niczym szczury opuszczamy himalaje, machamy ogonkami na pożegnanie und tschüß, ambasada zamknięta; peter struck hat es gut genannt – die verteidigung von hindukusch ta bitwa jest przegrana;
waadza (obojętnie jakiego rodzaju) to narkoticum, tak jak opium, potrafi uśpić całe narody;
o rzut kamienia od mojej logii stoi teraz flüchtlingsheim; zrobiło się prawie jak w neapolu, mieszkam teraz w cieniu wezuwiusza;
niedlugo wybory do bundestagu i senatu; skrzynka pocztowa pełna reklamy politycznej, nagle ktoś mnie kocha i uśmiecha się niewinnie z plakatu;
bogowie się zmienili, ale nie świątynie;
przyczyny katastrofy “titanika” były prozaiczne: pycha, niedbałość i złodziejstwo, brak lornetek na wronim gnieździe – sic!
pomijając wszelkie niesprawiedliwości i beznadziejności – jakie ciasto upiec na urodziny mojej ukochanej? w tym roku nieźle rośnie rabarbar;
tak jak przewidywaliśmy zrobiła się moda nie tylko na brazylijski waxing, ale i na brasilian butt; koń by się uśmiał? tak, ale taka jest rzeczywistość;
“wszystko co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za chleb” (robienie ze mnie żołnierza, lata 60 u.s.); “wszystkie ręce do pomp!” (robienie ze mnie marynarza, lata 70, 80, 90 u.s.); “do roboty!” (robienie ze mnie poety, teraz i zawsze);
no, a agrest też obrodził, bo on z reguły potrzebuje dużo cienia i niskie temperatury mu nie przeszkadzają, a teraz kiedy formują się owoce słońce daje czadu (wczoraj i dzisiaj 38°C w cieniu); raz, kiedyś na węgrzech piłem agrestowe wino własnej roboty, coś wspaniałego; ach, to se ne vruti…
Maciej Robert (ur. 1977 w Łodzi) – polski poeta, krytyk literacki i filmowy, redaktor, dziennikarz. Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek poetyckich i jednej krytycznej. Jego wiersze tłumaczone były na wiele języków. Współpracuje z Polityką i Nowymi Książkami. Prowadzi poświęcony literaturze środkowoeuropejskiej blog Czytam Centralnie.
Spotkałam go w Berlinie, gdzie czytał swoje wiersze z tomu Nautilus i opowiadał, jak powstały, a powstały z chodzenia po mieście, chodzenia po mieście Łodzi.
Maciej szedł po mieście ruchem spiralnym, odtwarzającym skręty skorupy nautilusa, to ważne, bo nautilus, czyli żeglarek, to taka niezwykła muszla, która może płynąć samoistnie, nie zdaje się na wiatry, prądy i fale. Małż mieszkający w muszli wystawia część tułowia jak żagiel i potrafi sterować swoimi ruchami.
Ta właściwość nautilusa sprawiła, że pisarze i poeci wielokrotnie o nim pisali, gdyż był znakomitym wręcz symbolem wyższości woli ducha nad przeznaczeniem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Moje pokolenie pamięta to ze szkoły. Następne?
Młodości! ty nad poziomy Wylatuj, a okiem słońca Ludzkości całe ogromy Przeniknij z końca do końca!
Patrz na dół — kędy wieczna mgła zaciemia Obszar gnuśności zalany odmętem: To ziemia! Patrz, jak nad jej wody trupie Wzbił się jakiś płaz w skorupie. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem; Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu, To się wzbija, to w głąb wali: Nie lgnie do niego fala, ani on do fali; A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu! Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: To samoluby!
Mickiewicz, Oda do młodości. Czy ktoś to jeszcze czyta?
Nautilus zabiera nas w stronę dna, w głąb, do symbolicznych źródeł, zaś przechadzający się bohater zatacza spiralne łuki. Spirala organizuje tom Roberta również na poziomie układu wierszy: kolejne utwory rozrastają się, a każdy za tytuł przyjmuje właściwą mu liczbę dystychów („1”, „1”, „2”, „5”, „8”, „13”, „21”, „34”…). To oczywiście ciąg Fibonacciego, zasada wpisana ‒ w dużym uogólnieniu i przy pewnych nadużyciach, z których poeta zdaje zresztą relację ‒ w rozwój wielu organizmów żywych, w ogólną „strukturę życia”, ale też w muzykę i w pewne idealistyczne myślenie o uniwersalnym porządku, ukrytym pod chaosem świata. Robert chce „pisać miasto”, ale też „pisać miastem”, stworzyć ekwiwalent rytmu kroków na łódzkiej ulicy, raczej prozy życia niż wzniosłego liryku.
5
Małe różowe trumny w pogrzebowym orszaku sunącym spod murów fabryk na najpodlejsze
przedmieścia (film odebrał im kolor, pamięć zabrała zmysły). Mur cmentarza jest niski,
łatwy do przeskoczenia, z tyłu zaległa łąka. Na pokruszonych cegłach, znaczących środek
obejścia, mężczyzna ostrzy kosę. W obronie przed szpaczym nalotem ktoś omotał czereśnię
firanką, wygląda jak panna młoda. To są prawdziwe historie, o których nikt nie pisał.
Paulina Małochleb pisze, że poeta powraca w tym tomie do swoich ulubionych motywów: pamięci, dzieciństwa, melancholijnych prób zbliżenia się do przeszłości.
Robert swoim wyprawom w „miasto puste w środku jak wydrążony pień” nadaje bardzo misterną, porządkującą wszystko konstrukcję, a przez szereg odniesień literackich i filmowych buduje drugi i trzeci poziom skojarzeń, jednocześnie wyostrza realizm i wprowadza kulturowy kontekst. Tytułowy Nautilus to łodzik, skorupiak o regularnej budowie muszli, ale też odniesienie do statku podwodnego z powieści Juliusa Verne’a. Tak jak Nemo zgłębia oceany, tak Robert w swojej podróży penetruje rejony podmiejskiej zabudowy. Łódź-miasto jest też łodzią, która prowadzi przez pamięć, miejska wędrówka zamienia się w żeglugę, podróż w głąb, do dna pamięci, do kresu wspomnień.
Podróżowanie narzuca miastu fizycznemu cechy miasta zapisanego na mapie – jest jednocześnie czarno-białe, przetarte na rogach, z notatkami na marginesach. Poeta podąża tutaj przez strychy, piwnice, kina, dachy, podwórka, ulice. Porównuje Łódź do amonitu, skamieliny, ale też do składającej się z gruzów skorupy. „W nasze podmiejskie ulice nie warto inwestować, nasze podmiejskie ulice nie mają świetlanej przyszłości” – pisze przekornie, bo widać z tego tomu, że nie wyobraża sobie życia w jakiejkolwiek innej przestrzeni.
Świetna, gęsta książka. Doskonałe ćwiczenie z pamięci i utraty.
Nautilus, Nautilus! Miasto progów spowalniających
narrację, miasto inwestorów, którzy wzięli i poszli robić wałki gdzie indziej. Miasto hożych studentek
z międzynarodowej wymiany. Zaskorupiały w muszli, zapatrzony w siebie. Groza! Groza! Odcisk zalany
wapnem w muzeum osobliwości. Syk gaszonego diablego mięsa. Znamię, które się dopomina o pamięć.
nie czekaj na śmierć wychodź jej naprzeciw wychodź na spacer z psem kotem albo z ptakami o świcie
2 VI 2020
czas wielkich wakacji
na szkolnym dziedzińcu leniwy wiatr toczy kartonowy kubek w te i we wte powoli ale nieustannie już trzeci tydzień
niebuszewo
tam co roku przyjeżdżała strzelnica tam traciło się pierwsze zęby (cios kija bejsbolowego albo kop w szczenę) tam dziewczyny traciły dziewictwo a potem kręciły się na okrągło i za darmo na karuzeli niebuszewo pot krew sperma śmierć koniec dzieciństwa niebuszewo!
kronika sportowa krew na śniegu
w polskim sezonie narciarskim 1981/82 wytyczono nowe wytyczne dla nowej dyscypliny zjazd bez tyczek i kijków po grzbiecie historii w okolice anus mundi
niedotykalny
czy napisał ktoś wiersz o człowieku który chodzi od kosza do kosza i szuka w nich czegoś jadalnego, wyciaga butelki i gazety uważnie przesuwa sie po powierzchni poszukujac zgubionych przed supersamem drobniaków, a niedopałki wkłada do puszki na uszach ma słuchawki czego słucha? schuberta? madonny? szumu morza? śpiewu słowika? idzie ciągnąc wózek za sobą każdego dnia na linii frontu
Mam swoje drzewko pamięci we mnie: te odpływające twarze znów w swą nicość, lub wołające tesknotą o tę z daleka, bliskość.
Ileż teraz tych twarzy z czarno-białych zdjęć, wiszących na gałęziach półnagich mej pamięci, trzepoczą dziś na wietrze tiulowego wzruszenia?
Ileż też kolorowych zdjęć depczących po piętach, tych jakby wczorajszych wspomnień, jakby… jakby, a niektóre z nich odlecą z wilczym listem do nikąd,
…bo człowiek ma wciąż wybór, za kim chce płakać, tęsknić, albo puścić wolno… daleko od serca, ono wciaż wybacza, niestety ma pamięć słonia, a wrażliwość mimozy…
Oczywiście, oczywiście
Tak, tak, często myśli me, o Ciebie pytają i o Ciebie, też i o Ciebie!
I o Was, też tych, już z mych starych zdjęć, jak Wam naprawdę było?
Na przykład Ty, tak Ty, byłbyś dziś ciągle w tym mieście, też i… z nią?
A Ty wciaż żyjąc, uwierzyłabyś w tę niezawodną prawdę zaufania, ale go nie miałaś?
A Ty, ta z mego tego “teraz” ale nie tu, jesteś jeszcze gdzieś, gdzie można Cię…
W tym roku nie obchodziliśmy w Berlinie Hanami, japońskiego święta kwitnącej wiśni, ale w kilku miejscach w mieście można po prostu oszaleć, tak właśnie jest lub było różowo i pięknie. Zresztą u mnie za oknem też rośnie wielkie stare drzewo, o którym ja twierdzę, że to wiśnia, a przyjaciel, ogrodnik-amator, że czereśnia. Ale czy to ważne…
Część z tych wiśni posadzili nam (czyli Berlinowi) Japończycy, np. nad Teltowkanal, gdzie jest aleja tysiąca kwitnących drzew. To bardzo piękne zajęcie na weekend majowy – spacer pod baldachimem kwitnących drzew. A właśnie kwitną. Właściwie to mieliśmy obchodzić Hanami już przed dwoma tygodniami, ale zimna była wiosna w tym roku i kwitną dopiero teraz. Jeśli chcecie tam pojechać, najlepiej wsiąść w autobus 184 przed dworcem Südkreuz (autobus jedzie do Lichterfelde Ost) i dojechać prawie do końca, do przystanku Schwelmer Str. Przejść na drugą stronę ulicy i kilka metrów do przodu (dalej w kierunku jazdy) i już zobaczycie… Można też pojechać autobusem M85 z Hauptbahnhof do końca i dojść jeden przystanek na piechotę.
Piękny jest czas, kiedy kwitną wiśnie. Pisałam już o tym wiele lat temu, i już raz reblogowałam. Teraz rebloguję to po raz drugi. W roku 2013 napisałam.
To, że dziś właśnie posłuchamy Czasu wiśni zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Czas wiśni, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie Szkarłatny pilot w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo Le temps de Cerises to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…
Le temps de Cerises
Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand. Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.
Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.
Dopisek 1: Rok 2017. Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.
Dopisek 2: Rok 2021. Po następnych czterech latach od tamtego reblogu nie jestem już taka pewna, że pokonamy Kaczyńskiego. Do niedawna myśleliśmy, że jeśli tak będzie, to zrobią to kobiety. Teraz po rozpadzie lewicy na tę sprzedajną, liberalną i tę wierną pryncypiom, okazało się, że kobiety też się obrzucają wyzwiskami i kłócą, co oczywiście przypomina tę słynną scenę z Żywota Briana: – Kto jest naszym największym wrogiem?, pyta retorycznie dowódca Narodowego Frontu Judei. – Noooo, Rzymianie, odpowiadają niepewnie działacze. – Nie, zaprzecza przywódca. Naszym głównym wrogiem jest oczywiście Ruch Wolnej Galilei.
Le temps de Cerises
Quand nous chanterons, le temps des cerises Et gai rossignol et merle moqueur Seront tous en fête. Les belles auront la folie en tête Et les amoureux du soleil au coeur Quand nous chanterons, le temps des cerises Sifflera bien mieux le merle moqueur.
Mais il est bien court le temps des cerises Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant Des pendants d’oreilles, Cerises d’amour aux robes pareilles Tombant sous la feuille en gouttes de sang. Mais il est bien court le temps des cerises Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.
Quand vous en serez au temps des cerises Si vous avez peur des chagrins d’amour Evitez les belles! Moi qui ne crains pas les peines cruelles Je ne vivrai point sans souffrir un jour. Quand vous en serez au temps des cerises Vous aurez aussi des peines d’amour.
J’aimerai toujours le temps des cerises C’est de ce temps là que je garde au coeur Une plaie ouverte. Et Dame Fortune en m’étant offerte Ne pourra jamais fermer ma douleur, J’aimerai toujours le temps des cerises Et le souvenir que je garde au coeur.
Couplet ajouté pendant la guerre de 1871
Quand il reviendra le temps des cerises Pendores idiots magistrats moqueurs Seront tous en fête. Les bourgeois auront la folie en tête A l’ombre seront poètes chanteurs. Mais quand reviendra le temps des cerises Siffleront bien haut chassepots vengeurs.
Time of cherries
When we sing of the time of cherries, gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate, pretty girls will have folly in their heads, and lovers, sunshine in their hearts. When we sing of the time of cherries, the mocking blackbird will sing better.
But it is very short, the time of cherries, where some go to gather earrings in a dream, cherries of love in similar gowns falling beneath the leaves like drops of blood. But it is very short, the time of cherries, coral pendants which one gathers in a dream.
When you are in the time of cherries, if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls. I, who do not fear the cruel distress, I will never live a day without suffering. When you are in the time of cherries, you will also have the distresses of love.
I will always love the time of cherries, it’s from those times that I hold in my heart an open wound, and the offerings of lady luck can never soothe my suffering. I will always love the time of cherries, and the memory I hold in my heart
***
Czas czereśni
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami słowiki, i kosy i drozdy śpiewają – w głowie dziewczyny szaleństwo mają a kochankowie słońce w sercu Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami kosy i drozdy lepiej śpiewają
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas gdy zbieramy we śnie wiśnie i czereśnie w podobnych sukienkach spadające z gałęzi jak krople krwi Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas gdy koralowe korale zbieramy we śnie
Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie dziewczyny, wiśnie i czereśnie, Lecz ja, ja nie lękam się goryczy bo każdy mój dzień nosi jej smak Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się bo miłość może ci poranić serce.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni, choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad. A to co dzisiaj daje miłość Nie ukoi tego, czego wtedy było brak. Jednak zawsze będę kochał czas wiśni, i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.
Between going and staying the day wavers, in love with its own transparency. The circular afternoon is now a bay where the world in stillness rocks. All is visible and all elusive, all is near and can’t be touched. Paper, book, pencil, glass, rest in the shade of their names. Time throbbing in my temples repeats the same unchanging syllable of blood. The light turns the indifferent wall into a ghostly theater of reflections. I find myself in the middle of an eye, watching myself in its blank stare. The moment scatters. Motionless, I stay and go: I am a pause.
by Octavio Paz (translated by Eliot Weinberger)
Masha Pryven used that poem instead of a description of a photographs series by the group exhibition “One Swallow Does Not Make a Summer”, which was on display October 22-25, 2020 at the GlogauAir Gallery, Berlin. That series was titled “Between going and staying” and was about the ephemeral distance between now and then, about the melancholic nature of time and remembrance of things past. All photos were shot in 2020 in Brittany (Bretagne), where the author visited places one find in the book by Marcel Proust In Search of Lost Time.
Ewa Maria Slaska, administrator:
You can buy the pictures. Just write a comment and don’t forget to write your mail. I have that one with an armchair. It is an authentic Proust’s armchair in a house of Aunt Leonie in Combray (Illier)
Till 23rd of Mai you can visit an Antiquariat in Immanuelkirchstraße 6, 10405 Berlin, for an exhibition with another photos by Masha