Unser Buch

Im August dieses Jahres sind 61 Jahre vergangen seitdem man die Berliner Mauer errichtet hat.
28 Jahre später, am 9. November fiel sie.

Polinnen über die Berliner Mauer

Im Dezember 2020 haben Freunde von polnischer Aktivistin und Autorin, Joanna Trümner (1958-2020) beschlossen, ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren.

Elżbieta Kargol und Joanna Trümner, zwei Autorinnen, die schon lange für diesen Blog (ewamaria.blog) schrieben, beschlossen schon 2019, mehrere Texte unter dem Titel »Vor 30 Jahren fiel die Mauer« zum Blog zu bringen.

Sie bereiteten diese Beiträge seit Mitte 2019 vor als ihr gemeinsames Werk, obwohl zuerst war es öfter so, dass Joanna Texte schrieb und Ela Fotos machte. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches vervollständigte die Publikation Krystyna Koziewicz.

Die Texte und somit das Buch sind (eigentlich selbstverständlich) auf Polnisch entstanden – es waren doch alle Polinnen, diese Frauen, die sich das ganze ausgedacht und beschrieben haben. Auch die Gruppe, die sich zusammen getan hat, um das Buch herauszugeben, war lediglich weiblich.

Im Januar 2020, als das Buch auf Polnisch fertig war, organisierte Ewa Maria Slaska, eine polnische Bloggerin und Redakteurin des Buches, eine Spendenaktion über die Plattform GoFundMe. Die Ergebnisse dieser Aktion übertrafen alle Erwartungen. Es hat sich soviel Geld angesammelt, dass man Entscheidung getroffen hat, all die Texte ins Deutsche übersetzen zu lassen, um das Buch auch auf Deutsch herauszugeben. Die Übersetzung übernahmen zwei weitere Polinnen – Dorota Cygan und Elżbieta Jagiełło. Diese einmalige Frauenriege wurde erst an der Finale durch einen Mann noch, einen Dichter und Grafiker, K. Łamarz unterstützt, der den Satz und Layout vorbereitet und diesen wunderbaren Umschlag entworfen hat, mit dem Bild von Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers).

Wir laden ein! Zapraszamy!

PS. 1. Zbigniew Milewicz und ich (Ewa Maria Slaska) haben an diesem Abend auch Texte über New York gelesen, Fragmente eines anderen Buchprojekts.

PS. 2 Auf dem Bild: Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers)

Wspomnienia o Maryli 15

Magdalena Ciechomska

Ciągle w biegu

Obserwując Marylę, wtedy gdy przebywała z nami, zauważyłam, że zawsze była bardzo aktywna. Nie lubiła bezczynności. Zdecydowanie preferowała te prace i zajęcia, w których widziała jakiś cel i sens. Gdy po ślubie z Tadeuszem zamieszkaliśmy razem, pracowała dla podziemnej Solidarności Regionu Mazowsze. W jej pokoju stała duża, elektryczna maszyna do pisania. W tamtych latach nikt prywatnie nie mógł posiadać takiego sprzętu, jego obecność w domu była dowodem, że należy się do antykomunistycznego podziemia. Nasz mokotowski dom, wolnostojący, w dużym ogrodzie był dość bezpiecznym miejscem. Otaczające go drzewa skutecznie tłumiły charakterystyczny, dość głośny warkot maszyny. Oczywiście, trzeba było uważać na osoby, które nas odwiedzały, żeby nikt niepowołany tej maszyny nie zobaczył. W tym czasie Maryla zajmowała się również tłumaczeniem list dialogowych do filmów niemieckojęzycznych. Współpracowała z Romanem Gutkiem. Jednocześnie aktywnie angażowała się w działalność powstającego wówczas w Polsce ruchu feministycznego.

Coraz bardziej rozczarowana życiem w kraju, nawet po przełomie roku 1989, coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby wyjechać za granicę. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Berlina Zachodniego, przyjęła ją z jednej strony z radością, z drugiej – dużo mniejszy entuzjazm okazywała wobec perspektywy czekającej tam pracy w tzw. „sprzątalnictwie”. To akurat nie było jej ulubione zajęcie. Twierdziła, że demotywuje ją konieczność ciągłego powtarzania czynności porządkowych: odkurzania, zamiatania, zmywania. Wszak wszystko ciągle na nowo się brudzi i całą pracę trzeba zaczynać od początku. Musiała jednak pójść w tym przypadku sama ze sobą na kompromis, na starcie w Berlinie praca sprzątaczki była dla Polek bez wątpienia jedną z najbardziej atrakcyjnych. Maryla traktowała ją jako nielubianą, ale konieczną, jednocześnie uparcie dążyła do realizacji swoich ambicji zawodowych oraz ustabilizowania się w nowym kraju, w którym postanowiła zostać.

W latach 90 rozpoczęła studia na wydziale nauk politycznych na berlińskim Uniwersytecie Technicznym, jednocześnie pisała książkę Od matriarchatu do feminizmu, wydaną w Polsce w 1996 roku. Żeby się utrzymać, przez jakieś dziesięć lat od przybycia do Berlina pracowała fizycznie jako sprzątaczka, dopiero po tym czasie znalazła pracę w kartotece szpitala neurologicznego. Zdobyła uprawnienia tłumacza przysięgłego na terenie Niemiec. A w międzyczasie były jeszcze konferencje feministyczne organizowane w Polsce i w Berlinie. No i oczywiście praca we Fraueninitiatiwe Berlin -Warschau.

Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zawsze przywoziła ze sobą jakieś teksty do tłumaczenia. Komputer stale był włączony. Jeśli akurat nie wybierała się na spotkanie ze znajomymi ani nie jechała do cioci , do Grójca, pracowała nad zleconym tekstem. Schodziła do nas na dół, żeby porozmawiać, gdy siedzieliśmy w kuchni, przy śniadaniu lub kolacji, przysiadała na chwilę, czasem wpadała z czymś zabawnym, co koniecznie musiała nam opowiedzieć i zaraz biegła do swoich zajęć, rzucając na odchodnym: „później pogadamy”…

Jakby się bała, że zabraknie jej czasu. Latem przyjeżdżała jako pilot wycieczek, z którymi zwiedzała Polskę. Mieszkała wówczas ze swoją grupą w hotelu na Powiślu, a do domu zaglądała w przelocie. Jeśli pobyt w warszawskim domu był nieco dłuższy, zawsze uzupełniała coś w urządzeniu mieszkania. Jej ostatni pobyt, to był grudzień 2018 roku. Przyjechała dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Oprócz przygotowań do świąt, co było żelaznym punktem programu, zaplanowała wyjazd do Grójca, by odwiedzić kilka starszych pań, znajomych cioci zmarłej przed rokiem. Zawiozła im w prezencie świąteczne słodycze. A potem umówiła się z naszym znajomym, żeby zamontował dwie nowe lampy w jej łazience. I upiekła ciasta na święta.

Wspomnieniem z tamtego czasu jest też wspólny wieczór w Klubokawiarni Życie Jest Fajne, miejscu pracy dorosłych osób z autyzmem, gdzie pracował nasz syn. Było to przedświąteczne, opłatkowe spotkanie ekipy kawiarnianej, rodziców i znajomych. Przyszło mnóstwo ludzi, każdy przyniósł jakieś bożonarodzeniowe smakołyki. W kawiarni tłum, stoły pełne smacznego jedzenia. I dużo bardzo pozytywnej energii. Maryla zadowolona próbowała wszystkiego. Była już po operacji, nie mogła zjeść wiele na raz, ale zabrała sobie do domu kilka porcji łakoci. Siedzieliśmy w kącie razem z Marylą, jej przyjaciółką Ewą Karbowską i mężem Ewy, Maciejem. Panował nastrój radości i optymizmu. Patrzyłam na Marylę i cieszyłam się, widząc, że mimo choroby jest tak pełna energii. I pamiętam, jak dzieliliśmy się opłatkiem, już w domu, podczas Wigilii.

I ostatni raz, gdy Maryla, wychodząc na pociąg, w drzwiach rzuciła mi, jak zwykle: „To na razie…”

Zróbmy to zatem sami

Christine Ziegler

Dann machen wir’s halt selbst – 40 Jahre selbstorganisierte Räume in Berlin

Herzliche Einladung zur Eröffnung am
Do., 28.08.2021 | 19 Uhr

Mit: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Eröffnung Donnerstag, 26. August, 19 Uhr

Ausstellungsdauer: 27. August bis 12. Dezember 2021

Öffnungszeiten: Di-Do 12 – 18 Uhr / Fr – So 10 – 20 Uhr

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Bitte beachten Sie die aktuellen Covid-19 Regelungen.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

In selbstverwalteten Initiativen drücken wir unsere Wünsche und Hoffnungen auf eine Stadt für alle aus. Fünf selbstorganisierte Projekte blicken zurück auf ihre bewegte, manchmal auch noch sehr junge, Geschichte, auf interne Konflikte und die gesellschaftlichen Kämpfe, in denen sie sich positionieren. Mit “Dann machen wir’s halt selbst” fragen wir in Form einer Ausstellung, wie in dieser ökonomisch unter Druck geratenen Stadt selbstorganisierte Räume politische Möglichkeiten offenhalten.

Projektgruppe “Dann machen wir’s halt selbst”: Heike Böziger, Barbara Bohl, Anke Peterssen, Hermann Schlegel, Andy Wolff, Christine Ziegler
Kuratiert von: Inga Zimprich
Websitegestaltung: Judith Fehlau
Ausmalbilder von: Burcu Türker
Ausstellungsdesign: Inga Zimprich

“Dann machen wir’s halt selbst” wird unterstützt von Stiftung Menschenwürde und Arbeitswelt, Senatsverwaltung für Kultur und Europa Berlin, Bezirk Friedrichshain-Kreuzberg.

****

We’ll do it ourselves, then

– 40 years of self-organised spaces in Berlin

With: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Opening: 26 August, 7pm
Exhibition duration: 27 August – 12 December 2021
Opening hours: Tue – Thu, 12 – 6pm / Fri – Sun, 10 – 8pm

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Please note the current Covid-19 regulations.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

In taking part in self-organised projects, we express our wishes and our hopes for a city belonging to all. Here five self-managed projects look back on their eventful, sometimes still very young, histories, on internal conflicts, and on the social struggles in which they position themselves. With “We’ll do it ourselves, then” we ask, in the form of an exhibition, how self-organised spaces keep political possibilities alive in a city under huge economic pressure.

*****

Zróbmy to zatem sami

– 40 lat samorządnych przestrzeni w Berlinie

Pięć projektów: Casa Kuà, HeileHaus, Kinderbauernhof am Mauerplatz, Regenbogenfabrik, Schokofabrik

Otwarcie: 26 sierpnia o godzinie 19
Czas ekspozycji: 27 sierpnia – 12 grudnia 2021
Godziny zwiedzania: Wt – Czw, 12 – 18 / Pią – Nie, 10 – 20

www.dann-machen-wir-es-selbst.org

Prosimy o przestrzeganie aktualnie obowiązujących przepisów Covid-19.

FHXB Friedrichshain-Kreuzberg Museum
Adalbertstr. 95a
10999 Berlin
fhxb-museum.de

Biorąc udział w samorządnych projektach, dawaliśmy wyraz naszym potrzebom i nadziejom, że nasze miasto należy do wszystkich. Pięć takich samozarządzających się projektów ocenia swoją pełną wydarzeń historię, niekiedy całkiem niedawną, w której pomiędzy konfliktem wewnątrz grupy, a walką o realizację celów społecznych, kształtuje się ich osobowość. Poprzez wystawę “Zróbmy to zatem sami” próbujemy zastanowić się nad pytaniem, jak samorządne zarządzanie przestrzenią może wspierać politykę komunalną w mieście w czasach silnych nacisków ekonomicznych.

Instagram   Facebook   Twitter   Unser Blog

Chodzenie po mieście

Ela Kargol

Berlin, Rüdesheimer Platz, „Niech żyje wolność! wiwat wino!”

Rüdesheimer Platz, jedno z najurokliwszych miejsc w Berlinie, ukwiecone w wiadomych porach roku, zazielenione krzewami i drzewami, które w upalne dni roztaczają cień nad siedzącymi na ławkach. Ławki od rana są już zajęte, a to przez właścicieli psów, których czworonogi biegają po jeszcze dość pustym placu, przez rodziców z wózkami, których pociechy budzą ich skoro świt. Sama kiedyś do nich należałam. Przychodziłam tu z wózkiem w miesiącach letnich jako pierwsza o 6 rano. Są też tacy, którzy skracają sobie drogę przez plac, nie zauważając jego piękna, nie słyszą świergotu ptaków ani szumu fontanny Zygfryda, nie czują zapachu róż. Potem przychodzą staruszkowie, tacy jak ja po 60-tce i starsi. Jak znajdą wolną ławkę, to przysiądą. Ci samotni wyjmą książkę, gazetę, zaczną czytać, co jakiś czas podnosząc głowę znad tekstu, ciekawi życia na placu. Niesamotni siadają, czasem rozmowa się klei, czasem milczą z wyboru. Karmią wróble, wiosną kaczki, uśmiechają się do dzieci, zwłaszcza tych najmniejszych, nieporadnych, stawiających pierwsze kroki.
Plac zaczyna się zapełniać, dzieciarnią, której pobliski plac zabaw nie wystarcza, mamami, więcej ich niż ojców, każdy już z kawą w biokubku, z lodem waflu. Wyczulone nozdrza wychwytują zapach pizzy. Obwoźny handel proponuje bułkę z rybą. Gwar tłumi świergot ptaków, gaworzenie dzieci. Plac żyje.

Taras nad Rüdesheimer Platz zaludnia się. Brzęk szkła i wino, które jak w piosence leje się strumieniami od zawsze, a na pewno od ponad 50 lat. Przyjeżdżają winiarze znad Renu, przywożą wino i śpiew, a my lubimy biesiadować i po drugim kieliszku cytujemy Fausta Goethe’go: „Niech żyje wolność! wiwat wino!”
Tych, którym miejsc zabraknie na górnym tarasie przy wyszynku wina, zaprasza plac, i choć ławki już zajęte, to wielu przynosi swoje meble turystyczne, można przysiąść na murku, na bruku, na poduszce przyniesionej z domu, otworzyć swoje wino i wyłożyć wiktuały, które do wina dobrze jest przekąsić.

Rheingauviertel to kwartał berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf z głównym i reprezentacyjnym jego placem nazwanym na cześć miasta Rüdesheim nad Renem.

Rheingau to region w Niemczech na prawym brzegu środkowego Renu, region znany z najlepszych winnic i najlepszych, choć nie tylko, rieslingów.

Nazwy ulic i placów w berlińskim Rheingauviertel pochodzą głównie od miast i miejscowości położonych w Rheingau i okolicach: Bingen, Geisenheim, Lorch, Schlangenbad, Wiesbaden… Rüdesheim nad Renem dał nazwę nie tylko placowi, lecz też ulicy, wtedy jeszcze w Wilmersdorfie, od 1920 roku w Wielkim Berlinie. Tak również nazywa się stacja metra U3, nawiązująca wystrojem, ornamentami i współczesnymi fotografiami do winogron, winnic i wina.

Georg Haberland, inwestor i dyrektor spółki Terrain-Gesellschaft Berlin-Südwesten zainspirowany ideami architektury angielskiego Landhausstilu, zaplanował i rozplanował z początkiem XX wieku na mapie cały Rüdesheimer Platz.

Otaczać go miały budynki, których fasady miały być zaprojektowane tylko przez jednego architekta Paula Jatzowa w stylu angielskim. Prawdopodobnie również kompozycja placu jest jego dziełem. Okazałe kamienice stoją do dziś, a w miejsce tych, które nie przetrwały wojny, pobudowano podobne. Ich przedogródki pochylają się łagodnym zboczem w kierunku placu, wynosząc tym samym budynki na wyższe i ważniejsze miejsce. Sam plac przechodził różne koleje zagospodarowania, od ogrodów, którymi zajmowali się mieszkańcy „angielskich kamienic” po rabaty ukwiecone raz szczodrzej, innym razem mniej, w zależności od finansowych dotacji.

Nad całym placem góruje Zygfryd, próbujący dosiąść narowistego rumaka, po jego południowej stronie staruszek Ren, po północnej młoda dama Mozela. Alegoria Mozeli przedstawiona jest z winogronami jako najważniejszym jej atrybutem, a staruszek Ren ma przy sobie wiosło, kotwicę i trzciny. Postać Zygfryda wznosi się na stożkowatej sztucznej skale, po której, choć wbrew zakazowi, wspina się dzieciarnia. Na dole tryska woda, tworząc dość duży basen wodny, latem ku uciesze dzieci, wiosną zwabia kacze rodziny. Zygfryd i obie personifikacje rzek są dziełem rzeźbiarza Emila Cauera Młodszego. W czasie wojny rzeźby zostały dość mocno zniszczone, w latach 50 częściowo zrekonstruowane w uproszczonej formie, później kilka razy solidniej odnawiane. Razem z placem i „winnym tarasem“ tworzą całość. Rzeźby Zygfryda, Renu i Mozeli zwrócone są w kierunku placu, odwrócone tyłem do delektujących się winem biesiadników. Kilkaset metrów dalej w prostej linii, na końcu Landauer Straße jest mniejsza fontanna autorstwa tego samego artysty, Emila Cauera Młodszego – Erikabrunnen. Jedną z sześciu dziecięcych figur odlanych w brązie była Erika córka ówczesnego burmistrza Friedenau, dzielnicy graniczącej z Wilmersdorfem, stąd nazwa, Fontanna Eriki. Niestety podczas wojny całkowicie zniszczona, zrekonstruowana została, częściowo zgodnie z oryginałem, w roku 1982 przez artystę Heinza Spilkera.

Sama Landauer Straße jest przedłużeniem architektonicznego ciągu budynków i ogrodów z Rüdesheimer Platz, łączy dzielnice, kiedyś dwa odrębne berlińskie przedmieścia Wilmersdorf z Friedenau. A ponieważ nie jest długą ulicą, warto przejść się z kieliszkiem wina od Zygfryda do Eriki, od jednej fontanny do drugiej.

Właśnie to zrobiłyśmy, rozglądając się wokół, co rusz napełniając nasze szklanki napojem bogów.

My literatki pijemy wino z literatek, jak na literatki przystało, rozcieńczone z wodą mniej lub więcej lub wcale. Jest gitara i śpiew, róże kwitną, dalie, begonie, lato w mieście i święto wina.

In vino veritas, in aqua sanitas!

Chodzenie po mieście. Aleja Słońca

Ela Kargol

Miałam trzy lata, gdy stawiano mur w Berlinie. Nie mam pojęcia, kiedy się o nim dowiedziałam, o murze, że jest i dzieli dużo więcej niż tylko jedno miasto.

Gdy przyjechałam na dobre do Berlina, mur jeszcze pięć lat miał stać, dzielił, straszył, zamykał, utrudniał, wymuszał trudne decyzje, desperackie czyny, ucieczki, pozwalał marzyć o tym co będzie, gdy go już nie będzie.

Od ponad 30 lat go już nie ma. “Upadł”. Miasto go wchłonęło, zatarło po nim ślady. Gdzieniegdzie jeszcze budzi lęk lub zachwyca swoją obecnością albo duplikatem wyprodukowanym dla turystów. Po upadku i euforii zaczęło się scalanie tego, co kiedyś rozdzielono.

W 2019 roku, 30 lat po upadku muru miałyśmy z Joanną Trümner w planie, przejść lub objechać rowerem całą trasę muru, ponad 160 kilometrów. Podczas naszych wycieczek do muru, zmieniałyśmy często początkowe zamiary i szukałyśmy w naszej pamięci wspomnień o nim.

Powstało kilkanaście tekstów, zamieszczonych tu na blogu u naszej “adminki”. Rok później ona i ja wydałyśmy książkę Śladami Muru Berlińskiego. Dołączyła do nas jeszcze Krystyna Koziewicz.


Nie dawało mi spokoju, że nie do wszystkich miejsc dotarłyśmy. Próbuję to nadrabiać.

Gdy córka przeprowadziła się do mieszkania przy Planetenstraße, w berlińskiej dzielnicy Neukölln, krótko zastanawiałam się, po której ona teraz mieszka stronie. Bo dla tych, którzy mur pamiętają, on nadal dzieli, może już nie dosłownie, ale w pamięci, na dzielnice zachodnie i te na wschodzie miasta.
Do Planetenstraße dojeżdża się kolejką miejską. Köllnische Heide była ostatnią stacją w Berlinie Zachodnim i jakoś mi ulżyło, gdy dowiedziałam się, że Helcia zamieszka po tej „właściwej stronie”. Dla córki nie miało to żadnego znaczenia.

Budynek stacji “S-Bahny” po latach nieużywania w czasach rozłąki miasta został odrestaurowany, zmodernizowany i jest stacją pełną życia z przydworcową gastronomią i sprzedawcami handlującymi artykułami pierwszej i niepierwszej potrzeby.

Sonnenalle, ulica największej gwiazdy, bohaterka filmu o tym samym tytule, Aleja Słońca, którą podzielił mur, a wokół niej, po obu stronach dworca Köllnische Heide ulice nazwane od innych planet i gwiazdozbiorów: niepozorny Venusplatz, jeszcze mniejsza Siriusstraße, Jupiterstraße, nawet gwiazdozbiór Delfina ma tu swoją ulicę, tylko ogródki działkowe takie przyziemne i nie sięgają gwiazd, w czym może przeszkadza im drut kolczasty wiszący nad prawie każdym wejściem.

Idąc w kierunku wschodnim ulicą Planet dochodzimy do Heidekampgraben, rowu wodnego, który podczas podziału Niemiec wyznaczał granicę między Berlinem Zachodnim a Wschodnim. Po upadku i otwarciu muru wzdłuż rowu wodnego utworzono zielony korytarz z placami zabaw i rekreacji, mostami i kładkami. To zielone pasmo jest częścią Szlaku Muru Berlińskiego i po 2 – 3 kilometrach przecina Aleję Słońca (Sonnenallee) w miejscu, gdzie ponad 30 lat temu było przejście graniczne. Spacer drogą muru zostawiam na lepsze czasy i lepszą sprawność.

Przy Planetenstraße czekam na autobus w kierunku granicy i przejścia, których już nie ma. Autobus długo nie nadjeżdża, więc przyglądam się rzeźbom, które już znam z widzenia i które mylnie kojarzyłam z bajkową fontanną w pobliskim parku (Märchenbrunnen im Schulenburgpark).

Kiedyś myślałam, że tylko Friedrichshain ma swoją bajkową fontannę.

Rzeźby długo nie dawały mi spokoju, aż w końcu na jednej z nich zauważyłam podpis autora. Arthur Wellmann, zasłużony artysta III Rzeszy, którego rzeźby i pomniki zniknęły z mapy miasta, twórca pierwszego antyżydowskiego pomnika (Fritsch-Denkmal), postawionego w berlińskim Zehlendorfie, niedaleko Mexikoplatz na skwerze bez nazwy i jakichkolwiek śladów. Jego rzeźby tworzone w tzw. Heimatstilu z ludowymi motywami, którymi w 1938 roku upiększał place przed budynkami komunalnymi w Neukölln i Treptow, stoją do dzisiaj. Wdrapują się na nie dzieciaki wszystkich narodowości świata.

https://www.tagesspiegel.de/berlin/bezirke/steglitz-zehlendorf/politik-des-hasses-zehlendorf-im-nationalsozialismus-das-erste-antisemitische-denkmal-deutschlands/9057034.html

Wreszcie przyjeżdża autobus M41, wsiadam, jadę w kierunku Baumschulenstrasse, tam gdzie się kończy Aleja Słońca. Mijam Schulenburgpark po lewej stronie, po prawej kolorowe fasady domów i wypatruję czegokolwiek, co przypominałoby ślad muru, ślad granicy. Krótko przed przystankiem widzę w poprzek asfaltowej jezdni podwójną linię kostek brukowych, umowny znak przebiegu drogi muru. Wysiadam, podchodzę do byłej granicy, do przejścia granicznego, którego nie ma, szukam śladów. Chyba dobrze, że ich nie ma. W 1999, dziesięć lat po upadku muru artystka Heike Ponwitz wygrała konkurs na upamiętnienie tego miejsca. Po obu stronach dwupasmowej ulicy stoją lunety nazwane przez artystkę grafoskopami, mające upamiętniać przejścia graniczne w zamkniętym mieście. Patrząc w lunetę, można odczytać słowo Übergang (przejście), wyryte w soczewkach. Ponieważ zaglądam w te lunety z każdej strony, robię zdjęcia i jeszcze raz zaglądam, starszy przechodzień podchodzi do mnie i mówi: „Pani, tam nic nie ma, to jest do pomiaru prędkości, albo do czegoś innego, ale tam pani nic nie zobaczy.” Wyjaśniam mu, co to jest. On mur pamięta, ale pamiętać nie chce. Było, minęło. Mieszkał i mieszka we wschodniej części miasta. Wracam autobusem M41 do Köllnische Heide. Przypadkowo dowiaduję się do jak ważnej linii autobusowej wsiadłam. M41 ma nawet swoje fejsbukowe strony

https://de.wikipedia.org/wiki/Metrobuslinie_41_(Berlin)

Czekam na tym samym przystanku na inny autobus, żeby pojechać do mostu Chrisa Gueffroy’a (ChrisGueffroyBrücke).

Spoglądam znowu na rzeźby Wellmanna, coraz mniej je lubię.

Chris Gueffroy urodził się siedem lat po budowie muru, urodził się po wschodniej stronie Niemiec, w Pasewalku, w wieku pięciu lat przeprowadził się z matką i bratem do Berlina, wschodniego. Gdyby żył nie miałby swojej ulicy, swojego mostu, pomnika, gdyby żył. Umarł w wieku 21 lat. W tym wieku jest teraz moja córka, ta która mieszka po „właściwej stronie”, tej, na którą chciał się przedostać Chris. Uciekali we dwóch, Chris i kolega, w nocy z 5 na 6 lutego 1989 roku, w pobliżu ogródków działkowych “Harmonie” przez Britzer Verbindungskanal.

Słoneczna aleja była w zasięgu ręki, za kilka miesięcy miał upaść Mur Berliński.

Chris upadł jak Ikar lecąc ku słońcu, zabity 21 strzałami na pasie śmierci.

Mur berliński stał przez 28 lat, dwa miesiące i 28 dni – od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku.

Eine Schlossgeschichte

Brigitte von Ungern-Sternberg

Es ist fertig!

Das Berliner Stadtschloss/Humboldtforum!

Man kann durch die Innenhöfe spazieren und den Stilmix aus Barock und moderner Architektur in Augenschein nehmen. Einige Ausstellungsräume gibt es schon, vor allem mit Berliner Stadtgeschichte. Dort kommen auch Kinder auf ihre Kosten. Vermutlich muss man sich anmelden, um diese Ausstellungen besuchen zu können.

Zum Standort des Stadtschlosses gibt es eine lange Geschichte. Zunächst wollten die Berliner Bürger 1448 den Bau eines Schlosses verhindern. Die Doppelstadt Berlin/Cölln hatte zeitweilig den Status einer Hansestadt und wollte partout nicht die Residenz eines Kurfürsten werden. Deshalb öffneten ‚Wutbürger’ ein Wehr an der Spree und fluteten den Bauplatz, ein Versuch, die Bauarbeiten unmöglich zu machen. Den erhofften Beistand anderer Hansestädte in Brandenburg gab es nicht. Die Berliner konnten sich auf die Dauer gegen den Bauherren, den Kurfürst Friedrich II (genannt ‚Eisenzahn‘), nicht wehren und mussten sich fügen.

Das erste Schloss war ein Renaissancebau, das ersetzt wurde durch den barocken Bau von Adreas Schlüter.

Dieser barocke Nachfolgebau wurde nach dem Zweiten Weltkrieg gesprengt und ein Palast der Republik errichtet für einen neuen Staat, die DDR. Nach der Wiedervereinigung verschwand mit der DDR auch der Palast. Auch das war nicht unumstritten – aber die Befürworter eines kompletten Nachbaus des ‚alten‘ Schlosses von Andreas Schlüter haben gewonnen. Jetzt gibt es im Profil des Stadtpanoramas die neue Kuppel des Stadtschlosses, gekrönt von einem Kreuz – auch dieses ging nicht ohne Diskussion ab. Das Kreuz ist noch nicht zu sehen auf dem Foto mit dem Schloss, das noch im Bau war.

Chodzenie po mieście. Łąka.

Ewa Maria Slaska

Dieser Beitrag begann ich auf Polnisch zu schreiben und er hat sich “selber” (so zu sagen) in einen deutschen Text umgewandelt, er ist also entweder für die, die Slubfurter Sprache mächtig sind, oder die, die sich dem Google Translator anvertrauen können. Oder die, denen es egal ist. Die Bilder sind doch schön und das reicht.

Wpis zaczyna się po polsku, a potem “samoistnie” niejako przechodzi na niemiecki. W razie potrzeby proszę sięgnąć do tłumacza w Google.

  1. Nie kosić
  2. Nie przycinać drzew i krzaków w frymuśne figury
  3. Siać gęsto, żeby nie trzeba było plewić
  4. Mieszać gatunki
  5. Dodawać trawę (albo przeciwnie: Boże broń nie dodawać trawy!)
  6. Nie wyrywać chwastów (nic nie jest chwastem!)
  7. Siać wszędzie i wciąż dosiewać coś nowego, wszędzie coś może wyrosnąć (albo przeciwnie – nigdy nic nie dosiewać! Ale rzeczywiście nigdy nie wiadomo, gdzie co wyrośnie.)
  8. Wykorzystywać balkony i dachy, a także miejsca pod płotami, wokół drzew i w ogóle wszędzie. Nawet jeśli straż miejska przyjedzie i wszystko usunie – zaczynać od nowa, kiedyś wyjdzie na nasze. W Holandii już tak jest – władze Amsterdamu wydały broszurki z instrukcją, jak rozbijać bruk, żeby sadzić kwiaty. Jeszcze będzie przyjemnie.
  9. Zbierać nasiona i robić własne mieszanki na następny rok
  10. Podlewać
  11. Pluć pestkami owoców po okolicy
  12. Siać i sadzić rodzime gatunki, pamiętając jednak, że klimat się zmienia, czyli to co 50 lat temu nie było rodzime, teraz może bujnie rosnąć i owocować, np. kiwi, aby z egzotycznego przybysza stać się rośliną rodzimą.
  13. Zbierać zioła, jeść kwiaty

Na przełomie tysiącleci ideałem w krajobrazie miejskim Berlina były pojedyncze drzewa i gęste, równo przycinane żywopłoty. Dziś właśnie się porządnie ukorzeniły i mogłyby rosnąć same, gdyby nie to, że przecież trzeba je bez przerwy przycinać. Te żywopłoty odpowiadają hipsterskiej wizji Berlina sprzed 20 – 30 lat. Przeniesiono tu stolicę z Bonn. Upadł komunizm i zaczęła się globalizacja. Do władzy doszło nowe pokolenie, ci, którzy wyrastali z komputerami od młodości, byli pewni siebie, trzymali ręce w kieszeniach (albo co najmniej jedną rękę), nawet podczas spotkań na najwyższym szczeblu, pouczali nas, jak zorganizować świat, a mówiąc do nas, żuli gumę. Pojedyncze okiełznane drzewa i przymuszone do rygoru żywopłoty bardzo dobrze odpowiadały temu, co myśleli o urządzaniu świata mężczyźni w garniturach od Armaniego. Kobiety dopiero nadciągały i jeszcze nie wiadomo było, jak będą wyglądały te, które przebiją się przez szklany sufit. Na początku miały jeszcze fryzury prosto od fryzjera i szare lub czarne garnitury. Gdy ich marynarki zrobiły się kolorowe jak katalog farb, a włosy urosły i rozwiewały się na wietrze, zmieniła się też zieleń w Berlinie. Charakteryzują ją przede wszystkim chwasty i łąki.

Jeśli myślimy, że to my wymyśliliśmy kolorowe łąki w mieście, to teraz Was pouczę. Łąki w mieście wymyślił ogrodnik miejski pewnego niemieckiego miasteczka i teraz te łąki się tak nazywają. “Lato w Mössinger”.

Der Begriff Mössinger Sommer dürfte den Blumenliebhabern bekannt sein. Der Name setzt sich zum einen aus der Stadt Mössingen um zum anderen aus der Geschichte dieses Ortes zusammen. Mössingen selbst wird mit seinen etwas mehr als 20.000 Einwohnern als große Kreisstadt gelistet und liegt in der mittleren schwäbischen Alb ca. 15 km südlich der Kreisstadt Tübingen. Der ehemalige Stadtgärtner Dieter Felger hat in der Stadt Mössingen damit begonnen, Abstandsgrün bzw. Verkehrsgrünflächen mit diesen Blumenmischungen zu bestreuen. Innerhalb kurzer Zeit wurden diese künstlich erschaffenen Blumenwiesen schnell von den Anwohnen, aber vor allem überregional bekannt, sodass in den Folgejahren sich die Stadt Mössingen zu einer wahren Blumenstadt entwickelt hat. Jedes Jahr hat die Stadt eine Vielzahl an Besuchern zu verzeichnen, die ausschließlich wegen der Blütenvielfalt sich auf den Weg zur Stadt Mössingen aufgemacht haben. Neben den ursprünglichen Grünflächen besitzen diese Blumenwiesen einige Vorteile. Zum einen werten diese Mössinger Sommer Blumenwiesen die örtlichen Gegebenheiten optisch deutlich auf und zum anderen hinterlässt die große Vielfalt von mehr als 30 verschiedenen Blumenarten auch in der Natur sichtbare Veränderungen. Diverse Imker haben sich unter anderem in der Region niedergelassen, um sicherzustellen, dass ihre Bienen hochwertigen Honig produzieren. Die teilweise stark tragenden Blütenpollen sind für viele Bienen und Hummeln ein ideales Reservoir an Blütennektar. Neben diesen Insekten sind zur Blütezeit über mehrere Monate hinweg massiv Schmetterlinge zu entdecken und das selbst in dicht besiedelten Wohngegenden. Insgesamt konnte die Stadt Mössingen mit dem Produkt Mössinger Sommer einen Verkaufserfolg erzielen der seines gleichen sucht.

Na, schön, oder? Wollen Sie sich dies bestellen? Bitte sehr, HIER geht es zu eigener Mössinger Wiese.

In der letzten 20 Jahren “verwieste” sich Berlin massiv und zwar in zwei Richtungen – eine Naturwiese und die Mössinger Wiese. Naturwiese (es kann auch eine “Wasserwiese” sein) sieht ungefähr so aus:

Naturwiesen sehen nicht besonders anziehend aus, sind aber “Natur”, die Farbwiesen sind dagegen meistens eine künstliche Mischung, die oft sogar exotische Pflanzen beinhaltet, ist aber als Farbtupfen viel “schöner” und sieht so aus:

Ciekawe jak to jest, że natura jest “brzydsza” niż kolorowa kwietna łąka.

I odpowiedź: bo jest naturalna. Tym samym wracamy do języka polskiego i do jeszcze prostszej porady, jak stworzyć łąkę w mieście:

Robert Maślak

Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwietnych. Kasa krąży, firmy zarabiają, a płacą mieszkańcy. Wysiewane gatunki często nie są dostosowane do siedliska i o taką łąkę trzeba stale dbać lub szybko kończy ona żywot. Zanim wydasz pieniądze na łąkę kwietną, sprawdź, czy nie utworzy się ona sama, za darmo.

Często łąki kwietne i to dostosowane do warunków, rosną całkowicie za darmo i są praktycznie bezobsługowe. Wystarczy zaprzestać obsesyjnego koszenia – robić to raz w roku w drugiej połowie lata lub jesienią. Trzeba podkreślić, że często koszony trawnik jest biologicznie niemal martwy, mało przydatny dla owadów i innych zwierząt, których liczebność bardzo spada. Czasem zakładane łąki się sprawdzają, tu pozytywny przykład z Wrocławia. Łąka kwietna na pl. Społecznym przed Urzędem Wojewódzkim co prawda zostala założona specjalnie, ale żyje już wlasnym życiem i stopniowo zmienia swój skład gatunkowy na bardziej dostosowany do siedliska. Wszystko bez kosztów na koszenie i bez zatrucia powietrza. Mnóstwo gatunków, od żółtej dziewanny przez czerwone maki i białe krwawniki, do niebieskiego żmijowca i jasieńca. Moja rada dla miast, spółdzielni i wszystkich, którzy chcą mieć łąki kwietne – nie wykaszajcie trawników przez 1-3 lata, zobaczcie czy łąka kwietna nie utworzyła się tam sama i dopiero wtedy decydujcie o dosianiu tam łąkowych roślin kwitnących.

Bal u Salomona, czyli

Ewa Maria Slaska

90 lat temu w Berlinie

1 czerwca 1930 roku Konstanty Ildefons Gałczyński poślubił Natalię Awałow, w rok później, też w czerwcu, oboje wyjechali do Berlina, gdzie Konstanty podjął pracę jako referent do spraw kultury w Konsulacie Generalnym RP. Pobyt potrwał do połowy kwietnia 1933 roku. Poeta i jego żona zwiedzali Berlin i Niemcy, wyjeżdżali do Danii, Szwajcarii i Kopenhagi, chodzili na koncerty i do muzeów, do kabaretów i bibliotek. Konstanty Ildefons uczył się niemieckiego i łaciny, czytał Fausta i Wyznania świętego Augustyna, ale męczyło go urzędowanie, czy raczej urzędniczenie, i czuł, że traci wenę poetycką. Wtedy Natalia pewnego pięknego dnia w 1931 roku, przypomniała mu jego dawny sen, który jej kiedyś opowiedział.

Śniło mu się, że zaproszony został na bal do króla Salomona. Jednak gospodarz nigdy się na tym balu nie pojawił. Goście nie doczekali okazji, by zadać mu ważne, filozoficzne pytania. Poeta śnił, że goście tańczą śniąc i śnią, że tańczą.

Była, tak chce legenda, sobota wieczorem, gdy “srebrna Natalia” opowiedziała mężowi jego sen. Poeta wstał, wyszedł do swojego gabinetu i opuścił go dopiero w poniedziałek rano z gotowym poematem. Będzie potem twierdził, a krytycy się z tym zgadzają, że pisał w „strumieniu natchnienia”, co przypomina inne terminy obowiązujące w teorii literatury XX wieku, a przede wszystkim Joyce’owski „strumień świadomości”. To najbardziej niezwykły utwór KIG i bardzo niezwykłe dzieło w historii polskiej literatury. Oniryczne, nielogiczne, tajemnicze. Piękne.

Okazuje się, że w sieci nie ma ani tekstu ani recytacji tego niezwykłego poematu. Tu znaleziony fragment, a resztę musicie sobie kochane Czytelniczki i kochani Czytelnicy przeczytać sami w starej, dobrej, poczciwej formie, czyli książce:

Bal u Salomona (fragment)

Yayoi Kusama

Yayoi Kusama in Berlin.

There is allmost no chance to get the ticket, but try. Just try. Try HERE.

It is fantastic. She get you in her crazy world and you remember that journey forever.


Below you see, what she made especially for her exhibition in Gropius House in Berlin.

All fotos made by Konrad.

The exhibition itself is the retrospective of all her famous or less famous works, starting with her drawings from the school time. You had never a possibility to see all these works together.

If you do not get the ticket, just enjoy these fotos.

Chodzenie po mieście. Skok zająca.

Ela Kargol

Hasensprungbrücke i kolonia milionerów, od willi Walthera do willi Walthera

Jest to jeden z najmniejszych mostów w Berlinie, może najmniejszy, bo rozpiętość jego to tylko skok zająca, Hasensprungbrücke, most zajęczego skoku w dosłownym tłumaczeniu, ale nazwa, jak inne nazwy w pobliżu, nie ma nic wspólnego z zającami, lecz z winnicami w Rheingau, regionie Niemiec słynącym z najlepszych winorośli i wspaniałych win. Hasensprung to malownicza ścieżka, lub, jak nazwa głosi – promenada, łącząca Koenigsallee z Winkler Straße w Berlinie, w dzielnicy Grunewald, w dzielnicy bogatych i reprezentacyjnych willi, prześcigających się w przepychu, wielkości i różnorodności stylów architektonicznych. O tej dzielnicy już w trakcie jej powstawania mówiono Millionärskolonie (kolonia milionerów).

Te wytworne wille w Grunewaldzie zawdzięcza Berlin Bismarckowi. Kanclerz po powrocie z Paryża w roku 1871 był tak zachwycony Aleją Pól Elizejskich, że zapragnął zbudować w Berlinie podobną reprezentacyjną aleję. Choć Kurfürstendamm nie była nigdy tak szeroka jak Champs Èlysées, to jednak połączyła centrum miasta z jego obrzeżami czyli z grunewaldzkim lasem, tak jak Pola Elizejskie połączyły środek Paryża z Laskiem Bulońskim.

Ani berliński magistrat, ani nadleśnictwo grunewaldzkie nie było przychylne planom Bismarcka. Jednak żelazny kanclerz pokonał trudności, skutecznie naciągając prawo i przepisy, nie zawsze zgodnie z wolą berlińczyków.

Zaczął się wyrąb lasu, a wyrąbano na ten cel 234 hektary. Już wtedy sprzeciwiano się pomniejszaniu terenów leśnych, a tym tym bardziej wycince drzew pod budowę okazałych willi dla bogaczy. Popularnym stał się szlagier: Im Grunewald ist Holzauktion (https://www.youtube.com/watch?v=yH3tgkZ8yjk).

Rozpoczęto osuszanie bagnistych terenów, w wyniku czego powstały cztery sztuczne jeziora: Hubertussee, Herthasee, Dianasee i Koenigssee. Krajobraz Grunewaldu zmieniał się „na korzyść” dla nabywców i sprzedawców gruntów, parceli z prywatnym dostępem do jezior, z własną przystanią i plażą, często z ogrodem, który mógł mieć wielkość parku.
Grunewald nazwano kolonią milionerów i ze zdziwieniem, zazdrością, pogardą, czy wręcz nienawiścią spoglądano na wille wielkie jak pałace, które powstawały dla fabrykantów, prawników, przedsiębiorców, lekarzy, mecenasów szeroko pojętej sztuki, polityków, wydawców, artystów…, budowane w różnych stylach, przez różnych architektów. Niektórzy właściciele nigdy w nich nie zamieszkali, niektórzy bankrutowali i niedokończone budowle odsprzedawali dalej. Ci, co zamieszkali, prowadzili domy otwarte, organizowali spotkania literackie, wystawy sztuki, koncerty…

Historyk Karl-Heinz Metzger pisze, że świadomi i zaangażowani mieszkańcy Grunewaldu, którzy otworzyli swoje wille i przekształcili je w miejsca spotkań, byli w gruncie rzeczy ustabilizowanym i zasymilowanym żydowskim mieszczaństwem Berlina. Jeśli gdziekolwiek można mówić o niemiecko-żydowskiej symbiozie, to właśnie w kolonii willowej Grunewald.

Z kolei Nicolaus Sombart, urodzony w roku 1923 w Berlinie Grunewald, pisze w swoich wspomnieniach Jugend in Berlin: Bogactwo, którego doświadczyłem, podziwiając cenne zbiory sztuki, uczestnicząc w towarzyskich spotkaniach, obserwując wytworny styl życia, to wszystko działo się w domach żydowskich rodzin, w których bywali moi rodzice i do których ja, jako bystry, przedwcześnie dojrzały chłopiec (…) znalazłem dostęp.

W tej dzielnicy jest dużo kamieni pamięci (Stolpersteine), niektórzy właściciele lub ich spadkobiercy nigdy już nie wrócili do swoich domów. Część budowli zniszczyła wojna, te nie do końca zniszczone wyburzono. Remonty okazałych willi ciągle trwają. Ogromne budynki dzielone są na apartamenty, mieszkania, których ceny normalny śmiertelnik nie jest w stanie zapłacić. Niektóre jeszcze do teraz czekają na inwestorów. Wielkie parcele podzielono na mniejsze, a na nich wybudowano bloki z małymi mieszkaniami lub domki jednorodzinne, nie pasujące do krajobrazu dzielnicy willowej. Częściowo przywrócono dostęp do jezior.
Ostatnio po „willowym spacerze” usiadłyśmy przy Jeziorze Diany i któraś z nas zanuciła: Gdybym był bogaczem Dejdel didel dejdel Digu digu didel, dejdel dum…
Spoglądałyśmy na zupełnie od nowa zbudowaną willę Hansa Ullsteina i zastanawiałyśmy się, czy kiedykolwiek byłoby nas stać na to, aby tutaj zamieszkać, tu, gdzie ceny sł z kosmosu, metraże też. Nie wrócą już czasy kolonii milionerów, tych sprzed ponad stu lat, dla których budowano domy jednorodzinne, nierzadko o powierzchni 1000m². Teraz inni milionerzy mieszkają w Grunewaldzie.

Wróćmy do promenady Hasensprung.

Stoję na na Koenigsallee, moście łączącym Herthasee z Koenigssee. Ulica i jezioro zawdzięczają swoją nazwę bankierowi Feliksowi Koenigsowi, jednemu z założycieli grunewadzkiej kolonii i jednemu z pierwszych jej mieszkańców. Do tej pory mylnie kojarzyłam nazwę ulicy i jeziora z królem, choć przecież po królewsku się tu żyło i mieszkało i tak jest po części do dziś.

Jednym z takich królewskich pałaców jest willa Walthera (Villa Walther), architekta, który uwielbiał łączyć style, był jednym z głównych przedstawicieli eklektyzmu w architekturze. Grunewald zawdzięcza mu wiele reprezentacyjnych willi i kamienic. Willa przy Koenigsallee 20 powstała w latach 1912-13, jest przykładem późno wilhelmińskiej architektury reprezentacyjnej. Z nie udokumentowanych źródeł wynika, że zleceniodawcą tej ogromnej rezydencji był rosyjski arystokrata. Po wybuchu I wojny światowej, zleceniodawca nie był w stanie zapłacić za prace, które architekt Wilhelm Walther wcześniej sfinansował. Wojna i długi doprowadziły architekta do finansowej ruiny. Jak podaje wikipedia, właśnie w tej gigantycznej jednorodzinnej willi Walther odebrał sobie życie. II wojna światowa zniszczyła budynek w 50%, w latach 60 XX wieku były plany jej wyburzenia, ale konserwator zabytków podjął inną decyzję. Niestety dobudowany fragment nie jest tak reprezentacyjny, ani pasujący do waltherowskiej całości, choć w dalszym ciągu jest na czym zawiesić wzrok: na dekoracjach fasady z reliefami, na mozaice szczytowej, na cytatach ze starożytnej klasyki, na rzeźbach od strony jeziora. Hertha, mylnie nazwana germańską boginią, dała nazwę jezioru, które rozpościera się u stóp willi i wąskim kanałem łączy się pod Koenigsallee z jeziorem Koenigsa lub „królewskim”, tak jak królewskie jest wszystko wokół. Przy osuszaniu terenu, wykopywaniu i zakładaniu sztucznych jezior pracowali polscy gastarbajterzy. Nad królewskim jeziorem rósł jeszcze do niedawna buk purpurowy, pomnik przyrody pamiętający polskich robotników, a może przez któregoś z nich posadzony, pamiętający też dawnych mieszkańców, a wśród nich Walthera Rathenaua (1867-1922), Engelberta Humperdincka (1854-1921), Artura „Atze“ Braunera (1918-2019), Liona Feuchtwangera (1884-1958), Gerharta Hauptmanna (1862-1946), Alfreda Kerra (1867-1948) Haralda Juhnke (1929-2005), Maxa Reinhardta (1873-1943), Raoula von Koczalskiego (1884-1948) i wielu innych, ale niestety też Josepha Goebbelsa, Hermanna Göringa, Heinricha Himmlera. Przy powalonym pniu buka wyrastają młode drzewa, może któremuś się z nich uda się dożyc tego wieku, co ich przodek.

Idąc dalej Koenigsallee, w kierunku południowo-zachodnim wzdłuż Jeziora Diany, kolejnej bogini, tym razem łowów, płodności i księżyca, dochodzę do promenady Zajęczego skoku. Na rogu Koenigsallee i Hasensprung mieszkała w latach 60 ubiegłego wieku ceniona poetka i pisarka, Ingeborg Bachmann, podobno w willi Hecht (villa Hecht), której nie mogę dostrzec zza gałęzi wysokich buków, inne źródła podają inny adres, ale na pewno przy Hasensprung.

Most Hasensprung istnieje już od początków istnienia kolonii milionerów. Ponieważ ogrody willowe miały często dostęp do jezior, tym samym utrudniały budowę krótkich połączeń między ulicami, jeziorami, willami, a w tym miejscu aż się o taki skrót prosiło, a więc powstała jednopasmowa droga dla pieszych i furmanek. Skaczące zające, odwrócone w przeciwne strony na betonowych balustradach mostu są dziełem rzeźbiarza Eberharda Encke. Tuż za mostem wchodzimy na Winkler Straße, gdzie ten sam architekt Wilhelm Walther starał się jak mógł, a ja nie mogę wyjść z podziwu i tej pozytywnej zazdrości. O ile dobrze pamiętam w jednej z jego wspaniałych rezydencji przy Winkler Straße przeznaczonej w latach 90 ubiegłego wieku na Dom Seniora zamieszkał jakiś czas nasz sąsiad Martin. Pamiętam jego ogromny pokój z zimowym ogrodem. Cóż, Martin, mimo że wychował się równie w okazałej willi w równie bogatej dzielnicy Berlina Dahlem, wytrzymał w tej senioralnej rezydencji tylko rok. Dom Martina w Dahlem został zbombardowany, on sam jako jeden z niewielu uczniów berlińskiego Arndt Gymnasium wrócił z wojny. W zniszczonej willi Martina ocalały niektóre meble. Martin do końca życia mieszkał w coraz mniejszych wynajętych mieszkaniach, oprócz epizodu w grunewaldzkiej willi Walthera.

PS od Adminki: dopiero wczoraj na wspólnym spacerze (tradycyjnie we trzy – Krysia, Ela i ja), odkryłyśmy, że na poniższej płaskorzeźbie pokazano Centaura i Centaurkę. Bardzo się to nam spodobało, choć na zdjęciu nie bardzo to widać. Ale na spacerze, jak już się wie, to widzi się wyraźnie że i koń, i jego ludzka głowa są po prawej żeńskie, a po lewej męskie.