Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem. Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.
To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).
Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.
Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.
Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.
Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.
Nic w długości nie zrówna kulawego biegu, Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu, Nuda…
Ch B, Kwiaty Zła
Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.
Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!
Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.
Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.
Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.
No, ale może zostanie naukowcem.
I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.
Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?
No, bo jeśli zostanie naukowcem.
Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu? Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?
Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?
Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.
Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla. Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.
Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą
Ach, te muchy…
Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU
Kiedyś Henia „Królowa Madagaskaru” poprosiła mnie, bym pomógł przełożonej Sióstr Klarysek zanieść pakunek do klasztoru. Po drodze, by zagaić rozmowę, powiedziałem, że znalazłem dowód na istnienie Boga. – Ciekawa jestem co to za dowód? – spytała siostra Rafaela. – Dowodem na istnienie Boga jest ludzka głupota, coś takiego nie mogło się pojawić na drodze ewolucji – powiedziałem. Bardzo ją to rozbawiła i stwierdziła, że to jest jedyny dowód, jaki ją przekonuje. Trochę mnie to zdziwiło i zacząłem szukać w Biblii jakichś zapisów potwierdzających. Niestety od razu trafiłem na duży problem. Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, Bogu można wiele zarzucić – bezczynność, okrucieństwo, ale nie głupotę. Coś tu nie gra. Z opresji wybawiła mnie fryzjerka mojej żony. Byłem świadkiem, jak próbowała ją uczesać i mówiła do siebie – spróbujmy to zrobić tak, nie, spróbujmy inaczej, zaraz, już wiem, zrobię to tak. Dopóki nie była pewna tego, co robi mówiła do siebie w liczbie mnogiej, a jak już wiedziała, mówiła do siebie w liczbie pojedynczej. Gdy Bóg rozważa stworzenie człowieka mówi do siebie w liczbie mnogiej, jakby nie był pewny tego, co czyni. Wcale mu się nie dziwię. Z dzisiejszej perspektywy to na Jego miejscu zrobił bym sobie wolne już dnia szóstego. Czego się obawiał i jaki środki ostrożności podjął, że jednak nas stworzył? Krótko po ślubie wędrowaliśmy z Ewą (czyli już żoną) po Karkonoszach. To były jej okolice, znane z dzieciństwa, wędrowaliśmy na dziko poza szlakami, trochę błądziliśmy. Wracając z tej wycieczki, trafiliśmy na jabłoń. Była jesień, na drzewie nie było prawie liści, tylko jedno jabłko prawie na samym czubku. Ewa mówi do mnie – zjadłabym to jabłko. Byłem zbyt zmęczony, by próbować po nie sięgnąć, więc mówię: – To niech spadnie. I w tym momencie spadło. Inna Ewa w innym miejscu zerwała jabłko, czyniąc to przemocą, zanim dojrzało. To było przedsięwzięcie o charakterze technicznym. Złapała i pociągnęła. To, co mi się przydarzyło, to było przedsięwzięcie artystyczne, nastawione na zrobienie wrażenia, z całkowitym lekceważeniem rzeczywistości. Jedyny autentyczny sposób czynienia ziemi sobie poddaną. Stwarzając człowieka Bóg liczył się z tym, że pisaną mu karierę artystyczną człowiek poświęci dla sukcesów technologicznych i biznesowych, czym doprowadzi świat do ruiny. Za żadne skarby nie można było dopuścić do tego, by człowiek opanował cały kosmos. Co robi Bóg w tej sytuacji? Wydziela człowiekowi małą planetę gdzieś na peryferiach Mlecznej Drogi i niech tam człowiek eksperymentuje i doświadcza skutków cywilizacji, którą z dumą tworzy. Niech się zachłyśnie „Oświeceniem”, aż mu to wyjdzie gardłem, aż powróci na drogę sztuki czynienia ziemi sobie poddaną. Dopiero wtedy można go będzie wpuścić na łąki niebieskie na wędrówkę przez galaktyki, megagalaktyki i archipelagi wysp Szczęśliwych. Wiem, że to utopia. Wiem że to niemożliwe. W Centrum Nauki Kosmicznej NASA wisi plakat z trzmielami, na którym jest napisane: ′′Ciało aerodynamiczne trzmieli nie nadaje się do latania, ale dobrze, że trzmiel o tym nie wie”. Prawo fizyki, zasada aerodynamiczna mówi, że jego szerokość skrzydeł jest zbyt mała, aby utrzymać ogromne ciało trzmiela w locie, ale on o tym nie wie, nie zna się na fizyce ani na jej logice i nadal lata.
Jednym słowem głupota to nie głupota ale terapia, która ma nas wyleczyć z wiary w postęp cywilizacyjny i wyprowadzić w kosmos. Na przygodę z jabłkiem można też spojrzeć z innej strony, bez mieszania do tego Boga. Dwa i pół tysiąca lat temu dwóch fizyków napisało dwa zupełnie sprzeczne poematy pt. O fizyce. Dopiero dziś zaczyna do fizyków docierać, że fizyka współczesna nie jest fizyką. Jest matematycznym opisem naszych wrażeń, natomiast pytanie, co jest źródłem tych wrażeń jest coraz bardziej palące i nieoczywiste. Bracia Wachowscy uświadomili nam że źródłem naszych wrażeń może być Matrix. Matrix Wachowskich wywoływał iluzję rzeczywistości, u ludzi odciętych od rzeczywistości. Powódź w Kłodzku przewróciła w Parku Sybiraków figurę św. Trójcy. Z cokołu wystawała jakaś dziwna konstrukcja, jak przyszedłem na drugi dzień już jej nie było. Zapamiętałem zasadę jej budowy, można ją określić jako czterdzieści i cztery. Figurę nazwijmy Matrix 44 . Odtworzyłem tę figurę na lekcjach informatyki z uczniami Szkoły Podstawowej w Bierkowicach i pokazałem na Festiwalu Nauki we Wrocławiu. Matrix 44 w połączeniu z lekcją optyki kwantowej w klasie Kucharzy Małej Gastronomii rzuciły nowe światło na przygodę z jabłkiem. Matrix 44 jest źródłem wrażeń, a nam się tylko wydaje, że to rzeczywistość je wywołuje. Ciekawe, że Parmenides z Elei w poemacie O prawdzie i mniemaniu mówił to samo już dwa i pół tysiąca lat temu i przestrzegał przed pójściem drogą mniemania. W Apokalipsie św. Jana jest opis Nowej Jerozolimy niewiarygodnie zbieżny z Matrixem 44. Niewiarygodne, że Lucy intryguje czwórka, a wcześniej przypomina słynne „a imię jego 44”. Ale wróćmy na ziemię. Matrix 44 pozwala zrezygnować z dowodu na istnienie Boga z powodu nieobecności Boga, ale wtedy zostaje głupota. I tak źle, i tak źle.
Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).
Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.
Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.
A położenie miasta onego jest czworograniaste, a długość jego taka jest jak i szerokość. I pomierzył miasto ono trzciną na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość, i wysokość jego są równe. Apocalypsis 21.16
Marek Włodarczak, “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna Wyróżnienie
Marek przyjechał do Berlina odebrać honorarium za Historię Seksu w/g Emerytowanego Komandora Spływu Kajakowego. Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.
PS 2 od Adminki: Mnie intryguje 40; w połączeniu z czwórką Łucji (Lucy) Fice, produkujemy nasze kobiece 44.
Jeśli ktoś lubi spacery cmentarne, to Berlin jest na pewno tym właściwym miejscem. Oferuje taką liczbę cmentarzy, jak rzadko, które miasto. Oprócz znanych, objętych ochroną zabytków, są mniej znane, mniejsze, do których trudno trafić, interesujące ze względu na położenie, historię, wielkość, brak dostępności, przeznaczenie, tajemniczość. Pisałam już na łamach blogu o cmentarzu na ogródkach działkowych, cmentarzu samobójców, cmentarzach murem podzielonych i innych.
Na berlińskich cmentarzach zaczyna brakować grobów, przeczytałam w berlińskiej gazecie Morgenpost. Brakuje grobów, a nie odwrotnie. Kremacja stała się rozpowszechnioną formą pochówku. Minęły już czasy, kiedy berlińczycy chowani byli głównie w trumnach. Nekropolie się kurczą, cmentarze znikają z mapy miasta. Nie staje się to z dnia na dzień, proces trwa latami. Zgodnie z berlińską ustawą tereny cmentarne mogą być wykorzystywane w inny sposób po upływie okresów spoczynku i czci (pietyzmu) – co najmniej 30 lat od ostatniego pochówku. Zaleca się jednak, żeby teren po-cmentarny przeznaczyć na park, biotop lub teren zielony w szerokim rozumieniu słowa. Istnieje jednak prawo nadrzędnego interesu publicznego, które pozwala na zagospodarowanie byłych cmentarzy inaczej. Znikających cmentarzy jest podobno w Berlinie 39. Nie są parkiem, nie są już cmentarzem, są czymś pomiędzy, gdzie niegdzie pojedyncza mogiła, albo ślad po niej, szerokie aleje, stare drzewa. Żaden z tych znikających cmentarzy nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak cmentarz Parkfriedhof Tempelhof.
Niedawno przyszłam tu drugi raz, żeby się upewnić, czy moje odczucia z pierwszego razu się powtórzą.
2 listopada, w Zaduszki odwiedziłam pierwszy raz grób wybitnego naukowca slawisty, historyka literatury, językoznawcy profesora Aleksandra Brücknera, grób, o którego zachowanie walczyła dzielnie adminka tego bloga. Gdy cmentarz w 1997 roku zamknięto i oddano na 30 lat naturze, poproszono zainteresowanych o decyzję w sprawie ewentualnych przenosin grobów, urn itp. Adminka wraz ze swoją przyjaciółką Anną Kuzio-Weber znalazły grób Aleksandra Brücknera i zaczęły starania o jego zachowanie. Pisały podania, telefonowały, pukały do różnych drzwi, łapały polityków za rękaw. Wywalczyły 20 lat honoru dla profesora i jego żony, bo grób na tyle właśnie lat stał się mogiłą honorową miasta Berlina. Co dalej? Nie wiadomo. Okres karencji dla cmentarza wtedy już minie. W czasach, gdy mieszkań ciągle brakuje, jest szansa, że na miejscu mogił, tej niezlikwidowanej – profesora i tych innych, już niewidocznych, powstaną bloki z mieszkaniami dla żywych, ale być może powstaną tu fabryki i magazyny, jakich w okolicy dużo.
Dlaczego profesor Brückner został pochowany na tym właśnie cmentarzu? Mieszkał w innej dzielnicy, na Wilmersdorfie, przy ulicy Wilhelmsaue 18, w samym środku dawnej wsi Wilmersdorf. Po śmierci jego ciało skremowano w krematorium Wilmersdorf. Mowę pogrzebową właśnie tam wygłosił 30 maja 1939 roku jego następca Max Vasmer. Dlaczego nie pochowano urny na cmentarzu Wilmersdorf, przy krematorium?, tym bardziej, że był to cmentarz przeznaczony w latach 1935 do 1945 tylko na pochówki urnowe? Wybitni sąsiedzi z jego ulicy i okolic znaleźli tu swoje ostatnie miejsce spoczynku – rodzina Blisse, rodzina Schramm i wielu innych. Budynek krematorium od 1990 roku nie spełnia już swoich pierwotnych funkcji, służy gościom żałobnym w ceremoniach pożegnania zmarłych. A może jednak pierwotnym miejscem złożenia urny było kolumbarium na cmentarzu w Wilmersdorfie? Emma Brückner, żona profesora przeżyła męża o rok. Czy jej życzeniem było pochowanie męża na cmentarzu w Berlinie-Tempelhof? Może tam istniał grób rodzinny żony, albo rodziny Brücknerów?
Zaczęłam szukać. Jeszcze dużo szukania przede mną, jeśli się nie zniechęcę. W księgach adresowych znalazłam dwa adresy, Lankwitzstr 1 (obecnie Ruhlsdorfer Straße na Kreuzbergu) i Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie.. Alexander Brückner ze swoich 83 lat życia 58 spędził w Berlinie, z czego 43 jako profesor filologii słowiańskiej na utworzonym w 1810 roku Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (obecny Uniwersytet Humboldtów w Berlinie).
Był jednym z pierwszych slawistów w Berlinie, uczonym, który podniósł slawistykę do rangi równej filologii angielskiej czy romańskiej.
Nomen omen profesor nazywał się Brückner, Brücke znaczy most. Nie dociekam, skąd pochodzi jego nazwisko, od jakich budowniczych mostów się wywodzi. Profesor Brückner te mosty budował, między narodami, kulturami, językami. Nieuwikłany w politykę, choć tego od niego wymagano, mianując go profesorem pruskiej uczelni, był tytanem pracy, a przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, nieśmiałym, podobno cierpiącym na agorafobię, nie szukającym kontaktów z innymi. Swoje wykłady planował rzekomo na 7 rano licząc na to, że nikt nie przyjdzie. Gdy jednak wykładał, robił to doskonale. Los oszczędził mu dramatu wybuchu wojny. Przeczuwał jednak nadchodzące zagrożenie. Umarł wieczorem 24 maja 1939 roku. Rok później umarła jego żona. Oboje leżą na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof, na polu 34.
Grób okala żywopłot, w tej chwili prosto i dokładnie przecinany przez pracowników już nie cmentarza tylko zieleni miejskiej. Pomnik, raczej niepierwotny, odnowiony podobno w latach 60 lub 70, napis na pewno z tego właśnie czasu, po niemiecku z błędem, szkoda. A może profesor machnąłby na to ręką. Sam mówił podobno z obcym akcentem i z obco brzmiącą fonetyką. Wymawiał die Dejtschen und die Prejsen (zamiast die Deutschen und die Preußen), żegnając się mówił zum Wiedersehen, zamiast auf Wiedersehen.
Grób się ostał dzięki zaangażowaniu i determinacji Ewy Marii Slaskiej i Ani Kuzio-Weber, do których potem dołączyło kilka innych osób, tu niewymienionych. Jest małą wyspą wśród złotych liści tegorocznej jesieni. Osamotniony trwa wśród grobów, których już nie ma. Cmentarz już nie jest cmentarzem, a jeszcze nie jest parkiem. W okolicy nie ma dużo kamienic, bloków, domów, a więc mało jest tu spacerujących.
Pierwszy raz, gdy tu przyjechałam, wchodząc od ulicy Schätzelbergstraße, miałam trochę czasu, żeby znaleźć grób, rozejrzeć się wokół i poczekać na adminkę i innych, którzy przynajmniej raz do roku odwiedzają grób profesora. Czekałam i czułam się bardzo nieswojo, patrząc na złote liście, które zaległy wszędzie. Myślałam o mogiłach, których już tu nie ma, po których stąpałam.
Drugi raz, gdy tu przyszłam, weszłam od strony Gottlieb-Dunkel-Straße, głównym wejściem, tak samo opuszczonym jak budynek biura cmentarnego i ławki porośnięte mchem i pokryte liśćmi. Czytelny jest napis Tempelhofer Friedhof, mniej czytelny Zur Feierhalle (do domu pogrzebowego). Dom pogrzebowy jak i budynek cmentarny niszczeją, oddane naturze, choć nie wiem jakie przeznaczenie ma Feierhalle, bo nagle, gdy szłam, bardzo cicho podjechał do domu pogrzebowego czarny samochód. Od razu przypomniały mi się opowieści o czarnej wołdze, ale to nie była Wołga, to czarny SUV, chyba elektryczny. Za kierownicą siedziała młoda kobieta.
Nie opuszczałam głównej alei, po drodze mijałam numery pól, ujęcia z wodą, mogiły porośnięte bluszczem, opuszczone po części kolumbaria z napisem na zawsze w pamięci. Jak długo trwa zawsze?
W środku cmentarza są groby wojenne, które według prawa pozostaną na zawsze. Jeszcze raz zapytam, jak długo potrwa zawsze? Nad grobami drzewa gubią liście i odznaczają pośmiertnie poległych żołnierzy, ofiary obu wojen dębowym liściem.
Pozostawiono ich samych, profesora i żonę, na 20 honorowych lat. Co będzie dalej? Nie wiemy. Z inicjatywy profesora Tadeusza Ulewicza umieszczono w Krypcie Zasłużonych Na Skałce tablicę upamiętniającą Aleksandra Brücknera. Profesor był samotnikiem z wyboru. Los sprawił, że takim pozostał nawet po śmierci.
Korzystałam z wiadomości znalezionych w sieci, własnych przemyśleń, obserwacji i jedynej publikacji, którą posiadam: Aleksander Brückner / Ein polnischer Slawist in Berlin, herausgegeben von Witold Kośny.
Wiedzę tę na pewno będę uzupełniać w przyszłości. Jeżeli ktoś mógłby mi w tym pomóc, chętnie skorzystam. Profesor większą część życia spędził w Berlinie. Był wybitną postacią, która zasługuje na tablicę upamiętniającą jego zasługi, umieszczoną na przykład na kamienicy przy Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie – inny znany adres profesora to dom przy byłej Lankwitzstr, niedaleko Hallesches Tor, który został zniszczony podczas wojny. Ale może w pobliżu jest jakiś skwer, który chciałby być nazwany jego imieniem.
Przewrotnie najważniejsze w opowiadaniu o zakupach w sklepie samoobsługowym jest to, o czym nie pisałem, czyli paragon świadczący o zawarciu transakcji. Ten paragon jest znakiem kulturowym, jest znakiem z innego świata niż plamka na kliszy w miejscu, gdzie dotarł foton, bo ta plamka jest znakiem naturalnym. Tu kończy się analogia między zakupami w sklepie a eksperymentem z fotonami i zaczyna się przepaść.
Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi, która jest wyznaczona przez dwa rodzaje znaków. Nauki przyrodnicze zajmują się znakami naturalnymi, nazwijmy je śladami. Ślady kopyt na piasku, ślad po uderzeniu pioruna, smugi kondensacyjne, ciągnące się za odrzutowcem czy w końcu plamka na kliszy fotograficznej w miejscu gdzie dotarł promień światła. Z kolei humanistyka zajmuje się znakami kulturowymi nastawionymi na interpretacje – by je odczytać, trzeba znać reguły interpretacji. Obrączka na palcu serdecznym, insygnia oficerskie, dzieła sztuki i w końcu paragon świadczący o transakcji. Tego rodzaju znaki nazwijmy komunikatami.
Przygody mężczyzny i kobiety w sklepie samoobsługowym tak skonstruowałem, aby ich zachowanie było analogiczne do zachowania fotonu, gdy ma do wyboru dwie drogi. Załóżmy, że laser emituje jeden foton, który jest cząstką aż do płytki półprzepuszczalnej. Dalej nasz foton zmienia swoją naturę i jest teraz falą biegnącą równocześnie dwiema drogami, by następnie na jednym z czujników ruchu zameldować się jako cząstka i jako cząstka biec dalej, a na drugim czujniku ruchu zniknąć niczym duch. Nikt tego nie rozumie.
To samo w wykonaniu naszego małżeństwa w sklepie samoobsługowym jest dziecinnie proste i nikt niczemu się nie dziwi. Pominę pytanie, ile trzeba zmienić w fizycznym obrazie świata, by rozsądnie dopuścić myśl, że znak świadczący o fotonie jest komunikatem, podobnie jak paragon, a nie śladem. Ta zmiana nie byłaby tak nadzwyczajna, jak się w pierwszej chwili wydaje. Istotniejsze jest pytanie, jakie miałaby skutki? Już stoicy wiedzieli, że zmianom w fizyce towarzyszą zmiany w etyce, a Carl Friedrich von Weizsäcker we wstępie do Część i całość rozmowy o fizyce atomu Wenera Heisenberga napisał „Zdarza się niekiedy, że nauka nabiera znaczenia dla dziejów świata: nie z powodu konsekwencji technicznych, lecz przez przemianę myślenia.”
W zasadzie wszystko co robię i co piszę, podporządkowane jest temu pytaniu.
PS 1 od Adminki: słyszałam ostatnio od Krizza (czyli sama tego nie przeczytałam), że te elektrony lecą jak fala, jeśli ich NIE obserwujemy i jak cząsteczki, jeśli je obserwujemy. Podobno fizycy jak dotąd nie rozwiązali pytania – dlaczego tak jest? Krizz, nota bene jeden z blogowych autorów, zastanawia się, czy wiąże się to ze światłem (jeśli obserwujemy, to znaczy, że na to patrzymy, a żeby widzieć, potrzebujemy światła).
PS 2 Krizz przypomina tu, że w fizyce znane są inne zjawiska, nazwijmy to, rozłącznie dwoiste. Np. nie można jednocześnie zmierzyć spinu i położenia elektronu. Można określić ALBO spin, ALBO położenie. I wyjaśnia się to w ten sposób, że żeby zmierzyć daną wielkość, trzeba jakoś wpłynąć na stan elektronu, który się wtedy automatycznie zmienia.
PS 3, czyli kolejny przypis Krizza: Oczywiście Carl Friedrich von Weizsäcker ma rację. Wystarczy spojrzeć na nasze życie. I tak – ilość informacji, swoboda wypowiadania się posunięta do skrajności powodują na naszych oczach “przenicowanie” świata i nie jesteśmy w stanie nawet określić, jaka jest natura tej przemiany.
PS 4, czyli tako też rzecze Krizz: A konsekwencją tego jest to, że niektórzy fizycy twierdzą wręcz, iż informacje można traktować jako wielkość fizyczną, czyli czynnik wpływający na rzeczywistość.
Świąt ci u nas więcej niż dni w roku. Dziś obchodzimy Europejski Dzień Wynalazcy, ustanowiony przed sześciu laty przez berlińskiego twórcę i przemysłowca Gerharda Muttenthalera – w hołdzie dla prześlicznej Hedy Lamarr, urodzonej 9 listopada 1914 roku w Wiedniu, kobiety, która w czasie II wojny światowej postanowiła pomóc aliantom w walce z Hitlerem. Opracowując pewien system transmisji fal radiowych, który mógł zakłócić pracę wrogich wyrzutni torpedowych, stworzyła ona jednocześnie próg startowy dla takich współczesnych, bezprzewodowych technologii, jak Wi-Fi, WLAN czy Bluetooth.
Swoją popularnością Hedy ustępowała takim wynalazcom jak chociażby Thomas Edison czy Nikola Tesla, jednak była równie utalentowana i dlatego warto przybliżyć jej portret.
Pochodziła z zamożnej, żydowskiej rodziny – jej ojciec piastował stanowisko dyrektora banku Creditanstalt, mama była pianistką koncertową. Hedy od dziecka wykazywała wszechstronne uzdolnienia, które wspierali opiekuńczy rodzice. Ćwiczyła balet, grała na pianinie i jednocześnie ochoczo zgłębiała tajniki matematyki, a kiedy skończyła 16 lat, postanowiła że zostanie aktorką. Opuściła rodzinny dom, wstąpiła do szkoły teatralnej i niebawem jej urodę i wdzięk można było podziwiać w filmie Geld auf der Straße. Sławę zyskała jednak trzy lata później, kiedy wystąpiła w Ekstazie. Dzieło wywołało wielki skandal, ponieważ Hedy wystąpiła tam nago, a później na dodatek bardzo naturalistycznie odegrała scenę orgazmu, co dzisiaj jest filmową normą, ale kilkadziesiąt lat temu mogło zaszokować publiczność. Papież Pius XI uznał ten film za „niemoralny i szkodliwy”, a Adolf Hitler zakazał wyświetlania go w Niemczech.
Kiedy Hedy wyszła za mąż za bogatego biznesmena Fritza Mandla, ten z zazdrości próbował wykupić cały nakład Ekstazy. Bezskutecznie. Małżeństwo Hedy i Fritza nie trwało długo, jednak było dla Hedy inspirujące; małżonek specjalizował się w fabrykowaniu broni i produkował systemy łączności radiowej, jego pracami interesowali się więc bezpośrednio Hitler i Mussolini. Wtedy też okazało się, że Lamarr ma również talent do techniki oraz wynalazków.
Była przeciwniczką narodowego socjalizmu i pewnego dnia w Wiedniu zrobiło się dla niej za ciasno. Zostawiła męża, wyjechała do Paryża, a następnie do Londynu, gdzie wsiadła na statek płynący do Nowego Jorku. Gdy w 1940 roku niemiecki okręt podwodny storpedował brytyjski statek konwojujący setkę dzieci (uratowało się tylko trzynaścioro z nich), postanowiła opracować metodę zakłócenia takich działań za pomocą fal radiowych, co jednocześnie miało zapobiegać przejęciu przez przeciwnika kontroli nad alianckimi torpedami. Wraz z przyjacielem, kompozytorem i wynalazcą Georgem Antheilem, zarejestrowała w urzędzie patentowym odmianę systemu, który pozwalał rozpraszać widmo w systemach szerokopasmowych, znanego dziś jako frequency-hopping spread spectrum FHSS. Najistotniejsza jego zasada stanowiła: aby uniemożliwić przeciwnikowi przejęcie kontroli nad pociskiem podwodnym, trzeba sygnał sterujący wysyłać metodą często zmieniających się częstotliwości. Armia odniosła się do tego wynalazku sceptycznie, ponieważ wydawał się zbyt skomplikowany i dopiero 20 lat później, podczas blokady Kuby, z powodzeniem go wykorzystała.
Hedy Lamarr, której właściwe, rodowe nazwisko brzmiało Hedvig Eva Maria Kiesler, zyskała więc sławę także jako wynalazca (wynalazczyni?), niezależnie od faktu, że nigdy nie zarobiła na tym ani centa. Prawda – nie miała w tej dziedzinie konwencjonalnego przygotowania naukowego, ale była zdolnym samoukiem. Nie zmienia to jednak faktu, że w Hollywood, w latach czterdziestych Hedy należała do czołowych gwiazd srebrnego ekranu, wiodła bogate życie erotyczne i towarzyskie (jej kochankiem miał być m.in. John F. Kennedy) i sześciokrotnie wychodziła za mąż. Rozpisywały się o niej gazety, tytułując ją najpiękniejszą kobietą świata i najseksowniejszą aktorką. Niestety później zaczęła się równia pochyła. Kiedy w Hollywood pojawiła się Ingrid Bergmann, Hedy stopniowo popadła w zapomnienie i podzieliła smutny los tych wszystkich gwiazd, o których się mówi, że się wypaliły. Poznała smak niedostatku i niewygodę policyjnej celi, kiedy została zatrzymana za kradzież butów w sklepie. W latach sześćdziesiątych mogła jeszcze wrócić do swojego aktorskiego zawodu, ale musiałaby ukorzyć się przed konkurencją, wystąpić w filmowym targowisku próżności i obłudy, na jakichś tam przyjęciach i pokazach i kłamać na potęgę, czego nie potrafiła. Była zawsze bezkompromisowa i szczera do bólu w krytyce show biznessu, a za to hollywoodzki światek karał bezlitośnie ostracyzmem.
Piękny, twórczy umysł Hedy doczekał się uznania dopiero pod koniec jej życia. W 1997 roku otrzymała, wraz z nieżyjącym już wtedy Antheilem, prestiżową nagrodę loży amerykańskich wynalazców za zasługi dla rozwoju elektroniki – BULBIE Gnass Spirit Of Achievement Award, o której się mówi, że jest odpowiednikiem Oskara dla wynalazców. Zmarła 19 stycznia 2000 roku na Florydzie. Prochy, zgodnie z ostatnią wolą zmarłej, rozsypano w rodzinnej Austrii.
Od jakiegoś czasu znowu jest głośno o Hedy Lamarr. Na początku 2014 roku została wprowadzona do Galerii Sław Wynalazców. 9 listopada 2015 roku z okazji 101 rocznicy urodzin wyszukiwarka Google poświęciła jej Doodle. Jednocześnie za wkład w osiągnięcia filmowe została uhonorowana gwiazdą w Hollywood Walk of Fame, a do kin trafił interesujący dokument Alexandry Dean Hedy Lamarr: Genialna i piekna, pokazujący oblicze naukowe niezwykle zmysłowej aktorki. Tak, była genialna i piękna. Te dwa wyrazy, akcentujące związek fizycznego piękna z wysokim IQ, określają cechy występujące w życiu nader rzadko, ale czasami Pan Bóg w przypływie dobrego humoru łączy je ze sobą. Zanim więc zamówimy w kafejce coś do picia, a później odpalimy komputer albo smartfon i bezprzewodowo połączymy się z internetem, to pomyślmy przez chwilę ciepło o kobiecie, bez której nie byłoby to możliwe.
Optyka kwantowa w klasie Kucharzy Małej Gastronomii
Zróbmy taki eksperyment myślowy. Do sklepu samoobsługowego wchodzi małżeństwo. Mają ostatnie pięć złotych. Kobieta idzie jedną stroną regału i bierze do wózka szampon w cenie pięć złotych, a mężczyzna idzie drugą stroną i bierze pierniczki, też za pięć złotych. Podchodzą do sąsiadujących z sobą kas i dochodzi do krótkiej sprzeczki szampon czy pierniczki. W końcu jedno z małżonków dokonuje zakupu, a drugie wstydliwie oddaje swój towar. Badając rozkład sklepu, ułożenie towaru na półkach czy urodę kasjerek, nie jesteśmy w stanie przed transakcją ustalić – szampon czy pierniczki? Nic nie determinuje wyniku tego eksperymentu. Ale znając małżeństwo możemy podać prawdopodobieństwo wyniku. U mnie stawiałbym 65% na szampon i 35% na pierniczki. Dalej osoba która dokonała transakcji spokojnie przejdzie przez bramkę alarmującą, a ochroniarz po sprawdzeniu paragonu puści ją wolno. Druga osoba uruchomi alarm, zostanie zatrzymana przez ochroniarza, a towar trafi z powrotem na półkę. Z tego, że mężczyzna nie dokona zakupu nie wynika, że kobieta go dokonała, bo oboje mogą zrezygnować z transakcji. I jeszcze jedno. Jeśli jeszcze na obszarze przed kasami dojdzie do spotkania małżonków, mogą ustalić, co kupują, oszczędzając sobie scenki rodzajowej przy kasach. Zanim przejdziemy do dalszych studiów komparatystycznych z zakresu handlu i teorii kwantów, poproszę miłe czytelniczki, by skonsultowały ten tekst z fachowcami od mechaniki kwantowej i upewniły się, czy faktycznie ma on coś wspólnego z optyką kwantową.
Odpowiedź Adminki: Autor musi nam jednak udowodnić, bądź też nas czarująco przekonać, że tak jest, bo myślę, że ani ja, ani moje Miłe Czytelniczki, nie mają pod ręką fachowca z zakresu mechaniki kwantowej. Chyba, że któraś z nas ma go, że tak powiem, pod rękę, ale, póki co, nic o tym nie wiem.
PS.
To opowiadanie nie jest takie niewinne na jakie wygląda. To jest Koń Trojański, którego chcę spróbować wprowadzić do Instytutu Fizyki. Spróbuję najpierw we Wrocławiu.
Dodatek historyczny.
4 lipca 2020 roku napisałem do Burmistrza Miasta Kłodzka taki donos: „Uprzejmie donoszę, że za większość problemów w mieście odpowiedzialny jest most kwantowy na kanale Młynówki. Badania które prowadzę od trzech lat w ramach Studium Doktoranckiego Bibliologii, Językoznawstwa i Literaturoznawstwa wskazują, iż rzeczony most kształtuje poetykę współczesną (1), na której żeruje kultura masowa (2), nagminnie konsumowana przez obywateli naszego miasta. W ten sposób nieoznaczoność, instrumentalizm i brak wiary w rzeczywistość – cechy kwantomechanicznego obrazu świata – przenikają do życia codziennego, czyniąc je wprawdzie zasobnym ale nieznośnym.”
Przypisy do Dodatku
(1) Formy jakie sztuka przybiera w poszczególnych epokach odzwierciedlają – poprzez analogię, metaforę,… sposób w jaki nauka danej epoki widzi otaczającą rzeczywistość. Umberto Eco, Dzieło otwarte. (2) Niezbędnym warunkiem istnienia kultury masowej jest dostęp do wyższej, w pełni dojrzałej kulturalnej tradycji, której odkrycia, osiągnięcia i samowiedzę kultura masowa potrafi wykorzystać do swoich celów. Clement Greenberg, Awangarda i kicz.
Dr Jan Kozłowski był moim kuzynem, późno odkryliśmy to nasze kuzynostwo, spotykaliśmy się rzadko (on mieszkał w Warszawie, ja, wiadomo, w Berlinie), trochę do siebie pisaliśmy, czasem telefonowaliśmy, ale – i myślę, że było to obupólne – lubiliśmy się. Teraz nie żyje i bardzo mi go brakuje.
Poniższy tekst nigdzie się (chyba) nie ukazał, Janek przysłał mi go kiedyś, podobnie jak wielu innym humanistom, jako propozycję do rozmyślań lub działań, poprosił też o dalsze opinie (kilka znajduje się pod spodem). Publikuję ten tekst, nie pytając Janka o zgodę, bo nie mam jak. Anonimizuję jednak komentarze pod tekstem.
Dedykuję dwóm moim autorom i rozmówcom: Konradowi i Markowi Włodarczakowi
Jan Kozłowski
Humanistyka oparta na danych, czyli prawdziwy koniec Wilhelma Windelbanda
Pomysł, który przedstawiam, to fragment szerszej całości, która nazywa się „infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej”. Pomysł dotyczy utworzenia platformy badawczej – baz relacyjnych (lub może lepiej bazy rozproszonej z indeksem dynamicznym), opartych na informatorach elektronicznych oraz papierowych, poddanych cyfryzacji. W badaniach historycznych platforma taka umożliwiłaby szersze stosowanie podejść badawczych opartych na analizie dużych zbiorów danych.
Pierwszym czytelnikom tekstu serdecznie dziękuję za nadesłane słowa zachęty i uwagi merytoryczne. W szczególności słowa podziękowania kieruję do prof. prof. Grzegorza i Wiesławy Osińskich z Torunia. Artykuł Osińskich Wizualizacja jako narzędzie badawcze historyka. W poszukiwaniu korzeni patrona 70-letniego Uniwersytetu1, w którym rozważają, czy współczesna neuronauka w połączeniu z analizą dużych zbiorów danych za pomocą metod wizualizacyjnych pozwoli odkryć nowe fakty, był jedną z inspiracji tego tekstu.
Dziedzictwo Windelbanda
Wilhelm Windelband (1848-1915) definiował nauki przyrodnicze i humanistyczne przez ich wzajemne przeciwstawienie sobie. Wg Windelbanda te pierwsze opisują przedmiot za pomocą ogólnych praw. Te drugie – mając do czynienia z jednorazowym, indywidualnym i jednostkowym przedmiotem – nie szukają regularności, tylko opisują.
Definicja humanistyki Windelbanda była odbiciem jej ówczesnego stanu. Po śmierci filozofa, wraz z ewolucją przedmiotu humanistyki (zainteresowanie dla źródeł masowych, stosowanie metod nauk społecznych2), stopniowo traciła adekwatność. Jednak dopiero epoka cyfrowa wrzuciła ją do lamusa.
„Humanistyka Windelbanda” pozostawiła po sobie ogromny dorobek, zawarty w książkach i czasopismach, na podstawie którego można budować humanistykę cyfrową. Jednak ten dorobek należy dopiero „odmrozić”. Jest to zadanie, które znacznie przekracza to, co robią nawet tak zaawansowane programy jak Europeanea.
Jak wiadomo, przez pierwsze dekady rewolucja Gutenberga przetwarzała na formę druku rękopiśmienny dorobek antyku i średniowiecza. Dopiero później książki drukowanej użyto jako sposób udostępniania nowych treści, z uwzględnieniem możliwości, jakie daje druk. Dziś zmiany zachodzą nieporównanie szybciej, gdyż Internet, w przeciwieństwie do druku, sam stwarza własny świat informacji, który ilościowo wielokrotnie przekracza zasoby epok rękopisu i druku. Jednak w odniesieniu do konwersji wcześniejszego dorobku, podobieństwo ze wczesną epoką Gutenberga jest uderzające. Nie potrafimy tego dorobku tak przetworzyć, aby skorzystać z szans otwieranych przez nowe technologie.
Dziedzictwo Langlois i Seignobosa
Równolegle z poglądami o nauce Windelbanda (a także Rickerta i Cassirera) swoje idee o metodzie dziejopisarstwa rozwinęli Charles-Victor Langlois (1863–1929) oraz Charles Seignobos (1854–1942). W książce Introduction aux études historiques (1897, przekład polski Wstęp do badań historycznych, 1912) chcieli oni uczynić z dziejopisarstwa nauki równie ścisłe jak nauki przyrodnicze. Dziejopisarstwo – twierdzili – opiera się na faktach wydobytych z dokumentów pisanych najbliższych opisywanym wydarzeniom. „Nie ma dokumentów, nie ma historii”, pisali. Fakty dzieli się na kategorie, poddaje krytyce zewnętrznej i wewnętrznej oraz pokazuje z różnych perspektyw, dzięki czemu osiąga się możliwie największy obiektywizm.
Przekładany na różne języki, wznawiany i zalecany studentom do dziś, był Wstęp – podobnie jak poglądy Windelbanda – dzieckiem swojej epoki. Obecnie jest synonimem nie tylko solidności, ale także naiwności. Wstęp przykuł wiedzę, wybraźnię i odwagę historyka – te trzy cnoty kardynalne każdego badacza – do skały dokumentu. Nie pozwalając historykom na bujanie w obłokach fantazji, sparaliżował ich kreatywność. Wstęp nie dostrzegł, że rzeczywistość odbita w zachowanych dokumentach jest rzeczywistością skrzywioną. Nie tylko dlatego, że dokumenty pisane opisują świat wybiórczo i wyłącznie w ramach przyjętych konwencji, ale i dlatego, że mechanizm transmisji dokumentów poprzez dzieje powoduje, że pewne typy dokumentów mają większą szansę przetrwania od innych. I są całe wielkie epoki, kiedy masowo produkowano dokumenty fałszywe. I to nie tylko w okresie reżimów XX wieku, co opisał Orwell, podając zresztą tylko jedną z licznych metod fałszowania rzeczywistości poprzez produkowanie dokumentów. Wielką epoką fałszerstw było średniowiecze. Teraz już powszechnie wiadomo, że tzw. Donacja Konstantyna była fałszerstwem. Ale znamy również tak wyrafinowane metody fałszerstwa, jak ukrycie sfałszowanego dokumentu, po to, by został odkryty po wiekach i zaświadczył o prawdzie tego, co głosiła polityka stulecia wcześniej – takim przypadkiem było np. ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu dokumentu „zaświadczającego”, że cesarzowa Teophanu, żona cesarza Ottona II, była porfirogenetką. Było to zresztą podwójne oszustwo, bo była tylko siostrzenicą cesarza Jana I Tzimiskesa, a sam cesarz był uzurpatorem, nie pochodzącym z rodziny cesarskiej.
Wstęp ukierunkował historyków na opisywanie historii jako dokonanych wyborów, udokumentowanych w źródłach, przez co zgubił sens możliwych wyborów oraz wyborów nieudokumentowanych. A przecież dokonany wybór, podjęta decyzja, rozpoczęte działanie – jest z reguły poprzedzone rozważeniem wyborów możliwych. Ponadto, na każdy udokumentowany fakt przypadają tysiące nieudokumentowanych. Wnioskowanie na podstawie poddanych surowej krytyce konkretnych dokumentów pisanych musi być zatem uzupełnione nie tylko przez wnikliwą analizę innych typów źródeł – historii mówionej, artefaktów, danych geologicznych itd. – ale także przez wnioskowanie oparte na analizie dużych zbiorów danych. Analiza dużych zbiorów danych historycznych pozwala na stawianie pytań niemożliwych do wyobrażenia w tradycyjnej historiografii. Rozszerza ona widnokrąg historyka o nowe wymiary i przestrzenie. Historykowi, nachylonemu nad rękopisem z okularem w oku, daje nowe narzędzie, nawet do jego mikroanalizy.
Głównym źródłem takich danych są reference books, a jedną z metod ich analizy – wizualizacje.
Milczenie książek
Z punktu widzenia teleinformatyki, szczególną cechą książek jest fakt, że są zastygłe i „milczą”. Nie da się ich aktualizować, ani łączyć z innymi książkami (chyba że przez nowe edycje lub zszycie ich razem). Książki ani nie „rozmawiają” same ze sobą, ani z innymi książkami (skromną formą rozmowy książki samej ze sobą są spisy treści i indeksy, a rozmowy z innymi książkami – przypisy i odwołania). Ani też, nie „rozmawiają” z czytelnikiem.
Najczęściej także reference books, takie jak słowniki językowe i biograficzne, katalogi, bibliografie i encyklopedie, nie rozmawiają same ze sobą. Podobnie jak nie rozmawiają same ze sobą informacje w informatorach: informacje te, tak jak słowa w słownikach językowych, są postawione na stałych pozycjach, najczęściej w porządku alfabetycznym. Słowa w dykcjonarzach są zamrożone: a przecież znaczenie każdego z nich zależy od (zmieniających się w czasie i przestrzeni społecznej) powiązań z innymi słowami oraz od blasku, jaki rzucają na nie metafory, do których nawiązują. Chcielibyśmy zobaczyć je dynamicznej postaci wizualizacji sieciowej, ale forma druku na to nie pozwala.
Nic dziwnego, że humaniści, obcując na co dzień z tak zaaranżowanym światem wiedzy, rzadko rozmawiają ze sobą, a wraz z nimi rzadko rozmawiają ze sobą obszary badań. Gdy wrzuci się do Internetu dowolne nazwiska rozpoznawalnych badaczy, np. Maryla i Migonia, okaże się, że współwystępują oni tylko w bibliografiach i repozytoriach: nie ma takiej platformy, na której Maryl i Migoń mogliby poznać się i rozmawiać. Epoka druku to także okres bezokiennych monad.
Milczenie książek zaprzecza podstawowej charakterystyce piśmiennictwa, jaką jest intertekstualność, oraz życia społecznego, jaką jest sieciowość.
Ponowne narodziny książek
Jak „odblokować” książki?
Dotychczasowe próby były połowiczne.
Pierwsze polegały na umieszczaniu w Internecie skanu (np. Bibliografia Estreichera), kolejne na umieszczaniu wersji OCR (np. Academica) oraz, na koniec, wersji hipertekstowej (np. Polski Słownik Biograficzny). Ale to dalece za mało. Książki, nawet w wersji hipertekstowej, utrzymały swoją tożsamość, tak jakby obawiano się dokonać ich „dekompozycji” i re-aranżacji na zupełnie nowych zasadach.
Nic dziwnego, że nawet najbardziej obiecujące i zaawansowane technologicznie humanistyczne projekty badawcze, takie jak Mapping the Republic of Letters, poza efektowną estetyką wizualizacji, nie wniosły nic przełomowego do humanistyki.
Pomysł „rozhermetyzowania” tekstów dla wyłuskiwania z nich informacji, celem łączenia ich w nowe dowolne związki, nie jest nowy; to przecież istota pomysłów Paula Otlet’a (Promieniująca biblioteka, 1934) i Vannevara Busha (Memex, 1945). Słusznie podkreśla się, że to Internet pozwolił urzeczywistnić ich wizje.
Jednak sam Internet nie ma mocy stworzenia cyfrowej humanistyki.
Co wobec tego należałby zrobić, aby stworzyć platformę do dokonywania odkryć w humanistyce?
Rozhermetyzowane teksty staną się tylko Mare magnum danych, w których każdy zatonie. Potrzeba zatem rodzaju magnesów, które – tak jak magnes opiłki – ułożą dane w nowe wzorce.
Gdzie szukać takich magnesów?
Najlepiej – wśród koncepcji, które pozwalają na sensowne łączenie danych i organizowanie badań.
Sieć, system i struktura
Sieć, system i struktura to właśnie takie koncepcje.
Koncepcje sieci, struktury i systemu przeszły długą ewolucję, w trakcie której zaowocowały wieloma pomysłami badawczymi, a ostatnio zbliżyły się do siebie. Wszystkie trzy mają ambicje, by służyć jako centralne kategorie badawcze nie tylko nauk społecznych, ale nauk w ogóle. Powstaje np. coraz więcej prac opisujących sieci uczonych XVII i XVIII wieku. Tyle, że są one oparte na stosunkowo wąskiej bazie źródłowej, a zatem pozwalają na testowanie bardzo ograniczonej liczby pomysłów badawczych. Mają one charakter „historii anegdotycznej”, „studiów przypadku” (np. o sieci rywalizujących i współpracujących ze sobą fizyków XVII w.). Mimo że są pełne świetnych indywidualnych opowieści, nie dają tego, co mogą dać szersze badania oparte na większej ilości danych – wiedzy o sieciach, systemach i strukturach. Wiedzy o ukrytych zależnościach, możliwych do odkrycia wtedy, gdy pracuje się na dużych zbiorach danych.
W trakcie ewolucji sieć stopniowo rozszerzała swoje znaczenia. Najważniejsze były przejścia
od pojęcia sieci ujmowanej statystycznie, ogniwa i ich powiązania w danej chwili, do sieci dynamicznej, zmieniającej się w miarę narastania lub ubywania nowych ogniw i powiązań,
od sieci dynamicznej, uczącej się pod wpływem bodźca zewnętrznego, do sieci samoorganizującej się (SOM), struktury dynamicznej, która niejako rozmawia sama z sobą, zmieniając jednocześnie swoją strukturę. (Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczyły pojedynczych słów i wyrażeń; czyni się próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych, takich jak dynamiczne modele samoorganizacji Włodzisława Ducha)3.
od sieci jedno-poziomowej, składającej się z ogniw tego samego rodzaju (np. osób lub słów), do sieci wielo-poziomowej, złożonej z ogniw różnych kategorii (np. osób i miejscowości).
Zmieniało się także pojęcie struktury. W naukach społecznych (Giddens, Bourdieu, Latour) przesunięto akcenty struktury od
struktury jako substancji do struktury jako procesu,
struktury jako rzeczy danej do struktury jako rzeczy stwarzanej,
struktury jako determinanty działań do struktury jako rezultatu działań.
Struktura to pojęcie wieloznaczne; najczęściej rozumie się przez nie zjawiska o względnej trwałości – gospodarcze, techniczne, społeczne, polityczne lub kulturalne – narzucające ograniczenia zjawiskom o charakterze koniunktur. (Rodzaj techniki rolnej ogranicza zasoby dostępnej żywności, a przez to i limituje wzrost ludności itd.). Przedmiotem zainteresowania są szczególnie: zmiany wewnątrz struktur i zmiany samych struktur – mutacje pozwalające przekroczyć istniejące bariery (w historii nauki – paradygmaty T. Kuhna); punkt początkowy i ciąg repetycji (w historii sztuki – teoria G. Kublera); współzależności między strukturami (w synchronii) oraz współzależności między koniunkturami i rewolucjami (w diachronii); współistnienie ze sobą struktur o różnych „czasach wewnętrznych”.
Podobnie, ewolucję przeszło pojęcie systemu. Nie tylko zwiększało ono zakres swoich zastosowań (cybernetyka, biologia, inżynieria, psychologia, antropologia, archeologia, historia, ekonomia, nauki polityczne), ale także, z upływem czasu, pogłębiano znajomość jego szczególnych cech, takich jak złożoność i adaptacyjność (uczenie się).
Te wszystkie zmiany uczyniły z tych pojęć kluczowe narzędzia badawcze w naukach społecznych i humanistyce, możliwe do stosowania wobec dużych ilości danych.
Infrastruktura badawcza dla humanistyki cyfrowej
Pomysł, który przedstawiam, polega na stworzeniu uniwersalnej platformy umieszczania i organizacji danych historycznych. Pomysł zostałby zrealizowany dzięki równoległej budowie – w ramach projektu europejskiego – wielu sieciowych, połączonych ze sobą systemów danych, uporządkowanych pod względem czasu, przestrzeni i tematów, takich jak osoby, zbiory (biblioteki, archiwa i kolekcje), korespondencje, instytucje (uczelnie, akademie, towarzystwa naukowe, salony…), teksty pisane (książki, czasopisma, rękopisy), gatunki piśmiennicze, idee, obiekty materialne i wiele innych. Źródłem danych byłby zarówno dorobek „humanistyki Windelbanda”, jak i nowej cyfrowej humanistyki.
Dane zostaną sklasyfikowane w ramach pewnych kategorii; każda kategoria danych stanie się osią odrębnej bazy.
Krótko można by ideę projektu przedstawić tak: budujemy bazę danych jednostek tej samej kategorii – niech to będą uczeni europejscy XVI-XVIII wieku. Każda jednostka otrzymuje swój „biogram” – uporządkowany zestaw informacji. Każda informacja, która odnosi się albo do innej jednostki tej samej kategorii (do innego uczonego), albo do jednostki innej kategorii (biblioteki, instytucji naukowej, publikacji itd.) zostanie podkreślona; jednocześnie utworzy się link, łączący dwa opisy, jednostki, którą opisujemy, oraz jednostki, z którą była ona powiązana.
Niech opisywany przez nas uczony nazywa się Johann Christian Schott. Miejscowości z życia Schotta – miejsce urodzenia, studiów, podróży, pracy i śmierci – zostaną połączone z bazą geograficzną. Biogramy uczonych, pod kierunkiem których studiował, z którym współpracował lub których uczył, zostaną połączone z biogramem Schotta. Uczelnie, na których studiował, dwory, na których służył, biblioteki, które prowadził, książki, które napisał itd., także zostaną olinkowane. Podobnie idee, które głosił (np. wolfianizm). Również i korespondencja Schotta oraz książki, które w listach recenzuje, zostaną połączone linkiem.
Wszech-sieciowość jest naturą świata. Można ją oddać tylko pokazując powiązania istniejące wewnątrz reprezentacji opisywanych jednostek, takich jak np. biogramy, opisy bibliograficzne książek, koncepcje, charakterystyki obiektów w katalogach zabytków, i wiele innych.
Przedstawiane przeze mnie idee nie są nowe, a jeśli – jak się zdaje – nie zostały jeszcze przedstawione w całości, to ze względu na ich radykalizm i przewidywaną trudność ich realizacji.
Między innymi zastąpienie artykułów w czasopismach korespondencją naukową jako podstawy opisu sieci badawczych proponował francuski badacz Yves Gingras (Mapping the structure of intelelctual field using citation and co-citation analysis of correspondences, 2010). W XVII wieku czasopisma dopiero raczkowały; brakowało standardów powołań i cytowań. Znacznie lepszym źródłem wiedzy o popularności publikowanych tekstów oraz o strukturze pól badań, pisze Gingras, jest lektura ówczesnej korespondencji uczonych.
Nie od razu Kraków zbudowano
Oczywiście, „nie od razu Kraków zbudowano”. Tak postulowaną platformę należy budować krok po kroku. Gdy tylko można, trzeba ją oprzeć na wspomnianych – „rozhermetyzowanych” – papierowych lub cyfrowych informatorach, słownikach bio-bibliograficznych, katalogach, leksykonach i encyklopediach. Takich, jak np. WorldCat OCLC, World Biographical Index Online, wydawnictwa De Gruyter, czy też A world bibliography of bibliographies and of bibliographical catalogues, calendars, abstracts, digests, indexes and the like Theodore Bestermana.
Zacznijmy zatem od pewnej wyodrębnionej grupy wewnątrz wybranej kategorii, niech to będą biolodzy XVIII wieku. Nie było ich tylu, co dziś, tworzyli znacznie mniejszy odsetek ówczesnego – niewielkiego, w porównaniu z dzisiejszymi czasami – środowiska naukowego. Są policzalni i opisani, np. w Historical catalogue of scientists and scientific books from the earliest times to the close of the 19th Century (1984) Roberta Mortimera Gascoigne. Fakty z życia biologów opisano w słownikach biograficznych. Rozpisując kolejne biogramy, wyłuskujemy z nich – automatycznie, tak dalece, jak się da – informacje pasujące do przyjętych przez nas kategorii.
Budujemy zatem bazę (powiązanych ze sobą) biogramów:
A jednocześnie tworzymy jednocześnie kolejne – powiązane ze sobą – bazy, np.:
Formuła technologiczna baz – bazy relacyjne czy może lepiej baza rozproszona ale z indeksem dynamicznym – to zagadnienie dla właściwie zaangażowanych techno-nauk4.
Baza (bazy) powinna być spięta z zbiorami danych warsztatowych:
Budowa platformy powinna postępować równolegle z badaniami pilotażowymi – zarówno testowaniem tez powstałych w różnych polach badawczych, takich jak studia nad sieciami, badania systemowe, systemy innowacji, bibliometria, historia i geografia nauki, jak i – to najważniejsza wartość platformy – odkrywaniem zupełnie nowych ustaleń i regularności.
Platforma nie powstanie bez współpracy historyków („przymiotnikowych” i „bezprzymiotnikowych”), geografów historycznych, informatyków, bibliometrów, a także statystyków i fizyków (ci ostatni stanowią największą grupę badaczy sieci). Konsorcjum DARIAH byłoby jego najlepszym adresatem. To heroiczne zadanie dla DARIAH, ale może sensowne, jeśli konsorcjum nie ma stać się tylko pojemnikiem dla wielu różnych, nie powiązanych ze sobą małych projektów.
Uwagi czytelników
WD
[Przedstawiony projekt] to dość oczywisty kierunek rozwoju dla DARIAH i warto go z tą grupą dyskutować, bo jakoś nie widzę dobrych projektów, chociaż ostatnio dyskutowaliśmy o ich potrzebie.
Przypomina też trochę projekt Xanadu Teda Nelsona (pisałem o nim w książce o oprogramowaniu w 1997 roku), który nadal powoli się rozwija: http://techsty.art.pl/?p=1701: „At its simplest, Xanadu lets users build documents that seamlessly embed the sources which they are linking back to, creating, in Nelson’s words, “an entire form of literature where links do not break as versions change; where documents may be closely compared side by side and closely annotated; where it is possible to see the origins of every quotation; and in which there is a valid copyright system – a literary, legal and business arrangement – for frictionless, non-negotiated quotation at any time and in any amount.”
NK-H
Projekty ‘totalne’ są kuszące, ale trudne do realizacji w realnym świecie. Znacznie lepiej sprawdzają się mniejsze akcje/projekty pod warunkiem, że są skoordynowane i mają wspólne podstawy metodologiczne i technologiczne, tak że dadzą się połączyć w jeden system i używać za pomocą tych samych narzędzi (choćby konsekwentne wprowadzanie TEI daje takie możliwości). Jak sam piszesz projektów jest bardzo dużo, są też już próby ich integrowania, np. COST Action dotycząca epistolografii [Reassembling the Republic of Letters, 1500-1800 A digital framework for multi-lateral collaboration on Europe`s intellectual history] http://www.cost.eu/COST_Actions/isch/IS1310
Takie ‘rozproszone’ działanie nie tylko jest łatwiejsze finansowo i organizacyjnie, ale też chroni przed ‘wielkimi’ błędami, tzn. łatwiej weryfikować przyjęte rozwiązania i korygować złe decyzje metodologiczno-technologiczne przy mniejszych stratach. Sądzę też, że to musi być działanie bottom up, bo narzucanie rozwiązań z góry dużej i różnorodnej grupie uczonych źle by się skończyło.
Ale oczywiście nie Ty jeden marzysz o takim utopijnym rozwiązaniu…
WM
Dziękuję bardzo za przesłanie tego interesującego projektu, który rzeczywiście mógłby wpisać się w prace teoretyczne europejskiego projektu Horyzont poświęconego renesansowi.
WO
Podobało mi się szczególnie, ze “książki milczą”. Musisz koniecznie zajrzeć do opublikowanej niedawno w formie interaktywnej naukowej książki: Piotr Celiński, Postmedia. Cyfrowy kod i bazy danychhttp://www.postmedia.umcs.lublin.pl/. Zupełnie inna filozofia czytania: wszystko poprzez odniesienia graficzne. To dopiero sprzężenie zwrotne! Grafiki, które zamieszczasz w tekście są abstrakcyjne. Dla humanistów trzeba je opisać.
GO
Warto wspomnieć o sieciach samoorganizujących się SOM, strukturach dynamicznych, które niejako rozmawiają same z sobą zmieniając jednocześnie swoją strukturę. Pierwsze próby zastosowania SOM dotyczą co prawda na razie pojedynczych słów i wyrażeń ale czynione są już próby budowy dynamicznych, nieliniowych, systemów semantycznych – dynamiczne modele samoorganizacji – W. Ducha.
Podziały nauk – Może zaproponować nowy podział bardziej adekwatny do sytuacji w XXI wieku, proponowany przez Andrzeja Zybertowicza „Samobójstwo Oświecenia” 2015 na „naukę” i „technonanukę”, gdzie ta druga, w oderwaniu od pierwszej, maszeruje obecnie do „samozagłady” i konieczne jest ściślejsze osadzenie w ramach nauki jako transcendentnej emanacji całościowej wiedzy ludzkości etc… to nowe koncepcje, nie wszystkie są dla mnie oczywiste, ale niewątpliwie wskazują cel inny niż prosta „oświeceniowa droga nowoczesności”.
AR
Projekt jest, używając pańskiego określenia, heroiczny. Ja bym może rozpoczął od stworzenia GIS-a, a właściwie należałoby powiedzieć HGIS-a, na który można by nanosić informacje dotyczące czasopiśmiennictwa. W ramach DARIAH być może grupa lubelska coś takiego będzie chciała robić – tylko w odniesieniu do wybranych elementów dziedzictwa historycznego Polski, a później Europy.
ARo
Moim zdaniem to zdecydowanie ma ręce i nogi. Podoba mi się pomysł i jako historyk chętnie bym korzystał z takiego narzędzia. Rzeczywiście nie ma nic podobnego, a stworzenie takiej mapy połączeń między uczonymi byłoby niezmiernie interesujące, ale i cholernie czaso- i finanso-chłonne.
Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabąo polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii
Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?
Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.
Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.
Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?
To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.
Jaki jest status tego podręcznika?
Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.
*** Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.
Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer
Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.
Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.
Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.
Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.
Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.
Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.
Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.
***
Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch
Wczoraj minęła rocznica śmierci Albrechta Dürera. Urodził się w maju 1479 roku w Norymberdze, umarł tam 6 kwietnia 1528 roku. Miał 49 lat.
Obok reprodukuję jeden z najsłynniejszych sztychów Dürera, Czterech jeźdźcówApokalipsy, czyli Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć. Ciekawe, że dziś czterech jeźdźców pojawia się przede wszystkim jako nowe pojęcie społeczno-filozoficzne: czterech jeźdźców ateizmu.
O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałabym oddać hołd jednemu z twórców, którzy pomagali (i pomagają) mi przetrwać najgorsze nawet czasy. Wikipedia pisze, że był najwybitniejszym artystą niemieckiego renesansu, a ja mam poczucie, że był najsłynniejszym artystą niemieckim wszechczasów.
W powieści Güntera Grassa, Z pamiętnika ślimaka, nauczyciel Zweifel (czyli… Wątpliwości), uciekając przed nazistami, zabiera ze sobą reprodukcję sztychu Melancholia. Sztych zainspirował też Edwarda Muncha (który stworzył kilka obrazów o tym samym tytule, wszystkie wzorowane na Dürerze), Jean-Paula Sartra (Mdłości), Thomasa Manna (Doktor Faustus), Dana Browna (Zaginiony symbol) i wreszcie Larsa von Triera, słynnego reżysera, założyciela ruchu Dogma 95, autora filmu… Melancholia.
Najprawdopodobniej jednak Czytelnicy (i Czytelniczki) najlepiej znają jeden ze słynnych autoportretów artysty – ten, który poświadomie uważamy za portret Jezusa. Nikt z nas się do tego oczywiście nie przyzna, bo dobrze wiemy, że Jezus musiał być żydowskim mężczyzną, miał ciemne oczy, śniadą cerę i czarne włosy, ale nic na to nie poradzimy, lata indoktrynacji zrobiły swoje i wdrukowały nam na zwasze portret Jezusa jako rudawego blondyna, z bródką i długimi lokami, a opowieści o portrecie Zbawiciela na całunie turyńskim tylko ten imprint wzmocniły. (Może zresztą akurat widzieliście wielkanocną transmisję z Katedry w Turynie – po raz drugi z rzędu całun został wystawiony jako znak nadziei w czasach pandemii.)
W winecie wpisu umieściłam szkic artysty, ręce złożone do modlitwy, a tu przypomnę jeszcze dwa jego dzieła: Zająca i Nosorożca.
Ten Zając i te Ręce towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, bo wisiały jako reprodukcje w mieszkaniu prababci, oglądałam je co niedzielę i do dziś zając Dürera kojarzy mi się z zapachem świeżo mielonej kawy, pieczonymi w domu herbatnikami, moją maleńką jak lalka prababcią i stołem nakrytym kilimem na werandzie, gdzie kwitły begonie. Prababcia była z domu Karpińska i jest naszym rodzinnym powodem do dumy, gdyż jej stryjecznym dziadkiem był Franciszek, autor Laury i Filona.
Nosorożca wybitnie lubię i zastanawia mnie, że Dürer nigdy go nie widział, a stworzył pierwszy “prawdziwy” portret tego dziwnego zwierzęcia, które wygląda jak żart, albo wprawki demiurga przed stworzeniem słonia.
*** Ci czterej mężczyni to Richard Dawkins, Christopher Hitchens, Sam Harris i Daniel Dennett, a nazywa się ich Czterema Jeźdźcami (Nowego) Ateizmu. Dowiedziałam się tego od Konrada, jak zresztą bardzo wielu innych rzeczy o świecie współczesnym.
Nowy ateizm, pisze Wikipedia, to ruch antyteistycznych pisarzy i naukowców XXI wieku, wyznających pogląd, że „religii nie powinno się jedynie tolerować, lecz należy jej przeciwdziałać, krytykować ją i poddawać racjonalnej argumentacji wszędzie tam, gdzie sięgają jej wpływy”. Nowy ateizm głosi, że współcześnie nauka wymaga mniej przyzwalającej postawy wobec religii, przesądów i religijnego fanatyzmu niż do tej pory. W trakcie dyskusji, która odbyła się w 2007 r. na temat krytyki religii, czterej dyskutanci zostali nazwani Czterema Jeźdźcami i ta nazwa do nich przylgnęła. Do ruchu Nowego Ateizmu zalicza się też Victora J. Stengera, autora książki: Nowy ateizm: stanowisko wobec nauki i rozumu.
Jest taka książka zalecana przez Neuropę, polski portal “nowych Europejczyków”:
Bóg bez znaczenia, Janusz Majcherek Pozycja jest polskim wkładem w nurt „nowego ateizmu”, ale skupia się nie na dyskusji o (nie)istnieniu Boga, a na pytaniu, czy to zagadnienie ma współcześnie jeszcze jakieś znaczenie. Książka zawiera szeroki przegląd debaty o religii w anglosferze w ostatnich dekadach i nakierowuje na dalsze lektury. Na polskim rynku wydawniczym przeszła bez większego echa, ale polecamy ją jako rodzimą alternatywę dla książek „czterech jeźdźców nowego ateizmu”.
*** Ilustracje w tym wpisie, dzieła Albrechta Dürera, zostały wzięte z domeny publicznej: Czterech jeźdźców Apokalipsy, sztych, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork; Melancholia, sztych, National Gallery of Art, Waszyngton; Autoportret, obraz olejny, Nowa Pinakotheka w Monachium, Modlitwa (Ręce), szkic, Albertina, Wiedeń. Portret czterech współczesnych filozofów znalazłam w Wikipedii.
***
Oczywiście Czterech jeźdźców Apokalipsy można i bez różnych przenośni łączyć z panującą nam dziś miłościwie pandemią coronawirusa. W końcu jeden z jeźdźców to Zaraza. Ela Kargol po lekturze tego wpisu poszukała jeszcze trochę w sieci i znalazła zeszłoroczny artykuł nt. pandemii i tego, jak sobie z nią radzono. Ciekawe wydaje mi się, że o ile dawniej najlepszym sposobem na zarazę było zalecenie: Uciekaj, o tyle obecnie podstawowy nakaz głosi: Siedź w domu.
Dawniej mówiło się na mierniczego: geometra, albo żartobliwie skoczybruzda. Kojarzył się zwykle z podchmielonym osobnikiem o niedbałym wyglądzie, co biega po polach z łatą i mapą, coś tam mierzy, udowadnia, zapisuje, u gospodarza jeszcze się doprawi bimbrem i znika. Matki pilnowały przed nim córki, a mężowie żony, bo słynął z jurności. Osobiście znam takiego pana, jest moim sąsiadem w Tychach (witaj Kaziu), który może zaświadczyć, że to wszystko prawda, choć sam od lat prowadzi się już bardzo porządnie. Niedawno, z okazji 509 urodzin Gerarda Merkatora, flamandzkiego matematyka i geografa, prekursora współczesnej kartografii, uznawanego za ojca światowej geodezji, branża ta tradycyjnie świętowała. Co prawda wyrosła jej jeszcze inna, konkurencyjna data – 21 marca, ale geodeci to taki naród, który pracuje, kiedy trzeba, a świętuje, kiedy chce, więc zostawmy im wolność wyboru.
Mam również przyjemność znać wnuczkę Prof. Stanisława Kluźniaka – ojca polskiej geodezji. Jesteśmy z Marysią zaprzyjaźnieni od końca lat 80 i jak dzisiaj opowiem o jej dziadku, to usmażę dwie pieczenie na jednym ognisku. Będzie to bowiem wpis na Międzynarodowy Dzień Geodety a dla Marysi – laurka na niedawny Dzień Kobiet, który świętujemy latoś przez cały marzec.
Stanisław Kluźniak urodził się w 1891 roku w Hebdowie, na ziemi miechowskiej, która była pod zaborem rosyjskim, w wielodzietnej rodzinie wiejskiego nauczyciela. Ojciec miał patriotyczne poglądy, w związku z czym także na pieńku z carskimi władzami, ale dzieci musiały zdobyć dobre wykształcenie. Po ukończeniu z wyróżnieniem polskiego gimnazjum, Stach złożył eksternistyczny egzamin maturalny w języku rosyjskim, otrzymał pierwszą lokatę z odznaczeniem i to otworzyło mu drogę na uczelnie Rosji. W 1914 r. ukończył Instytut Inżynierów Mierniczych w Moskwie – na swoje utrzymanie w czasie studiów zarabiał korepetycjami i drobnymi pracami pomiarowymi – a następnie został wcielony do carskiej armii, ponieważ w tym w samym roku wybuchła Wielka Wojna. Najpierw jest to służba w artylerii, później w wojskach kolejowych, przy czym zataja uczelniany dyplom, żeby uniknąć oficerskich szlifów i wysyłki na pierwszą linię frontu. Obdarzony aktorskimi zdolnościami, skutecznie gra niegramotnego, durnego chłopa i tak, w stopniu szeregowca, szwejkowskimi fortelami, przeżywa wojnę. Jeszcze w Moskwie poznaje piękną studentkę biologii i geografii, kresowiankę Wandę Wolską, biorą ślub i po wybuchu Rewolucji Październikowej w 1917 r. jadą do Briańska, w guberni orłowskiej. Mają już córeczkę Halinkę, przyszłą mamę Marysi. W guberni mieszka wielu Polaków, więc wspólnie z żoną zakładają polskie liceum i to jest początek pracy nauczycielskiej Profesora. Równocześnie wchodzi w politykę, współorganizując Związek Wojskowy Polaków.
Pobyt w Briańsku trwa krótko. Kiedy wojna już dogorywa, ruszają pierwsze transporty kolejowe ze Wschodu na Zachód, a w nich tłumy Polaków; wśród pasażerów jest Stanisław Kluźniak z żoną i dwuletnim dzieckiem. Jadą zatłoczonym, towarowym wagonem, droga jest niebezpieczna, wiedzie przez linie frontu, na którym jeszcze trwają pojedyncze potyczki, ale docierają cało do Warszawy. Do stolicy przeprowadziła się też rodzina z Hebdowa, więc na razie mają dach nad głową. Później znajdą własny. Dla pedagoga z powołania, który wyrósł w nauczycielskim i patriotycznym domu, najważniejsza jest praca oświatowa – Niepodległa potrzebuje geodetów. Jak odpowiedział na to zapotrzebowanie, pisze w życiorysie, który znalazłem w dokumentach rodzinnego archiwum Marysi Mayerhöfer-Trzeciak:
Od powrotu do Polski w końcu 1918 r. jestem 1. nauczycielem kolejno na kursach mierniczych, szkole topografów, Państwowej Szkole Mierniczej 2. dyrektorem Liceum Mierniczego, Technikum Geodezyjnego, 3. habilitowanym docentem na Politechnice Warszawskiej w 1928 r. (pisownia oryginalna).
Życiorys, którym można byłoby obdzielić parę osób, mieści się na połowie kartki maszynopisu i ma jedną charakterystyczną cechę: tytuły profesora pisane są z małej litery, a tylko jego szkoły – z dużej. Świadczy to o wielkiej skromności człowieka, choć językoznawca powiedziałby zapewne, że pisownia się z czasem zmienia i z cechami charakteru nie ma nic wspólnego. W czasie okupacji hitlerowskiej uczy w stolicy na tajnych kompletach, działa w szeregach Armii Krajowej, biorąc udział m.in. w licznych akcjach sabotażowych. Po upadku Powstania Warszawskiego, internowany do obozu w Pruszkowie, ucieka z niego Niemcom.
Kiedy wojna się kończy, wraca do miejsc, w których wcześniej uczył i wykładał – na Politechnikę, gdzie otrzymuje stopień profesorski i kierownictwo Katedry Geodezji, ale najpierw zajmuje się adresem przy ulicy Hożej 88, gdzie stoi ocalały z pożogi budynek szkoły mierniczej. Założona w 1916 roku, dwa lata przed przyjazdem Profesora do Warszawy, jest jego drugim domem. Po okupacji ponownie zostaje tu dyrektorem i nauczycielem, bo kraj znowu pilnie potrzebuje mierniczych – m.in. do przeprowadzenia reformy rolnej, prac regulacyjnych na tzw. Ziemiach Odzyskanych i przygotowania dokumentacji dla odbudowy miast oraz przemysłu. Ponadto bierze na siebie organizację Katedry Geodezji na Wydziale Melioracji Wodnych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i kieruje nią przez 11 lat. Spełnia się jako naukowiec; jest autorem szeregu cennych prac i podręczników, z dziedziny geodezji i planowania przestrzennego oraz zastosowania pomiarów geodezyjnych w pracach rolnych.
Punkt ciężkości jego zainteresowań naukowych leżał w kręgu tradycyjnej, klasycznej niejako geodezji. Tworząc, miał zawsze na celu aktualne potrzeby techniczne, a w swych pracach, jako autor podręczników i jako redaktor wielotomowej Geodezji gospodarczej, dążył do aktywizacji nowych metod geodezyjnych, przy sporządzaniu map do różnego rodzaju potrzeb gospodarczych kraju. Jako człowiek był z natury bardzo dobry i uczynny, chociaż niełatwo udzielał kredytu zaufania. Nie uznawał kompromisów tam, gdzie należało odróżnić dobro od złego, co łączyło się poza tym z odwagą cywilną nazywania wielu rzeczy po imieniu. Oportunistą nie był.
Pamiętne jest wystąpienie Profesora w 1956 r., w pewnym gronie naukowców, w którym zażądał uwolnienia z sowieckich łagrów polskich więźniów, wywiezionych w głąb imperium, po napaści ZSRR na Polskę, 17 września 1939 r. Przekonującą i spokojną, lecz śmiałą argumentacją umiał zjednać dla dobrej sprawy swoje środowisko.
Inaczej działał w obronie swoich własnych interesów. Kiedy w latach międzywojennych, po krótkim okresie docentury na Wydziale Geodezyjnym Politechniki Warszawskiej, wbrew swojej woli zmuszony był opuścić tę placówkę, zareagował na to posunięcie w sposób godny uczonego: wydał w r. 1928 największe objętościowo w historii polskiej literatury geodezyjnej dzieło, jakim jest Geodezja niższa, o przeszło 1100 stronach formatu A4, a następnie w r. 1937 – prawie na 500 stronach – Urbanizm. Pozostał tylko przy swojej szkole mierniczej (…), nie opuszczając jej już do końca życia, nawet po objęciu katedry w S.G.G.W. Młodzież ukochał szczerze i rozumnie: był wyrozumiały, choć niezbyt pobłażliwy. Kiedy zwrócono kiedyś uwagę, że umie sobie jakoś dawać radę z tą niesforną czeredą, ktoś zauważył: Rozumie młodzież, bo sam jest młody od środka: to taki młody pan w starszym wieku… Wychowankowie odpłacali Mu się szczerym szacunkiem i przywiązaniem, a tłumne ich przybycie (z niejednego już pokolenia) dla oddania Mu ostatniej posługi, było wprost wzruszające.
W szkole przy Hożej, dzisiaj noszącej imię Profesora, miał mały pokoik, w którym często nocował. Marysia mówi, że rzadko bywał w domu, co nie znaczy, że nie darzył miłością i troską swoich najbliższych. Pokazuje mi jeden z wierszy, które dziadek napisał specjalnie dla niej, pierwszej wnuczki oraz dla Wandy, jej młodszej siostry. Warszawa leżała jeszcze w gruzach, ludziom żyło się biednie, ale geodeta-poeta miał wiele nadziei, humoru i fantazji.
Odszedł nagle, 1 października 1957 r. We wspomnieniach o Profesorze Stanisławie Kluźniaku, zamieszczonych w Zeszytach Naukowych Politechniki Warszawskiej (Geodezja Nr. 5, 1960), z których pochodzą wcześniej cytowane zdania, jest adekwatny czterowiersz:
Pragnęłoby się wiedzieć, że się gasnąć będzie
Nie jak knot ogarka, pełgający wszędzie,
Lecz jak żarówki, które w oka mgnieniu gasną,
A przedtem do ostatniej chwili świecą jasno.
Autorem tego epitafium jest filozof, Prof. Tadeusz Kotarbiński.