Łucja, wiersze

Łucja Fice

***
Prawda której szukam tylko się śni
Nie jestem w stanie kupić mądrości
Stwarzam tylko własny świat
Nigdy nie zawrócę
Zbiegi okoliczności w życiu?
Nie widziałam żadnego

***
Świat ma własną twarz, figurę, charakter
i na dodatek przegląda się w lustrze.
Wszystko jest nieprzebudzonym snem
Uwierzyć tylko trzeba w jego kształt
Pokochać senny pozór
W pół nie urywać snu
Gdziekolwiek jesteś
Dośnić do końca

Sen jak bajka

Plaża lśniąca połowem.
Umierające ryby na złocistym piasku
Jestem jedną z nich
Mam białe wargi ułożone do okrzyku BÓG
Z pyska wyślizgnęła się moja dusza
Podobna do pęcherza Jędrna
Przypomina obłok perłowej masy
Jak boskiego tchnienia
Rybaku! Spójrz na mnie
Na pierdnięcie mojej duszy
Myśli kuleją w pogoni ZA
Pokusa ślizgania się w poprzek
Jestem rybą
Zaczynam tańczyć
Rybak się przygląda
Podcina skrzela
Zamieniam się w kobietę
Jest ŚWIT

Shut down (4)

Tibor Jagielski

elektroniczne safari

trolle to nie lwice (jak się skromnie nazywają)
tylko szakale
atakują
(w ich mniemaniu)
najsłabszych

podczas gdy lwice z góry zastanawiają się jaką ofiarę dopaść
to szakale walą na oślep w stado
wychodząc ze słusznego założenia,
że starych, chorych i cielaków zawsze dość,
a jak ktoś z watahy skręci sobie kark, to tym lepiej, bo będzie więcej do pożarcia

podczas gdy lwy gardzą
to szakale delektują się padliną

nie oznacza to, że są leniwe
o nie
potrafią czekać

zawsze rusza trek
mielizna się znajdzie

droga znana

t.j. IX 21

elektronisches safari

trolle sind keine löwinen
(obwohl sie sich so wähnen)
sondern schakale
sie greifen die an
(die ihrer meinung nach)
die schwächsten sind

während die löwinen sich genau überlegen
welches opfer sie schnappen
schlagen die szakale blind in die herde
zu recht wissend dass die alten, kranken und fohlen
ihnen nicht entkommen werden
und wenn manches sich dabei den genick bricht umso besser
die meute hat danach mehr zu fressen

während die löwinen den aas zu meiden versuchen
schmeckt es den schackalen ausgezeichnet

es bedutet nicht, dass sie faul sind
o nein
die schackale können warten

der trek zieht immer wieder
am furth

weg ist bekannt

t.j. 2021/09

rzucone do sieci,
albo taka była wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba

________________________________________________________________

nie wiem, czy ktoś w roku 2010 nie wierzył w zwycięstwo partii pis, przynajmniej ja nie,
ja się takiego rozwoju sytuacji obawiałem;
katastrofa smoleńska była wtedy lokalnie, tak jak pandemia cov-19 dzisiaj globalnie,
wodą na młyn zwolenników teorii spiskowych („a nie mówiłam/em!”);
a krótko potem dochodzi do majdanu w kijowie, który kończy się aneksją krymu przez moskwę,
czy ktoś w to nie wierzył?
ja nie, ja się tego obawiałem;
a i dzisiaj nie wierzę w polexit, nie, ja się tego obawiam

22 IX 2021

________________________________________________________________

Auf Amrum

(Augenzeugenbericht)

Anfang August alarmierten anfliegende Austernfischer* Amrumer Areal.

Amrumbewohner, aber auch Amerikatouristen, achteten angespannt auf außergewöhnlichen Aufruhr am Abendhimmel.

„ Ach!“ – ächtzte ängstliche Apothekenangestellte Annabell Aalglatt – „Austernfischer am Abend! Abscheulich! Alle abschießen!!“

Aber allgemeiner Aufstand anständiger Anwohner animierte Austernfischerliebhaber, arge Agitation abzulehnen.

Auf abendrotgetünchten Austernbänken aßen Austernfischer ausgezeichnete Amrumaustern.

VIII 06

* 1 793 Aexemplare

Austernfischer/ ostrygojad zwyczajny

Wiersze wybrane

Bronisław Konarski

Dawno temu
Spotkałem się z duszą wsi
Kochany powszechnie
Za swą naiwną mądrość
Przy jakiejś biesiadzie
Zostałem wytoczony
Na jego osądy
Pogadaliśmy
Polubiliśmy
Ale mimo wszystko ogłosił
Że jestem niebezpieczny
Bo wiem zbyt wiele
Chciałem mu powiedzieć
Że nie należy się bać
Tego kto wie wiele
Lecz tego kto jest przekonany
O jedno
Ale to by było zbyt wiele

***

Ja bym się złamał
Na twoich brzegach
Mimo temu
Że są miękkie

Bym utonął
W twych wodach
Mimo ich
Płytkości

Nie jestem
Po raz pierwszy
Na takim
Morzu

Gdzie widzę
Taką odwróconą latarnię
Która wciąga
Nie odstrasza

***

Czy to znaki
Czy tylko plotki gwiazd
Ściągnięte z chmur
Niczym jajka z gniazd
Póki skorupa cała
Nie wiemy czy to
Ptak czy gad
A po pęknięciu
Wiemy chociaż
Że to już
Nie jajko

***
Miałem córkę
Nauczyłem ją
Jak obronić się
Wśród normalnych
Za to
Poprosiłem ją
O jedno
Teraz
Jak korzystasz
Z moich narzędzi
Bądź dobra
Dla ludzi
Nie miałem już
Córki

***

Chciałem leczyć własną krwią
Zapominając o grupach krwi
Czasami to co najgłębsze w nas
Jest nie do przyjęcia przez innych

Chciałem leczyć własną krwią
Zapominając o grupach krwi
Czasami to co najgłębsze w nas
Jest nie do przyjęcia przez innych


Migawki

Teresa Rudolf

Dzwoneczki

Przypominam sobie,
radosne dzwoneczki,
jakby tysiące owieczek
w głowie.

To chyba tak radość 
dzwoniła, grając na  
dzieciństwa łące
beztroskiej.

Pamiętam niebieskość
malującą mój dzień
kredkami lata, złotej 
nie zabrakło.

Pamiętam te dzwonki,
delikatniutkie, też jakby
wieczorne świerszczenie
do marzeń.

Róża na wietrze

Jakże dzielną różą była,
wiatrem ostrym wyginana,
spontanicznie elastyczna
w tańcu do jego muzyki,

ukazując lekkim 
kołysaniem szalonemu 
wiatrowi nieugiętą 
egzystencję dumnej róży. 

Listki z zimna dygoczące,
płatki zaciśnięte razem, 
a pomocy znikąd, 
tylko to: “oko w oko”.

Wygrałaby, ale komuś
niegroźny był ten wiatr
i zgrzytnął nożycami…

…róża podcięta w ruchu,
przestała pląsać.

A życie jest życiem

Teresa Rudolf

Uniwersum człowieka

Człowiek,
stworzony na
“podobieństwo
Boga” myślisz,
taki człowiek?

Człowiek,
raz wielce 
ważny, raz 
mały jak 
muszka?

Kim jest 
człowiek, 
z umysłem, 
i sercem,
dla świata?

Czym jest 
to sumienie
człowieka,
kata innych 
istnień?

Człowiek,
raz twórca,  
raz dyktator
w ogromnym
Uniwersum… 

Ten władca, 
raz śmieszny
raz potwór,  
zdmuchnięty
jak świeczka??? 

Kocie szczęście

Mały kot, 
boleśnie zmarznięty
wtula się w metalową,
zimną poręcz schodów, 
o cieple miękkim marzy.

Nie wie,
że zimne z zimnym, 
a gorące z gorącym
rodzi więcej zimna
lub gorąca… zależy.

Nie wie,
że człowiek zły, 
z jeszcze gorszym
to cierpienie, a dobry
z lepszym to miłość.

Nie wie, 
nie zna nic, prócz 
zimnej poręczy i głodu, 
gdy… jakaś ręka unosi 
go powolutku i wysoko.

Nie wie,
skąd ten 
miękki głos,
ale przestaje
już czuwać…

…zasypia wtulony
w ciepłą rękę.

Karta zła

Mucha chodząc
po gładkiej szklance  
chciałaby do środka,
do wnętrza, przez szkło.

Aksamitna ślizga się
po zeszycie szkolnym,
stając przy literze M,
zaczyna wspinaczkę.

Pełzając leciutko
po włosach Haliny
wącha je, blond,
i… dopada ją ręka!

Czołga się wolno
po ziemi, poturbowana
z połamanymi czułkami,
płacząc nad tym marnym,

nikomu niepotrzebnym
muszym życiem, 
gdy słyszy szept
innej muchy:

“Idę już Cię przytulić”…

Shut down 3 (central park)

Tibor Jagielski

– na początku jest wszystko proste jak dwa razy dwa, ale im głębiej w las tym więcej drzew – powiedział z wielkim namaszczeniem  antoni hrabia monte wiadomo i przesunął paciorek w różańcu z rubinu na brylant.
 – na przykład taki suwak logarytmiczny… – tutaj polski potomek nelsona mandeli popatrzył głęboko w oczy profesora theodore kruszynko z technical university of mickiewicz, alabama, który poczuł się nagle bardzo dziwnie, zamigotał  i zaczął rozluźniać krawat. 
– …albo ajfon, tabula smaragdina dzisiejszych czasów – pomachał aparatem przed, blednącym powoli, nosem polonusa hrabia
 – czy to  tylko diabelskie wynalazki!? a prawda jest…- wykrzyknął i podniósł wzrok w kierunku nieba
-…tylko tam, gdzie  matka boska jasnogórska! niech pan powie, kochany panie inżynierze, niech pan przyzna, czy udało się panu dodzwonić do boga, albo przynajmniej do świętego antoniego?
– dodzwonić? do świętego?! antoniego??? – zapytał  kompletnie skonfundowany inżynier i wyjął z butonierki batystową chusteczkę, aby otrzeć zroszone potem czoło.
– ha, ha! – zaśmiał się, wpuszczony nieopatrznie do kawalerki profesora  hrabia, przesunął palce z brylantu na opal i rozsiadł się wygodnie na jedynym fotelu, który stał obok  przywiązanego do ściany łóżka.
– niezbadane są wyroki boże!
– wooody! – zasapał kruszynko i wyrwał jedwabny krawat z kameleonami, które zmieniały barwy w zależności od otoczenia w jakim się znalazły, tym razem był to, po kolorze cytrynowym kolor ciemnoczerwony, podobnie jak nabrzmiała twarz hrabiego antoniego, który wznosił się nad profesorem theodore kruszynko, niczym gigantyczny nietoperz nad robaczkiem świętojańskim;
jedno było pewne – na ucieczkę było  za późno.

Help! Sie wollen mein Gutes!


parę godzin później
rano miał kruszynko strasznego kaca – moralniaka i postanowił zadzwonić do matki, czego już od lat nie robił;
a na stole leżał cyrograf; miesięcznie 99,90 zielonych, ważne 24 miesiące.

od czasu wczesnej śmierci ojca ich stosunki uległy ochłodzeniu, a gdy rok po pogrzebie wyszła ponownie za mąż – zlodowaciały.
ona poświęciła się nowemu małżonkowi, a profesor kruszynko – karierze naukowej, z której nic nie wyszło;
nagle zobaczył znowu ojca na dzień przed śmiercią; w rozległym łożu na środku przestronnego pokoju leżał on, prawie wyschnięty, filigranowo alabastrowy, w szlafroku i ulubionej wełnianej czapce i patrzył ze zdziwieniem na otaczający go tłum z księdzem na czele, a na jego obliczu malowało się pytanie: co ja tu robię?
kruszynko pamiętał, że się rozpłakał, a prawie wszyscy patrzyli na niego wrogo i w strasznym milczeniu – jak tak można?
i tylko głowa ojca uniosła się nad poduszką i wyszeptała
– synku mój!
ale to nie śmierć, bo (trzymał go potem, w tej ważnej chwili, sam w ramionach) tylko pogrzeb i hiobowe wieści z nowego jorku były dla niego  szokiem.
do mieszkania nieopodal central parku włamano się brutalnie, kradnąc i niszcząc prawie cały dobytek, w tym księgozbiór ojca (a policja miała od początku całą sprawę  w dupie i do kicia wsadzono na koniec jakiegoś włóczykija, który z przestępstwem nie miał nic wspólnego, poza kapeluszem, który znalazł przed rozbitym oknem kancelarii)
zorientował się, DOPIERO WTEDY, że wraz z ojcem umiera jego świat i on sam…
– cholera! -chwycił ajfon i nacisnął  przycisk MOTHER.

c.d. n.

***

wellengang – ein totenlied

zwei schwester ertrinken im meer
wo kam der wellengang her?
die wellen waren hoch wie ein haus
und schnapp weg war die maus

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

im september  den dritten
im jahre zweitausend zwanzig
plus eins

shut down

... oder wie ensteht ein gedicht
… albo jak powstaje wiersz

pierwszy shutdown  2018/01/02  tagesschicht 6:00 bis 18:00 ICC, berlin

Tibor Jagielski

aus notizbuch, 15 Januar 2020

letzter arbeitstag; ich fahre zum domizil dienstsachen und schlüßel abzugeben
verabschiede mich von frau p.
den ganzen mobbingstrupp schenke ich keinen blick, aber es tut weh,
nach so vielen monaten ackerei für ein äppel und ein ei

weiterhin fühle ich mich wie vor dem kopf gestossen
über den jordan musst du schon allein und lässt die ganze meute hinter dir
hoffentlich nicht der einziger trost jenseits
sisiphos versus hiob oder atlas

same tragedie
nawet herakles po powrocie do domu
otrzymuje w darze od dejaniry koszule
koszule!

na polach  elizejskich
szary popiół spada z nieba
jak śnieg
na tłumy
wędrujace po monotonnej szarej równinie

syzyf to pestka
kompleks edypa?
nieznany
elektra?
bajka na dobranoc

tylko macierzanka
rośnie razem z nami
jak milczenie starego telefonu
nikt nie wykręci już jego tarczy

tylko macierzanka
różanopalca pozdrawia nas o świcie
i pozwala
na oddech

shut down

zmarł duński satyryk westergard
cześć jego pamięci

kurt marti, wiersz dla muchy

poniewczasie
(pada śnieg)
w ciszy nocnego pokoju
budzi  się mucha
niebiesko pobłyskując
w żółtym świetle
lampy z ryżowego papieru
pobrzękuje tu i tam tu i tam
przed regałem z książkami
no i co
(słyszę pytanie)
chcesz nam  w związku z tym powiedzieć?
nic nic
zapisuję to
dla muchy

z tomu wierszy:
miłość przychodzi na piechotę

Kurt Marti, gedicht für eine fliege

unzeitig
(draußen fällt Schnee)
ist in der stille
des nächtlichen zimmers
eine fliege erwacht blau schimmernd
im gelben licht
einer reispapierlampe
surrt sie aufab aufab
vor bücherregalen ja und
(so höre ich fragen)
was willst du uns damit sagen?
nichts nichts:
ich schreibe das auf
für die fliege

Kurt Marti, Die Liebe geht zu Fuß
Ausgewählte Gedichte. Nagel & Kimche, Zürich 2018

intro:
 sobota, 22 kwietnia 1933
“wczoraj zadzwonił benn, był na premierze “schlagetera” johst’a na osobiste zaproszenie komisarza rust’a,
a potem na spotkaniu przy piwie; na przedstawieniu byli stehr, emil strauß, schäfer, blunck, kolbenhayer, schaffner, peter dorfler,
czyli nie brakowało tam zdolnych, ale kluczem wyboru była polityka, a nie talent;
benn odczuł uzurpację i wrogość. uważa, że nas nie tylko wyeliminują, ale i fizycznie zniszczą”
oskar loerke “dzienniki”
—————————————————————————–
wpadam do pracy na kwadrans przed zmiana, a razem ze mną fadi,co nie jest dla niego normalne
(zawsze się spóźniał, od kiedy go znam, przynajmniej sekundę)
– co jest grane? – pytam
– kismet, zamykają budę, a nas wyrzucają – mówi
– ale ja mam grafikę na cały styczeń! – odpowiadam
– zapomnij, idziemy na bruk, albo na stadion, filzen* – śmieje się
—————————————————————————–
*) filzen – rewizja osobista
—————————————————————————–
list od kazia, pierwszy znak życia od niego po trzydziestu latach (sic);
pisze, że bardzo namiętnie mnie wspomina i proponuje spotkanie;


c.d.n.

Bal u Salomona, czyli

Ewa Maria Slaska

90 lat temu w Berlinie

1 czerwca 1930 roku Konstanty Ildefons Gałczyński poślubił Natalię Awałow, w rok później, też w czerwcu, oboje wyjechali do Berlina, gdzie Konstanty podjął pracę jako referent do spraw kultury w Konsulacie Generalnym RP. Pobyt potrwał do połowy kwietnia 1933 roku. Poeta i jego żona zwiedzali Berlin i Niemcy, wyjeżdżali do Danii, Szwajcarii i Kopenhagi, chodzili na koncerty i do muzeów, do kabaretów i bibliotek. Konstanty Ildefons uczył się niemieckiego i łaciny, czytał Fausta i Wyznania świętego Augustyna, ale męczyło go urzędowanie, czy raczej urzędniczenie, i czuł, że traci wenę poetycką. Wtedy Natalia pewnego pięknego dnia w 1931 roku, przypomniała mu jego dawny sen, który jej kiedyś opowiedział.

Śniło mu się, że zaproszony został na bal do króla Salomona. Jednak gospodarz nigdy się na tym balu nie pojawił. Goście nie doczekali okazji, by zadać mu ważne, filozoficzne pytania. Poeta śnił, że goście tańczą śniąc i śnią, że tańczą.

Była, tak chce legenda, sobota wieczorem, gdy “srebrna Natalia” opowiedziała mężowi jego sen. Poeta wstał, wyszedł do swojego gabinetu i opuścił go dopiero w poniedziałek rano z gotowym poematem. Będzie potem twierdził, a krytycy się z tym zgadzają, że pisał w „strumieniu natchnienia”, co przypomina inne terminy obowiązujące w teorii literatury XX wieku, a przede wszystkim Joyce’owski „strumień świadomości”. To najbardziej niezwykły utwór KIG i bardzo niezwykłe dzieło w historii polskiej literatury. Oniryczne, nielogiczne, tajemnicze. Piękne.

Okazuje się, że w sieci nie ma ani tekstu ani recytacji tego niezwykłego poematu. Tu znaleziony fragment, a resztę musicie sobie kochane Czytelniczki i kochani Czytelnicy przeczytać sami w starej, dobrej, poczciwej formie, czyli książce:

Bal u Salomona (fragment)

Zapiski na mankietach

Tibor Jagielski

sudelbücher, mai 21 (1)

niczym szczury opuszczamy himalaje, machamy ogonkami na pożegnanie
und tschüß, ambasada zamknięta;
peter struck hat es gut genannt – die verteidigung von hindukusch
ta bitwa jest przegrana;

waadza (obojętnie jakiego rodzaju) to narkoticum, tak jak opium, potrafi uśpić całe narody;

o rzut kamienia od mojej logii stoi teraz flüchtlingsheim; zrobiło się prawie jak w neapolu,
mieszkam teraz w cieniu wezuwiusza;

niedlugo wybory do bundestagu i senatu; skrzynka pocztowa pełna reklamy politycznej,
nagle ktoś mnie kocha i uśmiecha się niewinnie z plakatu;

bogowie się zmienili, ale nie świątynie;

przyczyny katastrofy “titanika” były prozaiczne: pycha, niedbałość i złodziejstwo,
brak lornetek na wronim gnieździe – sic!



pomijając wszelkie niesprawiedliwości i beznadziejności – jakie ciasto upiec na urodziny mojej ukochanej?
w tym roku nieźle rośnie rabarbar;


tak jak przewidywaliśmy zrobiła się moda nie tylko na brazylijski waxing, ale i na brasilian butt;
koń by się uśmiał? tak, ale taka jest rzeczywistość;

ciekawa, typowo nietypowa historia
https://www.tagesspiegel.de/berlin/nachruf-auf-nina-muehe-die-regeln-gaben-ihr-halt/27298634.html

“wszystko co nasze oddam za kaszę, a co nie nasze oddam za chleb”
(robienie ze mnie żołnierza, lata 60 u.s.);
“wszystkie ręce do pomp!”
(robienie ze mnie marynarza, lata 70, 80, 90 u.s.);
“do roboty!”
(robienie ze mnie poety, teraz i zawsze);

no, a agrest też obrodził,  bo on z reguły potrzebuje dużo cienia i niskie temperatury mu nie przeszkadzają, a teraz kiedy formują się owoce słońce daje czadu (wczoraj i dzisiaj 38°C w cieniu);
raz, kiedyś na węgrzech piłem agrestowe wino własnej roboty, coś wspaniałego;
ach, to se ne vruti…