Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?

Frauenblick: Prag 5

Monika Wrzosek-Müller

Der Golem aus Prag – Geschichte eines großen Helfers

Seit Wochen sind wir nun in unserer Abgeschiedenheit gefangen, verbarrikadieren uns in häuslicher Quarantäne und hoffen heil aus dem Schlamassel rauszukommen. Jeder improvisiert sein Leben und stellt bisherige Gewohnheiten auf den Kopf. Für viele wird das Lesen und Tagträumen zum Ausweg aus der Monotonie und manchmal auch aus der Langeweile der Einsamkeit.
Ich sitze alleine in Prag, ausgerechnet in einer Stadt, die im Massentourismus fast unterzugehen drohte, in der uns tausende Museen, Ausstellungen, Kirchen, Paläste mit ihren Interieurs lockten, jetzt steht man vor geschlossenen Türen überall; ich betrachte die leere Karlsbrücke und andere Plätze, die noch vor ein paar Wochen voller Menschen waren, die Leere ist bezaubernd und zugleich beängstigend. Ich denke, was für ein Wahnsinn, wie schnell ändert sich alles, was werden wir daraus lernen, wie physisch und vor allem psychisch heil da herauskommen?
Ich lasse meine Gedanken schweifen und da geht mir Herbert Grönemeyers Lied „Siebter Sinn“ durch den Kopf, in dem vom Prinzip Hoffnung die Rede ist. Daraufhin mache ich mich auf die Suche, woher dieser Begriff wohl käme, und ich erinnere mich daran, dass ich ein Buch mit diesem Titel bei uns im Regal habe stehen sehen, nämlich das Werk des deutschen Philosophen Ernst Bloch. Er schrieb es im amerikanischen Exil, zwischen 1938 und 1947, und er muss dort wohl viele dunkle und hoffnungslose Tage durchlebt haben. Doch das Buch, vor allem die Kapitelüberschriften von „ Das Prinzip Hoffnung“, scheinen mir wie geschaffen für unsere Tage hier in den Zeiten der Coronavirus-Pandemie. Kapitel eins: „Kleine Tagträume“; Kapitel zwei hat einige Unterkapitel, die sehr gut passen: „Die Kategorie Möglichkeit“ oder „Das Dunkel des gelebten Augenblicks“; Kapitel drei: „Wunschbilder im Spiegel“, Kapitel vier: „Grundrisse einer besseren Welt“ und das fünfte und letzte Kapitel: „Wunschbilder des erfüllten Augenblicks“. Hoffen wir alle, der erfüllte Augenblick kommt bald und einige Maßnahmen werden aufgehoben, weil die Zahlen der Infizierten, der Kranken und der Toten zurückgehen werden. Ich habe das Buch mehrmals in der Hand gehabt, doch leider gelesen habe ich es nicht. Aus den Besprechungen entnehme ich einige Fetzen und Leitgedanken, was für ihn das Prinzip Hoffnung hätte sein können. Zunächst mal ist die Hoffnung für Bloch eine „konkrete Utopie“. Aus Wünschen, Tagträumen und Wunschbildern der Menschen entstehen reale Möglichkeiten, an denen alle arbeiten sollen. Sein Hauptprinzip der Hoffnung ist wohl die Erwartung, eine vollkommene Geborgenheit in einer Welt zu finden, in der man arbeitet, um zu leben und nicht lebt, um zu arbeiten, und so eine Welt begreift er dann als Heimat. Ich vermute stark, dass es ein Buch sein könnte, dem man sich jetzt widmen sollte.
Eigentlich wollte ich über etwas anderes aus Prag erzählen, und zwar über die Legende vom Golem; er wurde auch als Hoffnungsträger geboren oder aus Lehm geschaffen. Wir erschaffen uns immer wieder kleinere Hoffnungsschimmer, um mit verschiedenen Situationen fertig zu werden. So waren die Juden, die seit eh und je in den europäischen Städten in Ghettos lebten, mehr schlecht als recht, dazu verleitet, sich Techniken auszudenken, um mit schwierigen Situationen umzugehen. In diesen Zusammenhang gehört auch die sehr alte Geschichte von Golem; sie tauchte schon im Mittelalter auf, doch die bekannteste Erzählung über die Erschaffung eines unförmigen, kräftigen und übergroßen Ungeheuers mit menschlichen Zügen aus Lehm stammt aus dem Prag des 16. Jahrhunderts. Der Hof Kaiser Rudolfs II. war von Alchemisten und Gelehrten verschiedenster Couleur bevölkert. Der Kaiser zögerte auch nicht, Rabbiner nach ihrer Meinung zu fragen und mit ihnen zu disputieren. Die Prager jüdische Gemeinde war zu dieser Zeit eine der größten in Europa; ihr Rabbiner Judah Löw, den es wirklich gegeben hat und der ein Philosoph, Talmudist und Kabbalist war, kümmerte sich um seine Gemeinde und wollte sie gegen Beschuldigungen des Ritualmordes an christlichen Kindern schützen.
Woher kommt das Wort Golem? in der hebräischen Sprache bedeutet es: Puppe oder Larve, aber auch alles Formlose, Unfertige; im heutigen Ivrit wird es für dumm, hilflos, naiv benutzt.
Bevor ich die Legende vom Golem nach Isaac Bashevic Singer erzähle, hier kurzer Überblick über die vielen literarischen Bearbeitungen des Themas. In der deutschen Romantik befassten sich mit dem Mythos Golem E.T.A. Hoffmann, Theodor Storm und Anette von Droste-Hülshoff. Wohl das bekannteste Buch über den Golem war der 1915 erschienene Roman von Gustav Meyrink; er gilt als Klassiker und Paradebeispiel der phantastischen Literatur. Sogar unser polnischer Science-Fiction Schriftsteller Stanislaw Lem schrieb 1981 einen Roman: Golem XIV. Die Symbolik vom Golem wurde auch in vielen Theaterstücken benutzt; das Drama von Karel Capek R.U.R ist in Anlehnung an den Mythos von der Erschaffung des Golem geschrieben. Selbst das im Stück benutzte Wort Roboter kann man darauf zurückführen. Diesen Faden könnte man noch weiter spinnen; die Erfindung der künstlichen Intelligenz nebst Robotern, die Beschäftigung mit Computern und Zahlenkombinationen beim Programmieren haben vielleicht ein und dieselbe Quelle. Auch die sehr beliebte Jugendautorin Miriam Pressler befasste sich mit dem Thema in ihrem Roman: Golem stiller Bruder.
Zurück zur Legende vom Golem, der aus dem Prag des goldenen Zeitalters, die von Singer 1982 aufgeschrieben wurde. Er widmete „dieses Buch den Verfolgten und Unterdrückten überall in der Welt, den Alten und Jungen, den Juden und Nichtjuden – in der Hoffnung wider alle Hoffnung, dass die Zeit der falschen Beschuldigungen und böswilligen Erlasse eines Tages enden wird.“
Die Legende spielt also in den Zeiten von Rabbi Löw in Prag. Ein wohlgeborener Edelmann namens Bratislawski ist durch Spielschulden in größte Geldnot geraten und versucht einen Ausweg aus dem totalen Bankrott zu finden. Er bedrängt den Bankier Reb Eliezer Polner im Ghetto, ihm Geld zu geben. Als dieser Versuch scheitert, denkt sich der Graf einen teuflischen Racheplan aus. Er lässt den Juden festnehmen und beschuldigt ihn, seine kleine Tochter Hanka entführt und vielleicht umgebracht zu haben. Es folgt ein Gerichtsprozess und der Jude verliert, weil der Graf zwei Zeugen stellt. Der Graf behauptet, seine Tochter sei umgebracht worden, um auf diese Weise an ihre Aussteuer (sprich Geld) heranzukommen. Rabbi Löw sorgt sich um das Schicksal seiner Gemeinde und besonders um Reb Eliezer. So erschafft er, einer Eingebung folgend, aus Lehm den Golem und trägt ihm auf, das Kind zu finden und zum nächsten Prozesstag als Zeugen zu präsentieren. Als die ganze jüdische Gemeinde beschuldigt wird, dass sie, um Matzen zu backen, frisches Christenblut benutze und dafür die kleine Hanka umgebracht habe, erscheint der Golem mit dem Kind des Grafen auf dem Arm. Nun endet der Prozess mit der Verhaftung des Grafen und der falschen Zeugen und die jüdische Gemeinde kann in Ruhe das Passahfest feiern. Die Nachricht von dem Riesen verbreitet sich und der Kaiser lädt Rabbi Löw und den Golem auf den Hradschin vor; und beschwört den Rabbi, dass der Golem keinen Tag länger als nötig existieren dürfe. Doch hier kommt Rabbi Löws Frau Genendel ins Spiel, die dem Golem auftragen will, einen Felsblock an der Moldau zu verschieben und den Schatz, der dort angeblich vergraben sein soll, zu heben. Sie will das Geld an die Gemeinde verteilen. Nach langem Überreden ist der Rabbi einverstanden, doch der Golem weigert sich diesen Befehl auszuführen. Dem Rabbi wird bewusst, dass er langsam die Gewalt über dem Golem verliert und dass er immer menschlichere Züge annimmt. Zwar stellt er eine große Hilfe für die Gemeinde dar, zugleich aber auch eine Gefahr für die Stadt. Es passieren ihm immer wieder Missgeschicke; er läutet z.B. den ganzen Tag die Glocken oder zertrampelt die Marktstände auf der Suche nach Essbarem. Als sich der Golem in ein Mädchen namens Miriam verliebt, beschließt der Rabbi ihn zu beseitigen. Dazu kommt noch der Befehl, dass er in die kaiserliche Armee eingezogen werden soll. So überredet der Rabbi Miriam, den Golem zu überlisten und zum Schlafen zu bringen. Sie soll ihm viel Wein verabreichen und ihn betrunken machen. Währen dieser schläft, tilgt der Rabbi den heiligen Namen von der Stirn (entweder Schem oder Emeth) des Golems und verwandelt ihn wieder in einen Klumpen Lehm. Doch das Mädchen Miriam verschwindet; sie wird in Prag nie wieder gesehen.
Die Moral aus der Geschichte ist kompliziert und vielfältig, auf jeden Fall ist der Golem aber ein Symbol für Hoffnung in Zeiten großer Not. Sie lehrt uns aber auch, dass man nicht übertreiben und alles ausnutzen, sondern sich mit weniger zufrieden geben soll. Und auch wenn wir manchmal jetzt mit unseren Gesichtsmasken und Sonnenbrillen, wie die kleinen Golems aussehen, müssen wir das eben aushalten, um der Pandemie die Stirn zu bieten.

Sąsiedzi 15

Teresa Rudolf

Filomena, Regina i Coronavirus

Filomena wyszła od pani Klary. Zbliżając się do swoich drzwi słyszała ciągle głośną muzykę Presleya dochodzącą z mieszkania Lesia.
Siadła przy stole w pokoju, zapaliła papierosa,  zaciągnęęęęęła się, podniosła filiżankę czarnej kawy do ust i poddała się przedziwnemu, bolesnemu, ale też i wzruszającemu rozważaniu.
Co to za siła przyciąga ludzi tak nagle do siebie, by kiedyś równie mocno ich od siebie odepchnąć, myślała, tak bylo u mnie, tak było u Lesia… A co to własciwie znów z tą  Reginą jest teraz? Czy oni się kochają, czy nienawidzą? Czy i to, i to, równocześnie? Ta historia między nimi nigdy nie była zakończona, w czymś takim ani na chwilę nie ma sensu dłużej siedzieć, muszę zacząć powoli odwykówkę, a jeśli będzie mi tak szło jak z papierosami, to mam załatwione dożywocie, skwitowała gorzko swą sercową sytuację. Nie doszła na razie jednak do tego, co jest własciwie jej nałogiem: Lesio jako mężczyzna i “to coś”, czy też znów te motylki w brzuchu i to że czuje się atrakcyjną kobietą, że rano ubiera się wymyślnie, szminkuje, by się komuś podobać, a to przecież widziała już w jego oczach…
W tym momencie zadzwonił telefon. Była to pani Klara, która jak z dubeltówki strzeliła:
– Niech Pani szybko włącza TVP1, kończę…

Filomena właczyła telewizor i zobaczyła przerażające wiadomości.
W Chinach ciągle panowała epidemia, mnóstwo zmarłych, brak miejsc w szpitalach dla chorych.

Do tych obrazów z  bardzo dalekich Chin przyzwyczaiła sie już… Choć podobno to najgorsze, jest już  za tym krajem.

Nagle usłyszała i zobaczyła, co dzieje się we Włoszech, właśnie to, co tak powierzchownie obiło się jej o uszy u Klary.

Poczuła gęsią skórķę na myśl, że ta dziwna infekcja dotarła już do Europy. Zobaczyła Wenecję, Florencję , dziwnie mniej ludzi na ulicach, poruszających się jednak jak gdyby nigdy nic, ale te miasta miały już dla niej jakieś piętno tajemniczej tragedii. One nie były już też tak daleko jak Chiny. To wszystko dzieje się naprawdę i już u nas w Europie, dziwiła się.
Ale co dzieje się tak naprawdę? Podobno niektórzy turyści polscy, powracający stamtąd też się pozarażali, a w polskich szpitalach nie wiadomo, jak się do tego zabierać, rodziny ich są odizolowane, nie wolno się im z nikim komunikować, i nie wiadomo ciagle, co to jest ten Coronavirus, jakaś grypa, czy jeszcze coś całkiem innego?????
Czuła jakieś osobiste zagrożenie, wynikające z niedoboru wiadomości. Co to do cholery jest? Trzeba się już bać, czy może przejdzie bokiem, Polska to nie Włochy, nie ma tu przecież tylu turystów?

Mówi się o myciu rąk,  jakby się tego nie  wczesniej nie robiło, toż to oczywiste, normalne.
Chyba pójdę się przejść, żeby zebrać myśli, pomyślala.

Ubrała się z powrotem do wyjścia, zgasiła telewizor, wyszła z mieszkania. Schodząc schodami w dół, natknęła się znów, już po raz drugi w tym dniu, na Reginę, która czekała z ogromnymi torbami przed windą. Kobiety popatrzyły na siebie, jakby się nigdy w życiu nie widziały. Filomena poczuła bardzo nieprzyjemne uczucie niechęci, które tak często towarzyszyło jej kiedyś, przy spotkaniach z pania Klarą. No coś takiego, będę musiała teraz ciągle widywać tę rudą małpę, pomyślała, a mogło się już tutaj tak spokojnie mieszkać, zanim ta tu przyjechala, wszystkiemu winien jest ten babiarz, Lesiu, czy ja na głowę upadłam? Czegóż to ja oczekiwałam?
Idąc tak dalej, zamyślona, ulicą Szewską, przystanęła przed wystawą sklepu z butami, z którego wyszła niespodziewanie, prosto na nią, Krycha.
– Melcia, coś takiego, znów się spotkamy, jak na zamówienie, mówiła Krycha szybko i rzuciła się do ściskania dawnej, szkolnej koleżanki.
Filomena stała sztywno, jak gdyby połknęła przed sekundą miotłę Harrego Pottera i szykowała się właśnie do odlotu…
Jak zacznie mnie całować, przysięgam, że dam w mordę, nie wiadomo, gdzie się toto po świecie szlajało, myślała.
Na szczęście Krycha poprzestała na uściskach, mówiąc bez przerwy: – Melcia, mówię ci, co za zbieg  okoliczności, jutro przyjeżdża do Krakowa akurat Wacek, ten twój dawny wielbiciel, mówię ci, niewiele się zmienił, nawijała dalej, nie powiem mu jednak nic o tobie, bo już w szkole byłam o niego i ciebie  zazdrosna, a nie widziałam go już od dziesięciu lat. Podobno jest znów singlem, z odzysku, jak ty i ja, no, cześć, pożegnała zupełnie ogłupiałą Filomenę, która weszła jak automat po schodkach do sklepu.
Usłyszała w jego wnętrzu z radia dość głośno nastawionego, znów informacje o tajemniczej epidemii, która zaczęła wycinać Włochy i zaczyna powoli “molestować” też  i inne kraje.
O Boże, Lesio, ta Krycha, Wacek, dżuma, malaria, cholera, syfilis… a teraz jakiś Coronavirus, pomyślała i zwróciła się do ekspedientki: – Czy ma Pani 38 numer tych beżowych butów, wyglądają na dość wygodne?
Z radia sączyły się jakieś stare szlagiery.

Z domowego aresztu (4)

Zbigniew Milewicz

Śniadanie króla

Nie wiem, jak szanowni czytelnicy, ale ja osobiście każdego poranka, zanim jeszcze otworzę oczy, najpierw myślę, co by tu zjeść na śniadanie. Jak mówią nasi bracia Rosjanie: wojna wojnoj a obied po rozpisanji. Czyli w wolnym tłumaczeniu: dawać mi tu szybko setę spirytusu i ogórka na przekąskę, bo koronawirus tylko czeka na tradycyjną kawkę i jajeczko po wiedeńsku. To był oczywiście niewybredny żart, przecież nie popieramy w tym blogu pijaństwa. Na stoliku koło mojego łóżka zwykle jednak leży coś do czytania, teraz m.in. Księga Nonsensu, zbiór klasycznych wierszyków angielskich mistrzów dowcipu, napisanych po polsku przez Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego, a wydanych w 1986 roku. Nie rozstaję się z nią od początku pandemii, a w niej moje ulubione Śniadanie króla, pióra Alana A. Milne’a:

Mam nadzieję, że posiłek, którym się z Państwem podzieliłem, smakował. Na mimowolną zbieżność nazwisk poety Antoniego Marianowicza z politykiem Antonim Macierewiczem nic nie poradzę.

PS od Adminki: jakby ktoś chciał sobie przeczytać ten wierszyk w bardziej prozaicznej wersji (bez polotu, wiem!), to tu proszę: SNIADANIE KROLA

 

#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świątbo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Zamaskowane święta

Wpis został przetłumaczony na niemiecki, skrócony i umieszczony na portalu popularnego berlińskiego dwutygodnika TIP (tip-online)

Ewa Maria Slaska

W ostatnim tygodniu przed Niedzielą Palmową postanowiłam zrobić rekonesans w Berlinie, szukając odpowiedzi na pytanie, co robimy w święta?

Wszyscy pamiętamy, jak nie my sami, to powiedzieli nam nasi rodzice lub nawet dziadkowie, o słynnej audycji profesora mniemanologii stosowanej, satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego pod zbiorczym tytułem O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiejnocy. Audycje były na zupełnie inny temat, ale tytuł trwał i oddawał to, co myśli prawie każdy: Boże Narodzenie jest lepsze od Wielkiejnocy. Tymczasem tak naprawdę to Wielkanoc jest najważniejszym świętem nie tylko katolickim, ale chrześcijańskim, bo to od męczeństwa, śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczęło się Chrześcijaństwo. To oczywiście symboliczne, bo wiosna to początek życia. Starożytny Nowy Rok. Jako archeolożka przypomnę, że większość religii swój początek zapisuje w czasie zbliżonym do wiosennego zrównania dnia z nocą. Wielkanoc też się wiąże z tą starożytną rachubą czasu, święci się ją w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Ostatnia pełnia była w środę 8 kwietnia (różowa pełnia).

Od lat wszyscy mówiliśmy znajomym Niemcom, że jeśli chcą zobaczyć berlińską Polonię en masse, to najprościej jest pójść do kościoła polskiego na Lilienthalstrasse, na pograniczu Neukölln i Kreuzberga, ale najmilszym dniem jest Wielka Sobota, dzień święcenia koszyczków. To jedyny taki dzień w ciągu roku, kiedy na pewno każdy Polak mieszkający w Berlinie pójdzie do kościoła polskiego, bo od najdawniejszego dzieciństwa wiemy, że Wielkanoc to koszyczek. Tak było zawsze, zawsze szło się do kościoła z mamą, babcią, rodzicami, żeby poświęcić pisankę, masło, sól, chleb, wędlinę i baranka, ułożone na białej serwetce w koszyczku i przyozdobione barwinkiem. Święcenie nie odbywało się jak msza o konkretnej godzinie, księża święcili pokarmy co 15 minut, od 9 czy 10 rano do 14 lub 15. I każdy z nas w tym czasie tam prędzej czy później dotarł. Każdy, a więc również ci, którzy normalnie do kościoła nie chodzą. Już w wagonie metra spotykało się Polaków z koszyczkami. Na stacji Südstern na ulicę wysypywały się masy ludzi, inni przyjeżdżali autami, niektórzy docierali na rowerach lub przychodzili przez lotnisko Tempelhof na piechotę.
Byliśmy razem, ładnie ubrani, weseli, uśmiechnięci, dzieci biegały, zadowolone z psikusa, jakiego spłatały rodzinie, gdy udało im się chyłkiem podrzucić do koszyczka figurkę Lego, żeby i ją ksiądz poświęcił.

Foto: Krystyna Koziewicz

W tym roku nie będzie święcenia koszyczków. Palm też nie było. Jak to powiedział ksiądz proboszcz, z którym rozmawiałam tydzień przed świętami. Spędzimy święta po chrześcijańsku, odprawimy wszystkie msze i obrzędy. Tylko bez udziału ludzi. Ci mogą się z nami połączyć przez internet. Palemka, koszyczek to tylko otoczka, najważniejsza jest wspólna modlitwa. Łączymy się duchowo z naszymi wiernymi, życzymy im mocy Ducha Świętego, oby Pan Bóg dał im zdrowie, zatrzymał epidemię i nas ocalił.

W Polsce nie był znany zwyczaj zdobienia drzew, krzewów lub bukietów gałęzi pisankami, zajączek nic nie przynosił, nie chowało się jajek i czekoladek w specjalnie na ten cel przygotowanych gniazdkach. To znają mieszkańcy Wielkopolski, Pomorza, Śląska, czyli tych części Polski, które przez ponad 120 lat należały do Niemiec. W Polsce było święcenie potraw, obfitość jedzenia i słynny poniedziałkowy śmigus dyngus, w Berlinie jednak raczej nie praktykowany.


Foto. Krystyna Koziewicz

W Berlinie po poświęceniu koszyczków wpadało się jeszcze do Małego Księcia, kawiarni, restauracji, sklepu, kiosku i punktu spotkań Polonii berlińskiej. Mały Książę, tak się ten sklep nazywa – ma w nazwie ł, ą, ż, ę. Krzysztof, właściciel firmy, dość mocno się nagłowił, zanim, zakładając sklep 10 lat temu, wybrał nazwę, która będzie bezsprzecznie polska, a jednocześnie jednak uniwersalna – bo litery mogą być dla berlińczyka niepojęte, ale widniejący na ścianie rysunek potarganego chłopca z szyją owiniętą szalem jest czytelny dla wszystkich. W czasie pandemii nie można niestety zjeść w Małym Księciu pierogów, ale kawę można wypić, tyle że na dworze. Na szczęście pogoda jest ładna, a w święta ma być po prostu piękna.

Foto: Krystyna Koziewicz

Mały Książę jako sklep jest czynny i można tam kupić absolutnie wszystko, czego człowiek potrzebuje, aby urządzić święta po polsku. Transport towarów z Polski odbywa się mimo pandemii, Krzysztof twierdzi nawet, że na granicy ruch już działa normalnie. Są wędliny, których Polak zjada na Wielkanoc niewyobrażalne ilości, jest twaróg na sernik, są bakalie i masa czekoladowa na mazurki, są drożdże, których w mieście brakuje, ale są też po prostu mazurki, baby i babki, baranki z masła, ciasta i cukru. Jest żur i barszcz, jest obowiązkowa biała kiełbasa, jest chrzan, również ten najgorszy z najgorszych, ostry jak piekło.

Można przyjść i kupić (do sklepu wejdą na raz trzy osoby, kolejka stoi posłusznie, każdy w należytej odległości od drugiego). Można zadzwonić i zamówić. Do mieszkających w okolicy (do 5 kilometrów) berlińczyków Krzysztof przywiezie towar na elektrycznym rowerze.

Zadzwoniłam do wielu znajomych i przyjaciół. Zapytałam, jak spędzą święta. Wielu wyjechało do Polski, ale oczywiście nie wszyscy, bo to już nawet nie chodzi o nich samych, ich przyjazd oznacza, że i ich rodzina podlegać będzie dwutygodniowej kwarantannie. Surowej i surowo pilnowanej przez policję i służby porządkowe.
Dwie grupy Polaków dojeżdżających z Polski pracują w Berlinie – polskie sprzątaczki i polscy budowlańcy. W Brandenburgii są jeszcze pomocnicy rolni, wysoko cenieni zwłaszcza przez plantatorów szparagów, a w Niemczech właśnie się zaczęło doroczne szparagowe szaleństwo. Osoby zatrudnione przy pielęgnacji pomieszczeń (słowo sprzątaczka jest już niepoprawne politycznie), jeśli rzeczywiście dojeżdżały, a nie żyją już na stałe w stolicy Niemiec – wyjechały i wrócą po odwołaniu obostrzeń. Nie ma dla nich pracy, bo odesłani do domów Niemcy sami sprzątają mieszkania – coś w końcu trzeba robić.
Większość budowlańców zostaje natomiast w Berlinie, bo praca jest jak przysłowiowy zając i jak jej nie pilnujesz, to ucieknie. Spędzą święta w ciasnych przepełnionych mieszkankach i zakupią w Małym Księciu i innych polskich sklepach odpowiednie wiktuały i napitki.

Ci z nas, którzy tu mieszkają na stałe, i tu mają rodzinę, spędzą święta z rodziną. W niedużych grupach, po trzy, cztery osoby, ale razem. O ile bowiem jeszcze przed tygodniem młodzi zarzekali się, że babcie i dziadkowie mają w tym roku trzymać się z daleka od wnuków (dla własnego dobra), o tyle im bliżej niedzieli wielkanocnej, tym słabsze okazują się pryncypialne założenia. To przecież święta, czas wspólny, kiedy się wspólnie je, rozmawia, jest się razem.

Owszem, trzeba będzie po stokroć myć ręce, owszem, postaramy się usiąść od siebie jak najdalej, owszem, nie będziemy się przytulać, być może nawet włożymy maski.

Tak to będzie, zamaskowane święta. Foto: Ela Kargol


***
Polnische Kirche
Transmisje mszy https://www.youtube.com/channel/UCHVKfx9IhCvBWlbI57KrbsA

Spowiedź wielkanocna jest możliwa – wejście od strony zakrystii
Szczegółowe terminy mszy i spowiedzi na stronie internetowej: https://www.pmk-berlin.de/

***
Mały Książę, polnische Lebensmittel
Lilienthalstraße 6, 10965 Berlin
Telefon: 030 62908068
http://polnische-lebensmittel.berlin/

Z domowego aresztu 2

Rozpoczynając nowy cykl felietonów na podstawie materiałów zbieranych dla Dziennika Zachodniego do rubryki §§§, Autor usprawiedliwia się, że niektóre sprawy opisuje z pamięci, bo oryginalny tekst jest w Polsce, albo nigdy nie został opublikowany.

Zbigniew Milewicz

Listonosz

Materiały do swoich cotygodniowych paragrafów zdobywałem przeróżnie. Najczęściej z akt sądowych, albo z listów od czytelników Dziennika Zachodniego, ale miałem też swoich zaprzyjaźnionych informatorów, np. w milicji. W katowickiej dochodzeniówce pracował w stopniu kapitana Albert, z charakterystyczną, pokancerowaną czaszką, z którym od czasu do czasu szliśmy na zakrapiany obiad do Gwarka przy ul. Powstańców. Tam między sztukamięsem w sosie chrzanowym i butelką rozkładał różne papiery i fotki i nawijał tym swoim zabawnym, zagłębiowskim akcentem, a ja to wszystko zapisywałem w notesie.

Zdzisław G. był bezdzietnym wdowcem w średnim wieku, spod Zawiercia. Po wypadku na kopalni utrzymywał się z renty inwalidzkiej i niewielkiego gospodarstwa; milczkowaty, nie pił, nie palił, nie biegał za spódniczkami, jego jedyną namiętnością były karciane pasjanse. Do tego miał opinię człowieka bardzo przesądnego, torby z zakupami, w której była portmonetka nigdy nie stawiał na ziemi, z nikim nie rozmawiał przez próg, jak wyjmował ze stodoły drabinę, żeby np. naprawić cos na poddaszu, to pod nią nie przechodził, no i na wszelki wypadek nie trzymał kotów w gospodarstwie. Ewa J., jego przyjaciółka, która mieszkała w sąsiedniej wsi i czasami zawitała w gości, mogłaby jeszcze wiele na ten temat mówić.

Pocztę do domu dostarczało mu na zmianę dwóch listonoszy, starszy pan Adam i młodszy, na którego wszyscy okoliczni mieszkańcy mówili Wesołek, bo zawsze był uśmiechnięty. Tak się jakoś dziwnie składało, że z rąk pana Adama odbierał na ogół pozytywne wiadomości, a Wesołek dostarczał mu złe. Któregoś wieczoru Zdzisław G. postawił sobie karty, z których mu wyszło, że dostanie list z informacją o śmierci najbliższej osoby. Ponowił wróżbę, wyszło to samo. Nazajutrz nie otrzymał żadnej poczty, dwa dni później również, listonosz przyjechał do niego dopiero po tygodniu. Rozdygotany do granic możliwości, z daleka rozpoznał, że na rowerze jedzie Wesołek. Chłopak pogwizdywał jakąś melodyjkę, doooobry panie Zdzisiu, powitał gospodarza i to były jego ostatnie słowa. Po drugim uderzeniu grabiami upadł na ziemię.

Przytomność odzyskał dopiero w szpitalu, kiedy z niego wyszedł, przestał roznosić listy i wstąpił do milicji. Zdzisław G., nie doczekał rozprawy sądowej, zmarł w areszcie na atak serca, kiedy dowiedział się, że w tamtej poczcie było zawiadomienie o spadku, który otrzymał po zmarłym krewnym we Francji. Karty nie zawsze mówią prawdę, podobnie jak uśmiech na ludzkiej twarzy, ale czasem warto mu uwierzyć.

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (1)

Ela Kargol

O tym, że pojedziemy do Budapesztu, wiedzieliśmy już od kilku miesięcy. Był to prezent, trochę przypadkowy, od naszej młodszej córki Heleny, obejmujący wiele okazji, począwszy od Świąt Bożego Narodzenia przez Dzień Babci i Dziadka, skończywszy na Dniu Kobiet. Po drodze była jeszcze najważniejsza uroczystość, a mianowicie 60 urodziny mojego męża, Tomka.

Nasza starsza córka Marta spędziła w zeszłym roku kilka dni w stolicy Węgier i cała w zachwytach podarowała nam przewodniki, udzieliła wskazówek i rad typu: “Co musimy koniecznie zobaczyć!”
Czasu było dużo, więc można było się solidnie przygotować, tym bardziej, że żadne z nas nie jest ignorantem w sprawach poznawania nowych miejsc, innej kultury i innej, choć często wspólnej, historii.

Dwa dni przed planowanym wyjazdem zapytałam Tomka, czy zajrzał do przewodników. On na to, że w zasadzie wszystko wie, jest Buda i jest Peszt, a w pracy miał kiedyś kolegę Węgra, jakby to w czymś miało pomóc. Ja wspomniałam coś o Batorym i Jadwidze Andegaweńskiej, córka Helena, że nie wiadomo, czy w ogóle polecimy, bo zbliża się wirus korony i jeżeli dolecimy, to ona i tak nie wyjdzie z wynajętego mieszkania, najwyżej na krótki spacer w samotności.

Dla Tomka oprócz wspomnianych dwóch części miasta i kolegi Węgra najważniejsza miała być wizyta u fryzjera w Budapeszcie. Ten zwyczaj powstał wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy byliśmy w Stanach. Na pytanie “Jak było w Ameryce?” mój mąż odpowiadał: “Byłem u fryzjera”. Później już wszystkie wyjazdy dalsze i bliższe związane były z wizytą w salonie fryzjerskim.

Dzień przed wylotem do Budapesztu przypomniałam sobie o Węgierskim Chłopcu“, pomniku, stojącym na Jasnych Błoniach, w Szczecinie, mieście, które kocham, i odwiedzam w każdej wolnej chwili. Wiedziałam, że bliźniacza rzeźba stoi w Budapeszcie i chciałam ją koniecznie zobaczyć. Wprawdzie oba pomniki powstały w czasach autorytarnych rządów obu krajów, w roku 2016, ale nawiązują do historii z roku 1956, kiedy to „Węgrzy maszerowali pod poskimi sztandarami i z wizerunkami orła białego dnia 23 października 1956. Na transparentach widniały napisy: „Niech żyje odważna polska młodzież”, „Niech żyją polskie zmiany”, „Bem, Kossuth, Petöfi”. Marsz zakończył się pod pomnikiem bohatera Polski i Węgier – Józefa Bema odczytaniem listy żądań studentów. Studenci węgierscy skandowali hasło: „Polska ukazuje drogę…” Solidarnościowa demonstracja studentów węgierskich z protestami polskich robotników stała się przyczyną wybuchu Powstania na Węgrzech w roku 1956“ (https://pl.wikipedia.org/wiki/Stosunki_polsko-wegierskie).

Powstanie, nazwane później rewolucją węgierską, zostało krwawo stłumione przez wojska radzieckie. W wyniku walk zginęło po węgierskiej stronie 2500 osób, ponad 20 tysięcy aresztowano lub internowano, a około 200 tysięcy osób uciekło z kraju do Austrii i Jugosławii. Polacy, już po odwilży gomółkowskiej, a właściwie w czasie jej trwania, zareagowali natychmiast, zaangażowali się w pomoc narodowi węgierskiemu, przekazując krew, lekarstwa, żywność i artykuły pierwszej potrzeby. Dary ze Szczecina przekazano do robotniczego Csepel, dzielnicy na obrzeżach Budapesztu, w jego południowej części. O tej dzielnicy nie piszą przewodniki. Dojazd do niej z centrum Budapesztu był dość skomplikowany, ale to najważniejsze moje budapesztańskie życzenie zostało w pełni zrealizowane i spełnione.

Inaczej rzecz się miała z życzeniami dalszych członków rodziny. Nasza córka nie została w mieszkaniu, które nazywało się obiecująco „Balzac apartament”, a było zwykłą kawalerką z całym zachowanym wyposażeniem z lat 80 ubiegłego wieku. Lot był tani, mieszkanie tanie, ale takie, że niekoniecznie chciałoby się spędzać w nim całe dnie. Helcia stwierdziła, że z „koroną“ jeszcze nie jest tak źle, a my sobie nie poradzimy bez komórek, tylko z mapą. Tomka plany też legły w gruzach, choć na naszej budapesztańskiej ulicy Balzaka było aż czterech fryzjerów. Jeden był zamknięty, drugi zbyt ekskluzywny, a u dwóch pozostałych trzeba było zawsze poczekać godzinę. Tomek w końcu stwierdził, że do fryzjera pójdzie w Lachowicach pod Suchą Beskidzką, dokąd mieliśmy pojechać wkrótce potem. Bądź co bądź trochę ponad sto lat temu były to Austro-Węgry, a moja beskidzka babcia śpiewała o Franciszku Józefie cesarzu Austrii i królu Węgier pochwalne pieśni.

Wylądowaliśmy w Budapeszcie 5 marca, na lotnisku Ferenca Liszta, w dniu urodzin mojego męża Tomka (1960), świętej Kingi (1234) i Ludwika Węgierskiego (1326), przyszłego króla Polski.

Mieszkaliśmy w Peszcie, ale pierwszy dzień spędziliśmy w Budzie, a wieczór w węgierskiej knajpie, nie pamiętam po której stronie miasta, gdzie świętowaliśmy potrójne urodziny.

Do Budy zaprowadził nas Most Elżbiety (żony Franciszka Józefa, czyli Sissi. Jest jeszcze dzielnica żydowska nazwana jej imieniem), wprost na Wzgórze Gellerta, wzgórze samych sprzeczności. Kiedyś zbierały się na nim czarownice i odprawiały sabat, potem przybył biskup Gellert, chcący nawrócić niewiernych, ale poganie poradzili sobie z biskupem, spuszczając go ze szczytu w drewnianej beczce. Pomnik Wolności na szczycie, postawiony w podzięce Armii Czerwonej, po zdjęciu czerwonej gwiazdy upamiętnia wszystkich, którzy polegli za Węgry. Nawet roślinność jest przeciwstawna, na stoku południowym śródziemnomorska, a na północnym prawie alpejska. Spojrzałam na Dunaj, a on piękny i modry tylko u Straussa i w fotoshopie, majestatyczny, dzielący i łączący miasto. Ruszyliśmy do zamku.

Najstarsze zachowane fundamenty Zamku Królewskiego w Budzie pochodzą podobno z czasów Ludwika Węgierskiego. Ludwik, król Polski w latach 1370–1382, nie posiadając męskiego potomka, przekupił szlachtę polską i łapówkarstwem załatwił dziedziczenie tronu swojej córce Jadwidze, właśnie tej Jadwidze Andegaweńskiej, która musiała poślubić Jagiełłę i zrezygnować z zaręczyn z Wilhelmem Habsburgiem. Setki lat Jadwiga wraz z Kingą czekały na kanonizację. No i wreszcie, po znajomości, się jej doczekały. Obie stały się świętymi i patronkami Polski za sprawą papieża Polaka. Pomnik Jadwigi i Jagiełły znaleźliśmy w Budzie przy Bramie Wiedeńskiej, dość nowoczesny, odsłonięty nie tak dawno, powstał z inicjatywy i na koszt Litwy. Żartując jeszcze z „korony”, dotykaliśmy koron obu władców Polski, Litwina i Węgierki, siedzących w dość dużej odległości od siebie, takiej jak odległy był ich związek małżeński i tak jak nakazuje dzisiejszy czas pandemii. W środku insygnia ich władzy, którymi w imię wyższej konieczności ich połączono. Pomnik samej Jadwigi, bez męża ustawiony naprzeciwko pomnika Kingi przy kościele śródmiejskim pw. NMP jest dużo radośniejszy. Nieszczęśliwy był też Batory, zmuszony do ślubu z 10 lat od niego starszą 53-letnią Anną Jagiellonką. Jego pomnik stoi w w dość nieciekawym miejscu, jakby opuszczony, małoważny. A przy jego grobie na Wawelu Węgrzy zawsze przystają i śpiewają hymn „Boże zbaw Węgrów” i wtedy Batory staje się ważny.

Jeśli już o pomnikach piszę, Budapeszt to miasto pomników, pomniczków, monumentów, postumentów, statui (tak się odmienia w liczbie mnogiej statua!), rzeźb na fasadach, na dachach, na stacjach metra, w bramach, parkach, mostach i na… cokołach jak przystało. Pomniki towarzyszyły nam wszędzie. Pan z psem, robotnik z młotem, człowiek z beczkami, Colombo z jamnikiem, maszkaron nad bramą, święty Stefan i święty Emeryk, ryczący lew przy zamku w Budzie, mityczny ptak Madziarów, turul, Węgierski Chłopiec i wiele innych postaci ważnych dla Węgrów, mnie zupełnie nieznanych. Największe jednak wrażenie robią na nas „Buty na brzegu Dunaju”. Pomnik przedstawia 60 par butów damskich, męskich, dziecięcych. Upamiętniają one ludzi, przede wszystkim Żydów, którzy zostali tutaj rozstrzelani, a ich ciała wpadły do Dunaju. Napis na tablicy pamiątkowej w języku węgierskim, angielskim i hebrajskim głosi: Pamięci budapeszteńskich ofiar rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju przez uzbrojonych strzałokrzyżowców (było to faszystowskie ugrupowanie założone w 1935 roku, w czasie II wojny światowej kolaborujące z Trzecią Rzeszą).

W ten dzień byliśmy w synagodze budapesztańskiej, największej w Europie, choć przewodniczka, opowiadająca o niej, dodała, że tych największych w Europie jest kilka. Na dziedzińcu pomnik płaczącej wierzby, której metalowe gałązki i liście z wygrawerowanymi nazwiskami zamordowanych Żydów dźwięczą na wietrze, jakby chciały przypomnieć o Holokauście i skomplikowanej historii Węgrów.

Niedaleko dworca Kaleti, dworca wschodniego, wybudowanego w latach 80 XIX wieku, dworca, na który wjeżdżają pociągi z Polski, leży potężny, jak wszystko w tym mieście, cmentarz Kerepesi. Od 1855 roku Węgrzy chowają tutaj swoich zasłużonych artystów, polityków, dziennikarzy, architektów, no jednym słowem wielkich i ważnych ludzi. Grobowce wzbogacone są majestatycznymi rzeźbami. Nad wszystkimi góruje mauzoleum Lajosa Kossutha, wielkiego przywódcy walki o niepodległość z czasów Wiosny Ludów. Pomnik Józefa Bema, przyjaciela Kossutha, bohatera węgierskiego z tamtych czasów i nabrzeże jego imienia musieliśmy minąć idąc na wyspę Małgorzaty. Oprócz pomnika „ojczulka Bema”, jak go nazywali Węgrzy, znajduje się w tym mieście 14 placów oraz ulic noszących jego imię. Czyli chodząc dużo po mieście, być może stąpaliśmy po jednej z nich.

Ciąg dalszy jutro