Międzynarodowy Dzień Prostytucji

O tym, że 2 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Prostytucji poinformował mnie nasz blogowy autor Zbigniew Milewicz (pisał tu m.in. o wypadkach marcowych). Intencją tego dnia jest przypomnienie, że osoby wykonujące ten zawód są dyskryminowane, a większość z nich to terroryzowane niewolnice i niewolnicy. W tym kontekście opowieść o prostytutkach w PRL, którą na dziś przygotował Zbyszek, to historia o bajkowym świecie… Ale o tym za chwilę.  Na razie przypomnijmy, kto i dlaczego wybranł dzień 2 czerwca…

Eglise_Saint-Nizier_Lyon— tego dnia 1975 roku sto prostytutek zajęło kościόł Saint Nizier w Lyonie (Francja), aby zwrócić uwagę na swoją katastrofalną sytuację życiową i warunki pracy. Ilość strajkujących kobiet powiększyła się w czasie trwania protestu. Mieszkańcy miasta i władze kościoła przyjęły protest pozytywnie i okazały kobietom wsparcie. Strajk rozprzestrzenił się na inne miasta: Marsylię, Grenoble i Paryż. Żądania strajkujących zostały przekazane do najwyższych władz państwowych, ktόre niestety nie były gotowe zająć się poprawą sytuacji życiowej i zawodowej kobiet.
Międzynarodowa prasa dużo pisała na ten temat. Po raz pierwszy w historii prostytutki stały się widoczne dla innych, bez potwierdzania stereotypu na swόj temat. Wystąpiły jako kobiety pracujące, które walczą o godność i prawa człowieka.
W dniu 10 czerwca 1975 roku o godzinie 5 rano, policja brutalnie wtargnęła do kościoła. Strajkujące kobiety zostały brutalnie usunięte. Na pamiątkę tego wydarzenia nazwałyśmy ten dzień Międzynarodowym Dniem Prostytutek.
Tyle Joanna z niemieckiej organizacji Hydra dla portalu Seksualność kobieca.pl.

Zbigniew Milewicz

Nierządnicy żywot atłasowy

Życie dziennikarza w PRL-u nie było usłane różami. Na Śląsku chodziło się głównie po węglu, który wydobywała niestrudzona brać górnicza, po stali, płynącej szerokim strumieniem z hut, po rekordach produkcyjnych i czynach społecznych. Kiedy obywatele po trudzie pracy wypoczywali, to czynili to na ogół zgodnie z zasadami marksistowsk- leninowskiej moralności, żeby zdobyć siły do następnego tygodnia wytężonej pracy, ku chwale i rozwojowi socjalistycznej ojczyzny. Owszem, na poboczu tej jedynie słusznej drogi rosły różne chwasty, które władza wyrywała, żeby się nie rozprzestrzeniły i dziennikarze to opisywali. Nie były to jednak zbyt groźne przypadki, ot obywatel się upił zbyt mocno i pod tzw. wpływem zrobił żonie awanturę, czasami ją uderzył, a kiedy indziej zabił, bo np. przyprawiła mu rogi z sąsiadem. Za pieniądze kobiety w PRL-u się jednak nie oddawały. Tak przynajmniej twierdziła propaganda, potępiająca wyzysk człowieka przez człowieka, do którego kwalifikowano prostytucję. Ponieważ faktycznie kwitła ona w najlepsze, ktoś wymyślił słowo „cichodajki” na określenie dziewczyn, które lubią się puszczać, ale nie biorą za to pieniędzy, tylko najwyżej jakiś poczęstunek, albo prezent. Były też pamiętam, lawstorantki i „wirażki“ – pół k…., pół ptaszki, ale prostytutek, tych jasno zdefiniowanych oficjalnie było brak.

Sporą część dnia pracy spędzałem na wertowaniu akt sądowych, w poszukiwaniu tematów na reportaż lub felieton spod paragrafu i któregoś razu okazało się, że jednak SĄ. Zbieranie materiałów i pisanie zajęło mi kilka miesięcy, wreszcie tekst powstał, oddałem go Frankowi Dendorowi w macierzystym „Dzienniku Zachodnim” w Katowicach. Franek był sekretarzem redakcji. Przeczytał, posłał naczelnemu, Szmidtowi-Kowalskiemu, a ten pokręcił przecząco głową. Reportaż mu się podobał, ale wolał nie narażać się komitetowi wojewódzkiemu partii. Parę innych redakcji zareagowało podobnie. Wreszcie znalazł się jeden odważny, Wilhelm Szewczyk, znany literat i naczelny redaktor dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Poglądy”, który 15.09. 1978 r. zamieścił u siebie mój pionierski tekst o prostytutkach w PRL. Był ilustrowany pikantnymi zdjęciami z jakichś zakazanych, zachodnich wydawnictw, więc nakład pisma, które miało wtedy pewne kłopoty ze sprzedażą rozszedł się w kioskach „Ruchu” błyskawicznie. Podobno można je było później jeszcze kupić na śląskich bazarach, ale za cenę dużo wyższą. Oczywiście dumny byłem z tego powodu niesłychanie. Oto ten materiał sprzed lat, z niewielkimi skrótami i uzupełnieniami:

Śliczna mówi, że jest jedną z dwudziestu paru dziewczyn wciągniętych w obyczajówce do kartoteki zatytułowanej „Silesia – nocny bar”. Ma tam zdjęcie en face, dwa z profilu i dane osobowe, takie jak: kiedy zaczęła chodzić na bizness, z jakiego powodu, ile ma lat, jaki zawód wyuczony, gdzie mieszka, itp. Śliczna mówi, że podobnie jak inne jej koleżanki często i regularnie odwiedza lekarza, licencję ma więc zawsze w porządku. Różne lawstorantki i cichodajki, które też schodzą do barku, oczywiście nie figurują w kartotece i Śliczna uważa, że to jest złe, bo jeżeli taka zaleje się, narozrabia, okradnie klienta, to afera zwykle idzie na konto środowiska notowanych i jest smród, a tamta dziewczyna dalej sobie hula.

Kiedy Śliczna siedzi na stołku przy barze, ma już leciutkiego rausza i akurat nic specjalnego do roboty to myśli. Lepsze to – uważa – niż rozglądanie się za klientami, co nigdy nie było w jej stylu. Myśli na przykład o tym, czy do twarzy byłoby jej z pięciorgiem dzieci, mężem górnikiem i wałkiem do ciasta w ręce. Albo zastanawia się, co by było, gdyby w Polsce zdecydowano się otworzyć domy publiczne i jak jej, Ślicznej, powodziłoby się w takim domu. Pewnie dużo gorzej, niż teraz. W ogóle o różnych sprawach sobie wtedy myśli, jeżeli oczywiście z kimś nie rozmawia. Z barmanką albo Anitą, z którą się przyjaźni.

Nad łóżkiem Anity, zwanej również Siódemką, ze względu na rozmiar biustu, wisi duża, kolorowa reprodukcja studolarowego banknotu. Aby nie było żadnych wątpliwości. Anita składa na własnościowe mieszkanie, które właściwie mogłaby mieć od dawna, gdyby nie szastała zarobkiem na prawo i lewo. Skończyła z tym jednak, zmądrzała i teraz nawet na kochanej Kuleczce oszczędza. Już nie karmi jej szynką z Pewexu, tylko zwykłą kiełbasą, której psina początkowo tknąć nawet nie chciała, ale kiedy pani zrobiła jej wykład na temat wyższego modelu konsumpcji, to przestała grymasić.

Mądra ta Kuleczka i pocieszna szalenie, jak to kundlica zresztą. Różne sztuki zna. Potrafi chodzić na przednich łapach i fikać w powietrzu koziołki, a jak który dżentelmen ma nieświeże gatki albo skarpetki, to cichcem wynosi je do składziku na węgiel, bo nie lubi brudasów. Tak jak jej pani. Dla Anity najlepszymi klientami są Japończycy. Czyści są aż do przesady, kulturalni, no i bardzo szybcy. A poza tym dobrze płacą. Anita nie pamięta takiego przypadku, żeby poszła z Japończykiem za najniższą stawkę, czyli za pięćdziesiąt dolarów. Dają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto, a jak mają ochotę na repetę, to i więcej.

Gejsza najlepiej orientuje się w tym temacie, bawienie gości z Kraju Kwitnącej Wiśni to jej specjalność. Ciemnowłosa, jasnej karnacji i delikatnej postury jest bardzo w ich typie. Przyjeżdżają do Katowic w różnych służbowych sprawach, niektórzy już z jej adresem w kieszeni, przekazanym „w spadku” przez kolegów. Z jednym utrzymuje kontakty już chyba ze dwa lata. Pan reprezentuje w Warszawie interesy poważnego, tokijskiego koncernu i gości w Katowicach przynajmniej raz w miesiącu. Czasami przyjeżdża z własną połowicą, ale nawet wtedy daje Gejszy zarobić. Zresztą zawarła znajomość z panią Japończykową na jednym z oficjalnych bankietów w hotelu „Silesia”, wydanym na cześć jej klienta, na którym Gejsza pełniła niby rolę sekretarki jednego z polskich dyrektorów. Dama okazała się przemiła, zaś bankiet jak to bankiet, żadna nowość. Dzięki stałemu klientowi często bywa na takich imprezach, w sumie opłacalnych ze względu na kontakty.
Jest, mówi o sobie, dziewczyną biznesu i mężczyźni jako tacy nie interesują jej w ogóle, istotna jest dla niej jedynie zawartość ich portfeli. Część zarobionych pieniędzy przeznacza na bieżące utrzymanie i reprezentację, kosmetyki, ciuchy, zaopatrzenie domowego barku, taksówki, fryzjera i tym podobne rzeczy. Resztę odkłada, aby w odpowiednim momencie zainwestować w jakiś dobry interes. Może zdecyduje się na warsztat złotniczy, stację obsługi samochodów albo na jakąś kafejkę… W każdym razie, kiedy uzbiera już tyle pieniędzy, ile chciałaby, to wycofa się z zawodu. Zostawi siostrze tę kanciapę na poddaszu starej, brzydkiej kamienicy na peryferiach miasta, w której mieszkają razem i wyjedzie gdzieś, gdzie jej nikt nie zna i tam urządzi się po pańsku.

Pulchna, mocno umalowana Żaneta też nie zamierza w nieskończoność pracować. Ma już trochę pieniędzy na koncie, własny samochód i ładny domek, w którym mieszka wygodnie razem z mamą i dziesięcioletnim synem. Gdyby trafiła się jej dobra karta ślubna, to mogłaby spalić za sobą wszystkie mosty. Musiałby to być jednak odpowiedni mężczyzna, z prezencją, kulturalny, wyrozumiały i najważniejsze – nieobojętny uczuciowo. Ona, Żaneta jest bowiem przede wszystkim kobietą, nawet wtedy, kiedy idzie z mężczyzną za pieniądze. Żaneta nie potrafi znaleźć odpowiedniego określenia na to, kim nie jest i mówi, że zawsze zachowuje w pracy klasę. Tak jak inne jej koleżanki, te bardziej szanujące się, sama dobiera sobie partnerów, bo kasa to nie wszystko. Mężczyzna musi najpierw spodobać się Żanecie, zanim pójdzie z nim do łóżka.

Z Japończykiem na przykład nigdy by nie poszła. Nie jest rasistką, ale nie odpowiadają jej Azjaci. Z Polakiem? Owszem, czasami zabawi się z rodakiem. Jeżeli chłopak przypada jej do gustu, a ona akurat ma humor i fantazję, to wówczas zaprasza go do siebie na drinka. I oczywiście wtedy nie ma mowy o zapłacie, robi to dla przyjemności. Polacy jako źródło zarobku raczej odpadają, no może z wyjątkiem prywatnej inicjatywy, którą stać na urzędowanie z dziewczynami. Jest na przykład taki jeden, starszy prywaciarz, który za samo towarzyszenie przy stoliku daje Żanecie dziesięć, piętnaście tysięcy złotych. Bywa i tak, nie wszyscy mają ochotę na seks. Niektórzy potrzebują wyłącznie dam do towarzystwa. Wystarczy, że spędzą z nimi wieczór w barze, porozmawiają, zatańczą i za to płacą.

W ten sposób poznała swojego Belga, który jest teraz jej bliskim przyjacielem. Ilekroć przyjeżdża służbowo do Polski, zawsze poświęca Żanecie sporo czasu i często gości u niej w domu. Mama i syn bardzo go lubią, ponieważ jest dla nich miły i przywozi prezenty. Od przyjaciela nie chce brać pieniędzy i jeżeli w dowód sympatii dostaje np. jakiś drobiazg ze złota, ładny kamień albo coś w tym guście, to również jest zadowolona. W kabale wyszło Żanecie, że oświadczy się jej starszy, zagraniczny blondyn. Pasowałoby jak ulał do jej Belga. Naturalnie ona traktuje karty jak najbardziej zabawowo, ale myśli, że gdyby przypadkiem ta wróżba się spełniła, to przyjęłaby oświadczyny i raz na zawsze skończyła z chodzeniem na biznes.

nierzadnica-atlasowaSonia sceptycznie odnosi się do takich gadek. Z własnego doświadczenia i paru innych życiorysów wie, że kiedy dziewczyna przywyknie do sypiania z facetami za pieniądze, to zupełnie tak, jakby przyzwyczaiła się do zażywania narkotyków. Diablo trudno skończyć z tym później, znacznie łatwiej zacząć. Przyznaje, że przekroczyła ten próg bez większych zahamowań psychicznych. Pochodzi z małej miejscowości w województwie bielskim, ma średnie wykształcenie i dwa lata studiów na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Na III roku poznała chłopaka, nie uważali, zaszła w ciążę. Chciała zataić ten fakt przed swoimi rodzicami, chłopak namówił ją na skrobankę, ale były kłopoty z pieniędzmi. Do szpitala pójść nie chciała, a stypendium i forsa z domu ledwo wystarczały jej na życie i opłacenie stancji. Wtedy przyszła jej z pomocą koleżanka z roku, dziewczyna zawsze super ubrana i z gotówką. Pewnego popołudnia zaprosiła Sonię do „Silesii”, raz dwa namotały jakichś Niemców, wypiły z nimi drinka, a później Sonia z jednym z nich poszła do numeru. Kiedy opuszczała hotel, była bogatsza o pięćdziesiąt marek. Dzisiaj za taką sumę nawet nie spojrzałaby na takiego ausländera, ale wtedy była to dla niej szokująco zawrotna suma. Zaraz następnego dnia poszła do ginekologa, zbadał ją, ustalił czwarty miesiąc, na zabieg było już za późno.

Chłopak się momentalnie zmył. Przerwała studia, wróciła do rodzinnego miasteczka, oczywiście nie obeszło się bez piekła w domu i złośliwych docinków ze strony miejscowej publiki. Tam urodziła córkę, podchowała ją trochę, po czym wróciła do Katowic, a mała została pod opieką rodziców. Powiedziała im, że jedzie za pracą i rzeczywiście tak było. Do dziś nie wiedzą, z czego faktycznie się utrzymuje, nie ich sprawa. Oczywiście dba o nich i o dziecko, regularnie co miesiąc zawozi im pieniądze i różne prezenty, małą ubiera jak laleczkę, wycałuje, wypieści, przy żniwach pomoże, nie mogą narzekać.

Ciepłe, słoneczne południe. Siedzę w garsonierze Soni, w centrum nowoczesnej dzielnicy Katowic, popijam dobrze przyrządzone martini i słucham tego, co mówi mi ta przeciętnie ładna, bezpretensjonalna dziewczyna w dżinsach, podobna do tysięcy innych dziewczyn w dżinsowych ciuchach. Mówi, że dziś, po sześciu latach pracy w zawodzie, rozporządza już wystarczająco sporym i dobrze ulokowanym kapitałem, aby móc zamknąć sklepik. Próbowała, ale nie wyszło. Góra po trzech, czterech tygodniach przerwy wracała do „Silesii”. Brakowało jej różnojęzycznego gwaru, miło nadskakujących bojków z wypchanymi portfelami, koleżanek, „służbowego” stołka barowego, świateł, dźwięków, parkietu, widoku zręcznie miksowanych koktajli, nastroju zabawy na pełnym luzie, całej tej specyficznej atmosfery.

Zresztą taka Księżniczka, wyszła za mąż za Austriaka, byt miała niby zapewniony, a dalej balowała w „Silesii”. Mówił, że nie chodzi już tam dla zarobku, tylko dla przyjemności, ale kto wie, jak było naprawdę. Mówić można różnie, Księżniczka opowiadała dziewczynom w barze, jak to będzie, kiedy już wyjedzie na stałe do Wiednia i wygodnie urządzi się u swojego mężusia, prezesa dużej firmy reklamowej, który nawet palcem nie pozwoli jej kiwnąć i da wszystko, czego tylko szanowna małżonka zapragnie. Trudno zaprzeczyć, urządziła się. Zaraz, jak przyjechała do Wiednia, to wysłał ją na biznes do jednej tancbudy, bo okazało się, że nie jest żadnym prezesem, tylko zwyczajnym alfonsem. Tu była panią dla siebie, tam musi tyrać dla niego. Śle teraz smutne listy do dziewczyn i pisze, że ma już zachodniego życia po dziurki w nosie i chyba wróci do kraju, co Sonia uznałaby za najrozsądniejsze. Na Zachodzie życie jest drogie, a tutaj nawet jeśli zarobi codziennie tylko te 50 dolarów, może sobie żyć jak pani, a za granicę wyjeżdżać turystycznie. Sonia podaje mi plik kolorowych zdjęć ze światowych wojaży: Neapol, Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Pireus, Amsterdam, Sztokholm, zwiedziła prawie całą zachodnią Europę.

Dopijam drinka, Sonia idzie do łazienki, zrobić się na roboczo i po chwili wraca, gotowa do wyjścia. Gładko uczesana, bez żadnego makijażu i w prostej, sportowo skrojonej sukience, wypisz, wymaluj – skromna gimnazjalistka. Na odchodnym zerkam na półkę z książkami: tomik fraszek Sztaudyngera, seria Srebrnego Kluczyka, powieści Chmielewskiej, Kuchnia Polska, Nierządnicy żywot atłasowy, pióra Ziółkowskiego. Książki stanowią jej własność, tę ostatnią kupiła ze względu na tytuł, z ciekawości, jak żyło się jej koleżankom po fachu w dawnych wiekach. Lektura była niezła, ale sama napisałaby coś lepszego. Taką prawdziwą opowieść z życia współczesnych dziewczyn biznesu, gdyby oczywiście umiała pisać. Zresztą, kto wie, może spróbuje, miałaby już nawet tytuł: „Krowa”. Dlaczego akurat „Krowa”? W odpowiedzi uśmiecha się tajemniczo i mówi, że to dłuższa historia.

Przed blokiem łapiemy wolną taryfę. Sonia wysiada przed „Silesią”, gdzie umówiona jest na obiad z pewnym Holendrem, a mnie kierowca zawozi przed gmach Sądu Wojewódzkiego. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na akta sprawy Henryka M. i innych, w których jest mowa między innymi, że: Śliczna, Anita, Gejsza, Żaneta, Księżniczka, Sonia i inne dziewczyny, trudniące się uprawianiem nierządu, płaciły haracz pracownikom hotelu „Orbis Silesia” w Katowicach za możliwość uczęszczania do tamtejszego baru nocnego, gdzie zawierały znajomości z szukającymi rozrywek obcokrajowcami. Haracz ten uiszczały gotówką lub drinkami – Marianowi W., noszącemu pseudonim Węgier i Henrykowi M., zwanemu Cukiernikiem, którzy na zmianę pełnili w barze funkcje kierowników sali. Pieniężna taryfa za jednorazowe wejście do lokalu wynosiła średnio 500 złotych. Z trunków, sprzedawanych w barze z około 400 procentową marżą, panowie pijali najchętniej gin i whisky. Proceder trwał od września 1973 r. do stycznia 1977 r., ale najwięcej zgarnęli od stycznia do marca 1975, kiedy to obowiązywał w „Silesii” zakaz wpuszczania prostytutek, całkowicie pozbawiony mocy prawnej. Wydał go – w oparciu o własne w tej kwestii widzimisię – dyrektor hotelu, Marian P., towarzystwu temu niechętny. Na sali sądowej, gdzie wystąpił w roli świadka, umotywował swoją decyzję często niewłaściwym zachowaniem panienek, kiedy były pod wpływem alkoholu i podejrzeniami o okradanie gości. Identycznie zdecydował w stosunku do cinkciarzy oraz taksówkarzy, którzy zajmowali się stręczycielstwem oraz pośredniczyli w nielegalnym handlu obcą walutą. Powodowała nim zaś tylko troska o dobrą markę hotelu. Absolutnie nie wiedział o tym, że jego personel na owej trosce nielegalnie się bogaci, dopiero w śledztwie poznał ich machlojki. Cóż, lepiej późno, niż wcale.

Ośmiu pracowników hotelu uchodzącego za najbardziej ekskluzywny w Katowicach zasiadło na ławie oskarżonych, pod zarzutem wymuszania korzyści materialnych od klientów. Wyroki przed sądem zapadły skazujące i stosowne do stopnia dowiedzionej winy, bardziej brzemienne w konsekwencje finansowe niż więzienne. Śliczna i jej koleżanki, które przedefilowały przed obliczem Temidy w charakterze świadków oskarżenia, powiedziały mi prywatnie, że od czasu całej tej afery nikt im już w „Silesii” nie utrudnia pracy. Jeżeli zaś nadal płacą portierowi za otwarcie drzwi albo czasem zapomną zabrać ze sobą do baru wykupioną kartę wstępu ( i cieć po staremu sprzedaje ją komuś innemu, po raz drugi, a czasami trzeci i czwarty) to robią tak tylko z przyzwyczajenia. W końcu kosmetyczce za zabieg, a taksówkarzowi za kurs do hotelu lub powrotny do domu też płacą podwójną stawkę.

***

Na zakończenie Autor pisze: Z okazji dzisiejszego święta życzę wszystkim pracownicom i pracownikom sektora, o transwestytach nie zapominając, wszystkiego najlepszego, przede wszystkim zdrowia, bo na tym i klientela skorzysta. W postaci laurki, wierszyk, już bardziej współczesny.

Od Redakcji: Wpis jest już i tak długi, wrzucam więc wierszyk do sieci: Pochwala nierzadu

Zagadka: Koronacja odbyła się 60 lat temu, 2 czerwca 1953 roku. Czy ktoś wie – czyja? Dodajmy, że ten ktoś w roku 1946 uzyskał stopień podporucznika i został przeszkolony na kierowcę i mechanika, uzyskując ostatecznie stopień kapitana.
Zagadkę rozwiązała Julita: królowa Elżbieta II.

Cropp. Metki w gruzach.

Wpis o katastrofie fabryki produkującej tanią odzież w Bangladeszu ukazał się dwa tygodnie temu: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/15/polska-zielona-siec/. Zaproponowałam wówczas koordynatorce Polskiej Zielonej Sieci, że mogę publikować na blogu informacje o podejmowanych przez nich akcjach. W poniedziałek 27 maja wpłynęła następująca informacja wraz z petycją.

gruzyMetki polskiej marki odzieżowej Cropp, należącej do firmy LPP S.A., znaleziono na gruzach zawalonego budynku fabryk odzieżowych Rana Plaza w Bangladeszu. W katastrofie 24 kwietnia zginęło 1127 pracowników i pracownic szyjących ubrania znanych marek, w tym jak się okazuje, również Cropp. Clean Clothes Polska wzywa LPP do natychmiastowego wzięcia odpowiedzialności za warunki pracy w Bangladeszu.

LPP, producent ubrań Cropp, Reserved, House, Mohito i Sinsay, jest największą firmą odzieżową w Polsce, sprzedającą ubrania w 12 innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Firma odnosi sukcesy finansowe bijąc kolejne rekordy na Warszawskiej giełdzie. Powielając schemat działania gigantów przemysłu odzieżowego lokuje produkcję w krajach azjatyckich, głównie Chinach i Bangladeszu. W przeciwieństwie do zachodnich konkurentów nie podejmuje jednak widocznych działań na rzecz społecznej odpowiedzialności za warunki pracy w swoich łańcuchach dostaw.

Poproszona przez Clean Clothes Polska o oficjalne stanowisko LPP w sprawie produkcji ubrań Cropp w zawalonych fabrykach, przedstawicielka LPP S.A. stwierdza: „Trudno zaprzeczyć faktom. Nie możemy zaprzeczyć, że któryś z współpracujących z nami Agentów, tam właśnie znajdował podwykonawców”.

metki„Ta straszna katastrofa powinna stanowić ostateczny impuls dla LPP S.A., aby w końcu wziąć odpowiedzialność za zdrowie i życie pracowników w krajach takich jak Bangladesz. Fakt, że LPP S.A. nie wie albo nie chce wiedzieć, jakim fabrykom zleca produkcję może świadczyć o braku odpowiedzialności i transparentności tej firmy” – mówi Maria Huma, koordynatorka Clean Clothes Polska.

Ogrom tragedii w Rana Plaza ostatecznie zmotywował 31 światowych marek odzieżowych do podpisania i natychmiastowego wdrażania porozumienia dotyczącego ochrony przeciwpożarowej oraz bezpieczeństwa budynków w Bangladeszu. Obejmuje ono m.in. zobowiązania do niezależnych inspekcji bezpieczeństwa wraz z upublicznianiem raportów, napraw i remontów w fabrykach odzieżowych, szkoleń dla pracowników, a także zobowiązuje zleceniodawców do zrywania kontraktów z zakładami, które nie chcą przestrzegać niezbędnych procedur bezpieczeństwa. Sygnatariusze muszą także zapewnić finansowanie tego programu. Do porozumienia przystąpiły znane marki odzieżowe H&M, Zara, C&A, Marks and Spencer. Porozumienie podpisały również firmy, które w przeszłości  zlecały  produkcję fabrykom z Rana Plaza, w tym Mango i Benetton. W tym momencie trwają negocjacje dotyczące wypłat przez nie odszkodowań poszkodowanym pracownikom i rodzinom tragicznie zmarłych.

W marcu 2012, w wyniku internetowej akcji konsumenckiej przeprowadzonej przez Clean Clothes Polska, LPP S.A. zadeklarowała wypracowanie etycznego Kodeksu Postępowania będącego podstawą do zapewnienia standardów pracy w łańcuchach dostaw, przeprowadzenia monitoringu fabryk produkujących na potrzeby firmy oraz wypracowanie i wdrożenie planu naprawczego. LPP S.A. do tej pory nie ogłosiła publicznie rezultatów tych działań.

Clean Clothes Polska apeluje do LPP S.A. o natychmiastowe działania, w tym: zidentyfikowanie fabryk w Bangladeszu, w których produkowane są ubrania marek LPP S.A. i podanie ich listy do publicznej wiadomości, podpisanie i wdrażanie porozumienia dotyczącego ochrony przeciwpożarowej oraz bezpieczeństwa budynków w Bangladeszu oraz wzięcie odpowiedzialności za los pracowników z Rana Plaza szyjących ubrania na zlecenie LPP S.A. Dodatkowo, Clean Clothes Polska apeluje o wywiązanie się z deklaracji LPP S.A. z marca 2012 r. o opracowaniu i publicznym ogłoszeniu Kodeksu Postępowania firmy, wyników badań z monitoringu warunków pracy w fabrykach dostawców, oraz planu naprawczego zmierzającego do ich poprawy.

Clean Clothes Polska  zachęca  wszystkich konsumentów do przyłączenia się do apelu na stronie: http://www.ekonsument.pl/apel24_wyslij_apel_do_lpp.html

Zdjęcia metek polskiej marki odzieżowej Cropp, należącej do firmy LPP S.A., które znaleziono na gruzach zawalonego budynku fabryk odzieżowych Rana Plaza w Bangladeszu opublikował 5 maja 2013 r. czeski portal iDNES.cz. Autorem zdjęć jest przebywający obecnie w Bangladeszu fotograf Zbyněk Hrbata, który potwierdził Clean Clothes Polska, że metki te znalazł i sfotografował na gruzach Rana Plaza tuż po katastrofie.

Kampania Clean Clothes Polska zrzesza takie organizacje jak: Polska Zielona Sieć, Koalicja KARAT i Polska Akcja Humanitarna i działa na rzecz poprawy warunków pracy w globalnym przemyśle odzieżowym.


Sto lat temu, 29 maja 1913 roku, odbyła się premiera “Święta wiosny” Igora Strawińskiego z choreografią Wacława Niżyńskiego. Wydarzenie wywołało skandal.

Oburzeni

zaproszenie_elewator3_aPrzyszła umowa o dzieło, a w niej paragraf taki oto: § 2 “Autor oświadcza, że przysługują mu niczym nieograniczone prawa autorskie do Utworu i udziela Zamawiającemu licencji niewyłącznej w zakresie korzystania z Utworu na wszelkich polach eksploatacji (…) Autor ma prawo do wykorzystania Utworu w okresie obowiązywania niniejszej licencji w innych publikacjach.”

A jak tak, to wykorzystuję, dziękując czasopismu “eleWator” za wielkoduszność, bo im większe mamy ostatnio możliwości dzielenia się tym, co zrobiliśmy, tym bardziej to wszystko obwarowujemy zakazami karami.

Osobiście przyznam, że bardzo mnie to oburza.

Ewa Maria Slaska
Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą

Respect Existence or Expect Resistance” – parafraza jednego z haseł ruchu Occupy, jaka pojawiła się na drzwiach metra w Berlinie w grudniu 2012 roku, nie bawi się w filozoficzne traktowanie życia. Jasno i otwarcie głosi, że trzeba się stawiać. Niestety celność napisu nie znajduje odbicia w grudniowej rzeczywistości 2012 roku w Berlinie.

Kryzys, jak wiadomo, jest sprawką białych bankierów o niebieskich oczach. Zrobili wszystko, by wyciągnąć pieniądze od polityków i pokazać światu, kto tu rządzi. Bo nie rządzą już królowie, posiadacze bogactw i broni, a nawet potentaci przemysłowi. Teraz rządzą systemy bankowe, a właściwie ich ukoronowanie – niewidzialne, bezkarne i wszechmocne firmy ratingowe, które mogą obalić rząd w Grecji, boleśnie szturchnąć Francję lub warczeć na Obamę. Wystarczy jedno warknięcie i mamy milionowe bezrobocie w Europie, zachwianą pozycję ekonomiczną Stanów Zjednoczonych i Chiny w roli lokomotywy gospodarczej świata. Kryzys został wymyślony, ale konsekwencje są jak najbardziej rzeczywiste – jest źle, ale żeby nie było jeszcze gorzej, trzeba płacić.

Dla przypomnienia – w światowym kryzysie bankowym nie chodzi o pieniądze banków, których nikt nie tknął. Nie chodzi nawet o procenty od tych pieniędzy. Tu chodzi o procenty od procentów. Wszyscy musieliśmy się uczyć ekonomii w liceum i na studiach, a przecież nigdy nie dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak procent od procentu. Nikt nam nigdy nie powiedział, na czym naprawdę polega kapitalizm. Wydawało nam się, że chodzi o wyzysk, gdy naprawdę chodziło o to, że pieniądz robi pieniądz. Z tego nikt z nas NIC nie rozumie. Ja na pewno nie. Nie jestem ekonomistką, nie wiem, czy to prawda. Podobno najgorsze, co nas może spotkać, to rozpad strefy Euro. Europa zapomniała o szczytnych celach wspólnej konstytucji, o szczęściu szczęśliwych narodów we wspólnym europejskim domu. Jedynym zadaniem Europy jest zapchanie gardła bankom. No to zapychamy.

Ogólnoświatowe protesty społeczne to wyraz niezadowolenia z faktu, że zwykły obywatel musi własnymi pieniędzmi ratować światowy system finansowy. W Niemczech jest to broń. To ciekawe, że nie pieniądz jest bronią, lecz możliwość zabrania go. Wiadomo było, że pieniądze zabiorą nam Merkel z Sarkozym, jeśli ich plany się nie powiodą. Oboje rządzili kryzysową Europą bardzo zgodnie. Merkel i Hollande nie stworzyli (jeszcze) tak znakomitego tandemu. Ale idą do przodu. Śledziliśmy każdy krok na drodze, na końcu której Angela w kostiumiku i z fryzurką na pazia, postawiła nogę na gardle Europy. Wiedzieliśmy, że jeśli bleff kanclerki się nie powiedzie, będziemy płacić za jej politykę zaciskając pasa do końca życia. Wydawało się, że właśnie wtedy w Niemczech ruch oburzonych – Empört Euch! Oburzcie się! – wybuchnie jak wulkan i rozprzestrzeni się jak pożar stepu. Nic bardziej mylnego. Jest on tu wybitnie niemrawy i budzi niewielkie zainteresowanie. Dlaczego?

Odrobina historii

Niemcy mają już za sobą czasy świetności buntu społecznego. Zaczęło się w latach 60 od masowych marszy wielkanocnych organizowanych przeciwko zbrojeniom atomowym. Do eskalacji doszło w roku 1968. Był to światowy rok buntu, mówi się wręcz, że to wszystko spowodowały plamy na słońcu. Świat zawrzał. Bunty zaczęły się w Stanach Zjednoczonych protestem przeciw wojnie w Wietnamie, przeszły do Francji
i Niemiec, potem kontestowały campusy meksykańskie. Zbuntowali się Polacy i Czesi, doszło nawet do rozruchów w NRD. Wspólne było hasło: “Bądź realistą – żądaj niemożliwego”.

Zbuntowani studenci niemieccy urodzili się już po wojnie, dlatego mogli zażądać
od rodziców (prawdziwych i symbolicznych) rozliczenia nazizmu i zmiany paradygmatów etycznych, społecznych i politycznych. Nazwano ich potem, gdy już przejęli w Niemczech rząd dusz, „Pokoleniem 68”. Ich działanie przyniosło efekty, zbudowali więc na następne 40 lat etos protestu. Daniel Cohn-Bendit, przywódca rewolty studentów francuskich, na pytanie postawione przez Michnika, co zostało z tamtego czasu, odpowiedział: „Nic, ale zmieniliśmy świat”.

Protesty nigdy nie miały już takiej siły, jak w roku 1968, ale wciąż z jakiegoś powodu wrzało. W latach 1979-1983 przetoczyła się kolejna fala marszów wielkanocnych, tym razem przeciwko bombie neutronowej. W roku 1989 ruch obywatelski w NRD stosując dwie metody – ucieczki i demonstracji ulicznych – doprowadził do upadku Muru Berlińskiego i Zjednoczenia Niemiec. Na Zachodzie tymczasem nieprzerwanie od roku 1968 rozwijały się alternatywne ruchy społeczne, funkcjonujące jako opozycja pozaparlamentarna, głoszące hasła odnowy moralnej w duchu lewicowym. Były one krytyczne w stosunku do systemu politycznego i stanowiły propozycję alternatywnych form życia i gospodarki. Znanym na całym świecie symbolem alternatywnego fermentu społecznego była berlińska dzielnica Kreuzberg. Ruchom obywatelskim przyświecały hasła zaangażowania lokalnego z jednoczesnym uwzględnieniem zasad sprawiedliwego rozwoju na świecie: „Myśl globalnie, działaj lokalnie!“ To hasło pod koniec minionego tysiąclecia przyświecało procesowi globalizacji protestów. Silny ruch ekologiczny od końca lat 70 miał charakter międzynarodowy (Greenpeace), podobnie jak aktywny ruch antyatomowy, którego natężenie wzrastało z każdą wielką katastrofą atomową (Three Mile Island USA 1979,  Czernobyl 1986 i Fukushima 2011). Przełom tysiącleci to również ważne akcje pacyfistyczne: protesty przeciw interwencjom wojskowym w Zatoce Perskiej w roku 1991, Jugosławii i Kosowie w roku 1999, Afganistanie w roku 2001 i Iraku w roku 2003. Równie ważnym elementem buntów społecznych na przełomie tysiącleci był ruch antyglobalistyczny szczególnie aktywny podczas zebrań tzw. Ósemki (G-8) czyli liderów najważniejszych państw na świecie.

O ile międzynarodowe akcje wciąż odbywały się z silnym udziałem demonstrantów niemieckich, o tyle na płaszczyźnie lokalnej bunty znacznie osłabły. Dość wspomnieć protesty przeciwko likwidacji „państwa opieki społecznej” w roku 2003. Gdy koalicja SPD/Zielonych wprowadziła reformy drastycznie ograniczające pomoc dla najsłabszych grup społecznych, protestowały zaledwie garstki. Reforma zaś dotyczyła ogromnej części społeczeństwa: bezrobotnych, chorych, upośledzonych, a przede wszystkim osób, które zwalniano z pracy, po to, by je potem zatrudnić za grosze w tzw. „projektach”.

Charakterystyczne, że od lat 60 w Niemczech wciąż powstawały partie protestu. Jedne znikały po kilku latach, inne przez dziesięciolecia brały czynny udział w polityce lub biorą do dziś – były to m.in. partie Zielonych – Bündnis 90/Grünen, PDS – Partei des Demokratischen Sozialismus, Lewica Polityczna – Politische Linke, Partia zastępcza – Stattpartei, Piraci – Piratenpartei. Wiosną 2013 roku pojawiła się AFD – Alłternative für Deutschland. To niby pozytywne zjawisko odbiło się jednak negatywnie na sile protestu społecznego, gdy bowiem niezadowolenie przechodzi z ruchu obywatelskiego do partii, obywatel przestaje się angażować.

Wutbürger czyli Rozzłoszczeni i Stuttgart 21 (porażka nr 1)

Słowo „Oburzeni” czy też (jak we francuskim oryginale i po niemiecku) wezwanie Empört Euch! / Indignez-vous! użyte zostało w eseju Stephane Hessela w październiku 2010 roku. Ukazał się on w Niemczech w wydawnictwie Ullstein w lutym 2011 i podobnie jak we Francji bardzo szybko znalazł się na liście bestsellerów. W roku 2012 film „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa, pokazany na festiwalu filmowym Berlinale, był jednym z najbardziej dyskutowanych obrazów, mimo że wcale nie był najlepszy. Jego teza zamyka się w zdaniu jednego z dyskutantów. Na internetowym forum napisał on, że „oburzeni są po prostu bardzo… oburzeni”.

W październiku 2010 roku, w związku z najsłynniejszym niemieckim protestem ostatnich lat, czyli w tzw. sprawie Stuttgart 21, pojawiło się w Niemczech słowo Wutbürger – wściekły obywatel – wymyślone przez publicystę Dirka Kurbjuweita i użyte właściwie jako opozycja do „Oburzonych”. Oznaczało człowieka zamożnego, starszego wiekiem, konserwatywnego, któremu rzeczywistość tak dokuczyła, że zdecydował się wreszcie na protest.  „Wściekły” to wyborca chrześcijańsko-demokratycznej partii CDU, często emeryt, człowiek, który dotychczas nigdy się niczemu nie sprzeciwiał, reprezentujący konserwatywne centrum społeczeństwa, będące zawsze i wszędzie ostoją istniejącego porządku, na którą liczyć może każde państwo, nawet najstraszniejsze.

Powodem wściekłości był projekt przebudowy dworca w Stuttgarcie, który miał
się stać nowoczesną wizytówką miasta. Projekt drogi, a jego realizacja paskudna – wielka dziura w środku miasta przez najbliższe 10 lat. Zdaniem Kurbjuweita dlatego właśnie spokojny dotychczas obywatel się rozzłościł. Nie o koszty mu chodziło, tylko o dekadę brudu, hałasu, niewygody i paskudztwa. Autor dowodzi, że projekt dworca został zatwierdzony demokratycznie, a Wutbürger jest stary, konserwatywny i głupi.

Ciekawe, że słowo wymyślone jako obelga, szybko zmieniło znaczenie, stając się symbolem niezadowolenia i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprawa „wściekłych staruchów” i dworca w Stuttgarcie szybko wykroczyła poza ramy zwykłego lokalnego protestu, który pojawia się w Europie praktycznie rzecz biorąc wszędzie, gdy buduje się coś nowego – ulicę, lotnisko, dworzec, tamę, autostradę, linię kolejową. Walka przeciwko dworcowi nabrała niemal cech mitotwórczych. Poszło, jak w starożytności, o oko. Gdy Filip Macedoński obiecał bogom to, co ma najcenniejszego za zwycięstwo pod Metone, zwyciężył. Gdy zapytał, co ma bogom teraz ofiarować, usłyszał, że bogowie sami sobie wezmą, co będą chcieli. I wzięli oko. Przebiła je strzała wystrzelona z katapulty przez łucznika Astera.

Stary dworzec w Stuttgarcie wzniesiony w roku 1922 to znakomity przykład niemieckiej architektury modernistycznej. Teraz ten dworzec czołowy zostanie zastąpiony przez nowoczesny, podziemny dworzec przelotowy, zapewniający łączność z ogólnoeuropejską siecią szybkiej kolei. Koszty oszacowano wstępnie na 4 miliardy euro, choć dziś już wiadomo, że wyniosą co najmniej 11 miliardów. W roku 2010, gdy budowa dworca została zaakceptowana we wszystkich instancjach, niespodziewanie ujawniły się masowe protesty. Krytycy twierdzili, że koszty są sztucznie zaniżone, a dworzec nie przyniesie poprawy sytuacji komunikacyjnej w mieście, co więcej budowa zagraża wymogom ochrony środowiska. Usunięcie starego dworca oznacza zniszczenie zabytku kultury modernistycznej, a uwolniona w ten sposób przestrzeń 100 ha pod zabudowę w samym środku miasta przyniesie korzyści tylko spekulantom.

Od listopada 2009 roku Wutbürger organizowali w Stuttgarcie marsze protestacyjne
ze świecami. Były blokady ulic, przykuwanie się do drzew i ogromne manifestacje, w których uczestniczyło do 150 tysięcy ludzi. Początkowo przebiegały spokojnie, ale 30 września 2010 roku doszło do ostrych walk policji z demonstrantami. Użyto pałek, gazu pieprzowego i armatek wodnych. Niewątpliwie policja przesadziła. Za zgodą władzy zareagowała zbyt mocno i… władza przegrała. Dietrich WagnerInżynier Dietrich Wagner ranny podczas demonstracji 30 września 2010 roku stracił widzenie w jednym oku. Zdjęcie zakrwawionego mężczyzny obiegło cały świat i przechyliło szalę zwycięstwa na stronę demonstrantów. Inwestorzy wstrzymali budowę. Dalekosiężną konsekwencją protestów była radykalna zmiana polityczna w Badenii-Wirtenbergii. Wiosną następnego roku wybory wygrała wprawdzie CDU, która po 58 latach nieprzerwanych rządów, ustąpić musiała jednak koalicji Zielonych i SPD. Przywódca Zielonych, Winfried Kretschmann, był pierwszym politykiem tej partii, który został szefem rządu w niemieckim kraju związkowym.

O tym, czy i jak ma się zrealizować projekt przebudowy dworca, zadecydowało referendum 27 listopada 2011 roku. Od czasu pamiętnej demonstracji wszyscy sądzili,
że referendum raz na zawsze zastopuje sporny projekt. Stało się inaczej. Prawie 60% głosujących opowiedziało się za kontynuowaniem budowy. Demokracja zwyciężyła i zjadła własne dzieci. I tak się zakończył wielki bój.

Porażka numer 2 – woda w Berlinie

W polskim filmie „Poszukiwany poszukiwana” pada pytanie, czy oni (ONI!) tę wodę sprzedają na lewo? W Berlinie w roku 2010 okazało się, że dokładnie tak było. Już w roku 1999 tajnie sprywatyzowano prawie 50% berlińskiej wody. W ciągu 2 lat od podpisania umów woda zdrożała o 35%. Po dziesięciu latach, w czerwcu 2010 roku, tajne umowy przestały być tajne i rozpoczęła się wielka akcja społeczna o ich unieważnienie, czyli o zaniżenie cen wody. Walka zakończyła się w lutym 2011 roku. Berlińczycy poszli na referendum, żeby zmusić władze do ujawnienia machlojek z wodą – zwyciężyli, a woda i tak jest droga… Tak jak Stuttgarcie, w proteście obywatelskim, my, rozzłoszczeni obywatele (teraz to słowo miało już sens pozytywny), formalnie uzyskaliśmy wszystko, co chcieliśmy uzyskać, a i tak nie uzyskaliśmy nic. Berlińskie doświadczenie z wodą to apogeum zaangażowania obywatelskiego, apogeum, wygranej i apogeum przegranej, bo polityka ręka w rękę ze światem wielkich finansów pokazały nam, gdzie naprawdę jest nasze miejsce – w mrowisku, w którym buszują wielkie żuki!

Intermezzo czyli jak Artur Żmijewski zamienił Berlin Biennale 2012 w forum ruchu Occupy i dlaczego nic z tego nie wyniknęło oprócz politowania

Mieliśmy już za sobą doświadczenia Stuttgartu i Berlina, gdy kuratorzy 7. Berlin Biennale Artur Żmijewski, Joanna Warsza i grupa artystyczna Wojna zaprosili do udziału aktywistów ruchów protestu z całego świata Occupy/Echte Demokratie Jetzt! /Indignados/Movimiento 15-M, arabskiej wiosny oraz zaangażowanych artystów, w tym przedstawicieli środowiska polskiej „Krytyki Politycznej”. Biennale w dniach od  27 kwietnia do 1 lipca 2012 roku odbywało się pod hasłem „Forget Fear“ – „Zapomnij o strachu”. W KunstWerken politycznym protestantom oddano do dyspozycji 400 metrów kwadratowych po to, by mogli uprawiać politykę artystyczną. W akcji wzięło około 100 artystów i protestantów z Niemiec, Hiszpanii, Holandii i Stanów Zjednoczonych, Polski, Palestyny, Japonii i Izraela. W manifeście napisali, że chcą skorzystać z szansy, jaką im daje Biennale, aby nawiązać kontakty międzynarodowe, uczyć się od siebie nawzajem i móc w przyszłości jeszcze ściślej ze sobą współpracować. Chcą dyskutować o gospodarce zrównoważonej i alternatywnych formach życia. Podstawową formą pracy artystyczno-politycznej była Asamblea, czyli publiczne spotkanie. Uczestnicy przyjechali na Biennale z namiotami, co jest charakterystycznym wyróżnikiem całego ruchu Occupy. Założyli Camp, który pełnił funkcję „Arbeitszentrale”. Tu miały wziąć swój początek takie akcje jak Autonomous University, Livestream i Computer HackLab.

Żmijewski jeszcze przed Biennale opublikował manifest polityczny. Teraz go przetłumaczył: „Does contemporary art have any visible social impact? Can the effects of an artist’s work be seen and verified? Does art have any political significance – besides serving as a whipping boy for various populists? Is it possible to engage in a discussion with art – and is it worth doing so? Most of all, why are questions of this kind viewed as a blow against the very essence of art?” Autor zadaje pytania i sam na nie odpowiada: Polityka i kultura nie mogą być odseparowane, ponieważ tworzą wtedy ślepy świat niewidzących się wzajemnie dyskursów, debat i działań. Kultura nie jest dodatkiem, ornamentem, kremem poślizgowym, ale jednym z centrów polityki. Bo ludzie w kulturze mówią, a polityka powinna ich słuchać. A więc wszystko cudnie. Manifesty i protesty. Tyle, że do śmiechu. A może do płaczu.
Oto kilka dowolnie zestawionych opinii: „Spóźniona rewolucja kulturalna zrobiona przez Polaka dla Polaków: Kurator Biennale Żmijewski chciałby przy pomocy sztuki stworzyć pragmatyczną politykę. Powtarza w sztuce doświadczenia Pokolenia 68, tworząc groteskę pełną deja vu”. „Kurator Żmijewski używa faszystoidalnej symboliki, łącząc lewicowe poglądy z populistycznym antykapitalizmem”. „Krytyka cynicznego rozumu. Grass i Auschwitz to go i Occupy Camp dla gapiów: Berlin Biennale cynicznie pogrywa ze swym najważniejszym przesłaniem, zmieniając je w polityczny kicz”. Tygodnik “Der Spiegel” zatytułował artykuł o kuratorze Biennale „Kunstfeind” – wróg sztuki. “Artur Żmijewski odrzucił formułę wystawy, zamienił ją w platformę wymiany poglądów i badania tego, co sztuka może. Ale czy sztuka cokolwiek może?” Gdyby Żmijewski poprzestał na próbie ikonografii protestu, stał się archiwistą współczesnych ruchów społecznych, to wystawa byłaby ciekawa. Tymczasem polski artysta zapowiedział, że sztuka „dużo może” i że pod jego przewodnictwem to zrobi. A to już przesada. Przestrzeń sztuki, nawet ulicznej, nie jest tym samym, co przestrzeń buntu. Nie jest i być nie może. Sztuka nie zastąpi rewolucji, może jej co najwyżej towarzyszyć. To modernistyczna utopia, że Artysta jako Nowy Człowiek poprowadzi zbuntowany lud najpierw na barykady,
a po zwycięstwie na kwietne łąki Nowego Ładu i Nowego Społeczeństwa. Bo najpierw,
na przykład, trzeba by wiedzieć, jakie mają być te kwietne łąki. A jak na razie nikt tego nie wie. Demokracja zbratana z kapitalizmem zawiodła na całej linii, ale co miałoby być zamiast niej? Nikt nie wie, nie wiedział również Żmijewski.

(…)

Hasła bez pokrycia

zaczerpnięte są z nadzwyczaj słusznego filmu „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa. Film wyprodukowano na zlecenie francusko-niemieckiego programu telewizyjnego „arte”. Czyli te same państwa, które mają dość pieniędzy, by bronić banków, spekulantów finansowych i strefy euro, mają zarazem dość pieniędzy, by sfinansować film
o proteście przeciw takim poczynaniom. System wchłania swoich wrogów zmieniając
ich akcje w kolejny dowód tolerancji. Znamy to dobrze, bo tak po okresie głupiej przemocy postępowała komuna, wchłaniając Gombrowicza czy Hłaskę. Podobnie jest zresztą i w drugą stronę. Kilka miesięcy temu oburzaliśmy się, gdy wyszło na jaw, że organizacja sprzeciwiająca się okupacji Tybetu, sprzedawała chińskie koszulki, tyle że ze stosownym hasłem. Również symbol ruchu Occupy – namiot – to tani, leciutki i łatwy w rozstawianiu „gadżet”, produkowany w Chinach i „okolicy”. Hasła, których używa ruch oburzonych są nad wyraz słuszne, a zaczerpnięte zostały z wystylizowanego na polityczną agitkę traktatu Hessela. Wszyscy mamy obowiązek ochrony dobra, jakim są ideały demokracji. Żądamy gospodarki szanującej wartości społeczne. Dobro ogółu jest ważniejsze od zysku. To nie kryzys, to błąd systemu. To nie kryzys, to oszustwo. To nie my jesteśmy przeciw systemowi, to system jest przeciw nam. Obojętność zabija. Idziemy powoli, bo chcemy zajść daleko. Nie będziemy płacić na wasz kryzys. Nie ratujcie banków, ratujcie demokrację. Politycy nie reprezentują naszych interesów. Solidarność nie jest przestępstwem. To ostatnie hasło 30 lat temu wzruszyłoby nas wszystkich do łez. Niestety, czasy się zmieniły. I wreszcie wezwanie każdego idealisty skierowane do wszystkich organizatorów życia politycznego i ekonomicznego: Schämt euch! Wstydźcie się!

Prognozy i wnioski

Każde pokolenie ma powód do buntu, każde na starość będzie konserwatywne. Mówi się, że ten, kto się za młodu nie buntował, jako starzec będzie potworem. Do niedawna każde pokolenie nie tylko miało powód do kontestacji, ale każde też z całym przekonaniem wierzyło, że zwycięstwo przyniesie zmianę na lepsze. To się zmieniło mniej więcej na początku nowego tysiąclecia. Straciły sens uniwersalne powody buntu, okazało się też, że bunt nie przynosi nawet przejściowej zmiany na lepsze. Globalizacja sprawiła, paradoksalnie, że sens zaczęły mieć tylko małe, pozornie nieważne, działania lokalne. Wierzyliśmy jednak, że sumują się one w powszechny ruch zmian pozytywnych. Niestety Stuttgart 21 i woda w Berlinie uświadomiły nam, że wcale tak nie jest, że lokalnie też nic nie możemy, mimo iż pozornie każdy wciąż nas pyta o zdanie. Kiedyś zatem powód i cel buntu miały sens, a potem, nagle, przestały. Będziemy się buntować, bo takie są prawidłowości rozwoju osobniczego i społecznego. Ale… Powód jest abstrakcyjny, cele nie do pojęcia, metody zawodzą, ofiary są bez znaczenia, wróg nie ma twarzy, a zwycięstwa nie będzie i to już z góry wiadomo. Walczymy o nic. O to tylko, by na starość nie być potworem, lecz jednak człowiekiem.

Weshalb nehmen wir es an?

Der Text ist vor drei Jahren entstanden und zig mal zu verschiedenen Redaktionen geschickt. Meistens ganz ohne Reaktion, aber auch da, wo man, angeblich, Interesse zeigte und etwas tun wollte, passierte gar nichts.

Offensichtlich nehmen wir es an, weil es uns überhaupt nicht interessiert.

Ewa Maria Slaska

Pavel S., geboren 1982, ist von der Geburt her ein Spastiker, einer, der unter spastischen Tetraparese leidet, einer Krankheit, die sich geistig und somatisch äußern kann, und die bei ihm, zum Glück, nur körperlich in Erscheinung trat. Diese „nur“ reicht aber vollkommen, um das Leben eines Menschen tief und unreparabel zu beeinflussen, im Grade, von dem wir, die Gesunden, überhaupt nichts wissen wollen, da die spastische Tetraparese eine Lähmung aller vier Gliedmassen bedeutet. Und dies bedeutet wiederum, dass der Mensch nie allein, ohne fremde Begleitung sein Leben gestalten wird. Nie – auch ein Wort, von dem wir, die Gesunden, keine Ahnung haben. Eine Hilflosigkeit, die einem würgen wird. Mich auf jeden Fall.

Er wurde aber als Kind sehr geliebt und wirkt heute ausgeglichen und gelassen ironisch.  Man hatte ihn fürs Leben erzogen, für Teilnahme und Teilhabe an sozialen, kulturellen und politischen Prozessen, die unsere Gesellschaft aufbauen und prägen oder aber dekonstruieren und degradieren. Ein normaler Bürger halt, mit Handicap zwar, aber bewusst und engagiert.

Er ging zuerst in eine Grundschule für Körperbehinderten, nach der 5. Klasse wechselte in eine „normale“, wo er nächste vier Jahre verbrachte. Dann kamen weitere vier Jahre in einer, ebenfalls „normalen“, Oberschule, anschließend zwei Jahre Berufsförderung, ein in Berlin und ein in München und letztendlich drei Jahre Ausbildung zur Bürokraft, die er mit Ausbildungszeugnis erfolgreich abgeschlossen hat. In dieser Zeit verbrachte er auch acht Jahre in einem Behinderten Sportverein, währenddessen er an zahlreichen Schwimmwettbewerben teilgenommen hat und etliche Medaille gewann.

2006 endete der Bildungsweg. Er kam zurück nach Berlin, war ein Jahr arbeitslos und suchte in dieser Zeit sowohl die Arbeit als auch die Wohnung. Beides gelang fast gleichzeitig und kam noch dazu mit der Zuerkennung des Pflegedienstes. Jetzt ist der Weg, auf dem er gelernt hatte, ein vollwertiger Bürger dieser Gesellschaft zu sein, abgeschlossen. Er kann zwar nicht ohne Hilfe leben, braucht eine ständige Lebens-Begleitung und eine besonders eingerichtete Wohnung, aber diese Umstände berücksichtigend, ist er jetzt ein vollberechtigter Mitglied der Gesellschaft. Mit Rechten und Pflichten, wie jeder Andere. Er arbeitet, wohnt, lebt. Beruflich kann er alles, was mit dem Büro zu tun hat: Datenverarbeitung, Internet und Emails, Telefon- und Faxdienst, Personalwesenpflege, Schriftverkehr. Dazu noch Englisch. Er reist gern, hört gern Musik, pflegt gesellschaftliche Kontakte durch das facebook, lässt sich ab und zu ins Kino begleiten.

Jetzt, drei Jahre später, ist er ein Rentner. Drei Jahre hatten gereicht, um aus einem engagierten und arbeitswilligen Menschen einen Menschen am Abstellgleis zu machen. Und, um es nach Heine zu wiederholen, dies hat mit ihren Taten die Gesellschaft getan. Mit einer, oder vielleicht zwei, Redewendungen. Es ist halt so. Und – es ist gang und gäbe. Beides bedeutet fast das gleiche. Beides weist Einen, der rebelliert, sanft aber entschieden ab. Es ist halt so, die Rebellen haben hier nicht zu suchen. Der Gehorsam ist Der Wert, der unterstützt wird. Nicht die Kritik, egal konstruktiv oder nicht. Es ist gang und gäbe.

Was ist also passiert? Es ist der 1. August 2007. Pavel beginnt eine Arbeit. Sein Arbeitsgeber waren die Berliner Werkstätten für Behinderte in Berlin-Wedding mit dem Hauptsitz Westhafenstr. 4. Einsatzort: Eine Aussenstelle der Werkstätten für Behinderten, Zeiss-Ikon Betrieb in der Goerzallee in Zehlendorf. Ein Betrieb also in dem man Geld vom Staat kassiert, dass man die Behinderten beschäftigt.

Am ersten Tag meldet sich Pavel bei der Arbeit und erfährt – von einem Gruppenleiter aber auch von einer Sozialarbeiterin – dass seine Toilettengehzeiten auf 8.00 Uhr und 12.00 festgelegt sind. Das geht bei einem Spastiker nicht. Und wenn ich darüber nachdenke, bin ich der Meinung, dass es bei einem normalen Menschen auch nicht geht. Wie kann man auf Kommando pinkeln? Oder ebenfalls auf Kommando den Stuhlgang drei Stunden anhalten? Dies war vielleicht in den Zeiten des wütenden Kapitalismus gang und gäbe, in den „Modernen Zeiten“ mit Charlie Chaplin gibt es zwar davon keine Rede, aber sich Ähnliches vorstellen kann man schon. Da sind aber 80 Jahre her und  man hat inzwischen ein paar Errungenschaften des Sozialen Staats entdeckt und auch praktiziert. Z.B. die Idee, dass der Arbeitnehmer ein Mensch ist und somit den menschlichen Nöten und Bedürfnissen ausgesetzt. Wie Pinkeln.

Was einem normalen Menschen nur schwierig erscheinen mag, ist für einen Spastiker das Unmögliche. Er kann nicht auf Kommando, und verlangt man es zu heftig, dann erlöst man bei ihm noch Angstzustände, die in Depression führen.

Er weißt es. Er weißt, dass er es nicht schafft. Er weiß, dass er auch die Ratschläge – sich bei Schwierigkeiten eine Windel zuzulegen – nicht annehmen wird. Es ist ein Höhn. Mit dem Ratschlag fühlt er sich gedemütigt und erniedrigt, und er möchte wie ein Mensch arbeiten und behandelt werden. Er ruft bei Kumpel aus den Ausbildungszeiten und bei anderen Werkstätten in ganz Deutschland an. Er möchte wissen, wie es gehandhabt wird. Was er erfährt, erschreckt. Es ist überall so. Es ist gang und gäbe in all solchen Betreiben, wo die Behinderten arbeiten. Es ist halt so! Trotzdem schreibt er an die Leitstelle des Betriebs und der Werkstätten und schildert die Situation. Benutzt die Worte, die ihm als Bürger zustehen, wie Menschenwürde.

Theoretisch gewinnt er. In einem klärenden Gespräch erfährt er plötzlich, dass es doch in dem Betreib keine festgesetzte Toilettengehzeiten gibt. Er darf aufs Klo, wann er will. Er fühlt sich in seinem Verlangen, wie ein Mensch behandelt zu werden, bestätigt. Wenn man sich wehrt, gewinnt man. Mensch-zu-sein muss man sich als Behinderte hart erkämpfen.

Die Freude dauert jedoch sehr kurz. Weil spätestens nach drei Wochen normalisiert sich die Situation im Betrieb wieder und er darf nicht mehr aufs Klo, wann er will. So also geht man mit den Rebellen um. Man lässt denen ein Gefühl, dass sie gewonnen haben und dann neutralisiert man es mit dem alltäglichen Kram. Und mit diesen zwei Redewendungen, die er nicht mehr hören kann: wieso regst du dich so auf, es ist halt so! Und zwar überall.

Bei ihm endete es so, wie es enden musste – irgendwann hielt er es nicht mehr aus. Irgendwann ging es in diesem Betrieb gar nichts mehr. Er bekam einen heftigen Nervenzusammenbruch, wurde entlassen und in die Rente geschickt. Mit so einem, der nicht auf Kommando pinkeln kann, kann diese Gesellschaft offensichtlich nichts anfangen.

Es ist jetzt ein Jahr her. Die Sache ist bei ihm immer noch heiß. Immer noch fragt er sich und die Umgebung, wie ist es möglich? Weshalb musste er wegen Pinkeln, nur wegen Pinkeln, in die Rente? Er ist doch nicht der Einzige in Deutschland. Weshalb wehren sich die Anderen nicht? Weshalb nehmen sie es an?