Die kleine große Welt (12)

Monika Wrzosek-Müller

Die blühenden Landschaften der sachsenanhaltinischen Wüste

Sie fuhr an einem Sonntag in die sachsenanhaltinische Wüste, ohne Zwang, von selbst, am heißesten Tag des Sommers. Die schönen Landschaften mit den Seen ließ sie um Berlin und dann an der Elbe links liegen und steuerte direkt in die ausgetrockneten Rapsfelder, die, alle gelblich-grau, von weitem wie unendliche Sandflächen aussahen. Sie zogen sich in die Länge und Breite, fast ohne Unterbrechung, auf riesigen Feldern. Dazwischen lagen wie Oasen kleine Dörfer mit ein paar Bäumen und einigen Häuschen, manchmal um eine Kirche gruppiert, alle so klein, dass man sich wunderte, wie man da überhaupt rein- und rauskam, geschweige denn wohnen konnte. Die Oasen hätten inzwischen zu den versprochenen blühenden Landschaften sein sollen, doch im Sommer, in der Hitze stand das Blühen still, alles stand still, und das meiste war vertrocknet und leer; die Leute waren versteckt, in den Kellern, weil es da am kühlsten war, oder in den kleinen Puppenstuben. Und sie fuhr durch die Gegend auf der Suche nach etwas Essbarem, nach Menschen, die ihr den Weg weisen würden, und kurvte und wendete. An der Straße gab es Kirschenbäume mit vielen roten Kirschen und Felder voll von gelben Himbeeren, die auf die Selbstpflücker warteten, die aber doch lieber himbeerrote Himbeeren essen wollten, und so standen auch diese Felder leer und still; sie wünschte sich aber etwas Warmes, Gehaltvolles zum Essen, das gab es leider nicht, nicht am Sonntag, nicht um diese Uhrzeit und nicht in der Gegend.

Und dann kam sie zu einem Gut, einem alten Rittergut, schön im Park gelegen, mit einem Teich – und mit einer Initiative unglaublich engagierter Leute, die anderen helfen wollten und sich selbst dabei auch. Vor dem Café stand schon eine Viertelstunde vor der Öffnungszeit eine Schlange; das ganze Dorf strömte herbei und versammelte sich, mitsamt der jungen Leute von der Initiative, und alle verspeisten frisch gebackenen Kuchen und tranken Kaffee oder Bier und sprachen von diesem und jenem, die Jungen mit den Alten.

Das Gut gehörte einer reichen Familie aus dem Westen, und inzwischen, nach Jahren der unbeholfenen aber durchaus hilfreichen Verwaltung, wollte die es verkaufen, für eine eher symbolische Summe, aber jetzt konnte die Initiative hier keine Events mehr organisieren und die Büroraume mussten aufgeben werden; die Heizung hatte man ihnen abgedreht, das Wasser abgestellt. Nur den Garten konnten sie weiter betreiben, blühende Landschaften schaffen und pflegen.

Sie dachte bei sich, wie kompliziert die ganze große Welt doch sei: auch die Kleine hat nichts gelernt, ist nicht klüger geworden, hat nicht verstanden, dass man nicht alles durch Fortschritt und Sparen in blühende Landschaften verwandeln konnte und dass nicht alles für Geld, mit Konkurrenz und Wettbewerb, durch Werbung zu gewinnen ist. Im Radio machten gerade die Griechen ihre „Hausaufgaben“ nicht, sie entschieden sich, auf dem falschen Weg in die falsche Richtung zu gehen und verdienten keinen Applaus; nein, sie bereiteten allen Kopfschmerzen und niemand wusste, wie es weitergehen sollte. Wer wem aus welchem Topf oder von welcher Bank Geld leihen und verzinsen und wo dieses Geld dann tatsächlich landen würde. Und sie dachte, die kleine Welt unterschied sich nicht mal so sehr von der großen; auch die wusste nicht, wie es weiter gehen sollte. Nach außen war alles geputzt und renoviert, dass aber gar kein Plan weiter dahinter steckte und die Leute damit nicht einverstanden waren, verschwand in der monströsen Hitze des Tages, floss mit dem Schweiß der Ärmsten weiter, ohne dass sich etwas änderte.

Es gab einige Gärtchen, die wie aus der Märchenwelt herausgeschnitten waren; auch mit den Zwergen und Fröschen und Fliegenpilzen und anderen Tieren, die still und unbeweglich, immer brav in ihrer Aufstellung, Positionen einnahmen und wie Stillleben von einer besseren Zukunft in der Märchenwelt zeugten. Manchmal hingen große Rosenbüsche über die Zäune oder verblühende Jasminsträucher standen in voller Pracht im Garten. Es blühten Gänseblümchen und Margeriten, Rittersporn und Kapuzinerkresse, beim näheren Hinsehen konnte man auch kleine Steingärten entdecken, in Terrassen angelegt und großen Steinen befestigt. Man sah die Mühe, den Aufwand von Zeit, Zuwendung und Hingabe, Geduld und Mühsal.

Bei der Initiative war alles groß: das Schloss, der Park, der Gemüsegarten, der Teich und es standen große hölzerne Skulpturen im Grass, vor dem Schloss, die man als Sitzangelegenheiten benutzen konnte oder doch eher bewundern sollte. Im Schlosswald gab es einen Erlebnispfad, wo man klettern konnte und balancieren in der Höhe, zwischen zwei riesigen Bäumen, auf einer Lücken-Brücke, die nur mit Absicherung zu begehen war und vielen anderen schwierigen Balanceakten in den Baumhäuschen wohnen konnte. Sie wunderte sich, wer um Gottes willen, in dieser Oase auf diese Bäume hoch klettern wollte, würde; wer sollte das alles unterhalten auch wenn es schwierigen Kindern helfen würde, war es doch sehr schwierig welche zu finden, um sie balancierend und abgesichert auf den Erlebnispfad hätte schicken können.

Und sie dachte bei sich; vielleicht war das wichtigste, die Initiative zu ergreifen und aufzubauen und mit anderen solche Pläne zu schmieden und sie doch auch irgendwie im Kleinen zu realisieren, ohne großen Ehrgeiz; aber sie war sich nicht sicher, ob sie hätte mitmachen können, denn es fehlte ihr der Glaube an den Erfolg und das Glück von solchen Initiativen. Und dann kamen ihr wieder die Griechen in den Sinn mit ihrem Nein zu den Forderungen und Sparprogrammen und sie dachte, ohne Initiative ist die ganze Sache nichts wert, aber ihr fehlte wiederum der Glaube auch an die Griechen und so fuhr sie weiter in die Wüste der Hitze des Sommertages und versuchte an nichts mehr zu denken und keine Initiativen zu ergreifen sondern für sich im Stillen zu sein.

Nowa polska proza z Australii (2)

Lech Milewski

Sygnał z Kosmosu

Był piękny wiosenny dzień. Przyćmione promienie słońca oświetlały dwie postacie siedzące przy pulpicie kontrolnym w Centrum Badania Inteligencji Kosmicznej.
– Żadnego sygnału? – spytał porucznik Ping.
– Cierpliwości – odpowiedział kapitan Ling – mamy jeszcze sześć godzin.
– Na pewno dostaniemy dzisiaj sygnał?
– Na pewno, sygnał przychodzi zawsze podczas wiosennego zrównania dnia z nocą.
Porucznik Ping zadumał się. Dwanaście lat temu otrzymano pierwszy sygnał z galaktyki Sin-Hai. Już od setek lat szukano śladów inteligentnego życia w kosmosie. Pierwszy problem to jak odróżnić logiczną informację od kosmicznego szumu? Rozwiązanie znaleziono w matematyce. Wybrano ciąg liczb Fibonacciego. Wysyłano w kosmos sygnały o częstotliwościach 2, 3, 5, 13, 89, 233, 1597, 28657, 514229 Hertzów. Czy ktoś w kosmosie zrozumie to pytanie? Bo jeśli zrozumie, to znaczy że umie myśleć i liczyć. I będzie znał odpowiedź. Odpowiedź nadeszła – jednosekundowy sygnał o częstotliwości 433494437 Hz. Był to dzień wiosennego zrównania dnia z nocą, 21 marca 358 roku EPR (Ery Panowania Rozumu). Od tego czasu naukowcy pracowali niezmordowanie nad ustaleniem zasad języka, w którym będzie można się porozumieć z nieznanymi istotami. Wysyłano w kosmos słowniki podstawowych pojęć i próbne teksty w różnych językach. Rok temu osiągnięto taki stopień porozumienia, że zdecydowano się wysłać do nieznanych istot teksty będące fundamentem cywilizacji ludzkiej. A więc: Republika Platona, Trzy zasady Sun Yat Sena i Statut Chińskiego Banku Światowego.

Kapitan Ling przeciągnął się i spojrzał na ekran wyświetlający aktualne wiadomości. Tłumy ludzi zbierały się na placu Wrót Niebiańskiego Spokoju – Tiananmen Guangchang.
– Święto radości – westchnął porucznik Ping.
– Radości wydawania pieniędzy – uzupełnił kapitan Ling.
Porucznik Ling spojrzał na niego uważnie. Kapitan Ping był jednym z najstarszych pracowników ośrodka. Wiadomo było, że miał bardzo gruntowne wykształcenie.
– Kapitanie, powiedzcie mi jak to było w dawnych czasach – poprosił.
– W jak dawnych?
– No, przed naszą erą.
Kapitan Ling zamyślił się. Przed naszą erą. To była era liczona w latach AD – roku pańskiego. Pańskiego? O jakiego Pana chodziło? Tego nikt dokładnie nie wiedział i nikt już nie chciał tego dochodzić. To była era chaosu i przypadkowości. Społeczeństwo rozdrabnione na zwalczające się grupy etniczne. Rozkład i dekadencja.
– Studiowaliście historię i filozofię kapitanie?
– Tak ale przerwałem we właściwym czasie.
Porucznik Ping odwrócił głowę. Niektórzy wspominali, że kapitan Ling spędził kilka lat w obozie reedukacyjnym. Ale to nie wymazało grzechów młodości. Od 20 lat nie awansował. Widocznie stopień kapitana był szczytem jego kariery.
– I teraz obchodzę święto radości wydawania pieniędzy.
– To logiczne. Bo radość wydawania jest napędem dla radości zarabiania.
– A radość zarabiania jest napędem do pracy.
– Pod troskliwą opieką Światowej Partii Chin!
– Amen – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem. Mam chyba czkawkę – odpowiedział kapitan Ling.
Obaj pogrążyli się w milczeniu. To był właśnie kłopot z kapitanem Ling. Te tajemnicze komentarze, w których można było wyczuć jakąś ironię. A co tu ironizować? Życie było proste i szczęśliwe. Na przykład dzisiejsze Święto Radości – przemarsz przed trybunami, na których siedzą wodzowie narodu. A potem każdy dostanie dodatkowy przydział Somy – pastylek radości. A radość zarabiania pieniędzy – porucznik Ping właśnie spłacił raty za wyposażenie mieszkania. Pozostał jeszcze dług za mieszkanie. Czy kapitan Ling ma jakieś długi? Pewnie nie. Ile on może mieć lat? Na pewno ponad 50. Bank Rządowy pilnował, aby obywatele spłacili wszystkie długi przed osiągnięciem wieku odejścia z pracy. Ludzie którzy kończyli pracę byli oddawani do dyspozycji Departamentu Spokojnej Starości. Tam oceniano, czy ich życie jest warte życia.
– Kapitanie Ling, kto wymyślił to powiedzenie: niekontrolowane życie nie jest warte życia?
– Starożytny myśliciel Sok-ha-teh.
Jednak w niektórych sprawach kapitan Ling był nieoceniony. Porucznik Ping zastanawiał się czasem nad tymi słowami i ogarniał go niepokój. A co jeśli departament uzna, że nie warte? Czy dadzą dodatkowe pastylki Somy? A może jakieś inne?

– Jest!!! – kapitan Ling podskoczył na fotelu i wbił wzrok w znaki pojawiające się na ekranie. Nacisnął guzik alarmowy powiadamiający kierownictwo i przerzucił tekst na wielki ekran na ścianie. Sala zapełnili pracownicy Centrum. Wszyscy patrzyli na niezrozumiałe znaki.
– Tłumaczenie, szybko – warknął pułkownik Dong.
– Identyfikacja języka – pojawiło się na ekranie – chiński, arabski, farsi, angielski, hiszpański… Nazwy najważniejszych języków przesuwały się na marginesie ekranu przy każdym ikonka z zasmuconą twarzą. Na sali zapanowała pewna konsternacja. Przecież poprzednim razem wydawało się, że osiągnięto porozumienie. Istoty z Sin-hai były w stanie zrozumieć wysłane im próbne teksty w języku chińskim, arabskim i angielskim. Dlaczego więc odpowiadają w jakimś nieznanym języku?
– Języki starożytne – łacina, staro-grecki, egipski … hebrajski. Hebrajski!? Tak! Na ekranie wyświetlało się tłumaczenie. Wygladało jak jakaś instrukcja:
1. Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną.
2. Nie będziesz wzywał imiena Bożego nadaremno.
3. Pamiętaj dzień święty…
– Co to jest? Co to znaczy? – rozlegały się chaotyczne pytania. Przerwał je pułkownik Dong.
– Spokój! – zawołał donośnym głosem. – Spokój!
Nacisnął guzik na pulpicie kontrolnym i wielki ekran zgasł. Po sali przebiegł szmer zawodu.
– Spokój – powtórzył pułkownik Dong – to nie jest czas i miejsce na bezcelowe spekulacje. Tekst został przesłany do Urzędu Badania Myśli, właściwa interpretacja zostanie podana wkrótce do wiadomości publicznej. A teraz proszę wszystkich o opuszczenie sali, przypominam, że za godzinę rozpoczyna się Święto Radości.
Ludzie z wolna kierowali się w stronę wyjścia. Na sali pozostało tylko dwóch oficerów dyżurnych.
– Zrozumieliście coś z tego kapitanie? – zapytał porucznik Ping.
– No cóż, pułkownik Dong wykazał się jak zwykle doskonałym opanowaniem.
– Tak, ale mnie chodzi o ten tekst. Jak to było? Nie będziesz miał cudzych bogów przede mną? Gdzie to jest? – Porucznik Ping przesunął kursor aby odtworzyć poprzednią zawartość ekranu.
– Co do licha?
– O co chodzi poruczniku?
– Nie mogę wrócić do porzedniej sesji. O, dziennik całej konwersacji też jest pusty.
Na ekranie pojawił się nowy komunikat:
– Koniec dyżuru.
– A co z nasłuchem sygnałów z kosmosu? – zapytał porucznik Ping.
Zanim skończył te słowa, na ekranie pojawiła się odpowiedź:
– Projekt Badania Inteligencji Kosmicznej zamknięty. Sygnały z galaktyki Sin-Hai nie pochodziły od istot rozumnych. To był tylko kosmiczny szum.
– Kamienne tablice też zostały strzaskane – mruknął kapitan Ling.
– Co powiedzieliście? Co strzaskane?
– Co? Ja? Nic nie powiedziałem, mówiłem przecież, że mam dziś czkawkę.

Przypisy:
1. Ciąg Fibonacciego – KLIK.
2. Soma – pastylki radości – termin zaczerpnięty z książki A. Huxleya – Nowy, wspaniały świat.
3. Oryginalny cytat Sokratesa to: ὁ δὲ ἀνεξέταστος βίος οὐ βιωτὸς ἀνθρώπῳ. Polska wikipedia tłumaczy to na – Niezbadane życie nie jest warte życia. Preferuję wersję angielskojęzyczną: The unexamined life is not worth living for a human being. 

Vergessene Texte

Ewa Maria Slaska

Selbstmord und andere Liebesgeschichten

– Komm rein, sagt die Frau. Du bist doch die Gewittertochter, oder?
Sie nickt, öffnet das Gartentor und kommt rein. Die Frau stellt den Korb mit Iris auf den Rasen.
– Ich bin Julia, sagt Julia.
– Julia, sagt die Frau. Ich bin Helga. Dein Vater hat heute Geburtstag. Hast gerade den richtigen Tag gewählt, um hierher zu kommen.
– Sie wissen also von mir? fragt Julia unsicher.
– Nein, nichts, aber… du wirst sehen.
Sie gehen ins Haus hinein.
– Dirk, ruft die Frau, komm mal her, wir haben Besuch.
Dirk kommt aus der Küche, mit einer großen Schürze um. Er schaut sie an.
– Es ist Julia, sagt Helga, deine Gewittertochter.
– Julia, sagt Dirk. Wir müssen wohl Julia holen.
Ich bin doch da, will Julia erwidern, schweigt aber, denn sie spricht auch sonst nie viel.
– Julia, ruft Dirk nach oben.
– Komme gleich, antwortet eine junge Frauenstimme, noch eine Sekunde.
Meine Schwester, denkt Julia. Und so ist es, Julia ist so alt wie sie. Und sieht wie sie aus. Ein bisschen pummelig, nach dem Vater halt, schwarzes Haar, rosa Gesicht, braune Augen. Wir sehen wie Schwestern aus, keine Frage. Dies erklärt natürlich schon viel, ohne dass man es erklären muss.
– Julia, sagt Dirk, das ist deine Schwester Julia.
– Kann man wohl sagen, sagt die andere Julia und schaut sie an. Wie alt bist du?
– Na, sagt Helga, fünfundzwanzig, oder? Zweiundachtzig geboren.
– Im Februar.
– Fische also, sagt die andere Julia. Ich bin Schütze, Aszendent Schütze. Einundachtzig geboren. Drei Monate älter als du.
– Ich weiß, murmelt Julia unsicher.
– Bin Schauspielerin, viel unterwegs, sagt die andere Julia, und selten anzutreffen. Heute aber, da Papa grad fünfundfünfzig wird, weile ich ausnahmsweise sozusagen im Schoß der Familie. Hast Glück gehabt, heute kommen alle.
– Und deine Mutter, fragt Helga, wollte sie nicht kommen?
– Sie lebt nicht mehr, sie hat sich vor zwei Monaten umgebracht. Bei einer Mondfinsternis. Schweigen, na klar, was sonst. Soll ich sie ihnen erzählen, die Geschichte von Klaudias Selbstmorden? Dass sie es immer wieder versucht hat. Dass es ihr so oft nicht gelungen ist, dass es schon lustig war. Selbst Klaudia tat es als lustig ab. Es war aber gar nicht lustig und hörte nie auf. Und dann, einmal, gelang es.
Vielleicht war jetzt nicht die richtige Zeit, sofort mit dieser Information bei diesen lautfremden Menschen reinzuplatzen, aber wann ist dann der richtige Augenblick? Wenn man bestimmte Sachen nicht sofort sagt, kann man sie womöglich nie mehr erzählen. Und dann ist es wie mit Grass, sechzig Jahre Schweigen.
Also Schweigen. Es dauert eine Weile bis Dirk seine Hand verlegen ausstreckt und Julia die Wange streichelt.
Sie war siebenundfünfzig, wäre im September achtundfünfzig geworden. Wird es nun nie werden.
– Eine Liebesgeschichte, sagt Julia und schweigt wieder.
Geschichte einer unwirklichen Liebe zu einem Dämon. Ach Mama. Und dabei hat Klaudia nie mit diesem Mann geschlafen. Mit einem Dämon schläft man nicht, behauptete sie immer. Das haben sich nur die Inquisitoren für die Hexen ausgedacht. Vielleicht erzählt sie es ihnen doch, sie müssen solche Sachen verstehen, wenn sie sie selbst Gewittertochter nennen. Plötzlich fiel ihr auf, dass sie alle gleich aussehen, sie selbst, die andere Julia, Dirk, der Dämon und fast alle Männer, die in Klaudias Leben eine Bedeutung hatten. Als ob sie überall nur diesen einen gesucht hätte, mit dem sie diese eine Gewitternacht verbracht hat. Den Dirk also. Einen schönen jungen Mann mit braunen Augen, grader Nase und einer Mähne dunkler, lockiger Haare.
– Selbstmord. Liebesgeschichte. Mondfinsternis, sagt die andere Julia. Hast es nicht leicht gehabt mit deiner Mama, oder?
– Nein, bejaht Julia. Sie war eine Polin, wusstet ihr das? Eine Jüdin aus Polen.
Dirk nickt mit dem Kopf.
– Oje, sagt Julia und nimmt Julia an die Hand. Wir gehen jetzt nach oben, ihr schafft es wohl ohne uns, da in der Küche.
Sie bekommt ein Zimmer im Dachgeschoß zugewiesen, ein kleines Zimmerchen mit winzigem Bad und einer Küche wie im Puppenhaus. Jetzt sitzen sie zusammen auf einem niedrigen Bett, trinken Tee und rauchen.
– Hast du auch Angst vor Gewittern? fragt die andere Julia.
– Nein, aber Mama…
– Ja, ja, klar, das wissen wir. Das Einzige, was wir immer wussten. Von dir wussten wir nicht, von ihr wenig, aber davon, dass sie Angst vor Gewittern hatte, das wussten wir immer. Papa hat es reumütig sofort Mama erzählt, als er von diesem Seminar zurück nach Hause kam. Und dann alle Jahre wieder. Diese Geschichte war immer ein Partyhit. Wirst sehen, heut Abend. Wie war sie?
– Strange. Der Liebe ausgeliefert. Liebesabhängig. Aber ich weiß nicht viel, ich wohnte lang woanders… Sie meinte, jede ihre Wohnungen in Berlin war mit einem Mann verbunden. Sie hatte in Berlin in sieben Wohnungen gelebt. Wenn ihr eine Liebe zu Ende ging, versuchte sie sich umzubringen.
Julia schweigt wieder. So viel auf einmal hat sie seit langem nicht gesagt. Eigentlich hat sie seit Klaudias Tod kaum mit jemandem geredet. Sieben Wohnungen, denkt sie jetzt, ja, sicher. Und sieben Männer. Manche Wohnungen waren für mehrere Jahre, manche für nur ein paar Wochen. So wie die Männer.
– Schrecklich.
– Ja und Nein. Sie war eine Dichterin und mystisch.
– New Age?
– Nein, irgendwie anders. Kein Esoterikkram. Alles nur im Kopf und erlebt. Ihr passierte immer Ungewöhnliches. Es übertrug sich auf mich. Irgendwie. Bei jedem Mann, der mit ihr zusammen war, hatte ich andere Träume, auch wenn ich nicht bei ihr war, sondern bei Oma.
– Glaubst du daran?
– Nein, aber es ist eine Tatsache. Ich träumte ihre Träume. Auch von Selbstmord.
– Gott, wie unglücklich sie war…
– Aus all dem wurde immer nichts. All diese Männer, alle für die Katz.
Julia war drei als sie nach Berlin umzogen. Nach einem Jahr kam ihre polnische Oma und nahm sie mit nach Polen. Und so blieb es die ganze Zeit. Mal hier, mal da, Schule in Berlin, jeder freier Tag in Posen. Zweiundzwanzig Jahre lebte Klaudia in Berlin, in sieben Wohnungen, mit sieben Männern und sieben Todesarten. Als Julia 16 wurde, starb die Oma und Julia blieb in Berlin. Sie wohnten eine Zeitlang zusammen, dann zog sie aus, in eine WG.
– Immer wollte sie sterben, sagt Julia, schon als Kind. Sie hat stets darüber Gedichte geschrieben.
– Wie hat sie es gemacht?
– Sie ist zur Zugspitze gefahren, dort bis nach Betriebsschluss geblieben, mit Schlaftabletten eingeschlafen und erfroren. Man hat sie zwar gesucht…
– Wieso?
– Wegen der Zugkarte. Bei der Zugabfahrt gibt es einen automatischen Fahrkartenzähler. Wie viele Karten nach oben befördert wurden, so viele müssen auch zurück nach unten. Und da die eine Karte fehlte… Aber es war zu spät. Sie starb im Krankenhaus. Außergewöhnlich.
– Wieso? Selbstmord ist Selbstmord.
– Naaa. Sie machte es ohne Wasser, sonst hat sie es immer mit Wasser versucht.
Sie schweigen.
– Ich würde gern ein Bisschen schlafen, sagt Julia.
– Ach je, klar, sorry, aber …
– Klar, sagt Julia.
Der erste Traum an einem neuen Platz soll sich erfüllen. So sagt man. Julia träumt von ihrer Mutter. Es ist sie selber in diesem, in jedem Traum, aber sie träumt von ihrer Mutter. Sie hat noch keine echte Liebesgeschichte erlebt, nur Liebeleien, Affären, kleine Dinge halt, und keinen Selbstmord. Bis jetzt.
Sie sitzen in einem Jazzclub zusammen, Rafal, den ihre Mutter Dämon genannt hat, und Julia, die ihre Mutter Klaudia ist. Ein alter, zahnloser Penner kommt vorbei und schaut sie an.
– Wieso verliebt ihr euch nicht ineinander? fragt er.
– Schon gehabt, spottet Julia, erschrocken, dass der Typ ihren inneren Gedanken so hervorholt und auf den Tisch knallt. Sie hofft, dass ihre Ironie diese schreckliche Tatsache wegkaschiert. Sie schämt sich ihrer Liebe. Zumal Rafal sichtlich genervt ist.
– Gehen sie, sagt er, lassen sie uns in Ruhe.
Der Mann bleibt aber stur bei ihrem Tisch stehen und schaut Julia an. Wer weiß wie ein Himmelsbote auszusehen hat. Vielleicht grad so.
– Du wirst ihn hinkriegen.
Julia im Traum sieht ganz anders aus als Julia im Leben. Im Leben kommt sie in allem nach ihrem Vater, im Traum sieht sie wie Klaudia aus, dichte, rotbraune Locken, graue Augen, Sommersprossen, Silberblick. Eine Hippiebraut.
Mit dem letzten Satz des Penners ist Julia wach. Wieso hast du dich also umgebracht? fragt sie wortlos, wieso? Er hat dir doch versprochen, dass du ihn bekommst.
– Nein, sagt Klaudia in ihrem Kopf, es hätte nie klappen können. Er war kein Mann, er war meine letzte Lebensprobe.
– Und ich? fragt Julia, schläft wieder ein und gelangt in einen ihr sehr gut bekannten Traum von einer Prinzessin, die in einem großen, leeren Palast wohnt, umgeben von einem großen, menschenleeren Garten. Julia steht am Teich, schaut auf die glatte Wasseroberfläche, wo im Teich ihre Mutter reglos liegt, von Blumen umgeben. Der Tod sollte mit dem Wasser verbunden sein, das sagte sie doch immer. Klar, sauber, viel Grün, weiße auf dem Wasser verstreute Blumen. Rosen oder so.
Und Tabletten. Tabletten und Wasser. Ein nie erreichtes Ideal. Aber vielleicht ist Schnee doch auch Wasser. Und er ist weiß, Klaudias Lieblingsfarbe.
Rafal ist ja auch wieder da, in Julias Traum. Ein schöner Mann. Groß, schlank, intelligent, nett und charmant. Ein schönes Wesen. Braune Augen, dunkles Haar. Eine große grade Nase. Ein Unheilsbote. Ein Erzengel, wie sein Name. Gott heilt, bedeutet sein Name. Gott heilt. Er gibt ihr ein Glas Orangensaft. Und sie trinkt.
– Was zum Trinken? fragt die andere Julia.
Es ist schon dunkel und es ist Julia, die ihr ein Glas Saft gibt.
– Davon habe ich geträumt. Von Orangensaft.
– Geht in Erfüllung und zwar sofort. Wir müssen nach unten. Die Gäste sind schon eingetroffen.
Julia schaut auf die Uhr.
– Es ist erst sieben.
– Auf sieben ist auch eingeladen worden.
– In Berlin wären sie dann um elf gekommen.
– Wir sind in der Provinz, merk dir das. Hast du überhaupt Klamotten mit, die zu einer Gesellschaft in der Provinz passen oder soll ich dir etwas leihen?
Julia zieht ihr blaues Kleid aus dem Rucksack. Bissl zerknittert, wird aber gehen. Und ein Geschenk. Sie holt ein Päckchen hervor, eingewickelt in gelbgoldenes Papier.
– Was ist das denn?
– Ihr letzter Text, per Hand geschrieben. Dirk kommt auch drin vor. Daher.
– Dünn, sagt die andere Julia.
– Ist ja auch kaum was drin, nur eine Auflistung: Liebe, Wohnung, Träume, Todesart.
– Gott, wie makaber!
Julia zieht sich um. – Weißt du, sagt sie aus dem Badezimmer, sie hat auch kein Grab. Wollte keins.
Keine Beerdigung, kein Sarg, kein Grab. Ein Pappbeutel sollte es sein. Ist aber in Deutschland verboten. Musste aus der Schweiz geliefert werden, so eine Pappmachebox, wie für Eier…
Sie kommt wieder ins Zimmer, setzt sich auf das Bett, seufzt.
– O Gott, wie müde ich bin, als ob es mein Leben wäre und nicht das ihre.
– Bist du deshalb hierher gekommen?
– Kann sein, weiß nicht so genau. Ich brauchte etwas hier, unsere Familie in Polen existiert kaum, Juden halt, sind seit dem Krieg nie große Stämme…
Sorgfältig malt sie sich die Augen, Kajal, blauer Lidschatten, weiße und schwarze Mascara.
– Schluss, sagt Julia, mehr brauchst du nicht. Jetzt wird gegessen, getrunken, geredet und gelacht. Träumen wirst du später, du kleine Träumerin. Du hast deine Augen mindestens dreimal geschminkt.
Julia schaut in den Spiegel.
– Gelacht, sagt sie.
– Aha, erwidert Julia, kluge Köpfe lachen nicht, ja? Na dann komm mal, mal sehen, ob dich die Gewitterstory á la Dirk amüsieren wird.
Sie gehen nach unten. Als sie fast unten sind, sagt Julia wie beiläufig:
– Übrigens, er war zwanzig Jahre jünger als Mama und sah wie dein Vater aus.
– Unser Vater, antwortet Julia mechanisch, Vater unser, bete für uns… Dann hielt sie plötzlich inne. – Was haste gesagt? Wer war zwanzig Jahre jünger?
– Der siebente Mann.
Sie schauen sich an. – O Gott, sagt Julia. – Ja, stimmt Julia zu, wie doof. Und dabei war sie so klug.
Sie kommen ins Zimmer ein, wo sie ein allgemeines „Ah“ begrüßt.
– Meine Damen und Herren, sagt Dirk, der ihnen, zwei Gläser Champagner auf einem kleinen Tablett, entgegen kommt, meine Damen und Herren, eine Geburtstagsüberraschung. Meine Töchter, Julia und Julia! Ein lauter Applaus! Julia und Julia! So ähnlich! So schön! Wer? Was? Ach ja, natürlich, die Tochter der Gewitterfrau! Du alter Schuft, doch geschafft! Doch wahr die Geschichte, keine Erfindung! Sieh mal einer an! Und auch Julia? Woher der Name? Ach, Romeo und Julia, sehr romantisch, jaja, ausgesprochen romantisch. Und wie bist du, wie sind Sie hierher gekommen?
Helga kommt zu ihnen, legt ihre Arme um beide Julias, als ob sie sie schützen wollte.
– Hab gesucht, antwortet Julia. Im Internet. Es waren drei.
Dirk nickt mit dem Kopf. Stimmt ja, da sind noch zwei andere Dirks, Geister im Netz, ein Fregattenkapitän und ein Fußballer.
– Ich hab halt gewählt, sagt Julia. Wollte unbedingt einen Prof.
Alle lachen. Julia hatte Recht. Es wurde viel gegessen, getrunken, geredet, gelacht, getanzt und gesungen.
Sie gehen in den Garten, setzen sich auf dem Gras. Der Vollmond steht klar am Himmel, silbern, kühl. Die Leute um sie herum sprechen leise miteinander. Sie weiß, dass manche von ihnen von Klaudias Selbstmord sprechen. Es kann nicht anders sein. Aber es stört sie nicht. So ist es halt im Leben, es gibt eben Leute, die sich umbringen.
Dirk setzt sich neben sie, holt das kleine Büchlein von Klaudia aus seiner Jackentasche heraus.
– Hast du es gelesen? Klar, sicher hast du es gelesen.
– Sie hatte mehrere Male versucht, sich umzubringen. Das wusste ich sowieso, auch ohne ihr Büchlein.
– Dass sie die anderen Selbstmorde überlebt hatte…
– Wegen des Instinkts, antwortet Julia.
– Die sieben Männer…
– Mama war symbolisch. Ich hätte wissen müssen, dass es beim siebenten Mal klappen wird. Ihr ganzes Leben war ein Symbol…
– Und die Männer bekamen ihre Nummer.
Der Dirk bekam die Null.
Um sie herum wird jetzt getanzt. So wie Julia es gesagt hatte. Zuerst wird gegessen und getrunken, zwischendurch gelacht und erzählt. Die Gewittergeschichte von Klaudia und Dirk war Der Partyknaller.
Sie haben nur eine Nacht miteinander verbracht, die Nacht des Gewitters. Sie waren in Merl in einem Bildungshotel des Innenministeriums. Zu dem Seminar: Die Situation der Migrantinnen. Na eben. Nachts nach der Abschiedsparty gab es ein fürchterliches Gewitter. Der ganze Himmel ergoss sich bei einem ohrenbetäubenden Gedonner. Blitze zuckten durch die dunklen Wolken wie flammende Schlangen. Im Park am Teich brannte ein alter Baum. Klaudia lief panisch über den langen grauen Flur und kam in das erste Zimmer, dessen Tür sich öffnen ließ. Sie sah wunderschön aus. Am nächsten Tag hatte Dirk sich entschuldigt und gesagt, es würde nichts daraus werden, er sei verheiratet. Glücklich. Seine Frau erwartete gerade ein Kind. Selbstverständlich, soll Klaudia gesagt haben. Der Rest war Julia. Und Schweigen.
Auch jetzt schweigen sie mehr als sie reden.
– Hat sie all die Männer so geliebt? fragt Dirk.
– Nein.
– Sieben Männer deiner Mutter, hat dich das gestört?
– Acht. Du bist auch da, sagt Julia, sich vom Gras erhebend.
Sie gehen tanzen.

Am nächsten Tag sitzen sie alle beim Frühstück im Garten. Klaudias goldenes Büchlein auf einem freien Gartenstuhl
Sie hatte es bei sich gehabt. Sie nannte es „Notizen aus dem Todesjahr“. Die letzte Notiz ist auf der Zugspitze eingetragen, ein paar Minuten bevor Klaudia herausging, um eine zu rauchen.
Die Zugspitze war der einzige Ort in Deutschland, wo es in diesem warmen Winter Minustemperaturen gab. Auf der Zugspitze lief alles schief. Von Anfang an. Sie wusste nicht, dass man von oben her sich nirgendwohin entfernen kann, weil man wie in einem Kessel eingesperrt ist. Sie hatte es sich anders vorgestellt. Sonne, Winter, weißer Schnee. Sie geht spazieren, weit von dem Touristenpack, das da auf der Piste Ski fährt. Dann ist sie allein auf einer Alpenwiese, schluckt ihre unsterblichen Tabletten und erfriert romantisch. Dies war aber völlig unmöglich. OK, dann eine andere Version, viel weniger angenehm und romantisch. Sie wartete ab, bis sie irgendwann alleine dort oben zurückblieb. Als der letzte Zug nach unten fuhr, schlich sie aus dem Wartesaal nach Draußen. Es war schon dunkel, windig und kalt. Der Vollmond, der sich ein paar Stunden später während der Finsternis braun färben sollte, stand kalt und silbern am Himmel. Sie lief um die Gebäude herum und setzte sich hinter eine Hausecke.
Es war ein relativ kurzer Text. Jetzt haben ihn schon alle gelesen.
Die sieben Männer, die nach Dirk kamen, waren allesamt, meinte Klaudia, kaum was wert. Daher bekamen sie keine Namen. Nur Dirk hatte einen Namen. Und Klaudia. In ihrem Text schonte Klaudia ihre Männer nicht, sich selbst aber noch weniger. Als sie jung war, dachte sie, dass ihr in einer Beziehung die Intelligenz des Mannes fehlte, weil sie sich selber für intelligent, aber nicht schön hielt. So hatte es in ihrer Kindheit ihre Mutter bestimmt und so ist es geblieben. Als sie jung war, liebten die Männer schöne Frauen und die Welt war voll von ihnen. Nur sie alleine in der Welt war keine Schönheit. Jetzt, wo sie alt geworden war, lieben die Männer junge Frauen und die Welt ist voll mit jungen Frauen. Zuerst war sie also nicht schön, jetzt – nicht jung. Sonst ist alles ein und dasselbe. Nur die Haut zählt. „An meiner Haut bin ich gescheitert“, schrieb sie in ihrem Text.

Mann 1.
Mann 1. war fünf Jahre jünger. Sie waren alle jünger. Ein politischer Flüchtling und kluger Informatiker. Einmal sagte er ihr, sie hätten in ihrem Büro in Polen eine Mitarbeiterin gehabt, die sehr gut im Programmieren war. Für eine Frau erstaunlich gut. Sie sinnierten ein wenig darüber, bis sie entdeckten, dass ihre Beine stark behaart waren. Und dann war ihnen alles klar. Sie verstand es nicht. Was war euch klar? fragte sie. Was denn? Ist doch klar, sie war gar keine Frau, sie hatte viel zu viele männliche Hormone.
Sie wohnten in seiner kleinen Wohnung in Reinickendorf. Ein Zimmer, ein Tisch, zwei Stühle, ein Bett. Leer, alles eingepackt. Das war die Zeit, als Klaudias Mutter das erste Mal aus Polen zu Besuch kam und als sie weg fuhr, nahm sie Julia mit. Daher war es überhaupt möglich, dass Klaudia mit dem Mann 1. etwas hatte. Er war dabei, nach Amerika auszuwandern als sie sich kennen lernten. Seine Freundin war schon seit ein paar Monaten drüben. Sie war für ihn ein Lückenfüller, er für sie bloß ein Halt.
Die Träume, die sie bei ihm träumte, waren politisch. Man glaubt, man würde zwangsweise zurück in die Heimat gebracht, wo alles grau und politisch ist. Man wacht schweißgebadet auf. Alle Emigranten träumen davon. Manche schreien.
Sie schrie. Er schrieb darüber. Er war ein Schriftsteller, naja, so was in der Art. Sie waren alle in der Art schreibende Wesen gewesen, er arbeitete in einer polnischen Exilzeitschrift, wo auch sie angefangen hatte zu arbeiten.
Nach drei Monaten flog er nach New York.
Sie fühlte sich einsam und verlassen. Dem Leben ausgeliefert. Sie wollte nicht zurück, war aber auch nicht richtig da.
Daher.
Selbstmord á la Virginia Woolf. Steine in die Manteltaschen und ins Wasser gehen. Die Taschen unbedingt vorher zunähen, sonst spült das Wasser die Steine heraus. Und ohne Steine lässt sich der Körper nicht ertränken. Er kämpft, auch wenn er nicht schwimmen kann. Und gewinnt. Der Instinkt zu überleben lässt sich nicht so einfach überlisten.

Mann 2.
Mann 2. war zehn Jahre jünger. Ein Schriftsteller. Darüber hinaus ein romantischer. Das lag daran, dass er sehr jung war.
Bei ihm träumte sie sehr oft ihre typischen KZ-Träume. Sie faszinierten ihn und sie schrieb sie für ihn auf. Es ist nicht ausgeschlossen, dass er diese Träume in einen seiner Texte einmontiert hatte. Ihre Texte wanderten immer wieder zu den anderen. Auch ihre Sachen, Bücher, Klamotten. Natürlich auch Geld. Alles war flüssig und spülte sich aus ihrem Leben in das Leben der Anderen. In diesen Träumen war es immer ihre Mutter, die sie ins KZ schickte. Ihre jüngere Schwester durfte mit Mama zu Hause bleiben, nur sie musste hin. Fast jede Nacht.
Du machst deine Mutter zur Kripo, sagte der Mann 2. Sie schaute ihn an. Quatsch, sagte sie, meine Mutter hat das schon alles durchgemacht, jetzt bin ich an der Reihe. Und deine Schwester? fragte er. Ja, meine Schwester, sagte sie. Ich weiß nicht, das betrifft nur mich. Weil du wie eine Jüdin aussiehst und sie nicht, sagt er.
So einfach ist das.
Daher.
Sie wohnte bei ihm, in seiner dunklen Wohnung in der Sonnenallee. Die Wohnung war so dunkel, dass man am Tage immer, sogar im Sommer, Lampenlicht brauchte.
Er betrog sie.
Dann vielleicht daher.
Mann 2. schlief. Sie stand auf und ging sehr leise aus der Wohnung aus. Zum Urbanhafen am Landwehrkanal. Sie wollte ins Wasser gehen, ihre Tabletten schlucken und beim Einschlafen ins Wasser fallen. Der Mann 2. ist von seinem Hund geweckt worden. Er zog sich an und lief los. Er hätte verschiedene Straßen durchsuchen können, hat aber gerade die als erste genommen, die ihn zum Urbanhafen brachte. Hat sie noch am Leben und gerade beim Tablettenschlucken erwischt, weil sie ziemlich langsam ging, und er lief, und außerdem wollte sie noch vorher eine Zigarette rauchen.
– Die Enten, sagte sie, als der Mann 2. und sein Hund sie gefunden haben. Sie stand schon im Wasser. Es war kalt, aber es machte ihr nichts aus. Sie wollten nicht, dass ich hineingehe, sagte sie noch. Und schlief ein.
Sie glaubte, sie habe ihn geliebt. Er verließ sie. Für eine jüngere Blondine. Zehn Jahre später wollte er zu ihr zurück. Auch zwanzig Jahre später. Sie wollte das nicht. Zehn Jahre später graute ihr vor der Vorstellung, mit ihm Liebe zu machen.

Mann 3.
Den Mann 3. hatte sie sich „zugelegt“ als sie sich von Mann 2. trennte. Er war sieben Jahre jünger. Ein Araber, der in ihr Leben die ganze Palette der Requisiten einbrachte, die zum Bild der romantischen Liebe, Ausgabe orientalisch, dazugehören. Dem ist schwer zu widerstehen. Sie wohnte in Wedding, in einer Hinterhof-Einraum-Ofenheizung-Wohnung, direkt an der Mauer. Vor der Mauer gab es S-Bahn-Gleise und dahinter Häuser. Sie wohnte dort zwei Jahre und hatte nie jemandem aus dem Fenster schauen gesehen. Manche Leute meinten, dort wohnte niemand, die Häuser stünden leer. Andere wiederum behaupteten, da wohnten Stasimitarbeiter und sie schauten sehr wohl aus dem Fenster, bloß heimlich. Für den Mann 3. war sie zu dünn, er fütterte sie mit Nutella und Sahne. Es war keine Liebe, sie brauchte Trost und er eine Aufenthaltserlaubnis, und da sie ihn nicht sofort heiraten konnte, suchte er zwischendurch andere Frauen. Einmal ging sie mit ihm in eine Araber-Afrikaner-Disco. Alle Frauen waren älter als ihre Tänzer. Manche sahen fürchterlich aus, dick, wabbelig, große weiße schwammartige Gesichter. Da machte sie Schluss. Sie warf ihn raus. Obwohl er meinte, sie würde es nicht aushalten, jetzt ohne ihn zu leben, weil er sie mit Sex verwöhnt habe, und es würde ihr fehlen. Ja, sagte sie, vielleicht haste Recht. Und jetzt geh. Beim Weggehen hat er sie noch beklaut. Sie ekelte sich von sich selbst.
Daher.
Eine Ausnahme. Ein Freitodversuch ohne Wasser. Dafür aber mit einem Ofen. Ein Versuch sich mit Kohlendioxid zu töten. Lächerlich. Gehört zur Literatur des 19. Jahrhunderts, als alle Wohnungen mit einem Ofen beheizt wurden. Mit richtigen Kohlen. Mit Braunkohlen aber… wie konnte sie so dumm gewesen sein? Nichts außer Kopfschmerzen und einen Text, den sie am nächsten Morgen in ihrer Schreibmaschine fand: „Der Ofen wurde in der Volkskultur europäischer Länder als Symbol der Verbindung zwischen Himmel und Hölle betrachtet…“ Eruditen bleiben also auch unter Wirkung von Kohlendioxid kluge Menschen.

Mann 4.
Sie wohnten ein paar Jahre zusammen in einer Wohnung in Moabit, in der Nähe vom Moabiter Gefängnis. Er war siebzehn Jahre jünger. Der Einzige ihrer Liebhaber, der kein Schriftsteller war. Dafür aber klug und intelligent. Er liebte sie. Wollte sie heiraten, ein Kind haben. Auf seine Art liebt er sie bis heute. An einem fürchterlich kalten Gründonnerstag entdeckte sie, dass er ein Homosexueller ist und dass sein bester Freund sein Liebhaber ist.
Er hat sie belogen. Jahrelang. Baute um sie herum eine Mauer aus Lügen, die von allen, die ihn kannten, aufrechterhalten wurde. Alle wussten, dass er ein Schwuler ist, nur sie nicht.
Daher.
Sie erzählte überall, dass sie zu Ostern wegfährt, schloss sich in ihrer Wohnung ein, schrieb ein paar Gedichte, schluckte 90 Tabletten, trank zwei Gläser Wein und verstreute weiße Rosen in der Badewanne – für diejenigen, die ihre Leiche entdecken. Zwei Tagen später wurde sie tatsächlich entdeckt, aber doch sie und nicht ihre Leiche. Sie lebte. Mit hundert Schlaftabletten lebte sie zwei Tage. Hatte sogar Hunger inzwischen, war aus der Badewanne rausgekrochen und hatte sich ein paar Brote geschmiert. Nicht aufgegessen jedoch. Sie lagen in der Küche auf dem Fußboden. Mann 4. hat sie und ihre Brote entdeckt, weil er sich aus ihrer Wohnung ein paar Bücher holen wollte. Er rief die Feuerwehr an. Ein großer Sanitäter trug sie in den Armen aus ihrer Wohnung. Sie wurde in die Psychoanalyse geschickt und träumte von Reisen weit weg, nach Tibet oder Venezuela, wo sie nie gewesen ist.

All diese misslungenen Todesfälle. Und immer von neuem Tabletten sammeln. Das ist eine mühsame Aufgabe. Man muss neue Ärzte suchen, sich neue Geschichten einfallen lassen. Man bekommt höchstens 20 Tabletten im Monat. Um an einem vernünftigen Vorrat von circa 100 Tabletten zu gelangen, muss man sich schon ein halbes Jahr bemühen. Die Ärzte immer wieder anlügen, sie sehr klug und lebensfreudig anlächeln, sonst schöpfen sie Verdacht und ade du romantischer Tod mit Wasser und Tabletten.
Man kann natürlich auch ohne Tabletten und Wasser ist immer da. Aber auch dabei kann sich das Schicksal einmischen.

Mann 5.
Den Mann 4. hat sie also rausgeworfen. Ein paar Wochen danach kam der Mann 5. unerwartet aus Polen nach Berlin. Er war sieben Jahre jünger, sah wie Hugh Grant aus und war ein Schriftsteller. Und er war Jesus. Das glaubte er und sie glaubte ihm. Obwohl sie selber dachte, er sei Thanathos, der junge griechische Todesgott. Sie hatten sich vor Jahren in Polen kennen gelernt. Es war nichts daraus. Sie hatten sich jahrelang nicht gesehen und sie hat eigentlich nie erfahren, wie und wozu er sie nach all diesen Jahren suchte und in Berlin fand. Es sei denn, er kam, Hermes Psychopompos, um ihre Mutter auf ihrem letzten Weg zu begleiten. Nach ihrem Tod kam Julia für immer zurück nach Berlin und Klaudia trennte sich von dem Mann 5. Er war der schönste Mann, mit dem sie je zusammen gewesen war. Alle Frauen schauten ihn mit geöffnetem Mund und geöffneten Beinen an. Sie wohnten zusammen bei ihr in der Wohnung am Chamissoplatz oder bei ihm in einem alten Dorfhaus in den Sudeten. Er war ein typischer Intellektueller, der sich aus Warschau in die Natur zurückzog. Sie fuhr fast jede Woche mit dem Zug nach Görlitz, ging mit einem kleinen Köfferchen zu Fuß über die Grenze und nahm einen Bus zu einem Dorf, von dem man zwei Stunden über die Berge gehen musste, um zu ihm zu gelangen. Als sie das erste Mal dorthin kam, war es Mai, überall blühten weiß die Obstbäume und nachts kamen in Garten die Rehe. Sie liebten sich im Obstgarten und im Wald, sie schaute in die Sterne, die viel größer waren, als in Berlin. So waren auch ihre Träume, wie von Mozart. Fantastische Nachtlandschaften. Der Mann 5. hatte noch eine Wohnung in Warszawa und dort eine andere Freundin, die eine Jungfrau war. Das war ihm plötzlich sehr wichtig. Total altmodisch, sagte sie. Ich kann nichts dafür, erwiderte er. Du bist intelligent und begabt, das ist mir schier wichtig, aber ich brauche eine Ehefrau, eine Mutter meiner Kinder und… Er wollte sie beiden haben, diese Jungfrau in Warszawa und sie in Berlin. Nein, daraus wird nichts, sagte sie.
Daher.
Pulsadern in der Badewanne. Man muss aber wissen, wie man schneidet. Und vor allem ist das Wasser später rot. Sieht nicht so aus, wie es aussehen sollte. Es hat doch klar, sauber und durchsichtig zu sein. So oder so. Einmal ausprobiert. Falsch geschnitten. Quer statt längs. Dauerte lange bis sie in der Badewanne ohnmächtig wurde. Und dann hat sich ihr ohnmächtiger Körper aus der Badewanne rausgeschleppt und sich die Wunden verbunden. Der Instinkt zu überleben… usw.
Das ist eben das größte Problem, dass ab einem gewissen Moment, wenn der Wille und der Verstand ausgeschaltet werden, der Körper selber die Initiative ergreift und das Seine tut. Eigentlich hat sie das immer gerettet. Der Instinkt, den sie nicht auszuschalten wusste.
Julia war gerade bei einer Kanufahrt mit ihrer Klasse. Als sie zurückkam, war alles schon längst vorbei. Nur, dass Klaudia jetzt an beiden Handgelenken frische Narben hatte.

Mann 6.
Bei dem Mann 6. hatte Klaudia sehr farbige Träume. Oft träumte sie, dass sie ein Auto fährt, was sie im Leben nicht kannte. Sie führ mit ihrem Auto durch grüne Landschaften an große blaue Seen heran, und überall blühten große bunte Blumen. Sie wohnten in einer Altbauwohnung in der Nähe vom Hermannplatz. Mann 6. war der erste, der ausnahmsweise zwei Jahre älter und nicht zig Jahre jünger war als sie. Er war ein Versager, ein Melancholiker, ein Philosoph, und ein Nachttaxifahrer. Er sah gut aus. Ein wirrer Philosoph mit wirrem grauem Lockenhaar. Wie Einstein ungefähr, nur besser. Sonst aber war alles wie gehabt: Er schrieb und hatte einen sehr schwierigen Charakter. Daher war Klaudia sicher, dass sie ewig zusammen bleiben würden. Wie zwei alte Schildkröten. Alt und klug, und treu. Sie waren lange zusammen. Am längsten eigentlich. Und doch unterschätzte sie seinen Charakter. Oder den ihren. Sie hielt es nicht aus. Acht Jahre mit einer schwer depressiven, unzufriedenen Schildkröte wuchsen ihr über den Kopf. Als sie erklärt hatte, weshalb sie meint, sie sollten sich trennen, hoffte sie, dass er es als Warnung nähme und sich ändert. Er warf ihr aber ihre Schlüssel auf den Tisch und ging.
Sie weinte fürchterlich, als er ging. Julia wohnte schon in einer WG in Friedrichshain.
Daher.
Klaudia saß in der Badewanne voll warmem Wasser und zog einen Elektroheizlüfter in die Badewanne hinein. Es war eine schneevolle Silvesternacht, sie blieb am Leben, verursachte nur einen Kurzschluss und zwang das ganze Haus, ohne Strom auszuharren. Sie wusste nicht, dass in Deutschland die Badewannen geerdet sind.

Sie ließ alle rettenden Zufälle geschehen, aber der Lebenswille fehlte ihr nach wie vor. Sie lernte zu ironisieren. Sie nahm mit Bitterkeit wahr, dass sie wahrscheinlich unsterblich sei. Aber Ironie ersetzt das Gefühl der Wertlosigkeit nicht. Und man ist auch nicht schöner durch sie. Und nicht jünger.

Mann 7.
Dann lernte sie den 7. Mann kennen. Für drei Jahre. Nach drei Jahren trennten sie sich, freundlich, aber für immer. Er war 20 Jahre jünger und konnte sie nicht lieben. Er hätte sich nicht dazu zwingen können. Das waren seine Worte und das war der Grund, weshalb Klaudia diesen Satz über die Haut schrieb. Sie wusste: Er kann sich nicht zwingen, weil ein Mann eine junge Haut braucht. Sie bekam einen Hautausschlag, als sie den Satz geschrieben hatte. „Bei mir werden alle Symbole sofort Realität“, schrieb sie. Aber sonst war er eigentlich besser als alle anderen. Trug sie in den Armen, bewarf mit Blumen und Geschenken, schwärmte von ihrem Stil und Charakter, von ihrer Schönheit und Klugheit, meinte, sie sei die wichtigste Person in seinem Leben und weinte, wenn sie ab und zu sagte, ihre Beziehung habe keinen Sinn, sie sollten beide damit aufhören, sich gegenseitig zu belügen, die Sache sei sowieso nicht von Dauer.
War sie auch nicht. Klar. Er ging mit einer Frau weg, die mehr als 30 Jahre jünger war als Klaudia. Es war übrigens auch nicht von Dauer, aber danach kam eine neue, die noch jünger war als die erste. Klaudia saß in ihrer schönen großen weißen Wohnung in Kreuzberg und wusste, dass sie hilflos ausgeliefert war. Mit ihm ging nicht nur ihr Lebenssinn verloren. Sie verlor ihre Arbeit, hatte kein Geld, wurde plötzlich von allen möglichen Krankheiten befallen. „Ich bin jetzt alt“, schrieb sie. „Alt und zerbrechlich. Man kann mich so einfach verletzen und damit umbringen“. Als er ging, träumte sie von ihrer gestorbenen Mutter und anderen, die gestorben waren. Sie riefen sie zu sich.
Daher.
– Daher, sagte Dirk, als er das goldene Heft wieder ablegte.
– Nein, sagte Julia. Das ist ein falsches Wort.
– Wieso?
– Weil das bedeuten würde, dass diese Männer daran schuldig waren. Und sie waren es nicht.
– Sondern? fragte Helga.
– Sie selber. Sie konnte nicht leben. Die Männer, so lange sie sie liebten, schützten sie vor dem Tod. Als sie allein war, entstand in ihr eine Leere. Sie musste geliebt werden. Sonst hatte sie keinen Halt.
– Liebe, sagt die andere Julia, staunend. Sie wurde doch geliebt.
– Aber nicht bedingungslos und nicht ohne Abstriche.
– Platon, sagt Dirk. Ein Ideal der Liebe, das es nie und nirgendwo gibt.
– Und jetzt gibt sie es auch nicht mehr, sagt Julia. Daher. Sie nimmt wieder Klaudias Buch in die Hand.
Das letzte, was sie gesehen hatte, war der zahnlose Penner. Du wirst ihn hinkriegen, sagte er. Zu spät, erwiderte Klaudia, ich möchte schon niemand mehr kriegen.

Nadpalone skrzydło poetki

szubstarska-skrzydlaJoanna Szubstarska

Nowe wiersze

Płomień Ducha

Krążyła
umieraniem dotknięta,
nadpalone skrzydło ćmy.
Płomień rósł,
pęczniało serce,
wola dokarmiana łaski chlebem
wzrastała,
unosiła lekko głowę,
ramiona oddała woli nieba.

Obręcz ognia,
Słoneczna pętla
Południowych miast
Zaciska wierzchołki Alp.
Ludziom pozostaje
Kurz dróg – proch
Dopalającego się płomienia.

Kafka

Franz pisał do Felicji
jak szalony,
list za listem,
im gęściej słów
tym więcej uczucia.
Namiętność
zaistniała podwójnie:
grzała serce w przestrzeni
topiła umysł na kartce.
Franz, nie ufaj
szelestowi papieru,
nie skraplaj duszy
w błędnym atramencie!

Rosa kapie dziś głośniej,
Spada, po jaskini dnia ślizga się,
Łapie ostatnie uroki brzasku,
Prześwietlające tęczę.
Wczoraj dzień pływał obłokami,
Przyjaźnił się z krajobrazem,
Dopóki czyjeś kroki,
Dopóki czyjś krzyk i cios.
Dlatego noc nie przykryła nieba,
W szczelinie horyzontu oczy strachu,
Anioły odlatują nad przyszłym niepokojem
Z ciężarem kryształu.

Pęknięcie

Niedaleko, o rzut kamieniem
Wiedzie droga małego dziecka;
Inne szlaki milczą
A obcy wskazują je palcem.
Za lat kilka trzeba będzie
Przebyć je wszystkie,
Dotrzeć do punktu,
Skąd się rozchodzą.
Tam nastąpi pęknięcie.
Potem już tylko
Samodzielne ranienie stóp.

Metropolinnen zwischen Klamottenladen und Küche

Aśka & Reńka

UNSER WEIB

REŃKA: Weil das war so.

AŚKA: Reńka kommt nach Hause

REŃKA: und mit sofortiger Wirkung flieg ich zu Aśka,

AŚKA: die Miene lacht ihr und Reńka holt raus aus einer Schachtel

REŃKA: ein Paar wunderschöne Schühchen,

AŚKA: das Modell Sandaletten, auch Schraubstöcke für die Zehen genannt.

REŃKA: Aber Aśka sitzt in ihrem Sudelbett, in diesem ihren T-Shirt, mit Fleck und Loch direkt auf dem Bauch, und klopft wie bekloppt an sich rum: die Wange, das Kinn, die Stirn und die Nase noch dazu.

AŚKA: Reńka, ich lebe jetzt nach dieser neuen Klopfakupressur – nach der Technik der Emotionalen Freiheit. Weil ich bin doch Polin

REŃKA: und für unsere Freiheit und Unabhängigkeit sind wir doch bekannt.

AŚKA: Und die in diesem deutschen Land bombardieren uns jeden Tag mit diesen Frauen, wo die fressen zwei Äpfel am Tag,

REŃKA: und aussehen, wie Skelette extra dafür gezüchtet um auf diesen Laufstegen zu spazieren.

AŚKA: Und dazu noch haben die Kinder und diese Karriere,

REŃKA: wie diese ihre Heidi, dieses Deutschland-Superweib.

AŚKA: Und jetzt denke ich, wenn ich nicht so bin, bin ich weiblicher Abfall. Aber Reńka zwängt sich in ihre neuen Schuhe, und in dieses ihre Blümchenkleid, wie ausgeschnitten aus dem polnischen Folklore-Verein.

REŃKA: Aśka, geh nach dem polnischen Frauenideal, sogar im Kommunismus, wenn es in den Läden nichts gab – haben wir uns Blümchenkleider genäht – und zwar aus der Gardine die am Küchenfenster hang. Alles was du brauchst, ist ein geblümtes Kleid, und Schühchen, wie ich sie hab, und gleich wirst du dich lieben und akzeptieren, wie wir in der Heimat, als die hochwertigste Frau.

AŚKA: Und schon fahren wir mit diesen Fahrrädern, aber leicht, so langsam, um uns nicht müde zu fahren,

REŃKA: zu diesem Klamottenladen, diesem Markt der Eitelkeit.

AŚKA: Kaum drinnen, Reńka grast zwischen diesen Regalen und Kleiderständern,

REŃKA: und Aśka steht in der Ecke wie zur Strafe, und beobachtet ein Weib:

AŚKA: eine Deutschland-Mutter, komplett ausgestattet mit Babykram, schwanger und noch mit einem Kind auf dem Arm.

REŃKA: Und Aśka klopft sich mit Anteilnahme unter der Brust, und flüstert:

AŚKA: Ich muß mich gut durch klopfen, daß ich mich akzeptiere, daß ich in meinem Alter noch nicht schwanger war.
Aber Reńka wirft sich zu mir, der Arm von dem Kleiderhaufen fällt ihr fast ab:

REŃKA: Marsch, in die Kabine, guck die nicht an. Die packt die Mamilla raus und säugt mitten in der Öffentlichkeit. Würde das eine polnische Mutter machen? Nimmer und nie! Wo ist der Sinn für Anständigkeit? Und außerdem, Aśka, die Typen in diesem deutschen Lande zwingen diese Deutschlandfrauen zu dieser Schwangerheit, damit sie sich sicher fühlen weil so schnell kannst du nicht weglaufen, wenn du ein Kind im Bauch hast und das zweite am Arm.

AŚKA: Auf einmal aus der Kabine kommt die Kudamm-Hyäne, ein Kleiderbügel, dünn, ausgetrocknet, die Titten wie Ballons, garantiert dazu gemacht.

REŃKA: Aśka fängt an sich die Fingerspitzen abzuklopfen.

AŚKA: Reńka, ich hab Angst, wenn ich mich nicht klopfe, dann will ich auch so sein, wie die Deutschlandfrauen, die haben die Brille von einem Projektanten von diesen ihren Accessoires

REŃKA: und ein Paar Socken, das dazu paßt.

AŚKA: Aber Reńka flüstert, damit die Hyäne sie nicht hören kann:

REŃKA: Das ist nicht so ein Himmel, wie man denken kann – die hat n Typ, ist in einer Ehe, und das ist ein Druck, weil die liebt den nicht, und muß den immer begütigen, damit er ihr gibt, für die ganzen Accessoires. Und du willst doch unabhängig sein, wie das polnische Frauenideal?

AŚKA: Und Reńka fischt raus, aus dem Textilienberg, ein Kleid,

REŃKA: Wunder-Honig: mit Mohnblumen auf grünem Material,

AŚKA: wie eine Wiese in der masowischen Landschaft.

REŃKA: Los, zieh das an. Aber Aśka hört nicht zu, starrt durch das Schaufenster, weil da, auf der Strasse, schmiert ein Weib,

AŚKA: normal eine Businesswoman, auf Maximal, direkt aus dem Potsdamerplatz, gut erhalten, gepflegt, mit Aktentasche und Kostümchen in Mäuse-grau, in Stöckelschuhen, und stolpert nicht ein halbes Mal,

REŃKA: und Aśka fängt an sich zu klopfen. Aśka, hör auf, du weißt es noch nicht, aber du willst nicht so sein! Schau die doch an – die ist uniformiert, wie eine Soldateneinheit, die hat kein Eigenstil und keinen Sinn für wahre Weiblichkeit. Weil nämlich, Aśka, diese Deutschland-Manager in diesem post-industriellen Deutschland-Staat, zwingen diese Frauen in diese Uniform, und das, weil sie Angst haben, daß die Deutschlandfrau ist im Vormarsch, und sagen ihr ständig diese Komplimente, daß sie hat in diesen hohen Stöckelschuhen Waden wie ein Stossgebet, aber in Wirklichkeit wollen die doch, daß ihr die Knochen kaputtgehen, damit sie nicht mehr konkurrieren kann.

AŚKA: Und Reńka pellt mich aus meinem T-Shirt raus,

REŃKA: Aśka läßt geschehen, weil sie glotzt wie verzaubert, und klopft sich nicht mehr einmal, weil in der Tür steht ein Weib,

AŚKA: aber was für eins: im Holzfäller-Stil, Haare auf Igel, ¾-Wattjacke, Null Maquillage,

REŃKA: und ausgeleiertes T-Shirt, Modell Unisex, um nicht eine Kurve zu zeigen aus Versehen.

AŚKA: Reńka, guck, das ist eine polnische Seele, das ist das Ideal der Unabhängigkeit – die schämt sich nicht, die ist doch ein Wunder der Selbstakzeptanz.

REŃKA: Aha, polnische Seele – so ziehe ich mich nicht mal an, wenn ich in den Keller geh.

AŚKA: Und Reńka zwängt mich in das Blumenkleid. .

REŃKA: Aśka, in diesem neuen Kleid siehst du aus wie der polnische Frühling – ich höre die Musik von Chopin, fühlst du dich jetzt wie diese hochwertige Frau?

AŚKA: Guck, die Wattjackenfrau, die schaut mich an, und zwar mit Mitleid.

REŃKA: Aśka, die hat unter ihrer Wattjacke einen Taillenmangel, die würde sich auch hübsch anziehen, nur daß sie keine Konditionen hat. Und noch arbeitet sie diese ihre Ideologie dazu, als wäre sie so befreit, aber in Wirklichkeit, Aśka: so aussehen wie du in diesem Kleid, romantisch, wie die polnische Wiese, das will doch jede Frau!
Aber Aśka, stolz, mit ihrem T-Shirt

AŚKA: mit dem Loch und dem Fleck am Bauch,

REŃKA: schießt aus dem Laden raus.

AŚKA: Und Reńka schmiert hinter mir her,

REŃKA: mit demolierter Miene,

AŚKA: hinkend wie ein angeschossener Hund,

REŃKA: weil mein Fuß in dem neuen Schühchen schwimmt, wie im roten Meer, im Blut.

AŚKA: Reńka, deine Hacke, abgewetzt, bis zum Knochen, bis zum Fleisch, bis zur Sehne. Du solltest dich auch klopfen, und zwar in die Mitte deines Kopfes. Du machst ein Krüppel aus dir und das im Namen des polnischen Frauenideals?

REŃKA: Und Aśka schmiert in den nächsten Haushaltswaren-Shop, kommt raus, und normal,

AŚKA: ziehe ich Reńka an:

REŃKA: Latschen a la deutsche Oma,

AŚKA: gesund, grob geschnitten und aus Flausch. Und auf einmal Reńka fühlt, daß ihre Füße, haben es geräumig und haben so viel Luft, normal, als ob sie fliegt.

REŃKA: Aśka, ich hab schon ganz vergessen, wie es ist, auf den eigenen Füssen zu gehen.

AŚKA: Und Reńka, erleichtert,

REŃKA: weil von den Schraubstöcken endlich befreit,

AŚKA: mit erhobenem Haupt, geht sie durch die Strasse der Eitelkeit.

REŃKA & AŚKA:
UND SO HAT AŚKA REŃKA BEIGEBRACHT, SICH SELBST ZU AKZEPTIEREN, ALS UNABHÄNGIGE FRAU.

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.

Zima, mgła, pociągi…

czyli kolej szprotawska po raz drugi:

Mieczysław Bonisławski

Wiadukt

1.
Miała być ładna, słoneczna pogoda. Tymczasem niebo, od nadodrzańskich lasów w dole, aż po wysoko nad głowami unoszący się pustacią horyzont na południu, zaścieliły ciemne, nieprzeniknione chmurzyska. Odtajała przed tygodniem, pokryta przygniłymi resztkami traw ziemia, znowu zabielała mokrym, nieprzyjemnym śniegiem. Był to najgorszy rodzaj śniegu, wodnisty, natychmiast rozpływający się czy to po ręce, czy po spodniach zimną wilgocią. Powodował przylepiające się do wszystkiego błoto, a ciągle, nadal jeszcze padając, zaślepiał nieprzywykłe oczy lub zamazywał szkła okularów.
Bartek, ten nasz najbardziej obyty w terenie eksplorator, archeolog, trwał z nosem przy zbitym w masę żwirze. Niełatwo było go zniechęcić, jak już coś zaczął, szczególnie gdy podchodził do tego z pasją, szedł w zaparte, aż do rozwiązania zagadki. Za to Paweł nie krył złego nastroju. Wstał z przyklęku, pomacał się po spodniach przejeżdżając dłońmi wzdłuż, tak od góry do samego dołu Nie wiem, chciał w ten sposób wyrównać kanty?
– No to idziemy na przyjęcie? – podchwycił ów gest również Zbyszek. Jego żart był ciężki i nierzadko irytujący, ale riposty miał szybkie i – niestety – żonglował nimi często, najczęściej nie w porę.
– Cholera. Co za pogoda – Paweł, jak przystało na dobrze zapowiadającego się polityka, nie słuchał tego co się wokół mówi. A jeżeli już coś usłyszał, to reagował poniewczasie – Na jakie znowu przyjęcie!
– No, nie wiem. Jakieś ważne, najważniejsze.
– Żadne przyjęcie. Pogoda jest do kitu. Nic tu dzisiaj nie zrobimy… Ja bym wracał…
– Ja mówiłem, że się rozpada…
Bartek westchnął, ale dalej grzebał łopatką, wgłębiając się w bebechy nasypu kolejowego. Nie zanosiło się jednak na jakiś szybki, powalający efekt tej grzebaniny, a że Bartek, prócz westchnienia, nie kwapił się do innej formy komunikacji, należało szybko coś powiedzieć.
– Z mapy wynika, że tu, o… Piętnaście, no, dwadzieścia metrów dalej był stary wiadukt.
Sto lat temu, gdy powstał ów nasyp, biegł on nieopodal niewielkiego miasta. Wokół, w dole rozciągało się zielone morze ogrodów i sadów. Gdzieniegdzie spośród tej feerii różnych odcieni zieleni przebijała intensywna plamka dachu. Małe, niczym wzięte z bajki domki przedmieścia, przypominały wówczas zapewne pąki czerwonych kwiatów rozsypane po łące…
Dokładnie w tym miejscu, z obu stron nasypu, zbiegały się wtedy u jego podnóża polne drogi. Infrastruktura kolejowa stanowiła w tej okolicy zupełnie obcy element, całkowicie zaburzyła harmonię opadającej ku północy, równej niczym stół sandrowej równiny. Jakieś dwieście metrów dalej na południe, kolejowi inżynierowie musieli wykopać głęboki jar w polodowcowej morenie, aby tory mogły jego dnem przebić się dalej. Tutaj jednak, w gąszczu owocowych drzew i ogrodów, wiły się po równym polne dróżki, prowadząc od jednego do drugiego, rozrzuconych daleko od siebie domków.
Nasyp kolejowy rozciął tę krainę, rozłożoną między wyniosłą górą a kilkukilometrowym nadrzecznym lasem, na dwie, odizolowane od siebie części. Niczym szeroka, rwąca rzeka. Od chwili powstania tej kolei, aby przejechać lub przejść z jednej strony na drugą, trzeba było szukać specjalnego przejścia. Na rzece, byłby to bród, tutaj – inżynierowie zaprojektowali wiadukt. Wszystkie dróżki, które przed budową biegły równolegle na zachód, musiały zmienić kierunek, skręcić tak, aby spotkać się w jednym miejscu, przed wiaduktem i razem przekroczyć tor. Po drugiej stronie rozchodziły się znowu, każda w swoją stronę, do tych miejsc, do których doprowadzały ludzi niezmiennie od lat.
Wiadukt nie był duży. Niedługo po wielkiej wojnie go zburzono. Obok zbudowano nowoczesną arterię i cały ruch przeniósł się tam. Polne dróżki stały się niepotrzebne, zaorano więc większość z nich i zbudowano nowy, betonowy wiadukt nad arterią.
Po latach, w miejscu starego wiaduktu biegł już tylko po prostu nasyp, niewprawne oko nie odnalazłoby w nim nawet najmniejszego śladu blizny po zasypanym przed pół wiekiem przekopie. Nieco dziwnie wyglądała tylko ulica, która w tym miejscu kończyła się ślepo u jego podnóża. Jedyna z wielu polnych dróżek, jaka zachowała się, była teraz w miarę szeroką, asfaltową ulicą, żaden bruk czy szuter. Jej początek albo koniec wyznaczony był przy starej, nieczynnej już fabryce, parę metrów od torów. Wyglądało, to tak, jakby w zamyśle planistów miała prowadzić tylko do niej, dalej już nie, a przecież naprawdę było zupełnie inaczej… Ale uwagę wszystkich przyciągała już od lat tylko arteria i nowy wiadukt.
Trzy postacie pochylały się teraz jednak nad tą starą i ślepą uliczką.
– Droga musiała iść prosto, tu gdzie jest teraz ten ogrodzony plac.
Komuś patrzącemu z korony nasypu w dół, na wprost, horyzont zamykała perspektywa ulicy, która zaczynała się siedemdziesiąt metrów od podnóża sztucznego wyniesienia. Była w tym miejscu brama przez którą można było wjechać na szczelnie ogrodzony plac o zniszczonej i zaniedbanej nawierzchni, przylegający do idącego górą torowiska.
– Sam plac chyba otoczono tą siatką i wylano później. Asfalt jest zupełnie inny, jakby świeższy – ocenił Zbyszek.
– Zejdziesz na dół? Wyznaczysz krokami linię dawnej ulicy, od bramy aż do nasypu. Pokażesz dokładnie gdzie był prześwit pod przęsłami wiaduktu.
Zbyszek zbiegł, ale zatrzymał się przed siatką ogrodzenia, która zaczynała się tuż, na dole.
– Nie potrzeba. Widzę stąd jak biegła droga – zamachał gdzieś przed siebie ręką, odwrócił się ku nasypowi i lekko pochylając całe ciało, drugą dłonią oparł się o ścianę wzniesienia. – O, tutaj był przejazd.
Ten jaskrawy brak inicjatywy nie mógł nikomu się spodobać. Nawet milczący dotąd Bartek, podniósł głowę i w końcu dał wyraz swojej, narastającej od paru minut, dezaprobacie:
– Daj spokój. Naprawdę nie możesz przejść takiego kawałka i wyznaczyć dokładnie miejsca, gdzie był ten prześwit?
– Nie będę skakał przez siatkę! Chcesz, to sam skacz – obruszył się Zbyszek i począł z powrotem wdrapywać się na górę. – Tu jest dokładnie to miejsce. Ja wracam.
Paweł spojrzał w dół, ogarnął, trochę nieobecnym spojrzeniem widoczną kawałek dalej arterię, nowy betonowy wiadukt, zniszczony plac. Sięgnął do kieszeni kurtki, z której wyjął papierosa. Przypalił zapalniczką. Wziął papierosa do ust, zaciągnął się. Ogarnął jeszcze raz spojrzeniem tę nazbyt szeroką, jak na prowadzone badania, perspektywę i rzucił nieco nie na temat:
– Tak popękany asfalt musi być co najmniej z trzy, cztery lata opuszczony. Ta trawa, która wyrosła w szczelinach, to gatunki wieloletnie, ale gdyby miała jeszcze więcej lat, to pokazałyby się też już i jakieś krzewy… Ładny plac, szkoda, że tak marnieje. Ciekawe czyja to własność? Wygląda, jakby ostatnio był to teren do nauki jazdy… Tam z tyłu, od głównej, był chyba kiedyś PZMot, nie wiecie, czy jeszcze tam jest? Może to ich plac?
Bartek wstał z klęczek. Otrzepał z błota łopatkę, stukając nią o szynę. Następnie zgarnął butem niewielki urobek do otworu, który wcześniej wykopał. Przydeptał. Ślady pracy zniknęły, za parę godzin lekki śnieg miał jeszcze wszystko przyprószyć, a później, po jego stopnieniu – wsiąkająca woda miała zrobić resztę.
Tory biegły tu prawie dziesięć metrów ponad powierzchnią. Nasyp wygięty był w długi, ale łagodny łuk. Jego korona była szeroka dokładnie na tyle, by pomieścić pojedyncze torowisko. Wydeptana obok szyn ścieżka, wiła się już częściowo rozdeptanym zboczem. A jednak w miejscu zasypanego teraz wykopu, Bartek mógł swobodnie stanąć, rozłożyć sprzęt. Obok zmieściłby się jeszcze pewnie Paweł lub Zbyszek. Na długości trzydziestu metrów nasyp rozszerzał się i biegł tutaj jakby podwójnym łukiem. Idąc szybko i nie rozglądając się specjalnie, zapewne jednak nie zwróciło by się na to uwagi. Aby dostrzec tę anomalię, trzeba było chcieć ją zobaczyć, dokładnie wiedzieć czego się szuka.
– I co, takie samo podłoże?
– Widzisz ten drugi otwór?
– No…
– Właśnie. I tam, między szynami, pod podkładami, i tutaj, na tym wyszerzeniu, do pół metra w głąb jest dokładnie ten sam materiał i układ warstw. Zresztą, o warstwach ciężko tu mówić, jest to praktycznie calec, bez żadnych fantów – machnął ręką Bartek. – Zasypiesz ten otwór na szynach?
Czemu nie? Robota ani ciężka, ani długa. Gdyby but przeciekał, była by mało przyjemna… Ale nowe buty nie miały prawa przecieknąć, zresztą sprzedawca wczoraj dawał Joannie takie różne zapewnienia, zachęcając do ich zakupu!
– Mógł tu być tor? – włączył się Zbyszek.
– Czyli drugi tor? Ale gdzie była zwrotnica, z której strony – od wiaduktu, czy od dojazdu? – zapalał się Paweł. – Zwrotnica na wiadukcie? Może to był jakiś obrotowy wiadukt, tak jak w MRU, a może tu była jakaś tajna bocznica…?
Bartek był już spakowany.
– To co, na dzisiaj się zwijamy… – jeszcze ostatnie klepnięcie butem i po drugim wykopie też już nie było śladu. Aż Bartek uśmiechnął się i aprobująco kiwnął głową. – Spotykamy się bez zmian. Powinien być już Sławek. Jakąś rewelację będzie mieć też Michał.
Zbyszek nagle ucapił torbę Bartka i bez ceregieli zajrzał do środka, wsadził łapę.
– Co tam zabierasz? – spytał, triumfalnie wyciągając z wnętrza jakiś szary, pokryty żyłkami kawałek gruzu albo drewna.
Bartek spokojnie odebrał znalezisko i powoli zaczął wyjaśniać, schodząc jednocześnie zboczem nasypu ku zaparkowanym samochodom:
– Wziąłem, jako próbkę sztukę takiego dziwnego gruzu, którego nie było pod szyną a tylko na wyszerzeniu. I woreczek, do którego wrzuciłem calec z wyszerzenia.
W połowie drogi zatrzymał się.
– Niby nic specjalnego w tych wykopach nie było. Ale na wyszerzeniu znalazłem jakieś kawałki, które mi tu nie pasują. Struktura i skład samego podłoża też wydają się w obu miejscach takie same i bez sensacji, ale… – ruszył dalej – Zaniosę próbki do naszego laboratorium, niech przebadają, sprawdzą kilka rzeczy.
Zatrzymał się przed autem. Otworzył drzwi. Nie wsiadał jednak.
– Na wyszerzeniu jakby bardziej to wszystko mokre, jakby poddawane było dłużej działaniu wody… Albo… Nie!, przecież nie może być pięć tysięcy lat starsze, niż podtorze znajdujące dwa metry obok…!

2.

To spotkanie miało się odbyć w lesie, rozciągającym się na południe od miasta. Północne stoki morenowego wału zajęły ulice i domy, spoglądające z delikatnie opadającej równiny ku szerokiej wstędze wody, rozlanej tuż za ciągnącym się jeszcze od rogatek nadrzecznym łęgiem. Przeciwstawny stok moreny oraz kolejną, wciśniętą między dwa ciągi wzgórz dolinę, porastał na przestrzeni kilkunastu kilometrów sosnowy bór. W wyższych miejscach, gdzie było nieco bardziej sucho, drzewa były wyższe, rzadsze a przez ich korony przebijało się, aż do iglastego, porośniętego jagodami poszycia słoneczne światło. Las był widny i sprawiał przyjazne wrażenie.
Z kolei w licznych zagłębieniach, na północnych stokach pagórków i wokół bezodpływowych, bagnistych zapadlisk pojawiały się liczniejsze, liściaste dęby i graby oraz niski, gęsty podszyt młodych olszyn. Tutaj było ciemno i ponuro, powietrze zalegało ciężkie i stęchłe od gnijących resztek roślin. Z panującego nawet za dnia mroku zionęło nieprzyjemnie czymś groźnym i wrogim.
Wąski, idący prosto, niczym wystrzelona strzała tor kolejki zagłębiał się zaraz za miastem w wilgotny, mroczny las. Jeszcze całkiem blisko ostatnich domów, a przecież jakby już w zupełnie innym świecie, pod zwisającymi ku samej ziemi, tworzącymi nieprzenikniony welon gałęziami, chowała się długa i wysoka rampa kolejowa. Ciągle mokry beton był omszały. Brązowy i zielony nalot pokrywający powierzchnię jeszcze bardziej maskował obecność rampy, która i bez tego słabo widoczna, niemal zlewała się z otoczeniem.
Krążyły przeróżne legendy i opowieści o jej dawnym przeznaczeniu. Od ponad pięćdziesięciu lat była nieużywana, dawno rozebrano boczny tor, który biegł przy niej, równolegle z torem szlakowym. Nikt z żyjących nie przypominał sobie, aby cokolwiek na jego oczach tutaj wyładowywano lub załadowywano. Potężną rampę zbudowano praktycznie pośrodku lasu, w miejscu mało dostępnym, z daleka od jakiejkolwiek, choćby leśnej drogi. Nawet te kilka młynów, które wykorzystywały bystry bieg spływających ze stoków moreny leśnych strumieni, dopóki jeszcze pracowały w kniei, stały w zupełnie innej części lasu niż rampa. Minęły lata, rozsypały się porzucone młyny, rozebrano tory linii kolejowej, nikt jednak nie ruszył rampy. Bodaj najbardziej niepotrzebnej, pierwszej w kolejności do rozbiórki. Dlaczego, w jakim celu ją tu pozostawiono?
Paweł łączył jej istnienie z nieopisaną nigdzie i nie zaznaczoną na żadnej z dawnych map, bocznicą wojskową prowadzącą do polowego lotniska. Działało ono do końca wielkiej wojny w pierwszej wsi za lasem. I Paweł usłyszał kiedyś tam, od kogoś tam, że ten ktoś pamiętał taką bocznicę. Jak dotąd nie udało się potwierdzić tego przypuszczenia…
Z innych opowieści, jakie udało się zebrać, wynikało że z drugiej strony dochodziła do rampy wąskotorówka. Miała ona prowadzić do istniejących przed wojną na peryferiach miasta zakładów produkujących kafle do pieców i do pokrywania dachów. Ostatnio nawet zgłosił się ktoś, kto odnalazł na dachu rozbieranego budynku dachówki z tej firmy. Poproszony o fotografie choćby jednej z nich, zamilkł jednak. I nie odezwał się więcej. Nie przynosiły też rezultatu, ponawiane co jakiś czas w terenie poszukiwania owej śródleśnej wąskotorówki. No dosłownie nic w tym lesie nie dało się odnaleźć! Nic, prócz tej rampy, tak solidnie wybetonowanej, że nie dotknął jej ząb czasu, a która wzięła się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dlaczego ją pozostawiono?
W ostatnim tygodniu wszystkich zelektryzowała jednak wiadomość jaką przyniósł, Bartek. W jednym z tych trzech prawdziwie wiosennych dni, jakie przytrafiły się przed powrotem zimy, Bartek wybrał się z córką na spacer właśnie do lasu z rampą. Gdy tak szli wzdłuż dawnego nasypu w kierunku wsi przy lotnisku, jego uwagę zwrócił jakby drugi, równoległy nasyp. Było to na odcinku między rampą a wysokim mostem nad Potokiem Pustelnika. Kawałek za rampą zauważył on obok nasypu, pozostałego po torze szlakowym, wyraźne wyrównanie terenu. Szło ono wzdłuż trasy kolejowej, na nieco niższym wale ziemnym, tak jakby poniżej głównego toru biegł drugi. Przed mostem, ów drugi nasyp, jeszcze bardziej się obniżał, aż do poziomu wody i skręcał prowadząc…. w sam środek strumienia… Na drugim brzegu nie było żadnych podobnych śladów.
– Mówisz o tym wysokim moście nad Potokiem Pustelnika? – wiadomość jaką podał przez telefon nie mieściła się w głowie – On unosi się tak wysoko nad niewielkim strumieniem. Mówimy o tym samym miejscu?
– Tak. To wygląda na drugi tor, który schodził na sam dół, do potoku.
– Ile tam może być metrów w dół?
– Z dziesięć, piętnaście…
– Tak, to jest to miejsce. Tam nie było żadnego innego toru. Penetrowałem otoczenie rampy kilkanaście razy, z dokładnością do centymetrów. Nigdy nic tam takiego nie było.
Bartek milczał gdzieś przy drugim telefonie. Jak można mu było wytłumaczyć, że się mylił, że to co zobaczył, nie było tym co chciał widzieć?
– Dwa lata temu robotnicy rozryli nasyp szlakowy, bo w jego wnętrzu montowali rury kolektora burzowego, zrzucającego miejską deszczówkę do Pustelnika. Korzystali z mnóstwa ciężkiego sprzętu… To pewnie ślad po ruchu tych maszyn. Nic innego…
– Oglądałeś nasyp po tym, jak skończyli tę budowę?
– Jasne. Byłem zobaczyć, czy go nie zniszczyli.
– I widziałeś wtedy tę drogę wyjeżdżoną przez maszyny budowlane?
– Nie…
– To jest na pewno pozostałość po drugim torze kolejowym. To nie jest nic innego.
– Ale tam nigdy nie było drugiego toru! I nigdy nie było żadnego innego nasypu. Był tylko las.
– Może powinniśmy to zbadać? Wiosna za oknem, warunki dobre.
W takich oto okolicznościach powstał pomysł spotkania w lesie, do którego niestety nie doszło.

3.

Tak, nic z zakładanych planów nie wychodziło. Zamiast słońca, które miało wysuszyć błoto, pozostałe po – zapowiadanym jako ostatni tej zimy – mokrym śniegu, pojawiła się śnieżyca, jakiej nikt nie pamiętał. Śnieg, który nagle sparaliżował całą okolicę, spadł praktycznie w ciągu połowy nocy. Zasypał wszystko, co stało na drogach i chodnikach, ciężko było odróżnić gdzie przedtem był trawnik, ławka, przy czym stała latarnia. Silny, wyjący za oknami przez kilka nocnych godzin wiatr utworzył zaspy, w niektórych miejscach sięgające połowy okien co pomniejszych, parterowych chałup. Wszystko było białe. Przykryte tą powłoką miasto, przestało miasto przypominać. Ustało wszelkie życie, okna domów były ciemne i ślepe, w ich wnętrzach ogarnął wszystkich sen przeczekania.
Nad przypominającą pofałdowaną wydmami pustynię równiną unosił się szczelny płaszcz grubych, ciemnych chmur. Śnieg już nie padał, wiatr nieco ucichł, jednak od rana panował sprawiający przygnębiające wrażenie półmrok. Powietrze przypominało oblepiającą policzki watę, miało się wrażenie, że można je ciąć nożem. Nie był to śnieżny puch, który mogłyby unosić podmuchy wiatru, nie była to też mgła. Czort jeden wiedział co to było! Było ciemno, nic nie można było w tej mgle-nie-mgle zobaczyć dalej niż na sto metrów.
Przejście pod ledwo widoczną gdzieś w górze, wąską kreską wiaduktu równało się przekroczeniu bramy do innego, nieznanego świata. Improwizowaliśmy tej niedzieli. Dlatego staliśmy przed „bramą czasu”, pomimo tego, że ta wyprawa w czasie, a nie w przestrzeni, miała się odbyć później. Pierwszy zaryzykował Paweł. Nie skradał się jednak tak jak Zbyszek, który ostrożnie, niemal lękliwie, przesuwał się przy samej ścianie przyczółka. Nasz polityk wchodził w nowy, inny czas raźno i bez zastanawiania się, czy za granicą światów, czeka nań „świetlana” przyszłość, czy „mrok” przeszłości? Wybrał dla siebie sam środek drogi, zupełnie ignorując obowiązujące zasady. Tym razem intuicja, ów słynny „nos”, go jednak zawiódł…
Dźwięk dzwoneczków, parskanie koni i łoskot sunących szybko po śniegu sań zbiegły się z głośnym przekleństwem. W mgnieniu oka Paweł leżał na plecach w głębokim śniegu a pod wiaduktem przemknęły ogromne, czterokonne sanie i zaraz rozpłynęły się w mroku i mgle.
Zbyszek i Bartek przebiegli pod wiaduktem i doskoczyli do nie wstającego ciągle z zaspy Pawła. Powiał silniejszy wiatr i sypnęło śniegiem. Wiadukt, który pozostał z tyłu, rozmywał się już zupełnie. Zapłonęły latarnie. W ich świetle, charakterystycznym dla blasku gazowych latarni, z mlecznej, nieprzeniknionej perspektywy wynurzył się Sławek, a chwilę po nim – Michał. Nie spieszyli się. Z nieukrywanym dystansem, podszytym ironią, spojrzeli na chłopaków próbujących pomagać Pawłowi.
– Cholera, skąd się tu wzięły te sanie? – denerwował się poszkodowany, wstając w końcu na nogi.
– A co my tu robimy? – pytanie Zbyszka wyrażało irytację i szyderstwo jednocześnie. – Nie powinniśmy być w domu?
– Tak jak każdy normalny człowiek dzisiaj – poparł go Sławek.
Nastało nieco niepokojące, mogące za chwilę zdemobilizować wszystkich, milczenie.
– Dobrze panowie, przez te nocne zaspy, nie poszliśmy do lasu, na ten dodatkowy nasyp Bartka. Ale jakoś szczęśliwie dotarliśmy wszyscy tutaj… Nie traćmy zatem ani chwili, zimno, straszno, nie wiadomo gdzie jesteśmy…
– Za wiaduktem, na śniegu, zamiast w chałupie, przy piecu – Zbyszek nadal nie mógł się pogodzić z sytuacją.
– Sądząc po tych saniach, jest gdzieś rok-dwa przed wojną. Pierwszą, oczywiście – roześmiał się Bartek.
– Michał, w którym roku była wtedy najsroższa zima?
Wysoki blondynek w okularach, najmłodszy z grupy, był historykiem, archiwistą. Jako że zaczął dopiero co pisać doktorat, podchodził do takich pytań jeszcze bardzo konkretnie.
– Jedną pamiętam dokładnie z opisu z kronik kolejowych. Szóstego lutego 1929 roku było 38 stopni mrozu i parowozy nie odpaliły… Cała kolej stanęła…
– Ale w tym czasie, to powinny jeździć już samochody a nie sanie i konie – zaoponował trzeźwo Sławek.
– Nie wiem tak dokładnie. Może wtedy jeździły już i samochody i jeszcze – konie? – Michał zaczął analizować niczym rasowy historyk, ale szybko wszedł mu w słowo Bartek:
– Mnie zastanawia co innego. Stoimy tu już tyle czasu na samym środku drogi i tu nic w ogólne nie przejechało. Czy to nie dziwne?
Zamyślony Michał potarł kaptur opatuloną w rękawicę dłonią. Przez jego twarz przeszedł grymas niezadowolenia, ze dwa razy cmoknął, aż w końcu wydusił z siebie:
– Nie opamiętam tego dokładnie, ale chyba podobna zima zdarzyła się też w roku 1913…?
– O, i to by się zgadzało, wiadukt miał już dwa lata… – zaczął Paweł.
– Jaki wiadukt, widzicie tu jakiś wiadukt? – roześmiał się Zbyszek, któremu w końcu poprawił się nastrój.
Śnieg prószył coraz gęstszy. Wiatr zawiewał go falami w oczy. Wiadukt zniknął. Nie było widać drogi powrotu do własnych czasów.
– Niby prawda – wszedł w tę myśl Michał – nie ma wiaduktu, bo nigdy go nie było. Przejrzałem wszystkie dostępne mapy i plany. Wiadukt koło browaru, tak jak mówiliście, bliźniaczo podobny do tego, niby tutaj, jest na większości z nich. Praktycznie na każdym z tych dokładniejszych.
Wzrok wszystkich skupił się na mówiącym. Tylko Sławek, niby to słuchając, niby zainteresowany, odszedł nieco w bok i zaczął grzebać butem w śniegu. W pewnej chwili pochylił się, jakby coś znalazł.
– Na każdej z tych map, które oglądałem, zaznaczono wiadukt nad drogą na Kożuchów, Freystetter-Chausee. A ten tutaj – obrócił się, pokazując ręką w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku – jest tylko na jednym, jedynym. Może to tylko błąd w druku, pomyłka zecera albo kreślarza. Może jego w ogóle nie było?
– Chodźcie, zobaczcie, tu są jakieś szyny – zawołał nagle Sławek – Czekajcie, za chwilę odkopię podkłady…
– Mam! – krzyknął Michał – na takim jednym, roboczym schemacie sieci torowisk, który datowałem na okres budowy linii lub zaraz po nim, jest tutaj, dokładnie w tym miejscu, zaznaczona przerywaną kreską jakaś odnoga. Chyba planowano tutaj lub zaczęto już wtedy budować odchodzący stąd w bok tor… O ile jest to faktycznie rok 1913 a nie ten dwudziesty dziewiąty…
– Nigdy nie widziałem tu toru… To jakaś bzdura – sapał, kopiąc dalej w śniegu Sławek, nasz pasjonat historii kolejnictwa, jedyny specjalista od tych spraw w całym gronie.
– Nie mogłeś widzieć. Nikt tu potem o żadnym torze nie wspominał… To pewnie jakiś niezrealizowany projekt, no, na tym planie Michała.
– Mówisz okres budowy linii lub zaraz po nim – wtrącił się Bartek – zatem to gdzieś będą lata między 1910 a 1914. Te sanie, ta zima, ten zaczęty i nigdy nie dokończony tor… Przenieśliśmy się panowie do 1913 roku, naprawdę…
– … i tylko ciekawe, jak stąd wyjdziemy… – rzucił w swoim stylu Zbyszek.
– No, faktycznie, pada i wieje, że nic nie widać. Nie wiedzieć w którą stronę jakiś krok postawić – nie na żarty zasępił się Paweł. – Bartek, a tobie żona nie kazała, tak przy niedzieli, posiedzieć przy córce, zamiast szukać nigdy nieistniejących bocznic i wiaduktów?
Bartek machnął ręką, uciekając w nastrój rozbawienia, w jaki miała go niby wprowadzić uwaga Pawła.
– Ona już przyzwyczaiła się do tego, że mi ostatnio wszystko kojarzy się z zapomnianymi torami.
Sławek przestał grzebać w zaspie. Stanął przy Michale i Bartku. Zbyszek nagle spuścił głowę i w końcu zamilkł. Paweł chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował i wsunął się między Bartka a Sławka. Zapadło milczenie. Bo i co tu było gadać? Szczególnie, że każdego coś podobnego gryzło. Nie na każdego wprawdzie czekała w domu żona, ba, nie na każdego nawet czekał dom. Ale byli jeszcze jacyś bracia, jakieś siostry, matki. Obowiązki lub zobowiązania wobec siebie i innych.
– Nie macie wrażenia, że ostatnio coś nam przeszkadza? Albo, tak jak to było z Bartkiem, pojawia się coś zupełnie nowego, co nas rozprasza i burzy harmonogram… Albo, tak jak dzisiaj, spadnie nagle taki śnieg, że nie można nic zrobić.
– Tak, ja to też zauważyłem – ożywił się Paweł – I wygląda to tak, jakby te przeszkody pojawiały się w dokładnie zaplanowanym przez kogoś momencie, tuż przed rozwiązaniem tajemnicy.
– Jasne – zirytował się zawsze, aż do bólu racjonalny Sławek – Jacyś nieznani Strażnicy budzą się i ingerują z zaświatów. Bo my akurat tutaj, badając starą, nieczynną od 50 lat kolejkę, natrafiliśmy na tajemnice kosmitów albo świata duchów…!
– Co by zrobiła twoja żona, gdybyś nie wrócił kiedyś z takiej podróży w czasie? Dała by sobie radę z dziećmi?
Bartek żachnął się.
– Nie byłoby tak źle. Zajęliby się nią teściowie, może miała by nawet lepiej?
– A co słychać u Szymona? – spytał nagle Paweł – Nie pokazuje się ostatnio.
Szymon, szef grupy, niedawno się ożenił i coraz bardziej niecierpliwe oczekiwał wtedy, bliskich już, narodzin pierwszego dziecka. Wszyscy o tym wiedzieli.
– Chcesz powiedzieć, że tylko on po nas wszystkich zostanie? – to był Zbyszek.
– Szukamy wiaduktu, którego być może w ogóle nie było. Gdzie nie spojrzymy, czy to na spacerze z córką, w drodze do pracy, w wolną niedzielę, przechodząc sto lat w przeszłość, wszędzie znajdujemy bocznice, których nie powinno być… Zaczynam tęsknić do swojej stacyjki pod Chrzypskiem.
– I ty to mówisz?
Sławek, w trakcie swoich historyczno-kolejowych wypraw, natrafił kilka lat temu na uroczą stację kolejową na Pojezierzu Sierakowskim, blisko Puszczy Noteckiej. Od tamtego czasu snuł romantyczną wizję tego, jak ją wyremontuje, zamieszka w niej i urządzi małe muzeum kolejowe i centrum kolei drezynowych.
Rzeczywiście, miałby tam święty spokój i mógłby się bez reszty oddawać swoim pasjom. Póki co, opiekował się nią mimo kłopotów. A na przeszkodzie stał mu brak pieniędzy i niechęć ze strony władz do oddania mu tego małego dworca. Tylko dlatego był jeszcze tutaj i zajmował się wiaduktem.
Ale Sławek prowadził też przecież sprawę Ostrowskiego.
– I ty to mówisz, a sprawa Ostrowskiego?
– Dobra pany, wracajmy już do siebie. Ja miałem mieć w poniedziałek spotkanie w sprawie konferencji prasowej, muszę wracać. Mam kupę roboty w realnym czasie.
– Wrócimy, bez żartów…
Gdzieś z oddali dobiegł głos dzwonka. I taki odgłos, „szuru, szuru”, ślizgania płóz po śniegu.
– Jeszcze do końca nie zwariowaliśmy. I damy radę. Słyszycie, wracają sanie. Stamtąd.
Popatrzyli za wyciągniętą ręką. W ich oczach tliło się oczekiwanie na dobrą zabawę, którą zakończą ten nieudany dzień. Na figiel, żart, który zastąpiłby im mocną puentą wynik poszukiwań, na który liczyli tej zmarnowanej niedzieli, a którego nie osiągnęli, którego zabrakło. Taki, który na nowo natchnął by ich nadzieją, dał wiarę, że warto i że się uda. Może już jutro, może za tydzień… To była nadzieja na wyjście z tej pułapki, na powrót… Wiatr znowu zaczął cichnąć, powietrze stawało się bardziej przejrzyste. Z zanikającej ni to zadymki, ni to mgły, na powrót wyłoniła się, ciemniejsza od otoczenia, kreska wiaduktu. W perspektywie prześwitu między przyczółkami, zamajaczyły sanie. Chyba były to te same, które o niemal rozjechałyby Pawła. Wracały?
– Zobaczcie, wracają sanie. Niech to będzie nasza kapsuła czasu, przy ich pomocy wrócimy do teraźniejszości. Jak tylko wjadą pod wiadukt, my przebiegamy w drugą stronę.
Stanęli tak jak sprinterzy stają w swoich blokach na starcie. Przed nimi czaiła się czeluść prześwitu wiaduktu, do której z drugiej strony, zbliżały się czterokonne sanie.
– Uwaga, teraz!
4.

Sprawa Ostrowskiego przedstawiała się tak.
To było w maju lub w połowie kwietnia. W tamtą słoneczną i ciepłą niedzielę od rana otworzyliśmy stare, szerokie odrzwia dawnego magazynku kolejowego, aby obwieścić całemu miastu, że oto powstało Muzeum Czasów. Wydawało się nam, że niewielkie pomieszczenie, zbudowane w technologii sprzed wieków, z muru pruskiego, stwarza doskonały klimat do podróży ze współczesności w przeszłość. Wprost z nowoczesnego, szeroko rozciągającego się parkingu wielkiego marketu, wchodziło się przez rozsuwane wrota do małej, ciasnej groty zawalonej mechanicznymi kasami i drukarkami do biletów, lampami na naftę, pożółkłymi mapami pisanymi gotykiem. Ze słonecznego przestworza do mrocznej niszy, gdzie pomiędzy stuletnimi szpargałami były tajemnicze schody i maleńkie drzwiczki, których nikt nie otwierał od zakończenia wielkiej wojny. Nawet my sami wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy dokąd one prowadziły…
Muzeum Czasów. W epoce opanowywania przez ludzkość kolejnych ograniczeń, pokonywania kolejnych barier natury, takie podróże w czasie mogłyby pomóc nie popaść w szaleństwo, odnaleźć każdemu samego siebie, własną tożsamość i cel w życiu. Pierwsze Muzeum Czasów na kontynencie…
Gdy już przebrnęliśmy przez wywiady udzielane dziennikarzom i oficjalne rozmowy z politykami, na sam koniec pojawił się staruszek. Część oficjalna była skończona, Włodek wyciągnął więc i rozpalił grilla a Paweł otworzył pierwsze piwa. Zbyszek dokładał węgla i smażył kiełbaski.
Staruszek przyszedł od strony Parku, jakoś tak nagle wynurzył się spomiędzy drzew i – znalazł się tuż przy grillu. Nikt nie pamiętał jak długo tam stał, zauważył go w pewnym momencie Włodek.
– Dzień dobry panu, zapraszamy na wystawę. A może zje pan z nami kiełbaskę…?
Staruszek udawał zmieszanego.
– Nie, dziękuję za kiełbaskę, nie chcę sprawiać kłopotu… A ta wystawa, to o kolei, panie Włodzimierzu?
Nasz siwowłosy nauczyciel siatkówki zamarł na moment. Spojrzał uważnie na staruszka. Włodek uczył w mieście od 40 lat i pół miasta, to byli jego znajomi, byli uczniowie lub ich rodzice. Staruszka jednak z nikim takim nie kojarzył. Gdy wielokrotnie potem analizowaliśmy ten moment, starając się rozwikłać skąd się wziął staruszek i kim był, Włodek zarzekał się, iż na pewno go nie znał. Kilka razy nawet coś mu świtało w głowie, już z kimś go kojarzył, ale ostatecznie zawsze kończył stwierdzeniem, że nie, że jednak to nie może być ów on, ten o którym Włodzio przez chwilę myślał.
Staruszek tymczasem uznał, iż zadość uczynił już obowiązującym konwenansom i przeszedł do konkretów.
– A, skoro panowie tak proszą… To może jedną, taką najmniejszą. Tylko aby dla panów na pewno starczyło…!
Zbyszek wybrał kiełbaskę, podał razem z bułką i tacką. Paweł otworzył piwo. Staruszek i piwem nie pogardził.
Usiadł na ławeczce. Zagryzł, popił i zaczął swoją opowieść:
– Tu była dawniej kolej – wyciągnął przed siebie rękę i pokazał na parking i market. – Pamiętam dokładnie. Pociągi jeździły, do miasta jechało się z wioski. Na targ albo do magistratu co załatwić. Niektórzy to do roboty, do fabryki jeździli, a przedtem do szkoły, na przyuczenie do zawodu.
– Pan też jeździł?
– A jakże, ale do miasta to rzadko. Ja jechałem do swojej dziewczyny, co mieszkała w drugiej wsi, za rzeczką. Pociągiem było bliżej i szybciej niż szosą, co to prowadziła wokół lotniska, aż tam hen, przez taką inną jeszcze wieś… Ale bywało, że i do miasta, po jakiś gościniec dla niej, albo i z nią na zabawę jaką większą, jakie bywały w mieście.
– Do kiedy te pociągi jeździły? Mówi się, że zaraz po wielkiej wojnie tory rozebrali?
– A to ja wiem dokładnie. Z wojska właśnie wracałem i napisałem do brata, ze śniło mi się, jak pociągiem zajeżdżam do naszej wsi. I że, w tym śnie, cieszyłem się, jak patrzyłem z tego pociągu na miasto, a potem na las i te nasze pagórki, że już wracam do domu. I on mi wtedy odpisał, że chyba to był tylko sen, bo właśnie przyjechali kolejarze i zaczęli rozbierać tory i że za miesiąc już żaden pociąg nie pojedzie…
– To w taki razie da się dokładnie ustalić rok – ucieszył się Paweł. – Pamięta pan kiedy był w wojsku?
– A jakże. Ten list mam też gdzieś na strychu.
– To może go razem poszukamy?
Staruszek pokiwał potakująco głową. I wtedy przejął inicjatywę Sławek, w którym zagrała krew kolekcjonera:
– To może ma pan stare bilety? Jakąś szynę na pamiątkę? Zdjęcia z przejazdu pociągiem? Jak wyglądała taka podróż do miasta?
– Do miasta? Najpierw był las. Potem… – staruszek zaczął opisywać znany nam ogólnie przebieg dawnej linii. Najciekawsze i zupełnie zaskakujące było jednak samo zakończenie:
– …i tu gdzie teraz siedzimy, była niby ta stacja. Ale tu nikt nie wysiadał, co najwyżej baby na targ. Wagony jechały dalej. Najpierw był ten, tu, przejazd – pokazał ręką na skrzyżowanie ulic na skraju Parku – potem wiadukt, co to nim droga szła w górze, znowu przejazd, mały taki wiadukt, z drogą pod nim – a potem już prosto do stacji głównej. Ale ludzie wysiadali już przy tym małym wiadukcie, bo tam była fabryka dywanów, a zaraz za nią mleczarnia, skład węgla, rzeźnia… A ludzie do roboty tam jechali, to i tu wysiadali…
– Zaraz, zaraz. Koło fabryki dywanów był wiadukt? – przerwał zaskoczony Paweł.
Wszyscy spojrzeli na Sławka, ale ten pokręcił przecząco głową:
– Ode mnie na ten temat nic się nie dowiecie. W moich notatkach nie ma nic o jeszcze jednym wiadukcie.
– Czekajcie, czekajcie. Coś sobie przypomniałem. Tak, chyba w gazecie czytałem o jakimś człowieku, który zaraz po wojnie był oskarżony o zamiar wysadzenia wiaduktu koło fabryki dywanów… To jest jakiś ślad!
– Jakby był wiadukt, to bym coś słyszał. Choćby od wujka-kolejarza – upierał się Paweł.
– To by była zupełna sensacja – spokojnie ocenił Sławek – ale takie sensacje się nie zdarzają…
– Kiedy ten artykuł się ukazał? – zainteresował się Włodek, mający widocznie jakieś własne przemyślenia.
– Nie pamiętam, chyba nie dalej niż rok temu. Gdzie nasz gość?!
Staruszek korzystając z naszej kłótni zniknął. Zbyszek pokazał na brudną od musztardy i tłuszczu tackę i pustą butelkę i parsknął śmiechem.
– Ulotnił się, ale był. Po wiadukcie nie ma śladów, ale po nim zostały. Zabieram je i trzymam jako bezcenny dowód!
Zdarzenie ze staruszkiem okazało się brzemienne w skutkach. Zbyszek jeszcze tego samego popołudnia, chowając grilla do środka, zauważył świeże ślady tłustego błota i wapna prowadzące do maleńkich drzwi na końcu tajemniczych schodów. Był to jedyny, budzący naszą niechęć, a jednocześnie najbardziej fascynujący zakamarek Muzeum Czasów. Okazało się, że ślady te mogły zostawić buty… staruszka. Błoto i wapno wskazywały na to, że był tu ktoś, kto wyszedł z Parku, w którym właśnie zasilano wapnem tłustą ziemię rabatek.
Michał z Włodkiem postawili sobie za punkt honoru odnaleźć w bibliotece gazetę z artykułem o wyroku za próbę wysadzenia wiaduktu. Przewertowali wszystkie numery do pięciu lat wstecz. Bezskutecznie…
Nie przyniosła też skutku próba odnalezienia staruszka. Tamtej niedzieli wspominał o tym, że mieszkał tuż przy torach, że z okna swojego pokoju oglądał w dzieciństwie przejeżdżające pociągi. W wiosce za lasem dawna stacja była zlokalizowana na skraju lasu, praktycznie w pewnej odległości od właściwej zabudowy wsi. Cztery domy, sąsiadujące z dawnym dworcem tworzyły osobną kolonię.
Przepytaliśmy z Bartkiem wszystkich mieszkańców tych czterech budynków o staruszka, o rodzinę, w której mogli być opisywani przez niego bracia, o miejscowego, który być może ożenił się z dziewczyną z drugiej strony rzeczki. Dostaliśmy tylko na wpół legendarną opowieść o młodzieńcu o nazwisku Werdermensch lub Werdermann, który jechał pociągiem do swojej dziewczyny za rzekę w tym dniu, kiedy zawalił się mostek między wioskami. To była wielka tragedia, zginęło kilka osób. Ów Werdermensch jednak nie był jedną z tych ofiar. Na pewno wsiadł do pociągu, ale jego ciała nie znaleziono na miejscu katastrofy. Nie było go też wśród pasażerów, którzy przeżyli… Najbardziej podobno opłakiwał go brat, z którym łączyła go specjalnie głęboka więź.
Sprawa wiaduktu najbardziej poruszyła Michała i Sławka. Pierwszy z nich nie mógł się pogodzić z porażką, jako archiwista i historyk, drugi – jako znawca kolei, szczególnie jej wyposażenia i infrastruktury. Ale to nie u nich zadzwonił na początku września telefon…
– Dzień dobry, czy to Szymon? Pan jest szefem Klubu?
Nasz kustosz przez dwa dni przypominał bombkę atomową w momencie, gdy rozpoczęła się w jej wnętrzu reakcja jądrowa.
– Wiecie kto to mnie zadzwonił? Pewnie, że nie wiecie. Na najbliższe spotkanie do „Caramby” zaprosiłem gościa o nazwisku Ostrowski. Mój numer dostał od redaktora Tomasza. Wiecie co to znaczy? Nie wiecie…
Co dwa miesiące w pizzerii „Caramba” na osiedlu organizowaliśmy otwarte spotkania z ludźmi, którzy wspominali swoje przeżycia związane z koleją. Ostrowski, to był ów człowiek, skazany za próbę wysadzenia wiaduktu przy fabryce dywanów. Jak twierdził, dowiedział się gdzieś, ze go szukamy w sprawie owego wiaduktu. Poprosił o pomoc redaktora Tomasza, który opublikował niegdyś w gazecie ten wywiad, który czytałem. Wywiad, którego nie sposób było później odnaleźć w bibliotece.
Opowieść Ostrowskiego o czasach groźnych i tragicznych sprawiła duże wrażenie na wszystkich. Niewiele jednak wniosła do sprawy wiaduktu. Okazało się, ze nie miał on żadnego zdjęcia. Miał dokumentację swojej sprawy, którą dostał z Instytutu Pamięci, ale nie było tam fotografii.
Michałowi wydawało się to dziwne.
– Jak to? – pytał wszystkich po kolei – Takie poważne śledztwo i ani jednego zdjęcia obiektu, wokół którego wszystko się toczy? Czy to w ogóle jest możliwe, aby w śledztwie nie sfotografowano głównego dowodu?
I napisał do Instytutu list z prośbą o ustalenie, czy w archiwach jest choćby jedno zdjęcie wiaduktu.
A Sławek umówił się z Ostrowskim, aby przyjść do niego do domu i zrobić fotokopie wszystkich posiadanych przez niego dokumentów. Skoro nie było zdjęć wiaduktu, to chociaż nasze Muzeum wzbogaciło by się o same opisy tej historii.
Wziął adres i po jakimś czasie poszedł.
I tylko Bartek zwrócił uwagę na pewien szczegół:
– Słuchaj, czy ten Ostrowski, kogoś ci nie przypomina?
– Myślisz o tamtej niedzieli? Faktycznie, jakiś podobny…
Bartek pokiwał potakująco głową a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny łobuzerski uśmiech.

5.

Przykucnęliśmy przy barierce nowego wiaduktu. Z tyłu było miejsce, gdzie być może przed wiekiem był inny, mały wiadukt a tuż za nim tajemnicza rampa… donikąd? W przedzie, kilka metrów poniżej snuł się sznur kolorowych samochodów.
– …Kiedy upadł ten meteoryt wilkanowski? – chciał wiedzieć dokładny jak zwykle Michał.
– Wiosną 1841 roku…
– To równo 70 lat przed budową linii kolejowej – trzeźwo zauważył Paweł – Po tylu latach szukali by materiału budowlanego wśród gruzu sprzed dwóch pokoleń…?
– Analiza chemiczna wskazała, że jest to krzemian łańcuchowy, czyli piroksen i jakiś inny, podobno zwany oliwinem. Tego drugiego jest znacznie więcej, a całość ma bardzo zasadowy odczyn… – mozolnie wyliczył Bartek. – Coś ci to przypomina?
– Te astrofizyk… – zaczepnie rzucił Paweł, odkładając pustą butelkę po piwie.
– Skład składem, ale te charakterystyczne skupienia kryształków… Pokaż Bartek jeszcze raz to zdjęcie.
Na dużym wydruku z komputera był kawałek wykopany przez Bartka z nasypu, oczyszczony z błota i osadów. Błyszczące drobinki skupiały się kuliście tworząc promieniste linie rozchodzące się po całej bryłce. Przypominało to zarówno gąbkę, jak i mapę rozgwieżdżonego w nocy nieba.
Ekipa nie miała jednak zbyt wiele do powiedzenia w tej sprawie.
– Popatrzcie, takie ułożenie kryształków nazywa się chondrem i jest charakterystyczne dla meteorytów. Takie skały nie powstawały na Ziemi.
Paweł w milczeniu pokiwał głową. Michał z kolei, w charakterystyczny sposób podrapał się w czuprynę.
– Dziewczyna z laboratorium, która wykonała mi badania, powiedziała, że taki sam skład chemiczny mają perytodyty. – Bartek schował zdjęcie i tajemniczo się uśmiechnął. – A perytodyty przekształcając się w serpentynity powodowały przemianę dwutlenku węgla w związki organiczne, które według niektórych teorii dały początek życiu…
– Coś chrzanisz… Nic z tego nie rozumiem – zdegustowany Paweł sięgnął po kolejne piwo, odkapslował, ostro łyknął.
Bartek dalej uśmiechał się. Miał taki łobuzerski uśmiech, z którego wprawdzie nie dało się odczytać czy za chwilę nas za coś objedzie, czy też zaskoczy jakąś sensacją. Jednakowoż był to bardzo intrygujący a i demoniczny uśmiech.
– Ty, popatrz na to… – Sławek dał mocnego kuksańca Michałowi.

Zbyszek wdrapywał się na nasyp od strony nowego wiaduktu. Ruchy miał nieskoordynowane, sapał nadmiernie. Gdy podszedł, uciekał gdzieś z oczami, odwracał twarz. Był podpity.
– Słyszałem, Bartłomieju, że odkryłeś, iż nasyp główny jest pięć tysięcy lat młodszy od nasypu gdzie szła bocznica od wiaduktu… – wyraźnie czepiał się naszego archeologa.
– To nie do końca tak – ten nie dał się sprowokować – Urobek z nasypu sprawia wrażenie kilka tysięcy lat starszego niż urobek z wyszerzenia. Ten ostatni ma zasadowy odczyn, stąd kawałki drewna i kamyki sprawiają wrażenie o wiele młodsze, niż te z urobku obok. Wszystko było by jasne, gdyby nasyp był kwaśny.
– …ale nie jest…? – domyślnie rzucił Paweł.
– U mnie też kicha – wszedł w słowo Sławek – Byłem pod tym adresem, co go podał ten Ostrowski, ale tam go nikt nie zna. Nie ma takiego numeru bloku, pytałem sąsiadów, bo może numer pomyliłem, czy źle zapisałem…
– Zadzwoń.
– Nie ma numeru. Szymon miał go w komórce, ale chyba przez pomyłkę wykasował…
Bartek złapał za ramię Pawła. Pokazał coś ruchem głowy. W dole, ulicą wjeżdżała pod wiadukt czterokonna kolaska.
– To ze stadniny w parafii, tej za campusem – pośpieszył z wyjaśnieniem Michał. – Ale za to wiem, że ta planowana i niedokończona bocznica, była nie tutaj, ale przy starym przejeździe na Krosno. A te szyny, zostawili budowniczowie ścieżki rowerowej.
Zbyszek wyciągnął butelkę czeskiej wódki.
– Wiecie, mam doła. Kto się ze mną napije?
Bartek pokręcił z dezaprobatą głową. Odszedł nieco w bok, kiwnął ręką aby podejść.
– Wiesz co znaczy po niemiecku Werder? Taka wyspa na rzece, po polsku – ostrów. Werdermensch, to człowiek-ostrów, Ostrowski po prostu.
Czyżby pomieszały się nam czasy. Kiedy była katastrofa z udziałem Werdermenscha – po wojnie, czy przed wojną? A może UB zabrało go wtedy prosto z pociągu za sprawą śledztwa? Obaj i Ostrowski i Werdermensch zniknęli przecież nagle i niespodziewanie, nikt o nich nic nie wiedział przez długie lata… Werdermensch to Ostrowski a UB wymyśliło aferę, aby zamknąć Niemca, który tu pozostał…?
– Myślałem o tym wiadukcie i o wyszerzeniu. To wygląda jak śluza czasowa i łoże wyrzutni…
Czeska wódka Zbyszka była jakaś silna. Jakby zamroczyło po niej.
Spod małego, starego wiaduktu wyszła na polną drogę smukła dziewczyna. Długie włosy były jasne, nie blond, ale jakby ze śniegu. Zbyszek wstał, zawołał… Kogo on wołał, Iwona, jego Iwona była niska i włosy miała kasztanowe… Nie żyła już od dwóch lat… Paweł zaczął rozmawiać ze swoją matką, ha, ha, tłumaczył się, że nie przyszedł pomóc w roznoszeniu listów… Ale z kim on gada?
Śnieżnowłosa zaczęła zaplatać warkocz. I szeptać. Co ona szeptała?
– Obserwowałam to co robisz. Możesz pójść ze mną, pokażę ci to czego szukasz.
– Sam nie wiem czego szukam.
– Nie chcesz wiedzieć, jak to było?
– Chcesz mi to pokazać, jak?
– Przecież od dawna tego się domyślasz. My nie pojawiamy się skądś, jesteśmy stąd. Ty żyjesz w Zielonej Górze, a ktoś w Poznaniu. Ty żyjesz w 2012, a ja – nieco później. Wszystkie wymiary oddzielają nas tak samo.
– UFO to MZK za sto lat? Zmienił się model autobusu, ale trasa „ósemki” dalej wiedzie ze Wzgórz Piastowskich na Pomorskie?
– Tak. Ty sam jeszcze nie potrafisz przenieść się do początków, ale my już to potrafimy. Wezmę cię ze sobą.
Bartek rozmawiał z Ministrem o dotacji na nową chatę w skansenie łużyckim w Wicinie.
Sławek właśnie rozjechał drezyną urzędnika sprzedającego nieruchomości PKP.
Śnieżnowłosa zaplotła warkocz.
– Wiadukt to tunel czasoprzestrzenny, a szerszy nasyp – pas startowy?
– Tak. Ja mogę go otworzyć, z mojej strony, wy nie.
– Tam w lesie, nasyp, to też ślad po wizycie wehikułu?
– Wy nie widzicie transformacji, czasem tylko taki ślad, niczym cień…
Michał dał Promotorowi zredagowany przez siebie Rocznik Muzeum Czasów.
Miało być słońce, a znów padał śnieg. Bartek tkwił z nosem w żwirze. Kopał. Obok siebie położył szary, pożyłkowany kamień, oblepiony błotem. Podszedł Zbyszek, wziął kamień do ręki.

Na Syberii wilki uczą człowieczeństwa (2)

Roman Brodowski

Rozdział I. Droga do piekła.

Na placu

Po długim i wyczerpującym marszu dotarli do dworca kolejowego położonego na obrzeżach miasta, w odległości około dwóch i pół kilometra od ich domu. Przy betonowej rampie stały gotowe do drogi niewielkie wagony, podobne do tych w jakich przewożono zazwyczaj zwierzęta lub towary. W każdym z nich znajdowały się otwarte do połowy, rozsuwane drzwi, do których dostępu pilnowali uzbrojeni w karabiny wartownicy. W górnej części wagonów, po obu stronach drzwi wycięte były nieduże otwory okienne, osłonięte kratami z drutu kolczastego.

Przy budynku dworca czekało już kilkadziesiąt osób, które dowiezione zostały wojskowymi samochodami z okolicznych miejscowości. Ludzie stali ustawieni w kilku równych rzędach. Widok matek z przytulonymi do nich, szukającymi odrobiny ciepła dziećmi, osób w podeszłym wieku, przytrzymujących siebie nawzajem , czy też mężczyzn, często pokrwawionych, okaleczonych i zrezygnowanych, potęgował w Lidzi strach i niepewność. Jedni modlili się na głos, inni śpiewali patriotyczne pieśni, a jeszcze inni rozpaczliwie wołali o pomstę do nieba.

Do nowo przybyłej grupy podszedł rosyjski oficer w asyście kilku żołnierzy i, wymachując rękoma, zaczął wydawać rozkazy.
– Ci, tak jak tamci – wskazał żołnierzom palcem na kolumnę – mają ustawić się rodzinami w kolejnych rzędach i czekać spokojnie na dalsze polecenia. Żołnierze posuwając się powoli, jeden obok drugiego, zaczęli zdezorientowanym i wylęknionym ludziom „ pomagać ” kolbami, pięściami i nogami ustawić się zgodnie z rozkazem.
Mama i Lidzia chwyciły Antka mocno za ręce w obawie przed ciosami żołnierzy i szybko wtopiły się w tłum. Kiedy po niedługim czasie nowo uformowane szyki dołączyły do pozostałych, z budynku wyszedł kolejny oficer i podszedłwszy do swojego kolegi, długo z nim o czymś rozmawiał, po czym po polsku zakumunikował zebranym, że za godzinę wszyscy wyczytani z listy zajmować będą miejsca w przygotowanych dla nich wagonach. Na zadane przez kogoś z tłumu pytanie – dokąd zostaną wywiezieni? – oficer odpowiedział, że tego nie wie, ale że każda rodzina otrzyma na miejscu docelowym zakwaterowanie, pracę oraz pomoc na rozpoczęcie nowego życia w nowej ojczyźnie, jaką od teraz jest dla nich ZSSR. Oczywiście nikt w to nie wierzył. Każdy, kto słyszał o losach Polaków zesłanych wcześniej na Syberię, zdawał sobie sprawę z tego, jakiej rzeczywistości może się spodziewać. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nie jedzie po to, żeby rozpoczynać nowe życie, ale po to by rozpoczynać powolne, katorżnicze umieranie, po to, by pracować tam jak niewolnik, w nieludzkich warunkach, bez prawa do godności, pracować na rzecz wrogiego Polakom państwa, jakim był Związek Radziecki.

Lidzia na przemian z matką brały chłopca na ręce, by jak najbardziej odizolować go od chłodnej ziemi. Na szczęście stały w środkowym rzędzie, więc ciepło otaczających ich ludzi, oraz naturalna osłona przed dokuczliwym wiatrem pomagały im przetrwać to mroźne czekanie. Minuty upływały nieubłagalnie wolno, chłód coraz bardziej dawał się wszystkim we znaki, a na niebie pojawiały się pierwsze znaki zimowego poranka. Księżycową ciemność zaczęła wypierać bladosłoneczna jasność, a majaczące do tej pory na horyzoncie ciemne plamy, zaczęły przybierać kształt drzew bukowego lasu otaczającego dworzec.

Niektórzy w tłumie zaczęli rozpoznawać znajome twarze. W powietrzu słychać było nawoływania i, im jaśniej, tym więcej imion, nazwisk, nazw ulic, czy też miejscowości, przepływało przez uszy stojącej dziewczyny. Co jakiś czas ktoś odnajdował kogoś w tej masie człowieczego nieszczęścia. Rodzina, krewny, bliski, czy też dalszy znajomy, to było bez znaczenia, kto dla kogo i kim był wcześniej. Ważne, że w tej tragicznej sytuacji, znalazł się ktoś, kogo się znało, ktoś kogo połączyła ta sama droga, droga wspólnego losu.
– Jak to dobrze – pomyślała Lidzia – kiedy jest obok ktoś, z kim można porozmawiać, ktoś komu można zaufać. Cieszyła się, a zarazem zazdrościła, bo przecież obok niej nie ma nie tylko nikogo znajomego, ale i tej najważniejszej dla niej osoby – ojca. Na myśl o ukochanym ojcu po jej dziewczęcej buzi spłynęły niby małe, wilgotne brylanciki, piekące do bólu łzy.

Nagle do jej uszu dotarł znajomy głos. Ktoś za plecami wołał ją po imieniu. Tak, słyszała to wyraźnie, ktoś ją wołał. Odwróciła się. Zaledwie kilka kroków od niej, nieco z boku, stała Ania Bigocka, jej rówieśniczka. Machała do niej ręką! Ania pochodziła z zacnej rodziny lekarskiej. Ojciec jej, zany i szanowany chirurg, zginął jeszcze na początku wojny, gdzieś pod Lublinem, a mama, pani Bigocka, prowadziła punkt apteczny obok lecznicy. Wszystkie razem, same kobiety, mama, Ania, jej starsza siostra i babcia, mieszkały niedaleko gimnazjum, do którego obie chodziły. Co prawda nie do tej samej klasy, bo Lidzia do I A, a Ania do I B, ale na co dzień, także poza szkołą, przyjaźniły się ze sobą. Obok Ani stały wszystkie kobiety z jej rodziny. Nikogo nie brakowało, mama, babcia, siostra.
– Chociaż u niej są wszyscy – powiedziała szeptem. – Boże, dlaczego jesteś taki niesprawiedliwy? dlaczego inni są razem, a nas rozdzieliłeś? Dlaczego nie ma przy nas tatusia? – w myślach pytała Boga, choć przecież i u Ani nie było Taty. Pomimo żalu poczuła dziwne uspokojenie. Zrozumiała, że i ona nie jest w tych ciężkich dla niej chwilach sama , że oprócz mateńki i Antka jest jeszcze ktoś, kto tak jak ona cierpi, kto tak jak ona, właśnie teraz potrzebuje wsparcia, bratniej duszy, przytulenia. Zrozumiała że tą osobą jest stojąca w zasięgu wzroku Ania.

Spojrzała na matkę, a ta jakby wyczuwając jej niemą prośbę, pokiwała na znak zgody głową. – Idź córeczko – powiedziała – tylko wróć, proszę, zanim zaczną czytać listę – dodała, całując ją tak jak zawsze na pożegnanie, gdy wychodziła do szkoły. Lidzia, powoli, krok po kroku przesuwała się w kierunku Ani, która czyniła tak samo. Nie minęła nawet minuta, gdy obie znalazły się obok siebie. Rzuciwszy się jedna drugiej w ramiona, całowały, po zroszonych łzami policzkach, po włosach, po dłoniach…, jak dwie najdroższe sobie osoby, jak dwie kochające siostry.
– Lidziu , co z nami będzie? – zaszlochała Ania, w objęciach koleżanki. – dlaczego nas to spotyka? dlaczego właśnie nas? – pytała.
– Cicho Aniu, cicho kochana. Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze. Niedługo wojna się skończy i wrócimy do domu – uspokajała ją Lidzia. – Przecież wiesz, że nikt nas nie zostawi. Francuzi i Anglicy niebawem przyjdą nam z pomocą i nawet nie zdążymy się dobrze obejrzeć, jak wyrzucą Niemców i Ruskich z naszego kraju… Będzie dobrze, kochana. Nie trzeba płakać, nie trzeba… Mówiła tak, chociaż wiedziała, że słowa te są tylko jej pobożnym życzeniem. Wiedziała, tatuś jej to powiedział, że jesienią, we wrześniu, zarówno jedni jak i drudzy dali Polsce poznać, że nie mają ochoty ginąć za nią, że nie mają zamiaru wywiązać się ze zobowiązań podpisanych wiosną poprzedniego roku. Ale wiedziała też, że musi koleżance coś powiedzieć, musi ją pocieszyć, dodać otuchy, natchnąć chociażby płonną nadzieją na lepszą i szczęśliwszą przyszłość. I właśnie dlatego tak mówiła.

Minęła godzina, a ludzie nadal cierpliwie stali, wyczekując spóźniającego się ich dalszego losu. W końcu z dworcowej poczekalni wyszło kilka osób. Byli wśród nich i wojskowi, i cywile. Żołnierze przynieśli stół i trzy krzesła, na których usiedli. Ubrany w gruby kożuch cywil, jakiś wyższy rangą wojskowy i widziany już wcześniej oficer, w roli tłumacza. Obok nich stało kilku żołnierzy i drugi cywil z grubym plikiem akt w dłoniach. Po krótkiej chwili wojskowy wstał z krzesła i wrzasnął na cały głos – Da zdrastwoj Polaki. Zapanowała cisza. – Ja komandir – kontynuował, wskazując na siebie palcem – Soklasno nakazu tawariszcza Stalina… – bełkotał coś niezrozumiale, po czym, wyprostowany prawie że na baczność, przeczytał jakieś rozporządzenie dotyczące przesiedlenia obywateli państw zajętych przez Sowietów, podpisane przez samego ich naczelnego wodza. Mówił też o jakichś grupach bandytów i organizacjach przestępczych, działających przeciwko Armii ZSRR, stacjonującej na terenie naszego kraju, o niebezpieczeństwie, jakie ze strony polskiej partyzantki grozi Białorusinom i Ukraińcom, i o wielu innych zagrożeniach. Niestety tego, co mówił, nikt nikt nie był w stanie zrozumieć. Wydawało się, że był pijany. Dopiero wówczas, gdy tłumacz z grubsza przełożył z rosyjskiego na polski, o co w tym całym wystąpieniu chodziło, ukazał się wszystkim prawdziwy obraz dramatu, jakiego stali się uczestnikami. Jako obywatele polscy zostali wyrzuceni z domów, zostaną deportowani w głąb Rosji i nie przysługuje im prawo odwołania, a ich majątki podlegają konfiskacji na rzecz narodu rosyjskiego. Wyjątek stanowić mają ci, którzy nie znaleźli się na listach przygotowanych przez pracowników NKWD. A powodem decyzji o akcji deportacyjnej był odwet za nasilający się zbrojny opór Polaków wobec władz okupacyjnych, rosyjskiej milicji pilnującej porządku, za sabotowanie przepisów obowiązujących na okupowanych terenach oraz wrogą propagandę wobec ideologii bolszewickiego proletariatu, jaką wyznawały kręgi polskiej inteligencji i kleru. Lista „przewinień” dokonanych przez Naród Polski, a przedstawiona słuchającym była tak absurdalna i długa, że nikt z słuchaczy nie miał wątpliwości co do prawdziwych intencji Rosjan. Po przetłumaczeniu słów komendanta tłumacz poinformował, że za chwilę rozpocznie się czytanie nazwisk i że wyczytani z dokumentami tożsamości mają się zgłosić, w celu sprawdzenia dokumentów.

Do stołu podszedł ów trzymający akta cywil i położył je przed oficerem. Zapadła cisza. Oficer, wpatrzony w otrzymany dokument, raz po raz kiwał głową, jakby nie dowierzał temu co jest w nim napisane.Ludzie wyczeńczeni kilkugodzinnym czekaniem chwytali się za ręce. Między nimi, na wydeptanym śniegu, leżały pierwsze ofiary, ci, dla których ten „spektakl” już się zakończył. Między nimi, wpatrzona w matkę trzymającą za rękę Antka, stała i Lidzia. Obok niej Ania i jej najbliżsi. Cierpliwie czekali na ogłoszenie pierwszego w ich życiu wyroku… wyroku za życie.

Nowa polska proza 3

Anna Rosner

Ogłoszenie Centrum Handlowego Mydło i Powidło

30 stycznia 2014

Centrum Handlowe Mydło i Powidło informuje o wprowadzeniu nowoczesnego udogodnienia dla wszystkich odwiedzających nas pań. Od pierwszego lutego otwieramy dwa punkty ułatwiające bezstresowe zakupy. Stanowią one część naszego planu modernizacji pt.: zostaw, odbierzesz wychodząc.

Kącik dla pociech
to miejsce zaprojektowane z myślą o najmłodszych. Zamiast słuchać ciągłych próśb o nowe zabawki i płaczu zmierzającego do wymuszenia wcześniejszego zakończenia zakupów, zostaw dziecko z nami! Zajmiemy się nim, a Ty będziesz rozkoszować się naszym nieograniczonym wyborem niezbędnych w każdym domu towarów.

Wykwalifikowany personel dołoży wszelkich starań, by dzieci pozostawione w tym miejscu były bezpieczne i szczęśliwe. Pozostawione pod baczną opieką naszej kadry do dyspozycji będą miały basen z piłeczkami, zjeżdżalnie, huśtawki, mini-ściankę wspinaczkową, domki z mostkami linowymi i labirynt. W pomieszczeniu znajdują się także ekrany, na których wyświetlane są kreskówki pozbawione treści nieodpowiednich dla dzieci oraz biblioteka z literaturą młodzieżową, oraz klasycznymi bajkami, które czytać na głos będą nasi pracownicy. Na miejscu znajduje się także toaleta, barek ze zdrowymi przekąskami i niesłodzonymi napojami. Zaplanowano miejsce do odrabiania pracy domowej, z wygodnymi siedzeniami i oświetleniem.

Dewizą pracowników tego punktu jest myśl: pamiętaj – dziecko to skarb matki, a matka to nasz skarb. Wstęp dla dzieci powyżej 1-ego roku życia.

Kącik dla panów
to miejsce zaprojektowane z myślą o towarzyszach naszych klientek. Zamiast słuchać ciągłego marudzenia dotyczącego limitu karty kredytowej czy uwag na temat czasu spędzonego w naszych sklepach, zostaw swojego mężczyznę z nami! Zajmiemy się nim, a Ty będziesz rozkoszować się naszym nieograniczonym wyborem niezbędnych w każdym domu towarów.

Wykwalifikowany personel dołoży wszelkich starań, by panowie pozostawieni w tym miejscu byli bezpieczni i szczęśliwi – wiadomo, szczęśliwi czasu (i nie tylko) nie liczą! Pozostawieni pod baczną opieką naszej kadry do dyspozycji będą mieli wygodne fotele, kanapy, leżanki i zapewniające dyskrecję kabiny. W pomieszczeniu znajdują się ekrany, na których wyświetlane są relacje z odbywających się akurat wydarzeń sportowych, oraz najnowsze produkcje dla dorosłych. Na miejscu znajdują się stoły do gier losowych, klasyczne automaty do gry, wybieg dla naszych tancerek wyposażony w rurę do tańca oraz basen z kisielem (w weekendy walki w systemie grupowym). Kącik wyposażony jest w toaletę, barek, punkty gastronomiczne oraz bibliotekę z szerokim wyborem prasy.

Dewizą pracowników tego punktu jest myśl „zajęty mąż, to szczęśliwa żona.”

Uwaga, oferta specjalna – za dodatkową, niewygórowaną opłatą umożliwiamy wynajem Mężczyzny Zastępczego, który cierpliwie nosi torby z zakupami i doradza w kwestii wyboru odzieży. Po skończonych zakupach nasz pracownik pomoże spakować samochód i przyprowadzi do niego ukontentowanego klienta naszego kącika dla Panów.

Wstęp dla Panów powyżej 18-ego roku życia, którym towarzyszą nasze klientki.

Obydwa miejsca (do znalezienia przy głównym wejściu naszego Centrum Handlowego) wyposażono w wi-fi. Odbiór towarzyszy po okazaniu Imiennego Biletu Kącikowego.

Z nami zakupy to przyjemność, nawet w godzinach emisji bajek i rozgrywek futbolowych.

Życzymy udanych zakupów!