Barataria 72 Król (“redruk”)

Książkę – z brulionów i notatek autora – wydało w roku 2001 wydawnictwo a5 w Krakowie

Zbigniew Herbert, Król mrówek

CZARNOFIGUROWA WAZA
GARNCARZA EKSEKIASA
                                                                         Josifowi Brodskiemu
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino ku
jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli śpi i nic nie wie
więc my także nie wiemy dokąd płynie z prądami bukowa
łódź lotna

II
BOGOWIE Z ZESZYTÓW SZKOLNYCH

TRIPTOLEMOS

Oto mit dla zmęczonych okrucieństwem świata (bezmyślnym okrucieństwem ludzi i wyrachowanym okrucieństwem bogów), mit płaski jak równina, mit kojący, dlatego narratorzy żądni krwi i intryg omijają go.
Triptolemos był synem Keleosa, króla Eleusis, na którego dworze zatrzymała się Demeter.
Był więc skromnym herosem lokalnym, jednakże jego znaczenie przerosło znacznie ramy Gothy.
Wdzięczna za pomoc, jaką w poszukiwaniu Persefony znalazła w domu Triptolemosa, Demeter wtajemniczyła młodego syna rodziny w rytuał siewu.
I Triptolemos ruszył w świat, i głosił ewangelię siewu, ewangelię zbioru, ewangelię pszenicy, ewangelię żyta, ewangelię owsa. I głosił ewangelię zboża, prowadzony przez świat na rydwanie ciągnionym przez dwa węże.
Zaiste wygląd ludów zbierackich budził litość zmieszaną z obrzydzeniem. Wyobraźmy sobie wielkie stada niechlujnie ubranych włóczęgów obu płci, dzieci, dorosłych i starców, którzy przemierzają obrzeża pralasów, polany i zagajniki, schylają się, szybko wyrywają kępkę traw, podnoszą z ziemi coś lepkiego, wkładają pospiesznie w otwarty łapczywie otwór gębowy, a potem żują z wyrazem skrajnego zniechęcenia.
Ulubionym miejscem popasów zbieraczy były śmietniska natury, owe postrzępione brzegi jarów, bagniska, tajemnicze zapadliny w ziemi, gdzie roiło się od żab, skorpionów i pająków.
T a c y  byli  z b i e r a c z e .


Jestem archeolożką, moją specjalizacją była epoka kamienia. Zajmowali mnie właśnie oni, bo wszyscy wiedzieliśmy (a w każdym razie powinniśmy byli wiedzieć), że ludy epoki kamienia żyły zbieractwem i że łowiectwo było zajęciem ubocznym, a prawdziwe mięso łupem rzadkim, tak rzadkim, że jak się raz udało polowanie na wielkiego zwierza, i już było wiadomo jak, to zaczynało się mordowanie ponad potrzeby i ponad możliwość przechowania tego, co się upolowało. I tak to, właśnie dlatego że mięso było trudne do zdobycia, wybiliśmy do szczętu mamuty i z tego samego powodu zaczęliśmy tworzyć cywilizację i kulturę, a u jej podłoża leżała padlina… Trzeba było bowiem wprowadzić podział pracy, mięso zdobywali ci, którzy umieli je zdobywać, a za użyczenie łupów kazali sobie płacić – seksem, pracą, darami. I tak to się zaczęło.

To jednak tylko wtręt, uwaga na marginesie, prawdziwym tekstem baratarystycznym jest tytułowy…


KRÓL MRÓWEK

Ajakos był synem Zeusa i córki boga rzeki Ajsopos – Eginy. Urodził się na bezludnej wyspie i rósł w lata swoje z niejasnym przekonaniem, że jest władcą tego pustego kawałka ziemi pośród bezmiaru wód – władcą i zarazem wygnańcem. Jak większość
podrzutków, nie domyślał się nawet, kto jest jego ojcem. Zachował natomiast mglistą pamięć o matce i jej imieniem ochrzcił wyspę.
Tak więc na początku było imię, jałowa ziemia i król.
Jedynym zajęciem Ajakosa była solenna bezczynność. Jest to w końcu przywilej, a nawet obowiązek władców – manifestacja zastygłego istnienia, dobrotliwie lub groźnie czuwającej obecności, ale do tego konieczne są jeszcze czyjeś oczy, lustra – w pustce każda hieratyczna fałda, każdy gest, każde władcze spojrzenie obraca się w nicość. Ponieważ nie dane mu były zdolności Robinsona Crusoe, który z takim zapałem i chwalebnym wysiłkiem przerobił cały praktyczny podręcznik cywilizacji, Ajakos wynalazł sobie zatrudnienie pozorne, nazywając je w duchu – królewską inspekcją włości.
Całymi dniami tedy wędrował przez wyspę, pośród spalonych traw, rzadkich krzewów i drzew, nieśmiało bulgocących źródeł, których wody wsiąkały w kamień, ginęły w piasku, jakby na myśl im nie przychodziło, że mogą być początkiem choćby nędznego strumyka. Wegetacja była licha, zwierząt prawie żadnych, poza paroma rodzinami przerażonych zajęcy, natomiast obfitość insektów, całe roje cykad, chrząszczy, mrówek, a ich chitynowe chroboty, skrzypienia, szelesty, odgłosy gramolenia, stanowiły zaledwie nikłą podściółkę tego, co nazywamy symfonią stworzenia.
W jasne noce zwykł był wyprawiać się do małej zatoki i aż do świtu wpatrywał się w sensacyjne Nereidy, tańczące przy schyłkowym trochę blasku księżyca, w stada delfinów i foki wychodzące na brzeg, całe rozkołysane, jakby dźwigały jeszcze na grzbiecie śliską kulę oceanu. Zazdrościł im, zazdrościł nawet ławicom ryb, bowiem jego tęsknota do wspólnoty była nieutulona.
O świcie wracał jeszcze bardziej samotny do swego pałacu – fiołkowego cienia pod dębem – i modlił się do ojca bogów, aby zesłał mu ludzi, i żarliwie przyrzekał, że będzie dla nich dobry i wyrozumiały.
I Zeus ulitował się nad swoim porzuconym synem. Ajakos zobaczył we śnie jak z liści i konarów dębu, pod którym spał, podobne do rudej rosy spadają mrówki i dotknąwszy ziemi przybierają postać ludzką. Kiedy obudził się, na wyspie było rojno. Głosy unosiły się w powietrzu, krzątanina, nawoływania, cudowny rozgardiasz.
Tak więc zamiast jakiejś parki wyskrobanej z Arki Noego, Ajakos otrzymał w darze spory kawał ludzkości, a także trudne do określenia istoty płci obojga, podobne do glonów, przygniecione okresem pokwitania i bezsensem życia, i jeszcze długowłosych młodzieńców, którzy zamiast zająć się czymś pozytywnym, wpatrują się tępo w przestrzeń, co ma oznaczać, że zgłębiają filozofię Dalekiego Wschodu, i jeszcze dorosłych mężczyzn i kobiety o twarzach łagodnych, bez wyrazu, nosach mało klasycznych i grubych członkach, a w końcu starowiny zgnębione reumatyzmem, którym wszystko leci z rąk, i staruszków,
gadatliwych lub posępnych, dla których jedyną przedśmiertną pociechą jest, że świat zwariował na dobre – słowem Ajakos miał ludzkość taką, jaka być powinna, wzorcowo niepoprawną i cudownie pospolitą.


Jeden ze statków, jakie budowali potomkowie Myrmidonów. Ten był zapewne statkiem Odysa, Jazona, bądź Dionizosa, o którym pisze autor w wierszu przytoczonym na początku wpisu; pamiątka z Grecji na ścianie u przyjaciółki moich rodziców.

Pobożny król nazwał nowych mieszkańców wyspy – Myrmidonami, czyli ludem mrówek. Chciał w ten sposób rozsławić dobroć boga i jego cudowną ingerencję. Skąd mógł wiedzieć, że w nazwie tej ukryte jest przeznaczenie?
Naczelnym obowiązkiem dobrego władcy jest poznanie charakteru podwładnych – zalet, wad, osobliwego kształtu ich sposobu myślenia i tęsknot. Przeto Ajakos pilnie obserwował zwyczaje Myrmidonów, starał się dotrzeć do zakamarków zbiorowej świadomości z całą sympatią, wyrozumiałością, ale czasem także ze starannie ukrywanym, pełnym zdziwienia niepokojem.
Myrmidoni posiadali instynktowną zdolność samoorganizacji, i to w stopniu rzadko spotykanym u innych ludów. Zabierali się do swoich czynności spontanicznie, dobrowolnie, na podobieństwo dzieci przystępujących do zabaw. Podział pracy nie nastręczał żadnych trudności, a przy tym obywało się bez nadzorców, poganiaczy, inspektorów, bez jakiejkolwiek hierarchii i najmniejszych śladów administracji. Po prostu pracowali zgodnie od świtu do nocy, z pewną protestancką przesadą, w natchnieniu, nie licząc na zachwyty czy pochwały.
Historycy cywilizacji, etnolodzy, strukturaliści, skrzętnie omijają temat Myrmidonów, ponieważ nie mieści się on w ich prostych, trójkowych schematach. W przypadku tego osobliwego ludu, wygnanego z podręczników naukowych, rozpraw doktorskich, międzynarodowych seminariów, nie bardzo wiadomo, co było
sacrum, a co profanum, górą – dołem, dobrem – złem, i w jaki sposób teza, zawsze walcząca zaciekle z antytezą, mogła być uwieńczona na koniec zbawczą syntezą.
To prawda, Myrmidoni nie odznaczali się ani dociekliwością, ani nadmiarem wyobraźni. Religia – o dziwo monoteistyczna – sprowadzała się do staropelazgijskiego kultu Matki-Kozy. W dziedzinie moralności zatrzymali się jakby w samym środku, między wybujałością cnót a grząskim bagnem występku. Obcy im był uświęcony tradycją sposób załatwiania sporów z bliźnim-bratem naszym za pomocą metodycznego uderzania kamieniem w czaszkę, a także kradzież, fałszywe świadectwo, obmowa. Cudzołóstwo zdarzało się tylko osobom cierpiącym na okresowy zanik pamięci.
Myrmidoni odrzucili zdecydowanie wszystkie style architektury. Budowali swoje osady pod ziemią i składały się one
z zawiłego systemu korytarzy, mrocznych placów i komór mieszkalnych. Miało to swoje zalety: straż pożarna była zbędna, środowisko naturalne zachowane. Ale nade wszystko wychwalano głośno uroki podziemnego klimatu, miły chłód, niezależność od kaprysów aury i krzepiący sen pod władzą korzeni, sen bez gwiezdnych proroctw i koszmarów, sen wypełniony szczelnie iłem, gliną i piaskiem. Psychicznie zrównoważeni, w ciągu ich długich dziejów trudno spotkać choćby jednego osobnika tkniętego na przykład lekką manią religijną.
O metodach pracy Myrmidonów nauka milczy, a przecież są one godne uwagi, odbiegające od znanych wzorców, na wskroś samorodne. Otóż Myrmidoni całą swoją ufność pokładali w rękodziele, w sensie dosłownym, bowiem odrzucili pociechę narzędzi, dobrodziejstwo koła, bloku, prostej dźwigni. Uzbrojeni tylko w zaostrzone drągi i patyki, uprawiali ubogie poletka i ogródki warzywne, a bezlitosne słońce niszczyło owoce znoju. Pracowali przy budowie dróg i kanałów, zasypywanych stale przez piasek, spędzali utrudzone miesiące na wieczystym remoncie swoich podziemnych osad, które waliły się im na głowę.
Przerzucenie kładki (dla średnio wykształconego bobra znaczy tyle co zjedzenie śniadania) dla Myrmidonów było gigantycznym przedsięwzięciem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Trzy księżniczki baktryjskie na wystawie Documenta w Kassel

Nigdy jednak nie tracili zapału, energii i dobrego samopoczucia. Postęp – ta zdradziecka siła, pchająca ludzkość do ryzykownych ekstrawagancji – cierpiał na tym, za to zatrudnienie, dające poczucie bezpieczeństwa, było pełne.
Pracowali zawsze razem i zawsze było ich jakby za dużo. Mocowali się z oporną materią i choć wyniki były mało imponujące, nie można było oderwać oczu od tych napiętych mięśni, pochylonych pleców, żywych rąk, walczących z bezduszną masą. Efekty akustyczne, towarzyszące tym zmaganiom, godne były najwyższego podziwu. Gromkie, junackie pohukiwania, wzajemne, śpiewne ponaglanie, rytmiczne dźwięki wydobywane z głębi płuc, okrzyki tryumfu i porażki – skła
dały się na kantatę o rzadkiej piękności. Przy pracujących gromadzili się zawsze bezzębni starcy, powiększając i tak już spory zamęt, żywo komentując wyczyny zespołów roboczych, udzielając głośno rad i surowych nagan.
Tacy byli Myrmidoni.
Los Ajakosa godny był zazdrości. Kochali go bogowie i poddani. Mogło się zdawać, że idylle wyśnione przez marzyciela Platona i marzyciela Włodzimierza Iljicza – ziściły się w kształcie doskonałym, a przy tym ugruntowane były nie na teorii czy przekonaniach, które są przecież zmienne, ale na trwałym fundamencie genetyki.
W głowie króla kiełkowały idee nowe, niemal rewolucyjne. Pragnął obdarzyć swój lud autonomią, a potem wolno przekazywać mu różne sfery władzy, by na koniec ograniczyć swoje funkcje do reprezentacji, wygłaszania okolicznościowych kazań i zaklinania deszczu. I tu natrafił na opór Myrmidonów – bierny i zdecydowany – którzy zasłaniali się tym, że mają dosyć własnych, domowych zajęć. Także tytuły – rzecz niekosztowna, a tak na ogół pożądana – jakimi chciał obdarzyć niektórych obywateli, co mogło doprowadzić do wykształcenia arystokracji rodowej i z kolei płodnych napięć społecznych – nie wzbudziły entuzjazmu. Król nadal rezydował pod dębem, więc tytuł szambelana dworu oznaczał tyle, co – szambelan cienia.
Ajakos z racji sprawowanych funkcji, a także usposobienia, był konserwatystą, ale konserwatystą oświeconym, i zdawał sobie sprawę, że niezmącona harmonia między władcą a poddanymi jest sprzeczna z prawami natury, należy zatem wyjść naprzeciw nieuchronnym przemianom, a nawet wywabić je z ciemnych zakamarków losu, aby potem tym łatwiej oswoić. Zabrał się tedy do ostrożnych reform, poczynając od tego, co nie jest ani bazą, ani nadbudową (według genialnej dystynkcji uczonego Jotwuesa), to znaczy od innowacji językowych.
W upalny lipcowy dzień odbył się uroczysty wiec wszystkich mieszkańców, na którym król ogłosił, że odtąd Egina
po wieczne czasy nazywać się będzie, na cześć dzielnych obywateli – Myrmidonią. Pragnął w ten sposób obudzić uśpione poczucie odrębności narodowej, dumy, wyzwolić tę niepojętą skłonność człowieka do wywyższania się nad innych z przyczyn raczej błahych: miejsca urodzenia, pigmentacji skóry, kształtu nosa. Ustanowił także, że główna droga, ściślej mówiąc ścieżka, biegnąca środkiem wyspy, będzie nosić miano Prospektu Zwycięstwa.
Myrmidoni przyjęli zarządzenia spokojnie, kiwali głowami. Ale wszystko zostało jak dawniej, po staremu. Potulni mieszkańcy, nie zdając sobie z tego sprawy, w sporze o uniwersalia zajęliby stanowisko tych, którzy głosili, że pojęcia ogólne są w rzeczach, a nie bujają groźną chmurą ponad rzeczami. Takie było ich prostactwo.
Pedagogia społeczna, jak każda pedagogia, zakłada gradację, przechodzenie od stopni łatwiejszych ku trudniejszym, i Ajakos po pierwszej porażce przystąpił do następnego etapu edukacji narodowej. Aby przygotować swych upartych prowincjuszy do spotkania z innymi ludami, ogłosił, że wkrótce na wyspie odbędą się Międzynarodowe Targi.
I rzeczywiście zjechało się do Eginy sporo kupców, głównie z Krety. Myrmidoni wystawili to, co mieli najlepszego: patyki do uprawiania roli, łapcie z kory, zgrzebne płaszcze, gliniane garnki bez ozdób, konopne sznurki z węzełkami, które tutaj uchodziły za biżuterię. Natomiast goście błysnęli oszałamiającym bogactwem eksponatów, bo i przysłowiowe paciorki, i perkaliki, nowe, automatyczne modele sochy, przedmioty do uśmiercania zwierząt i ludzi, wisiorki, zausznice, diademy z piór, a także towary, których przeznaczenia mieszkańcy Eginy nawet się nie domyślali. Oglądano to wszystko bez większego zainteresowania, instynkt konsumpcyjny nie drgnął, a już skandalem był zupełny brak zrozumienia dla artykułów, jakie wszędzie cieszyły się ogromnym wzięciem, a mianowicie dla dzbanów, amfor i kraterów, na których najlepsi malarze tego okresu przed
stawiali bogów, zwierzęta i ludzi w sytuacjach intymnych, oddanych przy tym z drobiazgowym realizmem.

No tak…

Wkrótce po wizycie kupców, która skończyła się fiaskiem, odkryto przypadkowo na wyspie bogate złoża srebra. Ajakos w lot pojął, że jest to dar bogów, który pozwoli wydobyć Eginę z zacofania, umożliwi przeskok od prymitywnej gospodarki wymiennej do wymiany pieniężnej, rozbudzi namiętność posiadania – i podzieli wreszcie monotonnie jednorodnych mieszkańców na opasłych i chudych, bogatych i nędzarzy. Ale niepoprawni Myrmidoni tłukli cenny kruszec na kamieniach, zmieniając go w proszek, którym wysypywali korytarze swoich podziemnych siedzib.
Król nie zrażał się przeciwnościami. Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść. Ajakos wiedział, że uszczęśliwianie zakłada ruch, dążenie, wspinanie się w górę. Nie wiedział jednak, że postęp, żeby użyć tego złowróżbnego słowa, jest tylko obrazem, nie gorszym i nie lepszym od innych majaków wyobraźni. Myrmidoni natomiast, pozbawieni wyobraźni, nigdy nie wyrażając swoich myśli (tym mocniejsze mieli swoje przekonania), wiedzieli na pewno, że życie jest kołem, które spina śmierć. Jest tedy zamknięte, a nie otwarte, jednostkowe, nie ogólne, mieści się dokładnie w granicach każdego ciała – ludzi, owadów, drzew. Zatem bardziej naturalne są bose stopy drepczące w kółko, niż marsz za przeraźliwym olbrzymem kroczącym tryumfalnie naprzód, ku celom ukrytym za horyzontem, po linii prostej, wyprowadzonej z nicości i zmierzającej ku lepszej, promiennej nicości.
Po nieudanych eksperymentach w sferze bazy i języka, Ajakos postanowił zaatakować problem żenującej apatii swoich poddanych od strony nadbudowy. Poziom umysłowy przeciętnego Myrmidona pozostawiał istotnie wiele do życzenia. Ani nauka, ani choćby teologia, nie pociągały nikogo. Brali świat takim, jaki jest (naiwny realizm), a zadawanie mu pytań uważali za stratę czasu.
Ajakos zaczął sprowadzać na wyspę najwybitniejszych filozofów z kontynentu, którzy mieli mówić o wszystkim, co im przyjdzie do głowy, zupełnie tak, jak to się dzieje obecnie na uniwersytetach zachodniej hemisfery. Impreza zakrojona była na ogromną skalę, trwać miała lata całe, a uczestnictwo obywateli było obowiązkowe, nie wyłączając kobiet, dzieci i osesków.
Tym razem inicjatywa władcy znalazła odzew, który przeszedł wszelkie oczekiwania i napełnił królewskie serce bezmierną radością. Myrmidoni walili na wykłady tłumnie i bez specjalnej zachęty nawet. Siadali wielkim półkolem wokół mówcy, przymykali oczy, niektórzy otwierali usta, inni opierali głowy na ręku, pełni metafizycznej zadumy. Panowała cisza, czasem tylko przerywało ją głębokie westchnienie.
Aż pewnego dnia wybuchło. Kiedy prelegent kończył swój wykład fundamentalnym stwierdzeniem, które wyraża ontologiczną zasadę tożsamości:
Trzeba z konieczności powiedzieć i myśleć, że to, co jest istnieje. Bo byt jest, a niebytu nie ma – rozległ się potężny jak grzmot śmiech. Nie był to wcale śmiech szyderczy, ale eksplozja żywiołowej, nieposkromionej radości. Myrmidoni tarzali się po ziemi, beczeli, rechotali, ci, którzy tracili oddech, wydobywali z siebie jękliwe piski i skowyty, walili się przy tym rękami w głowę – a z oczu płynęły im czyste łzy szczęścia.
Po tym incydencie filozofowie przestali jakoś odwiedzać Eginę. Co więcej, imię Myrmidonów stało się – jakże krzywdząco – synonimem duchowego nieokrzesania. A przecież to oni, nikt inny, dokonali epokowego odkrycia, że każda praca intelektualna jest swoistym wynaturzeniem, a jej wyniki zawierają potężny ładunek komizmu. Owe wydumane problemy, konstrukcje myślowe, kategorie, pojęcia – jeśli przyjrzeć się im dokładnie – są nieodparcie śmieszne. Ze wszystkich mądrości, jakimi raczono Myrmidonów, przyjęli do swego potocznego języka tylko słowo
apeiron. U filozofów oznacza ono tyle co – bezkres. Myrmidoni nadali mu sens swoisty, określając nim wszystkie rzeczy zbyteczne, jak śmiecie, obgryzione kości i trąbę, powietrzną.
Rozmaicie można oceniać reformatorskie wysiłki Ajakosa, stworzyły one jednak nową sytuację. Egina wyszła ze stanu bezważkości, zaistniała nareszcie w greckiej topografii. Dlatego zapewne zaczęła przyciągać osobliwych gości. Byli to młodzi ludzie, którzy najogólniej mówiąc zajmowali się transportem. Morskim i lądowym transportem – idei.
Podobnie jak filozofowie, mieli oni mało taktowny nawyk pouczania bliźnich jak mają żyć, ale w odróżnieniu od filozofów, czynili to w sposób bardziej bezpośredni, pozbawiony intelektualnych zawiłości, niekiedy dość gwałtowny. Otóż pouczali Myrmidonów, że wszystko, co ważne, istotne – dzieje się w głowie, to znaczy w świecie wymyślonym, i ten świat silniejszy jest od świata widzialnego. Tłumaczyli także Myrmidonom, jak bardzo są nieszczęśliwi, a miarą ich nieszczęścia jest fakt, że sobie tego w ogóle nie uświadamiają. Główną przyczyną ich niedoli są rządy nieudolne, przestarzałe, kruche. Należy zatem obalić Ajakosa i zaprowadzić ludowładztwo.
Myrmidoni natomiast, zgodnie chwalili swój los, po cóż więc mieliby obalać łagodnego króla? Wykazywali całkowity brak zainteresowania ludowładztwem, bo z właściwą sobie naiwną szczerością wyznawali, że nie bardzo wiedzą, co to znaczy. Być może – mówili – świat zmierza w tym kierunku, ale dlaczego oni, Myrmidoni, mają być podobni do świata, a nie do siebie. Według świętych zasad Teorii, przewroty dokonują się zawsze „od dołu”. W zupełnie wyjątkowych wypadkach dopuszczalne jest majstrowanie ich „od góry”. Jest to oczywiście odstępstwo i jako takie winno być starannie przemilczane, a po wszystkim należy czym prędzej dorobić genezę, tło i chronologię, zgodnie z zasadami nauki.
Transportowcy idei zaczęli zatem prowadzić tajne rokowania z Ajakosem. Chwalili bardzo jego wolę reform, ale – sam przyzna – że niewiele zdołał osiągnąć. Aby wyrwać Myrmido
nów z zacofania, należy sięgnąć do metod dramatycznych. Trzeba krwi. To słowo przewijało się wielokrotnie w każdej rozmowie.
Biedny Ajakos drżał na całym ciele, bladł, czasem nawet płakał. Brał na świadka wszystkich bogów, zaklinając się, że nic mu nie jest tak obce, jak gwałt, i nigdy nie pozwoli, aby mieszkańcom wyspy wyrządzono jakąś krzywdę. Na to odpowiadano: w czasie istotnie przykrych wydarzeń zostanie usunięty za kulisy. Król bladł, chlipał i miękł.
Trudno pominąć milczeniem narzucające się pytanie, dlaczego Ajakos godził się na te rozmowy, skoro stały się one źródłem jego psychicznej udręki. Był człowiekiem wolnym, więc mógł po prostu wyrzucić nieproszonych gości za drzwi, to jest za granicę cienistego dębu.
Proste wytłumaczenie tej zagadki odwołuje się do dziwnej cechy ludzi, którzy zamiast wzruszyć ramionami, uważają za swój święty obowiązek odpowiadać na idiotyczne pytania, bezczelne zaczepki, i w ten sposób stają się łatwym łupem przeróżnych obłąkańców. Granica między przypadkową sytuacją a związkiem na całe życie jest bardzo płynna, małżonkowie wiedzą o tym. A przecież można uniknąć wielu przykrości, a nawet katastrof, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek, tylko jest to niezmiernie rzadka cnota ducha, zwłaszcza u osobników myślących i delikatnych. Natomiast każdy, albo prawie każdy, nosi w sobie niejasne poczucie winy, i z tego poczucia winy, przy odrobinie sprytu, bliźni nasz może wykroić rzeczy groźne. Ajakos uważał się za słabego władcę, na domiar złego za mało kochającego swoich poddanych. Transportowcy idei wiedzieli o tym dobrze i ta wiedza wystarczała, aby wstrząsnąć strukturą psychiczną Ajakosa, obrazowo mówiąc – zdobyć twierdzę.
Scenariusz opracowany przez Transportowców i przedłożony królowi do zatwierdzenia (uczcijmy tę subtelność) – był prosty. W oznaczonym terminie odbędzie się pozorowany zamach stanu. Ajakos zostanie lekko ranny i – jak się rzekło – wyniesiony za kulisy.
Potem  k i l k u  Myrmidonów oskarży się
o próbę królobójstwa i na publicznym procesie otrzymają surowe kary. Wówczas mieszkańcy wyspy, siłą rzeczy, podzielą się na zwolenników i przeciwników zamachu, co będzie początkiem płodnego antagonizmu. Dalej sprawy potoczą się zgodnie z prawami dialektyki: od form dobrych ku coraz lepszym, aż na koniec z szarego kokona – wyfrunie motyl doskonałości.
Naprawdę niewiele brakowało. Historyczną winę za uśmiercenie motyla – trzeba to stwierdzić ze smutkiem – ponoszą Myrmidoni, ich niewybaczalny upór i tępota. Po prostu żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. To zdanie należałoby powtórzyć kilka razy, brzmi bowiem zupełnie fantastycznie. Na nic łagodne perswazje Transportowców, na nic wymyślne tortury. Myrmidoni, w zaciekłym uporze, mówili, że aby podnieść kamień, trzeba naprzód  c h c i e ć  podnieść kamień (inaczej, aby zabić króla, trzeba tego pragnąć). Wszyscy wiedzą, że kochali swego władcę, a któż przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pozbywa się przedmiotu swojej miłości. Mało ich przekonywał argument, że Ajakos miał jakoby zamiar poświęcić swoje życie na ołtarzu lepszej przyszłości, bo nigdy na ten temat nie mówił, a tak naprawdę to nikt, nawet zając nie chce być zabity. (Nawiasem, zwróćmy uwagę na prymitywną metaforę Myrmidonów: kamień, zając).
Oskarżonych utwierdzano w przekonaniu, że króla już nie ma, odszedł do lepszego świata, ich opór jest zatem bezcelowy, walczą o cień. Ale Myrmidoni, którzy znali realną wartość cienia, bronili się z determinacją, jaką zsyła rozpacz. Umysłowo zacofani, odrzucili bez głębszego zastanowienia argument, iż subiektywnie nie chcieli, ale obiektywnie pragnęli – mordu. Ten sofizmat, wymyślony przez półinteligentów o politycznych skłonnościach, jest starszy, niż nam się wydaje. Oskarżeni ponadto do znudzenia pytali swoich oprawców, jak to jest możliwe spać u boku żony (ich właśnie przypadek) i jednocześnie majstrować coś w odległym miejscu. (Zasada wyłączonego środka, raczej moralna niż logicz
na, podważona, czy raczej rozszerzona, przez logikę wielowartościową, której jeszcze na szczęście nie wymyślono).
Gorycz, obrzydzenie, pogarda, wypełniły do tego stopnia serca Transportowców, że postanowili zakończyć swoją misję i opuścić wyspę. Aby jednak pozostawić po sobie jakiś choćby drobny ślad, zabili wszystkich, bez wyjątku, oskarżonych. Miało to znaczyć: topór został zakopany, ale oni jeszcze tu przyjdą, na pierwszy zew dziejów.
Restaurację monarchii świętowali Myrmidoni w atmosferze niebywałego entuzjazmu. Osobliwe – Ajakos powrócił w chwale. Jeśli to było możliwe, kochano go jeszcze goręcej, niż przed krótką inwazją. On sam jednak próbował coś wyjaśniać, usprawiedliwiać się – nikt nie chciał tego słuchać.
Czułe sumienie nie dawało mu spokoju. Patrzył na swoich poddanych jakby z żalem, że nikt mu niczego nie wypomina. Ich ufność była dla niego wyrzutem, ich całkowite oddanie ciężarem. Prosił tedy swojego boskiego ojca, aby odwołał go z tej mistycznej wyspy, gdzie dobro jest naturalne, zło zawsze z zewnątrz, i niczego, ale to niczego pośredniego.
I Zeus po raz drugi ulitował się nad synem swoim. Powołał go na kierownicze stanowisko w pozagrobowym wymiarze sprawiedliwości.

Sędziowie Trybunału w Hadesie – mianowani odgórnie i na wieki: Radamantys z Minosem i Ajakosem

W zapale narracji zapomnieliśmy powiedzieć, że Ajakos był dwukrotnie żonaty i z każdego małżeństwa miał syna. Obaj chłopcy, a raczej już mężczyźni, byli wyjątkowo piękni. O innych zaletach trudno coś powiedzieć. Później dopiero okazało się, że są pozbawieni skrupułów, co jest cechą jednostek usiłujących zrekompensować pewną wrodzoną tumanowatość – przerostem ambicji.

Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesy.


PS 1: Ostatni akapit nie ma nic wspólnego z Baratarią, pozostawiłam go jednak, albowiem wydaje mi się odświeżająco odmienny od tego, co znamy.

PS 2: Jotwues? Nie wiecie kto to? Ja nie wiedziałam. Stalin.

Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Barataria 70 Turumba na wesele

Ewa Maria Slaska

Antonio Skármeta, Wesele poety


z hiszp. przeł. Dorota Walasek-Elbanowska / Warszawa: Świat Książki – Bertelsmann Media, 2005.

Zgodnie z przewidywaniami książka okazała się ważną pozycją w procesie śledzenia wędrówek idei wyspy Barataria, a zatem i nieocenionym źródłem wiedzy baratarystycznej.

Przy okazji pozwoliła zgłębić wiedzę o tajemniczym zjawisku jakim jest turumba – taniec, piosenka i wiersz, które mając coś wspólnego z limerykami, są mianowicie nader nieprzyzwoite.

Turumba del frutta, pieśń, która w poprzednim odcinku pomogła mi wpaść na trop autora i książki. Mam już powieść po niemiecku i hiszpańskie szczątki. Zanim dostanę do ręki polskie tłumaczenie, czytam sobie tekst hiszpański i tłumaczenie niemieckie, i postanawiam, że spróbuję sił, a wzorem niech mi tu będzie niezastąpiony, świętej pamięci mistrz Załucki i dwaj Starsi Panowie: “te piersi jak jabłka, te usta jak wiśnie, nie mogę – za dużo witamin.” A internet, w którym jest wszystko, nawet żaba przez rz, dobrze wie, jakie zdrożne miał tu poeta intencje – nie podaje w ogóle tekstu wiersza, ale za to od cytatu odsyła natychmiast na stronę z soft pornografią…

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z panną i dziewką po nocy
i dziewką

wypijam arbuza aż nic nie zostanie
melona z miodu wysysam po nocy
i winogrona ach słodkie ach słodkie
aż staną się twarde w słodyczy owocu

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z babką i dziewką po nocy
i dziewką

ty ssij banany bo zdrowe bo zdrowe
ja pitahaje smoczo pachnące
pożrę oliwek twych czarne słońce
aż mnie odurzą sny oranżowe

turumba owoców, owoców, owoców
do tańca z klechą i dziewką po nocy
i dziewką

Jakiś znaleziony w internecie żarcik sugeruje, że to taniec jak rumba – tu(rumba)…

Mięsisty opis tańca przeniosę jednak do następnego odcinka, na razie bowiem musimy zająć się tym, jak się zostaje gubernatorem wyspy nieistniejącej. To mit założycielski, z czasów gdy właśnie upadał handel winem, a wsza winna dokonywała zniszczenia winnych szczepów, żrąc zachłannie i mnożąc się bez pamięci, przez co upadało niejedno imperium, a nie tylko winnice nieistniejącej wyspy Gemy. Cała powieść dzieje się w roku 1913, w 20 lat później, gdy do wieku męskiego dorośli synowie niefortunnego gubernatora. Rok akcji można wyznaczyć bez problemu – Rabindranath Tagore dostał właśnie nagrodę Nobla.

Barataria 69 Turumba de la fruta

Ewa Maria Slaska

Kartki z książki na ulicy

Które to już kartki, które znajduję na ulicy i z których wyplecie się cała opowieść? W mojej dzielnicy ludziom nie wystarczy, że można książkę odłożyć na półkę, albo, skoro nie chce się jej więcej czytać, na klatkę schodową czy na ławkę w parku, żeby zabrał ją sobie ktoś inny. W mojej dzielnicy trzeba książkę rozerwać na kartki, a często jeszcze kartki na strzępy. W mojej dzielnicy bardzo często mi się zdarza, że znajduję na ulicy kartki książki, a potem dociekam, co to za książka. Jak tu, i tu, i tu:

Verdammt starke Liebe Die Stadt hinter dem Strom Andorra

Tym razem kartki leżą nieopodal domu, ale wieczorem znajdę nawet dwie stroniczki na naszym podwórku, a następnego dnia jeszcze dwie przy wejściu do stacji metra. Nie zebrałam wszystkich, wczoraj nie miałam czasu, dziś siły, ale mam ich dość, żeby zacząć się dziwić, że nie podniosłam żadnej, na której na dole, drobniutkim drukiem, znalazłby się autor i tytuł książki.

Na razie wiem więc tylko, że ktoś podarł jakiegoś paperbacka po hiszpańsku i rozsiał kartki wokół mojego domu. Jakby zrobił to dla mnie, jakby chciał mnie wystawić na próbę, sprawdzić, czy i jak szybko odkryję, co to za powieść i jak się wiąże z Baratarią? Bo jakoś przecież musi się wiązać, nikt nie zadałby sobie tyle trudu na darmo…

Oglądam pogięte, pożółkłe stroniczki. Muszę zadecydować, które słowa wybiorę, aby zadać google’owi pytanie, co to jest i kto to napisał? Widzę, że jest Mozart i Piąta Beethovena. Są Adam i Ewa w raju. Jest Salieri. Szylingi i jakiś niemiecki bohater, Mollenhauer, który mówi do kogoś po niemiecku “Kopf hoch” – głowa do góry, i ktoś, kogo trzeba tytułować Señor Franck. Jerónimo Franck. Pamiętajmy, że nie znam hiszpańskiego, choć powoli sama się temu dziwię, bo przeglądając kartki, widzę, że bardzo dużo rozumiem.

Nie znam języka i mam tylko dziewięć kartek z książki. Decyduję się na tytuł poematu ze strony 145: Turumba de la fruta…

Turumba de la fruta… Pamięć podsuwa zapomnianą potrawę – tymbalik z owocami. Deser, który chciałam zamówić, gdy mój ojciec po raz pierwszy zabrał mnie restauracji. Była to chyba najważniejsza, a być może i najdroższa, restauracja w Gdańsku – Orbis – naprzeciwko dworca. Miałam 15 lat. Tymbalik był w karcie dań, ale naprawdę go nie było. Były zamierzchłe czasy Komuny, wczesne lata 60. To był powszechny zwyczaj. Jerzy Wittlin proponował grę towarzyską “Jadłospisy”. Przygotowujemy niezwykle orygnalne karty dań, pełne nadzwyczajnych potraw. Wygrywa ten, kto zamówi bigos.

Wydaje mi się, że Turumba de la fruta może być czymś w rodzaju trąby owocowej. Ale czy ja wiem. Trąba turumba.

Wpisuję do google’a słowa Turumba de la fruta… Znajduję książkę natychmiast, jeszcze zanim się dowiem, czy turumba to trąba i jak wygląda?

Antonio Skármeta, La boda del poeta. Wesele poety?

I wciąż jeszcze zanim zobaczę, jak wygląda ów deser owocowy, wiem, że znalazłam Baratarię:

Funny, fascinating, ironic, dramatic and unusual novel...

Jerónimo Franck, an Austrian wealthy Bohemian with a nickname “the Poet”, leave his country and settles in the fictitious island of Gema, located in the Adriatic Sea. He reopens a store which was built by Stamos Marikanis, a local merchant…
Jeronimo proposes to Alia Emar, the most beautiful and charming girl on the island,whom he adores, the wedding is planned, but the couple doesn’t participate in the joy and cheerfulness that all the people of the island have…
Alia has an affair with Esteban Coppeta only couple of hours before the wedding…
Jeronimo is terribly worried from the Tragic Legend and curse of the island, he was afraid that Alia would die on her wedding night as Marta, the bride of Stamos died….

This novel convey the world war in a sarcastic way…. and reveals some of the details about the immigration of the Europeans to Chile…

«Un brillante dardo al blanco de nuestra más inmediata contemporaneidad, lleno de humor y ese criterio de la gravedad que exigen las mejores parodias.»

J.E. Ayala-Dip, Babelia, El País.

Jerónimo Frank, un rico banquero austríaco, lo abandona todo y se instala en una pequeña isla del Adriático, donde reabre el gran almacén «El Europeo». Pronto se concierta su matrimonio con la bella joven Alia Emar. La boda se prevé espectacular. Sin embargo, en el ánimo de Jerónimo pesa la tráfica leyenda del antiguo propietario del almacen y su joven esposa. En el caso de Alia es el amor de Esteban Coppeta, descendiente de un héroe de la isla, lo que la desconcierta. Una historia de amor legendario en clave de intriga y humor, una mirada inteligente y satírica sobre la Europa de preguerra, pero también la crónica de una estirpe de emigrantes que llegará a Chile a principios de siglo, con sus sueños, sus mezquindades y su pasado a cuestas.

Historia przypomina zatem jedną z opowieści o piratach z Karaibów… Tę, w której Johnny Depp wyciągnie końmi kościół z wioski… Na razie jednak lekceważę ten wątek. Myślę, że ta książka zajmie nas na dłużej, będzie czas na wszystko. Zacznijmy zatem od początku czyli od pierwszej jej strony. Opis wyspy Gema.

Popyt na wino z wysp Gema trwał aż do austriackiego traktatu handlowego z Włochami (1891), który ustanowił tzw. Klauzulę Win. Dzięki tej umowie Włochy mogły wwozić wino na terytoria austriackie na preferencyjnych warunkach. To natychmiast odbiło się echem na rynku, a ceny spadły, przez co znacząco spadł i eskport. Zniknął bodziec do zakładania nowych winnic. Już wyprodukowane wino zostało skonsumowane prawie wyłącznie na miejscu, a i tak pozostała duża nadwyżka. Statki, bez innych źródeł dochodów, nie wypływały z portów. Nieszczęść dopełniła filoksera, która zaatakowała winnice w roku 1894 i stopniowo je unicestwiła.
Chłopi z Gemy, po większej części winiarze, ponieśli wielkie straty. Zwrócili się o pomoc do zamożnych kupców i wielkich właścicieli ziemskich. Nieliczne produkty, jakie jeszcze produkowały ich gospodarstwa, sprzedawały się po niskich cenach, a od pożyczek płacili wysokie odsetki. Lichwa jeszcze bardziej zubożyła drobnych producentów. Ich ziemia nie nadawała się pod inne uprawy, sytuacja zmusiła ich więc do emigracji. Tak oto mieszkańcy Gemy, którzy wcześniej dawali pracę innym, musieli teraz wyjechać w poszukiwaniu pracy do odległych i dziwnych krajów.

Antun Domic: Breve Historia de la Isla de Brac

Czytam to i myślę o utopijnej opowieści Silvio Gesella o tym, jak rozwinęła się, a potem upadła gospodarka odizolowanej od reszty świata wyspy Baratarii. Brac to chorwacka wyspa, Antonio Skármeta jest chilijskim pisarzem, potomkiem chorwackich emigrantów z wyspy Brac. Niewykluczone, że Gema to po prostu Brac… Okaże się. Urodzony w roku 1940 Skármeta, syn uciekinierów politycznych, w roku 1973, po puczu w Chile, sam stanie się uciekinierem politycznym i zamieszka w… Berlinie. Krąg się zamknął. Przyjechałam do Berlina w roku 1985, Skármeta wyjechał stąd w roku 1989.

Mogliśmy się spotkać. Kto wie, może naprawdę się spotkaliśmy…

Wrócił do Berlina w roku 2000 jako ambasador Chile…

Jego najsłynniejsza powieść posłużyła jako kanwa filmu Listonosz o chilijskim poecie na wygnaniu, Pablo Nerudzie…

OK, Turumba to nie trąba, to słowo filipińskie, pochodzące z języka Tagalog, oznaczające drżeć ze szczęścia. Jest firma Turumba, produkująca przecier owocowy. Był film dokumentalny Turumba, o filipińskiej rodzinie produkującej zabawki z masy papierowej, i jest Matka Boska Bolesna z Turumby, ale o tym wszystkim opowiem wam następnym razem… Już zamówiłam sobie tę książkę, już nawet w międzyczasie dostałam mailem potwierdzenie, że została wysłana…

Barataria 68 Basilio

https://www.facebook.com/Yumi.Iloveballet/videos/1936906366329071/

To nie Barataria, ale balet Don Kichot. Taniec Basilia w wykonaniu Tetsuya Kumakawy.

A tu po kolei aż 13 solistów wykonujących tę partię, mniej więcej w połowie filmu – wariacje Basilia w wykonaniu Rudolfa Nurejewa.

Przypomnijmy: choreografia Marius Petipa, muzyka Léon Minkus.

Basilio, fryzjer, kocha piękną Kitri, na co nie zgadza się ojciec oblubienicy. Kochankowie uciekają, a Don Kichot i Sancho Pansa, pomagają im w zdobyciu ojcowskiego pozwolenia na ślub. Miłość zwycięża! Amor vincit! Basilio tańczy upojony szczęściem. Zaprawdę – wariacje Basilia. Podczas premiery baletu w grudniu 1879 roku w Teatrze Wielkim w Moskwie rolę Basilia zatańczył Sergiej Sokolov, a Kitri – Anna Sobeshchanskaya. Pisaliśmy już o tym balecie – Lech Milewski we wpisie o Petipie, ja opisując między innymi perypetie Matyldy Krzesińskiej, która nie mogła sobie poradzić z 32 fouettés en tournant w scenie ślubu Kitri i Basiliem.

Tetsuya Kumakawa, urodzony w roku 1972, otrzymał w roku 2006 piątą “Asahi Scenic Art Prize” za oryginalną interpretację choreograficzną baletu Don Quixote.

 

Barataria 67 Mały krok czyli…

Lech Milewski

…żelazna stopa klasycznego baletu

Mała stopa? Czy to zapalony amator czy też przypadkowy gość w krainie klasycznego baletu już na wstępie natrafi na to nazwisko.

Sięgam po najbliższy przykład – na tym blogu, miesiąc temu, pojawił się wpis: Barataria 62 – balet bez Baratarii – KLIK. A tam, w pierwszych linijkach:
“Premiera: 26 grudnia 1869 w Wielkim Teatrze Moskiewskim (Bolshoi Theatre)
Nowe przygody Pana i Giermka czyli balet Don Kichot
Muzyka: Ludwig Minkus
Choreografia: Marius Petipa / Rudolf Nuriejew
Libretto: Marius Petipa, od 1900 roku Aleksander Górski…”.

Marius Petipa – to o nim tu mowa.
Don Kichot, Bajadera, Sen nocy letniej, Śpiąca królewna, Dziadek do orzechów, Jezioro łabędzie – lista jest długa. Praktycznie choreografia każdego liczącego się baletu klasycznego jest właśnie jego autorstwa.

Petipa – tak przywykłem do tego nazwiska, że nie zastanawiałem się nad jego pochodzeniem – Petipa, Mazepa – typowe nazwisko z rosyjsko-ukraińsko-polskiego pogranicza.

Dopiero kilka dni temu zerknąłem do wikipedii aby dowiedzieć się o nim czegoś więcej – KLIK.
Już pierwsze linijki postawiły mnie w stan alarmowy – “…urodzony w Marsylii francuski tancerz i choreograf“.

Francuz?
To zaowocowało drobną zabawą językową.
Peti-pa – toż to będzie po francusku petit pas – czyli tytułowy mały krok.

Uznałem, że warto zrobić większy krok i opisać wszystko po kolei…

Mariusz Petipa, a właściwie Victor Marius Alphonse Petipa, urodził się w Marsylii 11 marca 1818 roku. Jego ojciec, Jean Antoine Petipa, był jednym z najbardziej respektowanych w Europie baletmistrzów. Matka Mariusa, Victorina, była uznaną aktorką.
W 1824 roku rodzina przeprowadziła się do Brukseli, wówczas było to miasto w Królestwie Zjednoczonych Niderlandów, gdzie Jean Antoine został zaangażowany jako baletmistrz w Royal Theatre de la Monnaie.
6-letni wówczas Mariusz uczył się muzyki i próbował tańca. Początkowo niechętnie, ale wkrótce przekonał się do tej sztuki.
25 sierpnia 1830 roku w Brukseli wybuchła rewolucja. Jej rezultatem było utworzenie Belgii jako samodzielnego państwa. Skutkiem ubocznym było zamknięcie teatru, co dla rodziny Petipa oznaczało utratę pracy.

Petipa

Po dość długim okresie wyczekiwania przenieśli się do Bordeaux, gdzie Petipa senior znalazł pracę jako baletmistrz. W Bordeaux Marius zakończył swą edukację baletową i następnie został zatrudniony jako pierwszy tancerz w balecie w Nantes. Tam również stawiał swe pierwsze kroki jako choreograf.

W 1839 roku ojciec i syn udali się na występy do Stanów Zjednoczonych. Wyjazd był zupełnym niepowodzeniem – po pierwsze większość mieszkańców tego kraju nie wiedziała, co to jest balet, po drugie amerykański impresario zniknął z większą częścią zarobionych przez zespół pieniędzy.
Na szczęście artyści mieli wykupiony bilet powrotny do Nantes. Dobrze poinformowane źródła donoszą, że Marius tak oczarował pewną zamożną pasażerkę, że udało mu się dojechać w jej kajucie (i nie tylko) aż do Paryża.
W Paryżu wystąpił na scenie Comédie Française oraz w Paris Opera, gdzie jego starszy brat, Lucien Petipa, był pierwszym tancerzem.

W 1841 roku Marius wrócił do Bordeaux, gdzie też był zatrudniony jako pierwszy tancerz. Tam też zaczęła się jego kariera choreograficzna.

Kolejny etap to trzy lata pobytu w Hiszpanii, gdzie Marius Petipa znowu został zatrudniony jako pierwszy tancerz – w Królewskim Teatrze w Madrycie. Było to okazją do zaznajomienia się z hiszpańską muzyką i tańcem.
Kolejna oczarowana kobieta. Tym razem była to córka szlachetnie urodzonej damy. Tak niefortunnie się złożyło, że matka, owa szlachetnie urodzona dama, była kochanką hrabiego Lionela de Chabrillan i hrabia podejrzewał, że Petipa chce uwieść jego ukochaną.
Nie pomogły żadne tłumaczenia, hrabia wyzwał Petipę na pojedynek. Bezpośredni wynik pojedynku nie jest mi znany, pośredni wynik był taki, że pojedynki były w Hiszpanii zabronione i Petipie groziła sprawa sądowa. Szybko wrócił do Francji.

Nie na długo – Paryż – i déjà vu – kolejny romans – tym razem zdradzony mąż wyzwał Petipę na pojedynek.
Tego było już dosyć. Wyjście było oczywiste – wysłać kłopotliwego młodzieńca do Rosji.

Czerwiec 1847, Petersburg, to był doskonały czas – dyrektor Cesarskich Teatrów, hrabia Aleksander Gedeonow, poszukiwał właśnie tanecznego partnera dla primabaleriny Eleny Andreanowej. Wspólny występ w balecie Paquita zakończył się sukcesem.

W następnym roku do syna dołączył ojciec. Ich wspólne produkcje – balety Satanella, Giselle, Korsarz – sprawiły, że Cesarskie Teatry odzyskały dawny blask.

W 1850 roku Mariusowi Petipie urodził się syn – Marius Mariusowicz. Owoc nieformalnego, krótkotrwałego związku – matką chłopca była Marie Thérèse Bourdin.

Surowszczikowa

W 1854 roku Marius ożenił się z baleriną Marią Sergiejewną Surowszczikową. Mieli dwoje dzieci – Marię Mariusowną i Jeana Mariusowicza.

Mimo dużych sukcesów jako tancerz i choreograf Petipa przez długie lata nie mógł się przebić na pozycję baletmistrza. Stanowisko to piastowali kolejno Jules Perrot i Arthur Saint-Léon, który stał się jego głównym rywalem.
Pewien przełom nastąpił w roku 1862 – premiera przygotowanego przez Petipę baletu Córka Faraona była kolosalnym sukcesem. Petipa został mianowany drugim baletmistrzem.
Dopiero w 1871 roku, po zakończeniu kontraktu Arthura Saint-Léon, Petipa uzyskał należną mu pozycję pierwszego baletmistrza.

Wtedy też rozpoczął się złoty okres rosyjskiego baletu. Kompozytorem Cesarskich Teatrów został Ludwig Minkus – autor wspomnianego na wstępie Don Kichota.
W 1875 roku Petipa rozstał się ze swą żoną i poślubił o 36 lat od siebie młodszą balerinę Lubow Leonidowną Sawicką. Mieli sześcioro dzieci.
W 1881 roku nowy dyrektor Cesarskich Teatrów, Iwan Wsiewołożski, przeniósł siedzibę cesarskiego baletu z Wielkiego (Bolszoj) Kamiennego Teatru (nie mylić z Teatrem Bolszoj w Moskwie) do Teatru Maryjskiego.

To były najlepsze lata kariery Mariusa Petipy. Wsiewołożski zlecił mu opracowanie nowych choreografii do wcześniejszych baletów jak Paquita, Giselle, Coppelia, Córka źle strzeżona (La Fille mal gardée), Jezioro Łabędzie. Jednocześnie przyciągnął do współpracy Czajkowskiego, czego wynikiem były balety Śpiąca Królewna i Dziadek do orzechów.

Przy okazji napomknę, że w tym okresie na scenie pojawiła się znana nam już ze wspomnianego na początku wpisu – Matylda Krzesińska. Petipa doceniał jej umiejętności taneczne, ale prywatnie nie lubił jej, nazywał ją paskudną małą świnią. Być może uważał, że wykorzystuje ona swe dobre kontakty z otoczeniem cara.

Początek XX wieku.

Petipa

Mimo swych 82 lat Petipa nie zwalniał tempa pracy. Zmierzch kariery przyspieszyła jednak nominacja Władimira Teljakowskiego na stanowisko dyrektora Cesarskich Teatrów. Nie lubił on Petipy i starał się ograniczyć jego działalność.
Przełomowym momentem był balet Romans róży i motyla, w którym Petipa obsadził 14-letniego wówczas Wacława Niżyńskiego. Dwa tygodnie przed premierą Teljakowski odwołał przedstawienie, nie uprzedzając o tym Petipy. Jako powód podał wojnę rosyjsko-japońską.

Rozgoryczony Petipa zakończył pracę i w 1907 roku przeniósł się na zasłużony odpoczynek do Gurzuf na Krymie. Wiele czasu spędzał ze swoimi licznymi wnukami.
Zmarł w 1910 roku. W jego pogrzebie w Petersburgu uczestniczyło wielu wybitnych przedstawicieli rosyjskiego baletu. Dyrekcja Cesarskiego Teatru nie wysłała żadnego reprezentanta.

Ale skąd ta żelazna stopa w tytule?
Oczywiście google zaprowadziło mnie na anglosaskie manowce.

Wkrótce po podboju Anglii przez Normanów, rok 1066, nazwisko Petipa zostało wprowadzone na Wyspy jako właściwe dla osoby niezmordowanej w chodzeniu lub dla żołnierza, który utracił stopę na wojnie. Petipa to angielska wersja francuskiego słowa pedefer, lub pied de fer, czyli żelazna stopa“.
Po więcej szczegółów proszę kliknąć w poniższy obrazek.

Petipa

Źródła:
The Marius Petipa Society – KLIK.

Barataria 66 reblog: Historia świata według EKSK

To jest taka opowiastka, która nie dość, że wyjaśnia powstanie posągów na Wyspie Wielkanocnej, ale jest przy okazji historią, która po prostu dzieje się w Baratarii. Dziwne, że Autor tego nie zauważył. Tę opowieść znalazłam na Facebooku, u człowieka, którego (chyba) nie znam osobiście, ale jest niewątpliwie odpowiednim znajomym odpowiednich znajomych i używa ksywy Tabor Regresywny. Nie wiem, o co chodzi, może o husytów, ale i tak przyznaję, że invidia mnie zalewa na myśl o tym, iż można było wymyślić sobie taki super pseudonim facebookowy. Aha, Autor twierdzi, że napisał historię seksu, a mnie się wydaje, że jest to jednak historia świata. Tak jak się ją rozumie w Baratarii 🙂

Mam wrażenie, że z rozwiązywaniem problemów jest jak z wybieraniem jaj z kurnika. Im więcej jaj wybieramy, tym więcej kury niosą. Spróbujmy łączyć problemy w większe grupy, może same się rozwiążą. Np. mam taki problem. Napisałem historię seksu i wstydzę się ją opublikować. Spróbuję ją połączyć z innym moim problemem. Od niedawna jestem emerytem – mam z tym problem. Gdy łączę ten z poprzednim problemem, robi się jeszcze większy problem. No to dołóżmy jeszcze jeden problem. Kiedyś zostałem mianowany Komandorem i po trzech dniach zdegradowany. Nie ważne , że chodziło o spływ kajakowy. Nie chcę być Komandorem zdegradowanym. Jak połączyć te trzy problemy wychodzi „Historia seksu wg emerytowanego komandora spływu kajakowego.” No i nie ma żadnego problemu. Działa?

No to raz kozie śmierć.

Historia seksu wg EKSK

Rozdział I.
Bóg stwarzając mężczyzn dał im orgazm, ale nie dał im wzwodu. Siłą rzeczy kobiety musiały opanować sztukę dzieworództwa. Cieszyły się dzięki temu niebywałym autorytetem i nieziemską urodą. Dzieci rodziły się ze śmiechem wyskakując niczym korek z butelki szampana. Ojcostwo ustalano w ten sposób, że ojcem zostawał ten, kto złapał takie dziecko w locie. Otrzymywał za to tytuł pomocy kuchennej i prawo do obierania ziemniaków, krojenia cebuli i ucierania marchewki. Niestety, kierowani ambicją mężczyźni wyprosili u Boga wzwód. Bóg postawił dwa warunki. Po pierwsze koniec włóczenia się po lasach, bierzecie się do pracy, po drugie coś wam zabiorę. Bierz, co chcesz, tylko daj nam wzwód – prosili. I Bóg dał im wzwód, a zabrał orgazm.

Rozdział II
Na drugi dzień mężczyźni wzięli się do pracy, po pracy dostali wzwód, pobiegli do kobiet się pochwalić, po czym oświadczyli, że teraz oni będą rządzić. Zajęli pierwsze miejsca przy ognisku i zaczęli rozmawiać o polityce, czyli kłócić się, kto ma dłuższego, szybszego i bardziej błyszczącego. Dziś ten spór nazywamy wyścigiem zbrojeń. Brak orgazmu kompensowali budując piramidy, stawiając posągi na wyspie Wielkanocnej, wznosząc łuki triumfalne i inne kolumny. Budowle te zostały niespodziewanie zaniechane, bo ktoś odkrył sztuczny sposób wywoływania orgazmu. Znalazło to smutne odbicie w architekturze bo przerzucili się na budowę lepianek ziemianek i szałasów. W tym czasie również zaczęło się zastępowanie wiary religią, sprawiedliwości zgodnością z przepisami prawa, mądrości inteligencją a radości życia różnymi uciechami. Aha, zaczęli też oglądać się za kobietami.

Rozdział III i ostatni.
Początkowo kobiety kpiły sobie z mężczyzn, ale życie pod męskimi rządami stawało się coraz bardziej nieznośne. Dzieci przestały się rodzić. W końcu kobiety zwołały Kongres, na którym, po demokratycznym głosowaniu, wybrały mniejsze zło. Uchwaliły, że trzeba poświęcić dziewictwo i w ten sposób wziąć władze w swoje ręce. By mężczyźni się nie zorientowali, pozostawiły im te śmieszne tytuły, którymi kazali się tytułować, te nikomu nie potrzebne stanowiska, na których się osadzili, a nawet pensje, które sobie przyznali, a i tak trafiały potem do kobiet. I wszystko wróciło by do normy, gdyby nie to, że po wypróbowaniu kilku systemów politycznych, mężczyźni wybrali demokracje parlamentarną jako najmniejsze zło. I tak wybierając, co cztery lata, mniejsze zło, wchodzimy w coraz większe g. bagno, a powinniśmy wychodzić. No i mamy, sztuczny wzwód, sztuczny orgazm do próbówki, i tylko czasami tak się zastanawiam – Czy my przypadkiem nie zamieniliśmy siekierki na kijek?

Barataria 65 czyli Lewiatany na Wilczej

Uwaga, “czytać ze zrozumieniem”!

Mieczysław Węglewicz

wpisał pod 63 odcinkiem o Bratarii taki oto komentarz:

o Baratario, potworze morski, Lewiatanie
wyspo karaibska
pachnąca oceanem
lirycznie wzniosła,
miłosna
kawiarnio
światu się skarżyć muszę
w Twojej sprawie
jakże zamknięta jesteś że już nawet
wspomnień nie ma i poruszeń
nie mówiąc o kawie

PS. Wiersz dotyczy kawiarni przy Wilczej 69 w W-wie. Wiele razy piłem tam kawę w latach studiów tj 1973-1980. Kawiarnia ozdobiona była cytatem z Gałczyńskiego ..o…Baratario…itd! umieszczonym na ścianie. Kiedy po wielu latach odwiedziłem ponownie to miejsce, była tu kuchnia wietnamska. Obecnie, tj w sobotę 4 maja 2018 lokal przygotowywany jest do wynajęcia. Na szybie zamieściłem powyższy tekst.
Pozdrawiam Mieczysław Węglewicz
znajomy z Camino de Santiago

Komentarz mnie zachwycił, zwłaszcza że już przed rokiem, w odcinku numer 6, pisałam o tej niegdysiejszej kawiarni Barataria, po której ślad zaginął… Przy okazji był    to komentarz 2222, co już uprzednio postanowiłam uczcić, przyznając autorowi nagrodę specjalną (przyznałam!) No i ucieszyło mnie nadzwyczaj, bo Mietek…

Z Mietkiem spotkaliśmy się w Drodze. Ci, co byli w Drodze, wiedzą, co mam na myśli. Ja spałam w małym hospicjum dla pielgrzymów, on, zawinięty w śpiwór, gdzieś pod krzakiem. Zaczęliśmy rozmawiać, gdy wychodziłam na drogę. Tą zwykłą, choć jest ona oczywiście wszędzie również metaforyczną Drogą. Zapytał, czy mogę mu coś przynieść ze schroniska, z kuchni i z takiej półki, na której leży to, czego ktoś nie potrzebuje, a inny może akurat pożąda. Najczęściej są to książki, ale bywają torby, plecaki, buty, kosmetyki… Z kuchni też można wszystko wziąć, podobnie jak można wszystko zostawić, makaron, ser, owoce, które są zbyt dojrzałe, żeby zabrać je do plecaka.  Przyniosłam mu skarpety, oliwę i chleb. Zrobił nam herbatę na malutkim prymusie. Był prawdziwym pielgrzymem, miał ze sobą minimalny bagaż, ale było tam wszystko, co potrzebne, by obyć się bez całej tej infrastruktury dla wędrowców. Spał  pod gołym niebem, sam sobie gotował. “Po to jest pielgrzymka”, powiedział. “Musi być jednak trochę trudno”. Pogadaliśmy chwilę, ale nie mogliśmy pójść dalej razem, bo był dwa razy szybszy niż ja. Ja szłam 20-25 kilometrów na dzień (maksimum osiągnęłam przed kilkoma dniami – 34 kilometry), on pokonywał co najmniej 40 kilometrów, a często prawie 50. Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci, jakie spotkałam w Drodze. Znalazł po drodze kamień w kształcie serca i niósł go dla żony.

Poprosiłam o dalsze informacje, a może nawet wpis na blog. Informacje przychodziły każda osobno i tak je tu zamieszczę:

Potem w miejscu Baratarii przy Wilczej 69 nadal panował duch sztuki. Po wietnamskiej sztuce kulinarnej to miejsce wynajęła f-ma nomen omen Sztuka Mięsa… Była jeszcze Wilcza 69 U Jadzi, na pewno po Baratarii, ale nie wiem kiedy – najpewniej przed Sztuką Mięsa.

W każdym razie sztuka.
Smutek swój po Baratarii opisalem w wierszu w styczniu (29 01) 2018 roku, kiedy po wielu latach ponownie odwiedzilem to miejsce.
I ,,zdjąłem” tę witrynę – wtedy zakratowaną.
Znowu tu bylem 4 maja i na szybie dawnej Baratarii przykleiłem ten swój wiersz z informacją, że kondolencje przyjmuję pod nr 602 520 458 – to mój numer.
Tego dnia ktoś do mnie zadzwonił, pewna zaniepokojona pani…
,,O co chodzi w tym ogloszeniu na szybie??”, zapytała, ,,bo wie pan, kiedyś miałam tu sklep, potem go wynajęłam, a ta osoba się nie rozliczyła, więc ja myślałam, że to coś z tym związane jest…”
“To nie jest ogłoszenie, to wiersz jest smutny”, odpowiedzialem uspokajająco….
,,A to przepraszam, w takim razie to nieważne jest, do widzenia”, powiedziała i zakończyliśmy rozmowę.
Wygooglowałem jej numer telefonu… Sztuka Mięsa.

“O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

Barataria 64: przewrotna teza Kaczmarskiego

Ewa Maria Slaska

Gdy tydzień temu szukałam dla Was gwiezdnej Wyspy Marzeń, którą w operze Masseneta Don Kichot przed śmiercią ofiarował Sancho Pansie, zauważyłam taką oto piosenkę:

Don Kichot z Manczy, jak się snadnie
Przekona ten, co rusza głową,
Nie umiał się zestarzeć ładnie.
Nie chciał spierniczeć sielankowo.

Tylko – gdy pierwszy promień słońca
Z nad horyzontu się wynurzał,
Don Kichot gapił się bez końca
Na wiatrak, który stał na wzgórzu.

I żal było mu, że już nie czas
By dawne boje toczyć.
Że brak w piersiach tchu, by jeszcze raz
Na Rosynanta skoczyć.

I hiszpański wiatr, gorący wiatr
Nie zagra mu bolera.
I nie będzie bard, wędrowny bard
Opiewał bohatera.

Ech, zagrać by znów jedną z tych scen,
Jak dawniej kopie kruszyć.
I nasiekać łbów, na wiatrak ten
Na Rosynancie ruszyć,

Bić w te skrzydła dwa, te skrzydła, co
Bezczelnie w niebo sterczą
I wciąż się zda, wciąż ci się zda,
Że śmieją się szyderczo,

I wciąż raz po raz dwóch skrzydeł skrzyp
Odmierza mknący rączo
Czas – okrutny czas,
Niełaskaw dla rycerzy, co się kończą.

Przesłanie:

Wielka jest Twoja menażeria,
Lecz proszę, dojrzyj nas o Panie,
Gdy nam już po donkiszoteriach,
Przyjdzie spierniczeć i skapcanieć.

Spraw wtedy, boś Ty mądry sternik,
By nas nie trzęsła szajba taka,
By mógł spokojnie każdy piernik,
Obok swojego przejść wiatraka

(Gdy słucha się tej piosenki teraz, po śmierci Młynarskiego, wydaje się, że może artysta napisał ją w przeczuciu własnej śmierci, ale nie, to stara piosenka – nagrana w roku 1971. Na marginesie dodam, że balladę tę wykonywał na koncertach Michał Bajor, ale nigdy jej nie nagrał.)

A potem jeszcze i to (Opole rok 1981 i wspomnienie Czerwca 1956)

Don Kichot, słowa, śpiew: Maciej Rzepka

***

Ci dwaj może mniej znani, ale teraz dwie piosenki Jacka Kaczmarskiego, o Don Kichocie i o Cervantesie. I tu jest jednak i nasza Wyspa… Bo Sancho się nadziejami łudzi, że będzie rządził wyspą całą, bo rządzić modnie. Ta teza budzi wątpliwości Don Kichota, pyta więc sam siebie: po co mam sługę ze snu budzić, by z pragnień tworzył ideały, a z ideałów zbrodnie?

Czoło mi stary garnek studzi,
Niesie wierzchowiec sparszywiały,
Lecz niesie godnie.

Nie widzę celu w drodze ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancho się nadziejami łudzi,
Że będzie rządził wyspą całą,
Bo rządzić modnie.

Po co mam sługę ze snu budzić,
By z pragnień tworzył ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Mnie byle mrzonka nie podjudzi,
W prawdziwej bom tęsknocie trwały
Miłości siodle.

Dlategom obcy pośród ludzi,
Co z pragnień tworzą ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sancha świat, który widzi, nudzi,
Ja go uważam za wspaniały
Podarek od niej.

Brak sensu każdy obraz zbrudzi
I z pragnień zrodzi ideały,
A z ideałów zbrodnie.

Sługa chce złudy, ja opoki,
Sługa chce złudy, ja opoki,
Myślą szlachetne tworząc fakty.

Tak wędrujemy przez epoki,
Tak wędrujemy przez epoki,
Sancho – marzyciel i ja – praktyk.

***

Ach gdyby ludzie się dzielili
Na wiernych i niewiernych
Myślałem w tej jedynej chwili
Gdy starły się galery
A Turków wrzask i nasze krzyże
Dym nad zieloną falą
Zepchnęły moje myśli niżej
Związały dłoń ze stalą

Ach gdyby prawda była prawdą
Że świat się lepszy stanie
Myślałem nad podwójną gardą
W poświście jataganów
A prochów swąd i krwi kleistość
Modlitwy głów odciętych
Kazały pytać ile istot
Powiększy poczet świętych

Ach gdyby sprawa której służę
Stała się sług swych godna
Myślałem idąc w jeńców sznurze

Krokami w rytm batoga
Handlarzy ludzkim ciałem chciwość
Zwierzęcość poniżonych
Prosiły myśl o inny żywot
W bezsenną noc wyśniony

Ach śmieszność tych co chcą powagą
I sensem los przesycać
Z niewoli wykupiony jadąc
Myślałem syt goryczy
Grubiaństwo brud i płatna miłość
Witały bohatera
Gdzie tym co będzie jest i było
Świat w śmiechu poniewiera

Tęsknotą w moim ciemnym domu
Miecz zardzewiały świeci
I niezniszczone lśnią bastiony
Nad równinami śmieci
Po pas w nich brocząc błędny rycerz
Przemierzam drogi chwały
Biją bezładne nawałnice
W moje ułomne ciało

I tak dalej…

Barataria 63: Wyspa marzeń

Ewa Maria Slaska

Śmierć Don Kichota – opera

Muzyka: Jules Massenet

Libretto: Henri Cain
w oparciu o sztukę Jacques’a Le Lorrain Le Chevalier de la longe figure (Rycerz długiej postaci, 1904)

Premiera: 19 lutego 1910 w Monte Carlo

Opera w pięciu aktach. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii w XVI w.

Litografia George Rochgrosse’a, wykonana w roku 1911 z okazji premiery sztuki w Teatrze Rozrywki w Paryżu  

Akt I
Do jednego z hiszpańskich miasteczek, w którym trwa właśnie huczna zabawa, przybywa Don Kichot. Owacyjnie witany przez tłum, opowiada o swoich ostatnich przygodach. Zazdrosny o znajdującą się wśród słuchaczy Dulcyneę, młody Juan wyzywa go na pojedynek. Dziewczyna przerywa jednak walkę. Don Kichot w wyszukanych słowach prosi piękną dziewczynę o rękę. Znana z dość swobodnych obyczajów Dulcynea, pół żartem pół serio przyjmuje jego oświadczyny. Stawia mu jednak warunek. Ma odzyskać zrabowane jej przez zbójców klejnoty.

Akt II
Don Kichot wyrusza więc na poszukiwanie szajki zbirów. Jego wierny sługa, Sancho Pansa, ceniący spokój i wygody, wciąż uskarża się na swój los. W drodze spotykają ich nieprawdopodobne przygody. Niezwykłych cech przydaje im bujna wyobraźnia rycerza. Stada świń i owiec bierze on za szeregi nieprzyjaciół. Stojące na wzgórzu wiatraki stają się w jego umyśle groźnymi olbrzymami. Stacza z nimi wyimaginowaną potyczkę i zostaje boleśnie potłuczony uderzeniami obracających się skrzydeł.

Akt III
Po długiej wędrówce Don Kichot natrafia na zbójów w dzikich wąwozach gór Sierra Morena. Zostaje przez nich pojmany i skrępowany. Jednak jego bohaterska postawa tak imponuje rozbójnikom, że postanawiają puścić go wolno, a nawet zwrócić zrabowane Dulcynei klejnoty.

Akt IV
Don Kichot wraca do ukochanej, wprawiając ją w osłupienie. Wzruszony, ponownie prosi o jej rękę, ale dziewczyna odmawia. Widząc jego przygnębienie, opowiada mu szczerze o swoim życiu. Choć wielkoduszny Don Kichot wybacza jej, jest tymi wyznaniami zdruzgotany. Dobry Sancho namawia go, żeby ponownie wyruszył w świat – tym razem na poszukiwanie krainy, w której ludzie są lepsi i szlachetniejsi.

Akt V
Szokujące wyznania ukochanej kobiety podkopują optymizm Don Kichota i niszczą jego siły fizyczne. Odwrócony od świata, umiera w końcu na pustkowiu, w towarzystwie wiernego Sancha Pansy. W przedśmiertnej wizji widzi jeszcze wyidealizowaną postać swojej wybranki – na jego twarzy pojawia się ostatni uśmiech.

(Streszczenie libretta według “Przewodnika operowego” J. Kańskiego)


Ciekawe, że w niemieckim opisie opery czytamy coś zupełnie innego. Po niemiecku rzecz dzieje się w średniowiecznej Hiszpanii, podczas gdy polski autor zakłada, że jest to Hiszpania renesansowa. Po polsku w akcie I w miasteczku odbywa się fiesta, po niemiecku – czterech zalotników Dulcynei śpiewa dla niej serenadę. Polskie klejnoty Dulcynei (niemieckie perły) porywa tam szajka, tu zaś jeden, ale za to słynny zbój. Don Kichot nie prosi o rękę Dulcynei, jeno ofiarowuje jej zamek. I tak dalej…

Lucien Fugère 1910 w roli Sancho Pansy

Tym niemniej opis niemiecki bardziej niż polski wiąże się z naszymi wędrówkami w poszukiwaniu Baratarii, bo oto w akcie IV, gdy Pan i Giermek przybywają do miasteczka, przywożąc Dulcynei jej stracony naszyjnik, Sancho Pansa upomina się o swą obiecaną wyspę. W akcie V umierający Don Kichot przypomina sobie o swych niewypełnionych zobowiązaniach i obiecuje Giermkowi wyspę… Wyspę Marzeń.

ACTE CINQUIÈME

2me Interlude

Rideau
Dans le chemin raviné de la vieille forêt.

C’est la nuit, une nuit étoilée très claire.
Jupiter brille dans tout son éclat.
Don Quichotte repose, debout contre le tronc d’un chêne.
Sancho le veille comme un enfant; il attise un feu de sarments qui réchauffera son “Grand.”

SANCHO
avec simplicité, attendrissement et ferveur
O mon maître, ô mon Grand! dans des splendeurs de songe
Que ton âme s’élève aux cieux loin du mensonge,
Et que ton coeur si doux plane dans les clartés,
Où tout ce qu’il rêva devient réalité!
O mon maître! ô mon grand!

DON QUICHOTTE
Écoute… mon ami, je me sens bien malade!
Mets ton bras sous mon cou,
Sois l’ultime soutien
De celui qui pansa l’humanité souffrante…
Et survécut à la Chevalerie Errante?

SANCHO
comme un murmure
Mon maître!

DON QUICHOTTE
Sancho, mon bon Sancho, nous allons nous quitter…
Ingrat, vas-tu me regretter?
avec une intimité attendrissante
Déjà… tes yeux… revoient le village… où tu fus enfant…
Et te voici rêvant? aux bois mystérieux? de la terre natale!

SANCHO
désolé
Non! non!

DON QUICHOTTE
avec une infinie douceur
Mais, mon pauvret, c’est la chose fatale!
avec un pâle sourire
Tu n’es qu’un homme enfin, tu veux vivre?
Et je meurs…

SANCHO
larmoyant
Mon maître! mon maître!

DON QUICHOTTE
fièrement et simplement; en suprême et sublime effort se redressant
Oui! je fus le chef des bons semeurs!
J’ai lutté pour le bien, j’ai fait la bonne guerre! ah!
Il étouffe. Don Quichotte retrouve la parole.
Sancho, je t’ai promis naguère… des coteaux…
Des châteaux… même une île… fertile…

SANCHO
très doux et modeste
C’était un simple îlot que je voulais avoir!

DON QUICHOTTE
continuant et souriant
Prends cette île qu’il est toujours en mon pouvoir
De te donner!
dolcissimo
Un flot azuré bat ses grèves…
Elle est belle, plaisante? et c’est l’île des Rêves!
Sancho pleure.
émotionnant et simple

Ne pleure pas Sancho, mon bon, mon gros Sancho!

SANCHO
Laissez-vous délacer; comme dans un cachot,
Vous étouffez, mon grand, dans cet habit d’apôtre!

DON QUICHOTTE
arrêtant le geste de Sancho et très grave, très pieusement doux
Je meurs…
Fais ta prière et dis la patenôtre?
Il baise la tête et défaille. Sancho, avec précaution, le cale contre l’arbre.
désignant Jupiter à qui il tend les bras.

L’Étoile!

LE VOIX de DULCINÉE
très au loin
Ah! le temps d’amour a fui…
Où vont nos bonheurs? adieu! bonheurs! adieu!

DON QUICHOTTE
Dulcinée! avec l’astre éclatant
Elle s’est confondue…
C’est bien elle!
La lumière, l’amour, la jeunesse…
Elle! Vers qui je vais? qui me fait signe? qui m’attend!

Il meurt.

SANCHO
dans un cri déchirant
Mon Maître adoré!

Zakończenie opery, ostatnia rozmowa Pana i Giermka, od 6 minuty 38 sekundy obaj mówią o wyspie. Partię Don Kichota śpiewa Mikołaj Giaurow.