Pisałam wielokrotnie, na przykład TU, że lubię czytać szare i stare zapomniane książki, które nie mają ani objętości ani bawnego blichtru nowoczesnych produkcji wydawniczych. Lubię je, ktoś je kiedyś wydał, autor, żona, córka czytali teksty po wielokroć, rozmyślali o tym, co przejdzie przez sito cenzury, a co na pewno nie. A jak nie, to co wtedy – zostawić i narażać się na to, że fragment, tekst a może nawet cała książka zostanie “zdjęta z planu”, czy samemu wycinać, łagodzić, przerabiać. A to dopiero początek, bo książka idzie do redakcji, do miłej pani Krysi czy Bożenki. Autor zna się z nimi od lat, one nierzadko przymkną oko, dużo zaakceptują, ale niestety nie wszystko. Jawor, jawor, jaworowe dzieci, tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy.
Filomena stała przed dużym lustrem w pokoju, patrząc na swoje blond odrosty, wśród bardzo bujnych, czerwonokasztanowych, naturalnie kręconych włosów. Stwierdziła z dezaprobatą, że wyglądają one niechlujnie, trzeba to możliwie szybko zmienić, więc wybierze się do swojej znajomej fryzjerki, pani Asi.
Tak przyglądając się sobie, zobaczyła we wspomnieniach swą twarz sprzed laty, w blond kręconych włosach. Dlaczego i kiedy zaczęła je farbować na rudo i tak już to pozostało do dziś?
„On był wielik i nieudacziiw“, tak wyraził się o Molierze Bułhakow i tak właśnie mówiono o nim samym. Rzeczywiście był pechowcem. A właściwie ofiarą absurdalnych zbiegów okoliczności. Sztuczek wszechwładnego Przypadku, który mając swoje odrębne poczucie humoru i hierarchii spowodował, iż Bułhakow sam stał się tekstem literackim. Większość „nieudaczy“ autora “Mistrza i Małgorzaty” wynikała z nieokiełznanej potrzeby robienia żartów oraz fizjologicznej wręcz niechęci do przyjmowania reguł gry panujących we wszystkich bez wyjątku środowiskach literackich. Reguł gry polegających bądź na układaniu się z szeregiem krążących wokół literatury literackich działaczy, bądź wybraniu sobie mistrza i pełnieniu przy nim służby czeladnika do kiedy mistrz uzna to za konieczne. Tak zaczyna swoją opowieść o Michale Afanasjewiczu Bułhakowie, tłumaczka jego dzieł i literatka, Barbara Dohnalik*. Cytuję ją w związku z przypadającą 10 marca b.r. 84 rocznicą śmierci pisarza.
„Hommage à Jan Buck” – MAMADA – piosenki dolno- i górnoserbołużyckie
W Dniu Kobiet z przyjemnością przedstawiamy 11-osobowy żeński zespół MAMADA pod kierownictwem Viktorii Korol, którego recital uświetnił podwójny wernisaż wystaw „Wszystko jest pejzażem. Serbołużycki malarz Jan Buck” oraz „Hommage à Jan Buck (IV): WSZĘDZIE – NIGDZIE – DOM”, a także stanowiące wprowadzenie do nich „Międzynarodowe sympozjum badawcze Hommage à Jan Buck – lubuskie i dolnośląskie konteksty: geografia, historia i sztuka” w Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze (2.02.2024 r.)
Wystawy ku czci najsłynniejszego serbołużyckiego artysty Jana Buka/Bucka oglądać można do 5.05.2024 roku.
Sarah „Saartjie“ Baartman (* 1789 w Południowej Afryce; †29 grudnia 1815 roku w Paryżu), kobieta z plemienia Khoikhoi, potocznie zwanego Hotentotami, zbudowana w sposób typowy dla swojej grupy etnicznej – miała m.in. bardzo wydatne pośladki. W roku 1810 została jako młoda kobieta sprowadzona do Europy, gdzie wystawiano ją w ludzkim zoo na całym kontynencie. We Francji i Anglii zyskała wielką popularność i przeszła do historii jako Wenus Hotentocka (Hottentot Venus, Vénus hottentote). Również po śmierci służyła jako obiekt do oglądania, bo została spreparowana i po części zakonserwowana.
Ci, którzy mnie znają od dawna, wiedzą, że lubię koty, czerwone sukienki i irysy. Wielokrotnie dawałam temu wyraz tu na blogu. Sukienki były całkiem niedawno, dziś kolej na irysy. Irysy w nowej wersji – nie jako pojedynczy kwiat lub bukiet, lecz jako pole.
To stary motyw w historii sztuki. Sprawdzam, czy już tu pokazywałam ten najstarszy znany obraz, przedstawiający księcia, który idzie przez pole irysów. Okazuje się, że przez 11 lat ani razu nie zająknęłam się o księciu, a teraz jak go szukałam, zorientowałam się, że w literaturze niemieckiej nazywa się go Księciem lilii (Lilienprinz) a nie Księciem irysów.
Z tym freskiem jest całe morzez zgryzot. Ale zacznijmy od pozytywów. To jedno z najwspanialszych malowideł ściennych z pałacu króla Minosa w Knossos. Klasyfikację młodzieńca jako księcia lub ewentualnie kapłana zaproponował odkrywca Knossos, brytyjski archeolog Arthur Evans (1851–1941). Pałac pochodzi z epoki brązu i jest klasycznym wręcz przykładem sztuki minojskiej. Książę ma na głowie koronę z piór, a przyodziewa go tylko opaska na biodrach. Evans przypuszczał, że książę prowadzi na smyczy jakieś mistyczne zwierzę, gryfa albo smoka, tak jak księżniczka z obrazu Ucella, którą niedawno przypominałam. Ale tak naprawdę nic więcej nie wiemy i nauka nie zidentyfikowała żadnego zwierzęcia mistycznego. Wprawdzie wedle legendy żył tu Minotaur, czyli człowiek z głową byka, a zabił go Tezeusz, ale o Minotaurze też nic pewnego nie da się powiedzieć, poza tym, że jego kult przetrwał do dziś w postaci corridy. Obecnie naukowcy podejrzewają, że wizerunek księcia w ogóle nie jest autentyczny i rekonstruktor fresku, Emile Gilliéron, kierując się sugestiami Evansa, nieudolnie skleił go z kilku innych fragmentów. Poza tym wcale nie jest pewne, czy to aby na pewno książę, i jest to problem zarówno historyczny – nie wiadomo kto – jak i genderowy, bo być może to wcale nie jest książę, tylko księżniczka (bardzo jest biała, za biała na chłopaka). No i wreszcie nie jest pewne czy to lilie czy irysy, bo książę jako się rzekło, w różnych językach apaceruje wśród różnych kwiatów. Być może Gilliéron, skoro był Francuzem, domalował jednak stylizowane lilie burbońskie.
Ciekawe jest to “pomięszanie” pojęć, bo lilia i irys to dwie zupełnie inne rośliny, lilia (ta po prawej) wyrasta z cebuli, irys z kłączy. Każdy w kwiaciarni bez trudu odróżni białą lub kolorową lilię od białego lub kolorowego irysa. A jednak w języku symbolicznym lilia i irys to często jedna i ta sama roślina. Albo jeszcze prościej – białe kwiaty to lilia, niebieskie – to irys. Kwiaty w Knosos są niebieskie. No, w każdym razie nie są białe i mają niebieskie liście. A zatem irysy.
Ale wpiszcie w google Knossos lilie lub też Knossos irysy, a zobaczycie – wcale nie wiadomo, co to za rośliny.
Więc nie książę, nie pole i nie irysów.
Inne pola irysów, które znalazłam, są już znacznie prostsze.
To są więc iris fields forever: Claude Monet, Vincent van Gogh, Timothy Easton i jeszcze dwa razy van Gogh
Dnie się robią coraz cieplejsze, ci co mają ogrody, na pewno już pracują, teraz przyszła pora na nas, właścicieli balkonów.
Ist das Verreisen, sich auf die Reise machen nicht etwa eine Flucht vor sich selbst, vor den eigenen Problemen, den ewigen Freunden und Feinden, den gleichbleibenden Wegen, dem schlechten Wetter und dem gewohnten Essen, den Nachrichten des Tages, der ewigen Routine, der Langeweile…? Doch, man macht sich auf, fährt möglichst weit weg und nimmt sich selbst natürlich auch mit. So kann man den eigenen Weg immer fortsetzen, ganz weit weg fliehen, auf die Suche gehen und sich selbst doch dann auch überall mitnehmen, mit dem uns allen bekannten Don Quijote wandern. Manchmal aber reichen kleine Veränderungen, um etwas gelassener und optimistischer auf die Welt rundherum zu blicken; es ändert sich vielleicht das Wetter und die Ausblicke sind unbekannt und ganz neu, und wenn sie noch wirklich schön sind, die Menschen um einen herum herzlich, freundlich, zufrieden, dann lebt man auf, versucht neue Perspektiven auf eigenes Leben zu entwickeln. Also irgendwie doch ein Plädoyer für das Reisen?
Filomena spojrzała z okna na szarą ulicę Karmelicką, jadące tramwaje, ludzi spieszących dokądś…
Ruch na ulicy niebywały, tramwaje i auta sprawiają codzienny hałas, ale ten nigdy jej nie przeszkadzał, natomiast cisza podczas Pandemii i “Lokdownów” już tak…
Kobieta bowiem przyzwyczaiła się do tych jakże swojskich dźwięków życia z czasów jeszcze “sprzed Corony”. Też i gruchanie gołębi dziobiących ziarna od strony podwórza miało w sobie coś absolutnie swojego.
Na obiad podano rybę, na kolację jest zawsze jakiś rolmops, wędzony śledź albo inny łosoś. Nie znam się na rybach. Akurat śledzia od łososia odróżnię, a trzecim gatunkiem dobrze mi znanym, są paluszki rybne. Czuję się, jakbyśmy byli nad morzem, a do morza przecież daleko.
Z okna widzę Łabędzi Staw z fontanną, a za nim tajemniczy dom zdrojowy (Kurhaus). Tajemniczy, bo dla mnie na razie nieosiągalny. I niech tak zostanie. Niech będzie tajemnicą. Wolałabym się nie rozczarować, wchodząc do środka. Codziennie spoglądam w jego kierunku przez panoramiczne okno mojego zdrojowego pokoju.
Wczoraj zdjęto u mnie firany, widok się jeszcze bardziej poszerzył, zdominowal nudny pokój. A Kurhaus stoi niezdobyty, niby zaprasza, niby odstrasza. Majestatyczny, nieosiągalny. Coraz bardziej mnie intryguje. “Czarodziejski Kurort” z kuracjuszami sprzed stu lat. Których i tak już nie ma. Bo jeśli nawet pokonali choroby, to zabiły ich wojny, w najlepszym przypadku starość.
A więc ich cienie gdzieś tam przemykają korytarzami, zaglądają do pokoi, do sal większych i mniejszych, balowych, jeśli takie były, na pewno były; z pobłażaniem i wyrozumiałością spoglądają na żywych.
Tym, których zabiły wojny, postawiono pomnik w parku zdrojowym. Ci, których zabiła starość leżą na cmentarzach, za daleko, jak na moje możliwości poruszania się.
Kurhaus był pierwszym zdrojowym budynkiem. Dużo później wybudowano następne. A jeszcze później ten, w którym mnie zakwaterowano. Ten z widokiem na staw i Kurhaus, z wielką jadalnią, gdzie serwują rybę, a kuracjuszy przypisują do stolika i numeru. Nasz stolik jest milczący. Nikt z nikim nie rozmawia, ani o pogodzie, ani o zabiegach ani o jedzeniu. Uprzejmie podajemy sobie rano dzbanek z kawą, wieczorem z herbatą. Życzymy miłego dnia lub wieczoru. Bierzemy swoje laski i kuśtykamy podpierając się nimi na zabiegi lub do pokoi.
W pokojach telewizory, okna na świat, bo nie każdy ma okno na staw i Kurhaus, a jeśli nawet ma, to świat w telewizorze jakby większy.
Nad stawem czarny łabędź i jego koleżanka gęś. Gdy rano słyszę ich dzikie wrzaski, to myślę, że albo przyszedł lis po łabędzia – bo kiedyś przyszedł i zabrał i dlatego jest tylko jeden – albo zarzynają gęś, która cudem jakiś czas temu uniknęła zarżnięcia. Gęś jest wielka, Pomorska, taki gatunek, świąteczny, bogaty w mięso. Mięso też czasem podają do obiadu. Ale gęsiny jeszcze nie było.
Gabinety tortur stoją otworem, pod warunkiem, że zdążysz z jednych tortur na drugie w odpowiednim czasie. Automatyczna szyna podobno czyni cuda, Nie wiem, czy cudem można nazwać ból. Jest i cappuccino, napój, który osładza tortury, tortury późnego życia, tego prawdziwego i tego z powieści Ingi Iwasiów. W nocy nie mogę spać, odwiedzają mnie Empuzy. To wszystko wina opiatów, lub braku nalewki, a może w śledziach jest jakaś moc, która przenika do sennych zdarzeń i marzeń.
Przerwałam milczenie dzisiaj przy stole. Zapytałam moich posiłkowych towarzyszy, czy ktoś z nich był już w Kurhausie? Nikt nie był. Choć wiem, że inni byli, ci co lepiej chodzą, ci już wyrehabilitowani. Ciekawa jestem ich wrażeń. Nie wiem, kogo pytać. Może lepiej zostać z tą ciekawością sam na sam. Nie szukać wrażeń i nie pytać o nie. Niech “Czarodziejski Kurhaus” pozostanie w sferze wyobraźni i domniemań. Niech pozostanie widokiem z okna.