Barataria 18 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria

Spotkaliśmy się z nim już w zeszłym tygodniu.

Silvio Gesell

w książce Cudowna Wyspa Barataria wykłada podstawowe zasady gospodarki pieniężnej tak, by ją pojął każdy głupi.  Tłumaczyła i skróciła to dla Was, Drodzy Czytelnicy, Ewa Maria Slaska

Z życia Baratonów

 Wyspa Barataria leży na tej samej szerokości geograficznej, o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia. Nazwana została tak dlatego, że barato znaczy tani, a wszystko było niesamowicie tanie na Baratarii. Ale nie w lichwiarskich sensie, kiedy to otrzymujesz dużo towarów za mniejsze pieniądze – bo to nie oznacza, że korzyści miałby producent, lecz przeciwnie, musi on oddawać swoje towary za małe pieniądze. Nie, na Baratarii wszystko było tanie i należy to rozumieć w duchu polityki społecznej – lud pracujący, bez wyjątku, otrzymywał dużo, choć musiał po temu wykonać mało pracy. Zagadkowe, wiemy, ale spróbujemy to wyjaśnić.

Wyspa została skolonizowana w 1612 roku przez 500 hiszpańskich rodzin. Wracały do domu, a że ich statki zniknęły bez śladu, w Madrycie przyjęto bez zastrzeżeń, że koloniści zginęli wraz ze swoimi karawelami. O wyspie zapomniano, co sprawiało że przez długi czas Baratanowie żyli całkowicie odcięci od świata.

Przypomnijmy, że w tym właśnie czasie nasz Sancho Pansa zarządzał w Hiszpanii wyspą Barataria. Cervantes pisał o sierpniu roku 1612, Zitzenbacher wręcz o roku 1600. Pierre i Jean Laffitte, koloniści francuscy i słynni piraci, zajęli prawdziwą bagnistą wyspę Baratarię, położoną w płytkich wodach Zatoki Nowoorleańskiej,  jeszcze w stylu wieku XVIII, ale już w roku 1803 czyli dopiero dwa stulecia później.

Wzorem najlepszych powieści szkatułkowych w tym miejscu pojawia się nowe źródło, z jakiego czerpiemy wiadomości o życiu Baratonów – Kroniki probostwa Villapanza czyli Miasta Pansy. Prawdziwa, położona w pięknych ogrodach Villa Panza znajduje się we włoskim mieście Varese i nie ma probostwa, ale daruję już Czytelnikowi dalsze wycieczki tym nowym tropem. Wracamy do naszych baranów. Jak się potem okaże, Villapanza jest stolicą wyspy…

Początkowo Baratarianie stosowali gospodarkę komunistyczną. Ale już w 10 lat po tym, jak koloniści wylądowali w Baratarii, zostali oni wezwani przez nauczyciela Diego Martineza, aby omówić wprowadzenie gospodarki opartej na własności prywatnej. Wezwanie  to brzmiało następująco:

Uwaga, pojawia się kolejny narrator,  tym razem uczestnik omawianych zdarzeń. Policzmy więc: Cervantes opowiada historię Don Kichota, jego imitator Alonzo Fernandez de Avellaneda naśmiewa się z niej, na co Cervantes po 10 latach odpowiada w roku 1614 drugą częścią, gdzie to Sancho Pansa wskutek okrutnego żartu Księstwa Villahermosa, zostaje gubernatorem wyspy Barataria. Jednocześnie koloniści hiszpańscy na Karaibach zakładają osadę na wyspie, nazwaną przez nich Barataria. Niejaki Juan Acratillo, co się wykłada Jan Bezpański, w  roku 1675 opowiada ich dzieje w pewnym rękopisie, opierając się jednak na kronikach proboszcza miasta Villapanza, stolicy wyspy, ten zaś korzysta z relacji nauczyciela z Baratarii Diego Martineza. Pedro Tramposo (Piotr Oszust), odnajduje rękopis, Klaus Rosenfeld go tłumaczy na niemiecki, Silvio Gesell wydaje tę historię drukiem, i wreszcie ja, tłumaczka i interpretatorka światowych tropów wiodących do i z Baratarii, Ewa Maria Slaska. Jestem dziesiątą narratorką. I każdy z nas, na każdym etapie mógł tę opowieść wymyślić, przeinaczyć lub nagiąć do swoich celów. Celem Silvio Gesella jest udowodnienie, że kapitalizm i socjalizm są do niczego, a jedynym wartym uwagi sposobem gospodarowania jest “wolny pieniądz”. W jego imieniu Diego Martinez, nauczyciel wiejski tworzy manifest:

Gospodarka komunistyczna, której do dziś pozostaliśmy wierni, z pewnością pozwoliła nam osiągnąć więcej, niż większość z nas się spodziewała, ale nie może ona spełnić wszystkich naszych oczekiwań, nie zapewnia nam bowiem pełnej osobistej wolności, niezależności i poczucia odpowiedzialności. Jako że koszula jest bliższa ciału niż spódnica, tak samo jest z egoizmem i altruizmem, z instynktem samozachowawczym i instynkte zachowania gatunku. Nie wszyscy w jednakowym stopniu ponosimy odpowiedzialność za wszelkie nasze działania i lub ich zaniechanie. Niech ktoś przez niewagę zostawi jedno z narzędzi na polu, niech ktoś inny źle zadba o chorego konia, niech ktoś lekkomyślnie igra z ogniem, zbuduje dom na wadliwych fundamentach czy źle zaplanuje jego budowę. Nie ma sprawcy szkody, ale mimo to własność publiczna ponosi szkodę. Codziennie tracimy przez zaniedbanie. Siano wczoraj nie zebrane, przemarzło, podobnie stało się z truskawkami, bo nikomu nie chciało się podjąć trudu, aby ochronić je przed przymrozkiem. Nikt nie chce pracować szybciej niż inni – już chociażby dlatego by tych innych nie zawstydzić – ci, co pracują najwolniej, nadają tempo wszystkim. Kiedy gruby Gomez ogłasza koniec pracy, wszyscy porzucają narzędzia, tam gdzie ich akurat używali. Dzieje się u nast tak, jak to ma miejsce w plątaninie zbyt wąskich uliczek, gdzie wół  obładowany wielkimi koszam zatarasuje drogę wszystkim innym pojazdom i narzuci im tempo posuwania się naprzód. Inaczej by było, gdyby każdy miał prawo własności do tego, co produkuje własną pracą. Wiele można by zrobić inaczej i lepiej. Dziś jednak, jeśli chcemy zrobić coś lepiej, musimy najpierw uzyskać zgodę towarzyszy w długiej i szerokiej debacie. W gadaninie zatraca się zwykle najważniejszy sens proponowanej zmiany, a pamiętajmy, że i tak uzyskasz tylko to, co zrozumie większość, a wiemy, że nie jest to dużo. Rzeczy, które dla ich zrozumienia wymagają pogłębionej analizy, nie można rozstrzygać demokratycznie. Nasi wynalazcy pozostają więc bezczynni, bo wiedzą, że nie uda się im uzyskać zgody na dalsze badania. Dla większości to, czego nie znają, na zawsze pozostanie utopią.

Oczywiście słownictwo i problematyka tego wezwania nie mogły wyjść spod piór autorów żyjących w XVII wieku na tropikalnej wyspie Barataria. Zmarnowane siano  czy truskawki zwarzone przez nocny przymrozek to doświadczenia Silvia Gesella z pobytu w utopijnej komunie producentów owoców Eden w Oranienburgu koło Berlina. Anachronizmy i lokalny koloryt z regionu Brandenburgii pojawiają się w całym tekście. Baratoni wprowadzają prywatną własność ziemi, podział usług i wyrobów, a zatem będą potrzebowali pieniądza, którego siłę nabywczą obliczać się będzie w ziemniakach, bo jest to najłatwiej dostępny i najważniejszy produkt lokalnego rolnictwa. Martinez obiecuje Baratonom, że pieniądz zaspokoi ogólne pragnienie wolności, własności, odpowiedzialności i samodzielności.

Przez moment zastanawiano się nad tym, czy by jednak nie wprowadzić pokrycia pieniądza w guanie, jako że było ono na wyspie jeszcze łatwiej dostępne niż ziemniaki, w końcu jednak zwyciężyła frakcja ziemniaczana, a to dlatego że w głosowaniu mężczyźni opowiedzieli się wprawdzie niemal jednogłośnie za guanem, ale kobiety – z przyczyn estetycznych – wybrały ziemniaki, a kobiet było więcej. Bank wymieniał ziemniaki na papierowy pieniądz, a pieniądz na ziemniaki. Jednostką wagi przy wymianie był centnar, co nadało też nazwę barataryjskim banknotom. Ciekawostką niech będzie fakt, że inicjator reform został dyrektorem narodowego banku ziemniaczanego.

System monetarny Baratarii zdecydowanie lepiej odpowiadał by zasadzie “towar za pracę” niż jakikolwiek system oparty o ekwiwalent pieniądza w złocie, ponieważ w okresie kryzysu można było po prostu produkować więcej ziemniaków, czego ze złotem już się nie da zrobić. Ziemniaki miały oczywiście tę wadę, której złoto nie miało, a mianowicie podlegały zniszczeniu. I była to największa zaleta tej waluty tak jak każdego “wolnego pieniądza”. Według obliczeń Martineza były to straty w wysokości 20%, co jednak w niczym nie zmieniło siły nabywczej papierowych centnarów. Po dwóch latach zrezygnowano wręcz z wymiany 1 centnara monetarnego na 100 kilo ziemniaków.  Pokryciem pieniądza były tylko i wyłącznie towary, które zostały wyprodukowane i  znajdowały się na rynku. Ciekawostką systemu Gesella-Martineza była propozycja, żeby wszystkiemu nadać wartość pieniężną, również pojęciom abstrakcyjnym, takim jak demokracja.

Z uwagi na problem z przechowywaniem w sejfach banku kartoflanego gnijących a zatem cuchnących kartofli niezmorodowany Martinez zaproponował po kilku latach zmianę systemu na, jak to określił, “coś w rodzaju pieniądza muszlowego Hotentotów” (tak, tak, Muschelgeld der Hottentotten! w dzisiejszych czasach sformułowanie z uwagi na political incorrectness absolutnie niedopuszczalne) czyli na pestki szyszek pinus moneta (sosny pieniądzodajnej), zwane potocznie orzeszkami piniowymi. Późniejsi komentatorzy zaproponują wręcz, by pieniądz piniowy – Pininegeld – nazwać… Pinunzen, pieniądze, ma to sens, bo nazwy są podobne w brzmieniu, ba, twierdzi dalej pan Starbatty, zachodzi nawet podejrzenie, że owo używane w… dialekcie szwabskim słowo pochodzi od słowa pinia. O tym, że jest to polskie określenie pieniędzy komentator nic nie wie, podobnie nie wie, że jest to zniekształcone słowo fenig, co było groszem niemieckim, ale wybaczmy mu, bo nie wie też, że Barataria to wyspa z powieści Don Kichot i że Villapanza to miasto naszego miłego giermka, Sancho Pansy…

To nie jest pieniądz z Baratarii tylko srebrna kanadyjska dwudziestodolarówka z kolorową gałązką sosny nabrzeżnej (Pinus Contorta) (no ale, co wolno wojewodzie…). Na świecie znajduje się 8500 takich monet.

Na wyspie – i to w samym jej środku rosło drzewo (Eden! Eden!). Była to jedyna tutejsza pinia, (choć podobno na Madagaskarze rosną nieprzebyte lasy sosny monetarnej). Otoczono ją murem i tak to elegancki i schludny obiekt dendrologiczny zastąpił smrodliwe na przednówku skarbce ziemniaczane. Te zostawiono zresztą tam, gdzie były, wychodząc z założenia, że ich całkowity rozpad będzie oznaczał abstrakcyjne przejście wartości zawartej w ziemniakach na wartość orzeszków piniowych. Autor dodaje, że choć nikt w Baratarii nie rozumiał, o co chodzi, Baratoni i tak zaakceptowali te propozycje.

Wszystkie reformy wprowadzone przez niestrudzonego Diego Martinez nieodmiennie prowadziły do dalszego wzrostu powszechnego dobrobytu, który, o dziwo, “wcale nie rozpadał się na bogactwo i nędzę, jak to się dzieje w systemach opartych o pieniądz niezniszczalny”. Nie było kryzysów i bezrobocia. Niewiele było też przestępstw, a niezależnie od tego, co było monetą obiegową, od pożyczek nie pobierano procentu, ani na konsumpcję ani na inwestycje. Było to w pełni zrozumiałe, lepiej bowiem pożyczyć komuś centnar ziemniaków lub kilo orzeszków i otrzymać za rok w takiej samej ilości świeży towar z nowych zbiorów, niż trzymać swą własność w sejfie, gdzie mogła spleśnieć, zgnić lub zeschnąć.

Bezprocentowy pieniądz pozwalał tanio produkować, tanio budować i tanio inwestować. Jedynie handel pobierał niewielki procent, który był ceną za produkt z jego pomocą wytwarzany, czyli transakcje kupna-sprzedaży. Nie było oszczędności, bo psujący się pieniądz nie dawał się oszczędzać, i bardziej się opłacało zamieniać go na zapasy towarów…

Zauważmy, że ktokolwiek naprawdę był autorem tych rozważań, a był nim najpropodobniej jednak Gesell, zapisał on je na dobre pół wieku zanim niejaki Nixon (prezydent zresztą) zwolnił bank USA z obowiązku wypłacania każdemu za każdego dolara jego ekwiwalentu w złocie. Wszystkie więc dalsze rozważania na temat dystopijnej gospodarki Baratarian jako modelu dającego się z powodzeniem zastosować zawsze i wszędzie, już się chyba zdezaktualizowały. Ale w latach 30 eksperyment można jeszcze było swobodnie ralizować i przypominam, że się powiódł – pisałam już tydzień temu o austriackim miasteczku Wörgl.

Powiedzmy więc tak, był moment w naszej historii, kiedy jeszcze mogliśmy zrezygnować z kapitalizmu i socjalizmu i wprowadzić na świecie wolny pieniądz.

Ale niestety, zarówno w Wörgl jak i w Baratarii zarzucono w pewnym momencie ideę niszczejącego pieniądza, a jak to się skończyło – wiemy, w realnym miasteczku wolny pieniądz został zakazany, w Baratarii…

Ciąg dalszy za tydzień 🙂

Barataria 17 Silvio Gesell i Wolna republika Barataria (kraj taniochy)

Ewa Maria Slaska (2017) / Silvio Gesell (1922) / Juan Acratillo (1675)

Kraj taniochy

Inne możliwe tytuły: Zdziwiony marksista czyli Cudowna Wyspa Barataria… Może jednak nie marksista tylko socjaldemokrata… A zresztą… Bo wszystko, jak przystało na Baratarię, jest pomieszaniem z poplątaniem i zajęło mi dużo czasu, zanim zdołałam rozsupłać tropy splątane nie gorzej niż przygody Alfonsa van Wordena w Rękopisie znalezionym w Saragossie (patrz odcinek 15).

Pierwszym autorem opowieści o Kraju taniochy miałby być Hiszpan Juan Acratillo, który w drugiej połowie XVII wieku dokonał analizy gospodarki pieniężnej… Ale to fałszywka, bo naprawdę rozprawkę napisał Belg Silvio Gesell. (Obecnym) Wydawcą jest STRO Social TRade Organisation. Obiecuje ona m.in. uczciwe zarabianie pieniędzy, które nazywa własny pieniądz lub inny pieniądz, a jej celem jest wspieranie gospodarki lokalnej.

Acratillo, ten pierwszy w dzisiejszym wpisie nieistniejący autor o mówiącym nazwisku, to A-Kratus, człowiek negującą wszelką władzę. Jeden z opisywanych przez niego reformatorów gospodarki pieniężnej nazywa się Carlos Marquez (żyjący pół wieku wcześniej niż ten “nasz” Marquez, Gabriel Garcia) to z kolei Karol Marks.

Prawdziwy autor rozprawki, Silvio Gesell, Belg, był niemieckim utopistą. Urodził się w roku 1862, zmarł w roku 1930 w, co istotne, Komunie Producentów Owoców Eden koło Berlina (Obstbau-Genossenschaft Eden). Eden został założony w roku 1893 przez 18 niemieckich jaroszy i była to pierwsza w pełni wegetariańska osada na terenie Niemiec. Jej celem było wspieranie dobrych form życia. Niestety, jak to często bywa ze wspaniałymi założeniami teoretycznymi, w okresie międzywojennym Eden na jakiś czas opanowali antysemici i zwolennicy dobrego, prostego, niemieckiego życia w duchu aryjskim. Komuna przetrwała jednak tę faszystowską fazę, istnieje do dziś i żyje tam obecnie 1500 osób. Silvio Gesell mieszkał w Edenie od roku 1911 do początku I wojny światowej oraz trzy lata od roku 1927 do śmierci.

Carlos Gesell, syn Silvia był jak ojciec szalonym utopistą pragmatycznym, ale opowiemy o nim dopiero za jakiś czas, bo na razie zajmują nas inne tematy.

Gesell jest twórcą teorii Naturalnego Porządku Ekonomicznego. W ogromnym skrócie jego teorię można wyłożyć następująco: pieniądz jest jedynym towarem na świecie, który się nie psuje, a zatem bez uszczerbku może podlegać tezauryzacji, co pomnaża jego moc. Ci którzy posiadają pieniądz rządzą światem i jedynym sposobem, żeby odebrać im władzę, jest spowodowanie za pomocą opłat dewaluacyjnych, że pieniądz zacznie się psuć i stanie się “wolnym pieniądzem” (Freigeld). Do dziś istnieją, znikają i znowu powstają projekty oparte na gesellowskiej teorii wolnego pieniądza. Około stu takich lokalnych grup istnieje w Japonii. Najsłynniejsza była “komuna” założona w latach 30 w Wörgl w Tyrolu. Eksperyment był pełnym sukcesem (miasto przeżyło okres niezwykłej prosperity), pisze Wikipedia, i osiągnął znaczny rozgłos na świecie. Został przerwany decyzją sądu na wniosek centralnego banku Austrii pod zarzutem naruszenia monopolu emisji pieniądza.

Gesell mieszkał przez wiele lat w Argentynie, pisał po niemiecku i hiszpańsku. Powiastka o Cudownej Wyspie Baratarii została niby to napisana po hiszpańsku i niby to przetłumaczona na niemiecki. Autor twierdzi we wstępie, że jest w tym wypadku zaledwie tłumaczem i nazywa się Klaus Rosenfeld, a rękopis otrzymał od przyjaciela, Hiszpana, niejakiego Pedra Tramposo, który znalazł manuskrypt Acratilla z roku 1675 w Granadzie podczas porządkowania pewnej prywatnej biblioteki. Oczywiście Tramposo to klasyczny wręcz mieszkaniec Baratarii: jego nazwisko znaczy Oszustwo. Tramposo in Barataria czyli…

Rękopis znaleziony w Granadzie

Wstęp
Podział każdego narodu na bogatych i biednych, na wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych jest odwieczny jak kultura i jest jej nieodłącznym towarzyszem. Gdy naród przechodzi na gospodarkę pieniężną, co umożliwi podział pracy, rozpadnie się też na tych, którzy delektują się życiem, i tych, których ono nadmiernie obciążyło.
Dlaczego się tak dzieje? Na to pytanie jest wiele odpowiedzi.
Pierwszą dał Mojżesz, wprowadzając zakaz posiadania i sprzedaży ziemi, pobierania odsetek i zarządzając tak zwany rok jubileuszowy (siódmy, kiedy to niweluje się wszystkie długi i uwalnia niewolników – przyp. mój: adminka). Co ciekawe, na pytanie o przyczyny rozpadu społeczeństw Likurg dał taką samą odpowiedź jak Mojżesz: trzeba wprowadzić niezbywalność gleby i wymienić złoto na bezwartościowy pieniądz żelazny. Obaj wielcy prawodawcy starożytności, Mojżesz i Likurg, oddzieleni morzem i siedmioma wiekami, upatrywali przyczyn rozpadu społeczeństw w złocie i prywatnej własności ziemi. Teraz zaś, po trzech i pół tysiącach lat, po historii ludzkiej pełnej nieopisanego cierpienia, wracamy do tego pytania i musimy powiedzieć, że Mojżesz i Likurg mieli rację. Dezintegracja społeczna narodów jest spowodowana przez prawo posiadanie złota i nieruchomości.

Odcinek zrobił się już bardzo długi, opis życia Baratonów na wyspie Barataria przenosimy siłą rzeczy do następnego poniedziałku. Tu zaledwie przedsmak i to dla tych, którzy znają niemiecki:

Auf dem gleichen Breitengrad wie Utopia und genau 360 Grad ostwestlich dieser Insel liegt die Insel Barataria. So benannt, weil barato billig heißt und weil auf Barataria alles erstaunlich billig war, und zwar nicht in dem wucherischen Sinne, daß man für wenig Geld viel Ware bekam – was für den, der seine Ware für wenig Geld hergeben muß, ja keinen Vorteil hat – sondern billig im sozialpolitischen Sinne, daß alle Arbeiter, ohne Ausnahme, für wenig Arbeit viel Ware eintauschen konnten. Eine rätselhafte Sache, die wir aber erklären werden.

Die Insel wurde 1612 mit 500 spanischen Familien kolonisiert. Auf der Heimreise gingen die Schiffe mit Mann und Maus unter, und so kam es, daß man in Madrid glaubte, daß mit den Schiffen auch die Kolonisten umgekommen seien und man in der Folge die Insel ganz vergaß. So waren die Baratonen lange Zeit gänzlich von der Welt abgeschnitten.

Zauważyliście, moi mili Czytelnicy? Wyspa Barataria leży o 360 stopni na zachodni wschód od wyspy Utopia.

Reblog przedwielkanocny z Malty

Udało mi się nadzwyczajnie, bo na dziś i na jutro dosłownie w ostatniej chwili nadpłynęły wspaniałe teksty.

Piotr Beszczyński

Wszystko, co maltańskie…

Jak zapowiedziano w marcowym wpisie, tak zrobiono. Udano się mianowicie na Maltę, przy wykorzystaniu niedrogiego aeroplanu, łączącego dwa razy w tygodniu ten sławny archipelag z Gdańskiem.

Jak na dłoni widać, że wyspy (Malta jest główną i największą) ulokowały się pośrodku Morza Śródziemnego. A że przez tysiąclecia jego wybrzeża stanowiły pępek cywilizacji (przynajmniej z naszego, europejskiego punktu widzenia), to na Malcie siłą rzeczy krzyżowały się najważniejsze morskie szlaki śródziemnomorskiego świata, zaś ich kontrola poprzez panowanie nad wyspą nęciła wszystkie liczące się w historii Europy imperia. Rzucającym się dzisiaj w oczy tego efektem jest wymieszanie genetyczne nielicznej ludności państewka (niespełna pół miliona, tyle co Gdańsk), unikalny język, oraz ogromna ilość interesujących zabytków, z których najstarsze mają grubo ponad 5 tysięcy lat.

Nie chcąc zanudzać Czytelników opisem zawiłych losów historycznych, odsyłam zainteresowanych do nieocenionej Wikipedii, gdzie znajdą kompendium wiedzy o Malcie. Poniżej zaś dzielę się refleksjami z zaledwie dwudniowego pobytu wedle klucza, gdzie nazwa wyspy występuje w formie przymiotnikowej. Ilustracje to zdjęcia naszej roboty oraz szkice autorstwa Ani.

  • Maltańska artyleria i maltańska duma

Strzelająca raz dziennie na wiwat nadbrzeżna bateria jest jedyną aktywną (w widoczny sposób) pozostałością militarnej przeszłości Malty : niezliczonych bitew, oblężeń, ostrzałów i nalotów. Dramatyczne epizody trwają w pamięci, jednak prawdziwym powodem dumy Maltańczyków jest ich skok cywilizacyjny w ostatnich latach, wyraźnie związany z członkostwem w Unii Europejskiej. Duma narodowa może być, jak widać, radosna i optymistycznie skierowana ku przyszłości, zauważana i doceniana przez inne nacje. Bywa jednak również inna: pełna pretensji, obolała, konstruowana i dekretowana w myśl politycznych potrzeb rządzących, wykrzykiwana przez nich zdziwionemu światu. Wolę tę maltańską.

  • Maltańska prezydencja i maltańska „arogancja władzy”

Malta sprawuje aktualnie prezydencję Unii Europejskiej, stąd większa zapewne niż zazwyczaj ilość unijnych symboli w publicznych przestrzeniach.

Natomiast widoczne poniżej oznaczenia rezerwacji miejsc parkingowych na ulicy dla Urzędu Premiera, Prezydenta, Ministra Spraw Zagranicznych, Prokuratora Generalnego czy Rzecznika Praw Obywatelskich, to jedyne przejawy wynoszenia się władzy państwowej ponad ogół.

No, jeszcze warta przed Pałacem Prezydenckim (za czasów Kawalerów Maltańskich – siedzibą Wielkiego Mistrza)

  • Maltański krzyż, maltańska religijność i maltański język
    X

Charakterystyczny, o równych i rozdwajających się na końcach ramionach, wywodzi swój pierwowzór ponoć z italskiego Amalfi, gdzie były zaczątki działalności Joannitów – Szpitalników – Kawalerów Maltańskich (zarys dziejów tego zakonu można sobie także przypomnieć, wracając do marcowego wpisu tego blogu), których stał się znakiem rozpoznawczym. Do dzisiaj wszechobecny w maltańskim krajobrazie, nie mówiąc o kościelnych wnętrzach (na ostatnim zdjęciu poniżej nie ma wprawdzie krzyża, jest za to sugestywny, bardzo typowy fragment posadzki)


Malta to kraj niemal w całości katolicki, jednak frekwencja w kościołach nie jest duża (być może wynika to z wyjątkowo wysokiego wskaźnika świątynioosobowego, bo kościołów jest mnogość, a mieszkańców niewielu). Wrażenie robi natomiast liturgia sprawowana w unikalnym języku maltańskim, melodyką chyba najbardziej przypominającym arabski. Fachowcy zaliczają maltański do grupy języków semickich (podobnie jak hebrajski czy arabski), spośród których jako jedyny zapisywany jest alfabetem łacińskim.

Z językami spotykamy się na wyspie także w nieco innym znaczeniu; tak mianowicie (Langua) zwano grupy narodowościowe w strukturze Zakonu Maltańskiego. Każdy z „Języków” odpowiadał za obronę innego odcinka fortyfikacji i każdy posiadał swój okazały dom modlitwy (i nie tylko modlitwy zapewne), zwany po prostu oberżą.

Jak rycerz nie zdzierży, bieży do oberży! (chyba niezłe na dyktando!)

  • Maltańscy Kawalerowie, maltańskie panny, maltańska młodzież

O Kawalerach Maltańskich trochę już było; najbardziej czytelne ich wizerunki znaleźliśmy w sklepie z pamiątkami:

W centrum stolicy stoi natomiast okazały pomnik Wielkiego Mistrza Jeana de la Valette, który po odparciu tureckiego oblężenia w 1565 roku, kazał wybudować od podstaw miasto, nazwane jego imieniem (Valetta).

Raz Kawaler Maltański, obrońca Valetty,
w przerwach między wojnami jął szukać podniety.
Próbował budowy szańców i odmawiania różańców,
lecz w końcu grzeszne oko dojrzało… kobiety!

W odróżnieniu od Kawalerów, panny maltańskie spacerują po ulicach „na żywo”.

Maltańską młodzież szkolną oprócz daty urodzenia wyróżniają jednolite mundurki, co budzi zrozumiałe zainteresowanie uczestników studenckich wycieczek uniwersytetów trzeciego wieku.

  • Maltańska fauna

Maltański pies (maltańczyk) – podobnie jak w przypadku Kawalerów Maltańskich nie udało się zaobserwować żywego egzemplarza, dlatego przedstawiam wizerunek wiszący w pałacyku rodziny Piri (warto też zwrócić uwagę na twarze odbite w szybie chroniącej obraz:)

Maltański pies z importu (dostępny na dworcu autobusowym):
X

Maltański wieprzek (w towarzystwie):
X

Maltański królik (próbowaliśmy, niezły):
X

Maltański koń zaprzęgowy (z kuposprzątaczem):
X

Maltański sokół – roczna zapłata wnoszona przez Wielkiego Mistrza cesarzowi Karolowi V za podarowanie Malty zakonowi Joannitów. Naturalnie cesarz kalkulował znacznie większe korzyści z transakcji, mające strategiczny charakter, w czym się nie zawiódł. Ptaszysko jednakowoż stało się znanym symbolem, a także pożywką dla twórczości literackiej i filmowej. Najłatwiej spotkać je dzisiaj tam, gdzie sprzedają souveniry:
X

Maltańska martwa natura – jak pewnie zauważyliście, większość przedstawionej tu maltańskiej natury wygląda na martwą. Dla uzupełnienia jeszcze jedna, nie wiadomo dlaczego – z Buddą:
X

    • Maltańskie Trójmiasto (10 minut promem z Valetty)
      X

      X
    • Maltańska bandera (tania) – chętnie wykorzystywana przez armatorów w zrozumiałym celu ograniczenia obciążeń podatkowych. Rodzimy ślad: maltańską banderę noszą statki Polskich Linii Oceanicznych.
      X

      X
    • Maltańskie balkony – zabudowane, stanowią bardzo charakterystyczny element miejscowej architektury (zwłaszcza w Valetcie):


      Maltańskie landszafty








      Zazwyczaj na zakończenie wpisu umieszczałem kilka słów komentarza do jakiegoś „świeżego” wydarzenia. Tym razem będzie inaczej, bo wpis powstawał w okolicy 10 kwietnia; wszystko zatem powyłączałem, aby odciąć się od medialnej tupolewizny. Wiem wszakże, że Wielkanoc nadchodzi i wkrótce dobiegnie końca niezwykły czas Wielkopostnego Zdziwienia Wątroby. Zalecam sobie i innym stopniowe oswajanie tego organu z okolicznościami świątecznymi, jak również zwrócenie uwagi na duchowy wymiar przeżyć najbliższych dni. Życzę spokoju, pogody, optymizmu mimo wszystko, no i zdrowia, ma się rozumieć. Alleluja!!!

Barataria 10: a cóż to za pomysł z tą wyspą?

Ewa Maria Slaska

Wyspy dalekie i mistyczne

Na wyspach są raje i piekła, pałace szczęśliwości i miejsca zesłania. W czasach odkryć geograficznych świat powiększył się nadzwyczajnie, a pierwszymi wysłannikami Nowego były wyspy. Karaiby, Indonezja, Filipiny, Polinezja, Japonia… Tahiti i Haiti, Kuba, Bali, Tasmania, Dominikana. Miejsca pełne egzotycznych kwiatów i owoców, zamieszkane przez piękne nagie kobiety, swobodnie uprawiające seks, dostarczające nieznanych rozkoszy i zamieniających pojęcie grzechu w ogród rozkoszy ziemskich. Wyspy pełne ptaków, ryb, muszli, jeleni, piratów i skarbów. W pojęciu ówczesnych tak wyglądał biblijny raj. Ale i my, ludzie żyjący pięćset lat później, chętnie wyjeżdżamy na wyspę, która jest przeciwieństwem nudy i żmudy codzienności. Malediwy i Azory, Kanary, Ibiza, Lanzarota, Teneryfa, Madera, wakacyjne raje skonstruowane ze słońca, kolorów i obietnic, czas spędzony na popijaniu kolorowych koktajli w towarzystwie pięknych młodych tubylców płci dowolnej.

Gdy Wikingowie płynęli do Ameryki, nie wiedzieli, co ich czeka. Wrócili z opowieściami o Grenlandii i Winlandii, zielonych wyspach rodzących wino. Wzorem były oczywiście niepoliczalne wyspy  greckie, każda tworząca zamknięty, odrębny świat. Najpiękniejszą i najbardziej bajkową wyspą grecką była Atlantyda, ewidentnie raj na ziemi. Oczywiście pierwszą  rajską wyspę poza Europą w sposób udokumentowany zobaczył Kolumb, a ściślej jeden z jego marynarzy, Rodrigo da Triana. Była to Wyspa Watlinga (zwana przez Indian Guanahani) w archipelagu Bahama. U krajowców zauważono złote ozdoby, co wsparło tezę przyświecającą wysłaniu wyprawy, że płynąc na Zachód można dotrzeć do leżących na Wschodzie złotodajnych Indii.

W ulubionej mojej powieści Czaszka w czaszce Piotra Wojciechowskiego, dentysta Japończyk, ewidentnie szpieg a może nawet agent wpływu utopijnego Imperium Rosyjskiego, znieczula bohaterowi ząb jakimś odurzającym zielem i zabawia go rozmową o specjalnym charakterze ludów wyspiarskich. Potem okaże się, że podczas tej pogawędki ten nieudacznik Dymitr Łazur wypaplał Japończykowi wszystko co wiedział o Gwidonie-Mesjaszu i jego ukrytej w głębi czaszki koronie z kości.

Gdy rodzony w koronie Gwidon obejmuje władzę, Dymitr ląduje, który to już raz, na jakimś obrzeżu historii, gdzie jedynym zajęciem niespełnionych uczestników Dziejów jest zakładanie tajnych związków.

Tak, wyspy, świat w miniaturze, wygotowują ze swoich wnętrz nowe idee, kostne korony skryte w czaszkach szalonych królòw, które raz opuściwszy wyspiarskie brzegi, zamieniają się w utopie, miejsca bez geografii, w kolejne złudy, baratarie…

Ta wyspa Sancho Pansy nie wzięła się zresztą znikąd. Od pierwszego rozdziału rycerz mami giermka obietnicą, że kiedyś podaruje mu królestwo na wyspie, bo nie godzi się, by mu po kramarsku wypłacał pensję, ale za to nagroda, jaka go czeka, przewyższy jego najśmielsze oczekiwania. Słowo wyspa  bezustannie powtarza się w rozmowach pana i jego giermka, ba, we wszystkich rozmowach. Sancho informuje o swym przyszłym wyspiarskim władztwie każdego, kto chce go słuchać, cyrulika, księdza, żonę, córkę, sąsiada, spotkanego po drodze wędrowca.

Zdaniem Don Kichota wyspa stanowiła najwłaściwszą nagrodę dla wiernego giermka już w średniowieczu, ale w świecie odkryć geograficznych pojawiły się niezliczone nowe możliwości. Człowiek renesansowy wiedział, że świat jest pełen niezwykłych, egzotycznych wysp.

Jak pisze J. A. Święcicki, autor wstępu do Don Kichota po polsku, o ile w prologu I części Cervantes wyraźnie mówi, że pragnął tylko „obalić znaczenie i popularność, jaką zdobyły w świecie księgi rycerskie”, to przy zakończeniu części drugiej dodaje: że „miał jedyny zamiar obrzydzić ludziom urojone i niedorzeczne historie ksiąg rycerskich” . A o ile w pierwszej części głównym tematem opowieści są przygody ostatniego błędnego rycerza, o tyle o 20 lat późniejsza część druga, jest przede wszystkim historią włdztwa Sano Pansy na wyspie Barataria. I z tą właśnie ułudą rozprawia się Cervantes w II części swej powieści. Bo mimo iż świat jest pełen czarodziejskich wysp, zwykły normalny człowiek nie powinien się karmić złudami. Barataria – złuda i oszustwo…

Nie dostaniemy Baratarii, nie będziemy królami, non omnis Saturnalia, a jeśli  zostaniemy królem, to będzie to tylko na chwilę i zapłacimy za to śmiercią. Los nic nam nie da oprócz ułudy, a mimo to musimy się w tym, co nam przypadnie, być dobrym królem Salomonem…

Ten rozsądny i pragmatyczny Sancho Pansa powienien się był natychmiast poznać na tym, czym są obietnice szalonego rycerza… Ale cóż, nie poznał się… I cóż, my też się nie poznajemy…

Don Kichot tymczasem namawiał sobie po kryjomu sąsiada chłopka, bardzo uczciwego człowieka, ale biednego i któremu także jakoś klepki w głowie brakowało. Po długich gadaniach i wielkich obietnicach, doszedł nareszcie do tego, iż go skusił i namówił na giermka do siebie. Mówił mu między innymi, żeby się niczego nie bał, że jak pójdzie z nim na wyprawę, wielki los zrobić może, a przecież nic nie straci, zamiast nędznej strzechy i gnojowiska, z którego go wyciąga, da mu kiedyś przy boskiej pomocy, namiestnikostwo wyspy jakiej rozległej. Sancho Pansa (takie było imię chłopka) dał się ułudzić pięknym obietnicom, porzucił żonę i dzieci i przystał na giermka do swego sąsiada.

Na zakończenie przypomnę jeszcze moje własne wyspy. Było ich kilka. Jako młoda studentka archeologii pracowałam na wyspie na jeziorze Komorowskim  i na wyspie Ostrów Lednicki. Jezioro Komorowskie odsłoniło przed nami w gęstwie pokrzyw faktorię kupców rzymskich, przywożących z południa szkło i narzędzia żelazne, które wymieniali na bursztyn. Na Ostrowie Lednickim, gdzie rezydował ksążę Mieszko, mieściło się najstarsze w Polsce paladium  i najstarszy kościół, dwa budynki stanowiące pierwszy ośrodek władzy Polan, z którego rozeszła się po okolicy idea państwa plemiennego. Przeciwnik i poprzednik Mieszka, król Popiel, też zresztą mieszkał na wyspie, nawet niedaleko, na jeziorze Gopło. Pomiędzy Gopłem a jeziorem Lednickim ukształtował się kraj zwany Polską

Gdy już zakończyłam przygodę z archeologią i zajęłam się pisaniem (i opieką nad uchodżcami), przebywałam kilka razy na stypendium w Centrum Tłumaczy i Pisarzy na Wyspie Rodos i raz w takimżeż centrum w Visby na Gotlandii. Obie wyspy pojawiły się w mojej twórczości. No ale bo przecież wyspy…

Jednak wyspą, która odegrała najważniejszą rolę w moim życiu, był… Berlin Zachodni. Taka wyspa jak Barataria Sancho Pansy, wyspa na lądzie, a przecież wyspa. Dopóki w roku 1989 nie upadł Mur Berliński, wszyscy mieszkańcy tego dziwnego miasta z lubością używali pojęcia wyspa, dla określenia naszej własnej sytuacji. To nie my, mieszkańcy Berlina Zachodniego, zbudowaliśmy mur wokół naszego miasta, zrobili to mieszkańcy NRD, którzy w pewnym momencie postanowili zignorować fakt, że w środku ich kraju znajduje się enklawa rządzona przez innych i to, co gorsza, wrogów. Gdy kupowało się w Berlinie Wschodnim mapę Berlina, w miejscu gdzie był Berlin Zachodni znajdowała się autentyczna biała plama na mapie.

Na tej to wyspie założyliśmy z kolegą Grzegorzem Ziętkiewiczem polsko-niemiecki program telewizyjny, który nazwaliśmy Magazyn Wyspa – Magazin Insel.  Oczywiście nie mieliśmy w ogóle pieniędzy na takie pomysły i nikt nam nie płacił za to, co robiliśmy. Korzystaliśmy z jednego z niezliczonych osiągnięć społecznych Berlina Zachodniego czyli tzw. Offener Kanal (Kanału Otwartego). Kanał nauczył nas za darmo, jak obsługiwać kamerę i jak montować filmy, pożyczał nam za darmo sprzęt czyli kamery, statywy, akumulatory, mikrofony i lampy, dawał do dyspozycji miejsce montowania gotowych filmów oraz bezpłatny czas na nadawanie tego co wyprodukowaliśmy. Doprawdy wyspa barataria, złuda i nieprawda, dzięki której wyprodukowaliśmy kilkanaście nadawanych co miesiąc magazynów, i spotkaliśmy wszystkich ważnych ludzi z Polski odwiedzających Berlin, w tym Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwoje biednych Polaków słabo mówiących po niemiecku prowadziło w roku 1985-1986 magazyn, o którym wiadomości znajdzie się w każdym opracowaniu dziejów Polaków w Berlinie… Zresztą poczytajcie sobie TU. Jest tam również film Helgi Reidemeister o mnie, pokazujący jak to sobie żyjemy na tej wyspie…

Uwaga. Opuszczacie Państwo Berlin Zachodni. Tablice na granicy pomiędzy Berlinem Wschodnim a nami.