał się dobry dla swoich sług i dla wszystkich ludzi.

Hmmm… Wydaje się, że nowe szaty króla uszyli krawcy z Baratarii. Bo w Baratarii rzecz z jedzeniem miała się tak:

Po rozsądzeniu spraw zaprowadzono Sanchę do pałacu umeblowanego kosztownie; gdy wszedł do sali jadalnej, odezwała się radosna muzyka połączonych kunsztownie instrumentów — podano mu złotą miednicę; umywszy się z wielką powagą, nasz gubernator zasiadł do stołu, przy którym jedno tylko było nakrycie.
Za krzesłem Sanchy stanął doktór nadworny z fiszbinowym pręcikiem w ręce. Kapelan pobłogosławił stół, zdjęto wierzchni obrus i ukazały się rozmaite najwyborniejsze potrawy z mięsa, jarzyn, ciast i owoców.
Zdziwiony Sancho zapytał, co na tej wyspie do jedzenia używają: języka, czy oczu?
— Wasza dostojność darować raczy — ozwie się człowiek z pręcikiem — jestem doktorem nadwornym waszej wysokości i płatny jestem od rządu za to, abym zdrowia waszego przede wszystkim pilnował i nie dozwolił mu jeść nic takiego, co by przyczyną choroby organizmu stać się mogło. Rozkazałem sprzątnąć owoce dlatego, że mają za wiele wilgoci w sobie i studzą krew. Mięsiwa zaś były nazbyt przesycone korzeniami, więc wzbudzające pragnienie, a kto napojów w znacznej używa ilości, ten niszczy i wysusza wilgoć żywotną swojego organizmu.
— Jednakże mogę zjeść te kuropatwy pieczone? — zapyta Sancho.
— Niepodobna, jaśnie wielmożny panie, tego dozwolić żadnym sposobem nie mogę.
— I dlaczego to? — zapyta Sancho.
— Bo wielki mistrz nasz Hipokrates powiada w swoich aforyzmach. Omnis saturatio mala, perdicum autem pessima, a to znaczy, że każda niestrawność, a mianowicie od kuropatw powstała, najgorsze skutki sprawia.
— Dobrze, mości doktorze — rzecze Sancho — każ więc zdjąć te wszystkie niebezpieczne potrawy, a zostawić takie, które jeść mi wolno i potem nie machaj laseczką i nie przeszkadzaj mi, gdyż głodny jestem niezmiernie, a przecież medycyna na głodową śmierć skazać mnie nie ma zamiaru.
— W rzeczy samej, wasza wysokość ma słuszność — odpowie doktor — niech więc jeszcze i te zające zdejmą ze stołu, pieczeń cielęca mogłaby ujść jeszcze, gdyby inaczej była przyprawiona.
— A ta duża misa — przerwie Sancho — z której tak obficie para wychodzi, jest to zapewne bigos z rozmaitych mięsiw złożony, dlatego sądzę, że wybiorę sobie z nich takie, które dla mego żołądka właściwe będą.
— Niech Bóg uchowa waszą wysokość od skosztowania kiedykolwiek bigosu; jest to potrawa, którą tylko kanonicy, zakonni bracia i chłopi jedzą, lecz oni mają strusie żołądki! Dla gubernatorów trzeba delikatne wybierać potrawy, dlatego sądzę, że na dziś może wasza wysokość zadowoli się tymi dwiema miseczkami delikatnych konfitur ze smażonych pigw, można by do tego kazać zrobić naprędce małą porcję zupy z dyni, która, zwłaszcza osłodzona, jest nader praktycznym pokarmem.


Sancho wysłuchał cierpliwie mowy doktora i oparłszy się o poręcz krzesła, zapytał go z przytłumionym gniewem:
— Mości doktorze, gdzie uczyłeś się swojego kunsztu, jeśli łaska?
— Nazywam się Pedro Rezio de Aguero do usług waszej wysokości. Rodziłem się w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar del Campo, doktoryzowany zaś jestem w uniwersytecie w Osuny.
— To dobrze — rzecze Sancho — a więc, panie doktorze Pedro Rezio de Augero, urodzony w Tirteafuera między Caraquel i Almodobar, umykaj mi czym prędzej z oczu, bo inaczej wezmę kawał postronka lub kija i tak ci skórę obłożę, że ci się rodzona babka przyśni i zapowiadam ci, że ciebie i takich wszystkich zbójeckich doktorów na całej wyspie wywieszać rozkażę. Raz jeszcze powtarzam, uciekaj pókiś cały, albo ci tym krzesłem łeb rozbiję, że od razu pójdziesz na tamten świat douczać się głodnej kuracji, tym sposobem wybawię naród od rozbójnika, co kunsztu swego niegodnie używa. A teraz niech mi natychmiast jeść podadzą lub niech odbiorą, do diabła, całe gubernatorstwo; urząd, co chleba nie daje, diabła wart!
Przestraszony doktor słowami i gestem Sanchy już naprawdę zabierał się do ucieczki, gdy wtem dał się słyszeć na dziedzińcu pałacowym odgłos pocztowej trąbki. Był to kurier, przysłany od księcia w interesie stanu. Gubernator wziął spory pakiet, urzędowną opatrzony pieczęcią i podał intendentowi, który przeczytał adres jak następuje: „Don Sanchy Pansa, gubernatorowi wyspy Barataria, do własnych rąk lub jego sekretarza”.
— A gdzież mój sekretarz? — zapyta Sancho.
— Ja jestem, do usług waszej wysokości — odpowie jakiś młodzieniec — umiem czytać i pisać, jestem Biskajczyk.
— Tęgą masz minę i mógłbyś służyć za sekretarza u samego sułtana nawet — rzecze Sancho. — Otwórz więc paczkę i zobacz, co tam jest.
Nowy sekretarz przeczytał list i oświadczył, że interes wymaga tajemnicy. Sancho rozkazał odejść wszystkim, wyjąwszy intendenta i marszałka dworu, a sekretarz czytał co następuje:

„Otrzymałem doniesienie, panie don Sancho Pansa, że w jednej z tych nocy nieprzyjaciele twojej wyspy i moich państw chcą, zdradą podszedłszy cię, pokonać lub wypędzić. Należy więc mieć się w każdej chwili na baczności. Dowiedziałem się również przez szpiegów, że czterech uzbrojonych ludzi, przebranych w wieśniacze suknie, weszło do do miasta waszego w celu zamordowania pana lub otrucia go. Bystry umysł i trafność sądu, jaki okazałeś w pierwszym dniu rządów swoich, przejął obawą i zawiścią nieprzyjaciół. Radzę ci, panie gubernatorze, baczyć na każdy krok swój i nie jeść żadnych potraw, chyba, przekonawszy się poprzednio, że nie są zatrute.
Bądź zdrów, oczekuję wszystkiego po twojej przezorności, a w razie niebezpieczeństwa z pomocą pośpieszyć nie omieszkam. Dnia 16 sierpnia, o czwartej z rana.
Wasz dobry przyjaciel,
Książę”

Sancho, nie mniej jak wszyscy słuchacze strwożony, rzecze natychmiast do intendenta:
— Zdaje się, że trzeba doktora Rezio wtrącić do więzienia, boć ten zapewne bardziej niż inni czyhał na moją zgubę, chcąc mnie dziś głodem umorzyć.
— I mnie się zdaje, że należało by strzec się każdego i wszystkiego — rzecze intendent — obiadu zaś tego jeść waszej wysokości nie radzę, bo niektóre potrawy przysłane w podarunku zostały, a wiecie dobrze, że diabeł często pod drzewem siada.
— Dajcie mi tymczasem kawał chleba i sera — rzecze Sancho — niepodobna bowiem, abym głodnym pozostał, a w tak ordynarne pożywienie wrogi wrogowie trucizny nie włożyli. Ty, mości sekretarzu, odpisz jego książęcej mości, że wszystkie jego rozkazy będą wykonane, ucałuj też ode mnie rączki księżnej pani i proś, aby list razem z zawiniątkiem, które zostawiłem, do mojej żony Teresy Pansa posłać raczyła. Nie zapomnij również pokornie pokłonić się ode mnie wielmożnemu Don Kichotowi z Manchy, aby nie wziął mnie za niewdzięcznika; upstrzyj to wszystko razem, okraś pięknie i tak odpraw posłańca. A teraz każcie mi dać jaki bądź posiłek, bo chcąc się do boju przygotować, trzeba przede wszystkim dobrze napełnić żołądek, a skoro nie będę głodnym, drwię sobie ze wszystkiego.

Barataria 19 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria – zakończenie

Silvio Gesell (i Ewa Maria Slaska)

Jak upadła wolna republika Barataria i zniknął ostatni “wolny pieniądz” cywilizowanego świata, a pojawiło się złoto

Baratonowie…

Zanim powiem, co dalej, muszę zauważyć, że nazywanie mieszkańców Baratarii Baratonami niezbyt mi się podoba i chyba wolałabym ich nazywać Baratarianami, brzmiałoby to szlachetnie, jak pretorianie, ale autor (czy tłumacz) nazywa ich po niemiecku Baratonami i postanowiłam się dostosować zastosowanego w jego rozprawie duktusu językowego.  

Baratonowie zatem, jak zdążyliśmy się zorientować, byli ludkiem zapobiegliwym i gospodarnym, ale niestety nie nazbyt rozumnym. Pewne decyzje dotyczące zasad wręcz egzystencjalnych, podejmowali kierując się nieobliczalnymi powodami. Najpierw – z powodu smrodu guana – wybrali ziemniaki jako podstawę swego systemu monetarnego. Potem, znowu z powodu smrodu, choć tym razem na odmianę śmierdziały im gnijące kartofle (a przecież pecunia non olet, non olet!) przerzucili się na walutę w postaci orzeszków piniowych, która miała niby to przypominać “pieniądz muszlowy Hotentotów”, ale tak naprawdę była znacznie mniej pewna, bo mógł ją nadgryźć nie tylko ząb czasu, lecz też ząb każdej zwykłej wiewiórki czy głodnego szczura.


Podstawa dotychczasowego systemu monetarnego Baratarii – szyszka pinii, z której pozyskuje się nasiona (orzeszki) piniowe.

Zanim jednak przydarzył się kataklizm w postaci napadu wiewiórek na bank narodowy, Baratonowie przerzucili się z pieniądza podlegającego zniszczeniu na zwykły, pospolity pieniądz dający się tezauryzować, stosowany w każdym cywilizowanym kraju, gdzie z powodzeniem niszczył wszystkie objawy wolności. Tym razem powodował nimi nie tyle wysublimowany zmysł węchu, co zwykła ludzka ciekawość (ciekawe, co będzie? no, ciekawe, co będzie?), która w połączeniu z bezdenną głupotą uczyniła ich ofiarami zwykłej demagogii.

Demagog to postać dobrze nam znana, w końcu i u nas to on doszedł do władzy, pozornie wcale jej nie sprawując. Demagog obiecuje i to jest jego główna siła. To że obietnice się nie spełnią lub że obrócą się na pohybel wyborcom Demagoga, nie ma nic do rzeczy. Wyborcy Demagoga bowiem nie powodują się myśleniem, lecz chceniem. Na Baratarii Demagog nazywał się Carlos Marquez i był niewątpliwym specjalistą w odwracaniu kota ogonem, mydleniu oczu i szafowaniu nieprzebraną ilością nic nie kosztujących abstrakcji takich jak patriotyzm, duma narodowa i dobra zmiana. Po 25 latach wspaniale prosperującej gospodarki głosami głupców i frustratów postanowiono zmienić formę gospodarki, zastąpić pieniądz zniszczalny pieniądzem niezniszczalnym, zgodnie z propozycją Carlosa Marqueza.

Przypomnijmy tu może, że stary rzymski tytuł markiza oznaczał dowódcę władającego terenami nadgranicznymi. Margraf, Margrabia, Markiz, Marquese to obrońca naszych cywilizacyjnych rubieży przed naporem wroga. Jakiego, to już określi czas. W starożytnym Rzymie byli to Germanie, w zgermanizowanym Rzymie – Hunowie, w państwie Germanów Słowianie, w średniowiecznej Europie, która wchłonęła już Słowian – Mongołowie i tak dalej… Marchia czyli Przedmurze.

No dobrze, ale tak między nami mówiąc, Carlos Marquez może być nie tylko symbolem obrońcy naszych swojskich granic, ale jest też – być może – po prostu Karolem Marksem na opak. Bo wszystkie propozycje Marqueza prowadzą do tego, by zrealizować znany Marksowi model gospodarki, bezlitosny kapitalizm angielski z XIX wieku. Marquez proponuje bowiem wprowadzenie sytuacji, w której podział społeczeństwa na klasy, czy ściślej rzecz biorąc, na biednych i bogatych, jest skutkiem pewnej określonej formy własności ‑ prywatnej własności środków produkcji ‑ która umożliwia “wyzysk ludu pracującego miast i wsi” przez właścicieli środków produkcji.

Zgodnie z propozycją Marksa ustalono, że pieniądz podlegający zębom szczura, zostanie mimo to uznany za pieniądz niezniszczalny. Był to, jak pisze Gesell, najczarniejszy dzień w historii Baratarii, dzień w którym doprawdy, zgodnie z Talmudem, “małe drewienko zapaliło duże drzewo”. Wszyscy chceli zamienić swoje zapasy na pieniądz, każdy chciał sprzedać wszystko, co miał, nikt nie chciał nic kupić. Po tygodniu pojawiła się firma Bankiera – był rzecz jasna poplecznikiem Markiza – która zaczęła po niskich cenach kupować najlepsze i najpotrzebniejsze towary, które potem… Czyż trzeba opowiadać, co było dalej? Jak przyszedł przednówek i nie było nasion pod zasiew, i trzeba je było kupić po niebotycznych cenach u lichwiarza czyli Bankiera? Jak brakło pieniędzy na zakup i trzeba było kupować na kredyt? Jak kredyt został oprocentowany i pojawiły się procenty od procentów? Jak pojawiły się głód, bieda, bezrobocie, pijaństwo, frustracja, prostytucja, praca dzieci, płacz i zgrzytanie zębów? I mała grupka bogatych, z których najbogatszy był Bankier…

Dobry Boże, zapisał kronikarz, cóż za głupotę zrobiliśmy. Ani trzęsienie ziemi, ani powódź, ni wojna i ni zaraza, jeśli by nas nawiedziły, nie zrobiły by nam gorszej krzywdy niż te pozornie nieszkodliwe zmiany, jakie zasugerował nasz teoretyk. Wstrząsnął podstawami naszej gospodarki, zachwiał stosunki społeczne, zniszczył wszystko tak doszczętnie, że tylko gruz pozostał. Naród wyżywa się we wzajemnej nienawiści, jest zakłamany, uzależnionych od nałogów, a z chrześcijaństwa, którym sobie gębę wyciera, pozostała tylko nazwa. (…) Demokracja to nie jest tani towar na jarmarku, może ona i owszem sprawić, że państwo i społeczeństwo bądą przeżywały prosperity, ale tylko pod warunkiem, że cały naród zada sobie trud dogłębnego zbadania spraw państwowych. Ale tej prac Baratanie chcą sobie zaoszczędzić, wolą siedzieć w knajpie i wymądrzać się przy piwie…

Czy można się dziwić, że w pewnym momencie wszechwładny Bankier został królem i pojawiły się partie, gazety, szkoły, uniwersytety, policja i związki zawodowe, które miały za zadanie utrzymywać biednych w ryzach i baczyć, by nie zrozumieli, co jest powodem ich nędzy. Powstał też parlament, którego zadaniem było zapobieganie wszelkim próbom poprawy ich doli.

Eksperyment z wypróbowywaniem na wyspie wszystkich modelów gospodarki trwał 60 lat: przez 10 lat rządził komunizm, 25 lat było okresem wolnego pieniądza i 25 lat zużyto na realizację modelu nieludzkiego wyzysku kapitalistycznego.  W roku 1670 Baratarię odkryli Anglicy. Tak jak na całym świecie, tak i w królestwie rządzonym przez Króla-Bankiera, wprowadzono do obiegu złoty pieniądz. Nic to nie zmieniło w położeniu biednych i głupich, a może je nawet pogorszyło. Bo teraz każdemu biedakowi wydawało się, że jeśli tylko zdobędzie złoto albo 500 złotych…