Ratecki March (reblog)

Tomorrow I fly to Thessaloniki to join the March for Aleppo for some talking (and not walking) days. I do not know what we shall talk about but I will suppose it will be that…

Janusz Ratecki

Since 26th december I have been marching for peace with #CivilMarchForAleppo. We started in Berlin, and daily, with only small stops in big cities, we crossed many borders, met thousends of people. The march is 4+ months old and certainly it has reached its maturity. After 4 months of non disrupted travel I decided to return to Poland, to work, to take a deep breath, to see the situation from the oustide. I will return on 26/27 May to Greece to continue my journey.

At home, the questions about the identity of the march appeared with a double intensity. Why do I march? What is our purpose? Do I (we) march for Aleppo or to Aleppo? Or both? What can we change with our marching and which of our plans can we realise?

 Civil March For Aleppo 03.03.2017 Photo Janusz Ratecki

People used to ask me the same questions all the time. Why do you want to enter the war zone? Is it possible? And what if someone is hurt or injured? Do you think you can change someting? There are hundreds of those questions, and even though we discucssed it on the march, on daily basis, we havent reached yet a common decision. Nor we achieved peace in our small group.

If you feel that I am complaining, well I am not. I am hoping. I hope this march will change again, as it changed many times before. I wish this march will get a proper leader who will take the responsibility of taking the crucial decisions. I hope this march will, once more, gain the spirit, the energy and the global audience it deserves.

Foto Marek Kowalczyk

I hope we will share the peace message instead of run. Running, to be as fast as possible, to a yet unknown destination is kind of desperate. I hope no one will suffer in the march group because other people force their ideas. I hope we will reach peace to share it among others. I hope we will not leave anyone behind.
Last but not least, I wish we will find a good ending to our project.

Hope dies last.

Author is a freelance photographer interested in human rights. At the moment taking part in #civilmarchforaleppo

Poznajcie Magdę

Ewa Maria Slaska

Dla Krysi, która ze wszystkich moich przyjaciółek
jest najbardziej kobietą, nic więc dziwnego,
że urodziła się 8 marca

Magdę spotkałam na marszu. Była pierwszą z kilku młodych Polek spotkanych przez tych kilka dni, które dobrze wiedziały, czego chcą, a to co chciały, było dobre. Zaskoczyło mnie to, bo wydaje mi się, że ja, gdy byłam taka młoda jak one, nie miałam żadnych marzeń, miałam tylko konkretne banalne cele – dostać się na studia, skończyć studia, dostać pracę na uczelni, wyjść za mąż, mieć dziecko. Byłam człowiekiem zadaniowym, zrealizowałam więc te cele, ale dopiero teraz, podczas marszu, rozmawiając z Anią, Martą, Magdą czy  Wiktorią, zrozumiałam, że powinno się mieć marzenia, bo cele są pragmatyczne i ograniczają, a marzenia dodają skrzydeł. Cele to obowiązek, marzenia to wolność.  Realizacja celów nie przynosi wolności, wiem to najlepiej, bo całe życie chodziło mi o moją własną wolność i w uprzęży pragmatycznej celowości szarpałam się, gryząc kogo popadło.

Dlatego patrzyłam na te młode kobiety jak na istoty z Kosmosu, które żyją innymi prawami, nie znają siły ciężkości, niczego nie chcą, a to, czego potrzebują, dostają, bo umieją marzyć.

Magda opowiedziała mi o sobie, resztę przeczytałam w jej książkach: Polka potrafi i Polka potrafi po 40-tce!

polka-potrafi

Książki są o innych kobietach, ale są i o Magdzie. Oto początek rozdziału zapowiadającego historię Martyny i Natalii, które założyły czasopismo o Azji.

To, co mnie urzekło w dziewczynach, to przede wszystkim ich gotowość do tego, żeby popełniać błędy i brak strachu przed tym, co nieznane. W przeszłości pozwoliłam obu tym elementom powstrzymać mnie przed robieniem rzeczy, na których mi zależało. Wydawało mi się, że muszę być w czymś ekspertem, żeby się o tym wypowiadać; że zanim zacznę działać i realizować jakiś projekt, muszę dokładnie wiedzieć, co i jak robić. Dokładnie przeciwnie postąpiłam decydując się na wydanie tej książki, dlatego słuchając historii, którą zaraz przeczytacie, co i rusz odnajdywałam w niej siebie. Piękne jest również to, że dziewczyny na co dzień żyją w innej rzeczywistości niż ja czy kilka bohaterek książki, a mimo to jesteśmy do siebie bardzo podobne i świetnie się rozumiemy.

Poznajcie Martynę i Natalię.

Niekiedy Magda zaczyna od tego, że każe swoim rozmówczyniom określić swoje życie przy pomocy trzech słów. Biała dziewczynka z północy powie, że jej życie jest ciekawe, piękne i zaskakujące. Martyna i Natalia, że szalone, szybkie i… trzeciego określenia nie znajdują od razu, dopiero po chwili dodają: o, stresujące! Ciężkie i fascynujące powie Olka demolka z rozdziału Im więcej kłód pod nogami, tym więcej frajdy.

Najpierw chciała mieszkać w innym kraju, podróżować.  Znać inne języki. Uczyła się więc języków, ale też tańca i jogi. Oszczędzała każdy grosz, żeby pojechać do szkoły baletowej w Nowym Jorku. Ale nie taniec był jej celem. Postawiła na poznawanie świata, na podróże. To, czego się można nauczyć podczas wyjazdów, twierdzi, jest znacznie bardziej wartościowe, niż siedzenie w uniwersyteckich ławkach i wkuwanie. W 2010 roku po raz pierwszy pojechała z plecakiem w podróż. Poleciała do Indonezji.

Od tamtej pory poszło już z górki: konkurs taneczny na Bali, praca w butiku podróżniczym w Indiach, szlifowanie języka hiszpańskiego w Andaluzji, wyjazd stopem i z namiotem wokół Islandii, uczenie Zumby w Warszawie, nauka tańca w Nowym Jorku, nagranie reklamy telewizyjnej w Bangkoku, nurkowanie w Malezji…

Po drodze spotykała inne kobiety, bardzo młode i młode, ale i te po czterdziestce.  Rozmawiała z nimi, ciekawiły ją ich drogi życiowe, pytała jak, kiedy i dlaczego zmieniły swoje życie, przestawiły je z celu na marzenie. Tak powstał pomysł książki, a potem drugiej.

TU je możecie kupić.

W książce jak mantra powtarzają się takie zdania:

Długo szukałam dla siebie drogi. Przez całe studia nie wiedziałam, na co się zdecydować, bo odnajdywałam się w przeróżnych dziedzinach plastycznych. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy grafika komputerowa jest dobrym kierunkiem i w podjęciu tej decyzji bardzo pomogła mi praca przy magazynie. Choć z drugiej strony myślę, że to tkwiło we mnie już od bardzo dawna.

Czego się nauczycie z tych książek? Najpierw tego, że droga jest długa i wyboista, a w głowie każdej z nas tkwi mała istota, która na każdy szaleńczy pomysł zareaguje tak samo i będzie piszczała przerażonym głosikiem: nie uda ci się, nie uda ci się, nie dasz rady. Wtedy trzeba umieć powiedzieć: Co mi szkodzi?, no co mi szkodzi, najwyżej się nie uda. Tak się ucisza natrętny strach, poprzez wewnętrzną zgodę na próby, błędy i porażki. A jeśli przyjdzie zwątpienie, to trzeba sobie uświadomić, że te chwile zwątpienia też są potrzebne. Kiedyś z tej zgody na zwątpienie i porażkę wyłoni się prawda na całe życie, że nie wolno dopuścić do tego, by strach stawał między tobą a twoimi marzeniami. Tylko, i to jest może najważniejsze, Magda wciąż nam będzie przypominała: Marzenia nie spełniają się same, trzeba zacząć działać. I jeszcze: nieważne co będę robić w życiu, ważne jakie chcę, żeby to życie było.

Postaw na siebie!

I to by było na tyle, nie tylko na 8 marca…

W sobotę o marszu

civil-march-for-aleppoEwa Maria Slaska

Darwina i Jacek Matuszczakowie

Było to pierwszego wieczora mojego uczestnictwa w marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy w hotelu robotniczym w Brnie. Poszłam do łazienki. Na drzwiach wisiała tabliczka z kobietą w spódniczce. Weszłam pod prysznic, ciuchy wisiały na wieszaku dość daleko od kabiny, gdy do łazienki ktoś wszedł, po czym z sąsiedniej kabiny prysznicowej dobiegły mnie chrząkania bez wątpienia męskie. Za to z części ogólnej odzywała się na pewno kobieta. Rozmawiali po polsku. Hmmm, pomyślałam. I co teraz? Z jednej strony jestem z Berlina, nic mnie “nie rusza”, tu wszyscy chodzą na golasa, nawet na ulicy teoretycznie wolno… Z drugiej strony wiem, że w Polsce nawet sauny są, jak to określiła moja przyjaciółka, “tekstylne”, i nikt się nikomu w miejscu publicznym na golasa nie pokazuje. A już starsza pani obcym ludziom… Nie uchodzi. No, ale kiedyś trzeba wyjść spod prysznica, nawet jak nie chcesz naruszać niczyich uczuć… Tak się poznaliśmy, Darwina z części centralnej dyrygowała mężem i mną, kto kiedy wychodzi, kto kiedy zamyka oczy… W końcu wszyscy troje byliśmy umyci, wytarci, ubrani i zaprzyjaźnieni lepiej niż na Facebooku.

To Darwina odkryła, że znak “Kobieta-Mężczyzna” na drzwiach łazienki jest dwustronny i daje się obracać. Jak wchodzi kobieta, to obraca znak na kobietę i łazienka jest damska, jak mężczyzna to…

Następnego dnia rano zobaczyłam u Jacka na plecaku muszlę świętego Jakuba. To przesądziło. Ja mojej ze sobą nie wzięłam, ale to nie muszla nas łączy, tych z Drogi Jakubowej, tylko Droga. Tak zaczęła się rozmowa, która mnie zaprowadziła do całkiem innego świata, świata ludzi, którzy maszerują i modlą się o pokój.

Wyglądają najnormalniej w świecie. On szczupły, wysoki, lekko siwiejący, poważny, ona wesoła, uśmiechnięta, przyjazna światu i życiu pulchna blondynka. Oboje w wieku średnim, on 40 lat, ona 37. Mijamy co dzień setki i tysiące takich ludzi, gdyby nie muszla niczego bym się nie dowiedziała.

jawpelerynie1

Idziemy, Jacek z tyłu za mną, w zielonej kurtce, z plecakiem, obok, w czerwonej kurtce i niebieskich spodniach Darwina; dla ciekawskich: ja z przodu z flagą w garści. Obok mnie autor poprzedniego wpisu, Krzysztof Nowak. Nadal jest tak, jak napisał: mgła i śnieg, śnieg i mgła, i tak przez cały dzień. Czasem przed czołem grupy przeleci rudel saren, tak ze sto na raz, czasem skoczy spod nóg siedem-osiem zajęcy (zdjęcie Janusz Ratecki)

Zaczęło się od pielgrzymek do Częstochowy, mówi Jacek. Ale te po jakimś czasie przestały mnie ciekawić. Jasne, z Chrzanowa, gdzie mieszka, jest do Częstochowy niespełna sto kilometrów. Rozumiem. Zaczął więc pielgrzymować do Wilna, a to już jest poważna odległość, ponad 800 kilometrów.
To trasa, która każdego amatora historii przyprawia o przyspieszone bicie serca. Tędy w roku 1520 przyjechała z Litwy do Polski Barbara Radziwiłłówna, piękna i nieszczęśliwa żona Zygmunta Augusta, to tą trasą ciągnął do Wilna jej kondukt żałobny. Ukoronowano ją 7 grudnia 1548 roku, zmarła 8 maja 1549 roku. 25 maja kondukt żałobny z trumną Barbary Radziwiłłówny wyruszył z Krakowa.  (…) Zygmunt August wraz z towarzyszącym mu orszakiem konno podążał za karawanem, przez miasta i wsie szedł pieszo. (…) 22 czerwca kondukt wszedł do Wilna. Po żałobnym nabożeństwie zwłoki Barbary Radziwiłłówny zostały pochowane w krypcie piwniczej Katedry pod kaplicą św. Kazimierza. (https://marszmilosci.wordpress.com/historia/)

Chronologicznie gdzieś pomiędzy Częstochową a Wilnem poznali się z Darwiną na czacie katolickim. Teraz chodzili razem. Pierwsza wspólna pielgrzymka – listopad, deszcz, śnieg, zimno, nikogo dookoła. Zima w Wilnie, -38°C. Trasa jako najlepszy sprawdzian małżeński.  W 2007 roku wzięli ślub.

Chodzili do Wilna, potem poszli do Rzymu trasą franciszkańską i do Santiago de Compostela trasą portugalską. Darwina studiowała, po studiach zaczęła pracę jako katechetka. Jacek, wieczny student, zaczął współpracę z projektem opieki nad więźniami Nowa droga.

Więźniowie wędrują setki kilometrów, by wrócić do normalnego życia, napisała dla Gazety Wyborczej Kornelia Wolf-Głowacka w grudniu 2015. Wiedziała, o czym pisze, bo przeszła część drogi z Bartkiem i jego opiekunem, Jackiem.

W ostatnich dniach pielgrzymki Bartek siadał na ławce i obwiązywał wytatuowaną nogę bandażem. Po kilkuset kilometrach nogi (…) dawały już o sobie znać. Należy im się szczególna atencja, gdyż to one, ich miarowy krok powtarzany przez wiele dni, z których uzbierał się miesiąc, wyprowadziły Bartka z więzienia.

Droga nie jest łatwa. Ale działa. Lepiej niż wszelkie programy resocjalizacyjne.

– Na dziesięć osób opuszczających zakład karny, do więzienia wraca 6-7 osób. Takie są statystyki – podkreśla opiekun wędrujących skazanych, Jacek Matuszczak. – Z 21 więźniów, którzy w Polsce przeszli Drogę do celi, nie wrócił żaden.

We Francji statystyki wskazują 90 proc. byłych więźniów, którzy po “Drodze” nie weszli w konflikt z prawem. Wzmianka o Francji nie jest przypadkowa. To tam Bernard Olivier, dziennikarz, który w krótkim okresie stracił żonę, matkę i pracę, postanowił nie poddać się złym myślom i przystanąć w biegu, choć brzmi to nieco paradoksalnie, jako że pretekstem do rozmyślań była piesza wyprawa do Santiago de Compostella. (…)

– Droga zmienia człowieka – zaznacza Jacek Matuszczak. – Uczy pokory, samozaparcia, wytrwałości. I tego, że świat ma lepszą stronę, czego możemy doświadczyć w kontakcie z napotkanymi ludźmi. W nich możemy ujrzeć dobro – w ich gościnności, otwartości, wyciągniętej dłoni. To ludzie w tej drodze są najważniejsi.

Z żoną i krzyżem Tau na szyi przemierzył tysiące kilometrów – drogą do Rzymu, szlakiem Jakubowym – z Lizbony do Santiago. A potem pielgrzymowali po krajach dotkniętych konfliktem – przez Kubę, Gruzję, z Ugandy do Rwandy. Zawsze w intencji pokoju. Nigdy z planem – gdzie spać, jeść, odpocząć. Mimo to głodu nie cierpią i zawsze znajdują nocleg, albo to nocleg znajduje ich.
(…)
– Nikt nas nie chciał bić z powodu krzyża. Niejeden raz gościli nas muzułmanie. Ludzie napotkani w drodze nie ścinają głów, czynią to opłacani najemnicy, ci, którzy są trybikami w machinie przemysłu zbrojeniowego – twierdzi Jacek. – Media tak dużo mówią o okrutnych muzułmanach, ale nie wspominają o tych normalnych, dobrych ludziach, którzy sami cierpią przez konflikty na tle religijnym. Gruzini wręcz uniemożliwiali podróż przez swą gościnność – zaganiali do domostw, rozpytywali, gościli. W Afryce witano ich szczerym uśmiechem. Gdy wędrowali przez Kubę letnią porą nazywaną z racji temperatur przez tubylców piekłem (50 stopni Celsjusza w dzień – 30 nocą) Kubańczycy z zapałem opowiadali o Popiełuszce, który cieszy się tam większą popularnością, niż w Polsce. Jest dla nich symbolem walki z systemem, walki, która nie wymaga przelewu krwi, ale wiary, wytrwałości, wewnętrznej siły. Przyjmujący pielgrzymów wiele ryzykowali – w kraju Fidela Castro nadal osadza się w więzieniu za zwykłą gościnność.

(…)

Jacek kocha drogę. To jedna z najważniejszych cech, jakich się wymaga od potencjalnych opiekunów. Kandydaci na “przewodników” przechodzą testy psychologiczne oraz specjalne szkolenie obejmujące zagadnienia związane z pedagogiką penitencjarną, komunikacją społeczną i metodycznymi aspektami pracy z młodocianymi przestępcami. Opiekunowie zachęcani są również do poszerzania wiedzy z zakresu prawa, turystyki, psychologii.

Przed wyprawą odpowiednie przygotowanie przechodzą również skazani. Miesięczna wędrówka to tylko jeden z czterech elementów dwuletniego programu. Przez pierwszych pięć miesięcy wytypowani (w wieku 18-26 lat) osadzeni pracują z psychologiem, wychowawcą i doradcą zawodowym. Po miesięcznej wędrówce uczestnik projektu przechodzi badanie umiejętności i odbywa kurs przygotowujący go do pracy u przedsiębiorcy, który współuczestniczy w projekcie. Po 5-miesięcznej praktyce zawodowej były więzień podejmuje pracę – gwarantowaną przez rok w ramach zatrudnienia wspieranego, współfinansowanego przez urząd pracy. Przez półtora roku może też korzystać z pomocy fundacji Postis – prawnej, a nawet finansowej. Bartek niewiele mówił o planach na przyszłość poza zakładem. Miał nadzieję wrócić do przedsiębiorstwa, gdzie był zatrudniony przed osadzeniem, ale stało się inaczej, zaczął pracę przy produkcji pieczarek.

(…)

Od 2015 r. Nowa Droga ma charakter ogólnopolski. W wyprawach uczestniczyli też byli więźniowie z Okręgowych Inspektoratów Służby Więziennej z Rzeszowa i Olsztyna (m.in,. ZK Uherce, Jasło. AŚ Olsztyn). Jak twierdzi prezes Stowarzyszenia POSTIS, Barbara Bojko-Kulpa, w przyszłym roku organizacja planuje rozszerzenie projektu na inne województwa, jak również na zakłady karne, gdzie osadzone są kobiety. Inspektoraty w całej Polsce, w tym w Okręgowy Inspektorat we Wrocławiu zostały powiadomione o projekcie.

Ale są jeszcze samodzielne wspólne wędrówki. I te dopiero wprawiają w podziw i zdumienie. Oboje twierdzą, że przeszli pewnie w tych pielgrzymkach po 20 tysięcy kilometrów na osobę. Te wędrówki to nie zabawa. Pokonują w nich średnio 30, a bywa, że nawet 50 kilometrów dziennie.  To wędrówki w intencji pokoju. Darwina i Jacek informują o nich na blogu Nasze wędrowanie.

W roku 2010 poszli do Rzymu, by, jak napisali, stanąć u grobu Jana Pawła II. 1500 km w 53 dni.

W roku 2011 połączyli Camino de Santiago z uczestnictwem w Światowych Dniach Młodzieży w Madrycie. W ogóle to przeszli już wiele części Camino, z Wilna do Gdańska, w Czechach, w Austrii. W średniowieczu Camino jak wielka sieć łączyło całą Europę.

W roku 2013 byli na Kubie, szli po śladach blogosławionego (jeszcze wtedy) Jana Pawła II.

W 2014 roku przeszli 1000 kilometrów przez Gruzję wzdłuż granicy z Turcją i Abchazją. Ich patronką była św. Nino, apostołka i patronka Gruzji, święta Kościoła katolickiego, ormiańskiego i prawosławnego.

W roku 2015 pielgrzymowali z Ugandy do Ruandy, tzw. Drogą Męczenników Ugandyjskich. Szli, jak sami napisali, przez drogi i bezdroża Afryki modląc się o pokój i pojednanie w Rwandzie, Afryce i na całym świecie. 900 kilometrów. W Afryce czuliśmy się bardzo bezpiecznie, mówią, ludzie są życzliwi. W Polsce jest podczas samotnej wędrówki dużo gorzej.

W roku 2017 dołączyli w Brnie do Marszu dla Aleppo.

Pytam jeszcze o filozofię tych wędrówek, która jest, wiem to, ich filozofią życiową.

Pokój, odpowiadają.
Miłosierdzie przed sprawiedliwością.
Etyka przed techniką.
Człowiek przed rzeczą.
Być przed mieć.

Sobota marszowa 2

civil-march-for-aleppo
Krzysztof Nowak

Krzysztof – lat 48, żona ta sama od 23 lat, dzieci coraz starsze – Mateusz 20, Zośka 16.
Na marsz dołączyłem na tydzień – więcej nie dało wytargować urlopu z
domu. Wyruszyłem z Brna i doszedłem do Mistelbach w Austrii – do dziś mam
problemy z lewą nogą , ale mam nadzieję, że do następnego razu się zaleczy.
Poszedłem, bo uważam, że tak trzeba było zrobić. Wielu znajomych się dziwi i nie
rozumie, a ja myślę, że każdy gest, czyn ma jakieś znaczenie dla drugiego
człowieka- mam nadzieję, że pozytywne.
Krzysztof

knmarsz-8 knmarsz

Gospodarz nie zdążył przed zimą ściągnąć skarpetek z płotu / Ufff. Austria

knmarsz-1Moja nowa koleżanka :). Mam nadzieję że wiele jeszcze przed nami

knmarsz-2

Drugie śniadanie koło klasztoru z XI wieku (oczywiście po przebudowach)

knmarsz-6Śniadanie przed szkołą w której spaliśmy- na dworze -8 stopni C

knmarsz-3 knmarsz-4 knmarsz-5 Śnieg, mgła, śnieg, mgła i tak cały dzień

knmarsz-7Andreas, ja i Robin – przyjemne chwile

PS: TU wywiad z Krzysztofem w Reporterze leszczyńskim. Strona 5-6. Dobry wywiad. Ciekawy. Przemyślany.

Civil March for Aleppo

starts today at 10 o’clock in Berlin. The meeting point  is Tempelhofer Feld behind the Gate Nr 10. If you want to march, bring a small tent, sleeping bag and most important belongings with. I will be there to meet you and I will go with you on the first day.

PO POLSKU  ***DEUTSCH*** ENGLISH***العربية

Beneath I publish an intervew given by Sebastian Olenyi. I suppose he answers probably all questions you allways wanted to know the answers to. See you today at 10!

15337398_10208256318541197_7258427632194172366_n

21.12.2016

Ein Bürgermarsch von Berlin nach Aleppo
Staffellauf der Solidarität

Zu Fuß nach Aleppo – über die umgekehrte Flüchtlingsroute dahin, wo alle Menschen im Moment weg wollen. Ausgedacht haben sich das Berliner Aktivisten. Es soll ein Protestmarsch werden, erklärt “civil march”-Mitorganisator Sebastian Olenyi.

domradio.de: Geschlagene 3.000 Kilometer über Tschechien, Österreich, den Balkan, Griechenland und die Türkei, also die umgekehrte Flüchtlingsroute. Ist das nicht eine Kamikaze-Aktion? Wie wollen Sie sicherstellen, dass Sie nicht selbst gerettet werden müssen?

Sebastian Olenyi (Mitorganisator der Aktion “civil march”): Wie das Ende unseres Weges aussieht, das wissen wir heute auch noch nicht. Es ist auf jeden Fall erst einmal eine sehr lange Demonstration, mit der wir Aufmerksamkeit für das Thema erwecken wollen. Auch in den Ländern, durch die wir laufen.

domradio.de: Laufen alle die gesamte Strecke?

Olenyi: Manche werden wahrscheinlich auch nur ein oder zwei Tage dazu stoßen. Der Marsch wird 3,5 Monate dauern. Wir erwarten auch gar nicht, dass alle die ganze Strecke mitlaufen. Das ganze soll eher eine Art Staffellauf der Solidarität sein.

domradio.de: Wollen Sie denn auf jeden Fall bis zum Ende laufen?

Olenyi: Ob wir es am Ende schaffen werden, nach Aleppo oder in eine andere eingeschlossene Stadt vordringen können, das machen wir von der Sicherheitslage vor Ort abhängig. Für uns hängt der Erfolg nicht von den letzten paar Kilometern ab. Es geht in erster Linie darum mit diesem Bürgermarsch Aufmerksamkeit zu generieren.

domradio.de: Am zweiten Weihnachtstag geht es los, wie soll das ganze denn praktisch ablaufen? Wie bewegen Sie sich fort? Wo übernachten Sie?

Olenyi: Wir starten mit einer Veranstaltung mit vielen Gästen. Es spielt zum Beispiel eine syrische Band, die hier wahrscheinlich nicht so bekannt ist. Sie ist aber bei Syrern so bekannt wie bei uns etwa die Ärzte oder eine vergleichbar große Rockband. Und dann laufen wir los. Geplant sind jeden Tag ungefähr 20 Kilometer.

domradio.de: Ist denn alles soweit geplant?

Olenyi: Wir versuchen gerade noch beheizte Unterkünfte für die Teilnehmer zu finden. Für die erste Woche oder zehn Tage ist es bis jetzt gelungen, aber wir sind noch fleißig dabei und telefonieren jede freie Minute um Turnhallen oder Kirchen zu finden, die uns beherbergen.

Aber es kann auch sein, dass wir selbst bei diesen Temperaturen in den Zelten, die wir dabei haben, schlafen müssen. Wir versuchen es natürlich mit so wenig Kosten und so einfach wie möglich zu organisieren.

domradio.de: Wie sind Sie eigentlich auf die Idee gekommen?

Olenyi: Man sieht ja täglich die schrecklichen Bilder über Social Media und alle anderen Kanäle. Da entstand natürlich ein gewisses Schuldgefühl. Man hat mal etwas davon geteilt oder ein “Like” (Gefällt mir) gedrückt, aber dabei macht man ja nicht etwas selber. Da kam die Idee.

domradio.de: Was ist Ihr Ziel mit diesem Marsch?

Olenyi: Wir versuchen auf dem Weg Aufmerksamkeit zu erwecken. Vielleicht können wir einige Hilfen mehr organisieren. Vielleicht können wir es schaffen, dass mehr diplomatischer Druck auf alle Parteien ausgeübt wird, die da in Syrien aktiv sind. Aber auch auf die europäischen Politiker. Von dort war ja auch öfters zu hören: “Meine Wähler interessiert es nicht, keiner kann mehr die Bilder sehen. Warum sollte ich mich dann engagieren?” Wenn wir wirklich dort ankommen, oder wenn nur ein paar wenige mehr Hilfe bekommen, oder der Konflikt etwas früher vorbei ist, dann haben wir sehr viel erreicht.

domradio.de: Wäre es nicht sinnvoller, Spenden zu sammeln und die Menschen vor Ort so zu unterstützen?

Olenyi: Viele von den Spenden können gerade nicht eingesetzt werden. Selbst die Hilfsorganisationen sind gar nicht mehr in den Städten vor Ort. Natürlich brauchen auch viele andere noch Hilfe, auch in den Camps in der Türkei oder anderen Ländern. Wir rufen auch zu Spenden auf – auch entlang des ganzen Weges. Natürlich versuchen wir auch so wenig wie möglich selber Kosten zu generieren.

Unter dem Strich kommt mehr dabei raus, wenn wir die Aufmerksamkeit erhöhen. Denn jetzt im Moment gibt es für die Eingeschlossenen keine humanitäre Hilfe.

Das Interview führte Hilde Regeniter.

 15350685_10208300465124834_5882299643445779380_n

 

Parasolki Umbrellas Regenschirme

Wir protestieren heute wieder!

We do protest today again!

Protestujemy! Znowu!

23.10.2016 13:00-15:00 Warschauer Brücke Berlin

Bring your (black) umbrellas! Przynieście (czarne) parasolki! Bringt eure (schwarze) Regenschirme mit!

black-clip-umbrella
Schreibt euren Spruch drauf! Write your slogan! Napiszcie swoje hasło!
Zeichne eure Skizze! Namalujcie coś! Make your own picture!

PiS-Off

cupzgmaxyaartez

parasolkix

paniirenkaparasolkakl

parasolki6 parasolki1 parasolki2 parasolki3 parasolki4

klukos

black-clip-umbrellaKto się boi czarnej baby? piosenka /ein Protestsong (auf Polnisch) / Polish Protestsong

black-clip-umbrella

parasolki5

Rettet das Luch, auch wenn Ihr nicht wisst, was Luch ist…

Ewa Maria Slaska und Christine Ziegler

Luch…

Um über Luch zu schreiben, muss man weit ausholen… Wie aber die Engländer richtig sagen first things first, das heißt: Rettet das Luch… Na dann nix wie hin, zur Petition! Der Aufruf zu unterschreiben kommt von meiner Freundinnen aus der Regenbogenfabrik, was für mich nur eins bedeutet: Da brauchst du nichts nachzuprüfen, es ist sicher richtig. Wie war es gestern in dem Film The Intern (Man lernt nie aus)? Es ist nie falsch, etwas richtiges zu tun. Na bitte… Ich unterschreibe die Petition und erst dann beginne ich meine Nachforschungen zum Thema Luch. Für mich und für Euch. Ich gehe auf die Internetseite, finde übliche Schleife mit den Fotos und dann…

luch

Na sowas…! I Even Met Happy Gypsies or something like that, isn’t it? Muss man aber früh aufstehen, um so ein Foto zu schiessen…

Die Leute aus der Wandergruppe um Christine herum stehen gern früh auf. Seit ein paar Jahren wandern sie unermüdlich um Berlin herum. Es began mit einem (gar nicht) unmöglichen Geburtstagswunsch von Christine. Sie schrieb damals an ihre Freunde:

Für mein neues Jahr, dass nun schon übermorgen beginnt, habe ich mir einen guten Vorsatz entwickelt: ich möchte einmal im Monat eine Wanderung machen. Das hält fit, erfreut das Herz und weitet den Horizont, hab ich mir gedacht. Doch jedeR weiß ja, was aus guten Vorsätzen so wird, wenn das Jahr sich hinzieht und deshalb habe ich mir weiter überlegt: Mit deiner und eurer Hilfe wird aus dem guten Vorsatz eine richtig tolle Wanderung – monatlich.

was aus fitnessgründen begann, wurde ganz allmählich ein vertieftes kennenlernen der brandenburgischen landschaft und ein neues verstehen von ökologischen zusammenhängen, ganz besonders, wenn es darum ging, die großen vögel, sei es großtrappen oder kraniche, zu beobachten. sei es, die neuen einwanderer, die wölfe, in den offengelassenen truppenübungsplätzen kennenzulernen. jeder waldlehrpfad half uns neu auf die sprünge, wie wichtig biotope sind und wie großartig das gleichgewicht der habitate ist. und wie sehr der mensch, selber der natur zugehörig, sich mit der immer schnelleren entwicklung von technik und industrie, davon entfremdet. und wir dabei in die gefahr kommen, unsere ureigenen lebensgrundlagen zu verlieren.

Die Mail von Christine kam ganz im Blau, daher ist es auch hier Blau. Auch die Schreibweise ist von ihr. Die Worte wecken mich… Großtrappen, Kraniche, Wölfe… Ich war mit der Gruppe auch ein paar Mal wandern. Einmal zu Großtrappen, einmal zu Mahlsdorf. Irgendwann dann bei der Wanderung habe ich auch das Wort Luch gehört. Etwas kaltes, nebliges, nasses… Schönes…

liebe ewa,

das malchower luch erstreckt sich zwischen der stadtrandsiedlung malchow im westen und dem fließgraben (in dem einige seltene Pflanzenarten, z.B. der Röhricht, leben) im osten auf einer Länge von ca. 2 bis 3 km.

also von uns aus gesehen ist das total osten, zwischen pankow und wartenberg.

Also Leute, bitte, rettet das Luch!

Für diejenige, die es unbedingt genau wissen müssen: Luch in Wikipedia:

Der Begriff Luch bezeichnet ursprünglich eine ausgedehnte, vermoorte Niederung in Nordostdeutschland, speziell in Brandenburg. Man findet Luche vor allem in den Jungmoränengebieten; sie kommen aber auch in der Altmoränenlandschaft vor.
Lôch, f., lateinisch ‚labina, palus‘ ein Wort für ‚Sumpfwiese, Feuchtgebiet‘.

Und für die Polen, die es wissen wollen – słowo jest typowo brandenburskie, ale coś w rodzaju mokradeł będzie tu chyba dobrze pasowało. Tłumacz z googla nie znalazł odpowiednika ani dla niemieckiego Luch, ani dla łacińskiego labina, ale palus to bagno. A jak wpisuję mokradło i każę przetłumaczyć na łacinę, to też wychodzi palus!

No! Bardzo lubię. Całe dzieciństwo prowadzano mnie na spacery albo po plażach, albo po morenach, albo po mokradłach.

Pod choinkę bez choinki… rozmyślania ekologiczne

Krystyna Koziewicz

 Natura cierpi

Nasza planeta cierpi, jest zagrożona – tak brzmi konkluzja ONZ w panelu ds. Zmian Klimatu IPCC. Raport ocieplenia obciąża człowieka za emitowane gazy cieplarniane czyli dwutlenek węgla. Unia Europejska postanowiła, że do roku 2020 zmniejszyć trzeba o połowę emisję dwutlenku węgla. Co więcej za 13 lat 20% całej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych – słońca, wiatru, wody czy biomasy. Budowanie nowych elektrowni atomowych budzi coraz więcej protestów zarówno organizacji ekologicznych jak i tzw. zwykłych ludzi. Niewątpliwie po katastrofach w Czernobylu i Fukushimie niezwykle wzrosła społeczna świadomość zagrożeń.

Podczas szczytu klimatycznego władcy świata debatowali na ten temat w Paryżu. Przez dwa dni z tej okazji leciały non stop reportaże z różnych zakątków świata. Byłam załamana tym, co się stało z naszą Ziemią – zamiast ratować banki lepiej ratować Ziemię!

krysia eko (1)

Co jednak my zwykli obywatele tego świata możemy w codziennych działaniach uczynić dla ochrony środowiska? Najlepiej byłoby zacząć od siebie, od małych kroków, które zsumują się w czyny wielkie i dopiero powszechność pewnych nawyków i zachowań spowoduje dostrzegalne efekty. Zaoszczędzony litr wody, pomnożony przez parę milionów, daje już pojemność małego jeziorka. Idąc po sprawunki nie musimy za każdym razem kupować plastikowej torby, nie trzeba też używać pralki z paroma ciuszkami, palić światła w pomieszczeniu, gdzie nas nie ma. Przyroda cierpi. Tak pisze o tym ks. Jan Twardowski.

Rachunek dla dorosłego”

 Jak daleko odszedłeś od prostego kubka z jednym uchem
Od starego stołu ze zwykłą ceratą
Od wzruszenia nie na niby
Od sensu
Od podziwu nad światem.

Warunkiem tworzenia społeczeństwa żyjącego zgodnie z prawami natury jest edukacja, kształcenie powszechnej świadomości, że świat składa się z określonej puli zasobów, której nie da się pomnożyć i która wystarczyć musi na następne pokolenia. Nie ma miejsca na egocentryzm i zachłanność. Człowiek nie może dominować nad przyrodą, lecz musi nauczyć się ją respektować. Nasze zachowania konsumenckie muszą być bardziej świadome – musimy kupować rzeczywiście to, co jest naprawdę potrzebne. Każda rzecz ma swój koniec i wcześniej czy później najelegantsza sukienka czy najdroższy samochód stanie się zużytym śmieciem. Podobnie śmieciami staną się w swoim czasie najwytworniejsze markowe sprzęty domowe, butelki po napojach, tysiące opakowań, tony plastiku. W gospodarce rynkowej to klienci uznają, co jest warte nabycia, a producenci się ich potrzebom podporządkowują.

Każdy kto wychowywał się na wsi, nabył co nieco nawyków ekologicznych, które wymuszało samo życie, jak palenie śmieci, oszczędność wody (czerpało się ze studni) i światła, stara polska zasada, że nie wolno wyrzucać jedzenia – odpadkami karmiono ptactwo, zwierzynę. Do sklepu chodziło się z małą siatką, foliowe torebki były nieznane, śmietanę i mleko kupowało się butelkach na wymianę, a kolorowe cukierków rzadko były opakowane. Z pewnością dzieciństwo spędzone na zielonej trawie w ogrodzie, wśród krzewów i drzew, zwierząt domowych, wielkich połaci łąk i pól wykształciło podziw i respekt dla przyrody.

Pierwsze nawyki ekologiczne przyswoili mi już w dzieciństwie rodzice, babcia, dziadek. Pokazali, do którego wiadra wrzucać resztki jedzenia dla świnek, gdzie składać papiery, a gdzie odstawiać butelki. Wspólnie ze starszym rodzeństwem spędzaliśmy czas w ogrodzie na zabawach, zrywaniu owoców, ale też i na pracy. Trzeba było bardzo uważać, by nie łamać gałęzi i nie zapominać o podlewaniu kwiatów, warzyw. Ojcowskie nakazy!

Niestety, z różnych powodów trzeba było opuścić cudowną krainę i zamieszkać w mieście. Byłam jeszcze dzieckiem. Nowe miejsce – miasto wojewódzkie było brzydkie – wokół zabudowania, bloki mieszkalne, zabetonowane ulice, asfalt, żadnej zieleni. Owszem, parę drzewek i krzewów rosło dla ozdoby i jakieś tam rabatki w centrum miasta, na głównych ulicach drzewa powycinano, ażeby kierowcy mieli lepszą widoczność.

I choć dzisiaj warunki życia są diametralnie różne, konsumpcja dóbr materialnych przerasta potrzeby ludzkie. Co innego dzisiejsi renciści, emeryci – to grupa społeczna żyjąca najbardziej ekologicznie. Ich po prostu nie stać na marnotrawstwo!

krysia eko

Nieraz zadaję sobie pytanie, czym ziemia ma oddychać, skoro kurczy się jej wolna powierzchnia, oddana pod nowo powstające budowy? I te betonowe dróżki do garażu, aby opony nie naraziły się na zabrudzenie – to już naprawdę wielka przesada!

Zdaję sobie sprawę, że mówię tu banały i że jest to po prostu śmieszne, a jednak namawiam do zmiany nawyków, do segregowanie śmieci, stosowania żarówek energooszczędnych, gotowania pod przykrywką, prania pełnej pralki, izolacji okien, używania papieru toaletowego z recyklingu. Pamiętam – kiedy chodziłam do szkoły, zbierałam flaszki, makulaturę, dźwigałam wielgachne tobołki do punktu skupu. W ten oto ciężki dla wątłej osóbki sposób osładzałam sobie życie, zarabiając na dropsy, lizaki, lemoniadkę, czekoladkę. To samo robiły moje dzieci, polując zapalczywie na wszelakie żelastwo, butelki, papier, tekturę – bo miały z tego wielką uciechę. Dzisiaj słyszy się o zbieraniu przez młodzież nakrętek, baterii, ale podobnych punktów skupu makulatury nie widzę, więc kto i po co będzie zbierał, jeśli nikomu na tym nie zależy? A może się mylę? Daj Boże!

Podczas pobytu w Kanadzie byłam świadkiem, jak dwa czy trzy razy w tygodniu ludzie wystawiali w kolorowych pojemnikach posegregowane śmieci. Każdy mieszkaniec dzielnicy wiedział w jaki dzień zbiera się makulaturę, odzież, odpadki biologiczne. Ja, nie znająca zwyczajów, wystawiałam początkowo wszystko, podczas gdy firma zabierała tylko ten właściwy surowiec. Po tygodniu „wpadek” i instruktażu syna opanowałam sztukę „wystawki”. Spodobał mi się też zwyczaj wystawiania raz w miesiącu przed domem przedmiotów do odsprzedania i do darmowego zabrania. I nie było w tym nic wstydliwego. Z zazdrością przyglądałam się, jak mieszkańcy dzielnicy willowej całymi rodzinami spacerowali wokół domów i nie dość, że odnajdywali potrzebne rzeczy, to jeszcze sobie pogawędzili, kawkę wypili i pokosztowali domowych wypieków. Było czego pozazdrościć!

Od kiedy mieszkam w Berlinie przyzwyczaiłam się, że kupując napoje płacę z góry kaucję, automatycznie więc każda butelka i każdy słoik są w poszanowaniu. Powszechną popularnością cieszą się sklepy tzw. drugiej ręki, podobnie jak pchle targi, na które każdej niedzieli chodzą tłumy ludzi.

To wszystko to sprawnie funkcjonujący system pozyskiwania przedmiotów z recyklingu, łatwy do zrozumienia, przyswojenia i realizacji.

Jednym słowem nie ma sensu za wiele filozofować o poszanowaniu matki Ziemi, bo każdy o tym wie… tylko przejąć rozwiązania sprawdzone, a ludzie sami włączą się w łańcuch naczyń powiązanych. Inaczej zmarnujemy bez potrzeby tony papieru wypisywaniem morałów, a natura nadal będzie cierpieć.

Najbardziej cieszy mnie fakt, kiedy moje dorosłe wnuczki podczas pobytu w Berlinie mogą się co nieco przyuczyć do pewnych „babcinych” dziwactw, zwłaszcza segregowania śmieci. Nieraz patrzą zdziwionym okiem, kiedy im tłumaczę, po co to wszystko, ale niech tam…

Co ciekawe, wnuczki na skutek babcinych „wykładów” przestały kupować kolorowy papier toaletowy, który zawiera szkodliwe substancje chemiczne podrażniające delikatne części ciała. Brawo! Podszkoliły się też w wyłączaniu świateł, a także w podlewaniu licznych kwiatów w mieszkaniu i na balkonie. Codzienne sprawdzanie ilości wody w doniczkach uważam za wielki sukces, ponieważ w ich domu żaden kwiatek nie przeżył roku. Temat wstydliwy, ale to już przeszłość! Wnuczki pokochały chodzenie do parków i ogrodów, zwłaszcza berlińskiego parku „Ogrody świata” na Marzahnie. Bo jak nie kochać ogrodów, słuchając romantycznej piosenki w wykonaniu Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”, która powinna stać się hymnem organizacji ekologicznych.

Ale WAŻNA JEST EDUKACJA nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, bo to ONI zniszczyli naszą Matkę Ziemię!

Kończąc eko-wywody, chcę dodać, że unikam w mieszkaniu wielkiej elektryfikacji, plastikowych dupereli i innych niepotrzebnych kurzołapów i durnostojek, natomiast wysoko cenię wyroby z naturalnego tworzywa, zwłaszcza wikliny, które za psie grosze kupuję na pchlich targach. Jak zatem widać, przemysł nie ma ze mnie za wiele pożytku, ponieważ moim sklepem i zaopatrzeniowcem są targowiska z używanym sprzętem, odzieżą i innymi potrzebnymi gadżetami.

No i jeszcze – sadźmy drzewa! To pomysł, który zrodził się, kiedy trzeba było kupić prezent urodzinowy dla brata. Kupiłam mu sadzonkę do ogrodu i od tej pory każdemu, kto posiada dom z ogrodem, kupuję drzewko. Jedno z nich rośnie nawet w Kanadzie. Może chociaż w ten sposób oddam ziemi to, co sama nieopatrznie zniszczyłam.

Ach no i…

Nie kupuję choinki, tylko w dzieciństwie miałam w domu rodzinnym – ozdabiam stoły i szafki pachnącymi świeczkami, drewnianymi ozdobami ludowymi, z bombek robię lampiony, zawieszam kartki świąteczne na tasiemce przy drzwiach… Za to stół nakryty pięknym haftowanym obrusem, pod obrusem sianko, i całe mieszkanie udekorowane jest żywymi kwiatami – gwiazdą betlejemską.

Reblog: Uszyte w Polsce

banerKOWczorajszy raport Fundacji Clean Clothes Polska

25 sierpnia 2015 r.

Informacja prasowa

Uszyte w Polsce, ale w jakich warunkach?

Głodowe płace, ciężkie warunki pracy czy praca przymusowa w nadgodzinach – tak wygląda praca w fabrykach odzieżowych w Azji oraz… w Polsce. Sytuacja szwaczek jest bardzo trudna. Jak bardzo – pokazuje raport „Uszyte w Polsce”, przygotowany przez Fundację Kupuj Odpowiedzialnie (FKO).

W polskim przemyśle odzieżowym zatrudnionych jest prawie 100 tysięcy osób. Większość z nich to kobiety. Zarabiają przeciętnie około 1546,52 zł netto. Czy wystarcza to na godne życie?
Wyniki analizy, rozmowy z pracownicami i zdrowy rozsądek mówią, że nie.

„W 8 godzin trzeba wyrobić plan. Ciągle straszą, że się nie wyrabiamy, i że nie wiadomo, jak długo będą zamówienia. A jak nam się nie podoba to on nas nie zmusza, możemy się zwolnić’”.

uszytewpolsce.1Wyniki badań pokazują, że Polska znajduje się w grupie krajów Unii Europejskiej o najwyższej stopie ubóstwa wśród osób pracujących. Problem ten jest zwłaszcza widoczny z przemyśle odzieżowym zdominowanym przez zatrudnianie kobiet – często jedynych żywicielek w gospodarstwie domowym. Jak wygląda ich życie? Mimo ciężkiej pracy zdarza się, że dochód oscyluje wokół minimum egzystencjalnego.

Istnieją fabryki, gdzie pracownice czują się wykorzystywane i zastraszone. Uderzająca jest wyrażana przez nie bezsilność wobec kierownictwa nastawionego na „szukanie oszczędności”. W wielu zakładach powstał system podnoszenia wydajności pracownic bez bezpośredniej motywacji płacowej – oparty na strachu przed utratą pracy, w wyniku niewyrabiania wyśrubowanych norm, bądź z powodu zamknięcia zakładu.

uszytewpolsce„Problemem nie był brak zamówień! Nie! Pracy było po pachy, byle robić bez urlopu, za najmniejsze pieniądze i zostać po godzinach i cicho siedzieć. Z tej ciężkiej pracy komuś się dobrze żyło. Wiadomo, że z każdej sztuki więcej, zysk jest większy, ciśnie się do końca.”

Chociaż znane są też nieliczne zakłady, w których utrzymana jest względnie wysoka płaca i przyzwoite warunki pracy, samo umiejscowienie produkcji w Polsce – jak przekonuje autorka raportu – nie jest żadną gwarancją zabezpieczenia nawet najbardziej podstawowych potrzeb pracownic. FKO wskazuje, że zapewnienie godnej płacy i uczciwych warunków zatrudnienia w fabrykach odzieżowych w Polsce to bardzo konkretny krok, który może zdecydowanie poprawić poziom życia wielu kobiet i ich rodzin.

Raport „Uszyte w Polsce” dostępny jest pod linkiem: http://goo.gl/lwBYqQ

Osoby do kontaktu:

Anna Paluszek
tel. : +48 508 349 598
e-mail: anna@ekonsument.pl 
Katarzyna Salus
Tel.: +48 604 478 418
e-mail: katarzyna@ekonsument.pl 

 

Uwolnić Asię Bibi / Freiheit für Asia Bibi

Für meine deutsche Leser – sieh’ in Wikipedia, wer Asia Bibi ist und was ihr droht


asiabibi1asiabibi2

Sekcja polska organizacji CitizenGo, która zajmuje się sprawą Asii Bibi, stworzyła film o Asii Bibii. Film znajduje się na płycie DVD dołączonej do kartki pocztowej, która ma dotrzeć do tych, którzy mają wpływ na uwolnienie kobiety.

Wysyłajmy i rozdawajmy kartki z filmem wszystkim ludziom sumienia.
Działamy międzynarodowo!

Nasza inicjatywa odbywa się jednocześnie we wszystkich krajach Europy.

***

23 lipca bliscy Asii Bibi poinformowali CitizenGO o wyniku rozprawy w Sądzie Najwyższym w Islamabadzie, który uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Lahore z października zeszłego roku i przejął sprawę do rozpoznania. To oznacza, że Sąd Najwyższy zbada sprawę na nowo i że w tej chwili nie obowiązuje wyrok śmierci wydany na Asię Bibi. Ciągle jest oskarżona, lecz według pakistańskiego prawa – nie można jej teraz zamordować.

Asia Bibi mogłaby opuścić więzienie (ale nie kraj) do czasu kolejnej rozprawy w Sądzie Najwyższym (jej termin nie jest jeszcze znany), lecz wraz z rodziną i prawnikami zdecydowała się na pozostanie w więzieniu do ostatecznego wyroku, ponieważ tam jest bezpieczniejsza. Poza więzieniem mogłaby zostać natychmiast zamordowana (wyznaczono nawet nagrodę w wysokości ok. 5000 $ dla tego, kto ją zabije). Rodzina uznała, że życie Asii Bibi jest ważniejsze od bolesnej rozłąki…

Ciągle podpisujmy petycję, a jeśli już to zrobiliśmy, poprośmy znajomych o podpisanie!
Nasze podpisy mają sens. Pozwalają – choć trochę – równoważyć nacisk tych, którzy chcą Asię Bibi zamordować.

Podpisz petycję

Dziękuję
Magdalena Korzekwa

Dyrektor CitizenGO Polska