Po polsku

p1270420


Krystyna Koziewicz (zdjęcia), Roman Brodowski (proza i poezja)

Apokryf II

Na niebie jak kiście winogron
Rozbłysły gwiazdy wróżebne
Stada owiec pasły się spokojnie
A powietrze wypełniał smutek

Szarojesiennej nostalgii czas nastał
Niedobra to pora dla wędrowca
Mężczyzna z brzemienną kobietą
Szukali ciepłego kąta na nocleg

W Betlejem brak było miejsca
Nikt nie lubi obcych pod dachem
Niepotrzebny zbędny balast
W czas nocnego spoczynku.

Chłodny wiatr wiał ze wschodu
A wokoło nic – bydlęca stajenka.
Proroctwo rzucone na jałową glebę
Czekało poczęcia Bożego majestatu

I nagle zwyczajny płacz dziecka
Leżącego obok oślicy przy żłobie
Matka przytuliwszy dziecię do piersi
Błogosławiła Pana na niebiosach

I nastała era nowego przymierza…
– Ojciec złożył ofiarę ludzkiego cierpienia –

Nieliczni uwierzyli tej prawdzie.

p1270416

Dlaczego mój świąteczny tekst rozpoczynam tym apokryfem? Ano właśnie dlatego że są to święta upamiętniające biblijny przekaz narodzin tego, który stał się ziarnem chrześcijańskiej doktryny wiary, Jezusa zwanego Chrystusem. To właśnie On uczył nas boskości. Zgodnie z jego nauczaniem, człowiek należący do grona wybrańców Wszechmogącego, to ten który wierzy, trwa w nadziei i kocha innych, ten który kieruje się trzema bożymi przymiotami jakimi są: wiara, nadzieja i miłość. Wielokrotnie Jezus na pierwszym miejscu stawiał miłość jako najważniejszy element potrzebny do zbawienia, bo, jak twierdził, „ jego niebiański Ojciec jest „miłością”.

p1270412

Co prawda, faktycznej daty urodzenia twórcy chrześcijaństwa nie znamy, bo w kronikach cesarstwa rzymskiego, zarówno na terenie Judei jak i innych prowicji wchodzących w jego skład, brak jest jakichkolwiek zapisów potwierdzających fakt narodzin Jezusa. Trochę skąpych informacji zasięgnąć możemy od ewangelistów Mateusza i Łukasza, oraz rzymskiego filozofa i historyka żydowskiego pochodzenia, Józefa Flawiusza, urodzonego w 36 roku, który w swoim dziele „Dawne dzieje Izraela” dwukrotnie wspomniał o Jego istnieniu.

Wiara jednak nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą.
Symboliczną datę narodzin tego największego z ludzi, a jednocześnie bożego syna chrześcijaństwo zapożyczyło od innych, wcześniejszych religii, jak mitraizm czy religia egipska. 25 grudnia, moment przesilenia zimowego, święcił mitraizm jako dzień Sol Invictus i Solaris, Słońca Niezwyciężonego czyli boga Mitry. Egipcjanie 6 stycznia czcili urodziny Ozyrysa, dzisiaj jest to dzień Bożego Narodzenia we wschodnim chrześcijaństwie. Na marginesie dodam, że dzień 25 grudnia jako dzień urodzin Jezusa chrześcijaństwo obchodzić zaczęło dopiero w 354 roku.

p1270410

Ale powtórzmy, wiara nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą. Dla nas, chrześcijan kościoła katolickiego, wieczór czuwania – wigilia, pasterka, święta „Bożego Narodzenia”, mają charakter szczególny. Z jednej strony przypominają nam o postaci Jezusa, o jego roli w tworzeniu naszej religii, o jego życiu, misji, jaką miał do spełnienia na ziemi, oraz ofierze, jaką złożył za nas ludzi, swoją osobą. Z drugiej zaś strony dni te są okazją do wspólnej rodzinnej biesiady w duchu chrześcijańskiej pobożności. I właśnie ta chrześcijańska pobożność, zwłaszcza w tym okresie powinna pobudzić nas do refleksji, do zadumy nad tym, jacy tak naprawdę jesteśmy. Ile jest w nas prawdziwej miłości, wiary i nadziei, a ile pozoru bożego człowieczeństwa.

p1270333

Kiedy zasiądziemy do wspólnego, wigilijnego stołu, zanim podzielimy się z najbliższymi opłatkiem, pomyślmy o innych. O tych, których na co dzień nie zauważamy, czasami nie tolerujemy, traktujemy jak obcych czy też wrogich nam.

Tymczasem zgodnie z nauczaniem Tego, którego dzień narodzin świętujemy, wszyscy pochodzimy od jednego źródła jakim jest „Miłość” – Bóg Ojciec. A To zobowiązuje.

Święta Bożego narodzenia, mimo sakralno-teologicznej otoczki są świętami szczęścia. Upiększone wiekowymi tradycjami, w każdym regionie innymi, obrzędami pochodzącymi często z przedchrześcijańskiej kultury, sprawiają nam radość. Do tego syto nakryte stoły, choinka, oraz prezenty którymi nawzajem się obdarowujemy. Czy to wszystko nie jest piękne.

Tak, nieważne kiedy i gdzie urodził się Jezus, ważne, że w niego wierzymy, że dzięki temu co ewangeliści nam o Nim przekazali, o jego dla nas przesłaniu, możemy stać się lepsi, empatyczni i ludzcy.

p1270474

Święto emigranta

Stary kalendarz kłania się ze ściany
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina że święta nadchodzą
Czas rodziny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty świątecznym obrusem
Pod nim siano skoszone jesienią
A na stole potrawy (dwanaście)
Wokół pachnie naszą polską ziemią.

Świerk stojący w gościnnym pokoju
Obwieszony szklanymi bombkami,
A pod świerkiem prezenty świąteczne
Które przywiózł… Mikołaj (saniami)

Już za oknem na bezkresie nieba
Srebrzy jasno gwiazda zwiastowania
Przypomina że czas nadszedł dla nas
Miłości, radości, pojednania.

Jeszcze tylko modlitwa dziękczynna
Po niej kruchy, opłatek chlebowy
I życzenia lepszej, dalszej drogi
W szacie nowej, duchowej odnowy

Każde święta zawsze takie same
Takie nasze, chociaż na obczyźnie ,
Bo wywodzą sie z naszej tradycji
Tej tradycji jaka jest w ojczyźnie

Lida / Białoruś 23.12. 2009
p1270443
Krystyna Koziewicz sfotografowała te szopki w ubiegłym roku w muzeum Alte Münze w Berlinie

Życzenia z okazji przesilenia zimowego, końca starego roku oraz początku nowego

Ryszard Dąbrowski

Tym razem, z okazji przesilenia zimowego, przekazujemy Wam życzenia od naszych Aniołów.

Załączamy ich zdjęcie w pokoju stołowym. Mieszkają tu te trzy dobre duchy, strzegące mojej muzy G. i mnie.

4_anioly

Cynowy nagrobny Anioł (rekwizyt teatralny?) to prezent od Zygmunta Duczyńskiego (ach, szaleńcza młodociana młodość), naszym zdaniem, jednego z najgenialniejszych szczecinian po 1945 roku. Te dwa drewniane na ścianie, to rzeźby Jurka Gąsiorka „Gąsiora” z Gorzowa (dojrzała dojrzałość). Mniejszy nazywa się „Anioł Brzemienny”, a ten większy ma na imię „Anioł Apokalipsy”. Raz do roku, pod koniec grudnia, dołącza do nich ten czwarty, kto wie czy nie najważniejszy.

Ten Anioł, będący zawsze co roku ozdobą zawieszanej u nas u sufitu grudniowej choinki*, to własność mojej prababci Katarzyny Jędrzejewskiej (historyczna historia). Sprezentowali go jej rodzice, a moi prapradziadkowie, Stanisław i Marcjanna. Poprzez moją babcię Bronisławę Sadowską vel Sadochę oraz matkę Wandę Lewandowską, jestem teraz w posiadaniu tego stróża. Później odziedziczy go jedna z moich córek.

Anioł ten żyje już prawie 140 lat, i tego Wam życzymy, a jak się nie da, to przynajmniej 100 lat…

Chociaż, jak twierdzi wiele leciwych babć i dziadków, te ostatnie lata są najtrudniejsze i być może nawet tego nie warte (nieuchronna przyszłość). A więc cofamy to … i życzymy wam, aby w 2017 roku spełniły się Wasze najskrytsze marzenia i abyście uczynili wszystko dla ich spełnienia (słodka nadzieja).

Grażyna & Ryszard

* W grudniu 1975 roku, byliśmy (G. & R.) na nartach w Beskidzie Śląskim. Ponieważ kolekcjonowałem wtedy stare ścienne zegary, które sam reperowałem, odwiedzaliśmy okoliczne gospodarstwa, pytając ich mieszkańców, czy nie mają jakichś na sprzedaż. Podczas bytności w jednej z chałup zaintrygowała nas, odmiennie niż u wszystkich, wisząca u sufitu choinka. Na nasze wyartykułowane zdumienie, gospodarze równie zdziwieni – odpowiedzieli: „a u nas jest tak zawsze”.

Od tamtego czasu i u nas też jest tak zawsze.

Reblog oder so. Also.

Den Text hat Elke Heidenreich geschrieben. Ich habe es gefunden, gelesen und staunte, wie heil und glücklich doch unser Welt vor nicht mal 30 Jahren war. Seit Januar 1985 lebte auch ich schon in dieser Welt und ich kann mich ganz gut daran erinnern, dass wir alle dachten: So ist unser Leben und so wird es IMMER sein. Wer von uns ahnte im Dezember 1988, was im nächsten Jahr alles beginnt und wie es endet?! Und die Bundeskanzlerin haben wir auch, Gott sei es Dank, und sie soll ewig regieren. Heute braucht sie uns noch mehr als vorher! Frohe Weihnachten Angela Merkel! Mir scheint, du bist die einzige, die etwas für uns, für Deutschland, für Europa, für Aleppo machen wird! Ich bin stolz auf Dich. Du schafft es!

Crazy Christmas!

. . . woran kann man sich denn bloß noch halten? Sagen Sie doch selbst – irgendwie ist nichts mehr wie früher, oder? Früher wußten wir: Sonntag war, wenn es nach Braten roch und man die weißen Kniestrümpfe anziehen mußte. Weihnachten war, wenn es nach Plätzchen roch, draußen Schnee lag und man nicht ins Wohnzimmer durfte, Mai war, wenn es Erdbeeren, Dezember, wenn es Grünkohl gab. Eine Schreibmaschine sah aus wie eine Schreibmaschine. Heute sind Schreibmaschinen Computer mit Fähigkeiten wie speichern (?) und Proportionsschrift (??). Und Weihnachten… ach, du liebe Zeit. Wo ist sie, die letzte Woche vor Heiligabend, wenn in jedem Zimmer noch schnell was gebastelt, geklebt und heimlich getan wurde. Weihnachtsgeschenke kaufen wir doch im Sommer, wenn der neue Katalog kommt, und dann haben wir diese Kiste, in der immer Geschenke für alle Gelegenheit liegen. Und wahrscheinlich, ja so gut wie sicher, sind wir Weihnachten sowieso nicht zu Hause – was sollen wir auch hier bei Nieselregen. Weihnachten geht es ab in die warme Sonne! Unter Palmen wollen wir sitzen und eisgekühlte Cocktails trinken, zum Teufel mit Mandelkeksen und Tannenbäumchen, außerdem kann man sich einen Wahnsinnspaß machen und ein zusammenklappbares Plastikweihnachtsbäumchen mitnehmen, das steht dann am Swimmingpool und wirkt rührend.

Was sollen wir denn Weihnachten essen, wir dennoch Daheimgebliebenen? Festtagsbraten ist auch passsé, wie wäre es mit einem leichten Spargelgericht? Es gibt ja alles immer, Mandarinen im Sommer, Spargel im Winter, Erdbeeren rund ums Jahr, und das Weihnachtsoratorium, „Jauchzet! Frohlocket!“, das bringt und am meisten in Stimmung, wenn wir im Frühling auf der Wiese in Toskana liegen und in den blauen Himmel gucken. Alles ist verschiebbar! Alle Werte lassen sich umkrempeln! Männer haben wieder Zöpfe, Frauen ausrasierten Nacken, Unterwäsche trägt man außen, und im Sommer fährt man Ski, um im Winter surfen zu können.

Ich will ewige Werte! Ich will Regen am Totensonntag und Schnee an Neujahr, Kirschen im Sommer und Nüsse im Herbst, ich will männliche Männer und weibliche Frauen und nicht dies androgyne Getue, ich will Weihnachten Weihnachten und Ostern Ostern, und die Braut soll Weiß tragen und der Gärtner eine grüne Schürze, und der Mörder ist der Gärtner. Alles soll sein wie immer, und alle Menschen sollen alles verstehen. Prost.

Wahrscheinlich habe ich jetzt ein Glas zu viel getrunken? Was ist denn los?

Ich weiß auch nicht. Da sitze ich im Dezember, im leichten Blumenkleid in der Sonne, ich sag nicht wo! Und sehne mich nach Weihnachten und Stille Nacht, hier ist heute „Rock um die Uhr“ und wir essen Mangos und schenken uns nix, Schenken ist out, und alles ist möglich, und alles ist egal, ja, was denn nun? Will ich alles so haben wie früher? Nein, nicht doch! Aber das Romantische, das Althergebrachte, das Gewohnte, ach, wenn es so ganz verschwindet, dann wird der Mensch ein Rohr im Winde. Wo anfangen? Wo aufhören? Mit zehn lesen wir Shakespeare, mit vierzig sehnsüchtig umflort „Die Häschenschule“. Rote Rosen auf dem Grab, weiße Lilien am Bett, nicht Mal der Bundeskanzler ist heute mehr, was er früher Mal war. Und stellen Sie sich mal vor, eines Tages könnte der Bundeskanzler sogar eine Frau sein! Dann fällt Weihnachten auf Ostern, wetten?

Dezember 1988, Brigitte Nr 26

Wiersze na święta i na życie (kobiece)

Teresa Gęsiarz

W tę noc…

Kiedy zalśnią srebrną poświatą
gwiazdy zbłąkane na nieboskłonie.
Kiedy anielski śpiew się rozniesie.
Złączą się dłonie.

Ta noc niezwykła, cudem pachnąca,
serce z rozumem zdoła pogodzić.
Wspólną rozmową, w oczekiwaniu
na Cud Narodzin.

W zaciszu domostw, przy wspólnym stole,
Biały Opłatek miłością się mieni,
w rytmie kolędy “Wśród nocnej ciszy”,
czas się Nim podzielić.

Popatrzcie sobie głęboko w oczy,
niech w słowach dźwięczą radości nuty.
Kawałek serca oddajcie w życzeniach,
bez cienia obłudy.

I choć daleko od Was, od rodziny,
to jestem blisko, całym swoim sercem,
i myślami tuż przy Waszym stole.
Tam, gdzie wolne miejsce…

17.12.2016

teresa-obrazek

a kiedy noc…

zamykam dzień
w pustych ramionach wyziębienia

zimowe słońce
ostatnie promienie zabiera
z bezradnych nadgarstków
już noc zagląda przez okno
strasząc
kolejną bezsennością

tylko srebrny księżyc
puszcza do mnie oczko
obiecując swoje towarzystwo
dopóki świt
nie przegoni cieni

mojej samotności

16.12.2016

Magia…

Podzielę się z tobą marzeniami
o smaku bezsennych tęsknot,
co nocą błądzą po smutku ścianach,
cicho szepcząc…

Podzielę się z tobą kroplami duszy,
lśniącymi na rzęsach szklanym szczęściem.
W źrenicach malują krajobraz z nami…
Więc jesteś…

Podzielę się z tobą kolorem miłości.
Czerwienią na ustach drżącą czekaniem.
Uspokój ją miły magią pocałunku,
to zostanie…

16.12.2016

Zimowa zazdrość…

W mroźne
niewyspane noce,
sny zabłądziły gdzieś zimą.

A ja
zazdroszczę drzewom,

bezlistnym snem śpiącym,
przykrytym śnieżną pierzyną…

13.12.2016

zbyt daleko…

w pustej przestrzeni
gdzieś między sercem
a duszą
zabrakło miejsca na sny

znów noc
szyderczym śmiechem mnie dogania
rozlewam się smutkiem
jak niewypowiedziane łzy

układam szept na ustach
kołysząc oddechem
zmęczone powieki

przepływam
przez palce ciemności

snem bez snu

zbyt dalekim…

12.12.2016

kwarantanna…

nie próbuj mnie zrozumieć
gdy rozsypana po brzegi
puszczam twoją dłoń
by zniknąć na chwilę
w obłokach
roztargnionych myśli

nie próbuj mnie zatrzymać
gdy chowam się w ciemności
szukając
rozdartych bezsennością snów
by wypełnić źrenice
wspomnieniem światła

nie pytaj o nic
gdy omijam w milczeniu
pogubione słowa
by pozwolić
rozpłakanym kartkom
wyschnąć

szukam siebie
samotnością

poczekaj….

10.12.2016

destrukcja…

dotykam dłońmi dna
druzgocząc duszę
demonicznymi domysłami
drwiącego dualizmu
depcząc dni
dławiącą dominacją
depresji

10.12.2016

bez znieczulenia…

w pustej przestrzeni
między rzeczywistością
a marzeniami
rozlały się chwile
wyrwane z uścisku losu

skrępowana cisza
krzykiem odmówiła grzechom
przebaczenia
rozcinając niebo
skargą łez

przez niedomknięte drzwi
ostrych słów
spłoszone sny
zerwały się do lotu jak ćmy
by spłonąć
w ogniu niestabilności

wypełniona po brzegi
wypłowiałą siłą
rozbijam się o życie

bez znieczulenia…

05.12.2016

obce powieki…

rozplątuję mokre rzęsy
na brzegu rozmytych spojrzeń
co toną w metaforach
rozlanych myśli

czas
niespokojnym strumieniem
obudził męczący lęk
otwierając
wczorajsze blizny

tak trudno oddychać
gdy oczom

obce powieki…

04.12.2016


Teresa jest wrocławianką,  mieszka w Wielkopolsce. Od 15 lat mieszka również i pracuje w Niemczech, teraz – w Berlinie. Pisze wiersze i maluje.

Nie czas na wpisy

W związku z tragedią w Berlinie, ofiarami, osobami które zginęły i rannymi –
w dniu 19 grudnia 2016 roku chciałbym połączyć się w bólu z ich rodzinami, ze wszystkimi berlińczykami.
Niezależnie od przyczyn tej tragedii – trzeba powiedzieć raz jeszcze i powtarzać nieskończoną ilość razy – że najważniejszą rzeczą, jakiej świat dziś potrzebuje, to pojednanie ludzi i narodów. Tylko usilna, codzienna, konsekwentna praca dla wzajemnego zrozumienia ludzi doprowadzi nas do spokoju i pokoju.

Andrzej Rejman

po_zachodzie_panorama_1bw

Nie będzie więc nic aktualnego, świątecznego, ani politycznego.
Wszelkie te aktualności staną się i tak niebawem nieaktualne.
Miał być zresztą inny tekst, ale on też nie był zbyt aktualny, niestety.
Ale może będzie następnym razem.
Teraz zaś wypadła ze starego zeszytu lektur pożółkła bibułka zapisana
pismem maszynowym.
Czytam wiersz, nie podpisany nazwiskiem autora.
Możliwe, że autorką jest Salina Baniewicz, matka Powstańca, której inne teksty pisane na maszynie na podobnym papierze kopiowym znajdują się w moich zbiorach i które już publikowałem na tym blogu.
Na końcu data – 11 września 1951 roku.
(Potem uświadamiam sobie, że to dokładnie 50 lat przed zamachami na WTC)

wiersz_z_1951_roku

Przywarłam do kamienia, polnego kamienia,
Zimnego głazu nawet w upał letni
“Wsącz ból mojej duszy, ochłódź me cierpienie”
Lecz milczy kamień okrutny

Przywarłam do trawki, trawki zielonej,
“Boża ty trawko, zapachem macierzanki,
Świeżością barwy ukoj moje serce”,
Zdejm przygniatające duszę brzemię,
Które mi mroczy świat”.

Lecz trawka nie słucha.
Zapatrzona w niebo,
Miłości pełna sprowadza na ziemię
Ten lazur w niezapominajki kwiat.

Przywarłam do piasku, do piasku morskiego,
“O falo morska, ucisz mą tęsknotę”
Fala nadbiega, otacza ramieniem,
Szumem swej pieśni jak dziecię kołysze
Szepcze do ucha – wszystko – marność świata
Przemija i znika, a spokój – w wieczności,
Wieczność obdarzy błogim zapomnieniem,
Spotkamy się znów gdzieś… kiedyś…
Czy słyszę?

po_zachodzie_2bw

Przedświąteczne inspiracje (Lego)

Znalezione w sieci – szopki z klocków Lego.

Dla J. A. i A.

The Child was born under the star in the holy (brick)night… 🙂

To samo ale w wersji Star Wars!

I jeszcze jedna, bardziej pokojowa. Ze świniakiem w zagródce. Można by mieć pretensje do twórcy, że nie przestrzega zasad, ale cóż – sama widziałam rok temu w Muzeum Polin w Warszawie “dzieło sztuki” jakichś artystów muzealnych, przedstawiające życie żydowskie w średniowiecznym miasteczku i tam też był świniak jak żywy.

Tę szopkę podobno wymyśliły i zrobiły dzieci.

Tę sam budowniczy określił jako “cool”.

nativitylegocool

A ta reprezentuję ideę minimalu. Podoba mi się. Taką to ja bym potrafiła zrobić. Ale czy ja wiem, podpis głosi, że to Fun4Boys.

PS from 22nd of Dec: made by family

szopkajackaantosia

 

Z zapisków stróża (6)

Zbigniew Milewicz

Aniołek

Kiedy niedawno w Kolumbii rozbił się samolot, w którym zginęła prawie cała, pierwszoligowa drużyna brazylijskiego klubu piłkarskiego i napisałem szpunta na ten temat, wytykając europejskim mediom lekkie zignorowanie katastrofy nad równikiem, adminka zaproponowała mi zgłębienie tematu. Mógłbym – sugerowała – napisać np. o obecnym tempie pamiętania i zapominania, albo o szacunku do śmierci, albo o europocentryzmie. Admince się nie odmawia, ale chyba więcej we mnie dokumentalisty, niż moralisty i w zamian dam jej przedświątecznego aniołka.

Zapakowany w złote pudełeczko, leżał w pojemniku przed kontenerem na śmieci, obok innych niepotrzebnych przedmiotów. Figurka wykonana misternie z kryształu trzymała w dłoniach książkę i nie mogłem dopatrzyć się niczego, co dyskwalifikowało by ją w sprzedaży w handlu. Dom towarowy, w którym dorabiam do emerytury zakazuje personelowi przywłaszczania czegokolwiek, co stanowi własność firmy, choćby i rzecz szła na przemiał. Żal mi się jednak zrobiło niebiańskiej postaci i naruszyłem siódme przykazanie.

Drugi anioł, a właściwie anielica stała bardzo smutna na trzecim piętrze domu i pakowała klientom świąteczne prezenty w ozdobne kartony.
– Musisz się do ludzi uśmiechać, to nie są wieńce pogrzebowe – wysyczał jej do ucha kierownik działu, ucharakteryzowany, jako Weihnachtsmann.
– Wiem, ale oni już przecież zapłacili za towar, poza tym boli mnie ząb – poskarżyła się dziewczyna.
– Ho, ho, ho – odkrzyknął kierownik i zadzwonił srebrnym dzwonem. – Jak nie teraz, to kiedy mamy zarabiać, a ona mi tutaj odstrasza klientów – dodał w zamyśleniu.

Jak co roku, kolorowe, bogate wystawy monachijskich sklepów i butików kontrastowały z ponurymi twarzami przechodniów. Każda dzielnica miała swój Weihnachtsmarkt, na którym raczono się grzanym winem i słuchano kolęd płynących z głośników. Nostalgiczna, niemiecka nuta przeplatała się ze skocznym rytmem amerykańskich carols, ale im więcej ludzie mieli w czubie, tym bardziej posępnieli. Nawiasem mówiąc, pod polską choinką nastroje też przeważnie są minorowe, ale to dopiero w wigilię i po pasterce humor rodakom zdecydowanie się poprawia. Stacje niemieckiego radia i telewizji robią wszystko, aby obywatelom BRD umilić przedświąteczny nastrój. Nastrojowe, muzyczne kadry wtapiają się w reklamę wielkich sieci handlowych, aby widzowie i słuchacze nie zamykali portfeli, tylko dalej kupowali świąteczne gęsi, gry komputerowe, perfumy i czekoladki. Serwisy informacyjne skłaniają się bardziej ku pozytywnym przekazom, a negatywne podają oględnie, żeby odbiorca doszedł do wniosku, że przecież mogło być jeszcze gorzej.

Oczywiście nie da się przemilczeć, ani przypudrować krwawiącego dalej Aleppo, kolejnych aktów terroru w Turcji, prześladowania chrześcijan przez islamistów na Bliskim Wschodzie i wciąż trwających walk we wschodniej Ukrainie, gdzie skłócone ze sobą światowe mocarstwa nieodmiennie wspierają dobrych w walce ze złymi, tylko nikt z nas nie wie, kto naprawdę jest kim. Wszystko zależy od tego, w jakim języku nadaje stacja. Co dla członków Nato jest białe, to dla Kremla czarne i odwrotnie. Kanclerz Merkel już oficjalnie, bez ogródek oskarża rosyjskie lotnictwo o bombardowanie ludności cywilnej wschodniego Aleppo i konwojów, które spieszą jej z pomocą humanitarną. Tu bombki na choinkach, tam bomby i śmierć, oby ten konflikt nie przerodził się w III wojnę światową…
– Ty wiesz, że to może być nasza, chrześcijan ostatnia gwiazdka? – pyta przez telefon Marysia, moja stara, monachijska znajoma.
– Jakaś bzdura, kto tak mówi? – reaguję zapalczywie.
– Papież Franciszek – odpowiada.
– Usłyszałaś to od niego osobiście?
– Nie, ale tak podobno miał powiedzieć na Placu Świętego Piotra.

Nie wierzę rzecz jasna Marysi, ale coś tam w głębi duszy, jakieś niedobre ziarno, pozostaje. W godzinach wieczornych, na chwilę przed zamknięciem sklepów, przedświąteczny tłum na monachijskich ulicach jeszcze bardziej gęstnieje. Biedna anielica, zanim pójdzie do domu, jeszcze zapakuje z dwadzieścia prezentów w kolorowy papier i wyda je klientom o twarzach szarych jak ten grudniowy wieczór za oknami. Całe szczęście, że po domu kręcą się także dzieciaki, tylko u nich widać ożywienie i nieudawaną radość, że idą święta, a wraz z nimi oczywiście i prezenty. Trudno wyczuć, ile z nich wie, co to jest Boże Narodzenie, ale w boskiej naturze leży wszak wyrozumiałość.

anioleczek

W domu wyjmuję aniołka z pudełka, żeby przyjrzeć mu się dokładniej i niezgrabiasz upuszczam go na podłogę. Tłucze się książka, którą trzymał w dłoniach, w zamian dostaniesz więc adminko ten tekst, plus napis z pudełka. Wesołych Świąt czytelnikom 🙂

Zamiast życzeń i zamiast prezentów

Krystyna Koziewicz

Apel

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej,  jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powoduje, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w sina dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając swoje serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Polskie rytuały Bożonarodzeniowe mają specyficzny podniosły klimat, a przestrzega się ich wszędzie tam, gdzie znajduję się Polacy. Kultywowanie polskich tradycji i zwyczajów religijnych na emigracji to nasz obywatelski, rodzicielski, nauczycielski obowiązek wobec młodego pokolenia. Wszystkie te tradycje, jak ubieranie choinki,  wspólna kolacja, kiedy cała rodzina zasiada do stołu wigilijnego, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, jasełka są łącznikiem pomiędzy pokoleniami. Jeśli my, dorośli będziemy kultywować świąteczne tradycje, przetrwają nawet wtedy, kiedy już  przeminiemy. Zwyczaje nadal będą żyć w pokoleniach, które po nas przyjdą.

Okres  świąteczny to czas relaksu, odskoczni od codzienności, czas, kiedy człowiek poddaje się magicznej ceremonii starych obyczajów ludowych, na które każdego roku z radością wszyscy czekamy.

My, Polacy w Berlinie tworzymy jedną wielką rodzinę, mamy polskie korzenie i chcemy przy okazji Świąt spotkać się ze sobą, spędzić kilka godzin w przyjaznej atmosferze, pełnej serdeczności i życzliwości. Nie zapominajmy, że to czas pojednania sie z bliźnimi, wzajemnego wybaczania sobie błędów, darowania win. Obdarowujmy siebie życzeniami zdrowia, nie żałujmy sobie dobrych słów, czułych gestów… Nie żałujmy…

Od kilku lat pisze już dla Czytelników tego bloga takie i podobne życzenia i refleksje świąteczne.

W tym roku jednak nad radością tego pięknego czasu zawisł straszny los Aleppo.
To miasto umiera jak Warszawa przed 72 laty. Jesienią i zimą 1944 roku, po upadku Powstania Warszawskiego, świat patrzył bezczynnie, jak okupanci dobijają konającą Warszawę.
Przez dziesięciolecia my, Polacy, nie mogliśmy o tym zapomnieć.

Nie pozwólmy, by teraz, gdy żyjemy w pokoju i dobrobycie, na nas spadła hańba, iż patrzyliśmy bezczynnie na śmierć całego miasta!

Możemy jeszcze uratować 100 000 osób z masakrowanego miasta. To cywile, którzy nie mają jak stamtąd uciec. Otwórzmy drogę do Polski, dla tych, którzy wymagają NATYCHMIASTOWEJ pomocy, przyjmijmy ofiary wojny, rannych i potrzebujących, kobiety i dzieci, osoby starsze, niepełnosprawne, które wymagają natychmiastowej opieki medycznej i zapewnienia im podstawowego bezpieczeństwa.

Pamiętajmy o tych wszystkich, którzy zginęli w Warszawie i pomóżmy Aleppo!

Cytaty i kompilacje

Lech Milewski

…notuję równomierny postęp powieści, która w połowie lipca urosła już do XXXVII, Fitelbergowskiego, rozdziału czy też do materiałów w tym celu zebranych. Postać tego międzynarodowego agenta i symboliczna scena kuszenia samotnika przez “świat” były przewidziane już od dawna… Nie dostawało mi jedynie samej postaci, nie potrafiłem jej jeszcze wyraźnie sobie wyobrazić, lecz i pod tym wzgledem udzielono mi pomocy… pewnego dnia przy porannej kawie w mojej sypialni opowiedziałem mojej żonie o tym drobnym, a przecież uciążliwym kłopocie, przypominajacym mi dawne czasy w Bozen, kiedy nie wiedziałem, w jaki sposób uczynić z Mynheer Peeperkorna malowniczą postać – ona zaś znalazła radę. – Coś w tym rodzaju mam przecież pod ręką, trzeba tylko, abym sobie przypomniał w ogólnych zarysach naszego starego znajomego w Nowym Jorku, pana S.C., który działał dawniej w Paryżu jako agent literacki i teatralny… Oczywiście – to był on.

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

W licznych źródłach znajduję krzepiącą dla mnie informację, że Tomasz Mann miał duże trudności w wymyśleniu oryginalnej fabuły. Rzeczywiście – Buddenbrookowie to historia własnej rodziny, Czarodziejska Góra oparta jest na własnym doświadczeniu autora kiedy to odwiedził żonę w sanatorium dr Jessena w Davos, przeziębił się a przedsiębiorczy doktor zasugerował 6-miesięczny pobyt, Józef i jego bracia to oczywiście Biblia, Doktor Faustus – wiadomo.
Wiadomość dla mnie krzepiąca gdyż większość moich wpisów na tym blogu to kompilacje z różnych źródeł.

Najpierw więc Mynheer Peeperkorn…

G. Hauptmann

Zaczynał mówić głosem dość cichym:
– Moi państwo… W porządku. Wszystko w porządku. Skoń-czone. Proszę jednakowoż wziąć pod uwagę – i nie zapominać, że… Ale nie mówmy już o tym. Tamto leży mi tak dalece na sercu, jak przede wszystkim to, że jesteśmy zobowiązani – że kategorycznym wymaganiem – powtarzam i podkreślam to wyraźnie – kategorycznym wymaganiem nam stawianym… Nie! Nie, moi państwo, nie tak! Nie, jakobym chciał… W błędzie byłby ten, kto by myślał, że ja… Skoń-czone, moi państwo! Zupełnie skończone. Wiem, że jesteśmy przecież tego samego zdania, a więc: do rzeczy!

Ostatecznie nic nie powiedział, ale głowę miał tak niepospolitą, mimikę i gestykulację tak stanowczą, przejmujacą i pełną wyrazu, że wszystkim, a nawet nasłuchującemu Hansowi Castorpowi, wydawało się, iż słyszą coś niezmiernie ważnego, lub też, jeśli nawet uświadamiali sobie brak rzeczowego, skończonego oświadczenia, nie czuli się jednak zawiedzeni.

Tomasz Mann – Czarodziejska Góra.

Znajomi Tomasza Manna, którzy pierwsi przeczytali Czarodziejską Górę od razu zapytali autora – czy powiadomiłeś o tym Gerharda Hauptmanna (na zdjęciu)?
Nie powiadomił, według niego podobieństwo było przypadkowe i bardzo fragmentaryczne. Gerhard Hauptmann był innego zdania – obraził się śmiertelnie i chyba przez dwa lata obaj nobliści ze sobą nie rozmawiali.

Oceńcie państwo sami. Oto jak Tomasz Mann wspomina prawdziwego Gerharda Hauptmanna:
Byliśmy przyjaciółmi, lecz zawsze pozostawaliśmy w oficjalnych stosunkach. Najbardziej osobliwy i zabawny moment naszej znajomości był ten, kiedy przyszło mu do głowy zaproponować mi “tykanie się” – i kiedy jednak potem z tego się wycofał. Wypił wtedy już trochę i nagle zaczął: “A więc… Niechże pan słucha!… Dobrze!… Jesteśmy przecież braćmi, prawda?… Czy nie powinniśmy zatem… Zapewne… Ale dajmy temu spokój!”

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

Jeszcze jedno. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann przypisał bohaterowi książki, Adrianowi Leverkühnowi, wymyślenie nowego systemu kompozycji. Był to dokładny opis systemu dwunastotonowego wynalezionego przez Arnolda Schönberga w 1921 roku.
Alma Mahler, która poznała ten fragment książki przed jej publikacją, ostrzegła autora – powinien pan uzgodnić to z kompozytorem. Tomasz Mann znowu zbagatelizował ostrzeżenie. Niesłusznie. Schönberg bardzo poważnie się obraził i rozważał skierowanie sprawy do sądu, obawiając się, chyba słusznie, że dzieło Tomasza Manna zyska znacznie większą popularność niż jego muzyka i jego autorstwo systemu dwunastotonowego może być zapomniane. Ostatecznie uznał, że lepiej obrócić całą sprawę w żart i opublikował krótki esej, w którym opisał, jak to wpadł na pomysł dodekafonii dzięki radom bohatera książki, która nie została jeszcze napisana.
W angielskim (i polskim) wydaniu Doktora Faustusa umieszczono napisane przez Tomasza Manna wyjaśnienie genezy dodekafonii.

Po tych wszystkich wstępach przejdźmy wreszcie do XXXVII, fitelbergowskiego, rozdziału…

Na próg wyszła na nasze spotkanie pani Schweigestill z wizytówką w ręce, przemawiając ściszonym z przerażenia głosem. Zakomunikowała nam, ze przyjechał jakiś “człek światowy” – a określenie to wypowiedziane szeptem jako pospieszny opis kogoś kto właśnie wszedł do domu, wydało mi się dziwacznie upiorne i sybilliczne. Może dla wyjaśnienia tego pretensjonalnego epitetu nazwała pani Elza czekającego na nas przybysza “cudakiem”. Nazwał ją “szer madam”, a potem “petite maman”, a Klementynę uszczypnął w policzek…
Z nieufną miną obejrzeliśmy wizytówkę, udzielającą wszelkich potrzebnych informacji o jej właścicielu. “Saul Fitelberg, Arrangements musicaux. Representant de nombreux artistes prominents”…
Był to tłusty człowiek lat około czterdziestu, bez brzuszka, ale tłusty i miękkich kształtów, o białych pulchnych rękach, gładko wygolony, krągłolicy, z podwójnym podbródkiem, mocno zarysowanymi, łukowatymi brwiami i wesołymi migdałowymi oczami, pełnymi śródziemnomorskiego blasku zza rogowych okularów…
Epitet, jakim go obdarzyła matka Schweigestill, usprawiedliwiała pogodna beztroska jego sposobu bycia, owa przyjemna lekkość, właściwa zarówno jego szybkiemu, z lekka niewyraźnemu, zawsze dość wysokiemu, w dyszkant niekiedy przechodzącemu głosowi, jak i całej osobie, stanowiąc pewien kontrast z jego otyłością, lecz także jakoś harmonijnie się z nią łącząc. Lekkość tę, która weszła mu w krew, nazywam przyjemną, ponieważ istotnie napawała obecnych komicznie uspokajającym uczuciem, że całkiem zbytecznie traktują życie ze śmiertelną powagą. Jakby chciała wyrazić zawsze: “A czemuż by nie? No i co dalej? To nic nie znaczy! Bądźmy zadowoleni!” I człowiek mimo woli usiłował poddać się temu nastrojowi.

– Maître – powiedział – rozumiem całkowicie, jak bardzo musi być pan przywiązany do tej stylowej samotni, którą sobie pan obrał za mieszkanie – o, widziałem już wszystko, wzgórze, jezioro, wieś kościelną, et puis, cette maison pleine de dignité avec son hotesse maternelle et vigourese. Madama Schweige-still! Mais ça veut dire: Je sais me taire. Silence, silence! Comme c’est charmant!
Jak długo pan już tu mieszka? Dziesięć lat? Bez przerwy? Prawie bez przerwy? C’est ètonnant! O, całkiem zrozumiałe! A jednak, figurez-vous, przyjechałem, aby pana porwać, uwieść i namówić do chwilowej niewierności, unieść pana w przestworza na latającym dywanie i ukazać panu bogactwa i wspaniałości tego świata, więcej nawet: złożyć je panu do stóp… Niechże pan wybaczy mój pompatyczny styl! Jest on istotnie ridiculement exagèrè, zwłaszcza co się tyczy “wspaniałości”. W istocie nic to wielkiego – nic właściwie osobliwego w owych wspaniałościach, – stwierdzam to będąc przecież sam dzieckiem prostych ludzi wywodzących się z nader skromnych, żeby nie rzec nędznych warunków, – mianowicie z Lublina, z centrum Polski, z naprawdę ubogiej żydowskiej rodziny, – bo trzeba panu wiedzieć, że jestem Żydem – Fitelberg to wyraźnie liche, polsko-niemiecko-żydowskie nazwisko, tylko że uczyniłem je nazwiskiem cenionego bojownika awangardowej kultury i, chyba wolno mi to powiedzieć, przyjaciela wielkich artystów. A przyczyną tego jest, że od młodości dążyłem ku temu co wyższe, artystyczne, zajmujące – ku nowemu przede wszystkim, które jest jeszcze czymś skandalicznym, lecz godnym szacunku i pełnym widoków na przyszłość skandalem, który już jutro stanie się czymś najwyżej opłacanym, wielką modą, sztuką. A qui le dis-je? Au commencement etait le scandale. (…)
Proszę panów, straszliwie odbiegłem od tematu. Ale znaczy to: odbiegłem od mego zamiaru. Niechże panowie zechcą gadatliwość moją przypisać temu, że zrezygnowałem z planu, ktory mnie tu sprowadził! Przekonałem się, że plan ten jest niewykonalny. Pan, maître, nie wstąpi na mój czarodziejski dywan. Nie wprowadzę pana w świat jako pański manager. Odmawia pan, a to powinno być dla mnie większym rozczarowaniem, niż jest w istocie. Sincerement, zadaje sobie pytanie czy nim jest w ogóle. (…)
Zapewne pan nie wie, maître, jak bardzo niemiecka jest ta pańska répugnance, która, jeśli mi pan pozwoli przemówić jako psycholog, w sposób charakterystyczny składa się z dumy i poczucia niższości, z pogardy i lęku, – która, rzec chciałbym, jest pewnego rodzaju ressentiment powagi wobec światowych salonów. No cóż, ja jestem Żydem, trzeba panu wiedzieć – Fitelberg to uderzająco żydowskie nazwisko. Mam we krwi Stary Testament, a to sprawa nie mniej poważna od niemieckości, – i w gruncie rzeczy nikłe stwarzająca dyspozycje dla sfery valse brillante. Wprawdzie istnieje niemiecki przesąd, że na zewnatrz egzystuje jedynie valse brillante, a powaga wyłącznie w Niemczech. A jednak, jako Żyd, jest się w zasadzie sceptycznie usposobionym do świata, a przychylnie do Niemiec, oczywiście pod groźbą narażenia się na kopniaki z racji tej skłonności. Niemieckość to znaczy przede wszystkim: poczucie narodowe – a któż wierzy w poczucie narodowe Żyda? Nie tylko, że nikt nie wierzy, – w dodatku daje mu się parę razy po głowie, jeśli natrętnie będzie tego próbował. My, Żydzi, musimy bać się wszystkiego, co składa się na charakter niemiecki, qui est essentiellement antisemitique, – co, oczywiscie jest dla nas już wystarczającym powodem do trzymania się świata, dla którego organizujemy rozrywki i sensacje, nie narażając się na zarzut, że jesteśmy lekkoduchami albo, że upadliśmy na głowę. Potrafimy doskonale rozróżnić Fausta Gounoda od Fausta Goethego, nawet wówczas gdy mówimy po francucku, nawet wtedy…
Proszę panów, mówię to wszystko jedynie wskutek rezygnacji, rozmowę o interesach już przecież zakończyliśmy, właściwie już mnie nie ma, już trzymam rękę na klamce, już od dawna wszyscy stoimy, – gawędzę jeszcze tylko pour prendre conge (…) Czyż my, Żydzi, którzy jesteśmy narodem kapłańskim, nawet wówczas gdy uprawiamy minoderię po salonach paryskich, mielibyśmy nie odczuwać pociągu do niemieckości i nie pozwalać się przez nią wprawiać w ironiczny stosunek wobec świata i sztuki dla małych przyjaciółeczek? Z naszej strony poczucie narodowe byłoby wręcz prowokującą do pogromu bezczelnością. Jesteśmy internacjonalistami – lecz jesteśmy proniemieccy jak nikt na świecie, choćby dlatego, że musimy nieustannie stwierdzać podobieństwo roli, jaką odgrywa niemieckość i żydowskość na tym świecie. Une analogie frappante! Jednako są one znienawidzone, wzgardzone, przyjmowane z lękiem i zazdrością, jednakowo wprawiają w zamieszanie innych i siebie. Mówi się o erze nacjonalizmu. Ale w rzeczywistości istnieją tylko dwa nacjonalizmy: niemiecki i żydowski, a wszystkie inne są wobec nich dziecinną igraszką – tak rdzenna francuskość takiego Anatola France’a jest najczystszej wody światowością w porównaniu z samotnością Niemców i żydowskimi majaczeniami o narodzie wybranym… France – oto nacjonalistyczne nom de guerre. Niemiecki pisarz nie mógłby nazywać się Deutschland, tak można nazwać co najmniej okręt wojenny.
Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!

Tomasz Mann – Doktor Faustus.

PS1. Deutschland – okręt wojenny – poniżej krążownik o tej nazwie…

Deutschland

PS2. “Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch, a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!”
Zgadza się:
– Otto Erich Deutsch – austriacki muzykolog, autor katalogu utworów Schuberta – KLIK.
– André Deutsch –  wydawca książek – KLIK.
Oh, la, la!

PS3. S.C. – pierwowzór Saula Fitelberga.

solhurok

Nie znalazłem żadnych wskazówek kto to mógł być. Podsunę więc własną fantazję – Sol Hurok – KLIK.

Prawdę mówiąc to nic się nie zgadza: ani pierwsza litera nazwiska, ani okulary – nie są rogowe, nie urodził się w Polsce, nie działał w Niemczech.
Ale Mannowi potrzebny była tylko zewnętrzna oprawa: wygląd, sposób poruszania się, sposób mówienia. Co Saul Fitelberg ma mówić to Tomasz Mann wiedział jeszcze zanim go poznał.

Superpełnia

Szanowny Adminie

Sprawa ma się następująco: kilka tygodni temu, w połowie listopada wyszedłem, jak wielu innych ludzi, oglądać superpełnię księżyca. Trochę mnie zawiodła, ale nie w tym rzecz. Stałem i gapiłem się w niebo, aż tu nagle, jak to mówią, błysło, świsło i coś, chyba meteoryt, spadło na ziemię bardzo blisko ode mnie, jakieś dwieście, trzysta metrów. Dymiło i ogieniek palił suchą trawę wokół, więc bez problemu znalazłem to miejsce, tym bardziej, że przecież superpełnia świeciła, więc nie było ciemno. W zagłębieniu leżał kamień. Gdy wziąłem go do ręki, parząc się dotkliwie, bo jeszcze nie ostygł, zobaczyłem, że wyryte są na nim jakieś znaki, słowa. Cały tekst. Przeczytałem, lecz nie bardzo zrozumiałem. To znaczy – zrozumiałem, ale nie ogarnąłem, a poza tym zrobiło mi się nieswojo. Pytałem różnych ludzi co z tym zrobić, nikt nie wiedział. Szukałem, szukałem, aż trafiłem na tego bloga. Chyba dobrze trafiłem, bo to tekst odrzucony (a nawet rzucony) i nikt go nie chciał. Może wy będziecie wiedzieli, co z nim zrobić? Kamyk przesyłam w załączeniu.

                                                                               Z wyrazami szacunku, Adam Nemo

Jestem na tyle blisko, że istnieje szansa, iż jak mocno rzucę, to doleci. Więc ryję co prędzej swoje przesłanie pazurem w kawałku bazaltu i za chwilę zamachnę się tym odłamkiem. Następna taka okazja będzie za osiemnaście lat. Jeśli ktoś znajdzie mój kamyk i na coś mu się on przyda, to dobrze. Jeśli zaś nie – drugie dobrze.

Zresztą „dobro” to puste słowo, na dobro już od wielu lat nie daję się nabrać. Ale z dawnych czasów pozostała mi jeszcze wiara w piękno. Siadam więc na brzegu mojego krateru – a jakże, gdzieś na Morzu Spokoju – opieram głowę o dłoń zaciśniętą w pięść, drugą dłoń opuszczam na kolano i pozuję na Myśliciela. Co przy moich chudych i suchych kończynach oraz torsie tudzież gębie porośniętych twardą szczeciną przynosi efekt raczej komiczny niż artystyczny, ale nic nie szkodzi: nikt tego nie widzi, tylko ja w imaginacji przywołuję statuę Rodina. I to mi wystarcza.

Siedzę i patrzę na Ziemię. Dziś jest wyjątkowo blisko, więc i wszystko świetnie widać: widać, że nic się nie zmieniło. Patrzę i czuję… chciałbym powiedzieć, że pogardę, ale to nieprawda. Pogarda mi już przeszła. Zostało chyba tylko politowanie. Spokojne, aż wieje od niego chłodem. Zaś pogarda jest gorąca. A tutaj bywa naprawdę zimno i nawet pogarda płomienna, taka, jaką kiedyś czułem, nie wystarczyłaby, aby ogrzać krew do tego stopnia, bym przetrwał w mrozach galaktycznej próżni. Więc krew mi już dawno wystygła. Właściwie to już jej nie ma. Zastąpiło ją coś, nie wiem dokładnie, co: płynny azot? Hel? Argon? Nie sprawdzałem, bo już od dawna nie potrzebuję szarpać sobie ani rozcinać żył. Nie wiem, co tam bulgocze w przeraźliwym zimnie, ale czy to istotne? Niech sobie bulgocze na zdrowie!

No i siedzę. I patrzę z politowaniem. Lituję się, trzeba to uczciwie wyznać, także nad własną głupotą. Po co było tyle lat się szarpać, żyły pruć, goryczą nasiąkać, zawał pielęgnować, kamyki żółciowe hodować? No po co, zapytuję!? Należało odejść natychmiast, gdy się zrozumiało, że człowiek człowiekowi – człowiekiem. Wilków nie obrażać, wśród wilków zamieszkać, z wilkami wyć do księżyca.

Co powstrzymywało przed dumnym porzuceniem drapieżnej, ludzkiej watahy? Siła inercji? Z pewnością. Strach przed nieznanym? Niewątpliwie. Zasiane w duszy zatrute ziarno nadziei? Niestety – tak. A może też szacunek dla piękna? Gdyż, jakimś cudem, ludzie tworzą piękno: namiastkę nieosiągalnego dla nich i niewykonalnego dobra. I to piękno na jakiś czas wystarczało: zamiast wyć po lasach, słuchałem namiętnie Sonaty księżycowej. Bo czym ostatecznie różni się ona od wilczego skowytu? Tylko rafinadą formy – treść i tęsknota są dokładnie te same.

Cóż, takie półśrodki starczały, ale do czasu. Przyszedł dzień – a jakże, wiekopomny – gdy nawet przyjaciel, w kilka dni zaledwie, zmienił się w szmatę, a otaczające mnie sobkostwo, przeniewierstwa i bezmyślność – a jakże, zadowolona z siebie, że hej! – takim głazem przywaliły pierś, że wyrwać się z niej mogło już tylko przeraźliwe charczenie.

Jak długo wyłem, tego nie pamiętam, ale gdym skończył, stwierdziłem, że jestem, gdzie jestem. I dobrze, bo dobrze mi tutaj. Powoli stygłem, schłem i porosłem rzadką sierścią. Źrenice z okrągłych zmieniły kształt na soczewkowate, kły urosły – normalna rzecz, nie szkodzi. Nie obchodzi mnie przecież nic, a własny wygląd to już najmniej.

Siedzę, błękitnej kuli na niebie litościwe ślę spojrzenie. A kąsajcie wy się sami! Zagryźcie się, jeśli taka wasza wola. Ja mam spokój.

I tylko czasem uporczywie przypomina mi się coś pięknego. Raz na jakiś czas na przykład, co ze względu na okoliczności dziwić nie powinno, w zimnej i mrocznej próżni lub w bladej poświacie nucę sobie Moon River. Nawet znalazłby się tutaj kandydat na „Huckelberry frienda”, ale niestety, pożytku z niego nie ma żadnego. Zaszedł daleko, mógł wiele, znał niedostępne sekrety. Spadł z wysoka, potłukł się dotkliwie, przeto męczy się i miota, ze swym stanem niepogodzony. I będzie się tak męczyć całą wieczność. Zwą go Twardowski – żaden materiał na przyjaciela.

Ja nie spadałem, to i się nie miotam. Mam spokój. Może i mroźny, ale za to głęboki. I, pełen tego spokoju, siedzę sobie i patrzę. Za osiemnaście lat też tak będę siedział. Tylko, że wtedy błękitna kula może już być całkiem zabarwiona czerwoną posoką. I rzucać kolejnego listu nie będzie dla kogo. Ale to już nie mój problem.

Lycanthropus