Gdzie jest ten dom…

Krystyna Koziewicz

Czas nie zaciera śladów

A dom wciąż stoi…

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.”

Zwłaszcza, że czas nieubłaganie pędzi i z każdym krokiem, jak to mówią, ”zbliża nas do wieczności”…

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

Dzisiaj myślę o tym z wielkim sentymentem i czułością, a moje wewnętrzne dziecko przeżywa renesans.

Przewrotność losu… A może dar?

Tak się złożyło, że los rzucił mnie do miasta. Najpierw do Opola czyli stolicy polskiej piosenki, a gdy już byłam na emigracji, zamieszkałam w stolicy kraju graniczącego od strony zachodniej z Polską. Jakby na to nie patrzeć – miasto odebrało mi zieleń, która w dzieciństwie była moją oazą. To, co wypełniało całą prawie moją życiową przestrzeń, tu, w mieście, znajdowało się zaledwie pomiędzy blokami mieszkalnymi albo w parku. Czy moim losem rządził bardziej przypadek, że tak się stało, czy konieczność? Może tak właśnie miało być?! Może to przeznaczenie?! Sama nie wiem… Ale wiem na pewno, że nie wolno licytować się z losem, bo ponoć to, co zostaje nam dane, należy przyjąć takim, jakie jest, bowiem życie to szkoła pokory.

W moim berlińskim mieszkaniu sporo na regałach pamiątek, ale najważniejsze są fotografie mamy, dzieci, wnuczek… Mam ich na wyciągnięcie ręki i czuję, jak płynie od nich dobra energia, a zło tego świata przestaje mnie dotyczyć. Są przy mnie i we mnie, ale czasem to za mało. Chciałoby się ich dotknąć, przytulić… Ale to niemożliwe, więc uciekam we wspomnienia, bo tam są naprawdę.

Śladem wspomnień…

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

Rozmaite drogi prowadzą do wsi, gdzie znajduje się NASZ dom, ale ja zazwyczaj wybieram jazdę autobusem. To wielki komfort, móc rozsiąść się przy „panoramicznym” oknie i do woli kontemplować mijane widoki, przydrożne kapliczki i krzyże, wieże kościelne, mosty, rzeki….

Trasa wiedzie przez Śląsk i Małopolskę – region bogaty w bujną zieleń lasów i łąk, a więc to, co kocham od zawsze.

W tych stronach czuję, że jestem u siebie. Inaczej niż na obczyźnie, gdzie jestem wygnańcem bez ziemi, bez cioci, wujka, brata, kuzynki, bez pola, ogrodu i łączki…

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Coroczne spotkania z krewnymi ojca i mamy są dla mnie bezcennym źródłem wiedzy o czasie, który bezpowrotnie minął. Siostra mamy lubi opowiadać o swoich przeżyciach z lat wojennych i powojennych, także o skomplikowanych losach mojego taty i mamy. W ten oto sposób dowiedziałam się, że w czasie okupacji moi rodzice ukrywali w piwnicy Żydówkę. Narażali tym samym życie, a przecież ponad tym!
Po wojnie jak przez mgłę pamiętam przychodzące do nas paczki z Izraela. Dopiero teraz kojarzę, że mógł to być gest podzięki tej OCALONEJ. To jedna z wielu tajemnic, które rodzice skrzętnie przed nami skrywali. Inne odkrywam przypadkiem i chowam na dnie serca, by nikt mi ich nie odebrał. Nie wiedziałam na przykład, że mój ojciec urodził się w Ameryce. Przyjechał do Polski z rodzicami w odwiedziny i wybuch II wojny światowej uniemożliwił im powrót za ocean. Szczegółów tej sprawy nie znam, ale oczami wyobraźni widzę to, co mogło się wtedy dziać… Wszystko to wchłaniam jak gąbka wodę i obiecuję sobie, że następnym razem zrobię wszystko, by dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiem.

Z ciotkami i kuzynkami czas upływa w przyjaznej atmosferze; śmiejemy się, opowiadamy sobie o sukcesach, radościach, żalach i planach na przyszłość. Jak zwykle, gdy tu przyjeżdżam, zakotwiczam się u brata. Ma fantastyczną żonę, gościnną i pełną poczucia humoru. W ich domu czuję się znakomicie. Wybudowali go w Krynicy Dolnej nad strumykiem, gdzie łaziłam sobie po krystalicznie czystej wodzie oddając się marzeniom. Teraz wody tyle co na lekarstwo i przerażenie mnie ogarnia, gdy patrzę jak nie tylko ta rzeka ale w ogóle rzeki znikają nam z oczu.

Uwielbiam wylegiwanie się na trawie i pogaduszki z bratem przy piwku. Łączy nas sentyment do domu, który nas wykołysał i wykarmił. Nie ma końca wspomnieniom. Często też, kiedy domownicy wybierają się do pracy, ruszam w drogę z aparatem w ręku odwiedzić ciocię w Grybowie, wujka w Kąclowej, kuzynkę na Równiach i dom w Białej Wyżnej.

Odwiedziny u ciotki, która od urodzenia mieszka w naszej CHAŁUPIE, są mi najbliższe, bo przecież to miejsce mojego dzieciństwa. Nie można tam dojechać ani samochodem ani rowerem, więc nie pozostaje nic innego, jak dreptanie na piechotę, co zresztą uwielbiam! Dawniej ciężko było stąpać po wyboistej, pełnej kamieni dróżce, dzisiaj to przyjemność, chociaż, przyznam, niekiedy dostaję zadyszki. Młoda już nie jestem (duchowo, a jakże!) a tu trzeba się wspiąć, tu coś przeskoczyć, równocześnie łapać oddech i równowagę… Oj, nie jest łatwo! By dostać się na drewniany mostek, pod którym płynie rzeczka – Białka, trzeba przecisnąć się przez krzaki, co już mniej mi się podoba. Jej kamieniste koryto w niczym nie przypomina rzeki. Zarośnięte jest dziką roślinnością, a wody w nim tyle co na lekarstwo. Ale dawniej bywało groźnie, bo ta, zdawałoby się, niepozorna „żmijka” siała postrach wśród okolicznych mieszkańców. Wystarczyły tylko trochę obfitsze opady, a wylewała i podtapiała wszystko, co napotykała na drodze. Gospodarze w takich chwilach zapalali w oknach gromnice, by w magiczny sposób oddalić od siebie niebezpieczeństwo powodzi.

Jako dziecko chlapałam się w niej nieustannie i wygrzebywałam kolorowe kamyczki do gry w kostki. Było tak fajnie… tak spokojnie i bezpiecznie…

Po drodze mijam już nie jakieś tam chatki-bidule, ale wymyślne architektonicznie murowane domy z tarasami, balkonami, wysokimi płotami, ogrodami pełnymi drzew owocowych, warzyw i kwiatów. Z podwórek dochodzą znane mi gdakania kur, pianie kogutów i szczekanie psów. Odbieram ową bliskość zwierzęcego towarzystwa jak swoiste powitanie. Jeszcze chwila, a stanę oko w oko z przeszłością. Jeszcze tylko parę kroków i… jestem!

Ot, stoi sobie samotnie ten mój poczciwy „staruszek-dom”, który z racji sędziwego wieku jest nieco pochylony, jakby chciał się położyć na zielonej trawie i wreszcie odpocząć… Wisząca na sznurach pościel i dymiący komin upewnia mnie, że zastałam ciotkę w domu. Zanim zapukam do drzwi, muszę przejść koło drewnianego płotu oplecionego pędami fasoli i grządek, gdzie aż nos wykręca od unoszących się w powietrzu koperkowo-cebulowo-pietruszkowych aromatów. Wokół chałupy, jak za dawnych czasów, zalegają sterty porąbanego drewna do palenia w piecu. Na pierwszy rzut oka widać, że czas w tym miejscu dawno się zatrzymał…

chalupaTu mieszkałam…

W CHAŁUPIE mieszka ciotka Helena. Gdy rodzice się wyprowadzili, Ciotka zostawiła w świętym spokoju wyposażenie domu. „Żadnych przemeblowań!”- oświadczyła. Być może dlatego, by graty przy przesuwaniu rozleciały się w drobny mak. Owszem, jest czysto, dużo kwiatów na oknie, ale jakoś bardzo ubogo i smutno. Aż serce ściska z żalu….

Ciotka okazuje zaskoczenie i zakłopotanie zarazem. Czuje się niezręcznie, „nie ma nic do poczęstowania”… Uspokajam ją, mówiąc, że nie oczekuję wielkiej gościny, chcę tylko popatrzeć na okolicę, dotknąć mebli w izbie i usiąść przy stole w kuchni. Jak zwykle kieruję rozmowę ku przeszłości, bo to mnie interesuje, a wiem też, że i ciocia uwielbia te pogaduszki. Mam czasem nawet wrażenie, że kiedy zaczyna wspominać, w sekundzie młodnieje…

Przyznaje, że ona i całe jej siedlisko oderwane jest całkowicie od cywilizowanego świata, ale już się z tym pogodziła. „Czy tak do końca?” – myślę. Przecież dostrzegam w jej oczach skrywany żal… Robi mi się smutno i nie wiem, co zrobić, bym nie musiała udawać.

Wiem dobrze, że ciotka nigdy nie pracowała. Utrzymywała się jedynie z roli, stąd brak renty. Dni spędza na pracy w ogródku, bo to jej jedyny żywiciel! W przeszłości było łatwiej, chowała krowę, świnię i kury, ale pieniędzy i tak wystarczało tylko na podstawowe potrzeby. O remoncie domu czy wyposażeniu go w przedmioty ułatwiające prace domowe mogła tylko pomarzyć. A przecież, mimo tej wielkiej biedy, to właśnie dzięki ciotce cała ojcowizna przetrwała.

Ciotka nie wyrzuciła mebli, a w sieni wciąż stoją te same miski do mycia i te same wiadra na wodę. Swego blasku nie straciły też wiszące w kuchni makatki z wyszytymi słowami: „Gość w dom, Bóg w dom”. Nad piecem węglowym rozpoznaję mamusine chochle do zupy, warząchwie, wieszak na pokrywki, garnki, a nawet metalowe kubki. Są chwile, że nie mogę uwierzyć w to, że te przedmioty wciąż istnieją. To, że są i ja je pamiętam, jest świadectwem mego istnienia w tym miejscu. To takie nieprawdopodobne! Właściwie, to powinnam ciotkę pod niebiosa wychwalać i nagrodzić za to, że choć nieświadomie, ale jednak… uchroniła pamiątki rodzinne, które inni mogą dzisiaj oglądać jedynie w skansenach. Ja nie muszę!

Chciałoby się tu istnieć bez reszty…

Aż trudno pojąć, ile ten dom mieści w sobie przeżyć i wspomnień…

W moim maleńkim domu były zaledwie dwie izby. W tej dużej, gdzie spali rodzice, wciąż stoją te same drewniane łóżka, a na nich puszyste pierzyny i wielgachne poduchy. Sienniki pachną świeżutkim sianem… „To z tegorocznych zbiorów” – mówi ciocia, a ja odgrzebuję w pamięci ten zapach sprzed lat i widzę, jak nieustannie toczyłam z rodzeństwem walkę o to, kto dostąpi zaszczytu spania u boku taty i mamy. Kto miał pecha, musiał spać w izbie, która nie była ogrzewana.

Nad łóżkiem, w tym samym miejscu co przed laty, wisi portret ślubny rodziców. Zdjęcie mocno retuszowane, ale bardzo bliskie memu sercu, bo zatrzymało w czasie chwilę szczęścia rodziców. Niestety, nie było dane jej trwać, rodzice rozeszli się, gdy najmłodszy brat miał trzy, ja siedem, a najstarszy trzynaście lat. Ojciec był surowy, już na ślubnym zdjęciu widać tę surowość, natomiast mama była piękna i wygląda na oazę spokoju. Miała 18 lat, kiedy wychodziła za mąż, za wdowca z dwojgiem dzieci. Na głowie pełnej fantazyjnych loków miała koronkowy welon przepasany wiankiem mirtowym, co zgodnie z tradycją miało oznaczać, że wstępuje w związek małżeński jako niewinna panienka. Nigdy nie zapytałam mamy, czy za wiankiem mirtowym kryła się prawda…

W pokoju zachowało się duże lustro, w którym jako dziewczynka przeglądałam się i stroiłam śmieszne miny. Lustro odbijało moje wydumane role, które próbowałam grać. Lubiłam te przebieranki i udawanie to lekarza, to sklepowej, a czasem nawet zakonnicy. Byłam wtedy w swoim żywiole!

Na ścianach, tuż obok łóżka, nadal wiszą obrazy święte, przed którymi każdego wieczoru odmawialiśmy pacierz. Z boku izby wciąż stoi ciężka trzydrzwiowa szafa, którą ojciec zamykał, a klucz chował w kieszeni spodni. Zawsze ciekawiło mnie, jakież to skarby skrywa, ale ojciec nikomu nie pozwalał tam zaglądać. Tylko czasami udawało się nam ukradkiem zerknąć przez dziurkę od klucza, ale nic poza ułożoną w kostkę pościelą, koszulami i ubraniem rodziców ojca nie odkryliśmy. A szkoda, bo lubiłam tajemnice…

Na jednej ze ścian wciąż stoi ten sam piec do którego przytulałam się, by ogrzać zmarznięte ręce i plecy, kiedy za oknem szalała śnieżyca. Nie do wiary, że jeszcze działa! Tuż za szafą mieści się okno, do którego nigdy nie było dojścia, ponieważ drogę zagradzał stolik z kwiatami, a na środku izby ciągle stoi kwadratowy stół z białym obrusem i czterema krzesłami. Na stole świecznik metalowy i krzyż z Chrystusem. Wspomnę jeszcze zimną izbę, która była najbardziej ponurym pomieszczeniem. Mieściła w sobie stare, zawilgocone kanapy i dlatego mało kto lubił tam przebywać. Niewiele się pod tym względem zmieniło. Obydwie izby nadal przedziela sień, gdzie stoją wiadra, skrzynie, worki, kosze na warzywa, owoce, węgle i odpadki. Cioci to nie przeszkadza i nie chce niczego zmieniać. Mnie też to nie przeszkadza. Jakże by mogło, przecież to moje miejsce w którym żyłam…

Każdy ma swoją prawdę…

No cóż, lubię ten dom, który mnie wykołysał i wykarmił. Nieustannie do niego powracam i powracać będę, jak długo to będzie możliwe, bo dla mnie to ważne, by wciąż czuć oddech przeszłości.

Tutaj są moje korzenie i mimo tego, że nie mieszkam w tym domu od ponad 50 lat, to miejsce wciąż wiele dla mnie znaczy.

Jestem wdzięczna cioci za to, że uratowała NASZĄ CHAŁUPĘ od zapomnienia, a losowi, że wciąż pozwala mi na powroty, których nigdy nie mam dość. Bo kiedy tu jestem, cieszy mnie wszystko i chce mi się żyć. Krewni nie podzielają mojej fascynacji, mi to jednak nie przeszkadza. Wciąż przeżywam radość i podziwiam nawet to, co dla innych jest brzydkie.

„A co, u was nie ma ładnych widoków”? pytają czasem miejscowi.

krysia i chalupa

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku

Dwugłos o pamięci rodzinnej

Kasia Krenz i Ewa Maria Slaska

Komentarze do rozdziału z książki Wszystko jest konfabulacją

Spotkałam się w kilka dni temu z Wandzią, przybraną córką naszej ciotecznej babci, Karusi – Karoliny Lubliner-Mianowskiej. Opisałam to i wysłałam tekst mojej siostrze Kasi. Odpisała natychmiast. Ja odpowiedziałam, ona odpowiedziała… Publikuję to tutaj, mimo że pewne rzeczy wyrwane z kontekstu mogą być niezrozumiałe. Zastosowałyśmy metodę wzajemnego przypominania sobie… Taka rozmowa działa jak proustowska magdalenka, wyciąga sprawy całkowicie zapomniane. A że błahe…

wandziaWandzia

Nie wiemy i pewnie się nie dowiemy, czy Karusia chodziła do kościoła? I czy obchodziła święta i w ogóle jakiego była wyznania? Była zasadnicza i prostolinijna, a zatem jeśli nie była katoliczką, no to i świąt nie obchodziła. 

Ja osobiście nie byłabym tego taka pewna. W rodzinie już od czasów Pradziadków obchodziło się Wigilię, w latach 20 w Sylwanie nawet z księdzem, a na pewno z choinką.

Wydaje mi się zresztą, że Karusia chodziła z nami czy tylko ze mną do kościoła na Czarnej. I może na religię. Zresztą zapytamy Wandzię. Ona na pewno była wychowana po katolicku. Widziałam zdjęcia z jej ślubu, z chrztu i ślubów dzieci. Na ścianie wisi wielki obraz Serca Jezusowego. Ten jest stosunkowo nowy, ale przedtem był inny duży obraz święty. Wandzia opowiedziała mi, że gdy Karusia leżała już w szpitalu po operacji, jej troje dzieci klękało przed tym obrazem, i modliło się – Boziu spraw, żeby Babcia Kaja nie umarła!

Podobno to ja nazwałam Karusię Kają, tak jak mój syn nazwał naszą Mamę Abą.

Po drugie ciasteczka i jajeczka. Pamiętam jej postać w naszej kuchni, pochyloną razem z nami nad maszynką do mięsa, z której wysuwały się pokarbowane we wzorki długie pasy kruchych ciasteczek maślanych. Do dziś mam ten metalowy wzornik, który nakładało się zamiast sitka.

Ach, Kasiu, wywołałaś obraz, który ja zgubiłam, a teraz wrócił ze zdwojoną siłą. Ciasteczka maślane! W ogóle my z Karusią w kuchni!

A jajka faszerowane! Nikt nie robi dziś takich pysznych jajek faszerowanych, jakie ona robiła dla nas (i razem z nami). Karusia, moim zdaniem, często nas karmiła, gdy Mama była zajęta grafiką albo jechała do pracowni graficznej w WSSP w Sopocie. Pamiętam również masło. Że to Karusia nauczyła nas, że papierek po maśle należy dokładnie zeskrobać nożem, bo “ja bym tą resztką masła nakarmiła pięcioro dzieci w naszym sierocińcu”, mawiała. I ja do dziś zeskrobuje masło z papierka. “I ziemniaki obieraj cieniutko, bo pod skórką tyle zostawiasz, że można by tym głodne dziecko nakarmić”. I o zgniłych kartoflach od Niemca historię też zapamiętałam. I wspólne zmywanie naczyń. I zakupy na rynku za torami. 

Rynek za torami. A we wtorki i w piątki przed świtem jechały pod oknami wozy konne z towarami na rynek za torami.

Tak, to ten rynek, jest do dziś, ale jakże inny, bez zapachu koni i marchewka już taka umyta, i ziemniaki leżą w stosach na straganach, zamiast stać w jutowych workach wprost na ziemi…

Ja do dziś robię jajka faszerowane, cienko obieram ziemniaki, a jak się spieszę i obieram grubo, to mam wyrzuty sumienia, i też zeskrobuję masło z papierka, ale czy to Karusia mnie nauczyła? Nie wiem, nie pamiętam. Na pewno nie pamiętam żadnej wypowiedzi o sierocińcu, w ogóle nie wiedziałam, że był jakiś sierociniec! Ale też nie wiedziałam, że była szkoła Prababci w Warszawie i Sylwana w Olesinie, i Śródborów, to wszystko się pojawiło dopiero teraz, przy pisaniu tej książki.   

Karusia-u WandySierociniec i opowieść o zgniłych ziemniakach pamiętam doskonale: to był przydział od Niemców, zapasy na zimę, no i przywieźli całą dostawę, ale  zgniłe i czarne. Karusia zapakowała te worki na furmankę i pojechała do tego biura przydzielającego kartki na żywność, wniosła worek tych ziemniaków do komendanta, rzuciła na środek gabinetu i bezbłędną niemczyzną oznajmiła, że takie zgniłki to niech on sam z rodziną sobie je, ale ona dla swoich sierot żąda porządnej dostawy. Po czym wymaszerowala (bez ziemniaków) z gabinetu. Następnego dnia przyszła dostawa pierwszej jakości… 

Karusia z albumu Wandy

No coś Ty?

Mama? Myślę, domyślam się, podejrzewam, że Mama… bała się Karusi, bo Karusia nie przepadała za Mamą za to, że nie była schludną, poukładaną ani gospodarną żoną i matką. Pamiętam, jak kiedyś zawołałam Karusię do kuchni, którą posprzątałyśmy z Tobą na przyjście jakiegoś gościa. Karusia przyszła, spojrzała, ale wcale nie pochwaliła, tylko powiedziała surowo: “Tak powinno tu być zawsze i na co dzień, a nie dla gościa”. 

A ja pamiętam, że Karusia krytykowała Mamę za artystyczny styl życia, za jej licznych gości, zwłaszcza młodszych od niej mężczyzn, w ogóle mężczyzn, których przyjmowała również wtedy, gdy Taty nie było w domu.

Sprzątanie, no tak, tu się zgodzę całkowicie. Wszyscy sprzątaliśmy, tylko nie Mama. Ojciec sprzątał przed przyjściem gości, pani Gapska prała i sprzątała, sprzątały nasze dziewczyny, na przykład Renia… Renię najlepiej pamiętam. Mnie Ciocia Kowalska pokazała, że trzeba sprzątać również zakamarki, szpary i kąty.

Czy to Renia odeszła, napisawszy uprzednio liścik do naszych rodziców: “Odchodzę, adje!”?

Ależ skąd! Tych dziewczyn było kilka i Mama bardzo żałowała, gdy Renia odchodziła, bo szła do szkoły. Ja byłam u Reni z wizytą w wiosce na Kaszubach.

Pamiętam, że Karusia zabierała nas na pokazy filmów botanicznych. Na Farmację? na Politechnikę? Na tych filmach tulipany rozwijały się na naszych oczach.

Oczywiście, też pamiętam. Cudowne filmy Disneya i to Mama nas zabierała do kina!

Nie, nie, to byly filmy naukowe dla studentów i Karusia nas zabrała (może tylko raz?) na taki pokaz i tam były zdjęcia poklatkowe rozkwitających kwiatów. A Disney to oczywiście Mama, i słonik Dumbo też był.

Mama była jak zaczarowana tymi kwiatami. Na przykład kwitnące kaktusy. Jakiś podwójny cud, bo wtedy wszyscy wierzyliśmy, że kaktusy nie kwitną.

Pracowałyśmy z Karusią w ogródku za domem.

szklarniaTak oczywiście. Porzeczki, agrest latem, taki pyszny, gorący, pełen soku. Krzaczki na pieńkach, przywiązane do podpórek. I te kwiaty, które zapamiętała Elżunia, córka Wandzi. Złote kule, białe lilie na procesję na Boże Ciało, smolinosy, irysy, do dziś moje najukochańsze kwiaty. I chodziłyśmy z Karusią do ogrodu ziołowego Wydziału Farmacji we Wrzeszczu i do Oliwy, do ogrodu botanicznego. Tam  po śmierci Karusi została oddana moja palma daktylowa, którą Karusia zasadziła, kiedy się urodziłam. Czasem jeździłam do Oliwy, wchodziłam do szklarni, siadałam na ławeczce i patrzyłam na tę palmę. To były moje rekolekcje w towarzystwie Karusi. Byłam tam na chwileczkę trzy dni temu.

Tu za tą szybą jest moja palma

Ta palma tak wyrosła w rękach Karusi, że zaginała się na suficie, i dlatego pojechała do Oliwy. 

Nie, nie zaginała się na suficie. A nawet jakby! To była moja palma! Najpierw straciłam warkocze, a potem palmę. Po palmie chyba bardziej płakałam niż po warkoczach.

Wyjadałam zielone agresty, dziś aż mnie skręca na to wspomnienie, ale wtedy mniam, im kwaśniej, tym lepiej chrupało. Aha, a na Uphagena rosły leszczyny, tam zbierałyśmy orzechy. I orzeszki buczynowe w lasach przy Jaśkowej Dolinie. Teraz musiałabym ścigać się z dzikami…

A pseudonim Karusi już przed wojną, gdy redagowała to pismo harcerek, Skrzydła, to była Bukowa Jagoda. Później używała go podczas wojny jako pseudonimu konspiracyjnego. No i to drugie jej nazwisko, Mianowska, podobno ot tak sobie, jak “Kasa Mianowskiego”. I też używała tego nazwiska już przed wojną. Dziwne…

wandzia-dzisNie wiem, ile lat ma Wanda, ale pamiętam ją jako dorosłą osobę, która dość szybko wyszła za mąż i zniknęła. Również w moich wspomnieniach jej dom był ciemny i mroczny, ale jakoś kojarzyłam to raczej z tym, że jej mąż pił i chyba ją bił, i ja się bałam.

Wandzia w zeszłym tygodniu. Spotkałyśmy się w tym samym mieszkaniu w Oliwie, gdzie ją odwiedzałyśmy jako małe dziewczynki.

Wandzia ma dziś 82 lata. Ale to pan J., sąsiad z dołu pił i bił swoją żonę i dzieci, do nas wieczorami dobiegały ich okropne krzyki, strasznie się go bałyśmy, choć na trzeźwo był dla nas miły. Nie wiem, czy Czesiek, mąż Wandy pił, może tak, ale na pewno ją zdradzał i dlatego się rozstali.

gróbKarusi-nowatabliczka (1)-malyPamiętam dzień, kiedy Karusia umarła. Wróciłam do domu ze szkoły. Mama siedziała w swojej pracowni przy biurku, tyłem do drzwi. Podeszłam do niej, a ona płakała. Pierwszy raz widziałam, jak Mama płacze. Powiedziała, że Karusia umarła.

A ja pamiętam nas obie, stałyśmy koło siebie w naszym pokoju, potwornie zapłakane. Potwornie zapłakane.

Grób Karoliny Lubliner-Mianowskiej
w Alei Profesorów
na cmentarzu Srebrzysko

XXX
Płakałam też w szkole tak bardzo, że wychowaczyni wysłała mnie do domu.

Przedtem umarli już Babcia Mita i Dziadek Jan Feliks, babci mi potem bardzo brakowało, ale śmierć Karusi to była pierwsza śmierć taka “naprawdę”, taka od pierwszej chwili straszna.

I nikt nie wymawiał głośno słowa „rak” ani „nowotwór”, to były słowa tabu.  

Tak to też prawda, nikt nie mówił, że Karusia jest chora i na co. Dzieci Wandzi wiedziały, że Karusia umiera, my nie. Ja tylko kiedyś weszłam do pokoju Karusi, kiedy się przebierała, i widziałam, że ma bliznę, tam gdzie powinna być pierś. Ale nie miałam odwagi zapytać, dlaczego? A potem umarła.

Ja pamiętam, że tam byłam. Nie wiem, z kim i czy byly to jedyne odwiedziny, ale pamiętam białą salę i Karusię na szpitalnym łóżku.

A ja nic. Nie byłam czy nie pamiętam?

Wtedy dzieci nie zabierało się na pogrzeby.

Tak, Ty byłaś jeszcze dzieckiem, ale ja miałam już 14 lat, chodziłam do Liceum, czytałam Iliadę i Anatola France’a, a ona była moją ukochaną Babcią. Nie rozumiem, dlaczego nie zabrano mnie na pogrzeb? Co gorsza nie rozumiem, dlaczego nie pojechałam sama, nie pytając nikogo o pozwolenie? Czy jest możliwe, że nie wiedziałam, że jak ktoś umarł, to jest pogrzeb? Przecież oglądałyśmy pogrzeby z okna, jechały czarne karety zaprzężone w czarne konie z białymi pióropuszami w grzywach. Pamiętasz?

Kondukty, to się nazywało kondukt. Ja bardzo długo (aż do liceum) nie chodziłam również na cmentarz w Święto Zmarłych. 

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – cz 5.

Andrzej Rejman

Jeszcze jeden dokument z tamtych czasów –

Przyjaciółki – łączniczki przysypane gruzem podczas bombardowania na początku września 1944 ulicy Miodowej 23 (szpital powstańczy) – rozdzielone i ewakuowane – jedna do szpitala w willi “Gloria” w Milanówku (“Elżbieta”), druga (“Rysia”) do szpitalika w willi “Zalesie”.

Oryginalny_list_Rysi_Lutostanskiej_do_Julii_Hrebnickiej_List “Rysi” (Marii Lutostańskiej) do “Elżbiety” (Julci Doktorowicz-Hrebnickiej) –
4 października 1944

Kochana Elżbieto!

Jestem w Milanówku, w willi Zalesie. Warunki ogromnie prymitywne. Ze szpitala wolskiego nic mi nie dali poza kocem, leżę więc na sienniku bez poduszki, na ziemi. Lekarstw tu żadnych nie ma. Wzdycham więc do wygód szpitala wolskiego. Siostry tylko są tu uprzejmiejsze. Zdrowie moje bez widocznych zmian. Temp. do 38 st. a czasem nawet jak wczoraj – 39. Bardzo jestem ciekawa jak Ty się czujesz, chciałabym do Ciebie się dostać. Czy to jest możliwe? Czy możesz zrobić coś w tym względzie? Mila została jeszcze w Warszawie. Cały dzień kręci się między chorymi.

Całuję Cię serdecznie.

Rysia.

4.X.44

***
Obie przeżyły wojnę.

Julia Hrebnicka (“Elżbieta”) – wróciła przez Opoczno i Kraków do Warszawy i podjęła po wojnie pracę w Państwowym Instytucie Geologicznym, gdzie zajmowała się badaniami pyłków roślin w pokładach węgla brunatnego.

Jakie były powojenne losy “Rysi” nie wiem. Może ktoś wie?

http://www.1944.pl/historia/powstancze-biogramy/Maria_Penno

Warszawa_ok_1946_stoi_Julia_HrebnickaJulia Doktorowicz-Hrebnicka już z protezą stopy – w zrujnowanej Warszawie – około 1946 roku, fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego (3)

Andrzej Rejman                  1._miasto_2015_wwa (1)

 

Warszawa 2015 rejon Ronda “Radosława”

Warszawa, koniec lipca 2015. Zbliża się kolejna rocznica wybuchu Powstania. Upał! Będzie burza!

Przeszedłem ulicami miasta, którego miało już nie być, miasta, które miało definitywnie zostać wymazane z mapy świata.

Ulice roześmiane, rozedrgane, na Krakowskim Przedmieściu słyszy się głównie języki obce… przepełnione kawiarnie, Japończycy fotografują tablice poświęcone Powstańcom…

Idąc ulicą Miodową – przeszedłem obok – przeoczyłem właściwie to miejsce – Miodowa 23.

2._Warszawa_Miodowa_23_fot_St_Hrebnicki_ok_1946Zburzony fragment ulicy Miodowej 23, fot Stanisław Hrebnicki ok r. 1946

Tu właśnie 1 września 1944 roku po bombardowaniu szpitala – z gruzów wyciągano pozostałych żywych rannych – między innymi moją mamę, łączniczkę “Elżbietę”.

Komendantką szpitala polowego była dr Zofia Maternowska (“Przemysława”),

Z opowiadań rodzinnych wiem, że o mało nie rozstrzelali wszystkich, ale ranni Niemcy, którzy byli w szpitalu poświadczyli o ich dobrym traktowaniu, co uratowało wszystkich rannych.

Z innych opowieści rodzinnych wynika, że “Elżbieta”, znająca dobrze niemiecki starała się (co podobno się nawet udało) powiadomić jednego z dowodzących akcją Niemców, o przypadkowo usłyszanej przez nią rozmowy w języku rosyjskim (może żołnierze RONA?), o zamiarze likwidacji rannych…

Fragmenty wspomnień Stanisława Tyskiego (listopad 1971 r.):

… W Powstaniu “Elżbieta” pełniła funkcję łączniczki sztabowej ppłk. “Radosława”…

W czasie walk na Starym Mieście… została ranna, ugodzona odłamkami granatu w głowę i pierś. Rany na szczęście okazały się niegroźne, po kilku dniach czując się rekonwalescentką “Elżbieta” włączyła się do pomocy służbie sanitarnej …Tymczasem na Starym Mieście sytuacja Powstańców stawała się coraz bardziej krytyczna… zdecydowano ewakuację kanałami do Śródmieścia… W szpitalu odwiedzał “Elżbietę” pewien oficer, z którym zaprzyjaźniła się w czasie walk (prawdopodobnie był to “Klara”, Stanisław Wierzyński, przyp. mój)… po jego namowach, nastrój ewakuacji udzielił się także “Elżbiecie”. Szykowała się do opuszczenia szpitala. Wtem usłyszała zwrócone pod jej adresem zapytanie jednej z ciężej rannych koleżanek, “czy i ty także nas opuszczasz?” W jednej chwili “Elżbieta” uświadamia sobie w pełni moralną stronę tego zagadnienia. Postanawia pozostać z rannymi. Nie pomogły prośby i nalegania gotowego do drogi, zaprzyjaźnionego oficera. Nie miała także decydującego znaczenia otwierająca się przed Nią perspektywa dalszej czynnej walki, perspektywa życia, którego uosobieniem była ona sama. “Elżbieta” pozostała w szpitalu. Nastrój panujący tam wówczas obrazowo przedstawił Stanisław Podlewski w książce “Przemarsz przez piekło”.

Następnego ranka samoloty niemieckie zrzuciły na szpital około 8 bomb. Byli zabici i ranni. “Elżbieta” i “Rysia”, koleżanki z pracy konspiracyjnej, obie łączniczki sztabowe ppłk “Radosława”, uległy przysypaniu. Odłam zawalonego stropu zmiażdżył im stopy – jednej prawą, drugiej – lewą…

Dalej Stanisław Tyski wspomina:

…Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy po natrafieniu na ślad Julci (“Elżbiety”, przyp. mój) w Milanówku, odwiedziłem ją w szpitalu. Był to 15 października 1944 roku. W olbrzymiej sali, na siennikach rozpostartych na ziemi leżało kilkadziesiąt okaleczonych dziewcząt. Wśród nich ujrzałem Julcię, ze wzruszenia bladą jak papier… Zaraz na wstępie rozmowy zobowiązała mnie do dania jej bezwzględnie szczerej odpowiedzi na pytanie, które zamierza mi postawić. Nurtowała ją wewnętrzna rozterka – czy pozostając z rannymi w szpitalu postąpiła słusznie? Czy nie należało raczej przedzierać się do Śródmieścia, aby dalej walczyć? Czy pozostanie w szpitalu nie może być poczytane za dezercję, przypłaconą kalectwem, na które naraziła się z irracjonalnych względów. Zapewniłem ją, że w moim przekonaniu podjęła decyzję słuszną i dojrzałą – po prostu godną człowieka – inaczej postąpić nie mogła. Zdawała sobie bowiem doskonale sprawę z tragizmu odczuć ciężej rannych kolegów, będących zdawało się w beznadziejnym położeniu. Nie do wszystkich sytuacji w życiu można przykładać wyłącznie miarę wartości racjonalnych, skoro życie człowieka wypełnione jest w znacznym stopniu treścią duchową, moralną. Po tej dramatycznej wymianie myśli Julcia z ulgą, głęboko odetchnęła, jakby zdjęto z Niej wielki ciężar, tym razem przygniatający nie ciało tej bohaterskiej dziewczyny – a duszę.
Dowództwo Armii Krajowej jednoznacznie oceniło zachowanie się “Elżbiety” w szpitalu – przyznano Jej Krzyż Virtuti Militari za wysokiej rangi osobiste męstwo na polu walki.

(skrót powyższych wspomnień Stanisława Tyskiego został opublikowany w tygodniku “Stolica” w 1971 roku pod tytułem “Nasza Elżbietka”, przyp. mój.)

Stanisław Tyski (1913-2002) – geolog

W latach 1940-1944 działał w konspiracji jako ppor. Stefan, następnie Tomek, jako szef wyszkolenia w Związku Odwetu przy Komendzie Głównej ZWZ, przekształconego w 1942 w Kierownictwo Dywersji Kedyw, gdzie był współtwórcą i organizatorem kursów sabotażowo-dywersyjnych. W 1943 nominowany na podporucznika, został zastępcą dowódcy szkolenia. W przeddzień Powstania Warszawskiego, w lipcu 1944, wraz ze Stefanem Zbigniewem Różyckim w skrzyniach przygotowanych przez Niemców do ewakuacji wymienił materiały naukowe na makulaturę, a później wraz z kilkoma geologami ukrył je pod ziemią na terenie Instytutu… (Wikipedia)dalej w życiorysie S.T. w Wikipedii jest chyba jakaś nieścisłość, ale to sprawa do wyjaśnienia przy innej okazji…

3_Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_1 (1) 4._Julia_Hrebnicka_do_Stanislawa_Tyskiego_2

Kartka “Elżbiety” ze szpitala w Milanówku do Stanisława Tyskiego (ze zbiorów rodzinnych)

***

List do rodziców wysłany przez Julię Hrebnicką (“Elżbietę”) w październiku 1944 z Milanówka

Najdrożsi moi!

Nareszcie Was odnalazłam. Skąd wzięliście się w Opocznie?
Co z Kazikiem?
Ja leżę ranna w Szpitalu Czerwonego Krzyża w Milanówku –
przewieźli mnie tu przed paru dniami ze szpitala warszawskiego.
Niestety muszę się przyznać, że amputowali mi stopę.
Ale nie martwcie się – to cud Boski, że w ogóle żyję i resztę nóg i rąk
mam w porządku – z pod tak strasznych gruzów mnie wyciągnięto.
Operację zrobili 7 września.
Gojenie na dobrej drodze – ale jeszcze nie wstaję. Opatrunki teraz co 3-4 dzień.

Odnalazłam Weinzieherów w Komorowie i trochę koleżanek tutaj i oni się mną opiekują. Tu pielęgniarką jest Bożenka.

Jeżeli p. Karasińska jest z Wami, to powiedzcie jej, że widziałam Hankę w końcu sierpnia w okolicy Długa-Miodowa. Pewno dostaniecie depeszę od dra Bocheńskiego o mnie, bo pisałam do niego.

Czy Papciółko może przyjechać mnie odwiedzić?
Zupełnie nie orientuję się, czy to możliwe.
Ale tak chciałabym kogoś z Was zobaczyć!

Tylko naprawdę nie martwcie się – bo tu jest zupełnie możliwie, a głupią nogą nie ma się co przejmować – ja się tylko cieszę, że żyję i że tu jest zielono i spokojnie.

Całuję bardzo, bardzo mocno,

Julcia

***

Zbigniew Zygmunt Ziemięcki – ps. Gałązka”
1. oficer Kedywu K.G. A.K.
napisane w Choroszczy 12.10 1973 roku
(dotychczas prawdopodobnie nigdzie nie publikowane)

O “Elżbiecie” – Julii Doktorowicz- Hrebnickiej jeszcze słów kilka.

“Nasza Elżbietka” (nawiązanie do artykułu Stanisława Tyskiego o tym tytule zamieszczonego w “Stolicy” w 1971 roku, przyp. mój. A.R.) – to tytuł szeroko pojęty. Nasza – to znaczy i nas rannych, którzy przebywaliśmy z Nią razem w szpitaliku na Krzywym Kole. Autor wspomnienia w nr 39 “Stolicy” Stanisław Tyski ożywił w pamięci tamte dni, rozjaśnił obrazy zdarzeń i przeżyć, które pragnąłbym przekazać czytelnikom.

Ppłk. “Radosław” ranny na Powązkach 11 sierpnia 1944 r. został przeniesiony do mieszkania “Krzysia” (Tyszkiewicza) na Krzywym Kole i w ten sposób powstał szpitalik prowadzony przez szefową łączności Kedywu K.G. “Przemysławę” (dr Zofię Maternowską).

Wszyscy z bliskiego otoczenia ppłk. “Radosława” po zranieniu byli przenoszeni na Krzywe Koło. Ranny 13 sierpnia przy rozpoznawaniu pozycji nieprzyjaciela na ulicy Inflanckiej odłamkiem moździerza salwowego w lewa nogę nie pozwoliłem podkomendnym odnieść się do szpitala. Poleciłem przeniesienie mnie na drugie piętro kamieniczki przy ulicy Długiej, narożnik Barokowej. Nie znosiłem nastroju piwnicy i szpitala. Moja łączniczka bojowa “Nina” (Wyleżyńska) i łącznik “Wojsław” (nazwiska nie pamiętam) – dostarczali na żywo informacje o losach 1-szej kompanii batalionu “Miotła”, plutonu “Niedźwiedzi” i Grup Szturmowych. 16 sierpnia kamieniczka, w której leżałem i miałem miejsce dowodzenia została trafiona pociskiem z działa kolejowego 600mm. Zostałem żywcem przysypany zerwaną ścianą szczytową i sufitem z poszyciem dachowym. Nieobecna w tym momencie “Nina” po przybyciu na miejsce wskazała żołnierzom miejsce gdzie mogę leżeć pod gruzami i wspólnie z nimi odkopała mnie. Po zastosowaniu sztucznego oddychania przywrócono mnie do przytomności i z pomocą rannego por. “Brzozy” (Wacław Micuta) zaprowadzono z ogromnymi trudnościami do szpitalika na Krzywe Koło. Tak wiec 16 sierpnia znalazłem się na Krzywym Kole.

Po minięciu szoku, zorientowałem się, że leżę na podłodze w dużym pokoju z całym szeregiem oficerów i łączniczek.

Na jednym łóżku przy wejściu ppłk. “Radosław”, dalej ppłk Kmita” (Sztompka), por “Brzoza”, por “Julek” (nazwiska nie pamiętam), plut. podchorąży “Lewandowski” (nazwiska nie pamiętam), plut. podch. “Miecz”(Kurzyna) i inni oraz łączniczki “Wiktoria” (Borczyk), “Scarlett” (Tonchu Tu) i pod oknem wychodzącym w stronę Wisły, na fotelu “Elżbieta” (Doktorowicz-Hrebnicka).

Nie na ścisłych informacjach opiera się Pan Tyski mówiąc, że była lekko ranna. “Elżbieta” była poważnie kontuzjowana – nie wolno jej było się poruszać.

“Elżbietę” poznałem jeszcze na Woli na terenie zdobytego Monopolu przy ulicy Dzielnej.

W szpitaliku przy ulicy Dzielnej doktor “Przemysława” dokonywała cudów medycznych nie mając wyposażenia w narzędzia chirurgiczne ani w środki opatrunkowe. Mnie wyciągnęła odłamek z piszczela obcęgami ślusarskimi.

“Elżbieta” była pierwsza, która mnie pocieszyła, mówiąc: – “Panie poruczniku, jak widzę nie dał się Pan”.

Jej pogodne usposobienie i pełna optymizmu postawa były kojące. W czasie codziennych opatrunków nigdy nie wydała jęku.

Położenie nasze na Starym Mieście było coraz tragiczniejsze. Kamieniczka, w której mieścił się szpitalik, była ostrzeliwana z czołgów od strony Wisły. Były chwile, że widoczność w pokoju malała do zera. Nie było widać własnej dłoni wyciągniętej na długość ramienia. Pod wpływem trafień pocisków wapno odpadało od ścian i rozpylało się, tworząc w pokoju mgłę wapienną.

“Elżbieta” leżała przy oknie. Nigdy się na nic nie skarżyła. Miała także chwile osobistej satysfakcji.

Oto 22 sierpnia przyniesiono ppłk. “Radosławowi” listę awansową i odznaczeniową Jego ugrupowania.

Sam ppłk. “Radosław” gratulował “Elżbiecie” odznaczenia Krzyżem Walecznych.

25 sierpnia cala kamieniczka zadrżała. Zaniepokojony zwlokłem się ze swego legowiska i o kuli pokuśtykałem na uliczkę Krzywe Koło. Widok był przerażający. Trzy pociski moździerza salwowego (tzw “szafa”) trafiły w ścianę szczytową, wzniecając pożar. Zachodziła konieczność natychmiastowego gaszenia. Jedynym sprawnym i w pełni sił oficerem był ppor. “Wileński” (Horodyński), który zorganizował grupę cywilów z moją pomocą i ugasił pożar.

Po kilkunastu minutach wróciłem do szpitalika. Wśród rannych panowała panika. I nagle odzywa się spokojny i górujący nad wszystkimi głos “Elżbiety”: “Prawda Poruczniku, że nic się nie stało?” Nic, absolutnie nic.

Tak, “Elżbieta” była optymistką.

Odwiedzał ją por. “Klara (Wierzyński), oficer Kedywu K.G. Rozmowy toczyły się zawsze w nastroju pogodnym.

Od 26 sierpnia zaczął odwiedzać ppłk. “Radosława” dowódca Grupy “Północ” płk. “Wachnowski” (Ziemski). Rozmowy prowadzone półgłosem nie dały się przed rannymi ukryć. Płk “Wachnowski” namawiał ppłk. “Radosława” do powrotu na linię do podniesienia morale walczących.

28 sierpnia ppłk “Radosław” opuścił szpitalik apelując do nas, aby kto czuje się na siłach poszedł za jego przykładem.

29 sierpnia wbrew protestom “Przemysławy” szykowałem sie do powrotu na linię. Niestety moja nieodłączna łączniczka bojowa “Nina” zaległa z 40 stopniowa gorączką. Zwróciłem się do “Elżbiety”, która w dalszym ciągu leżała unieruchomiona, z apelem, aby na “Ninę” uważała.

“Elżbietę” spotkałem dopiero w 1946 roku w Krakowie, na ulicy.

Oto, czego się dowiedziałem – “Przemysława” 31 sierpnia z pozostałymi pod jej opieką rannymi przeniosła się do szpitala na ulicę Miodową 23, wyrażając niezłomne postanowienie nie ewakuowania się do Śródmieścia, a pozostanie z rannymi. Była to decyzja bohaterska, bo wiadomo było, że Niemcy w dotychczas opanowanych szpitalach powstańczych zabijali nie tylko rannych, ale i personel medyczny.

“Elżbieta” na Miodowej włączyła się natychmiast do służby sanitarnej, wobec braku dostatecznej liczby personelu. Nie udało się por. “Klarze” namówić Jej do przejścia kanałami na Śródmieście. Przykład “Przemysławy” zapalił zawsze gotową do ofiar Julię do nie opuszczenia rannych. Była to odwaga, granicząca z determinacją.

Reszta wspomnień Stanisława Tyskiego zgadza się. Nieszczęście chciało, że na jednym łóżku leżały – “Elżbieta” z “Rysią” (Maria Lutostańska), moją łączniczką z Woli, z Monopolu.

Wierność przyjaźni Julii ze mną wyrażona w ciągłej, nieustającej korespondencji w okresie prawie 10 lat, aż do nieodżałowanej śmierci, jest przyczyną, dlaczego uważam to wspomnienie za hołd pamięci bohaterskiej Polce.
***

Julia Hrebnicka  (1944)

Nie boli…nie…
Rozpływa się
W zielonej mgle
Zielony kask…

Uklęknął polny kwiat
Pod ciężką kroplą krwi,
O Dobry Święty Piotrze
Do nieba otwórz drzwi…

Zadźwięczał w sadzie ptak
I zadrżał wiatr…
Nadchodzi noc…
Idzie dusza żołnierza młodego
W światłość wiekuistą
Weź ją pod swą opiekę
Matko Boża
Matko Najświętsza,
Matko Przeczysta.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (2)

1_Malgorzata_Doktorowicz-HrebnickaAndrzej Rejman

Babcia Małgorzata. Zabajkale

Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, fot St. Doktorowicz-Hrebnicki ok. 1912

Biorę do ręki zapisane ołówkiem dzienniki babci Małgorzaty z podróży zabajkalskiej z lat 1913-1914. (Dla przypomnienia, podróżowała z mężem – Stanisławem, który na zlecenie Komitetu Geologicznego w Petersburgu prowadził badania oraz opracowywał mapy geologiczne na południe od jeziora Bajkał)

Po żmudnej redakcji wielu osób wspomnienia te zostały opublikowane przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie, ale czytanie ich w oryginalnej wersji jeszcze szybciej przenosi mnie o sto lat wstecz. W zeszycie znajduję pozostawione przez babcię zasuszone kwiaty i rośliny, skrawki rysunków…

2.dzienniki_zabajkalskie_Malgorzaty_HrebnickiejDzienniki zabajkalskie babci Małgorzaty

Czytam fragment o Buriatach i ich wierzeniach:

(20 lipca 1914 Zabajkale, rejon rzek Ubukun i Orongoj, płn-wsch od Jeziora Gęsiego)

…Po przyjeździe bardzo prędko zrobiła się burza. Ze wszystkich stron grzmiało, chmury szły w różnych kierunkach. Na koniec stanęły prawie, bo wiatru zupełnie nie było. Bardzo straszno, bo zupełnie cicho, deszczu ani kropli, a tymczasem pioruny łoskoczą. Jeden uderzył w ziemię o jakie półtorej wiorsty stąd. Deszcz zaczął padać już przy końcu i bardzo mało.

5._Zabajkale_Malgorzata_Hrebnicka_na_ulubionym_koniu_Babcia Małgorzata na koniu (pod tekstem drugie, podobne zdjęcie)

Dżamasaran* mówi, że u nich w książkach pisze na konto burzy tak: lata bóg Łun po niebie i ogonem macha (błyskawica). A ogon złożony z obręczy i stąd huk. Czasem spada, jak było razu jednego, tak że cielsko 2-wiorstowe zagrodziło całą rzeczkę. Potem jest taki rak, który połyka słońce, księżyc przy zaćmieniach, nowiu. To jest zemsta z następującego powodu: w niebie urny z ofiarną wodą pilnował pies, goły, bez sierści. Razu jednego zrobiło się mu bardzo zimno. Wtedy powiedział rak: „dam tobie skórę z sierścią, a ty mi pozwól podejść do ofiarnej urny”. Pies zgodził się i odtąd chodzi obrośnięty sierścią. A rak wypił wodę świętą i zachował się bardzo nieprzyzwoicie. Bogowie, zobaczywszy co się stało, bardzo przerazili się. Wylać zawartości urny nie można było, bo płyn trafiłby na ziemię i spowodował wielkie zniszczenie, gdyż był bardzo jadowity. Zebrali się bogowie na naradę, urządzili posiedzenie i koniec końców zdecydowali wypić płyn. W rezultacie twarze im trochę pociemniały. Jeden święty rozciął raka po połowie. Tylną część bardzo jadowitą, która upadła na ziemię, zmleli i z proszku tego zrobiły się meszki (z drobniejszych części), osy i inne (z bujniejszych), a także węże, w ogóle wszelkie żywioły trapiące człowieka. Rak teraz mści się, a że niema tylnej części, więc połknięte słońce, księżyc zaraz że znowu wychodzą w całości. Ziemia jest płaska, a ludziom dlatego zdaje się, że kulista, bo w ziemi jest magnes, który jeżeli płynąć na okręcie przyciąga strzałkę kompasa i tylko zdaje się, że okręt jedzie w tym samym kierunku, temczasem on zmienia takowy i przypływa do tego samego miejsca, zkąd wyszedł. Nic żyjącego nie możno zabijać, nawet mrówki, chyba nie chcąc, a także węża, bo chociaż ostatni i zabija człowieka swoim jadem, ale człowiek na przykład zarzyna baranów, a jego za to nikt nie zabija. Mniejszy grzech zabijać zwierzynę, ptaków z fuzyi, niż za pomocą kopanych jam i innych sideł, bo w ostatnim wypadku zabijanie liczy się od chwili postawienia pułapki aż do końca, a po wtóre zwierz zastrzelony omyli się i stanąwszy przed bogiem powie, że jego piorun zabił.

4_Zabajkale_oboz_fot_Stanislaw_Doktorowicz-HrebnickiDżamasaran obiecał lamie, że tylko do 50 lat będzie zajmować się myślistwem. Za to, że teraz poluje nie ma prawa rżnąć baranów, krów, w ogóle domowych zwierząt.

W religji ich tak samo jest przedstawienie o raju i piekle. Raj – ogród, gdzie dużo jagód i różnego jedzenia, nie gorąco, nie chłodno, nic nie trzeba robić. Piekło – kilkanaście więzień z różnemi mękami, gdzie piłują, wlewają płynny ołów do uszu tym, kto podsłuchiwał i t. p. Ludzie na tamtym świecie średniej grzeszności nie idą do piekła, a zamieniają się w różne zwierzęta, płazy.

3 „империи” (królestwa, przyp. mój): jedna, tam gdzie my żyjemy, druga nad nami i 3-cia pod nami, w których żyją tacy sami ludzie. –

___________________

*Dżamsaran – buriacki przewodnik

3._Malgorzata_Doktorowicz-Hrebnicka_na_koniu_

 

Sady Pradziadka. Babcia Małgorzata (1)

Malgorzata_Hrebnicka_zrywa_kartke_z_kalendarza_PetersburAndrzej Rejman

Babcia

Babcia Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka odeszła ostatnia.
Wszyscy jej najbliżsi, oprócz wnuka, piszącego te wspomnienie – zmarli wcześniej. Dwoje małych dzieci pochowała jeszcze w Rosji, tuż po rewolucji.

Syn Kazimierz został rozstrzelany w sierpniu 1944 pod Skierniewicami, gdy miał 22 lata. Nie udało mu się dotrzeć do Sadu Pomologicznego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (sad ten był od początku okupacji pod zarządem niemieckim). Kazimierz chciał schronić się u Aleksandra Rejmana, kolegi ze studiów swej siostry Julii. Niestety, nie mając przy sobie dokumentów, został zatrzymany przez żandarmerię niemiecką i na miejscu rozstrzelany 18 sierpnia 1944 roku.
Akurat w tym czasie były alianckie zrzuty i Niemcy przeczesywali teren.

Malgorzata_Hrebnicka_z_corka_Julia_Petersburg_ok_1916Córka Hrebnickich, Julia, jako jedyne ich dziecko przeżyła wojnę, lecz zmarła po ciężkiej chorobie w 1970 w Warszawie, osierociwszy 13 letniego syna, Andrzeja.
Mąż babci – Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki odszedł w grudniu 1974 roku przed Nowym Rokiem, w ciszy, niepostrzeżenie, jakby we śnie.

Był od żony starszy o rok. Wykształcony w petersburskiej Akademii Górniczej geolog, kartograf, badacz złóż węgli, zabierał żonę na wyprawy geologiczne. Tak było w latach 1913-1914, gdy pojechali razem na Zabajkale. Byli rok po ślubie. Z wypraw tych babcia Małgorzata przywiozła notatki, rysunki, szkice, i wiele wrażeń i sił do dalszego życia. A czasy były niespokojne. Z drugiej wyprawy na Zabajkale wracali tuż po rozpoczęciu Pierwszej Wojny Światowej.
Babcia skrupulatnie pisała dzienniki podróży, dzienniki lektur, pisała dużo i ładnie, często nawiązując do otaczającej przyrody, dodając swe refleksje nad losem i ludzkością.

Urodzona w styczniu 1890 roku, (w grudniu 1889 wg starego juliańskiego kalendarza, który zmieniono dopiero w 1917 roku) wychowywała się z matką, najpierw w Moskwie, potem w Petersburgu.

Zabajkale_1913_fot_St_Hrebnicki_na_pierwszym_planie_MalgUkończyła z wyróżnieniem (złoty medal) Gimnazjum Żeńskie w Moskwie w 1907 roku, a w 1912 roku uzupełniające kursy pedagogiczne uprawniające do nauczania w niższych klasach szkoły średniej.
Obdarzona nie tylko talentem literackim, ale też oryginalną urodą, żywym temperamentem i humorem, co znalazło wyraz także we wspomnieniach, które pisała.
Większość zachowała się – część z nich została wydana przez Państwowy Instytut Geologiczny w Warszawie – najciekawsze fragmenty przytoczę w następnych odcinkach.

zdjęcia – fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki:

1/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka z córką Julią, Petersburg ok 1916.
2/ Magorzata Doktorowicz-Hrebnicka zrywa kartkę z kalendarza, Petersburg ok 1914.
3/Zabajkale 1913. Na pierwszym planie Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka z koniem

Książka gości na Grunwaldzkiej

Ewa Maria Slaska

Oczywiście książka gości na ulicy Grunwaldzkiej wcale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj wyglądają takie wolumina, i właściwie wcale nie była książką gości. To moja siostra Kasia zebrała kiedyś latające luzem kartki z adresami ludzi, którzy czasem dodawali do tego jakiś rysunek lub tekścik. Kasia oprawiła te kartki w jedwab z podszewki naciągnięty na tekturę, nadając chaosowi typowy dla Boguckich pozór ładu.

ksiazka gosciRzecz się przyjęła na tyle, że Mama potem latami dokładała tam, co jej w rękę wpadło. Jak zwykle z wdziękiem, ale nadal bez ładu i składu. Z ogromnej masy kart, kartek i karteluszków wybieram kilka, takie które mają dla mnie specjalne znaczenie.

aramrybickiMaciek Grzywaczewski, Aram Rybicki i Anna Walentynowicz. Aram i Ania nie żyją. Zginęli w samolocie, który leciał do Smoleńska. Oboje zostali pochowani na “naszym” cmentarzu na Srebrzysku.

AnnaWalentynowicz***
Były i inne kartki niewątpliwie polityczne. Wizyta trzech Chińczykow w roku 1958. Przy podpisie jednego z nich Mama dodała, że był pracownikiem biura współpracy. Pamiętam bardzo dobrze ich wizytę. Przynieśli w prezencie niezwykłe wycinanki chińskie delikatne jak jedwab, były w domu jeszcze całe lata. Na odwrocie kartki z podpisami szkic Mamy, jeśli to jeden z tych Chińczyków, to przystojny był facet…

chinskiepodpisychinczyknaodwrocie***
Najbardziej przejmujący jest jednak wpis o tzw. “Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas wystepów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś  fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.

Dalej pewnie i Kasia może opowiedzieć, jak było, bo oczywiście obudziła się, i też brała udział w tym festynie. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.

chilijcy
Wszyscy się zapisali na kartce, Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

viktojarajara-podpisA potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973) – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci gen. Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

***
Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysz, o której niedawno pisał u nas jej syn. Jej wpisów w książce było więcej. W jednym skarży się, że nie chce się wpisywać do książki gości, bo przecież jest myszą a nie gościem.

mysz-w-ksiazce-gosci mysz-w-ksiazce-gosci (2)Zofia Radwańska-Paryska. Wraz z mężem Witoldem pisali książki o Tatrach. Poznałam ich dzięki Karusi podczas wspólnych wakacji w Tatrach. Nawet nie pamiętałam, że Zofia z jakąś inną osobą odwiedziła nas w Gdańsku.

radwanskaparyskaPoniżej kartka o naszzm ślubie (Marka i moim), śmieszna, bo…

slubEwaMarekSylwester przebierańców, też śmieszny…

sylwester1978sasiedzi-bal-przebierancowI ja przebrana za Hinduskę z dzbankiem, którego nie było (rysunek Mamy)

ja-balprzebierancow

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa

Roman Brodowski

Droga do piekła (rozdział I)

– Śpij spokojnie córeczko – powiedziała mama zmęczonym głosem, gasząc jedyną palącą się w mieszkaniu żarówkę.
– Dobranoc mamusiu – odpowiedziała Lidzia, rozsuwając w ciemnościach, po omacku wiszącą nad oknem ciężką brunatnozieloną kotarę, oddzielającą zimowy świat ulicy, od przytulnego, ciepłego pokoju.
Zgodnie z rozporządzeniem władz okupacyjnych, po zmroku wszystkie okna w mieszkaniach zasłonięte musiały być tak, by żadne promienie światła nie wychodziły poza nie i nie przekraczały granicy panującej na zewnątrz ciemności. Innymi słowy wszystkie okna powinny być zaciemnione, a z tętniących życiem mieszkań, nie powinny wydobywać się najmniejsze oznaki bytowania. Za nie przestrzeganie tych zarządzeń groziły dotkliwe, a czasem bolesne kary.
Stojąc w bezpiecznej odległości od tej częściowo oblodzonej strefy światłomroku, dziewczyna długo podziwiała unoszone przez wiatr tumany srebrzącego się przy blasku księżyca, śniegu. Wodziła wzrokiem za spadającymi delikatnym puchem, płatkami, które niby biała kołderka pokrywały futrynę szczelnie zamkniętej przestrzeni prywatności . Początek lutego w tym nowym, 1940 roku był wyjątkowo zimny.
Na firnamencie ciemnobłękitnego nieba, jak kiście winogron migotały tysiące gwiazd. Lidzia często szukała pośród nich tej jedynej, tej o której się mówi , że każdy ją ma., i jak zawsze, tak i tego wieczoru odnalazła ją. Świeciła jaśniej niż inne, uśmiechając się z wysokości do swojej piętnastoletniej imienniczki. Zza szyb wieczorny świat wyglądał zupełnie inaczej niż ten pozbawony tajemnic, dzienny widok okaleczonej i opuszczonej rzeczywistości. Ulice o zmroku zazwyczaj były puste i tylko od czasu do czasu zobaczyć można było przechadzających się sowieckich żołnierzy patrolujących teren, kontrolujących każdego napotkanego przechodnia, albo strzelających z nudów, w ramach zabawy, do bezdomnych psów szukających ciepłego schronienia. Strzelali do nich tak długo, dopóki nie trafili, a gdy zwierzęta nie dawały znaku życia, wyrażali radość, dzikimi, pełnymi nienawiści do Polaków, okrzykami.
Nawet bezpańskie koty, których z każdym dniem ubywało, instynktownie kryły się w zakamarkach domów, opuszczonych piwnicach lub ruinach, pozostałych po wrześniowych walkach.
– Jak dobrze, że mamy jeszcze węgiel – pomyślała, spoglądając na stojący w rogu pokoju, ciepły kaflowy piec. – Jak dobrze że tatuś pracuje na kolei, że mamy deputat. Gdyby nie to, węgla z pewnością nie wystarczyłoby nawet do końca grudnia. – wyszeptała niby modlitwę do Boga. – Dzięki Ci za to Ojcze Niebiański.
Aby przetrwać ten ciężki zimowy czas, ludzie z miasteczka radzili sobie, jak tylko mogli. W dzień wychodzili z domów w poszukiwaniu wszystkiego, co nadawało się na opał, by wieczorem usiąść przy rozgrzanym piecu, ciesząc się , że chociaż przez chwilę mogą ogrzać swoje mieszkania, że mogą zapomnieć o marznących, czasem odmrożonych kończynach. Niektórzy palili stare meble, inni książki, szmaty, znaleziony w pobliskim parku chrust czy końskie odchody leżące niekiedy na ulicy.
– Jak dobrze mieć węgiel – powtórzyła , zasłoniwszy niby kurtyną po zakończeniu spektaklu ponownie okno. Zmorzona długim dniem, położyła się do nagrzanego łóżka obok śpiącego od dawna braciszka

– Atkrywaj, Atkrywaj! – usłyszała przez sen przeraźliwy krzyk.
– Nie, to niemożliwe, to nie do nas – powiedziała na wpół przebudzona, do śpiącego Antka, i przykrywszy jego nagie plecy pierzyną, zamkęła oczy, próbując ponownie zasnąć.
– Atkrywaj, swołocz! – usłyszała ponownie, ten sam głos – tym razem jednak przy akompaniamencie karabinowej kolby uderzającej w twarde, dębowe drzwi. Nagle w drzwiach zajęczał klucz przesuwający zardzewiały rygiel.
To matka obudzona nagłym hałasem otwierała powoli wrota do dotychczas bezpiecznego dla nich azylu. Do środka weszło dwóch ubranych w zgniłozielone mundury rosyjskich żołnierzy oraz opatulony w kożuch cywil. Po chwili dołączył do nich, jeszcze jeden. Widać, że dowódca, bo żołnierze stanęli przed nim na baczność, cywil zaś składał mu coś w rodzaju meldunku. Po wysłuchaniu oficer podszedł do kobiety i, zdjąwszy z głowy czapkę z niebieską otoczką i gwiazdą, podrapał się i poklepawszy wystarszoną do granic wytrzymałości po plecach, szepnął do ucha.
– Odziewajsja, krasawica. – Następnie odwracając się w kierunku cywila, wrzasnął z całych sił szyderczo – Tolko bystra…, krasawica!
– Niech pani się ubierze – powtórzył cywil nieco łagodniejszym głosem, czysto po polsku. Był to przedwojenny policjant pracujący jako tłumacz dla NKWD. Człowiek ten przed okupacją opiekował się tym rewirem i, jak przystało na dzielnicowego, znał wszystkich jego mieszkańców.
A i oni znali go bardzo dobrze. W gruncie rzeczy, nie był złym człowiekiem, dzieci z okolicy bardzo go lubiły. Zawsze kiedy tylko miał okazję, częstował je cukierkami, ciastkami lub czekoladą. Starał się pomagać, doradzać, a one ufały mu bezgranicznie. Również dorośli darzyli go szacunkiem za profecjonalizm, uczciwość i gotowość niesienia pomocy. Niestety, wojna i sytuacja w jakiej się znalazł, zmusiły go do kolaboracji. Gdyby nie to że pochodził z Ukrainy i posiadał liczną rodzinę, być może nigdy nie zgodziłby się na współpracę z nimi. Tak, strach o najbliższych w tym nieludzkim, wojennym okresie, mógł każdego, nawet wydawałoby się najtwardszego, najbardziej dobrodusznego i sprawiedliwego, złamać, zamienić w bestię, zmusić do czynów niegodnych.
Nagle zza zamkniętych drzwi dziecięcego pokoju dał się słyszeć cichy płacz. To Antek, obudzony odgłosami dochodzącymi z korytarza zaczął szlochać.
– A tam kto takoj jest? – próbował zapytać bez tłumacza enkawudzista. –
– Tam nikogo nie ma, tylko moje dzieci, panie – odpowiedziała matka, zasłaniając sobą wejście – Proszę tam nie wchodzić, tam są tylko moje małe dzieci – powtórzyła błagalnym głosem. Żołnierz odepchnąwszy ją, kopnął drzwi i wszedł do pokoju. W rogu, pomiędzy piecem a szafą, stała ubrana w szlafrok Lidzia, a obok niej wtulony, jak bezbronne pisklę w matkę, braciszek.
– Tak znaczyt wy wsje adiewajtjes. Pajedziecie na dlinnoju, oczeń dlinnoju ekskursju. No, kak eto po waszemu zwuczyt? Po mojemu wytjetska? Sowiet zwrócił się do mamy z pogardliwym uśmiechem.
– Charascho. Na podgotowlienie – kontynuował – daju wam trydcat minut. Trydcat, nie bolsze – powtórzył i nie zwracając na nikogo uwagi wyszedł pospiesznie na podwórze, pozostawiając resztę żołnierzy w środku.
– Niech pani założy na siebie i dzieci jak najwięcej ciepłych ubrań i weźmie koce do otulenia się podczas podróży. W wagonach będzie bardzo zimno – poradził zatroskany tłumacz współczującym głosem.

Mama podeszła do szafy i drżącymi rękoma, bez zastanowienia wyrzucała z niej wszystko, co mogło nadawać się do drogi. Zaczęła nakładać na Antka podkoszulki, majtki, kalesonki. Potem skarpetki, trzy pary grubych spodni i dwa, może trzy wełniane swetry. Tak opatulonyAntek wyglądał jak mała, ledwo ruszająca się kuleczka.
Następnie Lidzia i mama zdjęły z szafy wielki skórzany kufer i wypełniły go po brzegi najbardziej przydatnymi rzeczami, były tam naczynia, garnki, żywność. Do wielkiego, ojcowskiego plecaka zmieściły się dwa wełniane koce, trochę lekarstw i mały jasiek pod głowę, dla Antka.
Teraz obie ubrały się – włożyły po kilka kompletów ciepłej odzieży. Wiedziały, co oznacza „wycieczka” przygotowana przez sowieckich okupantów. Nie po raz pierwszy Sowieci przeprowadzali w mieście takie akcje. Obie zdawały sobie sobie sprawę z tego, jaki los ich czeka.
W milczeniu, gotowi do drogi, przytulając się do siebie usiedli całą trójką na łóżku.
– Niech pani nie zapomni i o tym. Z pewnością przyda się to wam w drodze – przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę, wciąż stojący na progu mężczyzna, wkazując palcem na wiszący obok połączonego grubym łańcuszkiem krzyża, portret ślubny.
Matka pospiesznie, bez słowa podbiegła do ściany, i zdjąwszy obie rzeczy przytuliła je do siebie. Ucałowała wyjętą z ramy fotografię i ukryła na dnie i tak już pełnego kufra.
– Zdjęcie, tak, zdjęcie – szeptała – Jak mogłam o nim zapomnieć – wyrzucała sobie – jak mogłam o nim zapomnieć. Przyłożyła krucyfiks do ust i prosiła Boga o wybaczenie za niepamięć oraz o opiekę dla nich, dla męża, dla bliskich. Powiesiła krzyż na piersi, usiadła na krześle obok dzieci,tak jakby czyniła to po raz ostatni, tak jak to się zazwyczaj robi przed podróżą. Odwróciła się, by nikt nie widział łez, milczała, czekając na ostatni akt dramatu, rozgrywający się w jej ukochanym mieszkaniu. To tutaj spędziała najpiękniejsze chwile swojego życia. Tutaj urodziły się jej dzieci. Tutaj czuła się najszczęśliwszą żoną i matką na świecie, w tym założonym przed kilkunastu laty z ukochanym mężem, rodzinnym ciepłym gnieździe.
– Mamo, a co z tatą? Jak on nas znajdzie. Przecież on nic o nas nie wie – wyrwała ją zadumy Lidzia. – Kto mu powie, gdzie ma nas znaleźć – zapytała. – Powiedz, dlaczego go przy nas…? – Nie zdążyła dokończyć , bo do mieszkania znowu wszedł oficer. Tym razem jednak w towarzystwie drugiego funkcjonariusza.
– No kak, gotowe? Tak pajdziomtje – wskazał ręką w kierunku drzwi. – Tridcat minut praszło, madam!

Wyszli na zewnątrz. Mama uklękła na progu, pociągnęła za sobą dzieci. Po czym wspólnie, głośno, w nadziei, że może Bóg ich jeszcze usłyszy, że dokona się jakiś cud, rozpoczęli modlitwę.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imie twoje… – po czym na rozkaz Sowieta ruszyli przed siebie. Matka z ciężką walizką w dłoni, drugą ręką trzymając malutką rączkę Antka, a za nią Lidzia, przygarbiona pod ciężarem tatusiowego plecaka. Po kilkudziesięciu metrach dołączyli do zmierzającej w kierunku dworca kolejowego kolumny, złożonej z bliższych i dalszych sąsiadów idących pod strażą sołdatów kierujących w ich stronę gotowe do strzału karabiny.
Do stojącego przy rampie pociągu było niecałe dwa kilometry. Ostatnie kilometry ojczyźnianej ziemi, a potem?… Potem już tylko droga, droga do piekła.