Wojenne wigilie

Andrzej Rejman

Przeglądam dziennik Małgorzaty Hrebnickiej z okresu okupacji (1939-1944). Wynotowuję fragmenty. Znajduję pięknie zachowany notes wydatków domowych.

Fragmenty “Dziennika czasu okupacji” M. Hrebnickiej – pisownia oryginalna.

1939
(…)
13-go listopada
(Hrebniccy wracają do Warszawy po wyjściu z miasta na początku września 1939 po radiowym apelu R. Umiastowskiego, przyp. mój, AR)

Świta. Mijamy Otwock, Wawer. Pod samą Warszawą trzymają nas strasznie długo. Przywożą na dworzec Zachodni. Wynajmujemy furkę na resorach. Sawicki jedzie z nami. Rozstajemy się z Bohdanowiczami. Jedziemy Grójecką, Aleją Niepodległości. Z daleka widzimy Instytut, po drodze kilka domów okropnie zniszczonych. Wjeżdżamy na Rakowiecką, aż niedobrze się robi, podjeżdżamy do Instytutu, nasze okna całe, ale Pciólko mówi, że jakby tam nikt nie mieszka. Podjeżdżamy przed bramkę. Boże! blokada przy naszym mieszkaniu rozbita. (…)
Przez dach głównego Instytutu wpadło 5 granatów, wyrwało wszystkie futryny od drzwi i okien. Na dom spadło 8 bomb zapalających. Do ogródka koło 30. Dwa metry od naszego mieszkania spadła bomba, niszcząc arkadę.
Warszawa poddała się 27-go/IX.

M_Hrebnicka_notes_1939_4

24-go grudnia
Wilja! Mamy grube ryby, karpie. Śledzie, kwasek z uszkami, w których grzybów ilość minimalna, a większa część sucharków, bo grzyby 80 zł. za kg., a więc kupiłam tylko 4 duże. Kisiel kakaowy, kompot, ryż, groch i łamańce. Całkiem wspaniale. Nie spodziewaliśmy się mieć taką porządną wilję, szczególnie siedząc w Biczalu. (chodzi o wrzesień 1939, gdy Hrebniccy po wyjściu z Warszawy dojechali aż na Wołyń, w rej Równego przyp. mój AR)
Na szafce Kazika malutka i milutka choineczka. Kolorowe świeczki. Najedliśmy się, ciepło przytulnie. Jadalny teraz u nas w sypialnym. Jadalny zajęty pod biuro, gdzie Pciólko, Makowski, czasem przychodzi p. Żurawska.
Święta siedzimy w domu.

Na drugi dzień Świąt, t. j. 26-go straszna egzekucja w Wawrze i Aninie. Rozstrzelano koło 120 osób za zamordowanie dwóch Niemców. Podobno brali też z I-szej, II-giej, III-ciej i IV Poprzecznej w Aninie. Umieramy z niepokoju. (Tam właśnie mieszkała rodzina Tyszkiewiczów, kuzyni Hrebnickich, przyp. mój, AR) Na koniec Julcia jedzie 3-go na wywiad. Tyszkiewicz uratował się wprost cudem, już go prowadzili na rozstrzelanie, ale ponieważ sprawdzali przedtem dokumenty, a on miał niemiecki dokument, zwolnili go!

M_Hrebnicka_notes_1939_3
1940
(…)
28-go listopada
Byłam na pokazie gotowania w Związku Pań Domu (Nowy Świat 9). Jadłam prażuchę i kluski. Kupiłam 10 arkuszy przepisów.
Jakiś czas człowiek jest spokojny, wszystko wydaje się snem, albo już nie takie strasznym. Aż tu znowu wstrząs wyprowadza z równowagi i każe przypomnieć sobie koszmarne i potworne czasy, w których żyjemy. Kolega Julci z IF-u nie żyje. (Prawdopodobnie Instytut Fermentacyjny na Krakowskim Przedmieściu w W-wie, gdzie Julia Hrebnicka dostała pracę, przyp. mój AR) Matka otrzymała zawiadomienie, że może wziąć prochy syna za przesłaniem 12 złotych… Czyn niczym nieusprawiedliwiony, nawet wojną.

29-go listopada
Życie jest wiecznym oczekiwaniem czegoś, co ma stać się jutro…. Tak w dobre czasy człowiek żył wciąż przyszłością, jutro będzie to, owo, pojutrze trzeba zrobić to, popojutrze pójść tam, za tydzień jakieś egzamin, wizyty u doktora, zebrania w szkołach, tam jakiś odczyt, sprawunki, smażenie konfitur, kino, teatr itp. Teraźniejszość wymykała się jak woda przez palce, płynęła w przeszłość, do której zwracało się czasem wspomnieniami, tęskniło, ale rzadko. Teraz, gdy się drży o jutro, które jest tak niepewne, a może wręcz okropne, żyje się teraźniejszością, napawa sie człowiek tymi chwilami, które są względnie spokojne w zacisznym, ciepłym pokoju, wśród szklanek, kubeczków, talerzy i kupy książek na końcu, które są do przeczytania, zeszytów, do których zapisuje się to i owo, pudełka do roboty. Czasem rzut pamięci w przeszłość, wspomnienia złe i dobre, ale na krótko. Przeważa chwila teraźniejsza.

30-go listopada
”Natura, która nie znosi próżni fizycznej, czyżby znosiła taki bezsens moralny, jak bezużyteczne dręczenie niezliczonych miliardów istot? …Poza świadomością zmysłów naszych tworzy się w przestrzeni i czasie dzieło jakieś olbrzymie i doskonałe, dla którego potrzebne są jakieś istnienia, cierpienia, umierania, a także – i może nade wszystko – nasza doskonałość”…Tak mówi Orzeszkowa. A może i tak.
(…)
(brak wpisu o Wigilii, może była zbyt smutna… Przyp. mój, AR)

M_Hrebnicka_notes_1939_2

1941

(…)
19-go grudnia
Katastrofalnie przedstawiała się u nas sprawa z kartoflami, a tymczasem nadeszły z Tęczynka i Starachowic. Mamy więc koło 6 metrów!
Zima zapowiada się łagodna. Coś jakby przedwiośnie. Miłosierdzie Boże nad biednymi ludźmi. W Moskwie o tej porze bywały już porządne mroziki i śnieg, jak i chałwa na ulicy. Dzisiejszy dzień – dzień początku ferii świątecznych.
Przed oczami ulica Sretenka u wylotu baszni Sucharewa.

basznia_suchareva(Autorka spędziła wczesną młodość w Moskwie, tam wzięła ślub w 1912 roku. Wspomniana Baszta Sucharewa została zburzona w latach trzydziestych XX w., przyp. mój, AR)* W sklepiku kartonaże na choinkę, między innymi srebrne lampki z czerwonymi i szafirowymi szkiełkami z żelatynowego papieru. Zapach mrozu i śniegu, choinek.

24-25 – go grudnia
Na wilii byliśmy w Aninie. Było bardzo miło, przytulnie, gościnnie, serdecznie. W domu byłoby zbyt ubogo i ciężko.
3-cia wigilia – data niewesoła. Człowiek rad teraz zbiera się do kupy ze swymi. Była i ryba i rozmaite słodkie ciasta. Przenocowaliśmy. Śliczna choinka. Na gwiazdkę dostaliśmy mydło, kawałek boczku, kiełbasy, pończochy (Julcia), notes (Kazik), kawę z Portugalii. Oprócz tego ciocia Mania obdarowała mnie jeszcze jedną parą butów, te będą dla Julci, a poprzednie dla mnie. Kazikowi dała sportowe Wujaszka, obdzieliła bochenkiem domowego chleba, pojechaliśmy do domu obładowani wielce. A na obiad był kocioł z bigosem, pomidorowa zupa z ryżem (!) i czarna kawa z ciastem.

27-go grudnia
Wczoraj byliśmy u Mani na Bielanach. Było smutno, a od wódki wesoło, a od wódki z piwem mdliło. (…) Tramwaj szedł okropnie, musieliśmy się przesiadać i ledwo na 10-tą byliśmy w domu. (Godzina policyjna obowiązywała od 22.00, przyp. mój, AR)

28-go grudnia
Miał przyjść Zdziś i Aciowie, przyszedł Gaweł i Lunia. Przyszykowaliśmy stół z nakryciem na 9 osób. Sałatka, galaretka ze skórek wieprzowych, tort kartoflany i ciasteczka pieczone na patelni (tort też).

* Basznia Suchareva, widok od ul Sretenka, źródło: http://moskva.kotoroy.net/histories/10.html
Niezwykłej architektury budowla – (ros. Сухарева башня) była jednym z najbardziej znanych zabytków i symboli Moskwy aż do jej zniszczenia przez władze sowieckie w 1934 roku, Wybudowana w stylu barokowym w latach 1692 -1695 z polecenia cara Piotra Wielkiego dla upamiętnienia jego tryumfu nad siostrą Zofią. Wieża została nazwana na cześć Sukhareva, którego pułk poparł cara. Nie była to twierdza , ale raczej uroczysta brama do miasta .

M_Hrebnicka_notes_1939_1
1942

(…)

1-go grudnia
A otóż wczoraj i dziś przepalili trochę. Kaloryfery ciepłe. (w 1942 roku w budynku Instytutu Geologicznego były i działały czasami kaloryfery!!! przyp. mój, AR). Radosna niespodzianka. Mają palić po trochę o ile mróz będzie, aby kaloryfery nie popękały. Trochę raźniej na duszy. Otrzymaliśmy paczkę z Raju – groch i pierniki grochowe. Wicher straszliwy. Julcia kupuje dla Kazika masło, bułki, mięso, wpłaciła za niego do szkoły, bardzo poczciwa i na nas tyle na chleb wydaje i słoninę kupuje, a nic, nic dla siebie.

2-go grudnia
1° ciepła, w mieszkaniu 8° R. (skali Réamura używano przed wojną – 1°C odpowiada 0,8° w skali Réaumura. Przyp. mój, AR) Takiej temperatury nie mieliśmy jeszcze jak mieszkamy tutaj. Julcia nakupiła bułek, każdemu po bułce. Z Raju znowu paczka – groch i kawałeczek wędzonki.

4-go grudnia
-8°, ale kaloryfery ku naszej wielkiej radości są ciepłe. (…)
11-go grudnia
Przecudowny dzień, rozsłoneczniony, +15° R na słońcu. A na duszy nieznośny ciężar wojny… (…)

13-go grudnia
Byłam u Baniewiczowej. Obdarowała mnie hojnie: margaryna (ponad kilo), mąka i melasa na piernik świąteczny. (…)

15-go grudnia
(…) Ważę 52 kg. To znaczy od ostatniego ważenia przybyłam 5 kg. A tłuszczu mamy o wiele mniej, chyba w 10 razy mniej niż 2 lata temu, a także prawie zupełnie cukru, a więc albo człowiek przystosował się już do pewnych braków w odżywianiu, albo tuczą kartofle i chleb Julci. Wątroba kosztuje już 60 zł. kg.!

17-go grudnia
Ciekawie zapisać przebieg dnia całego. Wstaję przed 5-tą i biorę się za gotowanie zacierki. Julcię budzę o 5-tej, Stasia i Kazika o 6-tej. Rozchodzą się wszyscy do pracy, a my z niańką z apetytem zabieramy się za zacierkę. Sprzątam i ubieram się. O wpół do jedenastej idę po zakupy. Robi się obiad. O 12-tej Papciólko przychodzi ze swoją zupą i dzieli się z obecnymi. Potem jemy swoją zupę, jak przychodzi Kazik, czasem jest już i Julcia. O 5-tej przychodzi Papciólko i jemy z nim razem drugą potrawę. Kolacja – gotowane kartofle w łupinach lub bez ze skwarkami – bodaj że najprzyjemniejsza część dnia. Wszyscy jesteśmy razem, przegląd dnia, wymiana zdań, dzielenie się wrażeniami i tym co było za cały dzień. Szkoda, że trwa to krótko, bo wszyscy są pomęczeni, najedzeni i chce się spać. W obawie przed alarmami prawie się nie rozbieram. Często przed spaniem łata się i ceruje. Czytać prawie nie ma kiedy. Na kolację Papciólko robi codzień kisiel – z berberysu, w piątek z mleka przydziałowego, z dodaniem olejku migdałowego i z różnych innych zapachów olejkowych. Oprócz tego Papciólko powstawiał szyby w oknach wewnętrznych (szkła do fotografii). Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego!

(…)
Już druga połowa grudnia. Z ulgą obrywa się kartki kalendarza, każdym dniem bliżej do końca wojny. Śmiem wierzyć, że to nastąpi w roku 43-im.

18-go
Jakąś śliczną widziałam kość szpikową! Cud! Kosztowała 5 zł. Nie miałam tyle, aby ją kupić. Trzeba było kupić proszek do zębów, herbatę i już na obiad zostało tylko, tylko. Dobrze trzeba nakręcić głową, obliczyć, przerachować, bo Papciólko wydziela skąpo, a tu takie zawrotne ceny wszystkiego!
(…)

20-go
(…) Wciąż jest ciepło, mrozu nie ma, chociaż noce wyiskrzone księżycem. Już zaledwie kilka kartek dzieli nas od Nowego 43-go Roku. Pokładam w nim wielkie nadzieje! Na stole leży kilka zerwanych kartek kalendarzowych, rozwiane jak liście jesienne, a każdy taki dzień zawierał i niepokój i udrękę i niepewność jutra, a ileż takich było za cały rok! Jednak czas zawsze leci, i to jedyne szczęście, bo co by było, żeby się wlekł? Z Raju paczka – pszenica i grzyby.

24-go
Dziś minęły 3 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni od początku wojny! Wilję urządziliśmy w Aninie. Wszystko było jak należy – wspaniała tłusta ryba, kisiele, reszta, śleżyki z makiem, kompot, makowiec, pierniki i ciastka. (…) Nastrój był na ogół smutniejszy niż w roku zeszłym… (…)

25-go
Spaliśmy rzetelnie, od 11-tej do 8-ej, było ciepło. (…) Pochmurno i mrozu wciąż nie ma. (…)

28-go
-7°. Choinkę mamy w tym roku bardzo mizerną i obskubaną, kosztowała 20 zł. a mniejsze nawet były po 40-50 zł. Świeczek kupiło się 5. Ubogo, bo nawet świecidełek jest mniej niż zawsze, potłukło się i już mało zostało. Kazik mówi, że to ostatnia wojenna choinka, a no zobaczymy. Wygra ode mnie może 1 kg. czekolady. Daj Boże!

Malgorzata_Hrebnicka_ok_19391943
(…)

X
12-go
Jest w pół do 7-mej rano. Kazik już wyszedł. Z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej stoję przy oknie – „od wszelakich złych przygód masz go zachować”.

Dnieje, ale jeszcze szaro, jest pochmurno, tylko na wschodzie rozbłysnął pas złocisty. W górze wśród szarych chmur błyszczy gwiazdka, ale chmury ją wkrótce przesłaniają. Boże mocny, ześlij ludziom opamiętanie i rychły koniec wojny, a jeśli tak ma być, niech zabłyśnie jeszcze ta gwiazdka, jako zapowiedź lepszego jutra. Z utęsknieniem spoglądam na szare niebo. – Wśród szarej waty chmur jaśnieje gwiazdka przeczysta, jak objawienie. Otucha wstępuje w serce. A może… Daj Boże!. (…)

15-go
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. Śpię koło 4-ch godzin i nic. Wstawać trzeba z racji słabego dopływu gazu o w pół do 5-tej. Jemy co dzień z rana zacierkę, lub owsiankę zaprawioną grzybkiem, do tego spuszczane kartofle, przesmażona cebulka. Na obiad zupa ze stołówki mieszana z instytucką, 2-ga potrawa też ze stołówki, czasem do tego mięso. W niedzielę swój obiad, zupa – grochówka lub jarzynowa, fasola lub kasza. No i jakoś żyjemy. A obok w koszarach (niemieckie koszary na ulicy Rakowieckiej nieopodal Instytutu Geologicznego, zajętego przez Niemców, przyp. mój, AR) gęgają gęsi i pobudzają do marzeń o chrupiącej gęsiej skórce… Ale rzeczywistość jest odgrodzona kolczastym drutem… Wieczorem jak zwykle kartofle gotowane, do tego skwarki na konfiturowych spodeczkach rozdzielanych nam z całym pietyzmem przez Papciólka.
(…)

19-go
Pierwsza noc od dłuższego czasu wyiskrzona gwiazdami i półksiężycem. Alarm od 1-szej do 2-giej. Schodziliśmy do schronu, było nas mało, bo alarm był słaby i nie wszyscy słyszeli. (…)

22-go
Silny wiatr, a słońce, wschodząc zabarwia płomienno-różową pożogą południowo-wschodnią część nieba, pokryło szyby różowym matem. Julcia przyniosła z biura puszkę konserw mięsnych i suszonej ryby. Przedtem dali jeszcze mrożone żółtki. Papciólko robił piernik.

24-go
Wigilia! W domu, u siebie. Świat zapuszczony śniegiem. Zadymka, słońce zawieszone jak opłatek, blade, bezpromienne. Dopiero rozjarzyło się, kiedy chodziłam po obiad. Dźwigałam 4 rondle i Papciólko mnie spotkał. Obiad – barszcz i kluski z makiem. Na pierwszy dzień dali bigos, na drugi flaki. Mamy dwie milutkie choineczki (za 20 zł. i za 8 zł). W czasie wilii rozweseliliśmy się po 6-ciu kieliszeczkach. Na zakąskę mieliśmy po bułeczce i stynki marynowane. Potem kwasek grzybowy z uszami, ryba smażona (dorsz suszony) z kapustą kwaśną, pszenica, kisielek żurawinowy, kompot z jabłek suszonych i łamańce. Potem piliśmy herbatę głogową z bułeczkami. Spokojnych Świąt!

25-go
Śliczne śnieżno-białe Boże Narodzenie. Lekki mrozik. Cisza zdaje się potęgować lekką mgiełką. Słońca nie ma. Julcia jeździła do Anina. Przywiozła jabłek. Cały dzień upłynął pod znakiem żarcia. Dojadaliśmy resztki wigilijne, do tego bigos i konina z fasolą. (…)

***
Mój komentarz – Autorka stara się odnaleźć w każdym dniu jakiś promyk nadziei. Mimo oczywistych trudności (uderzające jest, jak wiele czasu poświęca sprawom aprowizacji) sytuacja rodziny Hrebnickich (mimo kilku momentów “krytycznych” opisanych w innym miejscu “Dziennika”) aż do wybuchu Powstania Warszawskiego była względnie stabilna (jeżeli w ogóle można mówić o stabilizacji podczas wojny) . Okupant po zajęciu w 1939 roku Państwowego Instytutu Geologicznego PIG (podczas okupacji pod zarządem niemieckim – jako filia urzędu niemieckiego – Amt für Bodenforschung), pozostawił w nim wielu pracowników przedwojennego Instytutu, zezwalając na przebywanie w dotychczasowych mieszkaniach i zlecając różne prace terenowe lub kartograficzne dotyczące obszaru GG, czyli de facto mogącymi stanowić także wartość dla powojennej Polski. Przekaz rodzinny mówi, że St. Hrebnicki starał się je tak traktować i wykonywać.
Losy pracowników PIG-u były zresztą bardzo różne, np Arnold Makowski (1876-1943) – geolog, specjalista geologii złóż węgla, paleontolog oraz inżynier górniczy – podczas okupacji był nadal zatrudniony jako geolog w prowadzonym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. Napisał w tym czasie pracę o węglach brunatnych w Środkowej Polsce, opublikowaną pośmiertnie przez PIG w 1947 roku. Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu prof. R. Brinkmanna doprowadziły do ciężkiej choroby serca i śmierci.
Mąż autorki Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki (1888-1974) podczas okupacji niemieckiej prowadził m.in. badania złóż rud żelaza pasma tychowskiego w rejonie Starachowic (1940), a w latach 1943-1944 wykonywał zdjęcie geologiczne na zachód od Krakowa, w rejonie Dębnika i Zabierzowa, aż do Wisły.
Z kolei inny geolog – Józef Zwierzycki (1888-1961) – profesor, badacz Archipelagu Malajskiego i Nowej Gwinei. Był konsultantem i rzeczoznawcą Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Wyższego Urzędu Górniczego. II wojna światowa zastała go w stolicy, gdzie na polecenie dyrektora Karola Bohdanowicza pospiesznie zabezpieczał mienie i archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego. Został aresztowany nocą z 28 na 29 kwietnia 1941 roku i osadzony na Pawiaku. Później przewieziono go do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywał do 3 lipca 1942 roku. Stamtąd został przeniesiony do Niemiec i od tej pory, jako więzień polityczny, pełnił funkcję tłumacza w Niemieckiej Służbie Geologicznej (Reichsamt für Bodenforschung). Wysłany pod eskortą do Warszawy w końcu lipca 1944, uciekł w Krakowie, gdzie ukrywał się aż do stycznia 1945. Od razu po wyzwoleniu Krakowa zaczął wykładać wulkanologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie geologię naftową na Akademii Górniczej.

***

PS. Przygotowywałam wpis na wigilię z moich archiwów rodzinnych – a mianowicie z maszynopisów cioci Heleny Balickiej-Kozłowskiej. Znalazłam tam fragment, który chyba lepiej pasuje tutaj:

W czasie wojny wigilia była smutna, skromna i mimo kolęd cicha, deklamowało się wiersze wojenne. Było nas niewielu, Babcia już przeszło 80-letnia nie wychodziła z domu, jedna z “przyszywanych” ciotek była w getcie, stryj – oficer– błąkał się gdzieś po Bliskim Wschodzie. Ci krewni, którzy z nami spędzali wigilię musieli oczywiście u nas nocować, bo godzina policyjna była wcześnie. Dla oszczędności zamiast dużego świerka kupowało się malutką sosenkę lub tylko kilka dużych gałęzi świerkowych, które rozłożyście mocowałam na ścianie i ubierałam w maleńkie bombki, świeczki i szych.

W roku 1943 zabrakło Ojca, który był w Oświęcimu. Oczywiście talerz i krzesło na niego czekały i mówiło się tylko o Nim…
Po wojnie Ojciec nam opowiedział o tej wigilii w Auschwitz-Birkenau. Urządzili ją z produktów przysłanych w paczkach, siedzieli wokół gałązki choiny wetkniętej w butelkę, łamali się chlebem. Niesamowite było, jak wspominał Ojciec, że gdy oni śpiewali  “Cichą Noc”, z pobliskiego baraku słychać było “Stille Nacht”, śpiewaną przez Niemców.

Wigilię 1944 roku spędzałam w Zakopanem na Olczy, gdzie odwiedziłam przyjaciół wysiedlonych z Warszawy. Do wieczerzy zasiedliśmy z rodziną gazdów. Dziwne, ale nie pamiętam szczegółów owej odmiennej wigilii. Zapamiętałam tylko to, że po kolędach gazda wywołał nas na dwór w roziskrzony gwiazdami śnieg i powiedział, słuchojcie panie jak góry śpiewają. I rzeczywiście śpiewały – może góry, może las a może potoki.

1922 – rocznik tragiczny

Kazik Hrebnicki pojawiał się już we wpisach Andrzeja, gdy była mowa o jego siostrze Julii, łączniczce z Powstania Warszawskiego. Dziś wpis o nim samym.

Andrzej Rejman

Na wszystkich cmentarzach wojennych łatwo zauważyć, że duża część poległych to młodzi chłopcy.  W ostatniej wojnie była to młodzież urodzona w latach 1920-1924. Dotyczy to także cmentarzy niemieckich – zwłaszcza uderzające jest to na cmentarzu pod Mławą (który odwiedziłem kiedyś przypadkowo) – w Mławce, gdzie leżą m.in. polegli w 1939 roku w bitwie pod Mławą właśnie.

4_Kazimierz_Hrebnicki_ok_1926_Boze_NarodzenieW mojej rodzinie w 1922 roku urodził się Kazimierz Hrebnicki, którego los potwierdza tragizm tamtego pokolenia.

Kazik Hrebnicki mieszkał do wybuchu Powstania Warszawskiego z siostrą Julią i rodzicami w budynku Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie, przy ulicy Rakowieckiej 4.

Kazik Hrebnicki, Boże Narodzenie, ok. r. 1926

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 33 przy ul. Kazimierzowskiej 60.

Znalazłem w archiwum rodzinnym jego zeszyty szkolne z tego okresu i zdjęcie klasy piątej, rok szkolny 1933/34

1_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_1

1a_Szkola_Podstawowa_33_Kazimierz_Hrebnicki_2_rewersNa odwrocie podpis:

“Zdjęcie V oddziału szkoły powszechnej No 33 1933/34

rząd I od dołu od strony lewej: Piotrowska, Sobocińska, Zagańczykówna, Lisicka, Rymbalska, Kaowska, Senatorówna, x, Czerwińska, x, x,

rząd II – x, Bogacka, Rolewicz (śpiew) Pikulski (kierownik), Dobiszewska (wychowawczyni), Domagalski (gimnastyka), x, Buczyńska, Krakowiakówna, x

rząd III – Hrebnicki, Chincz, Makowski, Łagowski, Organiściak, Filipiak, Tajbert

rząd IV – Mieczkowska, x, Wrona, Dwornik, Masiak, Siejka, Kornacki, Wróblewski, Rychter, Prokopowicz, Szmit, Kęsicki,

u góry: Studencki, Rudziński, Kacperski, Wojdat, Dąbrowski

w środku: p. Perkowska (roboty) ” stempel: Foto ARTOS, Puławska 35 Warszawa

Nie sądzę, aby ktokolwiek ze zdjęcia żył jeszcze. Ale może???

 2_swiadectwo_Kazimierz_Hrebnicki_Szkola_Podstawowa_klasaŚwiadectwo szkolne Kazimierza Hrebnickiego z klasy szóstej tejże szkoły

Po ukończeniu szkoły podstawowej Kazimierz Hrebnicki uczęszczał do Gimnazjum im. Edwarda Rontalera przy ulicy Polnej 46a. Miał niedaleko, wystarczyło przejść przez Pole Mokotowskie, na którym z okazji świąt państwowych odbywały się parady wojskowe.

Budynek szkoły przy ul. Polnej 46A stoi do dziś. Na jego ścianie znajduje się tablica poświęcona Edwardowi Rontalerowi, ufundowana w 1936 r. o następującej treści: “EDWARD-ALEKSANDER RONTALER 1846-1917 / POWSTANIEC 1863 R. / WYCHOWAWCA I PRZYJACIEL MŁODZIEŻY / W OKRESIE NIEWOLI TWORZYŁ SZKOŁĘ DUCHEM POLSKĄ / W 40 TĄ ROCZNICĘ JEJ ZAŁOŻENIA WDZIĘCZNI UCZNIOWIE / 1936.”

3_podrecznik_do_nauki_zawodu_szkola_okupacyjna_K_HrebnicW czasie okupacji był uczniem Prywatnej Szkoły Rolniczej II stopnia inż. Stanisława Wiśniewskiego przy ulicy Pankiewicza 3. (jej nazwa niemiecka wtedy to: Priv. Landwirtschaftliche Fachschule von Ing. St. Wiśniewski).

Niemcy zalegalizowali w Warszawie częściowo szkolnictwo średnie zawodowe (w niektórych zawodach rolniczych i rzemieślniczych) – i korzystając z tego szkoła ta brała udział w tajnym nauczaniu prowadzonym w różnych miejscach przez profesorów warszawskiej SGGW.

Oficjalnie uczono się głównie z książek niemieckich – jedną z nich mam do dziś –

Kazimierz Hrebnicki brał udział w konspiracji, mając za dobry wzór swoją starszą o siedem lat siostrę Julię, późniejszą łączniczkę KG ZWZ i “Radosława”.

Zginął rozstrzelany pod Skierniewicami przez żandarmerię niemiecką 18 sierpnia 1944 roku.

5_Kazimierz_Hrebnicki10

Kazik Hrebnicki uczeń

 

 

 

 

 

 

 

 

6_Julia_i_Kazimierz_HrebniccyKazik Hrebnicki z siostrą Julcią

 

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 2

Roman Brodowski

Przeprowadzka na Kresy

Po kolacji jak zawsze mój wnuk oglądał program telewizyjny, córka krzątała się po kuchni, a ja po wieczornej toalecie, udałam się na zasłużony odpoczynek.

Światło wiszącej tuż nad głową lampki łagodnie oświetlało otwarte stronice książki, wydobywając z mroku tajemniczą ich zawartość. Syciłam się kolorowymi i czarno-białymi fotografiami pięknych pejzaży zarubieżnej dzisiaj krainy. Każdy z nich, szczegółowo opisany, przypominał mi czasy mojej młodości.

Coraz częściej zamykałam oczy, balansując na granicy „byłam i jestem”, coraz częściej zauważałam to, co wówczas nie miało dla mnie znaczenia, a co dzisiaj nabrało wręcz sakralnej mocy. Drobne epizody, pojedyncze myśli, twarze, przedmioty, słowa sprawiały, że powoli odnajdywałam się poza tą granicą, byłam bardziej tam i wczoraj, aniżeli tu i dzisiaj.

Nagle usłyszałam dobiegający z dala donośny głos taty.
– Wstawaj kwiatuszku – powiedział. – Wstawaj. Musimy się szykować. Niebawem przyjadą furmanki.
– Furmanki? Jakie furmanki? – pomyślałam – No tak przecież dzisiaj wyjeżdżamy do Zdołbunowa – przypomniałam sobie, powoli wydobywając się z sennej jeszcze rzeczywistości.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Tato stał obok łóżka, wpatrzony w świat za oknem. Nie wiem dlaczego, ale spontanicznie wyskoczyłam z pościeli i rzuciłam się mu na szyję. – Nie bój się tatusiu – szeptałam mu do ucha. – Będzie dobrze, nie bój się, będzie dobrze.
Ojciec uwolnił się z mego uścisku, postawił mnie na podłogę i delikatnie poklepał po ramieniu.
– Musi być dobrze, Zosieńko. Dopóki jesteśmy razem, nic nam nie grozi. Masz rację, będzie dobrze, córeczko – odrzekł z wyraźnie udawanym spokojem.

Tato był już od kilku miesięcy bez pracy i bez szans na jej zdobycie, postanowił więc poszukać jakiegoś stałego zajęcia z dala od Parzymiechów i z dala od leżącej niedaleko, borykającej się z wysokim bezrobociem, Częstochowy.

Po długich naradach z mamą i z jej aprobatą wyjechał w nieznane, w poszukiwaniu nowego miejsca do założenia przytulnego i dostatniego rodzinnego gniazda.

Wrócił do domu po kilku dniach.

Jakież, niczym nie tłumione emocje targały mamą, gdy usłyszała o tym, że mielibyśmy się przenieść z centralnej Polski na Wschód, tam, gdzie do dzisiaj  panuje, jak mówiła, duch rosyjskiego zaborcy. Nie wiem dlaczego, ale tych terenów mama bała się najbardziej.

Przez kolejne trzy dni w domu panowała atmosfera niezgody, kłótni i płaczu. Aż w końcu udało się ojcu przekonać mamę do wyjazdu. Zapewniał, że tam, na Wschodzie, żyją tacy sami Polacy jak my, przyjaźni, ciepli, posiadają taką samą, katolicką kulturę i podobne naszym, polskie tradycje.

Poza tym w Zdołbunowie obiecano mu interesującą pracę na kolei, dobre zarobki oraz to, co dla niego było najważniejsze, dach nad głową dla całej naszej rodziny. Dzisiaj nadszedł czas przesiedlenia w dalekie i obce dla nas miejsce. Zaczynało się nowe życie, na które patrzyliśmy pełni obaw.

Na podwórze zajechał pierwszy wóz zaprzężony w dwa konie. To kolega taty przyjechał nieco wcześniej, by pomóc przy wynoszeniu mebli.

Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Mama pakowała do drewnianych skrzyń ostatnie garnki, naczynia i drobny sprzęt kuchenny, ja – moje rzeczy osobiste, książki i zabawki. Najwięcej pracy miał tato, który wraz z naszymi najbliższymi sąsiadami, układał na furmankę szafy, stoły i spakowane już wcześniej skrzynie i walizki. Około południa nadjechał drugi wóz. Tym razem ciągnął go jeden koń, a drugi spokojnie przywiązany do woza, maszerował z tyłu. Woźnicą był wynajęty gospodarz z pobliskiej wsi, który za opłatą zgodził się zawieźć nas do celu.

Jak zawsze w takich sytuacjach wokół transportu pojawiła się spora gromadka gapiów. To sąsiedzi przybyli, by nas pożegnać. Niektórzy przynieśli nam drobne podarunki na drogę, jaja, kiełbasę, owoce. Inni, bardziej zżyci z naszą rodziną, rzeczy mające nam ich przypominać. Najbardziej wzruszył nas moment, kiedy to pan Franek, mieszkający w suterynie, zaczął zbierać od mieszkańców naszej ulicy, pieniądze, na nasz, jak to powiedział, dobry początek. Każdy starał się nam pomóc najlepiej, jak tylko potrafił. Pomiędzy dorosłymi stali też moi najbliżsi przyjaciele, Josik, Ania i Kaziu.

Josik czyli syn naszego żydowskiego karczmarza. Ma takie śmieszne, lokowate ogonki, opadające na wiecznie zatroskane policzki. Codziennie rano przybiega pod nasz dom w tej swojej czarnej sukmanie, przynosząc dla nas ciepłe, słodkie ciasteczka. Zawsze trzy, bo jest nas troje. Ania pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza z rodzeństwa. Ma czterech braci i dwie siostry, wśród nich najmłodszy jest Franek, ma czternaście lat, za dużo, by miał czas, by się z nią pobawić. Mama Ani ciężko pracuje w miejscowej pralni, starsze rodzeństwo także, więc Ania całymi dniami jest bez opieki. Gdyby nie to, że ma nas, a zwłaszcza Josika, którego bardzo lubi, byłoby bardzo samotna i pewnie smutna. Jednak najbardziej żal mi Kazia, będzie mi go brakowało. Mieszkamy obok siebie i często do późnego popołudnia bawimy się tylko we dwoje. Z tego powodu czasami inni nasi koledzy wyśmiewają się z nas, wołając, że Zosia i Kaziu to para zakochanych.   Ale ja sobie z tego nic nie robię, bo przecież to prawda, że Kaziu jest moim ulubionym towarzyszem zabaw i przyjacielem.

Wozy były już prawie załadowane. Miejsca do siedzenia na obu furmankach wymoszczone baranimi kożuchami, a na załadunek czekały tylko ostatnie trzy krzesła ustawione pośrodku opustoszałej izby, po której niespokojnym krokiem przechadzała się babcia.     Tylko ona, ta, która codziennie się mną opiekowała, moja kochana babcia, pozostanie w naszym starym, pamiętającym czasy zaborów, mieszkaniu.

Czas usiąść przed czekającą na nas drogą, powiedział nagle tato. Usiadł na jednym z krzeseł. Usiadły też mama i babcia, ja usiadłam na babcinych kolanach. Siedzieliśmy tak kilka minut w milczeniu, po czym babcia zaczęła głośno wymawiać słowa, które powtarzałam z nią codziennie przed snem – „Ojcze nasz”. Po zakończeniu modlitwy podeszła do nas, pobłogosławiła i ucałowała kilkakrotnie w czoło, najpierw tatę, potem mamę, a potem mnie. Tak wyprawieni na drogę, wyszliśmy na podwórko. Tato podziękował sąsiadom i przyjaciołom, towarzyszącym nam w naszym dotychczasowym, parzymiechowskim życiu.

Po kilku minutach, płaczu, uścisków, obietnic trwałych przyjaźni, pisania listów i składania sobie przysiąg pamięci, siedzieliśmy na wozach. Tylko Kaziu stał przez cały czas w milczeniu. Dopiero jak ruszaliśmy, podbiegł do mnie i podał mi zrobioną własnoręcznie szmaciankę. Płakał i trzymał mnie mocno za rękę.

Konie powoli ruszyły z miejsca. Nasz stary dom, stojąca na progu babcia i tłum przyjaciół zebrany na placu, wszystko się oddalało, stawało coraz mniejsze, aż w końcu zniknęło za zakrętem naszej drogi do „jutra”. I tylko te ostatnie słowa, mojego małego przyjaciela, ostatnie jego wołanie – „ja nie chcę, Zosiu, nie chcę” – wciąż jeszcze brzmiało mi w uszach.

Mniej więcej po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na pierwszy postój. Zmęczone konie wyprzęgnięto z wozów i zaprowadzono do biegnąca wzdłuż traktu rzeczki. My zaś rozłożyliśmy koc na miękkiej, soczystej trawie, żeby zjeść zasłużony i nieco spóźniony obiad. Popołudniowe słońce uśmiechało się do nas ciepłymi promieniami wczesnego lata, a w powietrzu unosił się śpiew krążących ponad polami, skowronków. Wydawało mi się, że jesteśmy na niedzielnej majówce.

Po posiłku ruszyliśmy w dalszą drogę. Tato siedział w pierwszym wozie, obok woźnicy, a mama i ja w drugim. Pod wieczór dotarliśmy do małego zagajnika.

Wjechaliśmy na polanę osłoniętą od drogi wysokimi świerkami, z dala od innych domostw. Konie zatrzymały się pod wiekowym, rozłożystym dębem, a my zeskakując z wozów, zaczęliśmy rozciągać obolałe niewygodami podróży, kości.

– Szanowna rodzinko, i wy dostojni goście – zażartował tato. – Przybyliśmy do tego raju, by spędzić tu naszą romantyczną noc pod gwiazdami. To właśnie tutej rozpocznie się liczenia gwiazd… – Nie mędrkuj, tylko powiedz gdzie rozpalimy ognisko – przerwała mu mama – Muszę ugotować herbatę i upiec kartofle na kolację – dodała. Wybuchnęliśmy śmiechem. Po ustaleniu bezpiecznego miejsca dla rozpalenia ognia, zabraliśmy się za zbieranie chrustu.

Wieczór rzeczywiście był piękny. Ognisko strzelało milionami złotych iskier ku niebu, a języki ognia tańczyły niby tancerze po płonącym drewnie w rytm wiatru. I chociaż my, odziani w ciepłe wełniane swetry, zaczęliśmy odczuwać wieczorny chłód, to wpatrzeni w rozgwieżdżone niebo, siedzieliśmy cierpliwie do późnych godzin nocnych. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.

Ciąg dalszy za miesiąc

Na Zabajkalu

Andrzej Rejman

Banknot na pięć koni.

500_rubli_2 500_rubli_1

Znalazłem w archiwach rodzinnych banknot 500 rublowy z 1912 roku.

Sprawdzam w “Dzienniku podróży Małgorzaty Hrebnickiej”, jaką banknot ten przedstawiał wtedy wartość nabywczą.

Autorka pisze:

20 maja 1913

“…Irtysz wygląda wspaniale. Bardzo szeroki, podobny do Kamy. Most długości 322 sążni. Ten ostatni po przejeździe widać z lewej strony. Z mostu dobrze widać miasto Omsk. Na stacji spotkać można typowych Kirgizów, w niezgrabnych watowanych chałatach, z rękawami niezwykle szerokimi u góry i w wysokich uszatych czapkach ze skóry. Jest tu uralski kiosk, a w nim kupić można najróżniejsze ametysty. Ładna “szczotka” ametystów za 15 rubli…”

30 maja 1913

“….W Mysowoj na stacji zjedliśmy zupę, najęliśmy dorożkę na nasze rzeczy, a sami poszliśmy piechotą do wynajętego mieszkania. Okazało się, że to nie mieszkanie, a raptem wszystkiego jeden pokój. Zatrzymaliśmy się więc tymczasem w hotelu dla urzędników a Mejster za Stachem poszli szukać mieszkania. Wkrótce wrócili z nowiną, że wynajęli za 50 rubli trzy pokoje na lato. ….”

17 czerwca 1913

“…Ławrentij przychodził na pogawędkę. Pytał mnie, czy nie można oddać do szkoły dzieci na kazionny szczot* żeby je karmili i ubierali. Ciężko mu bardzo, ma ich pięcioro. Miał kiedyś konie, które wynajmowała kolej. Kiedy roboty się skończyły sprzedał dwa, a dwa zdechły. Ma kawałek ziemi, ale nie ma pieniędzy ani na konie, ani na chleb, więc nie może zająć się gospodarstwem. Ziarno, które przydziela rząd, w większej części stęchłe. Chciał sprzedać dom, który ma w Mysowsku, ale nikt nie kupuje, bo i tak już dużo stamtąd pouciekało (o czym świadczą domy z zamkniętymi okiennicami), nie mając z czego żyć. Niby miasto, a żadnej fabryki nie ma. Uprawiać ziemi nie opłaca się, bo zboże z powodu surowości Zabajkala źle rodzi. Ławrentij był na wojnie japońskiej. Żonom żołnierzy dawano 500 rubli na życie. (nie wiadomo, czy miesięcznie, czy w dłuższym okresie czasu – przyp. mój AR) Tymczasem jego żona otrzymała tylko sto z czymś. Kiedy Ławrentij wrócił z wojny, zaczął dopominać się o resztę pieniędzy. Kierował prośby do starej cesarzowej, która tym zawiadywała. Ta poleciła rozpatrzeć sprawę gubernatorowi Irkuckiemu. Ten zażądał metryk urodzenia dzieci, świadectwa ślubu Ławrentija i zamilkł. Kiedy Ławrentij znowu posłał podanie do cesarzowej, ta znów odesłała sprawę do gubernatora, który odpowiedział, że od 1906 r. nie wydają więcej tego rodzaju decyzji według okólnika, który wyszedł w tymże roku. Sprawa ta ciągnęła się 8 lat! …”

* z ros – казённый счёт (ros.)– na koszt państwa (przyp. mój AR)

Dalej dowiadujemy się, że dobry koń kosztował 100 rubli, a po wykonaniu zadań (ekspedycja geologiczna trwała parę miesięcy) można go było odsprzedać za ok 50 – max 75 rubli.

(Małgorzata Hrebnicka – Dzienniki podróży po Zabajkalu 1913-1914- rękopis, zbiory rodzinne)

Czyli w przedrewolucyjnej Rosji można było, przynajmniej na Zabajkalu kupić za ten banknot co najmniej 5 koni.

Na banknocie napisane jest, że podlega on wymianie bez ograniczeń w Banku Państwowym Rosji na złoto, w proporcji 1 rubel = 1/15 imperiała.

Imperiał w tym czasie to moneta 15 rublowa o wadze 12, 9 grama, próbie 900.

Tak więc, jeśli przed rewolucją w Rosji banknot ten wymieniony zostałby na złoto – dziś monety te – jeśli zostałyby przechowane – miałyby wartość ok 60 tysięcy złotych.

Banknot zaś taki na niemieckim ebayu kosztuje obecnie (2015) od kilku do kilkunastu Euro.

Jeden z (oczywistych zresztą) wniosków jest taki – banknoty mają wartość jedynie przed rewolucjami.

Mgły i chłód…

Andrzej Rejman

Początek listopada. Mgły i chłód. Tuż przed Dniem Niepodległości kolejne wspomnienie rodzinne.

Kazimierz Stankiewicz nazywany w rodzinie “wujaszek Kazik”.

Mimo, iż życie miał niezwykle ciekawe – nie ma zbyt wiele  wspomnień o nim, prócz pięknych relacji żony Heleny – w książce red. Wojciecha Wiśniewskiego “Pani na Berżenikach”.

31 października 1948 roku Kazimierz Stankiewicz wraca z niewoli do Polski.

Żona Kazimierza, Helena (“Pani na Berżenikach”) wspomina:

“…Wróciłam z pracy obładowana pakunkami. Zbliżały się Zaduszki i na te dwa dni świąt trzeba było zaopatrzyć dom. Trzynastoletni Józio już spał. Krysia, która mieszkała u Tyszkiewiczów w Aninie, przyjechała na święta i myła się jeszcze w łazience. Ja z ciocią Wandzią* szykowałyśmy się do snu. Rajmund* snuł się po mieszkaniu, czekając aż wszyscy się ułożą, żeby w spokoju zabrać się do nauki. Studiował już na SGH. Choć było nam ciasno, żyliśmy w zgodzie i miłości. O dziesiątej leżeliśmy już w łóżkach, tylko Rajmund przy małej lampce siedział nad książkami. Wtedy właśnie ktoś cicho zapukał do drzwi. Rajmund wstał i podszedł do przedpokoju. I naraz rozległ się okrzyk: – Mamo! Kazik!

Jednym susem znalazłam się w przedpokoju. W drzwiach stał Kazik. Moje modlitwy zostały wysłuchane. Stał w czapce-uszance, waciaku i pikowanych portkach, a na nogach miał filcowe walonki. W jednej ręce trzymał szarą drewnianą walizkę, a w drugiej wór z zielonego brezentu. Onieśmielona patrzyłam zamiast rzucić mu się na szyję. Postawił wreszcie bagaż, zdjął czapkę i otarł spoconą twarz. Policzki miał pełne i dopiero potem zorientowałam się, że to opuchlizna z głodu. (…) Dopiero gdy zdjął waciak, zobaczyłam, jak strasznie jest chudy. Nie miał ani jednego zęba, wszystkie zniszczył szkorbut. Śmiertelnie blady sprawiał wrażenie przestraszonego. Nie powiedział jeszcze ani jednego słowa. Siedliśmy do stołu i gdyby nie ciocia Wandzia, pewnie byśmy zaczęli płakać, nie wiadomo czy ze smutku, czy z radości. Ciocia kazała nalewać do kieliszków i wznosiła kolejne toasty za Kazika i za nas. Po paru kieliszkach Kazik się odezwał. Wróciło ich do Warszawy trzech: Antoni Ważyński, doktor Leonard Perepeczko i on. Z 1500 więźniów w jego transporcie, za którym biegłam w Wilnie, zostało tylko 94. Reszta nie wytrzymała nieludzkich warunków, katorżniczej pracy, głodu i zimna…”

* Wanda Kawalcowa i jej syn Rajmund – wielcy przyjaciele Rodziny Stankiewiczów.

Wanda Kawalcowa pochodzila z rodziny Słońskich, którzy mieli trzynaścioro dzieci. Jako mloda kobieta trafila do Poniemunia i wychowywała Helenę i Tomasza Zanów.

O Wandzie Kawalcowej i jej rodzinie, a także o powrocie ojca z niewoli sowieckiej opowiada Krystyna Stankiewicz.

https://youtu.be/McHhJuFflYw

***

Kazimierz Stankiewicz (1894-1973)

(na podstawie własnoręcznie napisanego życiorysu, uzupełnionego o wspomnienia córki, Krystyny)

Kazimierz Stankiewicz urodził się w Berżenikach, na Wileńszczyźnie 23 maja 1894 roku.

Ojciec, Wacław Stankiewicz, był inżynierem leśnikiem. W 1912 roku Kazimierz Stankiewicz zdał maturę, a w 1918 roku ukończył Wydział Techniczny Instytutu Handlowego w Moskwie, otrzymując stopień inżyniera handlowego. Jednocześnie ukończył średnią szkołę leśną.

W latach 1918-20 pracował w charakterze technika leśnego przy urządzaniu lasów w Dyrekcji Lasów Państwowych, następnie w zarządzie Kolei Moskiewsko-Windawskiej w Moskwie.

Po powrocie do Polski w 1920 roku pracował w charakterze technika leśnego w Państwowym Urzędzie Eksportu Drzewa (do czasu jego likwidacji), a od roku 1921 w Polskiej Spółce Handlu Zewnętrznego jako technik leśny.

W latach 1923-39 mieszkał z żoną i dziećmi w rodzinnych majątku Berżeniki.

W 1926 roku wziął ślub z Heleną Zan, prawnuczką Tomasza Zana “Promienistego”, z którą miał troje dzieci, córki: Marię, ur. w 1926 r., Krystynę, ur 1931 r. i syna Józefa, ur. w 1936r.

W dniu wybuchu wojny cała rodzina przebywała w swoim majątku w Berżenikach na Wileńszczyźnie.

K_Stankiewicz_w_obozieKazimierz Stankiewicz został w 1945 roku aresztowany przez NKWD i przebywał w obozach m.in. w Astrachaniu, w Kutaisi, w Gruzji. Zwolniony w październiku 1948 roku, przybył do Polsk, do Warszawy, do swej żony Heleny, i dzieci (do córki Krystyny i syna Józefa, córka Maria zmarła w 1940 roku).

Pracował między innnymi w Biurze Odbudowy Stolicy (w charakterze inspektora urbanistycznego), potem w pracowni zalesień B.U.W. na stanowisku kierownika zespołu, obejmując następnie stanowisko kierownika pracowni.

W Biurze Urbanistycznym Warszawy pracował do emerytury, na którą przeszedł w 1966 roku.

Zmarł 30 lipca 1973 roku.

papierosnica_recznie_wykonana_przez_Kazimierza_StankiewiNa papierośnicy ręcznie wykonanej podczas pobytu w obozie przez Kazimierza Stankiewicza z blachy z elementu samolotu – znajdują się napisy przypominające pobyt w obozach z wyszczególnionymi datami:
1/ 7 lutego – 26 lutego 1945 więzień na Magdaleny 2 w Wilnie
2/ 26 lutego – 15 maja 1945 więzienie na Łukiszkach w Wilnie
3/ 29 maja – 15 września 1945 więzienie w Saratowie
4/ 15 – 29 września 1945 Jełszanka
5/ 19 września 1945 – 13 maja 1947 Kutaisi (Gruzja)
6/ 23 maja 1947 – 8 października 1948 Astrachań

Stankiewicz_Perepeczko_Wazynski

Około roku 1946. Od lewej: Kazimierz Stankiewicz, dr Leonard Perepeczko, Antoni Ważyński w obozie w Kutaisi (Gruzja)

Leonard Perepeczko był kierownikiem szpitala obozowego, dzięki przyjaźni z nim Kazimierz Stankiewicz przeżył zesłanie.
Urodził się 17 grudnia 1900 roku w Petersburgu w rodzinie inteligenckiej pochodzącej z Wileńszczyzny. Uczęszczał do renomowanego katolickiego gimnazjum przy kościele Św. Katarzyny w Petersburgu, gdzie w 1917 roku zdawał rosyjską maturę. W 1919 roku wraz z rodziną przeniósł się do Wilna. W 1920 roku wstąpił do 63 Pułku Piechoty w Toruniu biorącym udział w walkach polsko-radzieckich.

W 1922 roku zdał polską maturę. W 1923 roku podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie, gdzie w 1930 roku uzyskał dyplom lekarza. W 1931 roku podjął pracę jako dyrektor szpitala w Szumsku na Wileńszczyźnie.

24 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany i przydzielony do kompanii sanitarnej I Dywizji Piechoty w Wilnie. Przeszedł szlak bojowy Pułtusk – Wyszków – Kałuszyn – Kopcie. 14 września 1939 roku dostał się do niewoli niemieckiej, z której uciekł 25 września tegoż roku i tego samego dnia został pojmany przez Rosjan. Również i tym razem udało mu się zbiec 8 października i powrócić do rodziny do Sztumska oraz do pracy w szpitalu.

10 stycznia 1945 roku aresztowany przez NKWD bez konkretnego zarzutu i wyroku był więziony w areszcie przy ul. Ofiarnej w Wilnie, a następnie wywieziony w głąb Związku Radzieckiego. Do 1949 roku był więźniem stalinowskich obozów pracy w okolicach Saratowa, a następnie w Astrachaniu. O tym okresie życia mówi napisana przez Leonarda Perepeczkę, wydana w 1993 roku przez Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, autobiograficzna książka pt. „W łagrach na saratowskim szlaku”.

Do Polski powrócił z początkiem 1949 roku i zamieszkał w Pasłęku. 1 lutego 1949 roku podjął pracę w pasłęckiej służbie zdrowia (…). Pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji w radach narodowych. Przez kilka kadencji był Prezesem Zarządu Powiatowego PCK.

Odznaczony Krzyżem Zasługi w 1959 roku i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski w 1971 roku. Zmarł w 1996 r. Honorowy obywatel Pasłęka od 29 października 1993 roku.

źródło: Urząd Miasta i Gminy Pasłęk

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej

Roman Brodowski

Echo Wołynia

W tym roku maj był wyjątkowo ciepły i piękny. Po raz pierwszy od wielu lat natura obdarzyła nas tak wielkim bogactwem kwiecia, ptactwa i słońca jednocześnie. Za oknami kwitły kasztany, moje ulubione krzewy liliowego bzu,  a na trawniku obok domu kąpały się w słonecznych promieniach żonkile, stokrotki i spóźnione, ostatnie tulipany. Nawet ptaki, pogubiwszy się w tej pogodzie, wcześniej niż zwykle rozpoczęły godowe trele. Takie wiosny zdarzają się bardzo rzadko.

Osobiście pamiętam tylko jedną tak piękną i tak romantyczną jak ta. Było to w 1939 roku, a więc krótko przed rozpoczęciem wojny. Jednak, w tamtym jakże odległym już dzisiaj czasie, moje pojęcie piękna miało zupełnie inny wymiar. Byłam młodą, atrakcyjną dziewczyną, szukającą swojego miejca, swojego szczęścia na ziemi. Wypełniona marzeniami, zakochana w poezji, przytulałam każdy otrzymany od chłopca kwiatek do ust, a w każdym promyku słońca odnajdowałam nadzieję na spełnienie moich dziewczęcych pragnień. Wsłuchiwałam się w rodzącą się do życia przyrodę, w śpiew ptaków, w szumiący w gałęziach drzew wiatr i w szmer przepływającej leniwie przez Zdołbunowo rzeki. Wówczas jeszcze nie wiedziałam że moją biologczną wiosnę, tak szybko, bez okresu przejściowego, przerwie upalne lato kilkuletniej pożogi. Może właśnie dlatego tę wiosnę, ostatnią wiosnę wolności, a co za tym idzie ostatnią wiosnę mojego beztroskiego dzieciństwa, wspominam szczególnie.

Korzystając z tej wymarzonej na spacery pogody, postanowiłam wybrać się na długi rekonesans po moich spokojnych uliczkach wciąż jeszcze restaurowanych Zbrosławic.

Szczerze mówiąc od wielu dni obiecuję sobie wypad do jedynej na naszym osiedu, księgarni. Zbiża się czas zakupu kolejnej książki z serii „Historia polskiej literatury”. Tym razem powinno ukazać się wznowienie „Lalki”, a przyznam, że od wielu lat nie czytałam tej powieści. Nawiasem Prus jest jednym z moich ulubionych pisarzy.

Po przekroczeniu progu księgarni, ze smutkiem stwierdziłam (nie po raz pierwszy), że ta najwierniejsza przyjaciółka człowieka, książka, ta drukowana, od wieków towarzysząca nam skarbnica wiedzy, rozrywki i przygody, ta pachnąca celulozą i farbą drukarską mądrość, powoli odchodzi do lamusa. Wynalazek Gutenberga ustępuje, wypiera go, coraz szybciej, elektronika. Dobrze, że ten jeden z największych wynalazców naszej epoki nic nie wie o schyłku swojego dzieła, pomyślałam. Półki wypełnione po sufit tysiącami czekających na kupca woluminów, a sklep prawie pusty.

Rozejrzałam się dookoła. Po lewej stronie od drzwi stały dwa potężne regały z napisem „Literatura Polska”. To pewno tu, pomyślałam. Po kilkunastu minutach poszukiwań w końcu „Lalki”. Obok stał czterotomowy komplet książek w pięknej, przykuwającej wzrok, obwolucie. „Bolesław Prus – Dzieła wybrane”. Nie namyślając się długo, (zwłaszcza, że cena kompletu była adekwatna do moich finansowych możliwości), postanowiłam kupić wszystko za jednym razem.

Zapłaciłam i wychodziłam już, gdy wzrok mój przyciągnęły leżące na stole albumy. Na jednym z nich widniało słowo Wołyń. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Z bijącym sercem zbliżyłam się do stołu i powoli, z niedowierzeniem zaczęłam czytać, „Wołyń naszych przodków. Śladami życia – Czas zagłady”. Zamarłam. W jednej chwili przed oczyma przemknęło całe moje dzieciństwo, moja młodość, moja radość i mój dramat.

– Czy mogę w czymś pani pomóc? – usłyszałam ledwo dochodzący do mojej świadomości głos. – Czy pani się źle czuje? – pytał ktoś z boku, potrząsając mną delikatnie. Ocknęłam się. Obok stała młoda dziewczyna – ta sama ekspedientka, która kilka minut wcześniej obsługiwała mnie przy kasie.

– Nic mi nie jest. Dziękuję drogie dziecko – odpowiedziałam – To tylko ten album. Tyle lat czekałam na tę chwilę, tyle lat modliłam się o to, by ktoś głośno zaczął mówić o wołyńskiej ziemi, by ktoś upomniał się o historyczną pamięć ofiar polskiego narodu. Pragnąłam, by ktoś wydobył spod ziemi na światło dzienne tę gorzką prawdę o zbrodni ludobójstwa dokonanej na bezbronnej ludności Wołynia, Polesia, Galicji.

– Pani stamtąd pochodzi? – zapytała sprzedawczyni. – Pani musi stamtąd pochodzić – powtórzyła, po czym nieco zmieszana odeszła, pozostawiając mnie sam na sam z czekającym otwarcia albumem. A ja…, położywszy na stół nabyte wcześniej książki, delikatnie uniosłam tę poświęconą mojej ziemi księgę.

I wtedy zauważyłam spadające na stronę tytułową, przezroczyste jak kryształ, kropelki. Tak, to były moje łzy. Dla mnie album ten był jak dzieło sztuki, prawdziwy obraz mojej utraconej, małej ojczyzny, moim sacrum.

Kremowobiała obwoluta, duży format, kredowy papier i masa zdjęć, zarówno z tamtego czasu jak i dzisiejszych, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Prawdziwym cudem tej książki były mapki wołyńskich powiatów, ukazujące w najdrobniejszych szczegółach wszystkie, nawet najmniejsze miejscowości, pojedyncze domy stojące pośród brzemiennych w porze żniw pól, przydrożne, od dawna nieistniejące już kapliczki i drogi prowadzące do zmurszałych już dziś domostw.

Tak- dla kogoś, komu słowo „Wołyń” brzmi jak modlitwa, album ten jest świętością, która pomaga w powrocie do przeszłości, do tamtych, jakże tragicznych dla naszego wołyńskiego narodu, czasów.

Co prawda nie urodziłam się na tej wyklętej i częściowo dzisiaj zapomnianej przez wielu rodaków ziemi i nie płynie w mojej krwi rodowe przywiązanie do niej, ale pomimo to jest moją wielką miłością, najpiękniejszą częścią mojego życia, jest moim dzieciństwem.

Kiedy obładowana wracałam do domu, słońce powoli skłaniało się ku zachodowi. Zapach przesyconego wiosennym wiatrem powietrza i stojące przy wybrukowanej drodze kasztany, obok których przechodziłam tysiące razy, dzisiaj wydawały mi się jakieś inne, dziwnie znajome treścią innej epoki. Nawet mijający mnie przechodnie, których znam, wydawałoby się, od zawsze, pozdrawiający mnie przyjaznym „dzień dobry”, nagle stali się nierozpoznawalni i obcy. Byli obok, a jednocześnie gdzieś bardzo daleko, w jakimś innym czasie. Niby tacy jak zawsze, mili, życzliwi, wtopieni w scenografię mojego życia, a jednak nieodkryci i tajemniczy.

Ja także, mimo osiemdziesięcioletniego doświadczenia, poczułam się o kilkadziesiąt lat młodsza, piękniejsza i jak wówczas, przed wojną,romantycznie naiwna. Czułam, że ten ciężar, który dźwigam w torbie, ten album sprawił, że, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przed oczyma mojej wyobraźni, ponownie ukazał się świat tamtej młodej dziewczyny, cudowny obraz przedwojennego Wołynia.

Zmęczona i nieco już głodna dotarłam do mieszkania. W progu, pomrukując, przywitał mnie, zniecierpliwiony moją długą nieobecnością, stary przyjaciel, kot.

Feliks mieszka z nami od dziesięciu już lat. Pamiętam dzień naszego pierwszego spotkania. Było to wczesną wiosną, bodajże na początku marca. Na dworzu było jeszcze chłodno, ale na gałązkach rosnącej nieopodal naszego domu wierzby pojawiły się srebrzyste bazie.

Jak zawsze rankiem udałam się do pobliskiej piekarni, po świeże pieczywo. Wracając z zakupami, ujrzałam leżącą pod drzwiami małą szaroczarną kuleczkę. To był on, skulony, trzęsący się z zimna mały kotek. Patrzył na mnie smutno. W jego zielonych oczach była samotność, było cierpienie i prośba, taka prawdziwa, szlachetna prośba o przytulenie. Wydawało mi się, że chciał mi coś powiedzieć Podniosłam go z ziemi i włożywszy do wielkiej kieszeni palta zaniosłam do mieszkania.

Na początku myślałam o tym by go ogrzać, nakarmić i przetrzymać kilka dni, do momentu aż się na dworzu ociepli, ale już następnego dnia wiedziałam, a właściwie wiedzieliśmy wraz z wnukiem, że kot zostanie z nami.

Co prawda pomysł ten nie bardzo przypadł do gustu mojej córce, ale z czasem i ona przywykła. Teraz kot jest już stałym członkiem naszej rodziny.

Spojrzałam na wiszący w przedpokuju zegar. Dochodziła szesnasta. Kot kręcił mi się między nogami, a ja, zajęta przygotowywaniem obiadu dla córki i wnuka, wracających o siedemnastej z pracy, z niepokojem zerkałam w kierunku sypialni. Nie mogłam zapomnieć o leżącej na łóżku lekturze, o czekającej tam na mnie wieczornej przygodzie, o możliwości powrotu do wciąż żywej tęsknoty, jaką jest ziemia wołyńska, żyzne pola okaljące Równe i zielone przestrzenie mojego małego Zdołbunowa.

                                                               Ciąg dalszy nastąpi

 

Powrót na Kresy

Andrzej Rejman był na blogu regularnie przez wiele miesięcy. Przyzwyczailiśmy się już do jego pięknych tekstów wspomnieniowych, z dawnych polskich Kresów, z rajskich sadów Pradziadka Adama, z Powstania Warszawskiego… Czasem pisał o sprawach współczesnych, o wyborach, właściwych i niewłaściwych, o odchodzącym Prezydencie… Publikowałam teksty Andrzeja przez wiele poniedziałków, po czym nagle autor zamilkł. Kto wie, co się działo, czy pochłaniała go muzyka czy polityka? Teraz wraca. Dziś jest czwartek, ale następne teksty będą z powrotem w poniedziałki…

Z berżenickiego albumu

Dziś znów trochę wspomnień.

Kresy Rzeczpospolitej. Wileńszczyzna. Lata trzydzieste ubiegłego wieku.

Czarno-białe zdjęcia, ludzie którzy odeszli, sprawy, które nie są już ważne, lecz wciąż to wszystko pozostaje w pamięci i w sercu.

Wikipedia: Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim.* Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki.

*: dla poprawności historycznej należy uzupełnić: w czasach II Rzeczpospolitej – w powiecie święciańskim, województwie wileńskim, obecnie Republika Litewska, rejon Ignalino, okręg Utena. (przyp. mój)

jezioronaczwartekJezioro Berżenickie fot. ze zbiorów rodzinnych

***

Krystyna Stankiewicz – córka Heleny z Zanów Stankiewiczowej (1904-1996) wspomina swoje dzieciństwo w Berżenikach.

 

 

 

 

Reblog: Nieubłagany koniec epoki


Wojtek Drozdek

Między Łodzią, Berlinem a Wenecją… / Zwischen Lodz, Berlin und Venedig…   

Montag, 26. Oktober 2015

ZDZINIO

(Zdzisław Jaskuła 1951 – 2015)

Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,/ lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej…
Mascha Kaléko, Memento. Przekład: I. Kuran-Bogucka

Trudno wspominać o kimś z perspektywy trzydziestu lat spędzonych poza Łodzią, krótkich w niej pobytów, przelotnych wizyt. Obrazy rwą się coraz bardziej, zacierają granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Pozostaje jedynie świadomość nieubłagalnego końca epoki, której schyłek znaczą jak zwykle odejścia… Byli więc Jacek Bierezin i Witek Sułkowski, Andzia i Zbyszek Dominiakowie, Ewa Bierezin-Sułkowska… a teraz Zdzinio…

Kiedy i gdzie się poznaliśmy? Na początku lat 70, prawdopodobnie w BULe, może na dole w zadymionym “Piekiełku”, albo na którymś z wykładów prof. Skwarczyńskiej.

Obraz pierwszy to nieregularne popołudniowe “tajne komplety” ze skrzynką piwa przy piaskownicy w najciemniejszym zaułku parku Matejki. Było więc o polityce, literaturze, o wydaniach paryskiej Kultury, tych które miały nadejść zza kordonu i o tych, które zabrała ubecja. Zajęcia prowadził Witek, spotkać można było przedstawicieli łódzkiej opozycji, także tych których po Marcu nie wygnano – czasami wpadł zabłąkany student. Zdzinio dołączył do grupy jako jeden z ostatnich “kursantów”, wnosząc nie tylko wiedzę, humor, ale i cynizm. I coś jeszcze – kindersztubę godną późniejszych opozycyjnych salonów. Niemal zawsze spierał sie z Bierezinem o “treść i formę” – alpinistyki raczej nie uprawiali.

Obraz drugi to “bankiety” na Popowskiego, w mieszkaniu – a raczej jedynce i pół – Zbyszka. Tam też założyliśmy na Zdzinia i Sławę Lisiecką (wówczas jeszcze lektorkę niemieckiego) Wielkiego Haka. Postanowiliśmy zrobić z nich parę zapominając, że wyświadczamy Sławie niedźwiedzią przysługę. Za Jaskułą węszyła już milicja. Dyskusja na balkonie toczyła się już od dłuższego czasu wokół tematu “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Zdzinio zegarka nie złapał, wylądował dziesięć pięter niżej. Sława więc wygrała, a małżeństwo przetrwało do końca. Podobno w prezencie ślubnym otrzymał od żony nowy czasomierz.

Obraz trzeci – mniej dynamiczny, bo to Jaskuła na niebieskim szezlongu w naszej bibliotece na południu Zachodniego Berlina. No właśnie. Nie Mur, nie muzea, nie Ku-Damm – taka nasza Piotrkowska – lecz biblioteka. Czternaście dni na kanapie spędził nasz Gość czytając bibułę. Także londyńskie reprinty Pulsu, który przyszło mu w Łodzi współredagować… Dwa tygodnie wśród książek podczas gdy za oknem szalała zimna wojna…

Ze Sławą stanowili doskonały team, z którego doświadczeń i wiedzy także i ja skorzystałem. Pod pseudonimem Mira i Grzegorz Landmannowie przetłumaczyli powieść Stefana Heyma – Collin (wyd. Veto, Zachodni Berlin, 1985). Łódzkie spotkania po 89 roku były mniej barwne, bardziej krótkie, gdzieś w łódzkich knajpach, później Domu Literatury, miedzy spektaklami a wieczorami autorskimi.

Obiecywaliśmy sobie, że następne będą inne…

Gdzie jest ten dom…

Krystyna Koziewicz

Czas nie zaciera śladów

A dom wciąż stoi…

…i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.”

Zwłaszcza, że czas nieubłaganie pędzi i z każdym krokiem, jak to mówią, ”zbliża nas do wieczności”…

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

Dzisiaj myślę o tym z wielkim sentymentem i czułością, a moje wewnętrzne dziecko przeżywa renesans.

Przewrotność losu… A może dar?

Tak się złożyło, że los rzucił mnie do miasta. Najpierw do Opola czyli stolicy polskiej piosenki, a gdy już byłam na emigracji, zamieszkałam w stolicy kraju graniczącego od strony zachodniej z Polską. Jakby na to nie patrzeć – miasto odebrało mi zieleń, która w dzieciństwie była moją oazą. To, co wypełniało całą prawie moją życiową przestrzeń, tu, w mieście, znajdowało się zaledwie pomiędzy blokami mieszkalnymi albo w parku. Czy moim losem rządził bardziej przypadek, że tak się stało, czy konieczność? Może tak właśnie miało być?! Może to przeznaczenie?! Sama nie wiem… Ale wiem na pewno, że nie wolno licytować się z losem, bo ponoć to, co zostaje nam dane, należy przyjąć takim, jakie jest, bowiem życie to szkoła pokory.

W moim berlińskim mieszkaniu sporo na regałach pamiątek, ale najważniejsze są fotografie mamy, dzieci, wnuczek… Mam ich na wyciągnięcie ręki i czuję, jak płynie od nich dobra energia, a zło tego świata przestaje mnie dotyczyć. Są przy mnie i we mnie, ale czasem to za mało. Chciałoby się ich dotknąć, przytulić… Ale to niemożliwe, więc uciekam we wspomnienia, bo tam są naprawdę.

Śladem wspomnień…

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

Rozmaite drogi prowadzą do wsi, gdzie znajduje się NASZ dom, ale ja zazwyczaj wybieram jazdę autobusem. To wielki komfort, móc rozsiąść się przy „panoramicznym” oknie i do woli kontemplować mijane widoki, przydrożne kapliczki i krzyże, wieże kościelne, mosty, rzeki….

Trasa wiedzie przez Śląsk i Małopolskę – region bogaty w bujną zieleń lasów i łąk, a więc to, co kocham od zawsze.

W tych stronach czuję, że jestem u siebie. Inaczej niż na obczyźnie, gdzie jestem wygnańcem bez ziemi, bez cioci, wujka, brata, kuzynki, bez pola, ogrodu i łączki…

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Coroczne spotkania z krewnymi ojca i mamy są dla mnie bezcennym źródłem wiedzy o czasie, który bezpowrotnie minął. Siostra mamy lubi opowiadać o swoich przeżyciach z lat wojennych i powojennych, także o skomplikowanych losach mojego taty i mamy. W ten oto sposób dowiedziałam się, że w czasie okupacji moi rodzice ukrywali w piwnicy Żydówkę. Narażali tym samym życie, a przecież ponad tym!
Po wojnie jak przez mgłę pamiętam przychodzące do nas paczki z Izraela. Dopiero teraz kojarzę, że mógł to być gest podzięki tej OCALONEJ. To jedna z wielu tajemnic, które rodzice skrzętnie przed nami skrywali. Inne odkrywam przypadkiem i chowam na dnie serca, by nikt mi ich nie odebrał. Nie wiedziałam na przykład, że mój ojciec urodził się w Ameryce. Przyjechał do Polski z rodzicami w odwiedziny i wybuch II wojny światowej uniemożliwił im powrót za ocean. Szczegółów tej sprawy nie znam, ale oczami wyobraźni widzę to, co mogło się wtedy dziać… Wszystko to wchłaniam jak gąbka wodę i obiecuję sobie, że następnym razem zrobię wszystko, by dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiem.

Z ciotkami i kuzynkami czas upływa w przyjaznej atmosferze; śmiejemy się, opowiadamy sobie o sukcesach, radościach, żalach i planach na przyszłość. Jak zwykle, gdy tu przyjeżdżam, zakotwiczam się u brata. Ma fantastyczną żonę, gościnną i pełną poczucia humoru. W ich domu czuję się znakomicie. Wybudowali go w Krynicy Dolnej nad strumykiem, gdzie łaziłam sobie po krystalicznie czystej wodzie oddając się marzeniom. Teraz wody tyle co na lekarstwo i przerażenie mnie ogarnia, gdy patrzę jak nie tylko ta rzeka ale w ogóle rzeki znikają nam z oczu.

Uwielbiam wylegiwanie się na trawie i pogaduszki z bratem przy piwku. Łączy nas sentyment do domu, który nas wykołysał i wykarmił. Nie ma końca wspomnieniom. Często też, kiedy domownicy wybierają się do pracy, ruszam w drogę z aparatem w ręku odwiedzić ciocię w Grybowie, wujka w Kąclowej, kuzynkę na Równiach i dom w Białej Wyżnej.

Odwiedziny u ciotki, która od urodzenia mieszka w naszej CHAŁUPIE, są mi najbliższe, bo przecież to miejsce mojego dzieciństwa. Nie można tam dojechać ani samochodem ani rowerem, więc nie pozostaje nic innego, jak dreptanie na piechotę, co zresztą uwielbiam! Dawniej ciężko było stąpać po wyboistej, pełnej kamieni dróżce, dzisiaj to przyjemność, chociaż, przyznam, niekiedy dostaję zadyszki. Młoda już nie jestem (duchowo, a jakże!) a tu trzeba się wspiąć, tu coś przeskoczyć, równocześnie łapać oddech i równowagę… Oj, nie jest łatwo! By dostać się na drewniany mostek, pod którym płynie rzeczka – Białka, trzeba przecisnąć się przez krzaki, co już mniej mi się podoba. Jej kamieniste koryto w niczym nie przypomina rzeki. Zarośnięte jest dziką roślinnością, a wody w nim tyle co na lekarstwo. Ale dawniej bywało groźnie, bo ta, zdawałoby się, niepozorna „żmijka” siała postrach wśród okolicznych mieszkańców. Wystarczyły tylko trochę obfitsze opady, a wylewała i podtapiała wszystko, co napotykała na drodze. Gospodarze w takich chwilach zapalali w oknach gromnice, by w magiczny sposób oddalić od siebie niebezpieczeństwo powodzi.

Jako dziecko chlapałam się w niej nieustannie i wygrzebywałam kolorowe kamyczki do gry w kostki. Było tak fajnie… tak spokojnie i bezpiecznie…

Po drodze mijam już nie jakieś tam chatki-bidule, ale wymyślne architektonicznie murowane domy z tarasami, balkonami, wysokimi płotami, ogrodami pełnymi drzew owocowych, warzyw i kwiatów. Z podwórek dochodzą znane mi gdakania kur, pianie kogutów i szczekanie psów. Odbieram ową bliskość zwierzęcego towarzystwa jak swoiste powitanie. Jeszcze chwila, a stanę oko w oko z przeszłością. Jeszcze tylko parę kroków i… jestem!

Ot, stoi sobie samotnie ten mój poczciwy „staruszek-dom”, który z racji sędziwego wieku jest nieco pochylony, jakby chciał się położyć na zielonej trawie i wreszcie odpocząć… Wisząca na sznurach pościel i dymiący komin upewnia mnie, że zastałam ciotkę w domu. Zanim zapukam do drzwi, muszę przejść koło drewnianego płotu oplecionego pędami fasoli i grządek, gdzie aż nos wykręca od unoszących się w powietrzu koperkowo-cebulowo-pietruszkowych aromatów. Wokół chałupy, jak za dawnych czasów, zalegają sterty porąbanego drewna do palenia w piecu. Na pierwszy rzut oka widać, że czas w tym miejscu dawno się zatrzymał…

chalupaTu mieszkałam…

W CHAŁUPIE mieszka ciotka Helena. Gdy rodzice się wyprowadzili, Ciotka zostawiła w świętym spokoju wyposażenie domu. „Żadnych przemeblowań!”- oświadczyła. Być może dlatego, by graty przy przesuwaniu rozleciały się w drobny mak. Owszem, jest czysto, dużo kwiatów na oknie, ale jakoś bardzo ubogo i smutno. Aż serce ściska z żalu….

Ciotka okazuje zaskoczenie i zakłopotanie zarazem. Czuje się niezręcznie, „nie ma nic do poczęstowania”… Uspokajam ją, mówiąc, że nie oczekuję wielkiej gościny, chcę tylko popatrzeć na okolicę, dotknąć mebli w izbie i usiąść przy stole w kuchni. Jak zwykle kieruję rozmowę ku przeszłości, bo to mnie interesuje, a wiem też, że i ciocia uwielbia te pogaduszki. Mam czasem nawet wrażenie, że kiedy zaczyna wspominać, w sekundzie młodnieje…

Przyznaje, że ona i całe jej siedlisko oderwane jest całkowicie od cywilizowanego świata, ale już się z tym pogodziła. „Czy tak do końca?” – myślę. Przecież dostrzegam w jej oczach skrywany żal… Robi mi się smutno i nie wiem, co zrobić, bym nie musiała udawać.

Wiem dobrze, że ciotka nigdy nie pracowała. Utrzymywała się jedynie z roli, stąd brak renty. Dni spędza na pracy w ogródku, bo to jej jedyny żywiciel! W przeszłości było łatwiej, chowała krowę, świnię i kury, ale pieniędzy i tak wystarczało tylko na podstawowe potrzeby. O remoncie domu czy wyposażeniu go w przedmioty ułatwiające prace domowe mogła tylko pomarzyć. A przecież, mimo tej wielkiej biedy, to właśnie dzięki ciotce cała ojcowizna przetrwała.

Ciotka nie wyrzuciła mebli, a w sieni wciąż stoją te same miski do mycia i te same wiadra na wodę. Swego blasku nie straciły też wiszące w kuchni makatki z wyszytymi słowami: „Gość w dom, Bóg w dom”. Nad piecem węglowym rozpoznaję mamusine chochle do zupy, warząchwie, wieszak na pokrywki, garnki, a nawet metalowe kubki. Są chwile, że nie mogę uwierzyć w to, że te przedmioty wciąż istnieją. To, że są i ja je pamiętam, jest świadectwem mego istnienia w tym miejscu. To takie nieprawdopodobne! Właściwie, to powinnam ciotkę pod niebiosa wychwalać i nagrodzić za to, że choć nieświadomie, ale jednak… uchroniła pamiątki rodzinne, które inni mogą dzisiaj oglądać jedynie w skansenach. Ja nie muszę!

Chciałoby się tu istnieć bez reszty…

Aż trudno pojąć, ile ten dom mieści w sobie przeżyć i wspomnień…

W moim maleńkim domu były zaledwie dwie izby. W tej dużej, gdzie spali rodzice, wciąż stoją te same drewniane łóżka, a na nich puszyste pierzyny i wielgachne poduchy. Sienniki pachną świeżutkim sianem… „To z tegorocznych zbiorów” – mówi ciocia, a ja odgrzebuję w pamięci ten zapach sprzed lat i widzę, jak nieustannie toczyłam z rodzeństwem walkę o to, kto dostąpi zaszczytu spania u boku taty i mamy. Kto miał pecha, musiał spać w izbie, która nie była ogrzewana.

Nad łóżkiem, w tym samym miejscu co przed laty, wisi portret ślubny rodziców. Zdjęcie mocno retuszowane, ale bardzo bliskie memu sercu, bo zatrzymało w czasie chwilę szczęścia rodziców. Niestety, nie było dane jej trwać, rodzice rozeszli się, gdy najmłodszy brat miał trzy, ja siedem, a najstarszy trzynaście lat. Ojciec był surowy, już na ślubnym zdjęciu widać tę surowość, natomiast mama była piękna i wygląda na oazę spokoju. Miała 18 lat, kiedy wychodziła za mąż, za wdowca z dwojgiem dzieci. Na głowie pełnej fantazyjnych loków miała koronkowy welon przepasany wiankiem mirtowym, co zgodnie z tradycją miało oznaczać, że wstępuje w związek małżeński jako niewinna panienka. Nigdy nie zapytałam mamy, czy za wiankiem mirtowym kryła się prawda…

W pokoju zachowało się duże lustro, w którym jako dziewczynka przeglądałam się i stroiłam śmieszne miny. Lustro odbijało moje wydumane role, które próbowałam grać. Lubiłam te przebieranki i udawanie to lekarza, to sklepowej, a czasem nawet zakonnicy. Byłam wtedy w swoim żywiole!

Na ścianach, tuż obok łóżka, nadal wiszą obrazy święte, przed którymi każdego wieczoru odmawialiśmy pacierz. Z boku izby wciąż stoi ciężka trzydrzwiowa szafa, którą ojciec zamykał, a klucz chował w kieszeni spodni. Zawsze ciekawiło mnie, jakież to skarby skrywa, ale ojciec nikomu nie pozwalał tam zaglądać. Tylko czasami udawało się nam ukradkiem zerknąć przez dziurkę od klucza, ale nic poza ułożoną w kostkę pościelą, koszulami i ubraniem rodziców ojca nie odkryliśmy. A szkoda, bo lubiłam tajemnice…

Na jednej ze ścian wciąż stoi ten sam piec do którego przytulałam się, by ogrzać zmarznięte ręce i plecy, kiedy za oknem szalała śnieżyca. Nie do wiary, że jeszcze działa! Tuż za szafą mieści się okno, do którego nigdy nie było dojścia, ponieważ drogę zagradzał stolik z kwiatami, a na środku izby ciągle stoi kwadratowy stół z białym obrusem i czterema krzesłami. Na stole świecznik metalowy i krzyż z Chrystusem. Wspomnę jeszcze zimną izbę, która była najbardziej ponurym pomieszczeniem. Mieściła w sobie stare, zawilgocone kanapy i dlatego mało kto lubił tam przebywać. Niewiele się pod tym względem zmieniło. Obydwie izby nadal przedziela sień, gdzie stoją wiadra, skrzynie, worki, kosze na warzywa, owoce, węgle i odpadki. Cioci to nie przeszkadza i nie chce niczego zmieniać. Mnie też to nie przeszkadza. Jakże by mogło, przecież to moje miejsce w którym żyłam…

Każdy ma swoją prawdę…

No cóż, lubię ten dom, który mnie wykołysał i wykarmił. Nieustannie do niego powracam i powracać będę, jak długo to będzie możliwe, bo dla mnie to ważne, by wciąż czuć oddech przeszłości.

Tutaj są moje korzenie i mimo tego, że nie mieszkam w tym domu od ponad 50 lat, to miejsce wciąż wiele dla mnie znaczy.

Jestem wdzięczna cioci za to, że uratowała NASZĄ CHAŁUPĘ od zapomnienia, a losowi, że wciąż pozwala mi na powroty, których nigdy nie mam dość. Bo kiedy tu jestem, cieszy mnie wszystko i chce mi się żyć. Krewni nie podzielają mojej fascynacji, mi to jednak nie przeszkadza. Wciąż przeżywam radość i podziwiam nawet to, co dla innych jest brzydkie.

„A co, u was nie ma ładnych widoków”? pytają czasem miejscowi.

krysia i chalupa

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego 9

MiastoAndrzej Rejman 

Warszawa, moje miasto

Gdy spaceruję ulicami Warszawy myślę, że nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tu poznali się i studiowali moi rodzice, tu spoczywają na cmentarzach moi przodkowie.
Przypomniał mi się tekst napisany w 1947 roku przez Salinę Baniewicz, matkę Antoniego Baniewicza (1923-1944), który zginął w walce na Żoliborzu. I o niej, i o nim już tu pisałem.

Pani Baniewiczowa walczyła po wojnie z władzami o różne sprawy, według niej ważne. Przeglądam jej listy – maszynopisy z tamtych lat, które przechowała moja babcia.
Autorka pisze w nich do władz o chuligaństwie wokół jej domu, skarży się w sprawie niewłaściwego, jej zdaniem kształtu pomnika bohaterów Warszawy i przedłużającego się w nieskończoność konkursu (w końcu zwyciężył projekt, stojący dziś – tzw. warszawska “NIKE”), narzeka na bezduszność, egoizm i nieczułość ludzi na sprawy odchodzącego pokolenia.
Przedstawiam jeden z jej tekstów, skierowanych właśnie do mieszkańców mojego miasta – tekst przejmujący i po latach niosący ważne przesłanie.

***

SALINA BANIEWICZ, listopad 1947 r.

Nowy mieszkańcu nowej Warszawy – dokąd tak śpieszysz i po co?
Czy chcesz dogonić tęczę i blaski kolorowego, wymarzonego jutra, pełnego tajemnic i przygód; a może wystraszony uciekasz przed grozą widma krążącej tu wczoraj śmierci?
Zatrzymaj się na chwilę, zaczekaj.

Dzisiaj wysoko nad tobą rozpłakało się niebo pochmurne; za tobą – rozpływające się we mgle cienie poległych tutaj powstańców; pod tobą – szare kamienie.

Brukowy kamień stołecznej ulicy – niemy świadek okrutnych, wyrafinowanych zbrodni, i… wielkich poświęceń, i… bohaterskich zgonów, odgrzebany spod gruzów zburzonych kamienic, obmyty deszczem z zakrzepłej krwi i kurzu, na nowo cierpliwie służy człowiekowi.
Stukają i dudnią koła po bruku, mkną po nim znowu wozy i samochody, a ludzie po zajęciach codziennego dnia – wracają do swoich, do domu. Triumfująco – beztroskie są ich głosy wesołe wobec złowrogiej, martwej ciszy tamtych – zabitych tak wcześnie, tak młodo.
Posuwająca się wolno wśród zgiełku i wrzawy różnobarwnego tłumu jakaś kobieta samotna – nie zwraca niczyjej uwagi. Nogi ociężale prowadzą ją bez celu przed siebie i wszystko jej jedno, w którą skręcić stronę. Wszak nikt już, jak dawniej, nie czeka jej powrotu i nie wybiegnie radośnie na spotkanie. Nie ma ona domu, budowanego przez wiele, wiele lat ciężkiej, jakże często ponad siły, pracy. Nie ma rodziny, bo syna nie ma, tak bardzo, tak bezgranicznie kochanego…

Wielka, potężna, tajemna moc – trzyma ją tutaj, w tym mieście straceń i mogił. Oczy uważnie, uporczywie wpatrują się w każde rumowisko, w każdą płytę chodnika, daremnie szukając śladów niegdyś maleńkich, dziecięcych, a potem chłopięcych – rodzonych, drogich stóp.

Tęsknota bezlitośnie szarpie umęczoną pamięć: ile razy przechodził tędy, w jakich okolicznościach, o czym myślał wówczas, jak wyglądał? Ile razy i kiedy groziła mu tu śmierć zdradziecka z lufy rozpylacza niemieckiego żandarma? Ile razy i kiedy uniknął tu cudem rewizji i nikczemnych ulicznych łapanek? Ile razy… i kiedy…?
Bezpowrotnie minione dni katuszy i trwogi, dni pełne męki niezmiernej, straszliwej, – bolesnym skurczem duszą i dławią, zginają plecy ku ziemi.

Tragiczna rzeczywistość beznadziejnej przyszłości teraz już nikomu niepotrzebnej istoty – nie wzrusza, nie obchodzi nikogo.

O życiu złamanym, o krzywdzie doznanej mówi jej każda sylwetka na tle gęstniejącego mroku, każdy przechodzień, witryna każda, bo przecież tych kwiatów przepięknych w tej narożnej kawiarni – nie zobaczy jej chłopiec już nigdy…
Każde dziecko spotkane, czy uczeń, czy student zawsze jej przypomina, jak dużo jest matek normalnie szczęśliwych na świecie.

Coraz dalej idzie, coraz szybciej, nie czując chłodnego, przenikliwego wiatru późnej jesieni, ani zmęczenia przemokłych, obolałych nóg.

Powiodły one ją wreszcie pod ścianę odbudowanej kamienicy, w której mieszkała długie, długie lata, w której przetrwała i wojnę, i powstanie do końca.

O, właśnie tam, z balkonu tego, w bezsilnej trosce, z obłędnym niepokojem wypatrywała codziennie, co wieczór – swego jedynaka.

W szerokich, oświetlonych oknach krzątają się obecnie nieznani jacyś przybysze; dla nich to teraz powstaje nowe życie, dla nich zacierają się starannie ślady potwornej tragedii tej biednej, tej dawnej, tej obcej im Warszawy.
Tak, tu, w tym miejscu, był przekop wąski, długi, prowadzący do wylotu kanału – burzowca, skąd wysuwały się po kolei skrwawione strzępy młodych straceńców, lecz… ilu z nich tam pozostało na zawsze – nikt tego się nigdy nie dowie…
Dymiła się zgliszcza, waliły się domy, a Oni… ginęli bez jęku.

Już późno jest i zimno. Deszcz mży coraz większy. Ruch uliczny powoli maleje. Jesienny mrok żałobnym kirem osnuwa miasto całe.

Po twarzy płyną łzy, spadając cicho w błoto. Jest ciemno. Tych łez nikt nie dojrzy, nikt nie zliczy. A może… są to zwykłe krople deszczu tylko – duże, czyste, lśniące…

Ledwie widoczna, samotna postać kobieca – nie zwraca niczyjej uwagi.

Foto: autor, Warszawa jesienią 2015 roku