Pierwszy piątek czerwca

Roman Brodowski

Cicho! – uspokajał mnie Mietek, dotykając palcem ust – oni jeszcze tam są, czekają na kogoś – dodał, puszczając delikatnie gałąź rozłożystego świerku, tajemnicę naszego schronienia.
Milicjanci stali spokojnie obok muru okalającego naszą starą kopalnię, rozmawiając o jakiejś przygotowywanej akcji. Szkoda, że nie słychać z tej odległości, o czym oni rozmawiają, pomyślałem. Kogo lub czego ma ta ich akcja dotyczyć. Można by było przestrzec tego, na kogo się szykują, przed niebezpieczeństwem.
Wiatr coraz bardziej dawał się we znaki, a późnowieczorny mróz przenikając niezbyt grube kurtki, bezlitośnie ziębił ciało.
– Kiedy w końcu te psy się stąd zabiorą? – pytałem szeptałem przestworza, zły na cały świat. Skostniałe od zimna dłonie z trudnością trzymały zwinięty w rulon nowy wiersz, napisany wczorajszego popołudnia, a przeznaczony do przyklejenia.
Mietek trząsł się jak osika. W oczach jego coraz bardziej malował się strach, a na czole widoczne były pojedyncze krople potu. – Czy to warto tak się narażać na nieprzyjemności czy więzienie za tą twoją konspiracyjną pisaninę, którą i tak w firmie przeczytają tylko nieliczni?
Spojrzałem, zaskoczony, bo przecież kto jak kto, ale on, mój wieloletni przyjaciel, z którym przez wszystkie lata nauki dzieliłem pokój w internacie, dla którego byłem i jestem niemalże jak brat, i kogo jak brata traktuję, właśnie on wątpi w sens naszych działań, mających przecież na celu ukazanie naszej niezgody na to, co się dzieje, na stan wojenny.
Tak, to prawda, przyjacielu. Ryzykujemy i możemy ponieść koszty tego ryzyka. Ale czy nie warto? Naprawdę nie widzisz w tym sensu? – odpowiedziałem. – Nawet jeżeli te wiersze, ta jak mówisz pisanina, którą wieszamy nielegalnie i pod osłoną nocy tam, gdzie rano łatwo będą je mogli przeczytać przechodzący na szychtę górnicy, nawet jeśli przeczyta je zaledwie kilka osób, a może nawet jedna, i będzie to dla nich pokrzepieniem w tym narodowym nieszczęściu, to bądź przekonany że czynimy dobro większe, niż możemy sobie wyobrazić. To przecież ty – kontynuowałem moją myśl – cierpliwie namawiasz mnie do uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach kościelnych, to ty starasz się wpajać we mnie wszelkie pozytywne wartości zawarte w biblii, którą tak dokładnie czytasz.  Więc przypomnij sobie, czego te twoje mądre księgi uczą. „Choćbyście pomogli tylko jednemu z moich maluczkich, to tak jakbyście pomogli mi samemu”. To słowa Jezusa.  A więc, jeżeli wierzysz w to wszystko, o czym ze mną tak często rozmawiasz, to masz dzisiaj okazję sprawdzić siłę twoich przekonań w praktyce, a nie tylko w teorii.
Mietek milczał, a ja dopiero wówczas, gdy opadły emocje, zrozumiałem w jak perfidny sposób użyłem jego poglądów religijnych, naruszając najważniejszą sferę intymności, jego wiarę i poczułem się z tego powodu bardzo podle.
Nagle usłyszeliśmy odgłos twardo stąpających po ubitym śniegu stóp, zbliżających się powoli w naszym kierunku.
To już po nas! – powiedziałem.  Uciekajmy! może nas nie dogonią – dodałem, podnosząc się energicznie z ziemi.
Leż spokojnie!  – odparł Mietek, chwyciwszy mnie za ramię.
Milicjant zbliżył sie do miejsca naszego azylu na około dziesięć kroków, po czym rozpiąwszy spodnie, wysikał się, ciężko przy tym wzdychając. Następnie, wyraźnie zadowolony, popatrzył w kierunku kolegów i zaczął przeklinać głośno swą ciężką i źle płatną służbę.
Leżeliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w lepki śnieg, czekając na najgorsze.
Mietek blady ze strachu modlił się, całując co jakiś czas srebrny medalik, ja gryzłem palce, by nie daj Boże przypadkiem nie wydać jakiegoś mogącego nas zdekonspirować dźwięku.
Nagle do stojących funkcjonariuszy podjechał radiowóz czyli suka, z którego wysiadł porucznik w towarzystwie swojego rotweilera czyli ormowca.
– Plutonowy do wozu! – zawołał donośnym głosem w naszym kierunku.
Policjant dopiąwszy szczelnie mundur biegiem udał się do wozu i odjechał wraz z innymi, a my podnieśliśmy się z ziemi i, patrząc na siebie z niedowierzaniem, długo staliśmy w milczeniu.
Upewniwszy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykonać nasze dzieło, przykleiliśmy butaprenem na murze trzy niepozorne kartki, zawierające mój gniew   przeciwko tym – między innymi – którzy jeszcze przed paroma minutami tu stali, przeciwko polsko-niepolskiej władzy.
Następnie oddaliliśmy się spokojnie, wiedząc, że nie był to nasz ostatni raz.
Po powrocie do „Domu Górnika“, gdzie mieszkaliśmy, Mietek poprosił mnie o wspólną modlitwę dziękczynną na intencję tego, że Pan Bóg otoczył nas opieką i pozwolił szczęśliwie powrócić z akcji. Zgodziłem się oczywiście, mimo wewnętrznego sporu.
Bo przecież…, może jednak istnieje.

Berlin  14.03.2013

Biały kruk

Ukryty pośród zakurzonych ksiąg.
Czekający swojej pory biały kruk
Śpi niemym pożądaniem objawienia.
Ideą ukrytą w iluzorycznych słowach.

Na czarnej oprawie znak cierpienia.
Błogosławione narzędzie słabości,
Symbol braterstwa zła i dobra,
Szepcący psalmy, oliwny krzyż.

Zapisane strony Bożego Testamentu
Wypełnia ginąca bezpowrotnie prawda
Karmiąc ostatek nadzieją odkupienia,
Ofiarą złożoną z trzydziestu srebrników.

Ta wielka tajemnica prostej wiary
Ten proroczy obraz rzeczywistości
Umiera w cierniowej koronie dogmatów,
Ubierając w światłość boga tego świata.

A ja błądząc po stronicach objawienia
Szukam mojej drogi do ziemi obiecanej
I odnajduję: odium, chorobę, śmierć.
Sąd, ostatni akt stwórczego dzieła.

Lecz ufny nadal trzymam płonącą lampę.

Przedsionek raju

Słońce bezlitośnie wypala
Resztki wysłużonej nadziei,
Pustynie modlą się o deszcz

Jednak nikt tego nie słyszy.

Dziewicze niegdyś puszcze
Pozbawione dostojeństwa
Wznoszą kikuty ku niebu

Jednak nikt tego nie widzi.

W umarłych korytach rzek
Woda przenosi bezpłodność,
Pachnąc ludzkim władaniem

Jednak nikt tego nie czuje.

Tworzymy własny Armagedon
W powietrzu unoszą sie fekalia,
A zmierzch kończy tragifarsę

Jednak nikt tego nie rozumie.

I nikt już nie czeka wybawienia.
I nikt nie prosi o ziemie obiecaną,
Pokora odeszła w pohańbieniu.

A my stoimy w kolejce do raju.

Żory, 14. 03. 1987

Obok Prawdy

Na odwiecznym wernisażu
Dziwnie sakralnej wyobraźni,
Jak gołąb, prosto ku niebu
Wyleciały z mej pamięci
Słowa wszystkich modlitw.

Dawidowe psalmy dziękczynne,
Sto pięćdziesiąt pieśni
Otuliła nieznośna cisza.
Zamilkły sterylnie zamknięte
W ukrytych nieszporach.

W kanonach kompozycji
Ujrzałem doskonałość formy.
Idealne proporcje postaci
Patrzące na mnie ze ścian
Jak na intruza
W galerii Bożego przybytku.

Wyszedłem zniewolony
W asymbiozie myśli.
Stojący przy drodze Krzyż
Objął mnie starym ramieniem,
A łzy poczęły płynąć po twarzy
I poszedłem przed siebie
Ad limina apostolorum
W poszukiwaniu prawdy.

Berlin 30.03. 1992

Międzynarodowy Dzień Seksu

Dzień Seksu dopiero jutro, ale u nas już dziś, bo jutro pierwszy piątek miesiąca i nie będziemy go przecież odbierać Romanowi Brodowskiemu tylko z tak błahej przyczyny, że dziesięć lat temu… Ale o tym pisze już nasz autor:

Zbigniew Milewicz

Bykowe…

No i znowu mamy najprzyjemniejszy dzień roku. Dziś, po raz dziesiąty już z kolei, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Seksu, ustanowiony przez samą Radę Tradycji Unii Europejskiej, w trosce o podniesienie spadającej na łeb, na szyję populacji w krajach członkowskich. Dzisiaj więc naszym patriotycznym wręcz obowiązkiem jest  zaparcie się seksualnej frustracji i oziębłości, żadnych rozmów o bólu głowy, stresie cywilizacyjnym, cukrzycy i impotencji. Panie i panowie do dzieła… przynajmniej ten jeden raz w roku. A propos, taka anegdota: uniwersytecki wykład z seksuologii, pan profesor wylicza, jak często ludzie kopulują ze sobą, w zależności od rasy, kultury, temperamentu. Potrafią zbliżyć się – mówi – kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, inni tylko raz, przy zmniejszonym libido, raz albo dwa w tygodniu, miesiącu, kwartale, a w skrajnych przypadkach zaledwie raz, albo dwa w roku. A pan z czego się tak cieszy – pyta jednego ze studentów. Ach, bo to dziś będzie ten drugi raz! – pada euforyczna odpowiedź.

barabaraHanna Märker, polska pisarka, mieszkająca w Berlinie poświęca seksualności praktycznie całą swoją twórczość. Autorkę poznałem pod koniec marca b.r., na święcie Marzanny, w Lübars. W pękającej pod naporem kobiecości „małej czarnej” a la Coco Chanel  prezentowała swoją najnowszą powieść, pod znamiennym tytułem „Bara@Bara”. Nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! – głosiło motto. Pisarka i jej książka miały jakiś magnetyzm w sobie, wokół stoiska  kręciło się sporo osób obojga płci i nie tylko ja miałem problem z koncentracją. Były to czary, albo dobry marketing, a może jedno i drugie, wzrok wędrował od głębokiego dekoltu poprzez kuszący, krwisty make up, niewinne spojrzenie błękitnych oczu, na obwolutę powieści. Oczywiście kupiłem, dostałem autograf, czytało się dobrze, choć za literaturą obyczajową nie przepadam. Nie była to książka miłości, bardziej o życiu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, ale miłość cały czas była przecież w tle.

Seks w czystej, fizjologicznej postaci, bez jakiegokolwiek pierwiastka uczuciowego, oddałbym robotom. Miałem kiedyś okazję rozmawiać ze znaną aktorką dochodowej branży pornograficznej. Powiedziała mi, że mimo iż posiada dużą rutynę, w trakcie kręcenia castingowych scen, które wielokrotnie trzeba powtarzać, cały czas myśli sobie o pierwszym mężu, albo o zaprzyjaźnionych facetach, jeżeli filmowy partner jest jej obojętny. Jeśli jest między nimi choć odrobina chemii, to gra się znacznie lepiej, naturalniej, zdjęcia trwają krócej i można dostać lepsze honorarium.

krupowkiJeżeli już mowa o materialnych korzyściach i seksie, to są one ze sobą od zawsze związane. Potwierdza to najstarszy zawód świata, o którym niedawno pisałem, ale też tzw. prostytucja małżeńska (nie dam, jak nie dostanę nowych butów) czy… kościół na bykowym w Zakopanem. Historia sięga XIX wieku i związana jest z postacią pierwszego zakopiańskiego proboszcza, ks. Józefa Stolarczyka, słynącego z niekonwencjonalnych metod duszpasterskich. Kiedy w trakcie budowy nowego, kamiennego kościoła przy ul. Krupówki zaczęło brakować budulca, cudzołożnicy w charakterze pokuty zobowiązani byli  dostarczać go na miejsce. Ilość tórebek  kamieni Ksiądz Jegomość wyznaczał grzesznikowi, w zależności od rozmiarów jego winy i ten rodzaj ekspiacji obowiązywał tylko mężczyzn. Wolno im było odpokutowywać swoje winy pod dyskretną osłoną nocy, ale na drugi dzień i tak wszyscy w gminie wiedzieli, o ile i dzięki komu kościół będzie wyższy. Krupówki nazywano wtedy drogą grzeszników. „Grzeszą” słowem od zarania dziejów poeci. Oddaję na zakończenie głos naszej noblistce Wisławie Szymborskiej, w jej limerykach:

limerykiRaz pewna dama w Lubomierzu
tarzała swego gacha w pierzu.
“Czemu to czynisz?”- jęczał gach,
A ona na to dictum: “Ach,
Zbyt goły jesteś, Kazimierzu”.

Raz Mozarta bawiącego w Pradze
Obsypały z komina sadze.
Fakt, że potem w ciągu godziny,
Wymorusał aż cztery hrabiny,
Jakoś uszedł biografów uwadze.

Jawnogrzesznica z miasta Kłaj
W swoim zawodzie była „naj“
Ale to zależało,
Czy jej się chciało, czy nie chciało –
Taki już miała obyczaj.

Sekscytacje, Antologia Polskiej Literatury Frywolnej, Rubasznej i Obscenicznej. Wyd. Interwers, 2009

PS.
Dla uzupełnienia i równowagi: jutro Międzynarodowy Dzeń Seksu, a dziś czyli 6 czerwca – Światowy Dzień Pocałunku

Na Dzień Dziecka

Kilka dni temu Krystyna Koziewicz pisała o Dniu Matki i było to dalekie od laurki. Dziś Roman Brodowski publikuje teksty na Dzień Dziecka, też odległe od banalnych słodkich obrazków, jakie na ten dzień uczynnie podsuwa nam komercja.

Z pamiętnika matki i ojca
~  Dzień dziecka  ~

Dzieci! – zawołałem, proszę umyć ręce i przyjść na kolację, bo już od dziesięciu minut czekam – dodałem, stawiając na stole świeżo zaparzoną herbatę.
Po kilku minutach siedzieliśmy całą trójką, to znaczy ja i moi bliźniaczo do siebie niepodobni bliźniacy przy wieczornym stole, spożywając ostatni dzisiejszego dnia posiłek.
– Tatusiu – przerwał nagle ciszę Amos, zbliża się dzień dziecka, więc czy mógłbym dostać 100 Euro na spływ kajakowy, który organizują koledzy ze starszych klas naszej szkoły?
– 100 euro?  – powtórzyłem jego słowa z niedowierzaniem, nieco zaskoczony tą propozycją. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że byłoby to bardzo  nierozumne z mojej pozwolić ci na taką wycieczkę bez fachowej opieki, tylko z kolegami. Przecież ty masz do… Nie dokończyłem zaczętej myśli, gdyż w tym momencie uświadomiłem sobie, że za półtora miesiąca moje jeszcze nie tak dawno bezbronne małe istoty ukończą szesnasty rok życia.

– Mój Boże! – pomyślałem, to już od szesnastu lat spełniam misję jaką mnie obarczyłeś, od szesnastu lat gram główną rolę w spektaklu, jaki dla mnie napisałeś. Od szesnastu lat wypełniam  twój scenariusz, poświęcając wszystko inne, co sprawiało mi wcześniej przyjemność i, co najciekawsze, czynię to z radością i bez najmniejszego żalu do Ciebie, pomimo tego (co chyba sam przyznasz), że rola matki i ojca w jednej osobie nie zawsze jest łatwa.

– Ja też wolałbym pieniądze, odezwał się Martin, sprowadzając mnie ze świata na ziemię.  Chciałbym  sobie kupić nową komórkę oraz spodnie…, takie jakie się dzisiaj nosi –  dodał po namyśle.

Ok, niech będzie. W dniu waszego święta dostaniecie to, o co prosicie, i będziecie mogli  wykorzystać zgodnie z waszymi potrzebami. Muszę jednak zaznaczyć, że tego, o co mnie prosicie, nie mogę potraktować w kategoriach sercem podyktowanego prezentu dla was, a raczej jako spełnienie mojego obowiązku dotyczącego zapewnienia wam podstawowych warunków do, prawidłowego funkcjonowania w  środowisku w jakim  się obracacie, abyśmy jednak mieli wspólną przyjemność w dniu waszego święta, zapraszam was na  wycieczkę do Pergamonu, a potem na lody. Co wy na to?
– Zgoda – jesteś taki kochany! – wykrzyknęli prawie  jednocześnie, obejmując mnie i całując po okrytych szarzyzną czasu skroniach. Jakaś nieproszona łza zabłąkała się na oku, a ja słuchałem  wewnętrznego głosu, który jak górskie echo powtarzał – „tak, to są i pozostaną dla ciebie, na zawsze, małe, kochane dzieci“

Po kolacji chłopcy położyli się do łòżek, ja zaś długo siedziałem słuchając ulubionego, Pierwszego Koncertu fortepianowego b-moll Piotra Czajkowskiego, mimowolnie błądząc myślami po niedalekiej przyszłości, widząc zbliżający się dzień, gdy moje ptaszęta wyfruną z gniazda, by nigdy już do niego na stałe nie powrócić, dzień gdy ja zostanę sam, ze swoimi wspomnieniami o czasie, kiedy były jeszcze małymi, bezradnymi istotami, ukrytymi pod moimi ciepłymi skrzydłami domowego ogniska, obiektami najpiękniejszej z odmian miłości, jaką jest miłość matczyna (a w moim przypadku matczyno-ojcowska) do dziecka.

Po raz pierwszy poczułem dziwny niepokój, przed nadchodzącymi szybkimi krokami zmianami w moim ułożonym życiu. Zacząłem bać się tego co nieuniknione, co jest naturalną koleją rzeczy, z czym z pewnością trudno będzie mi się kiedykolwiek pogodzić – oddaniem moich dorastających, nie całkiem jeszcze opierzonych, a już prawnie pełnoletnich pisklaków, światu.

Przecież ja, który ich przez wiele lat pielęgnowałem, chroniłem i cierpliwie przygotowywałem do pierwszego lotu, uczyłem wszystkiego co powinni wiedzieć i umieć, by sobie w tej dorosłości poradzić. Nie wiem, na ile dobrze spełniłem swoją rolę i na ile gotowi są do tego, by samodzielnie funkcjonować w zmaterializowanym, gotowym na wszystko (nawet kosztem własnej godności)  społeczeństwie. Przecież oni są jedyną radością i sensem mojego życia!

Wizja dalszego życia w czterech ścianach, bez nich, wydała mi się nonsensem. I chociaż pojmuję, że tak jak ja przed laty, oni również zapragną kiedyś odejść, by budować fundamenty własnej egzystencji z wszelkimi konsekwencjami wynikającymi z dorosłości, że upomną się o prawo do własnej interpretacji bytu, czyli życia na własny rachunek, to emocjonalnie nie potrafię jeszcze (i chyba długo nie będę) tego do siebie przyjąć.

Chociaż stwierdzenie Heraklita, iż wszystko płynie, przemija, jest prawdą, to jednak to co pozostaje w naszej pamięci, to czego nie chcemy zapomnieć, pomimo tego że nie jest wieczne, to dla nas jest wiecznością. Idąc niejako torem myślowym Heraklita, można powiedzieć że statek, w którym my stoimy w bezruchu, płynie, a my razem z nim. Ale można przyjąć inną (również prawdziwą) interpretację, bo może statek płynie, a my stoimy w nim w bezruchu…

Tylko do czego ja zmierzam? – No właśnie –  pojęcie wieczności jest uniwersalne i dla nas ludzi mieści się w określonym przedziale doświadczenia zmysłowego, a więc zaczyna w momencie urodzin, a kończy śmiercią, lub (jak znakomita większość naszej populacji wierzy) przejściem w świat niepojętej idei.

A więc, wracając do mojego problemu, logicznie rzecz ujmując, moi synowie mimo że kiedyś odejdą, założą rodziny, podarują mi wnuki, to wiecznie pozostaną ze mną, we mnie i dla mnie – odetchnąłem z ulgą.

A swoją drogą, nie ważne jest, ile nasze dzieci mają lat, ważne jest, że jest taki dzień,  który możemy wspólnie z nimi spędzić, bawić się, sprawiać im radość i cieszyć się tym, że one po prostu są. Bo to ich dzień, Dzień Dziecka.

Berlin  29.05.2012

Ich rejs

Statek od dawna
Gotowy do rejsu
Stoi przy nabrzeżu.

Załoga jeszcze
Niepewna drogi
Cierpliwie czeka.

A na horyzoncie
Bezkres oceanu
Jeszcze spokojny.

Nadszedł czas,
Powiedziałem
Drżącym głosem.

I poszli bez słowa
Wyuczeni prawdy
W nieznany świat.

Ja zaś wpatrzony
W pustą przestrzeń
Całuję marzenia.

Skostniałe dłonie
Żegnają przeszłość
Dziwnym znakiem…

Statek powoli odpływa
Syreny wyją płaczem
A ja?
A ja jestem Ojcem.

Moim synom   Berlin dn. 18.05.2013

PS.
Issued in Britain on June 1st, 1967, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band is the most important rock & roll album ever made, an unsurpassed adventure in concept, sound, songwriting, cover art and studio technology by the greatest rock & roll group of all time. John Lennon, Paul McCartney, George Harrison and Ringo Starr were never more fearless and unified in their pursuit of magic and transcendence.

Nè son già morto

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu “Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Cecchino Bracci Tomba

Es sandte mir das Schicksal tiefen Schlaf.
Ich bin nicht tot, ich tauschte nur die Räume.
Ich leb in euch, ich geh in eure Träume,
da uns, die wir vereint, Verwandlung traf.

Ihr glaubt mich tot, doch dass die Welt ich tröste,
leb ich mit tausend Seelen dort, an diesem wunderbaren Ort,
im Herzen der Lieben. Nein, ich ging nicht fort,
Unsterblichkeit vom Tode mich erlöste.

groby-pocztowkaLos chciał, bym spał tu, nim moja wybije
Pora; nie zmarłem; po siedziby zmianie
W tobie płaczącym, żywy, mam mieszkanie,
Jeśli kochany w kochającym żyje.

Tłumaczyli na polski Leopold Staff /Lucjan Siemeński

Cecchino Braci był uczniem i prawdopodobnie ukochanym Michała Anioła. Zmarł w roku 1544
w wieku 16 lat (Mistrz miał wtedy 69 lat), został pochowany w Rzymie w kościele Santa Maria dell’Aracoeli, a Mistrz sam zaprojektował wspaniały nagrobek wykonany z marmuru karraryjskiego.

Linijki “Ich bin nicht tot” i “Nie umarłem” (przepraszam tłumaczy w zaświatach za zmianę litery, ale tak brzmiało lepiej) stały się tytułem wystawy, którą przygotowuję i która zostanie otwarta 8 czerwca w Berlinie.

PS.
Es ist derselbe Gedanke /To ta sama myśl.
In Deutschland stammt er von Voltaire, in Polen von Molier.
W Niemczech wypowiedział ją Wolter, w Polsce Molier.
„Wir sind verantwortlich für das, was wir tun, aber auch für das, was wir nicht tun.“                                                                                            Voltaire
“Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za to, co robimy, także za to, czego nie robimy.”                                                                                     Molier

Sarah Kirsch

Sarah_KirschUmarła już 5 maja, ale do wiadomości podano to  dopiero kilka dni później. Niemiecka Wikipedia natychmiast to odnotowała.
Sarah Kirsch
Polska nie, ale polska w ogóle o niej nie pisze, dlaczego by więc miała coś wiedzieć o tym, że umarła.  Ale poetka nie jest w Polsce nieznana. Na stronie http://www.torun.pl/pl/2007-ewa-lipska-i-sarah-kirsch pojawią się Ewa Lipska i Sarah Kirsch. Obie w roku 2007 otrzymały nagrodę im. Samuela Lindego przyznawaną przez miasta Toruń i Getyngę.

Urodziła się w 1935 roku  w Limlingerode (w latach 1949-1989 była to miejscowość w NRD, gdzie poetka mieszkała do roku 1977). Studiowała biologię na uniwersytecie w Halle, a potem pisanie w Instytucie Literatury w Lipsku. W latach 1958-68 była żoną poety Reinera Kirscha.

Po pozbawieniu obywatelstwa NRD znanego pieśniarza Wolfa Biermanna w 1976 roku znalazła się wśród autorów kontestujących politykę władz, a w 1977 roku opuściła NRD i przeniosła się do RFN.

Debiutowała w 1961 roku i od tej pory ukazało się 19 tomów jej wierszy. Jedna z najciekawszych i najwybitniejszych poetek współczesnej literatury niemieckiej.  Księgarnie internetowe oferują tylko wydania niemieckie, a po polsku ukazało się dotąd tylko kilka jej wierszy w antologii niemieckojęzycznej liryki miłosnej: Ty się pojawiasz jak miłość… (PIW, Warszawa 1987) oraz w prasie literackiej.

Tuż koło białych bratków

stoję w parku tak jak mi kazał
pod wierzbą
rozczochraną staruchą bezlistną
widzisz mówi nie przychodzi

Ach mówię złamał nogę
zadławił się ością nieoczekiwanie
ulicę zamknięto albo
nie może wymknąć się swojej żonie
wiele rzeczy staje nam ludziom na przeszkodzie

Wierzba kołysze się i skrzypi
możliwe że już nie żyje
blady był taki kiedy cię całował pod płaszczem
możliwe wierzbo możliwe
w takim razie miejmy nadzieję że już mnie nie kocha

przełożył Jacek St. Buras

A ja popróbuję sił w tłumaczeniu wiersza, który jest bardzo popularny na youtubie, a po polsku go nie ma:

Die Luft riecht schon nach Schnee,
mein Geliebter
Trägt langes Haar,
ach der Winter,
der Winter der uns
Eng zusammenwirft
steht vor der Tür, kommt
Mit dem Windhundgespann.
Eisblumen
Streut er ans Fenster,
die Kohlen glühen im Herd,
und Du Schönster Schneeweißer
legst mir
deinen Kopf in den Schoß

Ich sage das ist
Der Schlitten der nicht mehr hält,
Schnee fällt uns
Mitten ins Herz, er glüht
Auf den Aschekübeln im Hof
Darling flüstert die Amsel

Powietrze pachnie śniegiem,
mój miły
ma długie włosy,
ach zima,
zima nadciąga,
w zaprzęgu ogarów.
Zima nas połączyła i zbliżyła,
rozsypuje lodowe kwiaty
na oknach
żarzy się węgiel w piecu,
a ty najpiękniejszy mój
Królewiczu Śniegu
kładziesz mi głowę
na kolanach.

Mówię, że to sanie, których
nie sposób już zatrzymać,
śnieg pada w samo serce,
żarzy się jeszcze
w wiadrze popiołu na podwórzu
Och, Darling szepce kos

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

… pierwiastki złota

Przyszła nie wiadomo skąd. Bardzo się cieszę, że przyszła. Tak właśnie chciałam, by funkcjonował ten blog, byście przychodziły i przychodzili bez zaproszenia, sami i same, nie wiadomo skąd.

Joanna Szubstarska

Czerń

Zawieszona przy krawędzi brzasku
Spoczęła na zwyczajnym legowisku
Nad kopułą dnia.
Blaski odpychają jej ciężar
I unoszą w górę.
Zasłona zaczerniona powłoką
Tajemnic światła
W zmrok zapada
Okrywa bezwiednie ciała niebieskie,
Czerpiąc z nich pierwiastki złota.
Uważny wędrowiec
Obserwuje ten moment,
Odtąd woli żyć obok,
Poza bezpiecznym kręgiem
Dnia i nocy,
Na granicy topnienia promieni,
Świadomy ceny
Klejnotów zakrytych w czerni.


Koński oddech
Wypycha ciężar mgły,
Której opary już dawno
Omotały mózg jeźdźca.
Zsiada powoli,
Zarysowując granicę obojętności
– zmieszanej z przymusem ruchu –
Z przygodą wpisaną w rżenie.
Dźwięk i zapach
Przenoszą w krajobraz świtu
Końską energię
Przedłużoną w ogonie dnia.


Kielich życia

Kielich nie zmienia formy,
Kształtowany według wzorca,
Kopia podobnych modeli.
Zawiera w strukturze
Lekkość ruchów ręki
Zatopioną w tkance nieożywionej.
Mieści brzemię uczty życia.


Cisza korytarzy

Brak dźwięku słów,
Milczenie mijanych oczu,
Pocałunek w ciszy.
Miarowy oddech
Zamieszkuje długie korytarze.
Schodzę krętymi schodami,
Z wyprostowanymi myślami,
Pragnieniem nakierowanym
Na spokój zastygłych korytarzy.


Upiorność miejsca
Skrzyżowanych kraterów ścian,
Z punktem świetlistym okna,
Wypukłość mebli
I martwa natura w kadrze,
Zamiast otępienia
Przywołują dreszcz,
Fontannę bodźców,
Spinających szarość atelier
W sensowne momenty.


Ona wyznacza granice dnia,
Wybrzusza wypychane powietrze płuc,
Przeskakuje bariery normalności
I przekupuje rozum;
Aby potem
– pijana z zachwytu
nad własnym sprytem –
wcisnąć cierń
w serce płonące miłością.
Ona, nostalgia…


Żyć na powierzchni
Przestrzenią
Lotem,
Nawet z połamanym skrzydłem.
Wkupić się w przestworza
Ocalać
Innych,
Otwierać klatki bez pardonu.

Lokomotive

Manfred Mack fragte mich auf dem Facebook: Liebe Ewa, darf man etwas verrücktes aus Hessen auf Schwäbisch nach Berlin schicken zusammen mit einem lieben Gruss? Ich versuchs mal.

Serdecznie

Manfred

Und ich: Klar!
Na dann, mal sehen:


xxxx
Also Lokomotive auf schwäbisch von Julian Tuwim (1938) auf Deutsch, Schwäbisch und in einer Paraphrase von unserem heutigen Autor.

Möchte man mehr von ihm wissen – siehe Manfred Mack.
***
Und hier noch in gelesener Form die Lokomotive auf Deutsch und Polnisch:

Szczury i anioły

Wpis naszej autorki Łucji Fice, “Na saksach”, został przez społeczność blogowo-facebookową bardzo dobrze przyjęty.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/23/na-saksach/
Dziś następna jej publikacja.

Łucja Fice, Emerytura

Wystarcza tylko na zaspokojenie głodu
Z każdym oddechem mam zwiększony na życie apetyt
Jakbym była w ciąży
Pragnę od życia nieco więcej

Po kilku miesiącach wegetacji zamieniam się szczura
Kilkanaście  tysięcy  tych szczurów przemierza
Codziennie niemieckie autostrady
Kanały wchłaniają wędrujące  gryzonie
Już czuję się jak szczurzyca
Daleko od swojego samca
Dostanę swój kąt
Gdzie będą mnie karmić trzy razy dziennie
Znowu będę stała na tylnych łapkach. Zadzierała nosa
Podświadomie uważała na rozsypane trutki i inne pułapki
Tym razem Stuttgart. Bogaty dom
Wszystko na tip top Ordnung
Ta cała przystosowalność
Zapominam kim jestem

No tak, ale nie wykluczone, że jest Aniołem.

Łucja Fice, Mary i Gabi

Koniec toalety. Marek zostawił Gabrysię przy łóżku chorej. Miała wpisany do grafiku jednogodzinny dyżur. We dnie, kiedy nie odwiedzał jej mąż, chora zostawała w pokoju pod  opieką.

Przez chwilę Gabrysia słyszała głosy na korytarzu. Wszystkie radośnie świergotały, śmiały się, gruchały jak gołąbki, które po chwili odfrunęły do swoich obowiązków. Wydawało się jej, że w tym Domu Opieki pracowały panie obojętne na ból. Tylko miały ciepłe dłonie i głosy…  Usiadła wygodnie przy łóżku Mary.

Nagle głowa chorej drgnęła, odskoczyła na bok, jakby nie należała do reszty ciała. I jeszcze jeden spazm szarpnął głową. Wiedziała, że nie ma dla niej żadnej nadziei. Nogi w pozycji płodu, głowa i ręce nienaturalnie skręcone, a twarz wykrzywiona wiecznym spazmem. Gabi, tak ją tu nazywają, Gabi. Gabi wiedziała, że chora widzi, słyszy, czuje. Ale te uczucia to miazga. Chora wydawała tylko dźwięki, wzdychała, jęczała lub wyła jak zranione zwierzę. Mogła przełykać, żuć. To wszystko.

To nie życie. To chaos, który jest jej ciałem. To chaos jest jej istotą człowieczeństwa. Ma wolę, rozum, serce, które wciąż bije i płuca, które oddychają, i ludzki mózg. Ale to wszystko za mało, tkwi więc w sieci pajęczej, którą rozpiął jej Bóg. Jest jak owad. Ta kobieta w wieku Gabrysi  nie ma jedwabnej skóry i jędrnego ciała. Twarz zmęczona, rozrosłe brwi, worki pod oczyma.

Opiekunka nachyliła się. Sweterek spod jej kitla pachniał ezoterycznie. Zaczęła przesuwać dłonią po kocu. Próbowała pogłaskać ją po głowie, ale wtedy podnosiła się ręka i odganiała dłoń  jak natrętną muchę. Zrozumiała – kobieta nie chce litości. Tylko chwilami pozwalała sobie na dotyk. Musiała wyczuć tę chwilę. Wówczas brała jej głowę w ramiona i przytulała. Rozumiały się bez słów. Tylko oczy były nicią porozumienia.

Gabrysia patrzyła na  skórę jak przeźroczysta tkanina, która miała się zaraz rozpuścić, rozpłynąć i zniknąć do formy cząstek. Zastanawiała się nad formą ciała która składa się z cząstek, atomów, fal. Nie rozumiała praw natury, które pozwalają żyć tej biednej istocie. Miała wrażenie, że cała jej materia składa się z próżni, a odległości pomiędzy atomami, kwarkami, superstrunami są tak olbrzymie jak między gwiazdami i planetami. Kiedyś, zafascynowana Hellerem, wczytywała się w prawa rządzące światem. A przecież świat to również my. Co dwie godziny zmiana pozycji. Mimo to Mary ma wieczne odleżyny. Gabrysia patrzy na ścianę, gdzie wisi dyplom doktorski Uniwersytetu Cardiff.

Śmierć pachnie tak samo dla wszystkich. Dla tych co niewykształceni i dla tych co mają dyplomy doktorskie. Śmierć ma nieprzyjemny oddech, Gabrysia czuła ten kwaśny zapach, który wydobywał się z czeluści otwartych ust i rozkładał się na obrzękłych policzkach.
Dla zachowania pozorów poprawiła przykrycie, dotknęła suchych dłoni i kościstych palców.
Czuła jak bije jej serce i jak walczy z tym co nieuniknione. Po policzkach zaczęły spływać łzy.
Umieranie. Czym jest umieranie, zastanawiała się. Gdyby mogła coś zrobić, dołożyłaby starań, żeby Mary nie cierpiała. Widok chorej odbierał jej własny blask i chęć radości. Mogła tylko współczuć. Sama czuła się w tej chwili jak drzewo, które gubi liście podczas wichury – samotne drzewo. Gabrysia trzęsie tym drzewem, liście opadają. Powoli traci czucie w nogach. Umiera. Za oknem jesień. Na nowy spazm chorej ocknęła się i otrząsnęła z zadumy.
– Widzisz te Anioły?-  zagadnęła. To Anioły od Boga.
Mary lekko uniosła głowę, wytrzeszczyła oczy.
– Spójrz na tego Anioła – wskazała dłonią. Prawda, że ładny? On kiedyś zaprowadzi cię do Boga, do prawdziwego domu. Na tym świecie nic nie jest prawdziwe.
Przerwała, brakowało jej słów w obcym języku Nie otwierając ust ciągnęła jednak ten monolog w myślach, jakby czuła, że Mary odbierze go telepatycznie. Postrzegamy ten świat  zmysłami, ale one nas tylko zwodzą. Atomy twojego ciała są w ciągłym ruchu, drgają w świetle neonówek, pośród odrobinek kurzu w pokoju. Atomy są wieczne. Powstają i nie giną, nie podlegają zmianom. Zmienna jest tylko rzeczywistość.
Gabi patrzyła prosto w załzawione oczy chorej.
Z tego wniosek, że nie umrzesz tak naprawdę,  tylko skurczysz się do atomów, superstrun, kwarków, które są odwieczne. Te atomy stworzą kiedyś nowe życie. Te najmniejsze cząstki są najdoskonalsze i z nich właśnie składają się nasze dusze. Osiągniesz  stan wewnętrznej harmonii. Nie bój się, to tylko twoje ciało umiera, ale nie ty. Twoja myśl jest energią i falą, a one są wieczne. W tym momencie Mary uśmiechnęła się jakby naprawdę wszystko rozumiała. Gabi otarła jej chusteczką łzy i pocałowała w policzek. Mary nie cofnęła twarzy. Gabrysia czuła gdzieś w środku serca to emocjonalne zbliżenie, naprawdę poczuła się jak anioł, który niesie ulgę.
– Połóż swą dłoń na mojej, jeśli tylko chcesz – Gabrysia odezwała się nieśmiało. I wtedy ta kobieta z zaburzeniem mowy zaczęła swój własny monolog.
– Dżo, dża, je, je, dżi – na jej twarzy nie było  już bólu. Uśmiechała się.
– Boże!- czyżbyś  mnie rozumiała?
Mary kiwnęła głową.

Apokryfy

Pierwszy piątek miesiąca. Już po raz drugi towarzyszy nam tego dnia…

Roman Brodowski

Gdzie żyje Pan Bóg?

                                                                                                                moim synom

Obudziłem się dziwnie niespokojny w środku jesiennej nocy. Za oknem księżyc uśmiechał się pełnią do przemykających pomiędzy domami pojedynczych cieni, a deszcz płynął po świeżo umytych szybach niby łzy rozpaczy po odchodzącej w zapomnienie porze letniego wypoczynku.
Spojrzałem ukradkiem na wiszący w zamkniętej przestrzeni ścian zabytkowy zegar, wiernego świadka mego przemijania. Wskazówki na cyferblacie wskazywały trzecią po północy, a więc do normalności pozostały mi jeszcze trzy długie godziny.
Jak zawsze w takich sytuacjach, gdy bezsenność nie pozwalała mi na bezczynnie leżenie, podszedłem do stojącego w rogu pokoju wypełnionego po brzegi książkami banku mądrości i na chybił trafił, prawie że po omacku wyjąłem jedną z nich.
Była to Tora czyli Pięcioksiąg, spisany jak głosi tradycja żydowska, przez Mojżesza, uważany za najważniejsze pismo objawione Judaizmu.
Nie wiem już, ile razy czytałem Torę, lecz wiem na pewno, że za każdym razem odkrywałem w niej coś nowego, coś czego wcześniej nie zauważałem lub nie rozumiałem, a co w istotny sposób pomagało mi przybliżać się do prawdy o sensie bytu. Często w trakcie czytania rodziły się we mnie banalne pytania, – co powiedziałby rabbi, gdyby ujrzał nie najmłodszego już goja studiującego święte prawa ich religii, goja  szukającego w ich przymierzu jakie zawarte zostało pomiędzy Bogiem, a narodem Izraela (za pośrednictwem tego który go „wyprowadził z niewoli egipskiej“), prawdy ponadczasu.
Albo,  jak wyglądała by konfrontacja poglądów sensu stricto religijno-filozoficznych w sytuacji spotkania się przy przysłowiowym okrągłym stoliku: ksiądz, rabin, imam i ja, skromny zjadacz tajemnej wiedzy prowadzącej do uniwersalnego świata idei.
Pytania te od pewnego czasu stały się dla mnie stałym elementem rozmyślania o wszystkich kanonach pism objawionych monoteizmu, począwszy od Tory, poprzez Biblię, a na Koranie skończywszy. Były to pytania, na które odpowiedzi (gdyby takowe z ust znawców zagadnień teologicznych poszczególnych religii padły) byłyby całkowicie różne, a jednocześnie przecież w obliczu istnienia wiecznej substancji Boga – takie same.
Myślę, że podczas takiej konfrontacji zarówno ksiądz, rabbi i imam (który nie jest kapłanem lecz znawcą Koranu wybranym przez islamską społeczność do jego czytania) staraliby się wzbogacić moją marną duszę o wartości (w ich mniemaniu) najważniejsze dla potrzeb prawidłowego funkcjonowania, inaczej mówiąc poprzez wyuczone przez nich interpretacje pism, w oparciu o dogmatyzm, czy też teologie wypracowane na przestrzeni wieków, pragnęliby wzmocnić i ukierunkować moją nieokreśloną i jakże „wątłą wiarę“.
Otworzyłem pierwszą stronę pierwszej księgi, czyli księgę rodzaju (w języku hebrajskim Bereszit) i zacząłem (ponownie) poznawać pierwszy dzień stworzenia naszej ziemskiej rzeczywistości.
Po kilku minutach do pokoju wszedł mój syneczek. Podszedł sennym, chwiejnym krokiem i usiadł mi na twardych kolanach.
Dlaczego już wstałeś? zapytałem tę moją kochaną bezbronną istotę, przytulając mocno do siebie. Spójrz, na dworze wszystko jeszcze śpi, drzewa, kwiaty, zwierzęta, nawet słońce. Tylko księżyc i gwiazdy czuwają nad naszym spokojnym snem – powiedziałem – unosząc go w kierunku okna.
On objąwszy mnie mocno za szyję patrzył w bezruchu na świecący milionami bladych światełek nieboskłon, w oczekiwaniu na coś, co powinno było by się tam pojawić, a czego nie mógł dostrzec.
Tatusiu, czy to prawda że Pan Bóg mieszka wysoko w niebie? – niespodziewanie zapytał,  wskazując palcem w kierunku ledwo widocznych jeszcze chmur.
Oczywiście, odpowiedziałem. Pan Bóg mieszka wszędzie, nawet tam, wysoko w niebie.
To dlaczego nie mogę go nigdzie zobaczyć?
Bo Pan Bóg, syneczku, jest osobą duchową, a więc widzimy Go tylko oczyma naszej wyobraźni, naszych serc, naszych pragnień. Czujemy, że jest zawsze obok nas. Wszędzie gdzie my jesteśmy, tam On jest z nami. Jest z tobą w przedszkolu, na ulicy, na placu zabaw lub w domu, a co najważniejsze – mieszka w twoim małym serduszku. Wierzymy w to, że nas bardzo kocha, pomaga i chroni przed złem, jakie nas otacza, i każdy kto Go szuka, prędzej czy później zawsze do Niego dotrze. Jeżeli chcesz to możemy razem rozpocząć poszukiwania – zaproponowałem. We dwójkę będzie nam raźniej i łatwiej Go odnaleźć.
Mały spojrzał na mnie – to przecież dziecko i to zmęczone nocną jeszcze porą – i wyszeptał, „chcę tatusiu“, po czym zasnął w ojcowskich ramionach. A ja ułożyłem go w łóżku i długo siedziałem obok, rozmyślając o naszej rozmowie.
Zamknąłem księgę Tory, zgasiłem światło i położyłem się przy dziecku.
Jak to dobrze, że owoc mojej miłości rośnie smakiem moich korzeni – pomyślałem – przymykając oczy…

Apokryfy – I

… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2

Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.

A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.

Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.

On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,

Berlin, 12.04. 1988

 Apokryfy – II

… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16

Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.

Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.

A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.

Berlin, 13.05. 1988

Apokryfy – III

„… Ten, który przychodzi za mną, jest silniejszy ode mnie…“ – Mat 3, 11

Nad rzeką zaczęło się Twoje posłanie
Biały obłok niby gołąb rozłożył skrzydła.
I Cieniem okrył spocone od żaru ciało,
Ty zaś czekałeś na Chleb z nowego żniwa

Po raz kolejny proroctwo wypełniło usta
Ponad głowami ukazał się motyw strachu
Mozaika prawdy i wiary opadła niby deszcz
A była to pora pustynnowietrznej suszy.

Tylko my nadal stoimy pozbawieni pokory,
W oczekiwaniu na powtórny znak z nieba
Miód i piołun gasi nasze pragnienia.
Szarańcza wyjada ostatnie okruchy nadziei.

Berlin 21.07.1988

Apokryfy – IV

„Przyjacielu, po coś przyszedł“ – Mat 26; 50

Czy musiał być pocałunek?
Wystarczyło tylko, zwyczajnie
Wskazać palcem,
Wykorzystać, prostszy znak!

Wszystko było zapisane,
W księdze proroctw…,
Poza tym gestem.
Miłość równa zdradzie?

Dlaczego?

Na chwilę zmieniłeś
Scenariusz Boga.
Na przypadkowej stronie,
Otworzyła się inna możliwa,
Interpretacja wydarzeń.

Berlin, 15 08. 1988

 Apokryfy – V

„Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz syn człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” – Mat 8 :20

Po Świątyni sługi Dawida
Pozostały śpiące kamienie,
Ruiny w których słychać
Ciche szlochanie wiary,
Niepewnej nowonarodzin.

W Labiryntach nagich ścian
Pamiętających czas wielbienia
Czas wielkiego przymierza
Przechadza się duch Jahwe
Szukając zagubionych owiec

A w wyrosłych ku niebu
Dla chwały Bożej potęgi
Wieżach nowego babilonu,
Z umarłej tradycji pogan
Powstała nowa jakość adoracji.

Po środku Kainowy ołtarz
Na nim złocony, próżny kielich
A obok Krzyż, narzędzie kary
Dla pospolitych przestępców
W dumnym niegdyś cesarstwie.

Za nim kapłan w pozie pokory
Wypełnia ciszę pustej przestrzeni.
Daleki od Bogobojnej skromności,
Zaprasza do wnętrza przybytku.
Na ucztę dogmatycznej prawdy.

Tam brak jednak miejsca na Arkę.
Na ofiarę prawdziwego wielbienia
„Na pewno nie pozostanie tu kamień
Na kamieniu, który by nie był zwalony“
…………………………………………………

Powiedział Syn Człowieczy i … odszedł.

Berlin  04. 07. 2002

Na noc Walpurgi

Dziś noc Walpurgi, którą jednak po polsku z uporem maniaka pisze się “noc Walpurgii” – toć kobieta owa święta zwała się Walpurga, noc jest więc jako żywo Walpurgi. A zatem Noc Walpurgi. Wieczorem na Brocken zlecą się czarownice, a w parkach i lasach wokół Berlina zapłoną wiosenne ognie. Zacznie się “słodki miesiąc maj” i wszyscy będziemy tańczyć. Czyli, jak to ponuro stwierdził Kłapouchy: “Szaleństwo, radość, śpiew hop sasa. Radość. Jumpa – jumpa – jumpa-pa. Oto idziemy zbierając orzeszki i ciesząc się majem…”

Poprosiłam poetę o stosowny na tę okazję tekst.

Andrzej Pańta

… z mego subtelnego pokoju zrobiła się graciarnia niepotrzebnych nikomu rzeczy, niczego nie potrafię znaleźć albo znajduję rzeczy osobliwe, np. książkę z 1968 roku pt. Majster we własnym domu. Dzisiaj powtórzyłem, jak wstawić uszczelkę w kranie, jak szyć skórę albo jak pomalować mieszkanie. Itd. Co zrobić, aby uszczelnić okna przed hałasem. Zamiłowanie do pseudonimowania miałem od dziecka: podpisana Andrzej Rębowicz 1968. Czyli czytałem Arthura, pewnie gdzieś schowany leży mój ukryty ówczesny dorobek. Napisałem Łajbę, trzeźwą. Na ra: Pogodnie And

Cóż to za diabeł, co
poważnie traktuje własne założenia?!

Na tacy, lecz bez ognia
odpoczywa we mnie rząd ropuch:
przygniata mi to, za czym
tęskniły owe lata albo nawet zbrodnia,
gdy w zbroi wychodzi ukoić
trwanie bez ruchu
czy choćby skradzioną smugę zmór
tak łacnych jak tamte łatki,
jakie przekropiła
Alicja bez czasów złożonych
przedwcześnie lub jedynie
ich nieuzasadniony ersatz.

30. 03. 2010

_____

Jednocześnie poczta przyniosła cudne limeryki z Warszawy z ilustracją, razem tworzące zagadkę: ilustracja i wierszyk po lewej stronie podpowiedzą (tym, co wiedzą), kto może być Autorem obu limeryków i o kogo chodzi w tym po prawej stronie, który odnosi się do osoby dobrze znanej czytelnikom tego bloga, choć nie zawsze osobiście: o kim mowa? – chodzi o Ewę Marię, redaktorkę tego bloga, a limeryki napisała Ania Marczak, która w Berlinie przygotowywała kiedyś imprezę poetycką nazwaną jak serek “La vache, qui rit”, krowa, która się śmieje – zagadkę rozwiązała Kasia Krenz, która była najważniejszą poetką tej imprezy.

krowyI wonder                                                                Miss Spring

I wonder why the cows are not blue.                  Berlin was the home of Miss Spring
I wonder what makes them say “mooo”.            whose father’s nautical king.
I wonder why they                                                 Instead of the sea,
Read Shakespeare all day.                                     she liked cups of tea
I wonder, I wonder, I do.                                       And scrabble, her favorite thing.