Kresy. Powiązania 2.

Andrzej Rejman

Wątek białoruski

Matka mojej babci Małgorzaty (później adoptowanej przez małżeństwo Rodziewiczów – patrz TU), Paulina Szklennik, miała dwie siostry i brata.

1_z_lewej_Maria_Gabriela_Karol_Paulina_Szklennikzdjęcie z ok 1870 roku- od lewej: Maria, Gabriela, Karol i Paulina Szklennikowie (ze zbiorów rodzinnych)

Jedna z jej sióstr – Gabriela Szklennik wyszła za mąż za Franciszka Bohuszewicza.

Kim był Franciszek Bohuszewicz?
Gdybyśmy to pytanie zadali dziś uczniom w dowolnej szkole na Białorusi – niewątpliwie odpowiedzieliby bez trudu i bez wahania.

Bohuszewicz jest bowiem postacią dobrze znaną na Białorusi i choć niektóre źródła utrzymują, że sam uważał się za Polaka, jednak wiadomo, że pisał głównie po białorusku, i to często w łacińskiej transkrypcji tego języka, będąc prekursorem takiego zapisu.

Życie i działalność Franciszka Bohuszewicza jest wiąże się z czasami w których żył i z miejscacmi na pograniczu przenikających się kultur narodów – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Litwinów.

2_Franciszek_BohuszewiczFranciszek Bohuszewicz, zdjęcie z lat 1880 (ze zbiorów rodzinnych – A. Rejman/M.Pretkiel).
Na odwrocie napis:
“Roku 1896 d. 3 grudnia, Julii i Gabrysiowi Rodziewiczom – Fr. Bohuszewicz, Wilno”
Dopisek: mąż Gabrielli – siostry Pauliny Szklennik – ojciec Tomasza, architekta, który wypadł z pociągu)

Bohuszewicz miał z Gabrielą Szklennik pięcioro dzieci. Jednym z nich był syn Tomasz – który zginął nieszczęśliwie w roku 1929.

Znalazłem wpis mojej babci Małgorzaty o tym fakcie w “Kalendarzu Marjańskim” z 1929 roku, w którym notowała codziennie ważne wydarzenia.

22 lutego 1929 roku – ” Zmarł śmiercią tragiczną Tom Bohuszewicz! Wracał z Warszawy od d-ra Wojnowskiego i wypadł z pociągu 1/2 km od stacji Marcińkańce na drodze do Wilna” – prawdopodobnie jest to jedyne źródło historyczne tak precyzyjnie o tym fakcie zaświadczające.

2b_Kalendarz_Marjanski2xKalendarz Marjański z 1929 roku – Małgorzata Hrebnicka – notatki dzienne

Znalazłem też wspomnienie potomków Fr. Bohuszewicza, którzy mieszkali na Pomorzu:

Tomasz Bohuszewicz, syn Franciszka i Gabrieli zmarł w lutym 1929 r. Osierocił trzy córki: Stanisławę, Gabrielę i Konstancję, …potem latem zmarła jego matka Gabriela z d. Szklionnik (Szklennik, przyp. mój), kobieta wszechstronnie uzdolniona. Władała kilkoma językami w tym niemieckim, angielskim, włoskim. Była strażniczką rodowej tradycji, lubiła muzykę, zresztą sama grała na fortepianie. Głównie ulubione utwory męża. Nosiła stale przy sobie klucze do tajemniczego kuferka. Wszyscy myśleli, że przechowuje tam jakieś skarby. Po latach okazało się, że były to listy od przyjaciół, między innymi od Elizy Orzeszkowej, a także ważne dla rodziny dokumenty, z których najcenniejsze posiadały podpisy króla Stanisława Augusta. W kuferku były też rękopisy jej męża, Franciszka Bohuszewicza. Dzięki niemu, gdyż był on powstańcem styczniowym, otrzymywała od „Związku Powstańców 1863 r.” niewielka pensję. Razem z córką Konstancją opiekowała się dziećmi syna. Tomasz Bohuszewicz ożenił się ponownie z Marią Piwnicką. Po jego śmierci druga żona wstąpiła do zakonu, zmarła w 1970 r. w Bochni.

(źródło – http://www.choszczno.info.pl/2009/01/05/roscin-rodzina-poety.html)

“Nie pakidajcież mowy
naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”.

(F. Bahuszevič)

“A-a-a, luli – luli,
Usie dzietki pasnuli.
Tolki adzin Franuś nie spić, nie hulaja,
Z katkom razmaulaja,

A ty, katok, nie burczy,
A ty, Franuś, spi, mauczy.
A ty, katok, won-won:
Na Franusia – son-son…”

(Ze świrańskiej kołysanki)

3_z_prawej_Kazimiera_Woyczynska_z_d_Szklennik_Paulina_Sz

Siedzą: po prawej Kazimiera Woyczyńska z d. Szklennik, obok Paulina Szklennik matka Małgorzaty
potem
Doktorowicz-Hrebnickiej, i Gabriela Szklennik żona Franiciszka Bohuszewicza.

Słusznie powiadają: “Tam strona rodzinna, gdzie matka narodziła”. F. Bohuszewicz jako prawdziwy chrześcijanin odczuwał tę prawdę i mocno jej przestrzegał.

Franciszek Bohuszewicz lub Boguszewicz (biał. Францішак Бенядзікт Багушэвіч, Franciszak Bieniadzikt Bahuszewicz; ur. 21 marca 1840 w folwarku Świrany, w powiecie wileńskim, guberni wileńskiej, zm. 28 kwietnia 1900 w Kuszlanach) – białoruski i polski pisarz, poeta, adwokat, uczestnik powstania styczniowego. Zapoczątkował nurt realizmu krytycznego w literaturze białoruskiej, w twórczości inspirował się folklorem białoruskim.

Franciszek Bohuszewicz został ochrzczony w kościele w Rukojniach, zachował się o tym zapis w księgach kościelnych.

W 1846 roku rodzina Bohuszewiczów przeniosła się do folwarku Kuszlany na Oszmiańszczyźnie. Franciszek spędził tu dzieciństwo, zbliżył się do wiejskich dzieci, ujrzał piękno miejscowej przyrody, zapoznał się z życiem ludu.

Bohuszewicz ukończył w 1861 roku gimnazjum w Wilnie i w tym samym roku wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego. W rodzinie Bohuszewiczów, jak i wśród większości szlachty, wiele uwagi poświęcano nauce języków. Prócz “tutejszej mowy”, czyli języka białoruskiego, w którym rozmawiał zwykły lud, w rodzinie używano języka francuskiego, nie mówiąc już o polskim. Biblioteka domowa liczyła wiele powieści w języku francuskim, w tym utwory poety Pierre’a Jeana Berangera. Wszystko to następnie wpłynęło na kształtowanie się F. Bohuszewicza jako poety. Na przykład, jego kołysanka stanowiła naśladownictwo wiersza Pierre’a Berangera “Chrzciny Woltera”.

…W 1861 roku, gdy Bohuszewicz był na pierwszym roku studiów, władze carskie zniosły pańszczyznę. Ale reforma ta wcale nie przyniosła chłopom ulgi, jak też rozczarowała młodzież, jeśli chodzi o prawa demokratyczne.

Za udział w zamieszkach studenckich, skierowanych przeciwko caratowi, F. Bohuszewicz został wydalony z uniwersytetu. Wrócił on na Białoruś. We wsi Dociszki, w powiecie lidzkim, uczył dzieci. Tu zastał go wybuch Powstania Styczniowego 1863 roku, któremu tu przewodzili K. Kalinowski i Z. Sierakowski. Nauczyciele przyłączyli się do powstania i aktywnie uczestniczyli w walce przeciwko caratowi. Podczas bitwy z wojskiem rosyjskim w Lasach Augustowskich Bohuszewicz został ranny. Od śmierci uratowali go włościanie.

Po stłumieniu powstania przyjaciele z Wilna i Petersburga uratowali go przed zesłaniem na Sybir. Bohuszewicz opuścił strony rodzinne i udał się na Ukrainę, gdzie przy pomocy polskiego uczonego Jana Karłowicza w 1865 roku wstąpił do Nieżyńskiego Liceum Prawa. W ten sposób wydalony student, powstaniec i nauczyciel został studentem Liceum Prawniczego na Ukrainie.

Franciszek Bohuszewicz, który poszukiwał prawdy w studenckich rozruchach w Petersburgu, z bronią w ręku podczas powstania, teraz zaczął jej szukać w księgach prawniczych, w kanonach sprawiedliwości, ugruntowanych przez wieki przez Cezara w Rzymie, przez Napoleona, a na ziemi ojczystej w Statucie Litewsko-Białoruskim, który w rocznicę jego powstania został zniesiony dekretem cara Mikołaja I, kiedy w ogóle zakazano używania imienia Białoruś.

Następnie w przedmowie do Dudki białoruskiej napisał: “Może ktoś zapyta, gdzie jest teraz Białoruś?” Tam, bracia, jest ona, gdzie żyje nasza mowa: jest ona od Wilna do Mozyrza, od Witebska niemal do Czernihowa, gdzie Grodno, Mińsk, Mohylów, Wilno oraz wiele miasteczek i wsi…”

W 1868 roku Bohuszewicz zakończył naukę i od 1869 r. pracował w różnych instytucjach sądowych, głównie na Ukrainie. Chociaż w ciągu 20 lat pobytu poza ziemią ojczystą odwiedził też inne prowincje Rosji, pracował na ziemi briańskiej, wołogodzkiej. Najdłużej zatrzymał się jednak w mieście Konotop na Ukrainie, gdzie ponad 10 lat był śledczym sądowym.

Dopiero w 1884 roku, po ogłoszeniu amnestii dla uczestników powstania 1863 r., powraca do kraju, gdzie obejmuje stanowisko adwokata przy Wileńskim Sądzie Okręgowym. Powrócił na Ziemię Wileńską właśnie w Dniu Zwiastowania – 25 marca 1884 roku. Był to radosny powrót do stron rodzinnych, gdzie się urodził i uczył.

Ale niespełna po roku napisał do Jana Karłowicza: “Jakiś dziwny nastrój przygniata mnie: dopóki byłem daleko od stron rodzinnych i od swoich, chciałem niby zbawienia, być tutaj, a dzisiaj… Nie widzę swoich i szukam ich we wspomnieniach. Co to? Gdzie jest to, czego szukałem, gdzie te brzegi, do których nie będzie sięgać myśl. Skąd ten niezrozumiały nastrój duszy?… Powinno to oznaczać, że nie potrafię żyć rzeczywistością albo nie chcę do tego się przyznać!… Zawsze uświadamiałem sobie, a dziś się cieszę z tego przekonania, że nie chcę i nie zostanę egoistą… I dlaczego nie chcę się przystosować, zniknąć niczym kropla w morzu, a zanurzam się jak ostrygi w occie, w którym je spożywają? Tak, łaskawy panie, porzuciłem służbę, chociaż mnie nie wypędzano, a trzymano. Zrezygnowałem tam, chociaż z niewielkiego, ale pewnego kawałka chleba dla nieznanego losu tutaj. Wiem, że pod względem materialnym nie będzie mi tu najlepiej, po pierwsze, z powodu tego, że nigdy za tym nie uganiałem się, po drugie zaś, że nie mam skłonności pijawki, w które tak szczodrze są obdarzeni niektórzy adwokaci. Jednakże, żyć mogę i będę, bo muszę, mając żonę i dzieci”.

W takim nastroju był F. Bohuszewicz na samym początku 1885 roku, jak też w latach następnych. Dosłownie po trzech miesiącach opuścił Wilno i wyjechał do Rosji, gdzie dawano mu posadę prawnika.

Takie były jego nastroje wileńskie. Dlaczego tak się stało, że Wilno go nie zadowalało?

Przyczyn należało szukać w jego działalności adwokackiej. Zaczęto go nazywać adwokatem chłopskim, który w sądzie występował głównie w obronie uciskanych po reformie wieśniaków. Był on obrońcą ludowym i jego opinia budziła zaniepokojenie przełożonych. Dlatego w służbie awansował bardzo powoli, chociaż był człowiekiem o nieprzeciętnych zdolnościach oraz wysokich zaletach moralnych i obywatelskich. Dostrzegano w nim osobę niepewną względem istniejącego ustroju: z wielkim zaangażowaniem podejmował się spraw, dotyczących interesów zwykłych ludzi, chłopów.

Bohuszewicz cieszył się sławą ludowego orędownika, obrońcy. Chętnie podejmował się prowadzenia takich spraw, w których mógł dopomóc biednym i ciemiężonym ludziom, pisywał im podania. Ludzie szli do niego po radę i pomoc jak do swojego. Współcześni Bohuszewiczowi chłopi wspominali: “Był to dobry człowiek, bardzo dobry. Lubił nas, wieśniaków. Chętnie z nami rozmawiał po białorusku”.

Są świadectwa współczesnych mu ludzi, że był on nieprzekupny, gdy miał prowadzić sprawy znajomych ziemian i ci proponowali mułapówki.

Bohuszewicz przyznawał szczerze: “Nie lubię miasta. Zbyt wielka tam ciasnota i smród”. Mieszkając w Wilnie, starał się znaleźć wśród kamienic jakiś zielony zakątek. Po powrocie z Ukrainy upodobał sobie należący do lekarza Kozłowskiego przytulny drewniany domek z dziedzińczykiem przy ul. Końskiej. W sąsiedztwie był rynek. Dawniej sprzedawano tam siano, konie, więc nazywano go Końskim. Za czasów Bohuszewicza był to już rynek zbożowy. W tym okresie mieszkanie jego łatwo było rozpoznać, ponieważ, szczególnie w dni rynkowe, kręciło się tam wielu wieśniaków.

Sąsiedztwo z rynkiem pozwalało mu prowadzić różne obserwacje. Widział, jak z wieśniaków ściągano podatek tzw. “bramowy” albo “kopytkowy” i to budziło w nim wielkie oburzenie. Ale też spotykał tu furmanki spod Smorgoń i Kuszlan, co uspokajało jego serce i tęsknotę do stron rodzinnych.

Tematy do swych wierszy i opowiadań będzie czerpał z praktyki sądowej. Kiedy w 1887 roku zaczęto mówić w Wilnie o budowie torów tramwajowych, wówczas poeta żywo zareagował na tę wiadomość. Pisał on: “Wreszcie miejscowe władze ostatecznie zatwierdziły umowę z przedsiębiorcą w sprawie przeprowadzenia w Wilnie linii tramwajowej. Jak każda nowość w komunikacji fakt ten jest dodatni, jednakże są duże wątpliwości, czy tramwaj przyniesie miastu korzyści: uliczki są wąskie i kręte, więc nie wszędzie tramwaje mogą kursować. Wilno jest miastem niewielkim – od jednego krańca, na przykład od Żelaznego Mostu, do drugiego – Wilenki – można przejść w ciągu 16 minut. Niby dalej jest położone Zarzecze, ale ze śródmieściem łączy je tylko jeden most, więc linia tramwajowa nie jest w stanie skrócić tej odległości. W takich warunkach tramwaje przyniosą nam niewiele korzyści i udogodnień. Natomiast brak tego rodzaju komunikacji niezbyt jest odczuwalny. Za to tramwaje pozbawią kawałka chleba wielu dorożkarzy. Ale mieszczanie, którzy dotychczas chętnie zażywali krótkich spacerów, poniosą swe pieniądze do kieszeni przedsiębiorcy. Prócz tego, na ciasnych, krętych i pagórkowatych ulicach będzie wiele nieszczęśliwych wypadków! Na pewno będzie!”

Zapewne, podobne zdanie mieli o tramwajach również inni wilnianie, myśl bowiem F. Bohuszewicza była słuszna. W ten sposób miasto pozostało bez tramwajów do dnia dzisiejszego.

Franciszek Bohuszewicz był ściśle związany z twórczością Adama Mickiewicza. Dla niego – to nie tylko poeta polskojęzyczny. Uważał go za piewcę ziemi białoruskiej, wiedząc, jakie były źródła natchnienia i twórczości Mickiewicza.

Kiedy powstała kwestia uwiecznienia pamięci Adama Mickiewicza w związku ze stuleciem jego urodzin, F. Bohuszewicz od razu został członkiem komitetu jubileuszowego, który zawiązano latem 1897 roku z inicjatywy wileńskiego dziennikarza Lucjana Uziembły. Od pierwszych dni poeta przystąpił do zbiórki pieniędzy na budowę pomnika Adama Mickiewicza. Do tego komitetu wciągnął również Elizę Orzeszkową.

Latem 1897 roku F. Bohuszewicz zorganizował wyjazd do Kowna, gdzie po ukończeniu uniwersytetu dłuższy czas mieszkał Adam Mickiewicz. Z okazji jubileuszu chciał przejść się śladami ulubionego poety. W mieście pokazano mu gimnazjum, gdzie Mickiewicz był nauczycielem, źródełko na lewym brzegu rzeczki Girstupis, z której poeta częstował swych gości prawdziwą źródlaną wodą, mówiąc: “Pijcie, przyjaciele, niech wasze serca będą takie czyste jak woda z tego źródełka”. Bohuszewicz zajrzał też do kowieńskiego domku o niewielkich okienkach, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz. Przy migotliwym blaskuświec napisał on tu szereg swych wspaniałych utworów.

Z Kowna Bohuszewicz wrócił pełen nowych wrażeń i z zapałem zabrał się do dalszego zbierania pieniędzy na pomnik wielkiego poety. Ofiary składali nie tylko przedstawiciele inteligencji, ale też ludu. Co prawda, sumy nie były duże. Zebrano ogółem 4648 rubli. Bohuszewicz z wielką niecierpliwością czekał na odsłonięcie pomnika. W jego mieszkaniu, w domu Kozłowskiego, omawiano list od krakowskiego artysty Rusieckiego, który komunikował, że projekt pomnika jest już gotowy.

Ale wiosną 1898 roku Bohuszewicz zachorował i musiał z rodziną przenieść się z Wilna do Kuszlan na Białorusi. Tam nadal również interesował się losem pomnika. Ciągle miał nadzieję, że zdoła się wyleczyć i wziąć udział w jego odsłonięciu. Ale, niestety, uroczystość odbyła się bez niego, przy tym bardzo skromnie. W tym czasie bowiem władze carskie wystawiły pomnik Murawjowa-Wieszatiela i  przesłoniło to jubileusz Wieszcza.

Ale mimo wszystko, udało się, chociaż skromnie, uczcić 100-lecie Wielkiego Adama. Wszystko to mocno cieszyło F. Bohuszewicza.

Pomnik ten teraz znajduje się w tym samym kościele św. Jana, został on odnowiony z okazji 400-lecia Uniwersytetu Wileńskiego. W jego jasnoróżowym marmurze również teraz odczuwamy ciepło duszy naszego piewcy, Franciszka Bohuszewicza.

Tak, był on piewcą ludu, Białorusi, obrońcą języka białoruskiego.

Adam Mickiewicz w swych wykładach, które wygłaszał w Paryżu o literaturach słowiańskich, mówił: “Spośród wszystkich narodów słowiańskich Rusini, a więc wieśniacy z guberni pińskiej, częściowo mińskiej i grodzieńskiej, zachowali najwięcej cech ogólnosłowiańskich. Ich bajki i pieśni zawierają wszystko. Zabytków piśmiennictwa mają mało. Tylko Statut Litewski napisany jest w ich języku, najbardziej harmonijnym, najmniej zmienionym wśród wszystkich języków słowiańskich.

W języku białoruskim, który nazywają rusińskim albo litewsko-rusińskim, rozmawia około10 milionów ludzi, jest to najbogatsza i najczystsza mowa, powstała ona dawno i wspaniale się rozwinęła…

Bohuszewicz w swej przedmowie do Dudki białoruskiej jak gdyby czerpie z wypowiedzi A. Mickiewicza o Białorusi i języku białoruskim.

Porównajmy to. F. Bohuszewicz pisze: “Czytałem wiele starych papierów, które dwieście, trzysta lat temu na naszej ziemi pisali wielcy panowie w naszej czystej mowie, jakby to zostało napisane wczoraj…

… Nasza mowa jest taka sama ludzka i pańska, jak francuska albo niemiecka albo jakaś inna… Nasza mowa dla nas jest święta, bo została nam dana od Boga, podobnie jak i innym dobrym ludziom…

Poeta pisał w ojczystym języku, języku swego narodu. Zaczął to robić, gdy jeszcze był na Ukrainie, ale działalnością literacką zajął się dopiero po powrocie do Wilna.

Za życia Franciszka Bohuszewicza z druku wyszły dwa zbiory jego wierszy i poematów. Zostały one wydane za granicą: Dudka białoruska (Kraków, 1891) i Smyk białoruski (Poznań, 1896)

Bohuszewicz przygotował do wydania również zbiór wierszy Opowiadania białoruskie, ale z druku on nie wyszedł, a tekstów nie odnaleziono dotychczas. Przez długi czas jego utwory były wydawane nielegalnie, rozchodziły się w rękopisach. Jego 13 wierszy wydrukowano tylko w zbiorze Pieśni, wydanym nielegalnie w 1903 roku.

Należy odnotować, że po upadku powstania lat 1863-1864 na Białorusi do roku 1905 zakazany był druk białoruskich książek. Dlatego Bohuszewicz, Ciotka oraz inni białoruscy pisarze i poeci musieli publikować nielegalnie swe utwory w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, co było związane z wielkimi trudnościami. Dlatego nie wszystkie utwory mogły ujrzeć światło dzienne.

Franciszek Bohuszewicz napisał nader interesujący utwór Śpiew. Jego historia jest następująca.

Jak już mówiliśmy, latem 1897 roku Bohuszewicz odwiedził Kowno. Wśród inteligencji kowieńskiej rozpisano konkurs na najlepszą pieśń turystyczną dla młodzieży. Wziął w nim również udział Franciszek Bohuszewicz. Poeta też go wygrał. Jego utwór został uznany za najlepszy. Jakiś muzyk skomponował melodię i młodzież kowieńska chętnie śpiewała tę pieśń do słów białoruskiego poety. Miała ona charakter patriotyczny, autor wzywał, aby poznawać swój kraj i jego wspaniałych synów, często nieznanych lub zapomnianych. Wspomina też nazwiska Czeczota, Poczobutta, Tomasza Zana…

Jest to również aktualne obecnie, gdy nauczyciele Wileńszczyzny zapominają lub po prostu nic nie wiedzą o naszych znakomitych ziomkach, takich jak właśnie Franciszek Bohuszewicz.

W swej twórczości literackiej Bohuszewicz używał pseudonimów Maciej Buraczok i Symon Rewka spod Borysowa. Jeśli mieszkaniec Kuszlan przyjmował postać Macieja Buraczka jako sąsiada ze swej wsi, to w Symonie Rewce widział dalszego już sąsiada, podobnie jak dalszym niż Smorgoń było miasto Borysów za Mińskiem, z którego pisał się Symon Rewka. W ten właśnie sposób poeta afirmował demokratyczną i patriotyczną ideę dudki i smyczka, jedność pieśni, ojczyzny i historii.

Właśnie historii, F. Bohuszewicz bowiem, jak ongiś na początku XVI wieku, w epoce Odrodzenia Franciszek Skoryna, obydwie swe książki poprzedził przedmowami, w których budził pamięć historyczną narodu, szacunek do języka ojczystego. Takie poczucie historii, języka jako duszy narodu wśród ludu budził Bohuszewicz – inteligent, głęboki demokrata, pisarz autentycznie ludowy.

Pod wieloma względami Bohuszewicz był pierwszy wśród twórców nowej literatury białoruskiej z przełomu XVIII i XIX wieków. Był on na przykład pierwszym autorem całkowicie białoruskiego tomu poezji, pierwszym autorem przedmów do zbiorów poetyckich.

Skoryna i F. Bohuszewicz – to białoruscy narodowi luminarze, chociaż nie kanonizowały ich ani wschodnia cerkiew, ani zachodni kościół, a tylko Franciszek Skoryna, jako drugi po Czechach Słowianin wydrukował Biblię w ojczystym języku białoruskim, bo go “Bóg z tego języka puścił na świat”. Franciszek Bohuszewicz zaś dotychczas nam przypomina: “Nie porzucajcie naszej rodzinnej mowy białoruskiej, aby nie umarła!”

Franciszek Bohuszewicz jest uważany za ojca realizmu białoruskiego, za twórcę narodowych tendencji romantycznych w literaturze (poezji) białoruskiej. Spod jego pióra wyszły pierwsze opowiadania nowej literatury białoruskiej: opowiadanie socjalno-psychologiczne Tralalonoczka, wydane w osobnej książeczce w 1892 r., ludowe humorystyczne nowele Świadek, Polesowszczik, Diadina, opublikowane w gazecie “Nasza Niwa” w 1907 roku, już po śmierci poety. A gdzieś w żandarmskich archiwach dotychczas nie znaleziono osobnego zbioru opowiadań F. Bohuszewicza, zatytułowanego Opowiadania białoruskie.

Osobnym rozdziałem twórczości F. Bohuszewicza jest jego publicystyka w języku polskim z lat 1885-1891, gdy był korespondentem polskiego czasopisma “Kraj”. Była to publicystyka wysoce obywatelska, o bardzo aktualnej tematyce, poświęcona głównie socjalnym zagadnieniom wsi i miasta po reformie.

Poezja F. Bohuszewicza – to osobny, niepowtarzalny pod względem brzmienia i kolorytu rozdział białoruskiej literatury i w ogóle poezji.

Znajduje to wyraz w jego wierszach Zachwyt, W sądzie, Pobyt w piekle, Będzie źle i in. Poezja Bohuszewicza jest poezją chłopską.

Prócz wierszy i nielicznych opowiadań, ze spuścizny literackiej zachowały się jego wystąpienia publicystyczne w wileńskich i petersburskich gazetach oraz czasopismach, listy do przyjaciół – Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza. Można z nich dowiedzieć się, z jakimi trudnościami poeta borykał się w pracy literackiej i życiu codziennym.

“Marudnie, bardzo marudnie powstają pieśni” – skarżył się poeta swemu przyjacielowi Janowi Karłowiczowi. Były do tego podstawy. Bohuszewicz nie mógł całkowicie poświęcić się swej ulubionej działalności literackiej. Dużo czasu pochłaniała praca w sądzie, troska o rodzinę. Wiersze, które pisał, nie tylko nie dawały korzyści materialnych, ale odwrotnie, wymagały środków pieniężnych i wielkich kłopotów przy ich wydawaniu. Ale byli ludzie, którzy mu pomagali.

Więc pisał. We wszystkich swych utworach – poetyckich, prozaicznych, publicystyce, listach do przyjaciół Bohuszewicz występował jako płomienny obrońca ludu, chłopski demokrata, zdecydowany walczyć do końca. Ci, którzy znali poetę, wysoko cenili go jako pisarza i działacza społecznego.

Do Bohuszewicza, jego poezji skłaniali się wszyscy, którzy żyli interesami ludu, którzy chcieli pomóc ludowi.

Uważali go za swego nauczyciela, zasięgali w myślach jego rady ówcześni białoruscy pisarze-demokraci: Adam Hurinowicz, Olgierd Obuchowicz…

Poezja Bohuszewicza nie tylko przedstawiała czytelnikowi prawdę o życiu ludu, ale też budziła protest przeciwko carskiemu samowładztwu. Władze obawiały się utworów poety. Na przykład, w roku 1908, nie wiedząc, że poeta już nie żyje, urządzono ściganie sądowe jego zbiorów Dudka białoruska i Smyk białoruski.

Franciszek Bohuszewicz zmarł 28 kwietnia 1900 roku w swych rodzinnych Kuszlanach (Białoruś). 1 maja 1900 roku, około godziny 10 żałobnie zaczęły bić dzwony kościoła w Żupranach. Wszyscy wiedzieli, że to chowają Franciszka Bohuszewicza, słynnego Macieja Buroczka. Droga od kościoła żuprańskiego, gdzie odbywało się nabożeństwo żałobne za duszę zmarłego, na cmentarz była krótka. A dzwony ciągle biły, odzywając się bolesnym echem w sercach tych, którzy szli za trumną – krewnych i bliskich, mieszkańców miasteczka i dwóch delegacji z Wilna – jednej od adwokatów i drugiej – od wielbicieli talentu poety: rzemieślników, dziennikarzy, przedsiębiorców.

Rodzinna ziemia przyjęła swego syna.

Odtąd minęło już 100 lat, a jego dudka obudziła i budzi naród białoruski do życia narodowego, do niepodległości, do kultywowania swego ojczystego języka. W ciągu tych 100 lat wiele się zmieniło. Obecnie na grobie poety ustawiona jest stela z kruszywa marmurowego z miedzianą płaskorzeźbą.

Imię Franciszka Bohuszewicza uwiecznione jest w wielu nazwach. Nosi je Oszmiańskie Muzeum Krajoznawcze, w Żupranach ustawiono jego pomnik. Biblioteka w Kuszlanach, mieszcząca się w domu, gdzie żył poeta, też została nazwana jego imieniem. Można też spodziewać się, że i na Wileńszczyźnie, gdzie się urodził i został ochrzczony, jego imię także będzie godnie uwiecznione. Na przykład, z inicjatywy Towarzystwa Języka Białoruskiego im. F. Skoryny Ziemi Wileńskiej,  ulica we wsi Sawiczuny, gmina Rukojnie, w rejonie wileńskim nosi imię poety. W miejscowej bibliotece powstaje dział książki białoruskiej, a sama placówka otrzyma imię F. Bohuszewicza, na budynku zaś zostanie umieszczona tablica pamiątkowa ku czci poety. Są też plany utworzenia tam muzeum F. Bohuszewicza. Wszystko to zależy od inicjatywy tych ludzi, którym drogie jest imię naszego pieśniarza, jak też od możliwości finansowych strony litewskiej i białoruskiej. Do biblioteki nasze towarzystwo przekazało już 50 książek białoruskich. Początek już jest.

Autorem wpisu o Bohuszewiczu jest Władimir Sodol, poeta z Mińska, bada twórczość Franciszka Bohuszewicza. Jest on autorem kilku książek, kilkudziesięciu artykułów, szkiców, esejów na ten temat.

… Co roku w dniu imienin Franciszka Bohuszewicza (2 kwietnia) w wileńskim kościele św. Bartłomieja i w kościele w Rukojniach będą odprawiane msze św. za duszę poety.

(źródło: http://archiwum2000.tripod.com/511/bogusz.html)

4_Paulina_Szklennik_siostra_Gabrieli_zony_Franciszka_BohPaulina Szklennik siostra Gabrieli, żony Franciszka Bohuszewicza ze zbiorów rodzinnych (ok 1880)

Nowa polszczyzna

Ewa Maria Slaska

Bezokolicznik czyli infinitivus

W polszczyźnie pojawiło się coś nowego. Ma zaledwie kilka miesięcy i dopiero raczkuje, ale tendencja jest czysta i wyraźna. Tak będziemy mówić i pisać już zaniedługo. Najpierw mnie ta nowa polszczyzna wkurzała. Wydawała mi się niechlujna, byle jaka i pospieszna. Tak jakby komuś nie chciało się pisać wszystkich wyrazów potrzebnych do wyrażenia jakiejś myśli i dokonywał wielkiego skrótu. Jakby wsypywał mi kilka wyrazów i dawał do zrozumienia, że mam sobie z nich sama ułożyć zdanie.

Czy ktoś byłby chętny wynająć?
Proszę się skontaktować, by być dodanym do grupy.
Myślę nadal pozostać w tej samej pracy…
W dużej grupie była mała grupka, która preferuje działać na własną rękę…
A ja myślę panią ugościć często…

Na pewno cechą tej nowej polszczyzny jest bezokolicznik, czasem nawet dwa w jednym zdaniu. Nie jestem lingwistką, ale odnoszę wrażenie, że bezokolicznik to forma gramatyczna czasownika w języku polskim używana właściwie tylko w zdaniach z czasownikami modalnymi. Ewa chce spać, nie chce mi się pisać, mogę cię odebrać z dworca, nie powinnam wychodzić z domu. Niekiedy takie zdanie ustawiało się nieco karkołomnie, jak w słynnym ale im się nie chce chcieć. To wszak ironia poetycka. Bo naprawdę to im się nie chciało, a Ewie tak naprawdę chciało się spać. Czasownik zagoniony przez sąsiednie wyrazy do postaci bezokolicznika, występował w postaci dokonanej. Nie było niczego, co by się wciąż jeszcze działo i pojawiało w bezokoliczniku. Nie mogło było być. Nie znałam więc formy chce mi się iść, ani chce mi się pójść – co oznaczałoby wszak formę dokonaną tyle że w przyszłości. Gdy jednak zaczęłam analizować ten nieszczęsny bezokolicznik w polszczyźnie, uświadomiłam sobie, że nie mam racji, bo pojawia się on też w zestawieniach z wyrazem lubię – nie lubię gotować, lubię spać. Potem przypomniało mi się niemieckie „brauchen”, zapożyczone przez polskich Żydów i tak pięknie uwiecznione przez Tuwima: potrzebował mieć kuzyna… W ogóle niemczyzna. Jest tu takie mam, które łączy się z formą bezokolicznikową, które u poznaniaków przyjęło postać mam leżeć w szafie. W polskim polskim a nie poznańskim polskim brzmiało by to po prostu mam w szafie, mam, jak Telimena, w biórku. A w ogóle to po prostu mam. Podobnie jak po polsku powiedziałabym raczej będę pracowała niż będę pracować. Nie wiem jakie są sztywne reguły lingwistyczne, ale wiem, że dla mnie polszczyzna to język z zasady bez imiesłowów, bez strony biernej, bez rzeczowników odsłownych i bez bezokolicznika. Oczywiście są wyjątki i te się teraz zaczęły mnożyć…

Bezokolicznik czyli wyraz bez okoliczności, bez zaszłości, bez kontekstu. Czysta forma czynności, wydestylowana ze stron i czasów, nie związana z osobą i jej rodzajem. To polska definicja. Ale po łacinie to jednak jest infinitivus czyli, co tu dużo gadać (ach – bezokolicznik!), infinitus – czynność, która się nie kończy i nie jest definitywnie (finalnie zatem) określona, ale na dodatek ma zazwyczaj sześć bezokoliczników.

Biję się z myślami. Bo co ja tu chciałam udowodnić? Że po polsku nie używamy bezokolicznika. I sama sobie udowodniłam, że używamy. A jednak te zdania, które znalazłam na Facebooku w ostatnim czasie są inne niż te, jakie ja bym zbudowała.

Czy ktoś mógłby nam niedrogo wynająć aparaturę nagłaśniającą, samochód i mieszkanie, polecić niedrogą nianię i sprzątaczkę, podać adres niedrogiej restauracji?
W sprawie zapisów do grupy prosimy o skontaktowanie się z administratorem.
Przypuszczam, że nadal pozostanę w tej samej pracy…
W dużej społeczności polonijnej pojawiła się grupka rozrabiaczy…
Chciałabym, żeby jak najczęściej była Pani moim gościem…

No tak, tak bym napisała. Czyli jak? Grzeczniej, pełnym zdaniem, uwzględniając wszystkie warstwy zawartego w danym sformułowaniu przekazu…

Bez sensu, ile czasu zmarnowanego na głupstwa, ile atłasu..

Jestem ciotką na atłasowej kanapie. Mam na głowie kapelusik przetykany fioletowymi wstążkami. Albo nie – siwe włosy starannie ułożone w loczki. Trzymam w ręku porcelanową filiżankę do herbaty. Wyjęli mnie z Downton Abbey.

To ja, Violet Crawley w zielonym czepku i zielonej sukni. Mam za złe.

Cóż, okazuje się, że nie jesteśmy tacy, jak myślimy. Myślałam, że jestem anarchistyczną post-hippiską, a tymczasem jestem po prostu staroświecka. I to bardzo. Ostatnio rozwiązałam jakiś test facebookowy, który określał wiek na podstawie przeczytanych i czytanych lektur. Dowiedziałam się, że moje lektury wskazują, iż mam lat 88!

A jednak przy całym krytycznym nastawieniu do tych okaleczonych i rachitycznych sformułowań, czuję, że kryje się za nimi coś ładnego, ba, prawidłowego. Nie wiem co, męczą mnie więc okropnie. Któregoś dnia wywołują obraz Kanału Raduni w Gdańsku.

Oczywiście znam to miejsce bardzo dobrze, bardzo je lubię. Ulica Na Piaskach, tu mieszkała moja koleżanka Zosia…

Mam! Wiem! Wiem, dlaczego, wiem, co, wiem, kiedy!

Łacina, oczywiście. ACI Ablativus Cum Infinitivo! Mama, która uwielbiała tę formę gramatyczną i z lubością odkrywała ją w angielskim i niemieckim. Mama, która wbijała mi to do głowy, jakby nic na świecie nie było ważne, tylko łacina, a z łaciny ta właśnie konstrukcja zdania. (I Horacy, ale to tak na marginesie). Mama, która nigdy nie poświęcała czasu moim lekcjom i zadaniom domowym, a jedynym wyjątkiem była łacina.

Accusativus cum infinitivo występuje jako dopełnienie czasowników tzw. deklaratywnych i jest odpowiednikiem polskiego zdania dopełnieniowego wprowadzonego przez że lub żeby. Po łacinie byłoby więc

  • Video puellam ire, dosł. widzę dziewczynkę iść, oznacza widzę, że dziewczynka idzie (albo raczej widzę dziewczynkę, że idzie).
  • Volo puellam ire, dosł. chcę dziewczynkę iść, oznacza chcę, żeby dziewczynka szła.

Mama nauczyła się łaciny na tajnych kompletach w gimnazjum, a potem liceum imienia Emilii Plater. Jej nauczycielką była Lidia Winniczuk, jedna z najsłynniejszych polskich łacinniczek, autorka książek o kulturze Greków i Rzymian.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lidia_Winniczuk

Była emancypowaną kobietą. Urodziła się w roku 1904, zmarła w bardzo podeszłym wieku w roku 1993. Wychowałam się na jej Małym Słowniku Kultury Antycznej (wciąż jeszcze mam go mieć), a potem z zachwytem czytałam jej wydaną w ponurym i szarym roku 1983 książkę Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu.

Łacina do dziś budzi we mnie niezdefiniowane i niedefiniowalne tęsknoty za beztroskim czasem, kiedy jeszcze nic nie musiałam i po prostu byłam dobra, ale nie dobra, bo dobra, tylko dobra, bo wszystko umiałam. A już zwłaszcza historię, historię sztuki, literaturę i łacinę. Byłam oczywiście dobra dzięki Mamie, która mi różne rzeczy opowiadała, dawała mi książki o sztuce i kazała się uczyć łaciny. Jak ja tę łacinę wtedy znałam! Byłam dobra nie tylko dla siebie, bo nauczyłam tej łaciny też Zosię, która mieszkała w kamieniczce nad Kanałem Raduni.

I tak się zamykają koła i kręgi na wodzie Kanału Raduni. Bardzo lubiłam chodzić do Zosi i uczyć się z nią łaciny. Co ciekawe, Zosia wcale nie była moją najlepszą przyjaciółką, bo najlepszymi moim przyjaciółkami były Magda, Marzena i Baśka, ale Zosia tak pięknie mieszkała, że do dziś zatyka mnie z żalu i tęsknoty za tym miejscem…

Patrzę zdumiona na to, co właśnie napisałam: z żalu… Z jakiego żalu? Czego mi żal? Szczenięcych lat? Nie. Zosi? Też nie. Nawet nie wiem, jak się potoczyło jej życie. Domku?

Myślałam mieć taki domek?

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój:

W poszukiwaniu prawdziwych świąt Bożego Narodzenia

Autorka była moją ciotką. Słabo ją znałam, ona mieszkała w Warszawie, my – w Gdańsku. Rok temu poznałam się z jej synem i odtąd spotykamy się rodzinnie co jakiś czas, niezbyt często, bo on mieszka w Warszawie a ja w Berlinie. Jan pisze dla nas czasami, a czasami ja piszę o nim. To on mi udostępnił nieopublikowane teksty mamy, z których zaczerpnęłam to wspomnienie.

Helena Balicka-Kozłowska

W poszukiwaniu

…prawdziwych świąt Bożego Narodzenia, to znaczy takich, jakie były w moim dzieciństwie, w domu rodzinnym i których nastroju nigdy nie udało mi się odtworzyć.

Temat to dziwny dla kogoś pochodzącego z domu laickiego i to od kilku pokoleń, bo moi dziadkowie z obu stron, jeszcze w połowie lat 70 XIX wieku zakładali w Warszawie pierwsze kółka socjalistyczne i za socjalizm obaj byli zesłani na Syberię. Rodzice także wierzyli, że socjalizm zapewni społeczeństwom harmonijny rozwój, światu pokój, a ludziom sprawiedliwość społeczną. W moim domu rodzinnym nikt poza służącą nie chodził do kościoła, choć niektórzy domownicy i krewni byli wierzący, ale nie praktykujący. Jednak wigilii Bożego Narodzenia, najpiękniejszego dnia w roku, wyczekiwali wszyscy, nie tylko ja, jedyne dziecko w rodzinie.

00-trzyprababcieipradziadek

Babcia Autorki, Helena (u góry po lewej) i moja prababcia, Eugenia (u góry po prawej) były siostrami (na dole pozostałe rodzeństwo – Felek i Jadwiga)

O tym, że święta Bożego Narodzenia to święta niezwykłe, byli przekonani wszyscy. Pamiętam jak w połowie lat trzydziestych ksiądz zapytał nas na lekcji religii: dziewczynki, jakie jest najważniejsze święto katolickie? – cala czterdziestoosobowa klasa jednym głosem odpowiedziała: Boże Narodzenie. Byłyśmy zaskoczone, że ksiądz uważa Wielkanoc za święto ważniejsze.

Na długo przed świętami przystępowało się do przeglądu starych zabawek choinkowych, wybierało się te, które trzeba naprawić i szykowało nowe. Oprócz nielicznych niewielkich jednobarwnych bombek i szychu, wszystko musiało być zrobione pracowicie w domu. Choinki ubierane tylko bombkami (jak to bywa obecnie nie tylko w sklepach) zawsze przypominają mi jezdnię wykładaną brukowcami (któż zresztą ma dzisiaj takie skojarzenia?). Łańcuchy jako mała dziewczynka robiłam z kolorowego glansowanego papieru, jako starsza głównie z kolorowej bibułki i słomki, z błyszczących papierków od cukierków a po wojnie z kapsli od mleka (wychodziły z nich piękne dzwonki). Łańcuchów musiało być 6-8 odmian. Z wydmuszek, skorupek orzechów, szyszek, słomek, koralików i kartonu powstawały smoki i ryby, rozmaite ptaszki, a także nietoperze i pająki w sieci. Robiło się także różne koszyczki, gwiazdki i wszelkie odmiany niewielkich wiejskich pająków lub innych zwisających ozdób. Na czubku choinki musiała być słomiana, pozłacana gwiazda z długim ogonem, a nie żaden tam szklany szpikulec.

nimfapolilak

Autorka jako młoda dziewczyna

W tym samym mniej więcej czasie przystępowało się do przygotowywania prezentów. Było oczywiste, że sama je musiałam sporządzać. Tak więc dla jednej Babci robiłam rozmaite ozdoby choinkowe i zanosiłam wraz z choinką. Druga Babcia, mama oraz ciotki otrzymywały haftowane serwetki i powłoczki na poduszki na kanapę, własnoręcznie uszyte saszetki na grzebienie lub poduszeczki do igieł. Ojcu chyba niczego nie robiłam sama tylko kupowałam za zaoszczędzone kieszonkowe scyzoryk lub tym podobne. W późniejszych czasach wyspecjalizowałam się w robieniu zakładek do książek w postaci mini-witraży. Ciemny karton podwójnie złożony wycinałam w rozmaite wzory i wewnątrz wyklejałam kolorową bibułką. Na pomysł tych zakładek wpadłam robiąc wraz z kolanek dekorację okien Sali szkolnej, w której odbywały się rekolekcje. Jeśli zaś chodzi o mnie, dawałam oczywiście dorosłym do zrozumienia, co chciałabym otrzymać.

mama-ciotka-hela

Autorka (pierwsza z lewej) i moja Mama (obok niej) były kuzynkami. Na zdjęciu – rodzinne dzieci i goście u dziadków w willi Polanka w Śródborowie

W wigilię św. Mikołaja wysyłałam do niego list, nie pocztą, jak to dzisiaj jest w zwyczaju, tylko wprost do nieba. Przypominam sobie, że przed wojną św. Mikołaj mieszkał w niebie, a nie w żadnej tam Finlandii czy na biegunie. Było to możliwe, bo sprzedawano wówczas baloniki napełnione gazem, a nie powietrzem, które same unosiły się do góry i często w parkach uciekały malcom ku ich rozpaczy. Pamiętam doskonale jak stałam na balkonie III piętra w domu, którego nie ma (dziś przebiega tam ulica Waryńskiego) i obserwowałam unoszący się w noc balonik.

Choinkę, zawsze dużą, kupowało się na środku placu Zbawiciela (tramwaj wówczas okrążał plac) w jakby cudem powstałym zagajniku świerkowo-jodłowym. Choinki sprzedawano wówczas tylko obsadzone na drewnianych podstawkach, a nie leżące bezładnie jak obecnie. Pachniały wspaniale. Dlaczego dzisiaj tak nie pachną?

Drzewko stojące pośrodku dużego pokoju uczyła mnie stroić Kisia, jedna z moich ciotek, zawodowa rewolucjonistka, jak wówczas mówiono, a jednocześnie entuzjastka świąt. Pamiętam doskonale jej rady, wskazówki i przestrogi – drzewko musi stać daleko od firanek. Ubieranie zaczyna się od wieszania jabłek, które jako ciężkie obciągają gałęzie i wyrównują je do poziomu; choinkę ubiera się zawsze od góry; zakładając lichtarzyki trzeba uważać, by świeczki nie znalazły się pod gałązką „wyższego piętra”. Na samym końcu wiesza się łańcuchy – zależnie od ich rodzaju albo spływające ze szczytu albo biegnące falisto z gałęzi na gałąź, bacząc by z daleka omijały świeczki. Żeby wypadało wszystko jak należy strojeniu choinki trzeba było poświęcić bardzo wiele czasu, uwagi i cierpliwości. Dla wykończenia ubierania choinki używać można tylko szychu lub lamety, bo „anielskie włosy” się palą. I wreszcie: gdy choinka jest zapalona nie wolno od niej odchodzić, a wszyscy powinni siedzieć wokół niej albo półkolem. Gdy goście odchodzą, najpierw trzeba pogasić świeczki. I bez instrukcji wiedziałam, że najładniejsze lampki nie zastąpią świeczek (lampki powinny być używane tylko w m miejscach publicznych), bo nie wywołują niepowtarzalnego, świątecznego nastroju. Stosowanie się do tych zasad spowodowało, że nigdy w ciągu 70 lat nie było u nas pożaru choinki.

tustalachoinka

Rodzina na imieninach. W pierwszym rzędzie, druga od prawej  – Mama autorki, a sama autorka z tyłu za nią. Zapewne to samo towarzystwo pojawiało się i w wigilię. A choinka stała być może właśnie tu, w tym narożniku

W wigilię około godziny pierwszej (słowa „trzynasta godzina” używali tylko kolejarze) jadło się kartofle w mundurkach ze śledzikiem, potem było jeszcze wiele krzątaniny i wreszcie zjawiali się wszyscy goście: matka i siostra Ojca (rodzice Mamy już nie żyli) oraz parę samotnych ciotek – półkrewnych albo zgoła „przyszywanych”. Po łamaniu się opłatkiem i składaniu życzeń siadało się do stołu; była zawsze czysta zupa grzybowa z łazankami, smażony karp z kartoflami, pierogi z kapustą i grzybami oraz kluski z makiem; alkoholu nigdy nie było. Po zjedzeniu tych potraw robiło się przerwę. Wszyscy lokowali się wokół choinki, zapalonej i błyskającej zimnymi ogniami i śpiewali kolędy. Intonowała zawsze Niuńcia, moja chrzestna, która z nami mieszkała. Miała świetny słuch, czysty donośny głos, a że pochodziła ze wsi, kolęd znała mnóstwo i wszystkich zmuszała do śpiewania, a ci co nie umieli lub fałszowali, śpiewali cichutko, a głos Niuńci dominował.
W tym czasie ja, jedyne dziecko, rozdawałam prezenty, wyciągając je spod choinki. Potem znów siadano do stołu – była herbata, różne ciasta, mak z miodem i orzechami, bakalie i owoce. Trudno mi to wyrazić słowami, ale najbliższe prawdy będzie stwierdzenie – wszyscy byliśmy szczęśliwi.

***

W tym wspomnieniu nie ma ani słowa o tym, że Boże Narodzenie to wielkie święto religijne. Dla mnie i dla moich bliskich było ono świętem tradycji i wspólnoty rodzinno-przyjacielskiej, ciepła i dobrych uczuć dla każdego.

nasekretarzykuzattykaGdy spotkaliśmy się z Janem w Warszawie w styczniu 2015 roku na jednym z rodzinnych mebli (biurko z attyką, będące ongiś własnością naszej wspólnej praprababki – Pauliny) stały jeszcze w wazonie świątecznie ozdobione gałęzie. Nie pamiętałam o tym, gdy ustawiłam sobie dekorację świąteczną.
Ciekawe – przecież gust estetyczny (a tym bardziej ekologiczny) nie mógł się przenieść przez pięć pokoleń, od połowy XIX wieku do dziś, ale widocznie przetrwały jakieś zasady, które sprawiły, że Jan i ja ustawiamy sobie w XXI wieku podobne pseudo-choinki.

mojachoinka2015

Wojenne wigilie

Andrzej Rejman

Przeglądam dziennik Małgorzaty Hrebnickiej z okresu okupacji (1939-1944). Wynotowuję fragmenty. Znajduję pięknie zachowany notes wydatków domowych.

Fragmenty “Dziennika czasu okupacji” M. Hrebnickiej – pisownia oryginalna.

1939
(…)
13-go listopada
(Hrebniccy wracają do Warszawy po wyjściu z miasta na początku września 1939 po radiowym apelu R. Umiastowskiego, przyp. mój, AR)

Świta. Mijamy Otwock, Wawer. Pod samą Warszawą trzymają nas strasznie długo. Przywożą na dworzec Zachodni. Wynajmujemy furkę na resorach. Sawicki jedzie z nami. Rozstajemy się z Bohdanowiczami. Jedziemy Grójecką, Aleją Niepodległości. Z daleka widzimy Instytut, po drodze kilka domów okropnie zniszczonych. Wjeżdżamy na Rakowiecką, aż niedobrze się robi, podjeżdżamy do Instytutu, nasze okna całe, ale Pciólko mówi, że jakby tam nikt nie mieszka. Podjeżdżamy przed bramkę. Boże! blokada przy naszym mieszkaniu rozbita. (…)
Przez dach głównego Instytutu wpadło 5 granatów, wyrwało wszystkie futryny od drzwi i okien. Na dom spadło 8 bomb zapalających. Do ogródka koło 30. Dwa metry od naszego mieszkania spadła bomba, niszcząc arkadę.
Warszawa poddała się 27-go/IX.

M_Hrebnicka_notes_1939_4

24-go grudnia
Wilja! Mamy grube ryby, karpie. Śledzie, kwasek z uszkami, w których grzybów ilość minimalna, a większa część sucharków, bo grzyby 80 zł. za kg., a więc kupiłam tylko 4 duże. Kisiel kakaowy, kompot, ryż, groch i łamańce. Całkiem wspaniale. Nie spodziewaliśmy się mieć taką porządną wilję, szczególnie siedząc w Biczalu. (chodzi o wrzesień 1939, gdy Hrebniccy po wyjściu z Warszawy dojechali aż na Wołyń, w rej Równego przyp. mój AR)
Na szafce Kazika malutka i milutka choineczka. Kolorowe świeczki. Najedliśmy się, ciepło przytulnie. Jadalny teraz u nas w sypialnym. Jadalny zajęty pod biuro, gdzie Pciólko, Makowski, czasem przychodzi p. Żurawska.
Święta siedzimy w domu.

Na drugi dzień Świąt, t. j. 26-go straszna egzekucja w Wawrze i Aninie. Rozstrzelano koło 120 osób za zamordowanie dwóch Niemców. Podobno brali też z I-szej, II-giej, III-ciej i IV Poprzecznej w Aninie. Umieramy z niepokoju. (Tam właśnie mieszkała rodzina Tyszkiewiczów, kuzyni Hrebnickich, przyp. mój, AR) Na koniec Julcia jedzie 3-go na wywiad. Tyszkiewicz uratował się wprost cudem, już go prowadzili na rozstrzelanie, ale ponieważ sprawdzali przedtem dokumenty, a on miał niemiecki dokument, zwolnili go!

M_Hrebnicka_notes_1939_3
1940
(…)
28-go listopada
Byłam na pokazie gotowania w Związku Pań Domu (Nowy Świat 9). Jadłam prażuchę i kluski. Kupiłam 10 arkuszy przepisów.
Jakiś czas człowiek jest spokojny, wszystko wydaje się snem, albo już nie takie strasznym. Aż tu znowu wstrząs wyprowadza z równowagi i każe przypomnieć sobie koszmarne i potworne czasy, w których żyjemy. Kolega Julci z IF-u nie żyje. (Prawdopodobnie Instytut Fermentacyjny na Krakowskim Przedmieściu w W-wie, gdzie Julia Hrebnicka dostała pracę, przyp. mój AR) Matka otrzymała zawiadomienie, że może wziąć prochy syna za przesłaniem 12 złotych… Czyn niczym nieusprawiedliwiony, nawet wojną.

29-go listopada
Życie jest wiecznym oczekiwaniem czegoś, co ma stać się jutro…. Tak w dobre czasy człowiek żył wciąż przyszłością, jutro będzie to, owo, pojutrze trzeba zrobić to, popojutrze pójść tam, za tydzień jakieś egzamin, wizyty u doktora, zebrania w szkołach, tam jakiś odczyt, sprawunki, smażenie konfitur, kino, teatr itp. Teraźniejszość wymykała się jak woda przez palce, płynęła w przeszłość, do której zwracało się czasem wspomnieniami, tęskniło, ale rzadko. Teraz, gdy się drży o jutro, które jest tak niepewne, a może wręcz okropne, żyje się teraźniejszością, napawa sie człowiek tymi chwilami, które są względnie spokojne w zacisznym, ciepłym pokoju, wśród szklanek, kubeczków, talerzy i kupy książek na końcu, które są do przeczytania, zeszytów, do których zapisuje się to i owo, pudełka do roboty. Czasem rzut pamięci w przeszłość, wspomnienia złe i dobre, ale na krótko. Przeważa chwila teraźniejsza.

30-go listopada
”Natura, która nie znosi próżni fizycznej, czyżby znosiła taki bezsens moralny, jak bezużyteczne dręczenie niezliczonych miliardów istot? …Poza świadomością zmysłów naszych tworzy się w przestrzeni i czasie dzieło jakieś olbrzymie i doskonałe, dla którego potrzebne są jakieś istnienia, cierpienia, umierania, a także – i może nade wszystko – nasza doskonałość”…Tak mówi Orzeszkowa. A może i tak.
(…)
(brak wpisu o Wigilii, może była zbyt smutna… Przyp. mój, AR)

M_Hrebnicka_notes_1939_2

1941

(…)
19-go grudnia
Katastrofalnie przedstawiała się u nas sprawa z kartoflami, a tymczasem nadeszły z Tęczynka i Starachowic. Mamy więc koło 6 metrów!
Zima zapowiada się łagodna. Coś jakby przedwiośnie. Miłosierdzie Boże nad biednymi ludźmi. W Moskwie o tej porze bywały już porządne mroziki i śnieg, jak i chałwa na ulicy. Dzisiejszy dzień – dzień początku ferii świątecznych.
Przed oczami ulica Sretenka u wylotu baszni Sucharewa.

basznia_suchareva(Autorka spędziła wczesną młodość w Moskwie, tam wzięła ślub w 1912 roku. Wspomniana Baszta Sucharewa została zburzona w latach trzydziestych XX w., przyp. mój, AR)* W sklepiku kartonaże na choinkę, między innymi srebrne lampki z czerwonymi i szafirowymi szkiełkami z żelatynowego papieru. Zapach mrozu i śniegu, choinek.

24-25 – go grudnia
Na wilii byliśmy w Aninie. Było bardzo miło, przytulnie, gościnnie, serdecznie. W domu byłoby zbyt ubogo i ciężko.
3-cia wigilia – data niewesoła. Człowiek rad teraz zbiera się do kupy ze swymi. Była i ryba i rozmaite słodkie ciasta. Przenocowaliśmy. Śliczna choinka. Na gwiazdkę dostaliśmy mydło, kawałek boczku, kiełbasy, pończochy (Julcia), notes (Kazik), kawę z Portugalii. Oprócz tego ciocia Mania obdarowała mnie jeszcze jedną parą butów, te będą dla Julci, a poprzednie dla mnie. Kazikowi dała sportowe Wujaszka, obdzieliła bochenkiem domowego chleba, pojechaliśmy do domu obładowani wielce. A na obiad był kocioł z bigosem, pomidorowa zupa z ryżem (!) i czarna kawa z ciastem.

27-go grudnia
Wczoraj byliśmy u Mani na Bielanach. Było smutno, a od wódki wesoło, a od wódki z piwem mdliło. (…) Tramwaj szedł okropnie, musieliśmy się przesiadać i ledwo na 10-tą byliśmy w domu. (Godzina policyjna obowiązywała od 22.00, przyp. mój, AR)

28-go grudnia
Miał przyjść Zdziś i Aciowie, przyszedł Gaweł i Lunia. Przyszykowaliśmy stół z nakryciem na 9 osób. Sałatka, galaretka ze skórek wieprzowych, tort kartoflany i ciasteczka pieczone na patelni (tort też).

* Basznia Suchareva, widok od ul Sretenka, źródło: http://moskva.kotoroy.net/histories/10.html
Niezwykłej architektury budowla – (ros. Сухарева башня) była jednym z najbardziej znanych zabytków i symboli Moskwy aż do jej zniszczenia przez władze sowieckie w 1934 roku, Wybudowana w stylu barokowym w latach 1692 -1695 z polecenia cara Piotra Wielkiego dla upamiętnienia jego tryumfu nad siostrą Zofią. Wieża została nazwana na cześć Sukhareva, którego pułk poparł cara. Nie była to twierdza , ale raczej uroczysta brama do miasta .

M_Hrebnicka_notes_1939_1
1942

(…)

1-go grudnia
A otóż wczoraj i dziś przepalili trochę. Kaloryfery ciepłe. (w 1942 roku w budynku Instytutu Geologicznego były i działały czasami kaloryfery!!! przyp. mój, AR). Radosna niespodzianka. Mają palić po trochę o ile mróz będzie, aby kaloryfery nie popękały. Trochę raźniej na duszy. Otrzymaliśmy paczkę z Raju – groch i pierniki grochowe. Wicher straszliwy. Julcia kupuje dla Kazika masło, bułki, mięso, wpłaciła za niego do szkoły, bardzo poczciwa i na nas tyle na chleb wydaje i słoninę kupuje, a nic, nic dla siebie.

2-go grudnia
1° ciepła, w mieszkaniu 8° R. (skali Réamura używano przed wojną – 1°C odpowiada 0,8° w skali Réaumura. Przyp. mój, AR) Takiej temperatury nie mieliśmy jeszcze jak mieszkamy tutaj. Julcia nakupiła bułek, każdemu po bułce. Z Raju znowu paczka – groch i kawałeczek wędzonki.

4-go grudnia
-8°, ale kaloryfery ku naszej wielkiej radości są ciepłe. (…)
11-go grudnia
Przecudowny dzień, rozsłoneczniony, +15° R na słońcu. A na duszy nieznośny ciężar wojny… (…)

13-go grudnia
Byłam u Baniewiczowej. Obdarowała mnie hojnie: margaryna (ponad kilo), mąka i melasa na piernik świąteczny. (…)

15-go grudnia
(…) Ważę 52 kg. To znaczy od ostatniego ważenia przybyłam 5 kg. A tłuszczu mamy o wiele mniej, chyba w 10 razy mniej niż 2 lata temu, a także prawie zupełnie cukru, a więc albo człowiek przystosował się już do pewnych braków w odżywianiu, albo tuczą kartofle i chleb Julci. Wątroba kosztuje już 60 zł. kg.!

17-go grudnia
Ciekawie zapisać przebieg dnia całego. Wstaję przed 5-tą i biorę się za gotowanie zacierki. Julcię budzę o 5-tej, Stasia i Kazika o 6-tej. Rozchodzą się wszyscy do pracy, a my z niańką z apetytem zabieramy się za zacierkę. Sprzątam i ubieram się. O wpół do jedenastej idę po zakupy. Robi się obiad. O 12-tej Papciólko przychodzi ze swoją zupą i dzieli się z obecnymi. Potem jemy swoją zupę, jak przychodzi Kazik, czasem jest już i Julcia. O 5-tej przychodzi Papciólko i jemy z nim razem drugą potrawę. Kolacja – gotowane kartofle w łupinach lub bez ze skwarkami – bodaj że najprzyjemniejsza część dnia. Wszyscy jesteśmy razem, przegląd dnia, wymiana zdań, dzielenie się wrażeniami i tym co było za cały dzień. Szkoda, że trwa to krótko, bo wszyscy są pomęczeni, najedzeni i chce się spać. W obawie przed alarmami prawie się nie rozbieram. Często przed spaniem łata się i ceruje. Czytać prawie nie ma kiedy. Na kolację Papciólko robi codzień kisiel – z berberysu, w piątek z mleka przydziałowego, z dodaniem olejku migdałowego i z różnych innych zapachów olejkowych. Oprócz tego Papciólko powstawiał szyby w oknach wewnętrznych (szkła do fotografii). Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego!

(…)
Już druga połowa grudnia. Z ulgą obrywa się kartki kalendarza, każdym dniem bliżej do końca wojny. Śmiem wierzyć, że to nastąpi w roku 43-im.

18-go
Jakąś śliczną widziałam kość szpikową! Cud! Kosztowała 5 zł. Nie miałam tyle, aby ją kupić. Trzeba było kupić proszek do zębów, herbatę i już na obiad zostało tylko, tylko. Dobrze trzeba nakręcić głową, obliczyć, przerachować, bo Papciólko wydziela skąpo, a tu takie zawrotne ceny wszystkiego!
(…)

20-go
(…) Wciąż jest ciepło, mrozu nie ma, chociaż noce wyiskrzone księżycem. Już zaledwie kilka kartek dzieli nas od Nowego 43-go Roku. Pokładam w nim wielkie nadzieje! Na stole leży kilka zerwanych kartek kalendarzowych, rozwiane jak liście jesienne, a każdy taki dzień zawierał i niepokój i udrękę i niepewność jutra, a ileż takich było za cały rok! Jednak czas zawsze leci, i to jedyne szczęście, bo co by było, żeby się wlekł? Z Raju paczka – pszenica i grzyby.

24-go
Dziś minęły 3 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni od początku wojny! Wilję urządziliśmy w Aninie. Wszystko było jak należy – wspaniała tłusta ryba, kisiele, reszta, śleżyki z makiem, kompot, makowiec, pierniki i ciastka. (…) Nastrój był na ogół smutniejszy niż w roku zeszłym… (…)

25-go
Spaliśmy rzetelnie, od 11-tej do 8-ej, było ciepło. (…) Pochmurno i mrozu wciąż nie ma. (…)

28-go
-7°. Choinkę mamy w tym roku bardzo mizerną i obskubaną, kosztowała 20 zł. a mniejsze nawet były po 40-50 zł. Świeczek kupiło się 5. Ubogo, bo nawet świecidełek jest mniej niż zawsze, potłukło się i już mało zostało. Kazik mówi, że to ostatnia wojenna choinka, a no zobaczymy. Wygra ode mnie może 1 kg. czekolady. Daj Boże!

Malgorzata_Hrebnicka_ok_19391943
(…)

X
12-go
Jest w pół do 7-mej rano. Kazik już wyszedł. Z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej stoję przy oknie – „od wszelakich złych przygód masz go zachować”.

Dnieje, ale jeszcze szaro, jest pochmurno, tylko na wschodzie rozbłysnął pas złocisty. W górze wśród szarych chmur błyszczy gwiazdka, ale chmury ją wkrótce przesłaniają. Boże mocny, ześlij ludziom opamiętanie i rychły koniec wojny, a jeśli tak ma być, niech zabłyśnie jeszcze ta gwiazdka, jako zapowiedź lepszego jutra. Z utęsknieniem spoglądam na szare niebo. – Wśród szarej waty chmur jaśnieje gwiazdka przeczysta, jak objawienie. Otucha wstępuje w serce. A może… Daj Boże!. (…)

15-go
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. Śpię koło 4-ch godzin i nic. Wstawać trzeba z racji słabego dopływu gazu o w pół do 5-tej. Jemy co dzień z rana zacierkę, lub owsiankę zaprawioną grzybkiem, do tego spuszczane kartofle, przesmażona cebulka. Na obiad zupa ze stołówki mieszana z instytucką, 2-ga potrawa też ze stołówki, czasem do tego mięso. W niedzielę swój obiad, zupa – grochówka lub jarzynowa, fasola lub kasza. No i jakoś żyjemy. A obok w koszarach (niemieckie koszary na ulicy Rakowieckiej nieopodal Instytutu Geologicznego, zajętego przez Niemców, przyp. mój, AR) gęgają gęsi i pobudzają do marzeń o chrupiącej gęsiej skórce… Ale rzeczywistość jest odgrodzona kolczastym drutem… Wieczorem jak zwykle kartofle gotowane, do tego skwarki na konfiturowych spodeczkach rozdzielanych nam z całym pietyzmem przez Papciólka.
(…)

19-go
Pierwsza noc od dłuższego czasu wyiskrzona gwiazdami i półksiężycem. Alarm od 1-szej do 2-giej. Schodziliśmy do schronu, było nas mało, bo alarm był słaby i nie wszyscy słyszeli. (…)

22-go
Silny wiatr, a słońce, wschodząc zabarwia płomienno-różową pożogą południowo-wschodnią część nieba, pokryło szyby różowym matem. Julcia przyniosła z biura puszkę konserw mięsnych i suszonej ryby. Przedtem dali jeszcze mrożone żółtki. Papciólko robił piernik.

24-go
Wigilia! W domu, u siebie. Świat zapuszczony śniegiem. Zadymka, słońce zawieszone jak opłatek, blade, bezpromienne. Dopiero rozjarzyło się, kiedy chodziłam po obiad. Dźwigałam 4 rondle i Papciólko mnie spotkał. Obiad – barszcz i kluski z makiem. Na pierwszy dzień dali bigos, na drugi flaki. Mamy dwie milutkie choineczki (za 20 zł. i za 8 zł). W czasie wilii rozweseliliśmy się po 6-ciu kieliszeczkach. Na zakąskę mieliśmy po bułeczce i stynki marynowane. Potem kwasek grzybowy z uszami, ryba smażona (dorsz suszony) z kapustą kwaśną, pszenica, kisielek żurawinowy, kompot z jabłek suszonych i łamańce. Potem piliśmy herbatę głogową z bułeczkami. Spokojnych Świąt!

25-go
Śliczne śnieżno-białe Boże Narodzenie. Lekki mrozik. Cisza zdaje się potęgować lekką mgiełką. Słońca nie ma. Julcia jeździła do Anina. Przywiozła jabłek. Cały dzień upłynął pod znakiem żarcia. Dojadaliśmy resztki wigilijne, do tego bigos i konina z fasolą. (…)

***
Mój komentarz – Autorka stara się odnaleźć w każdym dniu jakiś promyk nadziei. Mimo oczywistych trudności (uderzające jest, jak wiele czasu poświęca sprawom aprowizacji) sytuacja rodziny Hrebnickich (mimo kilku momentów “krytycznych” opisanych w innym miejscu “Dziennika”) aż do wybuchu Powstania Warszawskiego była względnie stabilna (jeżeli w ogóle można mówić o stabilizacji podczas wojny) . Okupant po zajęciu w 1939 roku Państwowego Instytutu Geologicznego PIG (podczas okupacji pod zarządem niemieckim – jako filia urzędu niemieckiego – Amt für Bodenforschung), pozostawił w nim wielu pracowników przedwojennego Instytutu, zezwalając na przebywanie w dotychczasowych mieszkaniach i zlecając różne prace terenowe lub kartograficzne dotyczące obszaru GG, czyli de facto mogącymi stanowić także wartość dla powojennej Polski. Przekaz rodzinny mówi, że St. Hrebnicki starał się je tak traktować i wykonywać.
Losy pracowników PIG-u były zresztą bardzo różne, np Arnold Makowski (1876-1943) – geolog, specjalista geologii złóż węgla, paleontolog oraz inżynier górniczy – podczas okupacji był nadal zatrudniony jako geolog w prowadzonym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. Napisał w tym czasie pracę o węglach brunatnych w Środkowej Polsce, opublikowaną pośmiertnie przez PIG w 1947 roku. Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu prof. R. Brinkmanna doprowadziły do ciężkiej choroby serca i śmierci.
Mąż autorki Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki (1888-1974) podczas okupacji niemieckiej prowadził m.in. badania złóż rud żelaza pasma tychowskiego w rejonie Starachowic (1940), a w latach 1943-1944 wykonywał zdjęcie geologiczne na zachód od Krakowa, w rejonie Dębnika i Zabierzowa, aż do Wisły.
Z kolei inny geolog – Józef Zwierzycki (1888-1961) – profesor, badacz Archipelagu Malajskiego i Nowej Gwinei. Był konsultantem i rzeczoznawcą Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Wyższego Urzędu Górniczego. II wojna światowa zastała go w stolicy, gdzie na polecenie dyrektora Karola Bohdanowicza pospiesznie zabezpieczał mienie i archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego. Został aresztowany nocą z 28 na 29 kwietnia 1941 roku i osadzony na Pawiaku. Później przewieziono go do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywał do 3 lipca 1942 roku. Stamtąd został przeniesiony do Niemiec i od tej pory, jako więzień polityczny, pełnił funkcję tłumacza w Niemieckiej Służbie Geologicznej (Reichsamt für Bodenforschung). Wysłany pod eskortą do Warszawy w końcu lipca 1944, uciekł w Krakowie, gdzie ukrywał się aż do stycznia 1945. Od razu po wyzwoleniu Krakowa zaczął wykładać wulkanologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie geologię naftową na Akademii Górniczej.

***

PS. Przygotowywałam wpis na wigilię z moich archiwów rodzinnych – a mianowicie z maszynopisów cioci Heleny Balickiej-Kozłowskiej. Znalazłam tam fragment, który chyba lepiej pasuje tutaj:

W czasie wojny wigilia była smutna, skromna i mimo kolęd cicha, deklamowało się wiersze wojenne. Było nas niewielu, Babcia już przeszło 80-letnia nie wychodziła z domu, jedna z “przyszywanych” ciotek była w getcie, stryj – oficer– błąkał się gdzieś po Bliskim Wschodzie. Ci krewni, którzy z nami spędzali wigilię musieli oczywiście u nas nocować, bo godzina policyjna była wcześnie. Dla oszczędności zamiast dużego świerka kupowało się malutką sosenkę lub tylko kilka dużych gałęzi świerkowych, które rozłożyście mocowałam na ścianie i ubierałam w maleńkie bombki, świeczki i szych.

W roku 1943 zabrakło Ojca, który był w Oświęcimu. Oczywiście talerz i krzesło na niego czekały i mówiło się tylko o Nim…
Po wojnie Ojciec nam opowiedział o tej wigilii w Auschwitz-Birkenau. Urządzili ją z produktów przysłanych w paczkach, siedzieli wokół gałązki choiny wetkniętej w butelkę, łamali się chlebem. Niesamowite było, jak wspominał Ojciec, że gdy oni śpiewali  “Cichą Noc”, z pobliskiego baraku słychać było “Stille Nacht”, śpiewaną przez Niemców.

Wigilię 1944 roku spędzałam w Zakopanem na Olczy, gdzie odwiedziłam przyjaciół wysiedlonych z Warszawy. Do wieczerzy zasiedliśmy z rodziną gazdów. Dziwne, ale nie pamiętam szczegółów owej odmiennej wigilii. Zapamiętałam tylko to, że po kolędach gazda wywołał nas na dwór w roziskrzony gwiazdami śnieg i powiedział, słuchojcie panie jak góry śpiewają. I rzeczywiście śpiewały – może góry, może las a może potoki.

1922 – rocznik tragiczny

Kazik Hrebnicki pojawiał się już we wpisach Andrzeja, gdy była mowa o jego siostrze Julii, łączniczce z Powstania Warszawskiego. Dziś wpis o nim samym.

Andrzej Rejman

Na wszystkich cmentarzach wojennych łatwo zauważyć, że duża część poległych to młodzi chłopcy.  W ostatniej wojnie była to młodzież urodzona w latach 1920-1924. Dotyczy to także cmentarzy niemieckich – zwłaszcza uderzające jest to na cmentarzu pod Mławą (który odwiedziłem kiedyś przypadkowo) – w Mławce, gdzie leżą m.in. polegli w 1939 roku w bitwie pod Mławą właśnie.

4_Kazimierz_Hrebnicki_ok_1926_Boze_NarodzenieW mojej rodzinie w 1922 roku urodził się Kazimierz Hrebnicki, którego los potwierdza tragizm tamtego pokolenia.

Kazik Hrebnicki mieszkał do wybuchu Powstania Warszawskiego z siostrą Julią i rodzicami w budynku Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, przy ulicy Rakowieckiej 4.

Kazik Hrebnicki, Boże Narodzenie, ok. r. 1926

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ul. Kazimierzowskiej 60.

Znalazłem w archiwum rodzinnym jego zeszyty szkolne z tego okresu i zdjęcie klasy piątej, rok szkolny 1933/34

1_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_1

1a_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_2_rewersNa odwrocie podpis:

“Zdjęcie V oddziału szkoły powszechnej No 33 1933/34

rząd I od dołu od strony lewej: Piotrowska, Sobocińska, Zagańczykówna, Lisicka, Rymbalska, Kaowska, Senatorówna, x, Czerwińska, x, x,

rząd II – x, Bogacka, Rolewicz (śpiew) Pikulski (kierownik), Dobiszewska (wychowawczyni), Domagalski (gimnastyka), x, Buczyńska, Krakowiakówna, x

rząd III – Hrebnicki, Chincz, Makowski, Łagowski, Organiściak, Filipiak, Tajbert

rząd IV – Mieczkowska, x, Wrona, Dwornik, Masiak, Siejka, Kornacki, Wróblewski, Rychter, Prokopowicz, Szmit, Kęsicki,

u góry: Studencki, Rudziński, Kacperski, Wojdat, Dąbrowski

w środku: p. Perkowska (roboty) ” stempel: Foto ARTOS, Puławska 35 Warszawa

Nie sądzę, aby ktokolwiek ze zdjęcia żył jeszcze. Ale może???

 2_swiadectwo_Kazimierz_Hrebnicki_Szkola_Podstawowa_klasaŚwiadectwo szkolne Kazimierza Hrebnickiego z klasy szóstej tejże szkoły

Po ukończeniu szkoły podstawowej Kazimierz Hrebnicki uczęszczał do Gimnazjum im. Edwarda Rontalera przy ulicy Polnej 46a. Miał niedaleko, wystarczyło przejść przez Pole Mokotowskie, na którym z okazji świąt państwowych odbywały się parady wojskowe.

Budynek szkoły przy ul. Polnej 46A stoi do dziś. Na jego ścianie znajduje się tablica poświęcona Edwardowi Rontalerowi, ufundowana w 1936 r. o następującej treści: “EDWARD-ALEKSANDER RONTALER 1846-1917 / POWSTANIEC 1863 R. / WYCHOWAWCA I PRZYJACIEL MŁODZIEŻY / W OKRESIE NIEWOLI TWORZYŁ SZKOŁĘ DUCHEM POLSKĄ / W 40 TĄ ROCZNICĘ JEJ ZAŁOŻENIA WDZIĘCZNI UCZNIOWIE / 1936.”

3_podrecznik_do_nauki_zawodu_szkola_okupacyjna_K_HrebnicW czasie okupacji był uczniem Prywatnej Szkoły Rolniczej II stopnia inż. Stanisława Wiśniewskiego przy ulicy Pankiewicza 3. (jej nazwa niemiecka wtedy to: Priv. Landwirtschaftliche Fachschule von Ing. St. Wiśniewski).

Niemcy zalegalizowali w Warszawie częściowo szkolnictwo średnie zawodowe (w niektórych zawodach rolniczych i rzemieślniczych) – i korzystając z tego szkoła ta brała udział w tajnym nauczaniu prowadzonym w różnych miejscach przez profesorów warszawskiej SGGW.

Oficjalnie uczono się głównie z książek niemieckich – jedną z nich mam do dziś –

Kazimierz Hrebnicki brał udział w konspiracji, mając za dobry wzór swoją starszą o siedem lat siostrę Julię, późniejszą łączniczkę KG ZWZ i “Radosława”.

Zginął rozstrzelany pod Skierniewicami przez żandarmerię niemiecką 18 sierpnia 1944 roku.

5_Kazimierz_Hrebnicki10

Kazik Hrebnicki uczeń

 

 

 

 

 

 

 

 

6_Julia_i_Kazimierz_HrebniccyKazik Hrebnicki z siostrą Julcią

 

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Mgły i chłód…

Andrzej Rejman

Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.

Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.

Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele  wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.

31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.

Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:

“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!

Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”

* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.

Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.

O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.

https://youtu.be/McHhJuFflYw

***

Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)

(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)

Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.

Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.

W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.

Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.

W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.

W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.

W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.

K_Stankiewicz_w_obozieKazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).

Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.

W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.

Zmarł 30 lipca 1973 roku.

papierosnica_recznie_wykonana_przez_Kazimierza_StankiewiNa papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Stankiewicz_Perepeczko_Wazynski

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)

Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.

W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.

24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.

10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.

Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.

Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.

źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej

Roman Brodowski

Echo Wołynia

W tym roku maj był wyjątkowo ciepły i piękny. Po raz pierwszy od wielu lat natura obdarzyła nas tak wielkim bogactwem kwiecia, ptactwa i słońca jednocześnie. Za oknami kwitły kasztany, moje ulubione krzewy liliowego bzu,  a na trawniku obok domu kąpały się w słonecznych promieniach żonkile, stokrotki i spóźnione, ostatnie tulipany. Nawet ptaki, pogubiwszy się w tej pogodzie, wcześniej niż zwykle rozpoczęły godowe trele. Takie wiosny zdarzają się bardzo rzadko.

Osobiście pamiętam tylko jedną tak piękną i tak romantyczną jak ta. Było to w 1939 roku, a więc krótko przed rozpoczęciem wojny. Jednak, w tamtym jakże odległym już dzisiaj czasie, moje pojęcie piękna miało zupełnie inny wymiar. Byłam młodą, atrakcyjną dziewczyną, szukającą swojego miejca, swojego szczęścia na ziemi. Wypełniona marzeniami, zakochana w poezji, przytulałam każdy otrzymany od chłopca kwiatek do ust, a w każdym promyku słońca odnajdowałam nadzieję na spełnienie moich dziewczęcych pragnień. Wsłuchiwałam się w rodzącą się do życia przyrodę, w śpiew ptaków, w szumiący w gałęziach drzew wiatr i w szmer przepływającej leniwie przez Zdołbunowo rzeki. Wówczas jeszcze nie wiedziałam że moją biologczną wiosnę, tak szybko, bez okresu przejściowego, przerwie upalne lato kilkuletniej pożogi. Może właśnie dlatego tę wiosnę, ostatnią wiosnę wolności, a co za tym idzie ostatnią wiosnę mojego beztroskiego dzieciństwa, wspominam szczególnie.

Korzystając z tej wymarzonej na spacery pogody, postanowiłam wybrać się na długi rekonesans po moich spokojnych uliczkach wciąż jeszcze restaurowanych Zbrosławic.

Szczerze mówiąc od wielu dni obiecuję sobie wypad do jedynej na naszym osiedu, księgarni. Zbiża się czas zakupu kolejnej książki z serii „Historia polskiej literatury”. Tym razem powinno ukazać się wznowienie „Lalki”, a przyznam, że od wielu lat nie czytałam tej powieści. Nawiasem Prus jest jednym z moich ulubionych pisarzy.

Po przekroczeniu progu księgarni, ze smutkiem stwierdziłam (nie po raz pierwszy), że ta najwierniejsza przyjaciółka człowieka, książka, ta drukowana, od wieków towarzysząca nam skarbnica wiedzy, rozrywki i przygody, ta pachnąca celulozą i farbą drukarską mądrość, powoli odchodzi do lamusa. Wynalazek Gutenberga ustępuje, wypiera go, coraz szybciej, elektronika. Dobrze, że ten jeden z największych wynalazców naszej epoki nic nie wie o schyłku swojego dzieła, pomyślałam. Półki wypełnione po sufit tysiącami czekających na kupca woluminów, a sklep prawie pusty.

Rozejrzałam się dookoła. Po lewej stronie od drzwi stały dwa potężne regały z napisem „Literatura Polska”. To pewno tu, pomyślałam. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu „Lalki”. Obok stał czterotomowy komplet książek w pięknej, przykuwającej wzrok, obwolucie. „Bolesław Prus – Dzieła wybrane”. Nie namyślając się długo, (zwłaszcza, że cena kompletu była adekwatna do moich finansowych możliwości), postanowiłam kupić wszystko za jednym razem.

Zapłaciłam i wychodziłam już, gdy wzrok mój przyciągnęły leżące na stole albumy. Na jednym z nich widniało słowo Wołyń. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Z bijącym sercem zbliżyłam się do stołu i powoli, z niedowierzeniem zaczęłam czytać, „Wołyń naszych przodków. Śladami życia – Czas zagłady”. Zamarłam. W jednej chwili przed oczyma przemknęło całe moje dzieciństwo, moja młodość, moja radość i mój dramat.

– Czy mogę w czymś pani pomóc? – usłyszałam ledwo dochodzący do mojej świadomości głos. – Czy pani się źle czuje? – pytał ktoś z boku, potrząsając mną delikatnie. Ocknęłam się. Obok stała młoda dziewczyna – ta sama ekspedientka, która kilka minut wcześniej obsługiwała mnie przy kasie.

– Nic mi nie jest. Dziękuję drogie dziecko – odpowiedziałam – To tylko ten album. Tyle lat czekałam na tę chwilę, tyle lat modliłam się o to, by ktoś głośno zaczął mówić o wołyńskiej ziemi, by ktoś upomniał się o historyczną pamięć ofiar polskiego narodu. Pragnąłam, by ktoś wydobył spod ziemi na światło dzienne tę gorzką prawdę o zbrodni ludobójstwa dokonanej na bezbronnej ludności Wołynia, Polesia, Galicji.

– Pani stamtąd pochodzi? – zapytała sprzedawczyni. – Pani musi stamtąd pochodzić – powtórzyła, po czym nieco zmieszana odeszła, pozostawiając mnie sam na sam z czekającym otwarcia albumem. A ja…, położywszy na stół nabyte wcześniej książki, delikatnie uniosłam tę poświęconą mojej ziemi księgę.

I wtedy zauważyłam spadające na stronę tytułową, przezroczyste jak kryształ, kropelki. Tak, to były moje łzy. Dla mnie album ten był jak dzieło sztuki, prawdziwy obraz mojej utraconej, małej ojczyzny, moim sacrum.

Kremowobiała obwoluta, duży format, kredowy papier i masa zdjęć, zarówno z tamtego czasu jak i dzisiejszych, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Prawdziwym cudem tej książki były mapki wołyńskich powiatów, ukazujące w najdrobniejszych szczegółach wszystkie, nawet najmniejsze miejscowości, pojedyncze domy stojące pośród brzemiennych w porze żniw pól, przydrożne, od dawna nieistniejące już kapliczki i drogi prowadzące do zmurszałych już dziś domostw.

Tak- dla kogoś, komu słowo „Wołyń” brzmi jak modlitwa, album ten jest świętością, która pomaga w powrocie do przeszłości, do tamtych, jakże tragicznych dla naszego wołyńskiego narodu, czasów.

Co prawda nie urodziłam się na tej wyklętej i częściowo dzisiaj zapomnianej przez wielu rodaków ziemi i nie płynie w mojej krwi rodowe przywiązanie do niej, ale pomimo to jest moją wielką miłością, najpiękniejszą częścią mojego życia, jest moim dzieciństwem.

Kiedy obładowana wracałam do domu, słońce powoli skłaniało się ku zachodowi. Zapach przesyconego wiosennym wiatrem powietrza i stojące przy wybrukowanej drodze kasztany, obok których przechodziłam tysiące razy, dzisiaj wydawały mi się jakieś inne, dziwnie znajome treścią innej epoki. Nawet mijający mnie przechodnie, których znam, wydawałoby się, od zawsze, pozdrawiający mnie przyjaznym „dzień dobry”, nagle stali się nierozpoznawalni i obcy. Byli obok, a jednocześnie gdzieś bardzo daleko, w jakimś innym czasie. Niby tacy jak zawsze, mili, życzliwi, wtopieni w scenografię mojego życia, a jednak nieodkryci i tajemniczy.

Ja także, mimo osiemdziesięcioletniego doświadczenia, poczułam się o kilkadziesiąt lat młodsza, piękniejsza i jak wówczas, przed wojną,romantycznie naiwna. Czułam, że ten ciężar, który dźwigam w torbie, ten album sprawił, że, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przed oczyma mojej wyobraźni, ponownie ukazał się świat tamtej młodej dziewczyny, cudowny obraz przedwojennego Wołynia.

Zmęczona i nieco już głodna dotarłam do mieszkania. W progu, pomrukując, przywitał mnie, zniecierpliwiony moją długą nieobecnością, stary przyjaciel, kot.

Feliks mieszka z nami od dziesięciu już lat. Pamiętam dzień naszego pierwszego spotkania. Było to wczesną wiosną, bodajże na początku marca. Na dworzu było jeszcze chłodno, ale na gałązkach rosnącej nieopodal naszego domu wierzby pojawiły się srebrzyste bazie.

Jak zawsze rankiem udałam się do pobliskiej piekarni, po świeże pieczywo. Wracając z zakupami, ujrzałam leżącą pod drzwiami małą szaroczarną kuleczkę. To był on, skulony, trzęsący się z zimna mały kotek. Patrzył na mnie smutno. W jego zielonych oczach była samotność, było cierpienie i prośba, taka prawdziwa, szlachetna prośba o przytulenie. Wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć Podniosłam go z ziemi i włożywszy do wielkiej kieszeni palta zaniosłam do mieszkania.

Na początku myślałam o tym by go ogrzać, nakarmić i przetrzymać kilka dni, do momentu aż się na dworzu ociepli, ale już następnego dnia wiedziałam, a właściwie wiedzieliśmy wraz z wnukiem, że kot zostanie z nami.

Co prawda pomysł ten nie bardzo przypadł do gustu mojej córce, ale z czasem i ona przywykła. Teraz kot jest już stałym członkiem naszej rodziny.

Spojrzałam na wiszący w przedpokuju zegar. Dochodziła szesnasta. Kot kręcił mi się między nogami, a ja, zajęta przygotowywaniem obiadu dla córki i wnuka, wracających o siedemnastej z pracy, z niepokojem zerkałam w kierunku sypialni. Nie mogłam zapomnieć o leżącej na łóżku lekturze, o czekającej tam na mnie wieczornej przygodzie, o możliwości powrotu do wciąż żywej tęsknoty, jaką jest ziemia wołyńska, żyzne pola okaljące Równe i zielone przestrzenie mojego małego Zdołbunowa.

                                                               Ciąg dalszy nastąpi