Przenikanie życia i książek

Ewa Maria Slaska

Krajobraz po bitwie

To kolejny wpis o niczym, nawet nie o liczbie 40, co było przynajmniej tematem tego posta, ale bardzo się z tym swoim poprzednikiem sprzed ponad roku wiąże. Zastanawia mnie, że to już ponad rok temu pisałam tam, że “teraz” zajmują mnie Mongołowie, Mongołowie i Tatarzy. Czyli jakie “teraz”, skoro w moich zainteresowaniach nie posunęłam się ani o krok do przodu? Niczego przez ten rok nie zrobiłam, nie pojawił mi się nawet cień zarysu pomysłu na to, jak mogłaby wyglądać książka o “moich Tatarach”. Nie wiem, jak robią to “normalni” pisarze, jakim cudem udaje się im w jakimś sensownym czasie napisać kolejną powieść. Ja się noszę z tematem latami, zbieram materiały i myśli, notuję w zeszytach i w komputerze, zaczynam, przerywam, sprawdzam, zapominam, czytam. Powstają kolejne wersje, a ja, fanatyczny niszczyciel wersji nieaktualnych, czyszczę pole po raz siódmy, dwunasty, trzydziesty trzeci i czterdziesty. Do niczego, co było, nie można wrócić, bo po moim przejściu trawa nie porośnie, jak po Tatarach, ale też jak po potwornych walkach wszystkich innych wojen, a tej Pierwszej zwanej Wielką może najbardziej…

ypern-18-en-pioniere-DW-Kultur-Ypern-jpg

Ypern, po trzeciej bitwie pozycyjnej na polach Flandrii (fotograf nieznany)

Przejmują mnie te zniszczone krajobrazy, te ruiny miast, te pogorzeliska. Natura zawsze wraca tam, skąd wygonili ją ludzie, dziś w tym miejscu jest piękna zielona trawa, jak to we Flandrii, to przecież kraj najpiękniejszej zieleni w Europie…


Foto Klodien 2014

Miałam pisać o czymś innym, o Żydach i Tatarach, i o książkach, a jednak w ciągu pół godziny pisania dotarłam tu, na cmentarz Bard Hütte Friedhof von Ypern. Sprawdzam z niedowierzaniem, jak to zrobiłam… Tatarzy, spalona ziemia, trawa nie porośnie. Ale porośnie, oczywiście. Kiedyś porośnie.


Panieńska Góra koło Dwikoz, foto Jarosław Kubalski. Tytuł galerii: Tatarzy panny tam mordowali. Trawa rośnie włosowata i powabna

Niewiele więc zrobiłam w sprawie tatarskiej książki, ale ponieważ skończyłam pisanie książki żydowskiej (ukaże się w październiku tego roku), a coś we mnie domaga się głosem wielkim książki o Tatarach, oko wychwytuje Tatarów. Czytam jedną z czarnych książek (wyjaśnienie TU). Konwicki Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Wydanie Wydawnictwa Alfa z roku 1989, były jednak dwa wcześniejsze – Krąg, Warszawa 1984 i Aneks, Londyn 1985.  Pierwszy obieg, drugi, trzeci. To ważne. Pasuje ta książka na moją czarną półkę. Portal lubimyczytać.pl pisze, że to chyba najczarniejsza powieść Konwickiego – o stanie wojennym.

Ale w domu czytam van Gulika, jedną z moich ulubionych opowieści o Sędzim Di. Pei-Tscho to miasto na północy Chin. W polskim tłumaczeniu nazywa się Bei Zhou. W czasach dynastii Tang (630-700) gdzieś tu przebiegała granica między cywilizacją a barbarzyństwem. Trzysta mil od miasta stacjonuje wielka armia chińska, której zadaniem jest nie dopuścić barbarzyńców w granice Cesarstwa, ale kiedyś to tu mieszkali barbarzyńcy, a Chińczycy ich wypchnęli na północ. Tam, za obozem zaczyna się Wielki Step, matecznik wszystkich najeźdźców zmierzających do Europy, do Indii, do Chin, od Ariów i Hunów po Mongołów, Słowian i Armię Sowiecką. To dziedziny Tatarów, pustynia Tatarów. Tatarzy są też w mieście, gdzieś pojawia się tatarska garkuchnia, gdzieś tatarska, szamańska magia, morderca boksera to młody tatarski chłopak, boksera otruto tatarską trucizną. W mieście jest zimno, wszyscy marzną, grzeją się przy koszach pełnych rozżarzonych węgli. Tao Gan, jeden z asystentów Sędziego marznie mniej niż reszta, bo ubiera się na modłę tatarską w kaftan ze skór koźlich. Jest zdania, że ta szmatława okryjbida lepiej grzeje niż wszelkie kosztowne szuby.

Rozmyślam przy tej okazji o naszych polskich kożuchach, po które moje pokolenie namiętnie jeździło do Nowego Targu. Dziewczyny nosiły jednak raczej kożuszki, kożuch to była męska sprawa. Nigdy nie pojechałam po kożuszek do Nowego Targu, kroiłam się już na wegetariankę, nie lubiłam mięsa i nie chciałam nosić takiej masy martwego zwierzęcia na grzbiecie. Wtedy to jeszcze mało komu przeszkadzało, ani kożuch, ani futro, nawet karakuły, a zimą wszyscy nosili ogromne czapy ze srebrnego lisa. Jechałam kiedyś tramwajem, zaczytana, niezbyt obecna. Tramwaj szarpnął, podniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą stado wielkich, napuszonych srebrnych lisów zwiniętych w kłębki czy może raczej w kłęby. Może się odechcieć na zawsze.

Ta polska miłość do lisich czap – żydowskie to? Do kożuchów i kożuszków – tatarskie? Kozackie?

Ten kożuch bez przeszkód przepływa z opowieści o Chinach w VII wieku naszej ery do pierwszego dnia stanu wojennego w Warszawie. Bohater, Siódmy, budzi się w nocy…

Krótką chwilę walili butami w drzwi. Echo leciało przez wszystkie piętra odbijając się od ścian pokrytych szrenią. Któryś z nich krzyczał, powtarzał płaczliwym głosem jakiś wyuczony rozkaz albo zaklęcie. Wreszcie zajęczała rozdzierająco futryna, poczęły pękać deski drzwi.

Siódmy czekał na tę chwilę od wielu dni. Tak ją sobie właśnie wyobrażał albo może pamiętał z dzieciństwa. Kiedyś ją widział lub usłyszał w opowieści brata, który nie żył już od wielu lat, tak długo nie żył, że w ogóle może nigdy nie żył.

Siódmy odrzucił koce, nie zapalając światła wymacał stopami przygotowane buty, buty jak do więzienia, jak na zesłanie, mocne, o grubej zelówce, z cholewami. Obok butów na podłodze leżał kożuch i ta torba do dalekiej podróży. Na kożuchu spał kot. Nie chciał zejść, jak zwykle, z ulubionego miejsca, czepiał się pazurami kłaków kożucha i grubego swetra na piersiach Siódmego.

(…) Siódmy zobaczył nagle w oszklonej witrynie sklepiku bieliźniarskiego mężczyznę w baranicy z podniesionym kołnierzem. Patrzył przez chwilę na tę nieruchomą postać. To przecież ja, pomyślał. To ja, uciekinier.

Człowiek w kożuchu grzejący się przy prowizorycznym piecu, koksowniku, ognisku, kozie, koszu węgli swobodnie przechodzi między książkami.

Na placu stały transportery opancerzone, kręcili się żołnierze w rosyjskich czapkach zimowych, ale z orzełkami, jakieś skulone cienie grzały się przy prowizorycznym ognisku rozpalonym niedaleko pomniczka. Grzechocząc gąsienicami żywy czołg wlókł na żelaznym drągu martwy czołg. Lecz pod tym gwarem motorów była martwa cisza miasta, które spało albo udawało, że śpi.

Trzej przyboczni sędziego Di siedzieli w strażnicy, dookoła
płonącej na kamiennej podłodze kłody drewna, w milczeniu
wpatrywali się w ogień. (…) Sprawcie, Niebiosa, powiedział Ma Joong, bym już nie musiał oglądać tego wytartego kaftana!
– Przenicuję go, gdy już będziemy w stolicy! – spokojnie
odparł Tao Gan.

Mężczyźni w kożuchach grzeją się przy ogniu. Może myślą o kobietach, Siódmy o Tatarce czy Karaimce, która była jego pierwszą miłością, tak dawną, że on już o niej nie pamięta, ale ona nie zapomniała. Przyboczni Sędziego Di myślą o atrakcyjnej młodej kobiecie i o tym, że zabiła ich przyjaciela, boksera Lan – to wdowa Lu, półkrwi Tatarka, dzika i dumna, która, przebrana za tatarskiego chłopaka, weszła do łaźni. Jakże to jednak chińskie, że tatarska trucizna, którą kobieta wrzuciła mistrzowi do herbaty została włożona do kwiatu jaśminu.

Czy muszę dodawać, że właśnie przyszła koleżanka i pijemy jaśminową herbatę w chińskiej biało-niebieskiej porcelanie? Nie, zapewne nie muszę, cóż w tym zresztą dziwnego? Gorzej, że wychodzę z domu, będę dość długo jechała metrem, zabieram do czytania Konwickiego. I gdy czytam…

Siódmy wgramolił się do wozu, oparł zdrowe biodro o kanapkę pokrytą dermą i tak zamarł z wyciągniętymi sztywno nogami.
– Tylko nie zapomnijcie gdzieś torby – upominał agent, podając sierżantowi zdobycz.
Sierżant z kolegą wskoczyli do wnętrza, zasunęli blaszane drzwi. Sierżant stuknął w druciane okno, za którym widać było plecy kierowcy.
– Do szpitala. Na dyżur – zadysponował.

… słyszę jękliwy głos, który mówi to samo po niemiecku, bitte, helfen Sie mir, ich habe Schmerzen, ich muss ins Krankenhaus… Nie muszę nawet patrzeć, wiem, to ten sam żebrak, którego już kiedyś spotkałam w metrze, Turek, wyglądający jak Żyd z getta warszawskiego, chodzi zgięty w pół, patrzy człowiekowi z dołu prosto w oczy i żebrze jękliwym głosem. Już przez niego kiedyś płakałam, bo wszedł w moje myśli, gdy czytałam w metrze książkę o śmierci w getcie kogoś, kogo nigdy nie znałam, ale kto jest mi bardzo bliski, a wtedy ten Turek… I teraz też ten Turek… daję mu wszystkie pieniądze, jakie mam, nie jest tego dużo, nigdy nie mam przy sobie dużo, i patrzę na tego Turka, który idzie do szpitala, tak jak Siódmy z powieści Konwickiego, Turka, który wygląda jak Żyd, i przypominam sobie, że Tatarzy to wcale nie jest lud mongolski tylko turecki…

***
PS1. “Zupełnie przypadkiem” nagrywałyśmy dziś z Joasią Ratajczak (“piękna Polka w Berlinie”) audycję o tym, kto, kiedy i dlaczego daje (lub nie daje) w Berlinie jałmużnę żebrakom. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Polacy dają znacznie rzadziej i skąpiej niż Niemcy i niż cudzoziemcy. “Jestem dla nich niewidzialny”, skomentował. Sami Polacy są przekonani, że dają dużo i hojniej niż reszta świata.

PS2. Zdarzyło się też przedziwne przenikanie pomiędzy Konwickim a Jaqueline  Susan. Ktoś mógłby zapytać, co mogą mieć ze sobą wspólnego powieścidło amerykańskie wydane w roku 1969, a traktujące o Stanach w latach 50, i polska powieść polityczna z roku 1984. Ale okazuje się, że i tu zdarzają się przetoki i synapsy. W obu książkach bohaterowie, uprawiający seks wszędzie i z kim popadnie, trafiają na przepiękną kobietę, która, co okazuje się jednak dopiero po stosunku, jest zoperowanym mężczyzną. Obie kobiety płaczą, bo czują, że trafiły na wspaniałego mężczyznę, którego mogłyby pokochać na całe życie, ale nic z tego, bo ten, kogo pokochały i tak nie zechce takiej “odmieńczyni”…
Nie znam się na tym, ale podobieństwo tych dwóch tekstów daje do myślenia, nie dlatego bym sądziła, że to prawda, skoro pisze o niej dwoje pisarzy z innych światów. Zaskoczyło mnie, bo oba teksty wydały mi się przede wszystkim pobożnym życzeniem, jakąś męską fantasmagorią o tym, że jestem tak wspaniały, iż transseksualna kobieta uległa memu męskiemu czarowi i mojej seksualnej mocy.
No, ale przecież jedną z tych książek napisała kobieta. Sprawdzam więc, czy może Susan była mężczyzną, ukrywającym się pod kobiecym pseudonimem, ale nie – to na pewno autorka, tyle że pomawiana (takie były czasy, Susan żyła w latach 1918-1974, kobiety się pomawiało) o biseksualizm… Hmmm, nie wiem, co o tym myśleć, i chyba nawet unikam wyciągania wniosku z tej konstatacji, obawiam się, że może tym samym atakuję czyjeś prawo do bycia tym, kim jest, albo może imputuję kobietom transseksualnym, że… Nie będę już brnęła… Ale jakby mi ktoś pomógł, to bym była wdzięczna. Nawet nagrodę bym może dała/ wysłała…

PS3. A może po prostu wszystko, co myślimy, czujemy i wiemy, wpływa do ogromnego rezerwuaru i wszyscy pisząc czerpiemy z tego ogromnego źródła i wszystko jest naszą wspólną myślą, i dlatego właśnie przenikają się bez końca nasze lektury, sny, spotkania i to, co piszemy…

18+50

Urodzinowe czytanie / Geburtstags Lesung

Zaczęło się od znalezionego na Facebooku wiersza Łukasza Szopy:

El Greco i głowy

Na wystawie Greka
zbliżyłem się tylko do ikony
i tryptyku.
Potem malałem i gubiłem się przed płótnami
jak u portali katedr i wieżowców.

Rozmowę
zacząłem dopiero z młodziutkim Janem Chrzcicielem
pytając bardziej o futro
niż o Marię i jej syna obok.

Z ciemnych płócien ostatniej sali
wybiegłem jak na spacer po mszy
do Włoskiego Renesansu.

I tu – mimo jasności,
w chaosie targowiska, – Jan Chrzciciel, Holofernes –
żadnej uwagi dla uwodzącego aktu Veronesa,
czy notującej naprzeciw blond Włoszki;
łapałem spojrzenia tylko uciętych głów
i tylko nadgarstki Salome i Judyty.


Pomyślałam, że piszą dla mnie, a też fotografują, rysują, filmują i śpiewają i mężczyźni, i kobiety, a ja, gdy wspólnie z Christine Ziegler organizuję blogowe czytania, to zapraszam niemal zawsze tylko kobiety. A tymczasem… Wtedy powstał taki właśnie pomysł:

Plakat Christine Ziegler/ Foto Maciej Soja


Lesung zum Geburtstag / Spotkanie autorskie z okazji urodzin. Były to dla mnie bardzo specjalne urodziny – 18+50, pół wieku od momentu uzyskania dorosłości:

50 + 18
18 + 50
50+
Die Mathematik des Lebens
Es wird sich nie und nie wiederholen,
so ein Tag im Leben
In meinem Leben
50 + 18
18 + 50
50+
Ich schaue in den Spiegel
und sehe meine Mutter
Sie war alt
Ich bin alt
Alt
50 + 18
18 + 50
50+
Vor 50 Jahren wurde ich erwachsen
Es war Sommer
Damals war es Sommer
Der Tag der heute Herbst ist
Sommer Sonne Meer Strand
50 + 18
18 + 50
50+
Abitur, Zulassungsprüfung
Kleiner Aufstand
Ziellos, Sinnlos Zeitlos
Nur so
Sand auf den nackten Füssen
50 + 18
18 + 50
50+
Erwachsen
Erwachsen aber nicht so schlimm
Immer noch nicht so schlimm
Immer noch Teenager
Immer noch tanzend
auf dem Strand
rauchend
Die Sternen fallen
Ist doch Sommer
50 + 18
18 + 50
50+
Jetzt ist es
Jetzt ist es genau
Jetzt ist es genau ein halbes Jahrhundert später
Jetzt bin ich sicher erwachsen
Jetzt ist es
Ein halbes Jahrhundert im Spiegel
50 + 18
18 + 50
50+
Nie im Leben hatte ich so einen Tag gehabt
Nie im Leben werde ich so einen Tag haben
Halbesjahrhundert erwachsen zu sein
Halbesjahrhundert
Halbesjahrhundert
50 + 18
18 + 50
50+


Kwiaty urodzinowe / Geburtstagsblumen

Kräuter und Pflanzen mit Mais (darunter duftende Salbei!)  / Zioła i kwiaty z kukurydzą (i pachnąca szałwia!)  – Ela Kargol (sie kochte auch polnische Kaltsuppe – chłodnik!!!)
Langstielige Feldrose in derselben Gebinde heisst Ave Maria (fast so wie Ava Maria also wie ich) / wetknięta w ten bukiet wysmukła róża polna nazywa się Ave Maria, a to już jak Ewa Maria – Zbigniew Milewicz
Astry jesienne / Herbstaster – Lidia Głuchowska
Blumenstrauss mit Orchidee / Bukiet z orchideą – Rada Osiedla Turzyn / Siedlungsrat Turzyn.

Und es war so / Było tak:

Sie kamen zum Mittag mit dem Bus aus Stettin auf dem Weg zu einer Schifffahrt. Ich wurde nach unten geholt. 44 Personen stiegen aus dem Bus, stellten sich auf der Strasse um mich herum und sangen Sto lat! Fantastische street-art/ Przyjechali koło południa autobusem  ze Szczecina, poprosili, żebym zeszła na dół, a wtedy 44 osoby wysiadły z autobusu, odśpiewały Sto lat! i wręczyły mi kwiaty. A potem wszyscy się dobry kwadrans całowaliśmy! Piękne widowisko uliczne!


Geburtstags Geschenke / Prezenty urodzinowe

 

Ania bereitete für den Blog besondere Geburtstag- und Herbstheaders (so heissen die Dinge, die man oben bei jedem Beitrag sieht) – specjalne urodzinowo-jesienne headery (tak się nazywają banerki we wpisach) przygotowała Ania

Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny przynieśli coś pysznego do jedzenia – było między innymi ptasie mleczko z Litwy i pianka jabłkowa w czekoladzie z Białorusi, kabanosy, torcik wedlowski, chłodnik, tarta cytrynowa, ciastka bezglutenowe, karczochy, oliwki, humus, truskawki…

Ach, ale ja wcale nie to chciałam tu napisać. Spróbuję jeszcze raz: Prawie wszyscy goście, jacy przyszli na te urodziny robią coś dla blogu, doliczyłam się trzech osób, które jak dotąd nic z blogiem nie miały wspólnego, no ale myślę, że jak nad tym popracować…


Dariusz Kacprzak przysłał tekst

Sándor Márai Księga ziół 1

„Gdy podróżujesz, nie staraj się wyczarować domu z hotelowego pokoju. Są tacy ludzie, którzy beznadziejnie zabierają w podróż tęsknoty i rekwizyty z własnego domu i najchętniej zabraliby z sobą kanarka, fotel na biegunach i album rodzinny, aby w hotelowym pokoju nie brakowało im liturgicznych symboli domowego ogniska. Ci ludzie są rozpieszczeni i dziecinni, wiecznie tęsknią za nianią i kołyską. Człowiek doświadczony oczekuje od podróży krótkotrwałych, świeżych, urlopowych wrażeń, czegoś dziko nieobliczalnego, zaskakującego rzeczywistość i nie zamierza szukać w hotelowym pokoju domowego ciepełka. Człowiek, który zna swoje serce, świat i naturę ludzkich spraw, we własnym domu żyje tak samo jak w hotelowym pokoju i nie napycha zbytecznymi, sentymentalnymi bądź marnymi rupieciami pomieszczenia, gdzie upływa jego doczesny żywot. Taki człowiek we własnym domu żyje tak samo jak w hotelu: bo czegóż trzeba do życia? Łóżka, stołu i krzesła. A ty jesteś podróżnikiem, przelotnym wędrowcem, nawet w swoim podnajmowanym mieszkaniu. Myśl o tym zawsze, ilekroć wyciągasz się w łóżku, w domu czy na obczyźnie: nadal musisz wstawać rano. Właściciel może Ci wymówić. A do tego nie trzeba – nigdy, nigdzie – ni kanarka, ni fotela na biegunach”

Księga ziół (Kräuterbuch) von Sándor Márai:

[nie znalazłem niemieckiego wydania Księgi ziół, zatem tłumaczenie nie jest cytatem z niemieckiej, to jest tylko więc tłumaczenie służące zrozumieniu niemieckich gości 18 urodzin Ewy M. S. – DK

Der Schenkende fand keine deutsche Übersetzung des Texts, machte sie also selbst als Geschenk zum 18. Geburtstag der Administratorin und ihrer Gäste; Brigitte von Ungern-Sternberg hat es höflicherweise sehr leicht hie und da korrigiert und auch während des Geburtstagsfests vorgetragen. Eine Apostrophierung an das Geburstagskind kommt von ihr]

von Sándor Márai aus einem Buch über Kräuter.

„Wenn du auf Reisen bist, versuche nicht aus einem Hotelzimmer ein Zuhause zu zaubern. Es gibt Menschen, die sinnlos hoffen, die Sehnsüchte und Requisiten aus ihrem Haus auf die Reise mitnehmen zu können, sie würden am liebsten ihren Kanarienvogel, den Schaukelstuhl oder das Familienalbum einpacken, damit es ihnen im Hotelzimmer nicht an weihevollen Requisiten ihres Zuhauses fehlt. Solche Menschen sind verwöhnt und kindisch, ständig vermissen sie ein Kindermädchen und ihre Wiege.

Ein Mensch von Welt erwartet von einer Ferienreise kurzweilige, frische Eindrücke, etwas wild Unberechenbares, die Realität Übersteigendes und er denkt nicht daran, im Hotelzimmer nach häuslicher Wärme zu suchen.  Ein solcher Mensch, der sein Herz, die Welt und die Natur menschlicher Verhältnisse kennt, lebt sogar in seinem eigenen Zuhause wie in einem Hotelzimmer und füllt nicht mit unnützem, sentimentalem oder billigem Gerümpel jene Räume, in denen er gerade sein vergängliches Dasein zubringt. Er lebt in seinen eigenen vier Wänden nicht anders wie in einem Hotel: Was braucht man schon zum Leben? Ein Bett, einen Tisch und einen Sessel.

Und auch du, Ewa, bist ein Reisender, ein vorüberziehender Wanderer, sogar in deiner gemieteten Wohnung. Denk immer daran, jedes Mal wenn du dich im Bett streckst zu Hause oder in der Fremde: du musst dich stets am Morgen vom Bett erheben. Der Vermieter kann dir kündigen. Dazu braucht es – niemals, nirgends – weder einen Kanarienvogel, noch einen Schaukelstuhl.”

1 S. Marai, Księga ziół (FÜVES KÖNYV), tłum. F. Netz, Warszawa 2008, s. 118–119


Ich bekam zwei Gedichte besonders zu diesem Tag geschrieben / dostałam dwa wiersze napisane specjalnie dla mnie na te urodziny:

Tomasz Fetzki

Grał wspaniale na czarnej gitarze i równie wspaniale śpiewał ubrany na czarno

Wiersz urodzinowy, z samych aluzyj
(miejmy nadzieję, że czytelnych)
utkany

Lakońska Królowo
Niech zwięzłe me słowo
Geburtstag dzisiejszy uświetni
Ci, co dziś wystąpią
Niech godnie zastąpią
Dźwięk cytry i lutni i fletni

Niech duch Twój hultajski
Tatarsko – hebrajski
Rozkwita, pulsuje i gore
Niech w Gdańsku przeraża
Niech w Visby rozważa
Niech Kreuzberg naznacza oporem

Dzień każdy świetlisty
Niech śmiech Ci perlisty
Przynosi; przenigdy zaś lament
Dzień każdy jak klejnot
Ametyst lub agat
A nawet – gwiaździsty dyjament!


Roman Brodowski


Z Australii od Lecha Milewskiego przyszedł film o Paderewskim. Oglądaliśmy go podczas imprezy urodzinowej, ale dobrego nigdy za dużo – obejrzyjmy go jeszcze raz:


Było dużo śpiewania – śpiewali / Es sangen: Tomasz Fetzki, Zbigniew Milewicz, Krzysztof Pukański, a fragment Wesela przy akompaniamencie czarnej gitary Tomka zaśpiewała tak zwana “cała sala”! (Po niemiecku czytała Dorota Cygan). Połączyliśmy się tym samym z “całą Polską”, która tego dnia czytała Wesele. Słuchaliśmy też muzyki, którą skomponował Michał Talma-Sutt.


Okazało się, że nie da się utrzymać pomysłu, by wystąpili sami panowie. Męskie teksty czytały Brigitte von Ungern-Sternberg i Dorota Cygan, a na zakończenie Jadwiga Bleichert przeczytała dwa piękne wiersze…

Pokochaliśmy tę ziemię…

Pokochaliśmy tę ziemię
i tak bardzo chcieliśmy uczynić naszą
tę słoneczną krainę,
pagóry czarnoziemne
jak fale niknące daleko
w kierunku Morza Czarnego.
Te rzeki w zielonych wąwozach,
Dniestru wysokie brzegi
i na południu Gorganów grzbiet.

Pokochaliśmy i chcieliśmy uczynić naszym
tęskne śpiewanie, koszule wyszywane,

krzyże rzeźbione i kafle żółto-brązowo-zielone,
wioski w sadkach wiśniowych
i cebule cerkiewek i barszcz.

Na próżno wszystko!
Ona, ta ziemia, wolała być swoja.
Niech więc będzie szczęśliwa
pod sztandarem, jak niebo nad łanem!
Niech szczęśliwe będą wioski
zanurzone w ogrodach,
niech rozkwitają słonecznikowe pola
i niech brzmi cerkiewny i kościelny dzwon
w tej krainie naszej tragicznej miłości
– niech będzie nam wybaczone,
że ciągle żywej.

Wspomnienie o uratowanych przez generała Andersa

Niepojęte, nieogarnione
Przestrzenie nieprzyjazne i puste.
Jak dotarła do nich ta wiadomość?
Rozsypanych w wielkiej pustaci,
Do chat, ziemianek, baraków…
Doili krowy, karmili cielęta, piłowali drzewa,
A tu jakby trąba anielska!
O Boże, Matko przenajświętsza,
Wysłuchane modły nasze!
Ktoś o nas pamięta i szykuje ratunek.
Wrócimy do domu, do swoich, do Polski!
(nic to, że Polska to aktualnie Generalna Gubernia,
Przecież teraz to już dobro na pewno zwycięży)
Ile łez musiało popłynąć,
Ile kolan zgiąć się od słabości nagłego wzruszenia,
Ile pocałowanych medalików, krzyżyków, obrazków
Częstochowskiej, Ostrobramskiej i Łahiszyńskiej, Królowej Polesia.

Dla wielu było za późno,
Zbyt chorzy, słabi lub wcale ich już nie było.
Może niektórzy w ogóle się nie dowiedzieli?
Za daleko w lesie – statki zbawienia odpłynęły bez nich.
Lecz kto na nogach ustać może – do armii!
Niech zasypie wiatr cztery kąty nędzy – nie żal!
I tylko z grobów garstkę ziemi wziąć…

Jak oni dali radę, nie mieli nic
Dokąd mamy jechać? – to gdzieś na południu,
Kiedy odjedzie pociąg? – nie wiemy,
Kto da nam chleb na drogę i pić?
W łachmanach, chorzy, zagłodzeni- do armii!
Kobiety, dzieci – do armii!
Boże, gdzie żeś Ty widział taką armię?
Rąk do załamywania, włosów do rwania z głowy
– tego nie brakuje.
A tu trzeba wojsko sformować.

Ze wspomnień wieje stepowy bura̓n,
Ścina krew w żyłach i przejmuje mrozem.
Jaki ogrom cierpienia może wytrzymać człowiek,
Wie tylko ten, kto ogrom cierpienia wytrzymał.
Niech zaoszczędzone będzie to potomnym
Wyprowadzonych z domu niewoli
Przez Morze Kaspijskie nierozstąpione.

Uratowanych sto dwadzieścia tysięcy
I żal Generała, że nie zdołał więcej.

***
A gdy autorka czytała te dwa słowa “do armii”, to czytała tak, że dreszcze przechodziły!

How to be old?

Ewa Maria Slaska

I was invited to an event. It was in Neukölln which is since some years new hype of Berlin. Dark, wet, cold, late, Neukölln. Not a perfect combination, but OK, I was invited by one of persons making the event, and I promised to go, so I said to myself, go Ewa go. I went. I found the place looking like 25 years ago every evening location in Berlin. No colors, no pictures, everything grey or sepia, fancy trash&kitsch look. A lot of black dressed young people. The event will take place in a back room, which is quite empty. I am too early, as usual, so I find a perfect place, on a couch in the corner with a good view to speakers table. Two other women sitting at the both sides of the table, each looking at the display. Me too. A young man come to us, give some postcards first to one woman, than to the second one, explains something and goes away. I am bit surprised not understanding why he did not gave a postcard to me too? Hi you, I say, I would like… But he does not turn back to me. One of the woman explains something about him making an adv of an online journal polen-pl.eu or something like that looking for new authors… She gives me her postcard. But I do not want her postcard, I want to undestand, why I was a non existing person? No person at all.

But of course I know the explanation. I am old and therefore I do not exist. I do not know how he is able to judge it so quickly, it is dark and I have a fancy hut on, coming deep on my face, but it does not matter. I do not matter…

Five minutes after the time the room became suddenly full. My good place changes to an disaster. Many black dressed young people. Only young. I see nothing. Nobody sees me. Awkward. I feel uneasy, knowing I took a place of somebody who deserved it much more as me. They are pushing me from both sides to and fro. The event is in English, I do not mind, but I suppose it was not said on the invitation, the next sign this is only for insider.

A young woman says some nice greetings, OK it is an event for young generation but if there is somebody elder it means he or she is young. OK, nice, but no, I am not young… I would like to vanish or at least to go, but I am sitting squeezed between three or four other people in front of regular rows of chairs and all the paths out are blocked by stayers and sitters. So I sit… And listen to revelations revealing from and for a young generation…

In a break time I go… It was definitely the last time I went to such a place and to such an event. I am old and it is my time to be old. Never more I want to be confronted with such a pure exclusion.

I feel not good but it comes worse.

Then two days later I find in facebook a short text written by a young Polish woman about this event: Great evening with opposition journalists and politicians from Eastern Europe in Neukölln, Berlin. From Krytyka Polityczna/Political Critique X and Y from Hungary’s Kettös Mérce online newspaper – Z and V. And Berlin’s journalist U – always close to the pulse of the city! (sorry I took all the names away they have nothing to do with my feelings).

And that photo:

Why? Why such a photo? Underneath an explanation… There is an article in one Berlin daily about the event… The picture is chosen by the redaction, but not the comments:

babcianaprotescie

The first comment: (…) Aaa, it is a black protest.
The second: Why? You do not like when the old show solidarity to the young? They also have daughters, granddaughters (…)
The third: No, but usually the German press ilustrates the texts about East Block countries with photos of an old sad women dressed like in the communistic time…
The last one: Grandma – she only forgot to dress properly for a contest…

Yeah… It is me. Go home Grandma, go home. You do not have daughter or granddaughter, so you have nobody giving you right to speak for and nobody needs you speeking for your own.

To be continued

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…

Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Reblog: Kardynał i aborcja

Obeszliśmy właśnie rocznicę przyjęcia Chrztu przez Polskę. Oficjalne obchody rocznicowe przebiegały w egzaltowanym stylu nowej polskiej dewocji, który jest charakterystyczny dla sposobu kierowania i sterowania państwem stosowanego przez partię rządzącą. Obchodom rocznicowym towarzyszył masowy protest społeczny przeciwko propozycji całkowitej likwidacji prawa do aborcji. Brutalne zestawienie!

To co nas czeka to, jak twierdzi Anna Krenz, zakrwawione koronki. Białe kobiece koronki, koronki sukien, halek, welonów ślubnych, i krew menstruacji lub, niestety, nielegalnej aborcji. Nowa flaga Polski.

W obliczu zaistniałej sytuacji nie widzę innego wyjścia, jak przypomnieć mój własny tekst o rocznicy przyjęcia chrztu  i o … aborcji. Gdy to pisałam rok temu zestawienie słów w tytule wynikało z chronologii moich własnych sytuacji życiowych. Dziś okazało się zastraszająco aktualne. A im bardziej się komuś nie spodoba zestawienie słów Kardynał i aborcja, tym lepiej… Bo to nie ja, tak cudownie zestawiam sacrum i profanum, mnie tylko tak się ułożyło, ale Wy, Wy tak: ”Nie można poprzestać na obecnym kompromisie wyrażonym w ustawie z 7 stycznia 1993 roku, która w trzech przypadkach dopuszcza aborcję. Stąd w roku Jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, do osób wierzących i niewierzących, aby podjęli działania mające na celu pełną prawną ochronę życia nienarodzonych”.

Ewa Maria Slaska

Kardynał i aborcja

Mama nie zajmowała się tym, co robimy w szkole. Nie przejęła się nawet zbytnio, jak ciotka Maryta zaprowadziła Kasię-pierwszoklasistkę na test do szkoły baletowej, Kasia test zdała, została uczennicą baletówki, a Mama słowem nie pisnęła, że bez jej zgody, że za dużo obowiązków, że dziecko za małe.

Przyznaję, że nie wiem, kto u nas chodził na wywiadówki w szkole, bo jakoś dziwnie podejrzewam, że nie Mama. Ale mimo to Mama co najmniej dwa razy poszła do szkoły, żeby przeciwstawić się ukaraniu mnie. I w obu wypadkach – nigdy mi tego nie wypomniała.

Myślę, że oba wypadki zdarzyły się w roku 1966.

ja2Był rok Tysiąclecia Państwa Polskiego, rocznica, którą Komuna zmuszona była obchodzić, bo Polska jako kraj nie posiadała innej daty założycielskiej, tylko ten nieszczęsny rok 966, rok Chrztu Polski. Ale jak to Komuna, uroczystość się obchodziło, ale i jednocześnie nie wolno jej było obchodzić. Do Gdańska z okazji rocznicy przyjechał kardynał Wyszyński, wciąż jeszcze, po 10 latach, w aurze męczennika Komuny. Cały Gdańsk wybierał  się na powitanie. Cały Gdańsk podległy Komunie na to powitanie iść jednak nie mógł. Każda instytucja na swój sposób próbowała rozwiązać ten skomplikowany problem. W naszym Liceum, a byłam wtedy w 10 klasie, kazano nam wszystkim iść obowiązkowo do kina na jakiś film o Leninie w Poroninie czy coś w tym rodzaju. Nie wybierałam się na powitanie Wyszyńskiego, nie lubię akcji zbiorowych, i skoro jakoś zawsze udawało mi się wymigać od pochodów pierwszomajowych, to zamierzałam się również wymigać od stania w tłumie i czekania, aż przejedzie Kardynał. No ale przecież nie zamierzałam też iść do kina na Lenina z Poronina. Podobnie jak Kardynał, tak i Lenin nie wchodził po prostu w rachubę.

ja3Poszłam więc na spacer nad morze. Bardzo lubiłam takie spacery. Był 28 maja. Do Katedry Oliwskiej przyjechała kawalkada samochodów wioząca Prymasa i towarzyszących mu ponad 40 biskupów i kardynałów. Był wśród nich również Wojtyła.
Według szacunków PRL-owskich funkcjonariuszy, którzy często mieli zwyczaj zaniżać liczby związane z Kościołem, w Bazylice i na placu przed nią zgromadziło się ok. 30 tys. osób. I to mimo że ówczesne władze starały się odciągać od uczestnictwa w kościelnych uroczystościach. Zorganizowano wojewódzki wiec ludności wiejskiej z okazji Święta Ludowego w Wejherowie, duży festyn kulturalny z okazji zakończenia dni książki, prasy i oświaty na molo w Sopocie, turniej żużlowy z udziałem zawodników czechosłowackich w Gdańsku oraz mecz piłki nożnej pomiędzy Lechią Gdańsk a Ruchem Chorzów. Ponadto część młodzieży szkolnej wzięła udział w kilkudniowych wycieczkach poza teren Gdańska.

Tego samego dnia ze stypendium we Włoszech wróciła Mama. Gdy przyszło pismo ze szkoły, informujące rodziców, że zostałam ukarana za zwagarowanie z obowiązkowego popołudniowego wyjścia całej klasy do kina, Mama poszła do szkoły, pokazała swoje skierowanie na stypendium kulturalne we Włoszech, bilet lotniczy z Rzymu do Warszawy oraz bilet kolejowy na powrót do Gdańska, i oznajmiła, że jej kochająca córka była na dworcu witać wracającą z podróży Matkę. Dano mi święty spokój.
Mama nigdy mi tego nie wypomniała, że wprawdzie nie chciałam ani Lenina, ani Kardynała, ale jednak również jej. Często o tym opowiadała, bo była dumna, że udało się jej wygrać ze szkołą, traktowaną tu jako przedłużone ramię władzy, ale nigdy nie miała do mnie o to pretensji.
Nie wiem, być może już wtedy było wiadomo, że ja na wszystko odpowiadam Nie.

Aborcja

ja1Sprawa z aborcją musiała się zdarzyć albo w tym samym roku, albo, najwyżej, rok wcześniej. W ramach zajęć szkolnych przyszła na lekcję lekarka, która najwyraźniej miała nas nastraszyć. Zostaliśmy najpierw poinformowani o tym, jak odbywa się stosunek seksualny, a potem pani opowiedziała nam, jakie potworne mogą być konsekwencje uprawiania seksu. Była więc mowa o syfilisie, rzeżączce i tryprze, ale i o niechcianej ciąży. Niechcianą ciążę można usunąć w szpitalu, ale często głupie i nieuświadomione dziewczyny udają się do jakichś podejrzanych konowałów lub co gorsza tzw. babek, które usuwają ciążę przekłuwając płód szydełkiem, co w konse…
W tym momencie zwaliłam się z ławki na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut. Wychowawczyni odprowadziła mnie do gabinetu higienistki, a sekretarka zadzwoniła po rodziców, żeby mnie zabrali do domu. Moje liceum mieściło się tuż koło bramy Stoczni Gdańskiej, przyszedł więc po mnie Ojciec, który pracował w Biurze Projektowym Stoczni. Następnego dnia Mama musiała się stawić w szkole. Pani Dyrektor poinformowała ją, że skoro tak emocjonalnie zareagowałam na treść lekcji, to znaczy, że albo jestem w ciąży albo ją właśnie usunęłam. Mama zbladła, wstała i przez zaciśnięte zęby powiedziała (o jak dobrze umiem to sobie wyobrazić!), że opowiadanie młodym ludziom takich okropieństw jest niepedagogiczne i że albo szkoła wycofa swoje bzdurne zarzuty, albo ona naskarży w prasie, że najlepsze ponoć liceum w Gdańsku dyskwalifikuje się jako instytucja pedagogiczna.
Tym razem też zostawiono mnie w świętym spokoju.

Na ten temat jednak nigdy więcej nie było mowy, ani w szkole, ani w domu. Sprawa wróciła dziwnym rykoszetem w kilka lat później. Byłam już mężatką. Pewnego wieczora poszliśmy z mężem do znajomych na kolację. Koleżanka właśnie wróciła ze szpitala ginekologicznego i, jak to w Polsce, w trakcie jedzenia opowiedziała nam szczegółowo o wykonanych zabiegach. Otóż trzeba było wykonać kuretaż czyli wy… W tym momencie zwaliłam się z krzesła na ziemię, a cucenie mnie zajęło dobre 15 minut.

Nikt nigdy nie stwierdził, dlaczego tak emocjonalnie reaguję na takie opowieści, a ja też nie wiem.

Wielcy pisarze i kobiety

Ewa Maria Slaska

Baśce O.

Harper Lee, Umberto Eco, Romain Rolland, Gabriel Garcia Marquez, Thomas Mann, Hermann Hesse, Julio Cortazar

Umarli kilka dni temu, albo nie żyją od wielu lat… Obchodzimy właśnie rocznice ich urodzin lub śmierci, albo zostali zapomniani na zawsze. Wielcy pisarze, którzy ukształtowali moje życie. Gdy piszę pierwsze zdania tego tekstu, wciąż dodaję w tytule kolejne nazwiska, patrzę na tę listę i cały czas wiem, że brakuje jej dwóch postaci – Homer i Marcel Proust. Ale ci dwaj są z jakiejś innej półki, znacznie wyższej niż reszta, nie mogę ich dodać do listy moich wielkich pisarzy, bo są ponad wszelkimi listami i kategoriami. Natomiast świadomie nie wpisałam na listę moich pisarzy kilku innych, podobno nawet ważniejszych – James Joyce, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Gustave Flaubert

Czytałam ich, oczywiście, byli wielcy, ale nie byli “moi”… Wielcy pisarze dużo pisali, ale ci moi są dla mnie najczęściej autorami jednej książki. Mojej książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.

To moja klasyfikacja, moi najważniejsi pisarze. Dlatego jest tu Harper Lee, a nie ma Faulknera i Hemingwaya.

I wśród nich tylko jedna kobieta, właśnie Harper Lee! Dlaczego tylko jedna!? Pytam nie bez powodu, ale o tym za chwilę…

Potem, gdy pojawiają się pisarze ważni, i sławni, i wielcy, ale już nie AŻ TAK ważni, i sławni, i wielcy, Pruszyński, Paustowski, Galsworthy, Gołubiew, Grass, Fitzgerald, Hrabal, Steinbeck, Tolkien, Kerouac, Nooteboom, Calvino, Buzatti… pojawi się też dużo kobiet. Margaret Mitchell, Margerite Duras, Françoise Sagan, Lucy Maud Montgomery, Carson McCullers, Simone de Beauvoir, Ursula K. le Guin, Selma Lagerlöf, Sigrid Undset, Karin Blixen, Pearls Buck, Astrid Lindgren, Gertrud von Le Fort, Agata Christie, ulubiona, bo to na jej książkach i na Kubusiu Puchatku uczyłam się angielskiego… I Francis Yates, autorka książki Sztuka pamięci, która na lata stała się dla mnie wzorem inteligentnej kobiety. To taki najdawniejszy mój własny kanon czytelniczy, który przez lata będzie się rozrastał, odmładzał, feminizował, pojawią się w nim przede wszystkim amerykańskie pisarki postetniczne, Alice Walker, Luise Erdrich, Amy Tan…, Siri Huvsted jako osobna pozycja, i wreszcie feministki.

Feministki to już oczywiście odkrycie po wyjeździe do Niemiec. Jechałam do kraju Manna i Hessego, a przyjechałam do świata, gdzie czytało się Mary Daly, Julię Kristevę i Susan Sonntag. Oraz, oczywiście, Alice Schwarzer, choć dziś chyba już nie chciałabym jej czytać, bo jest wcale nie mała różnica finansowa i etyczna między Alice Schwarzer z lat 80 a teraz.

Feministki objawiły się właściwie już w Polsce, w okresie Solidarności, bo w końcu i one przyjeżdżały do kraju, w którym coś się działo, zakładając, zresztą słusznie, że jak będzie się działo dużo, to będzie się dział również feminizm. Ale podczas jednego czy drugiego spotkania w Polsce nie wiedziałam jeszcze, że można by z tymi kobietami porozmawiać o literaturze feministycznej i chyba nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby taka być.

Wiedziałam natomiast, że jest literatura pisana przez mężczyzn, której kobiety nie trawią, i literatura pisana przez kobiety, która może nie zawsze odpowiada temu, czego kobiety chciałaby od literatury, ale przynajmniej taka, którą będą mogły uczuciowo zrozumieć.

To, że jako kobieta nie jestem w stanie z przyjemnością czytać literatury napisanej przez mężczyzn, było moim własnym odkryciem i to z młodego wieku, skoro napisałam o tym jako osiemnastolatka na egzaminie wstępnym na polonistykę. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak był sformułowany temat, sądzę, że nie miał prowadzić do wniosków feministycznych, lecz raczej chodziło o wzory powieściowe lub coś w tym rodzaju. Napisałam, że Faulkner i Hemingway to nie jest “moja” literatura, że wojna, polowanie… zresztą nie wiem, co dokładnie, ale na pewno, że nie… NIE!

To wypracowanie wpłynęło na moje życie i to całkiem bezpośrednio. Bo po południu po egzaminie pisemnym poszłyśmy z Baśką O. na spacer i ustaliłyśmy, że… wcale nie chcemy studiować polonistyki, a może w ogóle nie chcemy studiować, a na pewno mamy w nosie egzaminy i że nie będziemy już niczego zdawać, tylko idziemy jutro na plażę.

Poszłyśmy. Gdy wróciłam do domu, opalona, opiaszczona, potargana, tam już była groza. Mama tłukła talerze, a Ojciec nie pytając o nic, wziął mnie za rękę i zaprowadził… na egzamin! Nie było daleko. Egzaminy już się skończyły, cała komisja czekała tylko na mnie. Nic nie rozumiałam, przecież nikt nigdy nikogo nie zmusza do egzaminu na studia, a egzaminy są przecież anonimowe. Więc dlaczego? Weszłam, wepchnięta przez Ojca, i przypomniało mi się, nie wiedzieć czemu, jak kiedyś późną nocą Ojciec odwiózł nas obie na kolonie, jechałyśmy z kimś samochodem, ale nie pamiętam z kim. Było ciemno, wszyscy spali, Ojciec się dobijał do drzwi, w końcu otworzyła jakaś zaspana kucharka, zaprowadziła nas do kierowniczki, a potem do jakiejś ciemnej sypialni. Obudziliśmy wychowawczynię i Ojciec powiedział: … Pani, dzieci przywiozłem. Może to było Dzień dobry Pani, albo Proszę Pani, ale może rzeczywiście tak powiedział, jakoś zbyt prosto i niezbyt uprzejmie. I wepchnął nas przez drzwi.

Wydaje mi się, że nie zdawałam tego egzaminu, że wystarczyło, że się pojawiłam. Chociaż może było jakieś pytanie pro forma, typu – kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Nic nie pamiętam. Dopiero po kilku dniach, gdy już wiadomo było, że zdałam i zostałam przyjęta, rodzice powiedzieli mi, że moje wypracowanie egzaminacyjne było tak dobre i oryginalne, iż gdy się nie pojawiłam na egzaminie, komisja zadzwoniła do rodziców i zapytała, co się stało, czy może jestem chora…

Tak to Baśka nie dostała się na studia, a ja owszem… Ale niewiele to pomogło, bo i tak nie chciałam studiować polonistyki… W następnym roku rozpoczęłam studia etnologiczne, a w rok później zaczęłam studiować archeologię…

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to wypracowanie pokazywano następnym pokoleniom studentów. Kiedyś chciałam je przeczytać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział i nic nie pamiętał, i nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie, czy może gdzieś jest. Może zniknęło, może jest w Archiwum Akt Nowych w Gdyni.

Potem były jeszcze dwa znaczące spotkania z książkami pisanymi przez kobiety.

polskieksiazkiPierwsze w Polsce w latach 70. Chcałam zostać dziennikarką, taką lepszej klasy, i obsyłałam różne konkursy. Głupi był to pomysł i nie przyniósł żadnych widomych efektów, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Wysłałam więc recenzję na jakiś konkurs zorganizowany przez Kobietę i życie. To informacja bez znaczenia, ale ponieważ pamiętam, to napiszę, że była to autobiografia Stanisława Makowieckiego Mamałyga czyli słońce na stole. Dostałam wyróżnienie i przysłano mi jako nagrodę kilkanaście książek. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że wszystkie były napisane przez kobiety. Przyznaję, że do dziś myślę z uznaniem o tej peerelowskiej redakcji.

niemieckieksiazkiGdy przyjechałam do Berlina przez kilka miesięcy sprzątałam, nie dlatego, żebym specjalnie lubiła sprzątanie, ale dlatego, że to w latach 80 robiły tu wszystkie Polki. W domu profesorostwa G. na Frohnau odkryłam, że na stoliku nocnym pana profesora leżą eseje filozoficzne i polityka, a u pani profesorowej książki napisane przez kobiety.

Kot pracuje

Ewa Maria Slaska

Koty i praca

Po długiej przerwie znowu o kotach, a to dlatego, że kot poszedł do pracy i w domu pusto. Mailem docierają do mnie informacje o tym, jak się kotu pracuje.

kotpracuje kotpracuje1Myślę, że każdy z nas chciałby czasem dostać taką pracę – siedzieć i ładnie wyglądać.  Ale to wszystko pozory. Bo naprawdę praca kota wygląda zupełnie inaczej.

otokotopraca

A tak, to już nie każdy z nas potrafi pracować. Ja nie potrafię. Ogólnie jestem bardzo pracowita, dużo umiem, dużo mogę wymyślić, jest wiele zadań, których rozwiązania się nauczę, ale są takie dziedziny życia, w których nie jestem w stanie wykonać żadnej pracy, bo paraliżują mnie jak wąż ptaszka.

Na pewno są to wszystkie prace związane z kablami (no przecież mówię, że “wąż ptaszka”). Ostatnio koleżanka zadzwoniła z biura i powiedziała, że mam przynieść taki to a taki kabel, bo w biurze nie ma, a ja przecież mam wszystko. Ściągnęłam z pawlacza pudło z  elektronicznym badziewiem, wyjęłam kłąb kabli i wrzuciłam do torby. Nie mogłam jednak pojechać od razu do biura, bo logistyka wymagała, aby najpierw podlać kwiatki u koleżanki (kilometr na piechotę), potem załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym (4 stacje metra, jedna przesiadka), potem kupić przyjaciołom bilety w operze (10 stacji metra tam i 9 z powrotem), a dopiero potem dotrzeć do biura. Weszłam, walnęłam torbą o podłogę, koleżanka się schyliła i z gracją wyjęła z kłębowiska potrzebny kabel. Resztę wrzuciłyśmy na dno szafy. Odmówiłam dalszej peregrynacji po mieście z dwoma kilogramami czegoś tak paskudnego.

Innym rodzajem pracy, który natychmiast powoduje u mnie wyłączenie wszystkich obwodów w mózgu, jest opowiedzenie mi o operacjach finansowych, które powinnam wykonać, żeby się wzbogacić. Najdalej po dwóch zdaniach przestaję rozumieć, po trzech nie słucham, po czterech nie słyszę. Bardzo nad tym ubolewam, bo podobno człowiek tak inteligentny i pracowity jak ja, jakby się skoncentrował na robieniu pieniędzy, to by opływał w nie wiedzieć jakie dostatki, ale jak nie da rady, to nie da rady. Nie przeskoczę sama siebie. Choć przyznaję, że dostatki byłyby w życiu całkiem przyjemnym urozmaiceniem.

Długo się nad tym zastanawiałam, co budzi we mnie aż taki sprzeciw. Bo nie boję się cyfr i matematyki, ba, potrafię nawet całkiem sprawnie zrobić roczne rozliczenie dla Urzędu Skarbowego (patrz wyżej), a jednak nie znoszę rozmów o chytrych transakcjach finansowych. Obawiam się więc, że – czy to z natury swej czy z wychowania – jestem osobą przeraźliwie uczciwą, nie znoszę machlojek i to właśnie cwaność tych proponowanych mi transakcji budzi mój wewnętrzny opór.

Ale może to wcale nie jakaś kryształowa uczciwość mną powoduje, lecz zwykła nuda, bo…

Bo trzecim rodzajem pracy, którego nie trawię, jest kontakt z pustosłowiem i retoryką. A nie wykluczone, że operacje finansowe to w moim pojęciu tylko retoryka.

Zaczęło się niestety w dzieciństwie. Chodziłam z moją cioteczną babką Karusią do kościoła, siadałyśmy w ławce i wszystko było dobrze, póki trzeba było, jak to w kościele, wstawać, siadać, klękać, odpowiadać po łacinie, śpiewać, wszystko to bardzo lubiłam, a śpiewałam wręcz przecudownie, ale gdy ksiądz zaczynał kazanie, zapadałam w bezmyślne zacukanie. To właśnie tam nauczyłam się, że wystarczy nie rozumieć i nie słuchać, a przestaje się słyszeć i można się oddać myślom o czymś innym, ciekawszym, ładniejszym… To tam, w ławkach kościoła Przenajświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu. To zresztą ten sam kościół, o którym pisze Grass w Blaszanym bębenku – pamiętacie, jak Oskar wchodzi na kolana rzeźby Madonny? To tam.

Nie słuchałam kazań, ani na górze ani na dole, co sprawiło, że nie byłam w stanie słuchać szefów i nie wytrzymywałam zebrań. Och, jakąż ja bym zrobiła karierę, w pracy, w nauce, w polityce – a wierzcie mi – wszystkiego próbowałam. Karierę bym zrobiła, powtarzam, gdyby nie te cholerne zebrania.

A może wszystko przez te okna… Moja Babka, gdy popadła w melancholię siedziała na kanapie i patrzyła przez okno. To było przed wojną. W wielkim mieszkaniu Pradziadków było takie okno, a pod nim kanapa. Ciocia nawet zaznaczyła je na planie.

oknoanieliPrzedwojenne mieszkanie Pradziadków w Warszawie na ulicy Zgoda 9, dziewięć pokoi, 250 metrów kwadratowych – zaznaczona kanapa pod oknem w salonie. Ciocia napisała “Ciotka Aniela siedziała i czytała romanse” – Mama, córka Anieli, by się z nią nie zgodziła. Bo oczywiście była to ta sama kanapa, ale podpis Mamy byłby taki: “Mama siedziała i patrzyła w okno”.

Ja patrzyłam na witraże, zawsze te same, po lewej stronie – przedstawiały polskich świętych, świętego Jacka Odrowąża, świętą Salomeę i świętego, który na oknie kruszył kajdany, może zresztą nie kruszył tylko cierpiał w kajdanach. Nie pamiętam, co on był za jeden. Łukasz? Mateusz? Może Andrzej Świerad? I nagle olśnienie, oczywiście, Rafał Kalinowski, święty powstaniec. Patrzę na nich i myślę nie wiadomo o czym, przygotowuję się do pracy na całe życie.

A Schyzia tak pracuje. Patrzy przez okno.

kotpracuje2
Bo podobno obecność kota w mieszkaniu płoszy myszy. Zobaczymy.

Zdjęcia Schyzi: Johanna R. i Tanja K.

Reblog. Samochwała w kącie stała

Wpis numer 1003

Ale reszta to nie ja, to Pharlap!

Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy

  Pharlap

Ostatniej nocy na blogu ewamaria2013texts.wordpress.com/ pojawił się 1001 wpis!

EwaOkt2014Szeherezadą, inspiratorką tych tysiąca i jednej opowieści jest, któżby inny jak Ewa Maria Slaska, nasza Panna Główna, Panna Prymarna, Panna nad Pannami, Kura – KLIK.

Proponuję kliknąć w zamieszczone zdjęcie (źródło wikipedia), by włączyć stosowny akompaniament – ostatnia część Szeherezady Mikołaja Rymskiego-Korsakowa.

Jak wiemy Szeherazada opowiadała swe baśnie każdej nocy, a zatem łatwo policzyć, że rozpoczęła w 2013 roku. Jednak w moich snach pojawiła się już, a raczej dopiero, w 2012 roku, właśnie zlinkowanym powyżej blogiem: Jak udusić kurę czyli co każda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie.
Na ten blog trafiłem zupełnie przypadkowo i zaplątałem się od pierwszego wejrzenia. Mało tego, nie zważając na różnice płci i stanu cywilnego, wdarłem się do grona współpracowniczek.

Foto: Krystyna Koziewicz

Zrozumiałe jest, że blog dla panien po 30 nie mógł trwać bez końca. EwaMaria zakończyła go dokładnie w rocznicę powstania. Oczywiste było dla mnie, że Panna Główna, nazywana też czasem Kurą Alfa, nie spocznie na laurach. I nie spoczęła. Nowy blog ma całkiem inny format, jest to – cytuję: “Salon tekstów odrzuconych, porzuconych, zarzuconych, a też, niekiedy, przerzuconych, ale również nowych, po polsku, niemiecku, angielsku.”
EwaMaria ma ogromną zdolność przyciągania – prawie 200 autorek i autorów, 1001 wartościowych wpisów. Jako autor kilku z nich wiem, jak wiele uwagi poświęca każdemu wpisowi.

Skoro zacząłem od tematu Szeherezady, to przypomnę, że ta baśniowa snuła swe 1001 opowieści pod groźbą utraty życia. Moja, Nasza, Szeheredaza swoimi opowieściami dodaje uroku życiu wielu, wielu czytelnikom (i autorom).

EwoMario, dziękuję Ci za te 1001 opowieści, gratuluję osiągnięcia bajkowego rezultatu i życzę wiele siły, energii do prowadzenia nas nadal przez bajkowy a przecież autentyczny świat.

Na potwierdzenie tych ostatnich słów zacytuję fragment pierwszego wpisu we wspomnianym wcześniej blogu dla Panien po 30:
… opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka “Wojny domowej” i “Drobnoustrojów”) z książki “Przez kuchnię i od frontu” o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale”.
Podkreślenia moje.