Cytaty i kompilacje

Lech Milewski

…notuję równomierny postęp powieści, która w połowie lipca urosła już do XXXVII, Fitelbergowskiego, rozdziału czy też do materiałów w tym celu zebranych. Postać tego międzynarodowego agenta i symboliczna scena kuszenia samotnika przez “świat” były przewidziane już od dawna… Nie dostawało mi jedynie samej postaci, nie potrafiłem jej jeszcze wyraźnie sobie wyobrazić, lecz i pod tym wzgledem udzielono mi pomocy… pewnego dnia przy porannej kawie w mojej sypialni opowiedziałem mojej żonie o tym drobnym, a przecież uciążliwym kłopocie, przypominajacym mi dawne czasy w Bozen, kiedy nie wiedziałem, w jaki sposób uczynić z Mynheer Peeperkorna malowniczą postać – ona zaś znalazła radę. – Coś w tym rodzaju mam przecież pod ręką, trzeba tylko, abym sobie przypomniał w ogólnych zarysach naszego starego znajomego w Nowym Jorku, pana S.C., który działał dawniej w Paryżu jako agent literacki i teatralny… Oczywiście – to był on.

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

W licznych źródłach znajduję krzepiącą dla mnie informację, że Tomasz Mann miał duże trudności w wymyśleniu oryginalnej fabuły. Rzeczywiście – Buddenbrookowie to historia własnej rodziny, Czarodziejska Góra oparta jest na własnym doświadczeniu autora kiedy to odwiedził żonę w sanatorium dr Jessena w Davos, przeziębił się a przedsiębiorczy doktor zasugerował 6-miesięczny pobyt, Józef i jego bracia to oczywiście Biblia, Doktor Faustus – wiadomo.
Wiadomość dla mnie krzepiąca gdyż większość moich wpisów na tym blogu to kompilacje z różnych źródeł.

Najpierw więc Mynheer Peeperkorn…

G. Hauptmann

Zaczynał mówić głosem dość cichym:
– Moi państwo… W porządku. Wszystko w porządku. Skoń-czone. Proszę jednakowoż wziąć pod uwagę – i nie zapominać, że… Ale nie mówmy już o tym. Tamto leży mi tak dalece na sercu, jak przede wszystkim to, że jesteśmy zobowiązani – że kategorycznym wymaganiem – powtarzam i podkreślam to wyraźnie – kategorycznym wymaganiem nam stawianym… Nie! Nie, moi państwo, nie tak! Nie, jakobym chciał… W błędzie byłby ten, kto by myślał, że ja… Skoń-czone, moi państwo! Zupełnie skończone. Wiem, że jesteśmy przecież tego samego zdania, a więc: do rzeczy!

Ostatecznie nic nie powiedział, ale głowę miał tak niepospolitą, mimikę i gestykulację tak stanowczą, przejmujacą i pełną wyrazu, że wszystkim, a nawet nasłuchującemu Hansowi Castorpowi, wydawało się, iż słyszą coś niezmiernie ważnego, lub też, jeśli nawet uświadamiali sobie brak rzeczowego, skończonego oświadczenia, nie czuli się jednak zawiedzeni.

Tomasz Mann – Czarodziejska Góra.

Znajomi Tomasza Manna, którzy pierwsi przeczytali Czarodziejską Górę od razu zapytali autora – czy powiadomiłeś o tym Gerharda Hauptmanna (na zdjęciu)?
Nie powiadomił, według niego podobieństwo było przypadkowe i bardzo fragmentaryczne. Gerhard Hauptmann był innego zdania – obraził się śmiertelnie i chyba przez dwa lata obaj nobliści ze sobą nie rozmawiali.

Oceńcie państwo sami. Oto jak Tomasz Mann wspomina prawdziwego Gerharda Hauptmanna:
Byliśmy przyjaciółmi, lecz zawsze pozostawaliśmy w oficjalnych stosunkach. Najbardziej osobliwy i zabawny moment naszej znajomości był ten, kiedy przyszło mu do głowy zaproponować mi “tykanie się” – i kiedy jednak potem z tego się wycofał. Wypił wtedy już trochę i nagle zaczął: “A więc… Niechże pan słucha!… Dobrze!… Jesteśmy przecież braćmi, prawda?… Czy nie powinniśmy zatem… Zapewne… Ale dajmy temu spokój!”

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

Jeszcze jedno. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann przypisał bohaterowi książki, Adrianowi Leverkühnowi, wymyślenie nowego systemu kompozycji. Był to dokładny opis systemu dwunastotonowego wynalezionego przez Arnolda Schönberga w 1921 roku.
Alma Mahler, która poznała ten fragment książki przed jej publikacją, ostrzegła autora – powinien pan uzgodnić to z kompozytorem. Tomasz Mann znowu zbagatelizował ostrzeżenie. Niesłusznie. Schönberg bardzo poważnie się obraził i rozważał skierowanie sprawy do sądu, obawiając się, chyba słusznie, że dzieło Tomasza Manna zyska znacznie większą popularność niż jego muzyka i jego autorstwo systemu dwunastotonowego może być zapomniane. Ostatecznie uznał, że lepiej obrócić całą sprawę w żart i opublikował krótki esej, w którym opisał, jak to wpadł na pomysł dodekafonii dzięki radom bohatera książki, która nie została jeszcze napisana.
W angielskim (i polskim) wydaniu Doktora Faustusa umieszczono napisane przez Tomasza Manna wyjaśnienie genezy dodekafonii.

Po tych wszystkich wstępach przejdźmy wreszcie do XXXVII, fitelbergowskiego, rozdziału…

Na próg wyszła na nasze spotkanie pani Schweigestill z wizytówką w ręce, przemawiając ściszonym z przerażenia głosem. Zakomunikowała nam, ze przyjechał jakiś “człek światowy” – a określenie to wypowiedziane szeptem jako pospieszny opis kogoś kto właśnie wszedł do domu, wydało mi się dziwacznie upiorne i sybilliczne. Może dla wyjaśnienia tego pretensjonalnego epitetu nazwała pani Elza czekającego na nas przybysza “cudakiem”. Nazwał ją “szer madam”, a potem “petite maman”, a Klementynę uszczypnął w policzek…
Z nieufną miną obejrzeliśmy wizytówkę, udzielającą wszelkich potrzebnych informacji o jej właścicielu. “Saul Fitelberg, Arrangements musicaux. Representant de nombreux artistes prominents”…
Był to tłusty człowiek lat około czterdziestu, bez brzuszka, ale tłusty i miękkich kształtów, o białych pulchnych rękach, gładko wygolony, krągłolicy, z podwójnym podbródkiem, mocno zarysowanymi, łukowatymi brwiami i wesołymi migdałowymi oczami, pełnymi śródziemnomorskiego blasku zza rogowych okularów…
Epitet, jakim go obdarzyła matka Schweigestill, usprawiedliwiała pogodna beztroska jego sposobu bycia, owa przyjemna lekkość, właściwa zarówno jego szybkiemu, z lekka niewyraźnemu, zawsze dość wysokiemu, w dyszkant niekiedy przechodzącemu głosowi, jak i całej osobie, stanowiąc pewien kontrast z jego otyłością, lecz także jakoś harmonijnie się z nią łącząc. Lekkość tę, która weszła mu w krew, nazywam przyjemną, ponieważ istotnie napawała obecnych komicznie uspokajającym uczuciem, że całkiem zbytecznie traktują życie ze śmiertelną powagą. Jakby chciała wyrazić zawsze: “A czemuż by nie? No i co dalej? To nic nie znaczy! Bądźmy zadowoleni!” I człowiek mimo woli usiłował poddać się temu nastrojowi.

– Maître – powiedział – rozumiem całkowicie, jak bardzo musi być pan przywiązany do tej stylowej samotni, którą sobie pan obrał za mieszkanie – o, widziałem już wszystko, wzgórze, jezioro, wieś kościelną, et puis, cette maison pleine de dignité avec son hotesse maternelle et vigourese. Madama Schweige-still! Mais ça veut dire: Je sais me taire. Silence, silence! Comme c’est charmant!
Jak długo pan już tu mieszka? Dziesięć lat? Bez przerwy? Prawie bez przerwy? C’est ètonnant! O, całkiem zrozumiałe! A jednak, figurez-vous, przyjechałem, aby pana porwać, uwieść i namówić do chwilowej niewierności, unieść pana w przestworza na latającym dywanie i ukazać panu bogactwa i wspaniałości tego świata, więcej nawet: złożyć je panu do stóp… Niechże pan wybaczy mój pompatyczny styl! Jest on istotnie ridiculement exagèrè, zwłaszcza co się tyczy “wspaniałości”. W istocie nic to wielkiego – nic właściwie osobliwego w owych wspaniałościach, – stwierdzam to będąc przecież sam dzieckiem prostych ludzi wywodzących się z nader skromnych, żeby nie rzec nędznych warunków, – mianowicie z Lublina, z centrum Polski, z naprawdę ubogiej żydowskiej rodziny, – bo trzeba panu wiedzieć, że jestem Żydem – Fitelberg to wyraźnie liche, polsko-niemiecko-żydowskie nazwisko, tylko że uczyniłem je nazwiskiem cenionego bojownika awangardowej kultury i, chyba wolno mi to powiedzieć, przyjaciela wielkich artystów. A przyczyną tego jest, że od młodości dążyłem ku temu co wyższe, artystyczne, zajmujące – ku nowemu przede wszystkim, które jest jeszcze czymś skandalicznym, lecz godnym szacunku i pełnym widoków na przyszłość skandalem, który już jutro stanie się czymś najwyżej opłacanym, wielką modą, sztuką. A qui le dis-je? Au commencement etait le scandale. (…)
Proszę panów, straszliwie odbiegłem od tematu. Ale znaczy to: odbiegłem od mego zamiaru. Niechże panowie zechcą gadatliwość moją przypisać temu, że zrezygnowałem z planu, ktory mnie tu sprowadził! Przekonałem się, że plan ten jest niewykonalny. Pan, maître, nie wstąpi na mój czarodziejski dywan. Nie wprowadzę pana w świat jako pański manager. Odmawia pan, a to powinno być dla mnie większym rozczarowaniem, niż jest w istocie. Sincerement, zadaje sobie pytanie czy nim jest w ogóle. (…)
Zapewne pan nie wie, maître, jak bardzo niemiecka jest ta pańska répugnance, która, jeśli mi pan pozwoli przemówić jako psycholog, w sposób charakterystyczny składa się z dumy i poczucia niższości, z pogardy i lęku, – która, rzec chciałbym, jest pewnego rodzaju ressentiment powagi wobec światowych salonów. No cóż, ja jestem Żydem, trzeba panu wiedzieć – Fitelberg to uderzająco żydowskie nazwisko. Mam we krwi Stary Testament, a to sprawa nie mniej poważna od niemieckości, – i w gruncie rzeczy nikłe stwarzająca dyspozycje dla sfery valse brillante. Wprawdzie istnieje niemiecki przesąd, że na zewnatrz egzystuje jedynie valse brillante, a powaga wyłącznie w Niemczech. A jednak, jako Żyd, jest się w zasadzie sceptycznie usposobionym do świata, a przychylnie do Niemiec, oczywiście pod groźbą narażenia się na kopniaki z racji tej skłonności. Niemieckość to znaczy przede wszystkim: poczucie narodowe – a któż wierzy w poczucie narodowe Żyda? Nie tylko, że nikt nie wierzy, – w dodatku daje mu się parę razy po głowie, jeśli natrętnie będzie tego próbował. My, Żydzi, musimy bać się wszystkiego, co składa się na charakter niemiecki, qui est essentiellement antisemitique, – co, oczywiscie jest dla nas już wystarczającym powodem do trzymania się świata, dla którego organizujemy rozrywki i sensacje, nie narażając się na zarzut, że jesteśmy lekkoduchami albo, że upadliśmy na głowę. Potrafimy doskonale rozróżnić Fausta Gounoda od Fausta Goethego, nawet wówczas gdy mówimy po francucku, nawet wtedy…
Proszę panów, mówię to wszystko jedynie wskutek rezygnacji, rozmowę o interesach już przecież zakończyliśmy, właściwie już mnie nie ma, już trzymam rękę na klamce, już od dawna wszyscy stoimy, – gawędzę jeszcze tylko pour prendre conge (…) Czyż my, Żydzi, którzy jesteśmy narodem kapłańskim, nawet wówczas gdy uprawiamy minoderię po salonach paryskich, mielibyśmy nie odczuwać pociągu do niemieckości i nie pozwalać się przez nią wprawiać w ironiczny stosunek wobec świata i sztuki dla małych przyjaciółeczek? Z naszej strony poczucie narodowe byłoby wręcz prowokującą do pogromu bezczelnością. Jesteśmy internacjonalistami – lecz jesteśmy proniemieccy jak nikt na świecie, choćby dlatego, że musimy nieustannie stwierdzać podobieństwo roli, jaką odgrywa niemieckość i żydowskość na tym świecie. Une analogie frappante! Jednako są one znienawidzone, wzgardzone, przyjmowane z lękiem i zazdrością, jednakowo wprawiają w zamieszanie innych i siebie. Mówi się o erze nacjonalizmu. Ale w rzeczywistości istnieją tylko dwa nacjonalizmy: niemiecki i żydowski, a wszystkie inne są wobec nich dziecinną igraszką – tak rdzenna francuskość takiego Anatola France’a jest najczystszej wody światowością w porównaniu z samotnością Niemców i żydowskimi majaczeniami o narodzie wybranym… France – oto nacjonalistyczne nom de guerre. Niemiecki pisarz nie mógłby nazywać się Deutschland, tak można nazwać co najmniej okręt wojenny.
Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!

Tomasz Mann – Doktor Faustus.

PS1. Deutschland – okręt wojenny – poniżej krążownik o tej nazwie…

Deutschland

PS2. “Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch, a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!”
Zgadza się:
– Otto Erich Deutsch – austriacki muzykolog, autor katalogu utworów Schuberta – KLIK.
– André Deutsch –  wydawca książek – KLIK.
Oh, la, la!

PS3. S.C. – pierwowzór Saula Fitelberga.

solhurok

Nie znalazłem żadnych wskazówek kto to mógł być. Podsunę więc własną fantazję – Sol Hurok – KLIK.

Prawdę mówiąc to nic się nie zgadza: ani pierwsza litera nazwiska, ani okulary – nie są rogowe, nie urodził się w Polsce, nie działał w Niemczech.
Ale Mannowi potrzebny była tylko zewnętrzna oprawa: wygląd, sposób poruszania się, sposób mówienia. Co Saul Fitelberg ma mówić to Tomasz Mann wiedział jeszcze zanim go poznał.

Superpełnia

Szanowny Adminie

Sprawa ma się następująco: kilka tygodni temu, w połowie listopada wyszedłem, jak wielu innych ludzi, oglądać superpełnię księżyca. Trochę mnie zawiodła, ale nie w tym rzecz. Stałem i gapiłem się w niebo, aż tu nagle, jak to mówią, błysło, świsło i coś, chyba meteoryt, spadło na ziemię bardzo blisko ode mnie, jakieś dwieście, trzysta metrów. Dymiło i ogieniek palił suchą trawę wokół, więc bez problemu znalazłem to miejsce, tym bardziej, że przecież superpełnia świeciła, więc nie było ciemno. W zagłębieniu leżał kamień. Gdy wziąłem go do ręki, parząc się dotkliwie, bo jeszcze nie ostygł, zobaczyłem, że wyryte są na nim jakieś znaki, słowa. Cały tekst. Przeczytałem, lecz nie bardzo zrozumiałem. To znaczy – zrozumiałem, ale nie ogarnąłem, a poza tym zrobiło mi się nieswojo. Pytałem różnych ludzi co z tym zrobić, nikt nie wiedział. Szukałem, szukałem, aż trafiłem na tego bloga. Chyba dobrze trafiłem, bo to tekst odrzucony (a nawet rzucony) i nikt go nie chciał. Może wy będziecie wiedzieli, co z nim zrobić? Kamyk przesyłam w załączeniu.

                                                                               Z wyrazami szacunku, Adam Nemo

Jestem na tyle blisko, że istnieje szansa, iż jak mocno rzucę, to doleci. Więc ryję co prędzej swoje przesłanie pazurem w kawałku bazaltu i za chwilę zamachnę się tym odłamkiem. Następna taka okazja będzie za osiemnaście lat. Jeśli ktoś znajdzie mój kamyk i na coś mu się on przyda, to dobrze. Jeśli zaś nie – drugie dobrze.

Zresztą „dobro” to puste słowo, na dobro już od wielu lat nie daję się nabrać. Ale z dawnych czasów pozostała mi jeszcze wiara w piękno. Siadam więc na brzegu mojego krateru – a jakże, gdzieś na Morzu Spokoju – opieram głowę o dłoń zaciśniętą w pięść, drugą dłoń opuszczam na kolano i pozuję na Myśliciela. Co przy moich chudych i suchych kończynach oraz torsie tudzież gębie porośniętych twardą szczeciną przynosi efekt raczej komiczny niż artystyczny, ale nic nie szkodzi: nikt tego nie widzi, tylko ja w imaginacji przywołuję statuę Rodina. I to mi wystarcza.

Siedzę i patrzę na Ziemię. Dziś jest wyjątkowo blisko, więc i wszystko świetnie widać: widać, że nic się nie zmieniło. Patrzę i czuję… chciałbym powiedzieć, że pogardę, ale to nieprawda. Pogarda mi już przeszła. Zostało chyba tylko politowanie. Spokojne, aż wieje od niego chłodem. Zaś pogarda jest gorąca. A tutaj bywa naprawdę zimno i nawet pogarda płomienna, taka, jaką kiedyś czułem, nie wystarczyłaby, aby ogrzać krew do tego stopnia, bym przetrwał w mrozach galaktycznej próżni. Więc krew mi już dawno wystygła. Właściwie to już jej nie ma. Zastąpiło ją coś, nie wiem dokładnie, co: płynny azot? Hel? Argon? Nie sprawdzałem, bo już od dawna nie potrzebuję szarpać sobie ani rozcinać żył. Nie wiem, co tam bulgocze w przeraźliwym zimnie, ale czy to istotne? Niech sobie bulgocze na zdrowie!

No i siedzę. I patrzę z politowaniem. Lituję się, trzeba to uczciwie wyznać, także nad własną głupotą. Po co było tyle lat się szarpać, żyły pruć, goryczą nasiąkać, zawał pielęgnować, kamyki żółciowe hodować? No po co, zapytuję!? Należało odejść natychmiast, gdy się zrozumiało, że człowiek człowiekowi – człowiekiem. Wilków nie obrażać, wśród wilków zamieszkać, z wilkami wyć do księżyca.

Co powstrzymywało przed dumnym porzuceniem drapieżnej, ludzkiej watahy? Siła inercji? Z pewnością. Strach przed nieznanym? Niewątpliwie. Zasiane w duszy zatrute ziarno nadziei? Niestety – tak. A może też szacunek dla piękna? Gdyż, jakimś cudem, ludzie tworzą piękno: namiastkę nieosiągalnego dla nich i niewykonalnego dobra. I to piękno na jakiś czas wystarczało: zamiast wyć po lasach, słuchałem namiętnie Sonaty księżycowej. Bo czym ostatecznie różni się ona od wilczego skowytu? Tylko rafinadą formy – treść i tęsknota są dokładnie te same.

Cóż, takie półśrodki starczały, ale do czasu. Przyszedł dzień – a jakże, wiekopomny – gdy nawet przyjaciel, w kilka dni zaledwie, zmienił się w szmatę, a otaczające mnie sobkostwo, przeniewierstwa i bezmyślność – a jakże, zadowolona z siebie, że hej! – takim głazem przywaliły pierś, że wyrwać się z niej mogło już tylko przeraźliwe charczenie.

Jak długo wyłem, tego nie pamiętam, ale gdym skończył, stwierdziłem, że jestem, gdzie jestem. I dobrze, bo dobrze mi tutaj. Powoli stygłem, schłem i porosłem rzadką sierścią. Źrenice z okrągłych zmieniły kształt na soczewkowate, kły urosły – normalna rzecz, nie szkodzi. Nie obchodzi mnie przecież nic, a własny wygląd to już najmniej.

Siedzę, błękitnej kuli na niebie litościwe ślę spojrzenie. A kąsajcie wy się sami! Zagryźcie się, jeśli taka wasza wola. Ja mam spokój.

I tylko czasem uporczywie przypomina mi się coś pięknego. Raz na jakiś czas na przykład, co ze względu na okoliczności dziwić nie powinno, w zimnej i mrocznej próżni lub w bladej poświacie nucę sobie Moon River. Nawet znalazłby się tutaj kandydat na „Huckelberry frienda”, ale niestety, pożytku z niego nie ma żadnego. Zaszedł daleko, mógł wiele, znał niedostępne sekrety. Spadł z wysoka, potłukł się dotkliwie, przeto męczy się i miota, ze swym stanem niepogodzony. I będzie się tak męczyć całą wieczność. Zwą go Twardowski – żaden materiał na przyjaciela.

Ja nie spadałem, to i się nie miotam. Mam spokój. Może i mroźny, ale za to głęboki. I, pełen tego spokoju, siedzę sobie i patrzę. Za osiemnaście lat też tak będę siedział. Tylko, że wtedy błękitna kula może już być całkiem zabarwiona czerwoną posoką. I rzucać kolejnego listu nie będzie dla kogo. Ale to już nie mój problem.

Lycanthropus

 

Stuart 14

Joanna Trümner

Decyzje

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Carole King

Od przyjazdu Stuarta do Walton mijało pięć miesięcy. Matka powoli przyzwyczajała się do śmierci ojca. Dużą rolę w tym wychodzeniu Matki z żałoby odgrywała Meg, jej wyważone i spokojne podejście do życia i proste, oczywiste rady. Jak na przykład pomysł przekazania matce Einsteina pod opiekę na czas wyjazdu Meg i Stuarta do Londynu. Kiedy po powrocie zobaczył matkę z czerwonymi od mrozu policzkami i uśmiechem na ustach, zrozumiał, że przebywanie z psem było dla niej świetną terapią.

Z każdym dniem Stuart coraz bardziej przekonywał się o tym, że znałazł kobietę, z którą wyobraża sobie dalszą przyszłość – kochankę i przyjaciela. Kogoś, przy kim może być sobą i kto zrozumie jego marzenia. Równocześnie z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyobraża sobie spędzenia reszty życia w Walton. Nie mógł przecież zatrzymać się w połowie drogi i codziennie zadawał sobie pytania: „Co dalej? Mam zostać w Anglii, wracać do Australii, w końcu pobyt tam nie był samym pasmem sukcesów, czy próbować szczęścia w innym kraju?”

Pewnego wieczoru zapytał wprost: „Meg, możesz sobie wyobrazić życie w Australii?” W napięciu czekał na odpowiedź, zaskoczony długim milczeniem, które nie zwiastowało niczego dobrego. Przez chwilę przeszła mu nawet przez głowę myśl, że Meg nie kocha go na tyle mocno, by pojechać za nim na drugi koniec świata. „A może”, pomyślał z przerażeniem, „ciągle jeszcze czeka na tamtego?” Po kilku minutach milczenia, które Stuartowi wydawały się tak długie jak wieczność, Meg w końcu odpowiedziała: „Wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej, zawsze chciałam poznać świat, ale nie mogę tak z dnia na dzień zostawić moich pacjentów, oni mnie potrzebują. Musiałabym poszukać kogoś, kto mógłby się nimi dalej zająć. A poza tym nie wiem, czy mogę zostawić moją mamę samą, ona ma teraz dobry okres w życiu, a mój wyjazd do Australii mógłby znowu wyprowadzić ją z równowagi”. Do tej pory rozmowy o domu rodzinnym Meg ucinała dosyć szybko, Stuart wiedział, że nigdy nie poznała ojca, a jej stosunek do matki jest bardzo skomplikowany. Myślał, że miało to jakiś związek z aferą Meg i czuł, że jest to temat tabu i że musi cierpliwie czekać na ujawnienie tego sekretu.

Meg opowiedziała mu o swoim dzieciństwie, o domu bez mężczyzn i o tym, jak bardzo jej matkę przerosło zadanie samotnego wychowywania córki, którą urodziła w wieku 20 lat. Była napiętnowana przez rodziców, nie utrzymywali z nią kontaktu, ciężko pracowała jako ekspedientka w sklepie rybnym, w domu często brakowało pieniędzy. Od wszystkich tych ciężarów znalazła ucieczkę w alkoholu, sporadyczne piwo na dobranoc z biegiem czasu zastąpiła butelka wina, a następnie pita małymi łykami przez cały dzień whisky. Z upływem lat, matka coraz głębiej wpadała w nałóg, sytuacja w domu stawała się dla Meg coraz trudniejsza do zniesienia, szczególnie po tym, jak matka straciła pracę i rodzina utrzymywała się z zasiłku. Meg próbowała metodami dziecka „wyleczyć” matkę z nałogu, chowała butelki z coraz mocniejszymi napojami, zmuszała matkę do jedzenia i próbowała płaczem i błaganiami wymusić na niej trzeźwość. Był to najgorszy okres jej życia, Meg była bardzo samotna, dzieci jej unikały, dorośli udawali, że nie widzą, co się dzieje w jej domu. Otrzymała stypendium, wyjechała do Brighton na studia i była to dla niej wielka szansa na inne, lepsze życie. To, że wybrała psychologię, było podyktowane nałogiem matki. Meg z nadzieją myślała o tym, że uda się jej podczas studiów znaleźć metodę leczenia alkoholizmu, albo przynajmniej poznać kogoś, kto jej podpowie, gdzie szukać pomocy. Po rozpoczęciu studiów Meg przyjeżdżała do domu raz na miesiąc i z przerażeniem patrzyła na ilość pustych butelek, stojących w każdym kącie mieszkania. Sylwestra 1972 roku spędzała razem z matką i w godzinę przed północą matce zabrakło alkoholu. Wbrew próbom powstrzymania jej, matka wyszła z domu, aby znaleźć jakikolwiek czynny jeszcze o tak późnej porze sklep z alkoholem. Tuż przed domem poślizgnęła się na zrobionej przed kilkoma godzinami przez dzieci, pokrytej śniegiem ślizgawce i upadła. Córka znalazła ją w pół godziny później przed domem, matka miała otwarte złamanie nogi i była nieprzytomna.

Meg zaalarmowała sąsiadów, którzy zadzwonili na pogotowie. Karetka zabrała matkę do szpitala. Matka pozostała tam cztery tygodnie, lekarze dosyć szybko zorientowali się, co do stanu pacjentki i przeprowadzili odwyk. Szpitalny psycholog skierował matkę na terapię do ośrodka odwykowego. Po kilku miesiącach matka wróciła do domu i prowadziła samotną walkę z nałogiem. Zaczęła znowu pracować, tym razem za ladą w piekarni i przez dwa lata udało jej się wytrzymać bez alkoholu. Do dnia, w którym jeden z klientów zaprosił ją na wieczorną randkę w pubie. Choroba wybuchła ponownie, tak jakby przez cały czas czyhała tylko na ten moment słabości. Przez kilka miesięcy Meg nie pokazywała się w domu, a kiedy kierowana złymi przeczuciami pojawiła się u matki, ta była już w bardzo złym stanie. Córce z trudem udało się ją zmusić do ponownego odwyku. Odbierając matkę ze szpitala powiedziała: „Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię pijaną, to nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Pomogło. Matka zaczęła regularnie chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików, poznała tam nowych przyjaciół i jej życie powoli zaczęło biec normalnym torem. Poszła na kurs maszynopisania i zaczęła pracować jako sekretarka w szkole, do której kiedyś chodziła Meg. Od kilku miesięcy spotykała się z kimś z grupy i jej życie szło normalnym torem. „Ale ja naprawdę nie wiem, czy to nie jest wulkan, który za chwilę znowu wybuchnie”, skończyła swoje opowiadanie Meg.

Stuart patrzył na nią ze współczuciem, równocześnie nie mógł opanować żalu: „Dlaczego pacjenci i matka są dla niej ważniejsi ode mnie? Ale i od niej samej. Dlaczego w ogóle nie myśli o swoim szczęściu? To są przecież dorośli ludzie, którzy muszą sami sobie poradzić ze swoim życiem. Może Meg nie kocha mnie wystarczająco silnie? A może po prostu boi się zmian w życiu?” W końcu jednak Meg obiecała mu, że pod koniec sierpnia zjawi się w Sydney, spędzi z nim kilka tygodni urlopu i podejmie decyzję, co do dalszej przyszłości.

W kilka dni przed odlotem do Australii Stuarta odwiedził Stuart-senior. Podczas wspólnego spaceru nad morzem wujek wypytywał siostrzeńca o to, co dzieje się w domu, jak sobie radzi matka i jak mógłby pomóc. Pytał też o jego dalsze plany: „Moim zdaniem powinieneś poszukać sobie jakiejś stałej pracy, dlaczego nie w szkole, przecież dobrze sobie radziłeś, oszczędzić trochę pieniędzy, a od czasu do czasu dawać koncerty i pisać nowe utwory. Z czasem nagrasz płytę, pierwszą, drugą, ja ci chętnie pomogę. Teraz też chciałbym dać ci trochę pieniędzy, zaczynasz przecież znowu od zera”. „Ja nie mogę do końca życia brać od Ciebie pieniędzy”, zaoponował Stuart. „Twoje siostry nie mają tyle skrupułów, więc proszę Cię przyjmij ode mnie pomoc na początek”. Na widok zaskoczenia na twarzy Stuarta wujek opowiedział mu o rozmowie z Eve podczas swojego ostatniego pobytu w Walton. Przyszła do niego z wiadomością o tym, że jest w ciąży i powiedziała, że oczekuje pomocy, w końcu urodzi pierwsze dziecko w tej rodzinie i musiała przez to zrezygnować z pracy. Poza tym to właśnie ona opiekowała się od lat rodzicami. A Stuart-senior ma przecież pieniądze i chyba poczuwa się do obowiązku. Eve stawiała bardzo wygórowane żądania finansowe.

Pod koniec tej rozmowy Stuart-senior z przekąsem podziękował siostrzenicy za perfekcyjne zaplanowanie, co ma robić ze swoimi pieniędzmi i odmówił udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Zaraz po powrocie do Londynu poszedł do banku, żeby dowiedzieć się o możliwościach założenia konta oszczędnościowego dla dziecka bez udzielania upoważnienia dla matki. Wstydził się tej rozmowy, wstydził się za swoją siostrzenicę, która mu nawet nie podziękowała za sfinansowanie ślubu. Tego samego dnia zdecydował, że Kate i Stuart otrzymają od niego w prezencie po pięć tysięcy funtów – sumę, którą on wydał na ślub Eve. Kate otrzymała już te pieniądze, Stuarta miał je dostać właśnie teraz. „Ja tego do grobu nie wezmę” uspokajał bratanka, wręczając mu do ręki kopertę. „Ale chyba się jeszcze nie wybierasz” – Stuart próbował pokryć zażenowanie żartem. Zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że przyszedł czas, żeby zacząć zarabiać i oszczędzać własne pieniądze. Jeżeli Meg kiedyś do niego przyjedzie na stałe, nie będzie miał nawet za co wynająć mieszkania. Pożegnał wujka i poszedł na pocztę, żeby potwierdzić Ianowi swój przylot do Sydney. A Ian przekazał mu wiadomość, która go kompletnie zaskoczyła: „Będę za kilka miesięcy ojcem”. Przez odległość i słabe połączenie Stuart nie potrafił rozpoznać uczuć swojego przyjaciela – nie wiedział, czy te powiedziane jak dobry żart słowa były radością, przerażeniem, czy zaskoczeniem. „Dowiem się wszystkiego za kilka dni na miejscu”, pomyślał Stuart, widząc oczami wyobraźni swojego przyjaciela przewijającego dziecko.

Na początku lipca Stuart stał na lotnisku w Heathrow i czekał na samolot do Australii.

Cdn.

 

Okolicznościowo 2

We wczorajszym wpisie Autor pisał o podziemnej szczecińskiej efemerydzie wydawniczej, “Jednodniówce bezokolicznościowej”, dziś  – o innej własnej i niezależnej publikacji podziemnej w stanie wojennym. Oba wpisy są oczywiście przypomnieniem, że dziś to wczoraj, tylko jeszcze gorzej. Bo wtedy dokładnie wiedzieliśmy, kto pierwszy był za a kto przeciw. I tak jak słowami Moczulskiego śpiewał Grechuta, wiedzieliśmy, gdzie mamy być i my. Teraz już trudniej to wiedzieć. 35 lat temu nikt już nie wierzył w Komunę, nawet komuniści w nią nie wierzyli, a teraz dostaliśmy się w łapy tych, którzy wtedy mogli spać za długo.

Zanim jednak oddam głos autorowi, aby uczcić pamięć tamtego dnia i wszystkich, które potem przyszły, pozwolę sobie przypomnieć naszego barda i polskiego Boba Dylana:

Kto pierwszy szedł przed siebie?
Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy w nas rozpoznał —
Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic?
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?

Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie?
Kto pierwszy został panem? Kto pierwszy został sługą?
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo?

Ryszard Dąbrowski

„Niezależny Samorządny Informator”, tytułowany również „nsi”

Organ prasowy jednoosobowej „agencji informacyjnej” miasta Szczecina utworzonej przez Ryszarda Dąbrowskiego, który był jego jedynym redaktorem.

Celem tego „pisemka” było przełamanie jednostronnego i tendencyjnego monopolu mediów komunistycznych.

Dąbrowski zbierał informacje o aktualnych wydarzeniach na terenie Szczecina i publikował je w biuletynie „nsi”, który przepisywany był na maszynie do pisania, obustronnie na przebitkowym papierze, w nakładzie 8 egzemplarzy (tzn. oryginał i 7 kopii).

Dostarczycielami informacji do tego pisma byli:

– z Politechniki Szczecińskiej – dr Jerzy Słonecki oraz także tam pracująca jego żona Alina,
– z więzienia w Potulicach, gdzie odbywali wyroki szczecińscy działacze „S”, żona jednego z tam uwięzionych, Sławomira Milczanowska,
– z ośrodka dla internowanych w Wierzchowie – żony tam uwięzionych,
– z terenu Stoczni Szczecińskiej – Longin Komołowski,
– ponadto wykorzystywane były informacje zbierane od znajomych Dąbrowskiego, którzy byli świadkami różnych wydarzeń, a których nie informowano, iż ich relacje zostaną opublikowane.

W miarę możliwości Dąbrowski starał się, informacje te, przed ich opublikowaniem, weryfikować.

Biuletyn ten przekazywany był do warszawskich pism: „Tygodnika Wojennego” i „Tygodnika Mazowsze” oraz szczecińskich „Feniks”, „Prolet”, „Biuletyn Informacyjny” i „Z podziemia”.

Dąbrowski znajdywał niekiedy przedruki ze swojego serwisu informacyjnego w w/w pismach, i tak w „TW” wykorzystano jego teksty w numerach: 26, 29, 30, 34, 35, 41 i 44, w „TM”: 27 i 28 oraz „Z podziemia” w numerach 12, 13 i 15. Przedruków tych tekstów musiało być znacznie więcej niż tutaj podano, jednak redakcja otrzymywała te pisemka nieregularne, co uniemożliwiało pełną ich weryfikację.

„nsi” otrzymywali także, poprzez ks. Stanisława Małkowskiego, dziennikarze z telewizji niemieckiej i francuskiej akredytowani w Warszawie.

Pierwszy numer „nsi” ukazał się w maju 1982 r. a ostatni w połowie grudnia 1982 r. i nosił numer 17.

30 grudnia 1982 Ryszard Dąbrowski wyemigrował z Polski.

Nie zarchiwizował on niestety poszczególnych wydań tego biuletynu i ich nie zreprodukował, i tak wiatr historii zmiótł z powierzchni ziemi prawie wszystkie jego wydania, poza dwoma numerami (12 i 15). Tutaj ich reprodukcje:

nsi-12 nsi-15

Okolicznościowo

hallo,

w stanie wojennym “bawiły”, mnie, młodego prowokatora, różne niedozwolone dzialania.
ślady tych poczynań można niekiedy napotkać w różnych książkach czy stronach internetowych oraz archiwach i nie zawsze odpowiadają one zaprzeszłej rzczywistości.
z tego też względu pstanowiłem krótko dać im świadectwo. powodowało mną też to, aby w przyszłosci, kiedy mnie już nie będzie, jakiś “ziutek” nie stwierdził: “to moje, to ja to robiłem“.
tutaj krótka historia “jednodniówki bezokolicznościowej” oraz skany wszystkich posiadanych jednodniówek od nr. 1 do 8.
brak jeszcze numeru 9. kazik jordan twierdzi, że przeszukał już swoje archiwum, ale go nie znalazł.
ale nie traćmy nadziei…
może kiedyś, za sto lat, znajdzie się gdzieś jej egzemplarz.osobnym e-mailem posylam bardzo szczątkową dokumentację jeszcze jednego periodyku przy którego egzystencji “maczałem palce”, czyli “nsi”.*
ha… to były czasy…
komuniści ścigali nas z pepeszami w ręku, śnieg po szyję, a my w zboże i kukurydzę uciekliśmy im do lasu do naszych ziemianek i sanitariuszek.
na shledanou.
uściski.
r.

Ryszard Dąbrowski**

„Jednodniówka bezokolicznościowa”

 „Jednodniówka bezokolicznościowa” była ciekawą efemerydą na „podziemnym” rynku prasowym w Szczecinie, a być może i w całej Polsce. W dużej części humorystyczne, surrealistyczno-anarchistyczne i ekstrawaganckie pismo wyróżniało się szatą graficzną i licznymi rysunkami.

Wydanych zostało dziewięć numerów, drukowanych techniką sitodruku, przy pomocy farby drukarskiej „zmiękczanej” pastą do prania „Komfort”, w nakładach po 1.000 egzemplarzy. Drukarzem pierwszych czterech numerów, aż do zaaresztowania go w dniu 13 kwietnia 1983, był Piotr Jarocki.

Pod koniec listopada 1982 roku, Ryszard Dąbrowski, który był w trakcie finalizowania formalności związanych z wyjazdem „na stałe” z Polski, na pożegnanie, wraz ze swoim kolegą Longinem Komołowskim, opublikował obustronną ulotkę formatu A4. Pomysłodawcą nazwy dla tej ulotki był Dąbrowski.

W „Jednodniówce bezokolicznościowej”, z datą 23.11.82, w myśl zasady: mamy godność, honor i jesteśmy przeciwko, zamieszczony został apel Aleksandra Sołżenicyna, aby żyć w prawdzie i z honorem. Pismo to niejako z rozpędu oznaczone zostało numerem „1?”

1dniowka

Później były jeszcze dwa wydania, a jeszcze później sześć.

Kolejne wydanie pisma (29.11.82) zostało opatrzone numerem „2!”

Powstało ono w niecodzienny sposób. Ryszard Dąbrowski zainspirowany humorystyczną prasą konspiracyjną z okresu drugiej wojny światowej wymyślił jej paralelę. W mieszkaniu Komołowskiego, stymulując się pół litrem wódki, w obecności niepijących Longina i jego żony Zosi, „stworzył” ten numer samodzielnie. W miarę opróżniania butelki, gospodarze zmuszeni byli hamować jego eskalujące wulgaryzmy. Wtedy też, z rozpaczy, że „redakcji” brak odwagi i determinacji, aby powtórzyć gest Jana Palacha, Dąbrowski wymyślił nazwę dla drukarni Jednodniówki, a właściwie jej drukarza P. Jarockiego: „drukarnia im. J. Palacha”.

Trzeci numer ukazał się z datą 09.12.82 i zamieszczono w nim karykaturę Jaruzelskiego, zainspirowaną rysunkiem ze szwajcarskiej gazety.

Po wyjeździe R. Dąbrowskiego z Polski, jego miejsce w redakcji zajął Radzimierz Nowakowski (autor szeregu rysunków do kolejnych wydań pisma), który wraz z Komołowskim wydal czwarty numer pisma (27.01.83).

Kolejne numery, od piątego do ósmego (17.02.83, 27.09.83, 09.12.83, 14.12.83) redagowali: Radzimierz Nowakowski, Piotr Jassem i Kazimierz Jordan.

Po wyjeździe Nowakowskiego do Szwecji i Jassema na kontrakt do Libii, Kazimierz Jordan zredagował jeszcze samodzielnie dziewiąty numer tego periodyku. Jest on szczególnym białym krukiem, gdyż drukarnię zdążyło opuścić tylko kilkadziesiąt egzemplarzy, a cały pozostały nakład został skonfiskowany przez Służbę Bezpieczeństwa podczas rewizji.

Kazimierz Jordan nie kontynuował już tego swoistego pomysłu wydawniczego i zajął się „poważną” publicystyką oraz działalnością opiniotwórczą.

_______________________

** tekst zostanie opublikowany jutro w osobnym wpisie
** w oparciu o wspomnienia K. Jordana, M. Paziewskiego oraz własne

_______________________

Kolejne numery jednodniówki jako pliki pdf:

jb-1 jb-2 jb-3 jb-4 jb-5 jb-6 jb-7 jb-8

Jestem martwa, nie martw się

Łucja Fice

Tęsknię za tobą

Skurczył się mój świat do piwnicznej izby
W niej wlecze się mój cień
Lęki strzelają w górę
Odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym przyjdziesz do mnie i ujmiesz mnie za rękę
Pragnę wyrwać cię z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Czy jeszcze zdążysz poprosić mnie do tańca
Zanim stanę u wylotu tunelu

***
otwieram okno po co
i tak widzę dunaj zza szyby
otwieram siebie skrzydła opadają
nieświeże myśli niewyspane głodne
patrzę na zamek po drugiej stronie rzeki może to klasztor
w głowie dzwonią klucze do domu
dunaj jak kroplówka zasili ocean smutkiem

Śmierć, lęk, piekło i niebo

Śmierć jest dla mnie po prostu inną formą bytności życia. Przedłużenie świadomości. Jestem naczyniem. Mózg to rodzaj interfejsu. Jestem zarazem kamerą i odbiornikiem telewizyjnym. Kamera koduje obraz i dźwięk, telewizor odkodowuje ten przekaz. Muszę pamiętać, że jeśli wyłączam telewizor, program nadal leci, chociaż ja się od niego odłączyłam. Myślę, że ze świadomością jest tak samo. Ciało jest jak stara kurtka, którą odkłada się na bok. Lęk, strach z głową hybrydy szaleje we mnie, ale przypomina i kaca, jest pozostałością po niższych zwierzęcych formach życia. Tkwię jednocześnie w dwóch światach. W tym, z którego się wyłoniłam i w tym, do którego zmierzam. Oto najgłębszy sens słowa „ludzki”. Jestem ogniwem, mostem, obietnicą. To we mnie proces życia przebiegać będzie aż do spełnienia. Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność, a jej powaga budzi lęk. Wiem, że jeżeli nie rzucę się naprzód, jeśli nie zrealizuję mojej potencjalnej istoty, to cofnę się, zgasnę. Noszę w sobie NIEBO i PIEKŁO. Jestem kosmogenicznym budowniczym. Mam wybór, a moim terenem działania jest cały Wszechświat. Czasem to przerażająca perspektywa. Byłoby lepiej z myślą, że PIEKŁO jest gdzieś w dole, a NIEBO na górze – ale we mnie samej?! Jestem opiekunką ludzi starych i chorych, wiem, czego ludzie żałują przed śmiercią – że tak ciężko pracowali, że nie próbowali być szczęśliwi, że tkwili w problemach i łzach, że żyli w toksycznych związkach. Dlatego, by zaakceptować PRAWDĘ, korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam, by umysł dał się schwytać w pułapki religii i nauki. Religia i nauka to proste formy do kontroli mojego umysłu. To ja tak myślę, każdy może mieć inne zdanie na ten temat, bo każdy ma prawo do korzystania z tej wolności.

Teoria snów

„Przyjrzyj się swoim snom, a zrozumiesz kim jesteś”.

Gdy śnią się sny, dorastamy duchowo. Nie każdy to wie. Nie każdy pamięta swoje sny, nie każdy więc może je zinterpretować. Ale czasem jest inaczej. Żyjemy w obłędnym kole egzystencji, nie zwracamy uwagi na sny. Dopiero, gdy w snach coś się dzieje, mają „fabułę”, powtarzają się, dopiero wówczas się „budzimy”, zauważamy. Tak było ze mną. Powracające sny obudziły mnie i zaprowadziły na nową duchową ścieżkę. Poczułam się, jakby ktoś zasiał we mnie ziarno innego postrzegania rzeczywistości. Znalazłam je w mitach. Objął mnie aborygeński Czas Snu, ludzie z plemienia Senojów wnieśli swoje symbole, ale znalazłam je też w chrześcijaństwie i u szamanów, w mandalach Tybetańczyków… Zobaczyłam dziedzictwo, które pozostawili nam przodkowie. Uwierzyłam w istnienie „ducha świata”. Tam szukałam mądrości i spokoju.

I tam je znalazłam.

14 sierpnia zmarł mój mąż.

Po dwóch tygodniach od jego śmierci doświadczyłam „czegoś nie z tego świata”, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, iż życie w innej formie trwa nadal. To już nie wiara – to pewność, moja pewność, której nikomu nie narzucam. Wiem, że mąż jest w innym wymiarze, w jakimś innym czasie. Nie ma w nim przed ani po, jest poza czasem, a to wymiar, jakiego nie znam. Śmierć oznacza więc nie tylko, że ciało gaśnie, ale też, że świadomość przenosi się w transcendencję. Dzieje się coś i to coś przepływa do innej rzeczywistości.. Przyszłość to jest to, co nas czeka, przeszłość już nie istnieje, jest tylko chwila obecna, która przekształca przyszłość w przeszłość. Nie ma TERAZ, bo trwa tak krótko.

List do męża z Passau

Kochany!

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Psy sąsiadów płaczą, nie mogę biegać po deptaku wieczorem. Spokój smakuje miętą, lecz tęsknota nie ma smaku. Czuję tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM serce mi staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, znów Cię zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce. Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona, Luśka.

Moje powtarzające się sny

Budzi mnie głośny skowyt, jakby jakiś olbrzym w trakcie orgazmu miał za chwilę wtargnąć do mojego pokoju. Siadam przerażona. Olbrzym ma rozregulowane struny głosowe. Nadsłuchuję. Słyszę jego głos, coraz to ostrzejszy. Huraganowy wydech, który czuję plecami. Teraz głos brzmi jak przerdzewiałe organy na ostatniej mszy. Boję się spojrzeć w okno, bo stamtąd dochodzi ten głos. Pękają szyby i woda wlewa się do pokoju. To tsunami, koniec świata, apokalipsa.

***
Jeszcze tylko kilka lat I znów będziemy razem
Dzisiaj jak aktor i aktorka odgrywamy samych siebie
Tragikomedia Trochę śmiechu trochę tańca Trochę łez
Jesteś śmieszny w tym krawacie Czy o tym wiesz
Ten garnitur Nowe buty
Głowa zawrócona w dal
Znów bijemy się słowami
Będzie słychać śmiech na Sali
Po Sylwestrze znów się rozejdziemy na tysiące kilometrów
W telefony zasłuchani

***

Ludzie przychodzą
Ludzie odchodzą
Zaglądam później do skorowidza nazwisk
Tylko serca znają prawdę
Że życie trwa bez końca
A każdy kogo spotykamy na zawsze żyje w nas

Często zastanawiam się, kto kieruje moją ręką, gdy piszę lub wymawiam słowa, których znaczenia do końca nie jestem świadoma, ponieważ nie zdaję sobie sprawy, jaki jest ich prawdziwy cel i prawdziwe przesłanie. Dlatego ważne jest wszystko, każda zapomniana kartka w szufladzie, każdy przedmiot zagubiony w zakamarkach pamięci. Dla was kartka jest tylko kartką, wiatr jedynie wiatrem, ale dla mnie, dla ciebie, to doświadczenie jest najpiękniejszym przesłaniem z innego wymiaru istnienia. Przychodzą takie chwile i nimi się dzielę.

***

Odbierz mnie zanim stanie się ciemno
Przyjdź po mnie nim zbudzi się dzień
Daj Bogu świeczkę a mnie weź za rękę
I zapytaj czy po śmierci żyć będziemy
A ja odpowiem Skąd wiesz czy jeszcze żyjemy?
Może stać się, że się już nie pojawię Tak może się stać
Okaże się że nic się nie zmieni a ty będziesz beze mnie trwać
Nic się nie zdarzy tylko cisza przeleci przez twoją głowę
Wrócę do domu
Usiądę na ulubionym miejscu i przemyślać będę
Czy warto było opuszczać dom i ciebie
Czy byłoby lepiej spędzać czas razem
Pewnego dnia nie zjawię się wcale
I nic się nie wydarzy nie zmieni nic
Oprócz pustki w głowie

Jestem martwa, nie martw się

Sny.
Utkane z dnia i kolorów twojego cienia
Z nich uczę się z nich jak kochać to, czego kochać się nie da
Jak estetycznie i elastycznie położyć się do trumny
Krawiec zszywa to co pozornie niemożliwe
Igła wbija się w brzuch
Z którego wydobywa się ciekłe wnętrze
Ostatnie okruchy materii

Jestem już martwa od PRAWDY wyłuskanej na wierzch
Nie martw się że pozostaniesz tylko słowem na moim języku
Językiem ciała na migi Genetyczną plamką w mojej źrenicy
Dławiącym śmiechem co przeleje się miękko przez kark
Kraterem w żyłach co wybuchnie wyskrobaną prawdą
Że też byłeś grzechem tkanek przemęczonych jawą

Frauenblick 11

Monika Wrzosek-Müller

Juli Zeh „Unterleuten“

„Die Klatschsucht war ein Juckreiz und das Dorf kratzte sich.“

Es gibt Sätze, die einfach bleiben, die einen festhalten und nicht sich vorwärts zu bewegen erlauben, bis man sie auswendig kennt und sich irgendwann an sie erinnert, wie an Sprichwörter. Der Roman ist so gut, dass er jetzt schon wahrscheinlich zu den Klassikern zählt, obwohl er nicht einmal ein Jahr alt ist. Die Welt im Mikrokosmos, in Brandenburg, weit weg und nah zugleich. Das Buch ist über 600 Seiten dick, trotzdem schnell zu lesen. Die Mitwirkenden sind wie auf einer Bühne, es hat etwas von einem Welttheater, einer Weltbühne an sich und es ist wie ein antikes Drama. Ein Drama, in dem die Einheit von Ort, Zeit und Handlung im Groben beibehalten wird. Das Dorf rast auf eine Katastrophe zu und wir, die Leser, werden zum Chor stilisiert, der für sich alles kommentiert und Vermutungen anstellt. Die Handlung ist an sich einfach, doch die Charaktere und Beschreibungen der einzelnen Figuren meisterhaft. Zwar steht der Titel Unterleuten (unter Leuten) für menschliches Zusammensein, doch man spürt von der ersten Seite an, dass die Gemeinschaft des Dorfes in kleinere Parteien aufgeteilt ist, die am Anfang bedingungslos aneinander hängen. Die Schriftstellerin lässt zwei Paare aus Berlin nach Unterleuten kommen und sie dann streiten; die Paarbeziehungen gehen zu Bruch; ob man an der dörflichen Realität verzweifelt, muss jeder für sich entscheiden.

Die Ankunft der Neuen führt dazu da, dass sich die Konstellationen verändern. Man ist unter Leuten und die Konflikte werden direkter ausgetragen, man sucht ein Kind zusammen mit den anderen, man hetzt einen gegen den anderen auf, man geht von Tür zu Tür und sammelt Unterschriften; die Polizei wird immer erst zum Schluss gerufen.

Es ist ein Dorf, das alles miterlebt – in den sechziger Jahren die Kollektivierung, die Enteignungen und dann die Gründung einer LPG, und nach der Wende gründen dieselben Leute einen landwirtschaftlichen Biobetrieb, der alle mit Arbeitsplätzen versorgen soll. Und es kommen die Neuen, die Zivilisationsmüden aus der Stadt, halb Intellektuelle, Naturnaive und Freunde. Sie mischen die Bevölkerung neu auf und versuchen mitzumachen und den Lauf der Dinge mitzubestimmen.

„Für Gerhard hingegen war ständig irgendwas „unfassbar“ und er selbst dabei „fassungslos“.

Damit sorgen sie für ein Ferment, das vielleicht noch bedrohlicher wird, als es das Leben mit Leichen im Keller ohnehin ist. Sie geben ihren Frust, Durchsetzungswillen, Individualismus und einfach eigene Vorstellungen noch dazu.

Und es ist die Art, wie Juli Zeh schreibt, wie sie auf den Punkt genau formuliert und keine überflüssigen Wörter verliert und das trägt auch bestimmt zum Erfolg des Buchs bei. Es fallen Sätze, die man fast Aphorismen nennen würde, die aber ganz einfach nebenbei geäußert werden, in denen viel Klugheit und Einsicht in die zwischenmenschlichen Beziehungen steckt.

Der Epilog erklärt das Unerklärbare, wie die Schriftstellerin auf diesen Sammelsurium gestoßen ist, und er rundet die Geschichte ab. Ein gutes, wichtiges Buch für unsere Zeit und über unsere Zeit.

„Draußen legt sich die frühe Nacht dem Dorf wie eine beruhigende Hand auf den Scheitel“

Przedświąteczne inspiracje

Od kilku lat pokazuję na blogu i na facebooku zarówno moje mieszkanie bez choinki jak i choinkowe inspiracje znalezione w sieci lub w życiu. Niektóre z nich to komercja, inne to na pewno dzieło indywidualnie wykreowana. Zwłaszcza ostatnia choinka w dzisiejszym wpisie – jej autorem jest nieznany mi osobiście Sebstian – zasługuje na długą chwilę zadumy. Do gwiazdki zostały jeszcze dwa tygodnie, ale radosna twórczość rękodzielnicza wymaga czasu.

Przy okazji zastanawiam się, czy ktoś jeszcze pamięta opowiadanie Haška pt. Słodkie gniazdeczko? Historia o opętanej manią dekoracyjnych robótek młodej żonie, urządzającej przytulne mieszkanko dla siebie i nowo poślubionego męża. Ha! Niestety w internecie nie do znalezienia, nikt nawet nie wspomina, jak kto nie ma na półce (bardzo) starego wydania, to się musi pofatygować do biblioteki.

A my do choinek.

Moje ulubione – choinki z książek. Do budowy tej na samym dole użyto Hobbita.

choinka-z-ksiazek-2-podw

Choinka ze sznurka, super minimal.

choinka_zesznurka

Choinki do zjedzenia (przynajmniej teoretycznie).

choinka-z-sera

choinka-z-owocow Wydaje mi się, że choinki z sera i owoców są ewidentnie wykoncypowane jako świąteczny sposób podania jedzenia na stół, natomiast w choinkach z makaronu makaron, który i tak się na surowo do niczego nie nadaje, traktowany jest tylko jako budulec, często jest też malowany, co zbliża choinkę do estetyki szkatułek z muszelek. Mimo to niektóre strony internetowe podsuwają pomysł wykonywania wspólnie z dziećmi choinki z makaronu i podkreślają, że jest to produkt ekologiczny. Tymczasem produkt taki na pewno zostanie później wyrzucony, czyli jest to wspieranie zwkłego marnotrawstwa. Zdziwiłam się, bo o ile choinki z patyków, książek i desek są jednak sposobem ekologicznego obchodzenia się z naturą, o tyle choinki z makaronu raczej nie zasługują na uznanie, choć tej kompozycji z niemalowanego makaronu (po lewej), przypominającej snopek słomy czy chochoła, nie można odmówić pewnego ludowego wdzięku.

choinka-z-makaronu-potr

Patyki i deski. Na tej z patyków wiszą różne rzeczy, nie tylko ozdoby choinkowe. Np papryczka chili.

choinka-z-patykow-desek

Puszki po napojach. Hmmm – podpis pod zdjęciem głosił, że wprawdzie po choince po prawej widać, z czego jest zrobiona, to ta sama choinka po oświetleniu (zdjęcie z lewej) jest niemal nie do odróżnienia od prawdziwej. No dobrze, ja odróżniam, ale rzecz jest tak czy owak mało ładna.

choinka-z-puszek

I wreszcie choinkowy minimal Sebastiana. Zdjęcie umieściła na portalu plotek.pl Ewa Farna i napisała: Wszyscy pokazują swoje choinki, to ja pokażę obcą 🙂

Sebastian! Pierwsza nagroda! Gratulacje!

chinkazeschlybadyl

Reblog d. przedruk: Zielonka

Dziś, 8 grudnia, odbywa się w Zielonce prezentacja trzeciego numeru Zeszytów Zielonkowskich. Tym razem jest to książka wspomnieniowa naszej blogowej Mirki…

Publikuję tu dwa pierwsze rozdziały tej książki, z dumą podkreślając, że to dzięki moim i naszym blogom Ciocia zaczęła pisać i debiutuje teraz w pięknym wieku 87 lat! Ale jesteśmy wszyscy dumni! Pękamy z dumy!

biala-apaszka

Janina Kowalska

WOJNA

O Zielonce

W moich wspomnieniach okupacyjnych będzie się często przewijała nazwa Zielonka. Muszę wyjaśnić, co to za miejsce i jak się tam znalazła moja rodzina wraz ze mną. A, że zawsze piszę o historii, to i od niej zacznę.

Na rozstaju dróg, jakieś 10 km od Warszawy na północny wschód, stała w XIX wieku karczma, a że stała wśród lasów i pól, nazwano ja Zielonka – Karczma Zielonka. Z czasem powstały wokół karczmy inne zabudowania, bo ziemia była żyzna, co na Mazowszu nie często się spotykało i tak powstała osada, biorąc nazwę od karczmy.

Żyzna ziemia wzięła się stąd, że okolica jest podzielona na wyżynę, którą jest moreną czołową i piaszczystą wydmą, a u “stóp” takiej moreny rozciąga się dolina z żyzną ziemią, czasami podmokłą, z licznymi źródłami wspaniałej wody, czarnoziemem po bagiennym, torfowiskami i polami gliny – nazywa się to Równina Wołomińska.

Torfowiska dawały torf do ogrzewania domów, a glina nadawała się do wyrobu i wypalania cegły. Nic więc dziwnego, że Zielonka szybko sie rozrastała. W okresie międzywojennym liczyła ponad 10 tys. mieszkańców i stała się miejscowością letniskową dla spragnionych świeżego powietrza warszawiaków. Pobudowano domy o kilku kondygnacjach podzielonych na mieszkania i wynajmowano je letnikom.

Przez Zielonkę płynęła nieduża, ale czysta i ciepła rzeka Długa, miejscami płytka, miejscami głęboka, doskonała do kąpieli. Rzeka uchodzi do Kanału Żerańskiego, a wraz z nim do Wisły.

Jak moja rodzina znalazła lokum właśnie w Zielonce zaraz tu opiszę, ale i tu mały wtręt historyczny.

Rodzina, nazwijmy ją W, i rodzina, nazwijmy ją C, miała dwóch dorosłych synów, którzy zapałali do siebie miłością. Miłością bardzo mało zrozumiałą na początku XX wieku. Co poróżniło obu tych panów nie wiadomo, dość, że pewnego dnia znaleziono ich w mieszkaniu martwych z ranami postrzałowymi głów. Przewód sądowy orzekł, że W zabił C i sam popełnił samobójstwo.

Rodzina C była biedna. Matka była wdową i miała jeszcze trzy córki, z których najmłodsza była w początkowych klasach szkoły. Jedynym żywicielem rodziny był syn, zabity przez swojego przyjaciela. Sąd orzekł, że rodzina W musi zabezpieczyć byt rodzinie C. Rodzina W była zamożna i w ramach rekompensaty za śmierć jedynego żywiciela, ofiarowała rodzinie C dom w Zielonce pod Warszawą. Rodzina C wynajęła go i z czynszu się przez jakiś czas utrzymywała. Wkrótce dwie starsze siostry zaczęły pracować i rodzina pomyślała o przeniesieniu się do Zielonki. Sprawę przyśpieszyły zaręczyny starszej z sióstr, a narzeczonym i wkrótce mężem, był brat mojej Mamy. Tak rozpoczęły się nasze związki z Zielonką.

Jako dziecko byłam bardzo chorowita i po jakiejś ciężkiej chorobie zwołane konsylium lekarskie orzekło, że dla ratowania zdrowia dziecka i hartowania go, należy wyprowadzić się z zakurzonej i dusznej Warszawy i przenieść się na stałe gdzieś, gdzie będzie świeże powietrze, las i czysta woda. Wybór moich Rodziców padł na Zielonkę, gdzie mieszkał już brat mojej Mamy z rodziną. On to znalazł nam ładne słoneczne mieszkanie i tak zamieszkaliśmy wśród zielonkowskich lasów nad rzeką. Tu poszłam do przedszkola, tu zaczęłam szkołę i tu mieszkałam całą okupację niemiecką.

Torf

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska. Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu. Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf. Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły zaproponowali, więc żebyśmy kopali ich torf i podzieli się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 – 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził “urobek” na miejsce składowania i suszenia.

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi. Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki. Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 – 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania. Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.

Muzeum kotów

Ewa Maria Slaska (tekst), Maria Gast Ciechomska (zdjęcia)

Poszłyśmy do Muzeum Kotów, miało więc być o muzeum kotów, ale gdy siadłam do pisania przypomniało mi się nagle Muzeum Psów, dość niemiła ale świetna książka Jonathana Carolla, którą czytałam wiele lat temu w wydaniu Rebisu i tłumaczeniu Pawła Kwiatkowskiego. Wydawnictwo dołączyło do książki taki tekst:

Harry Radcliffe, sławny i błyskotliwy architekt, bez skrupułów wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję i każdą piękną kobietę. Podejmuje się nawet zaprojektowania Muzeum… Psów, na które sułtan Saru, obawiający się zamachu na swoje życie, chce wydać miliard dolarów, by się zapisać w pamięci potomnych.

Ciekawe, wydawało mi się, że akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w rozmowach projektanta muzeum z synem zleceniodawcy. A że facet jest bez skrupułów, nie wiem, nie pamiętam… Chyba przede wszystkim pamiętam puste spalone słońcem górskie krajobrazy, gdzie w jakiejś rozpadlinie powstanie muzeum… W gruncie rzeczy nic nie pamiętam. A mimo to wiem, że była to świetna książka. Niespokojna.

Muzeum kotów mieści się w spokojnej mieszczańskiej dzielnicy Berlina, w spokojnej mieszczańskiej kamienicy i nie ma w nim, na szczęście, nic demonicznego… Przeciwnie – jest Helmut Glantz, miły starszy pan, który od ponad 40 lat zbiera wszystko o kotach – figurki, obrazki, porcelanę, przedmioty codziennego użytku i wyszukane obiekty kolekcjonerskie. Masową produkcję pamiętkarską i cenne unikaty. A zaczęło się wszystko od małego białego kotka, kupionego za kilka marek przez ucznia ze szkoły średniej… Teraz koty zajęły całe mieszkanie, kurator i jego rodzina (teraz już tylko żona, dzieci poszły na swoje) oraz, oczywiście, koty zajmują inne mieszkanie w tej samej kamienicy. Tu nie ma miejsca dla żywych, tu rządzą koty uprzedmiotowione. Ale jak!

Katzenmuseum
Über 30 Jahre sammelten Katzenliebhaber Helmut Glantz und seine Frau alles, was mit Katzen zu tun hat. Das Ergebnis dieser Leidenschaft macht er der interessierten Öffentlichkeit in Berlins einzigen Katzenmuseum zugänglich.

Tassen, Teppiche und Vasen mit Katzenmotiven, gestrickte Katzen, Katzen aus Holz, Spieluhren mit Katzen und über 1000 Katzen-Porzellanfiguren. Es gibt buchstäblich nichts, was nicht mit Glantz’ Lieblingsmotiv verziert wurde. Zusätzlich verfügt das in einer 3 Zimmer-Wohnung in Lichterfelde beheimatete Katzenmuseum über eine kleine Bibliothek mit Sachbüchern zur Katzenzucht und Pflege. Feste Öffnungszeiten gibt es nicht, die Besucher werden nur nach telefonischer Voranmeldung empfangen und durch das Museum geführt.

Adresse / Adres:
Luisenstraße 38
12209 Berlin
Telefon: (030) 772 51 49
Öffnungszeiten / godziny otwarcia: Besichtigung nur nach Terminvereinbarung möglich / trzeba się umówić
Eintrittspreise / Ceny: frei / bezpłatnie (Spenden willkommen, datki mile widziane)