Kot. Ze świata podręcznych 8

Ewa Maria Slaska

Przez przypadek, którego jak wiadomo nie ma, w dniu, kiedy w internecie rozpoczęła się akcja #metoo, znalazłam na facebooku, taki oto plakat:

Plakat festiwalu Satyrykon Legnica 2005, zaprojektowany przez Józefa Wilkonia.

Zamyśliłam się, ale nie nad kotami, tylko nad sobą i światem. Graficznie znakomity plakat. Ciekawe, że natychmiast wiadomo było (mnie?), że ta biała to kotka, a ten czarny to kocur. Bo czarny robi to co robi, a biały nie robi nic. Jasne.

Gdy plakat powstał i posłużył informacji publicznej był jednak rok 2005, prawdopodobnie wtedy nikogo ani zgorszył ani zainspirował do myśli “pożytku publicznego” czyli, jak to się nazywało za moich czasów, “wyższej użyteczności publicznej”. Ja sama jednak przypominam sobie, że już wtedy, te kilkanaście lat temu, kiełkowały we mnie małe złości związane z publicznym sugerowaniem czy to chwytania za tyłek czy może pewnych obyczajów seksualnych, ongi bardzo jeszcze wyuzdanych, a i dziś w takiej np. powieści Witkowskiego Wymazane określanych jako “dziki seks analny”. Otóż kilkanaście lat temu rozpowszechnił się w Berlinie zwyczaj sięgania na powitanie do tyłka partnerki i sugerowania ruchem palca środkowego (znanego wszak jako fuck you finger), że się jej ten palec wtyka… Był to gest wcale nie skierowany do partnerki, która na pewno go nie widziała, a więc możliwe, że nawet nie wiedziała, iż tak się ją wita, nie, był to gest skierowany do świata zewnętrznego. Palec pod kobiecym tyłkiem miał, tak to rozumiałam, obwieszczać wulgarnie, że ten tyłek jest do mojej męskiej dyspozycji i to, ho ho, jak!, jak tylko chcę… Gest ów raził (mnie) i prowokował (też mnie), zastanawiałam się zatem, gdzie mogłabym o tym napisać (nie miałam jeszcze bloga, może zresztą wcale jeszcze nie było żadnych blogów), aż zobaczyłam parę, gdzie to dziewczyna na powitanie podetknęła facetowi palec pod tyłek. Co ten jej gest oznaczał? Jeśli był dosłowny, to była to sprawa ich obojga, ale nie wykluczone, iż głosił, że jak ty mnie tak ja tobie, czyli równouprawnienie. Niestety nie poczułam w tym momencie żadnej satysfakcji, wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, było mi jeszcze gorzej. Z przyczyn banalnych. Bo jestem po prostu staroświecka i uzależniona od norm obowiązujących w mojej młodości, a wpajanych mi przez dwie kobiety – jedną, która wyrastała w zamożnym mieszczańskim domu na początku XX wieku, i drugą – wychowaną w latach 30. I to one zatrzęsłyby się ze wstrętu na widok dziewczyny, która sugeruje wtykanie facetowi palca w dupę…

Z reguły próbuję w takich sytuacjach sama siebie przywoływać do porządku – nie gorsz się, to inne pokolenie i ich życie, twoje poczochrane włosy i mini spódniczki też gorszyły starsze panie, również te, które cię wychowywały… Zapomniałam o problemie, zresztą symboliczne wtykanie palca dość szybko zniknęło z życia codziennego i nawet kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że z nikim nie kruszyłam kopii o taką błahostkę. Aż dopiero…

Jakub Zasada

Aż dopiero dziś, w październiku 2017 roku, pomyślałam, że trzeba było już wtedy jak ten kot drzeć mordę… Drzeć mordę o wszystko i o wszystkim. O tym co przyjaciele, szefowie, mężowie, narzeczeni, drzeć się… O zwykłe proste gesty też, a nie tylko o sprawy dramatyczne i straszne, bo te błahostki nie biorą się znikąd i są wierzchołkiem góry lodowej… A jak milczymy, przyzwalamy, wszyscy to wiemy. I potem, jak przerwiemy milczenie, usłyszymy straszną opowieść, opublikowaną w Wysokich obcasach, opowieść podręcznej, kobiety maltretowanej i gwałconej przez męża, który torturując ją, komentował: “możesz pójść i opowiedzieć wszystkim, i tak ci nikt nie uwierzy”.
I rzeczywiście – nikt jej nie uwierzył.


Przepraszam Józefa Wilkonia i przepraszam Polish Poster Gallery z Wrocławia. Chciałam napisać wpis o pięknych kotach na plakatach, a wyszło jak wyszło, wyszedł ogromny smutek i wiedza o tym, że wszyscy jesteśmy winni temu, co się przydarzyło Ewie z Wysokich obcasów.

Tu plakaty.

Leszek Żebrowski, Józef Wilkoń, Jakub Zasada
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Leszek Żebrowski
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Józefa Wilkoń
Ryszard Kaja, Jakub Erol, Leszek Wiśniewski

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?

Stuart 33

Joanna Trümner

I can’t shake this feeling at the end o’ each day
That I keep on working hard but all I do is get paid
Though I keep believing there’s a light up ahead
‘Cause it’s only getting darker
And I could stay in my bed
It’s a fight, it takes so long
But I’ve learned to hold my own
So I stand and I wait in line
With a heavy head and this bottle of wine
And I watch as they steal my time
I stand and I wait in line

Pod koniec każdego dnia nie mogę pozbyć się uczucia,
Że ciężko pracuję tylko po to, by zarobić kilka groszy
Choć wydaje mi się, że gdzieś tam jest jakieś światło
Otacza mnie ciemność
I mógłbym nie wychodzić z łóżka
To walka, która długo trwa,
Ale wiem, nie wolno się poddać,
Więc z ciężką głową i butelką wina
stoję i czekam w kolejce.
I patrzę na to, jak kradną mój czas
Stoję i czekam w kolejce.

James Bay, Wait in Line

Muzyka

Z okna samolotu Stuart patrzył na morze zieleni i wiedział, że dolatuje do Wellington, miasta, które przed laty było miejscem jego największego sukcesu muzycznego. W Nowej Zelandii czekało na niego pietnaście koncertów w miastach i miasteczkach na wyspie północnej i południowej. Cieszył się na pobyt w miejscach, które poznał przed laty, w bardzo szczęśliwym okresie swojego życia, w czasie, kiedy nic nie zapowiadało późniejszych burz i kiedy wydawało mu się, że może wszystko osiągnąć.

„Ciekawe, czy uda mi się spotkać kogoś znajomego? Świat czasami potrafi być bardzo mały”, rozmyślał, rozpakowując rzeczy w hotelu. Przypomniało mu się niespodziewanie spotkanie z Louisem w Londynie. Wieczorem wybrał się do teatru, w którym przed kilku laty grał rolę Jezusa. Z myśli wyrwał go znany głos – głos Louisa – „Widzę, że Jezus jednak wrócił”. Stuart nie dowierzał własnym oczom. „Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałem się tutaj spotkać”, odpowiedział z radością. Uściskali się mocno i serdecznie. „Takie historie zdarzają się przecież tylko w filmach, i to tych bardzo złych”, skomentował Louis, ale Stuart wiedział, że ironia to czasem po prostu sposób na pokonanie zbytnich wzruszeń. Długo stali przed teatrem i wspominali okres wspólnych występów w musicalu. W pewnym momencie Louis spojrzał na zegarek i powiedział: „Za pół godziny mam występ, spotkajmy się jutro wieczorem na piwie”.

Po rozmowie pod teatrem Stuart długo chodził samotnie ulicami Wellington i przyglądał się twarzom przechodniów, szukając znajomych sprzed kilku lat. Cieszył o go, że rozpoznaje znane zakątki, sklepy, gdzie kupował kiedyś jedzenie, wino lub papierosy, knajpy, w których zespół spotykał się wieczorem po spektaklu. Im dłużej chodził po mieście tym bardziej wydawało mu się, że czas zatrzymał się w miejscu. Powrót do miasta, w którym był kiedyś bardzo szczęśliwy, napawał go dziwnym spokojem. „Czuję się, jakbym wrócił do domu. Może człowiek ma w ciągu życia kilka miejsc, które stają się dla niego domem?”, zastanawiał się. W łóżku zaczął układać w głowie listę piosenek, które zagra podczas pierwszego koncertu. Koncertu w klubie, w którym przed laty po raz pierwszy raz pocałował swoją dziewczynę z okresu pobytu w Nowej Zelandii – Catherine. „Ciekawe, co ona teraz robi?”

Następnego dnia o szóstej Louis czekał na niego w holu hotelu. Do klubu, gdzie byli stałymi bywalcami podczas występów w „Jesus Star Superstar” było stąd bardzo blisko. Rozmawiali o tym, co aktualnie robią. Stuart opowiadał o trasie koncertowej, Louis o tym, że i on tu jest już od kilku miesięcy. „Po naszym musicalu cała stara ekipa się rozpadła, tylko kilka osób dostało propozycję występów w następnych spektaklach. W Londynie też długo miejsca nie zagrzałem, udało mi się zagrać w dwóch musicalach, a potem propozycje się urwały. Zresztą wcale nie żałowałem. Stęskniłem się za rodziną i wróciłem na Florydę. Nie wiedziałem, że tam wszyscy czekali tylko na moje pieniądze”, powiedział, nie kryjąc rozgoryczenia.

Rodzice i piątka rodzeństwa z żonami i dziećmi nie mogli doczekać się powrotu syna, brata i wujka – jedynego członka rodziny, któremu się udało. Pieniądze zarobione na występach w Nowej Zelandii i w Londynie stopniały w błyskawicznym tempie. „I zaczęło się upokarzające chodzenie po teatrach, prywatnych szkołach, klubach, knajpach, kościołach, zachwalanie swojego talentu i wykłócanie się o cenę występów. Nasze normalne życie, myślę, że i ty i każdy, kto decyduje się żyć ze sztuki, dobrze je zna. Długo nie miałem szczęścia, a kiedy pieniądze stopniały prawie do zera i nie mogłem dołożyć się do kosztów mieszkania, po raz pierwszy w życiu zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz śpiewania, niczego się nie nauczyłem i nic nie umiałem”.

Tak, Stuart dobrze wiedział, jak to jest. Louis mówił dalej. „W końcu dzięki znajomościom starszego brata załapałem się do pracy na stacji benzynowej. Siedziałem tam nocami czekając na klientów i modląc się, żeby nikt mnie nie napadł. Kiedy nie było nic do roboty, śpiewałem po cichu, żeby dodać sobie odwagi. Niestety, i tu miałem pecha. Pierwszy napad nie był aż taki straszny, w kasie było tylko trochę ponad pięćdziesiąt dolarów. Właściciel stacji potrącił mi je z pensji i objechał mnie za to, że nie byłem wystarczająco ostrożny. Załatwiłem sobie pozwolenie na broń i wróciłem do pracy. Drugi napad był o wiele gorszy – kiedy zobaczyłem dwóch facetów wysiadających z samochodu z czarnymi maskami na twarzy zamiast nacisnąć na guzik – alarm i wyjąć z szuflady broń stałem jak wryty, nie potrafiłem się ruszyć i jak pokorna owieczka otworzyłem kasę i wydałem im wszystkie pieniądze. I tym razem musialem je zwrócić, tego było tym razem niemało, około 200 dolarów. Szef znowu mnie objechał i nazwał nieudacznikiem. Po następnym napadzie czekałoby mnie wypowiedzenie. Zdecydowałem się je uprzedzić i sam zrezygnowałem. Znalazłem się w kompletnym dołku – bez pieniędzy, z zerowym poczuciem własnej wartości i koszmarnymi snami o lufie pistoletu skierowanej w skroń. Przestałem wychodzić z mieszkania i całymi dniami myślałem tylko o tym, że już nigdy nie uda mi się zapanować nad strachem. Zrozumiałem, że życie polega na punktualnym płaceniu rachunków i że ja się do tego nie nadaję. Wydawało mi się zresztą, że do niczego się nie nadaję. Mój talent nie wystarczył na wielką karierę, o której marzyłem. Gdyby nie przypadek pewnie nigdy nie odbiłbym się od tego dna. Sąsiadka poprosiła mnie o występ na ślubie córki. Nie wiem, czy zrobiła to na prośbę rodziców, zaalarmowanych tym, co się ze mną działo, czy rzeczywiście mnie potrzebowała. Dałem sobie radę, od tego występu zaczęła się moja kariera piosenkarza na ślubach, pogrzebach, imprezach firmowych, uroczystych otwarciach sklepów. Nie musiałem martwić się o dalsze zlecenia, szeptana reklama działała bez zarzutu. Zacząłem zarabiać niezłe pieniądze, po kilku miesiącach mogłem sobie pozwolić na własne mieszkanie.

Pogodziłem się z myślą, że tak zostanie, nie miałem zresztą wyjścia, musiałem zarabiać pieniądze. I dalej bym śpiewał po ślubach, pogrzebach i różnych innych imprezach gdyby nie zupełnie niespodziewany list z Wellington. Catherine przejęła prowadzenie teatru i szukała obsady do „New York, New York”.

„Co Catherine ma wspólnego z prowadzeniem teatru?”, zapytał zaskoczony Stuart. „W kilka miesięcy po twoim powrocie do Sydney Catherine wyszła za mąż za szefa teatru. Wszyscy przecież wtedy już wiedzieliśmy, że o to jej chodziło. I dopięła swego. Ale szczęście ‘młodej pary’ nie trwało zbyt długo. W pół roku po ślubie Jack dostał wylewu, co skazało go na wózek inwalidzki. Ledwie się z tego wykaraskał, przyszedł drugi wylew i częściowy paraliż. Nie był w stanie prowadzić dalej teatru i powierzył to Catherine. Zresztą nieźle sobie radzi, podjęła sporo dobrych decyzji, między innymi przyjęła dotacje od miasta. Dobiera sobie niezłych ludzi i trzyma ich przy sobie płacąc nie najgorsze pieniądze Przy teatrze zaczęła działać szkoła nauki tańca i śpiewu, droga prywatna szkoła na wysokim poziomie. Wiesz, ja czasami myślę, że teatr zastępuje jej i męża-inwalidę i dziecko, którego nigdy nie miała.”

Stuart też opowiadał, co się przydarzyło w jego życiu, od czasu gdy po raz ostatni spotkali się w Londynie. W oczach Louisa odczytywał nieskrywane współczucie, które sprawiło, że i on sam uświadomił sobie, jaki zły, koszmarny sen ma za sobą. Louis położył mu rękę na ramieniu. „Cokolwiek bym teraz powiedział, będzie głupie”, stwierdził, nie próbując ukrywać wzruszenia.

Zamówili ostatnie piwo. Louis odzyskał pogodę ducha i opowiedział Stuartowi, że w Wellington czekała na niego jego pierwsza, prawdziwa miłość. „Jak się poznaliście?”, zapytał Stuart z ulgą i zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo chce teraz usłyszeć jakąś pozytywną, dającą nadzieję historię. „Lecieliśmy razem z Atlanty. Ona wracała do domu, ja na kontrakt. Spędziła rok na Florydzie jako opiekunka dziecka. Przed rozpoczęciem studiów chciała zobaczyć kawałek świata i od dawna marzyła o Ameryce. Ta fascynacja przeszła jej dosyć szybko, w pierwszej rodzine pan domu wieczorami dobijał się do jej sypialni, a w drugiej co prawda nikt się nie dobijał, ale za to musiała opiekować się czwórką rozwydrzonych bachorów, do których rodzice nie mieli cierpliwości. Tym razem nocą to dzieci przychodziły do jej sypialni, kiedy nie mogły zasnąć. Przyzwyczaiła się do nich, czasami nawet odnosiła wrażenie, że pod jej wpływem dzieci się trochę uspokoiły. Być może potrzebowały tego, by ktoś zechciał im poświęcić trochę czasu. Ale po roku, kiedy kończyła się wiza, zdecydowała, że nie ma już ochoty inwestować w życie innych ludzi, że przyszedł czas na jej własne plany. Znamy się od kilku miesięcy i zaczęliśmy się rozglądać za wspólnym mieszkaniem. Ona studiuje prawo, ma jeszcze przed sobą długą drogę, trochę jej pomagają rodzice, ma też stypendium, a zresztą i ja nieźle zarabiam. Zaczynam zapuszczać korzenie. Występuję w musicalu, uczę w szkole śpiewu i Catherine obiecała mi, że mogę liczyć na dalsze projekty”.

Stuart po spotkaniu z Louisem pomyślał, że życie płata dziwne figle. Cieszyło go jednak, że spotkał ponownie człowieka, z którym łączy go tyle dobrych wspomnień, przyjaciela, którego zgubił na lata z oczu, a z którym potrafi prowadzić tak szczerą i prawdziwą rozmowę, jakby te miesiące rozłąki nie istniały? Jak dobrze znać kogoś, czyja droga życiowa pewnie przebiegnie tak jak jego – od koncertu do koncertu, zawsze w niepewności, co będzie jutro, zawsze w uzależnieniu od zleceniodawców. Zawsze w drodze, która tylko niewielu prowadzi do pełnych sal koncertowych i nagrywania nowych płyt w najlepszych studiach na świecie.

Cdn.

Szopa w salonie 11

Łukasz Szopa

Pokojowy luddysta

Szósta piętnaście. Od tego roku zegar codzienności trochę się nam zmienił: syn zmienił szkołę, ma dalej, wychodzi na autobus o siódmej rano, a wspólne rodzinne, przynajmniej półgodzinne śniadanie – nadal jest świętą tradycją.

Więc zaczynam od kawy. I tym samym od efektywnego obudzenia reszty rodziny. Nie, nie jakimś głośno i piskliwie zwijącym się automatem do kawy jak niemiecki Krupps, włoskie Saecco czy polski Zelmer – a młynkiem. Nie, nie elektrycznym jaki mieli jeszcze moi rodzice w latach osiemdziesiątych, a takim ręcznym, kupionym na pchlim targu w Berlinie. Czekając na zagotowanie kawy zmywam resztki z talerzy i kubków po wczoraj.

Następny problem, to poszukiwanie dzbanka na kawę. Gdyż o ile ja pomywam zawsze ręcznie, to moja partnerka używa do tego zmywarki. Którą ja w sumie bojkotuję. Właśnie ta zmywarka jest chyba najczęstszym przedmiotem związkowych kłótni: „Jak jeszcze nie pomyłeś od pół dnia, jak zawsze twierdzisz, to mogłeś włożyć choćby do zmywarki!“, „Gdzie jest znowu ten obieracz do ziemniaków, pewnie od dni tkwi w twojej zmywarce!…“, „Ooo, znowu ta twoja zmywarka domaga się uwagi – piszczy już piąty raz“, „To twoje zmywanie jest strasznie nieekologiczne, pomyślałeś o tym kiedyś, tyle gorącej wody!…“ i tak dalej.

Jak często w moich tekstach – muszę się do czegoś przyznać. Po pierwsze, że jestem pokojowym luddystą. A po drugie, że nie zawsze konsekwentnym, nie zawsze się da.

Luddyści – byli to robotnicy w XIX wieku, którzy walczyli z postępującą mechanizacją – odbierającą im miejsca pracy i poziom płacy. Walczyli niszcząc brutalnie fabryczne maszyny.

Ja jestem, jak wspomniałem, luddystą, który przemoc i zniszczenie odrzuca. Po prostu staram się bojkotować wszelkie maszynki napędzane nie własną siłą – czyli prądem lub paliwem.

Wiadomo, tak całkiem się nie da. Jak już wspomniałem, wodę zagotowałem w elektycznym czajniku, a nie rozpalając pośrodku kuchni palenisko by jak Clint Eastwood zagrzać wodę w kociołku. I, tak, jeżdżąc między Berlinem a Włosieniem, który jest wioską w Polsce, korzystam głównie z samochodu (wyprawa rowerowa w tym roku nie wypaliła). Ale na przykład odkurzacza w obu mieszkaniach używam coraz rzadziej, podłogi z desek to naprawdę „postęp“ w porównaniu z wykładzinami w mieszkaniu moich rodziców, gdy byłem dzieckiem i musiałem codziennie odkurzyć cztery pokoje. Dobra miotła i potem przetarcie gorącą wodą dają dużo lepsze efekty. Z kolei w odróżnieniu od wojny w sprawie zmywarki, z pralki automatycznej korzystamy na bazie równouprawnienia – zarówno ją napełniając, jak i opróżniając. Tu przynajmniej, gdyż podobnie jak ręczne pomywanie lubię wieszanie mokrej odzieży, udało się uniknąć suszarki prania. Unikam jednak w stu procentach takich „wynalazków“ jak elektryczna maszynka do golenia, suszarka do włosów, elektryczna szczotka do zębów, wibrator, mikser kuchenny (nawet ziemniaki do placków obieram ręcznie – jeśli uda mi się odnaleźć wspomniany obieracz!). Wolę rower i własne nogi od metra czy autobusów. Zdarza mi się za to nadal użyć toastera i gdy chcę posłuchać muzyki, to nie proszę córki, by zagrała na gitarze, lecz jednak korzystam z odtwarzacza CD. No i gdy przyszło nam kopać dwanaście metrów rowu do kanalizacji, głębokiego na 1,5 metra, to nie oponowałem, gdy sąsiad zaoferował pomoc kolegi z koparką. Z kolei po tym jak wysiadła po latach niezbędna do wysokiej trawy kosiarka widłowa – postanowiłem na wiosnę poprosić innego sąsiada o kurs… koszenia kosą! Za samochodu, jak wspomniałem – korzystam, jednak bez nawigacji (włączam ją jedynie, by się z dziećmi pośmiać z efektów jak „ona mnie nie-rozumie“, gdy w podróży radio nie łapie nic oprócz stacji państwowych czy Radia Ma-Ryja, które wszystkie bojkotuję – ale to już inny bojkot). Lepsza mapa i zagadywanie ludzi na wsiach, gdzie jechać. Główna funkcja mojego staromodnego telefonu to… własnie telefonowanie (czyli jednak nie komunikuję się na odległość, krzycząc z balkonu w kierunku Friedrichshainu! Choć, kto wie, może i to byłoby dobre?) Na wsi, oprócz dwóch pieców (typowego i elektrycznego), mamy z kolei dwie lodówki: elektryczną, ale i „piwniczną“.

Powoli więc, powoli jest jakiś POSTĘP. Coraz więcej rzeczy robię ręcznie, maszynki staram się omijać, bojkotować, lecz nie niszczyć (przynajmniej nie z premedytacją – bo ww. defekt kosiarki to w sumie moja wina). I naprawdę, zupa o której wiem, że każda jarzynka została pokrojona własnoręcznie – smakuje lepiej! Nie wspominając o zapachu świeżo zmielonej kawy z młynkowej szufladki…

(A że ten tekst, podobnie jak podobny w niemieckim piśmie „der Freitag“ https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/bin-ich-ein-gewaltfreier-luddit pisałem na komputerze, a nie ręcznie, by wysłać go pocztą kurierską do Ewy Marii – o tym proszę zapomnijcie…)

Barataria 38 Sualouiga 2

Ewa Maria Slaska

Gdy rzeczywistość miesza się z fikcją

Sualouiga pojawiła się w zasięgu baratarystyki, gdy przez przypadek przeczytałam, co zapowiedział na okładce swej książki Harley Davidson tajemniczy pisarz Witold Izdebski (który być może jest brutalem, złodziejem i oszustem), że otóż 31 grudnia 1999 roku po raz pierwszy i ostatni a zatem jedyny, międzynarodowa trupa teatralna Calvin Group wystawi tam sztukę Krzysztof Kolumb…

Sualouiga na wyspie St. Martin to w języku Indian kraina soli.

Wyspa została wprawdzie odkryta przez Kolumba, ale ten nigdy nie postawił na niej stopy w języku żeglarskim trzeba by więc powiedzieć, że sławny odkrywca wyspę jeno zaoczył, co miało miejsce 11 listopada, w dzień świętego Marcina z Tours.

Wyspę podobili najpierw Arawakowie, przybysze z terytoriów dzisiejszej Wenezueli, którzy byli ludem pokojowym i pogodnym, po czym podbili ich wojowniczy Indianie Karaibscy. Podania głoszą, że byli to ludożercy, którzy pożarli wojowników z plemienia Arawaków i posiedli ich kobiety. Arawakowie zniknęli, ale pozostawili po sobie język.

Jednak z punktu widzenia Europejczyków była to wyspa bezpańska, gdzie mieszkał, kto chciał, na przykład piraci (z Karaibów), awanturnicy, zbiegli więźniowie. Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Holendrzy. Kto chciał wydobywał tu sól. Dużo soli. 400 tysięcy ton rocznie. Było to jednak produkt zbyt cenny, by mogło się obyć bez roszczeń aneksyjnych. I tak to w roku 1635 pewien Francuz i pewien Holender uznali, że prawa własności powinny zostać jakoś uregulowane.

Legenda głosi, że zamiast, jak to mieli w zwyczaju zdobywcy innych rajskich wysp, pozabijać się nawzajem, obaj panowie postanowili podzielić się posiadaną już od dawna ziemią (Indianie w tym podziale nie brali udziału). Rozwiązanie było doprawdy godne epoki. Panowie spotkali się w Zatoce Ostryg (Oyster Bay), stanęli oparci o siebie plecami (jak do pojedynku), po czym na dany znak ruszyli przed siebie (też jak przy pojedynku), ale zamiast się obrócić po dziesięciu krokach (czy ile ich tam miało być), szli przed siebie wzdłuż brzegu, i szli, i szli tak długo, aż stanęli przed sobą twarzą w twarz. Pomiędzy punktem wyjścia obu panów na przechadzkę i punktem ich ponownego spotkania przeprowadzono linię, dzielącą włości Francuza od tego, co przypadło w udziale Holendrowi. Francuz ponoć miał iść szybciej, bo się po drodze pokrzepiał tylko dobrym francuskim winem, Holender natomiast zabrał na drogę gin. Dobre wino można popijać dużymi haustami, gin, trunek mocniejszy i ostrzejszy w smaku, da się pić jedynie małymi łyczkami, Holender częściej się więc zatrzymywał i zagarnął mniejszy kawałek wyspy.

St. Martin / Sint Maartin nie jest jedyną na świecie wyspą rządzoną przez dwa kraje, że wspomnimy tu chociażby Irlandię i Cypr, jest natomiast najmniejszą i ponoć jedyną, gdzie rządy pozostają ze sobą w zgodzie, a nawet przyjaźni. Stolicą części holenderskiej jest Philipsburg, francuskiej – Marigot. Na wyspie mieszka około 30 tysięcy Francuzów i drugie tyle Holendrów, a rocznie przebywa tu ponad milion turystów. Francuskie miasto Marigot słynie ze wspaniałej kuchni, ale turystów przyciągają przede wszystkim olśniewające złocistożółte plaże i przejrzyste turkusowe wody płytkich zatok. Tam gdzie brzegi są strome i skaliste, fale rozbijają się o nie, wyrzucając w powietrze gejzery na wysokość kilkunastu metrów.

Na wyspie założono plantacje trzciny cukrowej i sprowadzono niewolników z Afryki. W roku 1848 wywalczyli wolność. Co roku 1 lipca obchodzą święto wyzwolenia, spotykając się pod symbolicznym płomiennym drzewem wolności. Drzewo, tak jak i oni, pochodzi z Afryki (a ściślej rzecz biorąc z Madagaskaru), należy do rodziny… bobowców, ma owoce w kształcie długiego masywnego strąka, zwanego chlebem świętojańskim. Po polsku nazywa się Wianowłostka królewska czyli płomień Afryki. Płomienne kwiaty mają zawsze jeden płatek biały.

For July 1
By Lasana M. Sekou

This is the day here
This time
For renewed confrontation
For reconstruction
We are the people
Descended from the Diamond 26
The Freedom Fighters
Who will effect
Better days
And lighted ways
To batter down the borders
The neo-colonial initiatives
To unite this land
St. Maarten/St. Martin
To transform these fields today
For the conquest of tomorrow

Lasana M. Sekou jest wydawcą, poetą i pisarzem z St. Martin. Jego wiersze zostały odczytane podczas otwarcia igrzysk olimpijskich w Londynie 27 lipca 2012 roku.

***

Mogłoby się zdarzyć, że wielu z nas nigdy nie usłyszałoby o tej małej wyspie, wchodzącej (geograficznie) w skład Antyli Holenderskich, gdyby nie huragan Irma, który we wrześniu 2017 roku spustoszył wyspę tak jak tego z reguły dokonują ludzie a nie siły natury. Mówiło się, że wyspa wyglądała jak zdewastowana przez działania wojenne.

My Polacy / Wir, Polen

Patrzą na nas naukowcy / Die Wissenschaftler schauen uns an

Ważna sprawa, napisała w mailu referentka: sytuacja najnowszych migracji z Polski do Niemiec! 

Poprosiłam ją o kilka słów od siebie o tym, co bada, czym się zajmuje, o czym pisze:

W wioskach i miastach, na obrzeżach, ale już coraz częściej w popularnych dzielnicach mieszkają Polki i Polacy. Mieszkają lub pomieszkują, jeżdżą w te i we wte albo nie jeżdżą już wcale do Polski właśnie, bo na jesieni długo się jedzie, pociągi się psują i łatwo spóźnić się do pracy w Niemczech.
A pracują wiele. Niemieckie statystyki podają, że najczęściej ponad 40 godzin tygodniowo, i w soboty też. Pracują w nowych formach zatrudnienia, czyli takich, które nie dają długotrwałego bezpieczeństwa socjalnego. Ale co tam. Wspaniale się zintegrowali. Pracują ładnie. Są zawzięci. Byle spłacić następny kredyt, byle posłać córkę na studia. A co z ich zaangażowaniem społecznym i politycznym? A co z równym traktowaniem? Czy mają równe prawa jako obywatele Unii Europejskiej? Kto się przejmuje ich losem, gdy nie mają na utrzymanie? Czy komuś zależy, żeby ich włączyć w społeczeństwo przyjmujące? Co to w ogóle oznacza? Czy niemiecka polityka ma odpowiedzi na potrzeby tych współczesnych podróżników pomiędzy dwoma krajami, których połączył w 1991 roku Traktat, co to teraz jednak niekiedy dzieli? O meandrach niemieckiej i polskiej oraz europejskiej polityki wobec polskich migrantów mowa będzie w następny wtorek w ramach Colloqium Klausa Zernacka.

Klaus Zernack Colloquium, 17. Oktober 2017

Vortragsreihe Migrationsprozesse und Kulturtransfer. Deutsche und polnische Kontexte

Prof. Dr. Michael G. Müller und Prof. Dr. Robert Traba laden gemeinsam mit Prof. Dr. Igor Kąkolewski ein
zum Vortrag von

Dr. Kamila Schöll-Mazurek
Integrations- und Poloniapolitik.  Erfüllen sie ihre Funktion für polnische Neuemigranten in Deutschland?

Kommentar:
Prof. Dr. Magdalena Nowicka (Berlin)

Dienstag, den 17. Oktober 2017, 19:00 Uhr

Bibliothek des Zentrums für Historische Forschung Berlin

der Polnischen Akademie der Wissenschaften

Majakowskiring 47

13156 Berlin-Pankow

783 085 polnische Immigranten leben derzeit in Deutschland, weitere suchen hier eine Perspektive. Gleichzeitig kamen viele Flüchtlinge nach Deutschland. Deshalb verschiebt sich der Fokus der deutschen Politik. Neben diesen aktuellen Herausforderungen bekommt die Integration der länger hier lebenden Migranten, vor allem aus der der Türkei und den nordafrikanischen Ländern, mehr Aufmerksamkeit. Die polnischen Zuwanderer werden auch als Strebermigranten oder unsichtbare Migranten bezeichnet, die sich hervorragend integriert haben. Was ist das eigentlich für eine Integration? Sind die Instrumente der Integrationspolitik für diese Gruppe angepasst? Wie ist diese Politik konstruiert und für wen?

In ihrem Vortrag stellt Dr. Kamila Schöll-Mazurek die Überzeugung infrage, dass die polnischen Immigranten in Deutschland hervorragend integriert sind. Sie zeigt, dass in einer Situation, wo die Politik auf viele Herausforderungen reagieren muss, die Grenze fließend ist.

Die Grenze zwischen Integration als Selbstläufer, wie sie sich in den Biografien zahlreicher polnischer Migranten zeigt, und einem verborgenen Scheitern, bei dem polnische Arbeitsnehmer zwar äußerlich integriert wirken, sich aber durch Schwarzarbeit um ihre Rente bringen, ihre Kinder bei den Großeltern aufwachsen lassen und durch ständiges Pendeln in beiden Gesellschaften den Anschluss verlieren.

Dr. Kamila Schöll-Mazurek forscht am Zentrum für Interdisziplinäre Polenstudien an Europa-Universität Viadrina. Sie promovierte 2010 über die rot-grüne deutsche Außenpolitik gegenüber Polen. 2017 erscheint ihre Monografie über die Situation der Neu-Immigranten aus Polen in Deutschland in ausgewählten Lebensbereichen (K. Schöll-Mazurek, Między polityką integracyjną a polityką polonijną. Status najnowszych polskich migrantów w Niemczech wybranych obszarach po 2011 roku, Księgarnia Akademicka, Kraków 2017).

Trzeba pisać o Rosji

Andrzej Rejman

Okruchy Rosji

Trzeba pisać o Rosji. Trzeba badać Rosję i starać się ją zrozumieć. Zainspirował mnie m.in. Lech Milewski swoimi wpisami “Wśród przyjaciół Moskali”. A także Agnieszka Kaniewska swoim pięknym blogiem “Słowa i Obrazy” https://agakaniewska.wordpress.com.

Rosję jako taką (chodzi o obecny teren Federacji Rosyjskiej) znam mało. Byłem tam właściwie tylko kilka razy przejazdem i to dawno, jeszcze za czasów Leonida Breżniewa.

W 1981 roku pojechałem jako student warszawskiej SGGW na Międzynarodowy Obóz Pracy do Armenii.

Z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Warszawy, trzeba było przejechać na Domodiedowo, lotnisko lokalne znajdujące się na drugim krańcu miasta.

Na grupy takie jak nasza czekały wysłużone, ale pojemne ciężarówki do przewozu osób, spełniające rolę autobusów. Był to z pewnością przejazd półlegalny, ciężarówka wyglądała na pożyczoną z jakiejś budowy, a kierowca zachowywał się nieco nerwowo, gdy mijaliśmy posterunki GAI (Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspekcja) na obwodnicy Moskwy.

Na lotnisku Domodiedowo zdążyłem przed odlotem zjeść olbrzymi, chyba największy jaki widziałem, kotlet schabowy, większy od talerza, na którym spoczywał.

W Erewaniu (dzisiejszy Erywań – czemu ta zmiana nazwy?) po wyjściu z samolotu odurzyły nas suche, bardzo ciepłe fale powietrza…

Armenia to nie Rosja, jednak wszystkie kraje pod kontrolą Rosji Sowieckiej miały wiele wspólnego.

Podczas pobytu w Armenii i pracy w Zakładach Melioracyjnych i Produkcji Rur w Erewaniu, oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy tureckiej, skąd góra Ararat wydawała się najpotężniejszą górą świata – doświadczyliśmy wielu sytuacji typowych dla cudzoziemców przebywających wtedy w ZSRR.

Miejsca zgrupowania nie można było opuszczać bez opieki ormiańskiego “przewodnika”, który z pewnością był funkcjonariuszem odpowiednich służb.

Z akademika, gdzie mieszkaliśmy, wychodziliśmy więc przez okno, żeby samemu poznać życie nocne miasta. Gdy podczas jednej z takich eskapad zgubiłem portfel, w którym były dokumenty i pieniądze, zwrócono mi go po dwóch godzinach w obecności oficerów lokalnego KGB, którzy przyjechali nieoznakowanym samochodem. Oficerów ugościliśmy polską wódką.

Był to okres już po Sierpniu 1980. Byliśmy już odważni – postanowiliśmy więc zastrajkować! Powód? Brak ubrań roboczych.

Po ogłoszeniu strajku przez grupę studentów z Polski w breżniewowskiej Armenii nastąpiła delikatnie mówiąc panika wśród władz zakładu i partii. Nowiutkie ubrania robocze dostarczono natychmiast.

Potrzebę zrozumienia i dalszego poznawania Rosji odziedziczyłem pewnie po mojej mamie, która urodziła się w Petersburgu i spędziła tam kilka pierwszych lat swojego życia. Jej rodzice, a moi dziadkowie pobrali się w Moskwie jeszcze przed rewolucją 1917 roku.

Babcia uwielbiała Lermontowa, Jesienina, malarstwo Ajwazowskiego i Szyszkina.

Wyciągam z szuflady kilka notesów, zdjęcia i ryciny.

Babcia przepisywała ulubione wiersze poetów rosyjskich do zeszytów lektur. Kolekcjonowała wycinki z prasy rosyjskiej – znajduję oryginalne kartki z Artystyczno-Pedagicznego Żurnala – (Художественно-педагогический журнал) z 1914 roku – dobry, błyszczący papier, dobrze zachowany przez te ponad sto lat.

Są to reprodukcje dwóch obrazów A.I.Kuindżi * zatytułowane: “Na Wyspie Wałaam” i “Ukraińska Noc”.

Archip Kuindżi malował przede wszystkim pejzaże, utrzymane w duchu romantycznym. W swoich obrazach ukazywał sposób wpływania światła na rzeczywistość – wg niego gra światła była w stanie zmienić każde, nawet najmniej interesujące miejsce, w obiekt wart uwiecznienia na płótnie.

Mimo czarno-białej reprodukcji, widać wyraźnie piękną grę świateł na obu pejzażach.

Przy okazji czytam, że wyspa Wałaam należy do archipelagu wysp Wałaamskich i leży na Jeziorze Ładoga. Archipelag należy do Karelii, republiki autonomicznej, mającej obszar połowy Polski.

Na koniec tego odcinka kilka pocztówek z lat 1903-1907 ze zbiorów rodzinnych.

Moskwa, Płac Łubiański 1903
Plac Łubiański (ros. Лубянская площадь) – plac w centrum Moskwy. Znany przede wszystkim z budynku stanowiącego od 1917 siedzibę służb specjalnych (obecnie FSB, wcześniej KGB i NKWD oraz Czeka) i nazywanego od nazwy placu Łubianką.

Moskwa, Brama Warwarska 1907 (Варва́рские воро́та)
jedna z bram fortyfikacji średniowiecznej Moskwy, rozebrana w 1934 roku.

Moskwa, “Car Puszka” (ros. Царь-пушка) – największa (pod względem kalibru) na świecie armata spośród ładowanych od przodu. Eksponowana obecnie na Kremlu w Moskwie.

c.d.n.
_____________________________________

* Archip Iwanowicz Kuindży (ros. Архип Иванович Куинджи, ur. w 1841 w Mariupolu, zm. w 1910 w Petersburgu) – rosyjski malarz greckiego pochodzenia, realista, tworzył głównie pejzaże.

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, i  Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki…

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Reblog: Rozmyślania w samolocie

Jacek Pałasiński

CHAOTYCZNE PRZEMYŚLENIA STARSZEGO MĘŻCZYZNY FRUWAJĄCEGO W DNIU SWOICH URODZIN

LOT
Z góry… Z góry wszystko wygląda inaczej. Relatywnie. Trudno sobie nawet wyobrazić, patrząc, przez okienko samolotu, że istoty, których z tej wysokości nie widać, mogą emanować złe emocje w ilościach zdolnych zniszczyć ich samych i tę piękna planetę…

DOM
Z okien samolotu za Rzymem dostrzegłem górę. Z drugiej jej strony stoi budynek, który długo nazywałem „moim domem”. Moje dorosłe, bardzo dorosłe Dzieci, nadal uważają to miejsce za swój „dom rodzinny”. A przecież wszelkie związki między tamtym domem a nami ustały.
W domu nie ma śladu po nas; to w nas jest ślad po nim.

LOS KOLIBRA
K. też jest w Rzymie, a właściwie ponad nim. Nie chodzi, lecz unosi się nad jego ulicami w zachwyconej euforii. Mówi, że chce się tu natychmiast przenieść i mam wrażenie, że to miejsce daje jej namacalne poczucie szczęścia, gdzieindziej nie zaznanego. Ciesz się tym szczęściem, bo ulotne.
I co: mówić jej, jak to się kończy dla kolibra, kiedy nie oderwie wzroku od magnetycznych oczu kobry i zginie, pożarty? Czy pozwolić, by odkryła, że najbardziej dewastujące rozczarowania dotyczą obiektów naszej miłości? O, bo Rzym rozczaruje każdego kto zechce się przebić przez jego magiczną powierzchowność, gdy zajrzy do jego czarnej i zepsutej duszy.

ŚLAD
Jak wygląda ślad po domu, który zwykliśmy nazywać „naszym domem”? Jest niematerialny, zapisany, zapewne wyłącznie jako mikroładunki elektryczne w jakiejś, nie wiadomo jakiej, mgławicy neuronów wewnątrz tej wstrętnawej galaretki, jaką nosimy w głowie?
Ile jest wart ten prąd? Da się wycenić coś tak nieskończenie małego? Nie? To czemu przywiązuję do tego tak dużą wagę?
Czemu ją przywiązuję do tak wielu mikroprądów w zwojach mego mózgu, skoro zsumowane nie dadzą razem jednego miliwata, a ileż może być wart jeden miliwat i jak się on ma do wielkiego świata widzianego z okna samolotu?

PROBIERZ
I jeżeli są one, choć nie wiem dlaczego, coś warte dla mnie, to ile mogą być warte dla innych? Nic, kompletnie nic? Czy tylko w zakresie, w jakim moje mikroładunki pokrywają się z mikroładunkami bliźnich mojej epoki?
Jak się o ich wartości dla bliźnich przekonać?
Po ilości komplementów? Pozytywnych uczuć? Po liczbie ludzi na moim pogrzebie?
Ilu ich będzie? Czy przyjdą znaczni, czy przyjdą sławni? Zechcą coś powiedzieć? Czy będą to nieznośnie banalne, puste słowa, ubrane w pozór emocji? Próba wylansowania siebie przed wdzięczną, bo cichą widownią?
Czy będą smutni, czy będą płakać szczerymi łzami, czy przyjdą z poczucia obowiązku, bo w gruncie rzeczy, cóż zanik mikroprądów może obchodzić kogoś innego poza ich posiadaczem? Czy naprawdę poczują w sercu przykry brak, kiedy zejdą się na cmentarzu, albo kiedy wpadnie im w oko mój nekrolog? Bo ponoć jesteśmy w stanie znieść nawet najgorsze cierpienie. Bliźniego…

CAPSTRZYK
Chciałbym, żeby nad moją trumną odegrano ukochaną przeze mnie muzykę, ale wszak to ja ją kochałem, a nie zebrani w kondukcie: męczyć ich czymś, czego zapewne nie zrozumieją? I, na dodatek, ktoś przyśle wdowie po mnie rachunek za nieopłacone prawa autorskie od publicznego wykonania tej muzyki. Nawet dzwon nie jest za darmo, bo dzwonniczemu trzeba za targanie sznurem zapłacić. Milczenie zatem?

DOBRE ŻYCIE
Jak powinno wyglądać tzw. „dobre życie”, takie, po którym twój pogrzeb będzie tłumny i pełen łez? Wszak największe kondukty chadzały często za trumnami największych potworów, jakich wydał rodzaj ludzki. Za władcami, a przecież władza demoralizuje, demoralizuje wszystkich bez wyjątku. A Giulio Andreotti, przy którymś wywiadzie nie wytrzymał i na powtórzoną mu sentencję „władza demoralizuje” odpalił: „władza demoralizuje tych, którzy jej nie mają”. Więc wszyscy jesteśmy zdemoralizowani?
Tłumne kondukty chodzą za aktorami, politykami, osobami powszechnie znanymi; ich odejście wydaje się znaczyć dla bliźnich więcej niż odejście osób mniej znanych, choćby najlepszych, choćby najuczciwszych, choćby najbardziej altruistycznych.
Jeśli pogrzeb to ukoronowanie, podsumowanie istoty czyjegoś życia, jego wagi dla społeczności, to trzeba za życia dać się poznać możliwie szerokiemu gronu; to daje, w chwili śmierci pocieszenie, że twój pogrzeb będzie innych zasmuci, a smutek innych będzie naszą satysfakcją i nagrodą.

A MOŻNA BYŁO INACZEJ
A gdybym coś był zrobił inaczej? Gdybym nie był taki pryncypialny? Gdybym nie uważał, że dziejące się właśnie wydarzenie potrzebuje mojego, w gruncie rzeczy mało znaczącego i nic nie zmieniającego udziału? Gdybym zapisał się, gdzie chcieli, a potem, w sprzyjającym czasie nawrócił? Gdybym czytał w dzieciństwie inne książki i miał średnio-krajowe poczucie honoru? Średnio-krajową ideę patriotyzmu? I gdybym w końcu porzucił ten szkodliwy zwyczaj stawiania się przełożonym, tego poczucia, że skoro więcej się przygotowywałem, to wiem więcej i lepiej? Gdybym, nie bacząc, że są irytujący i nieciekawi, kultywował znajomości z możnymi i znanymi:czy wtedy na mój pogrzeb przyszłoby więcej ludzi, byli by smutniejsi?

ŚMIECH
A może jestem jednak znacznie przeciętniejszy, niż mi powtarzano od pierwszej klasy, może zbyt łatwo w to uwierzyłem, bo chciałem wierzyć, nie zbadawszy, jak to jest naprawdę? Może najzwyczajniej w świecie nie zasługuję na uwagę bliźnich, na ich zainteresowanie, na ich ewentualny żal, gdy zniknę?
„Chciałem dobrze” – napiszę sobie na nagrobku.
Przechodnie będą parskać śmiechem. Dobre i to: przynajmniej przeczytają nazwisko, choć im nic nie powie, a na dodatek śmiech rzecz nieczęsta (zwłaszcza na cmentarzu), a dla zdrowia ważna.
A może lepiej zabrzmi „Chciałem mieć dobre słowo dla każdego”?

JASKINIA I WIEŻA
Tłumy na pogrzebach sław mogą prowadzić do wniosku, że „dobre życie” uwieńczone dobrym pogrzebem oznacza dać się poznać jak największej liczbie bliźnich. Nieważne, czy cię polubią, czy będą się ciebie bali, tłum przyjdzie oglądać popularnych piechurów w kondukcie. Bo powodem ich obecności prawie na pewno nie będzie konsekwencja zmarłego w postepowaniu skromnym, „moralnym” i społeczności przydatnym…
Mimo to są tacy, którzy nie oczekując nagrody w postaci tłumnego pogrzebu, wybierają inną drogę niż popularność.
Są ludzie, którzy chcą żyć bez reszty moralnie; zamykają się wtedy w grotach i tam żyją w łachmanach i o misce strawy – i wtedy nazywamy ich pustelnikami.
Są też i tacy, którzy zamykają się w wieży z kości słoniowej, żyją tam w pogardzie grzechu – i wtedy nazywamy ich mizantropami.
Ich śmierć bywa cicha, pogrzeby samotne.

ŚREDNIA AMORALNOŚCI
Mało jednak mnichów, mało mizantropów; cnotą jest sztuka surfingu po okolicznościach bez moralnego wartościowania czynów. Świat tego nie ma za złe. Nawet Kościoły, powołane do wydawania ocen moralnych. Ba, czyny kapłanów, zdarza się, wykraczają poza „średnią amoralności” ogólnie w społeczeństwach przyjętą, więc ich oceny uwagi nie warte.
Czy ma zatem sens życie anachronicznie moralne, jeśli społeczności tego nie dostrzegają, jeśli tego nie potrzebują, jeśli traktują to, jako irytujące dziwactwo?

ŻAL I MIŁOŚĆ
A jeśli na moim pogrzebie ludzie będą i poczują żal – przykre mikroprądy w którymś z mózgowych zwojów – to jak długo on trwać będzie?
Ja je czuję, gdy zniknie ktoś dla mnie ważny; czyjeś zniknięcie jest dla mnie bólem, lecz ból z czasem się zmniejsza, jest absorbowany przez mój organizm jak guz czy krwiak.
O niektórych żywych jeszcze – myślę z rzewną czułością: to musi być właśnie miłość, bezinteresowna, irracjonalna, nie wywołana żadnym hormonem, żadnym popędem, żadnym interesem – miłość.

POKORA
Takie wzloty powinny być obowiązkowe, obowiązkowe okresowe wyglądanie przez bulaj samolotu.
Obowiązkowe powinny być też wyprawy w strefy sejsmiczne. Bo gdy się z góry nie dojrzy proporcji – człowiek-świat, gdy nie poczuje się potęgi ziemskiej skorupy, wtedy będzie się miało wypaczone spojrzenie na wszystko: na siebie samego i na rzeczy naszego Życia, zawartego w kilku miliardach mikroprądów, tak nikłych, że nie wynaleźliśmy jeszcze instrumentu zdolnego zmierzyć ich nieskończenie małą wartość.

Tylko wtedy, świadomi naszej istoty, będziemy zdolni z pokorą przyjmować nasze życie i naszą śmierć. Niepomni liczby tych, którzy pójdą za nasza trumną.

Bild könnte enthalten: 1 Person, lächelnd

Rok reformacji

Elżbieta Kargol

Luter i luteranie w Szczecinie

W tym roku mija 500 lat od wydarzenia, które zapoczątkowało reformację. Zakonnik zgromadzenia świętego Augustyna, wtedy już doktor Pisma Świętego, Martin Luter ogłosił 95 tez, krytykujących naganne praktyki części ówczesnego kleru. Tezy te, jak głosi podanie, miały zostać przybite do drzwi Katedry Zamkowej w Wittenberdze.

W konsekwencji odważnego wystąpienia Martina Lutra powstaje kościół ewangelicki, niezależny od Stolicy Apostolskiej. Święto reformacji obchodzone jest w tym roku szczególnie uroczyście ze względu na tę doniosłą rocznicę.

Również ewangelicy w Polsce dołączają się aktywnie do obchodów. W porównaniu do katolików jest ich stosunkowo mało, mogą jednak z dumą spoglądać na bogatą tradycję.

W Księstwie Pomorskim protestantyzm wprowadzono oficjalnie w 1534 roku, podczas sejmu w Trzebiatowie. Mieszczanie Księstwa, a zwłaszcza Szczecina na przełomie XV i XVI wieku byli nieufni wobec duchowieństwa. Dlatego z uwagą śledzili wieści o rozpowszechniającej się w Niemczech reformacji.

Luter w Szczecinie nigdy nie był, ale wysłał na teren ówczesnego Księstwa Pomorskiego swoich kaznodziei.

Na czele Kościoła luterańskiego stanął panujący książę, Jerzy I Pomorski, potem jego syn Filip I – w myśli ówczesnej zasady „cuius regio, eius religio”. W początkach reformacji administracją kościoła w Szczecinie zajmowali się jego twórcy: Paweł von Rode, Jan Bugenhagen, Amandus i inni. Von Rode głosił nową religię często w porcie, pod gołym niebem, niedaleko kościoła przyszpitalnego św. Gertrudy.

Właśnie ten kościół, dzisiaj już pod wezwaniem Świętej Trójcy, z okazji obchodów roku reformacji zaoferował zainteresowanym dni otwarte – 16 i 17 września.

Neogotycki kościół zbudowany został w 1896 na Łasztowni w Szczecinie na miejscu istniejącego tu już od XIII wieku gotyckiego kościoła przyszpitalnego, wtedy jeszcze pod wezwaniem Świętej Gertrudy. Zaprojektowany został przez Wilhelma Meyera-Szwartau, przedwojennego architekta miejskiego, tego samego, który zaprojektował słynny szczeciński Cmentarz Centralny.

Po wojnie kościół kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Budynek został przekazany w 1959 roku parafii ewangelicko-augsburskiej, choć już zaraz po roku 1945 był miejscem, gdzie – nie zawsze za zgodą ówczesnych władz – odbywały się nabożeństwa protestanckie. W 1960 roku kościół otrzymał nazwę Świętej Trójcy.

Główny ołtarz w prezbiterium zdobi obraz Henryka Osten Ostachiewicza (powstańca warszawskiego) – „Chrystus w Getsemane“

Przy kościele dobudowano w roku 1995 dom parafialny im. Dietricha Bonhoeffera.

Pastor Bonhoeffer był ewangelickim pastorem, wybitnym teologiem, zaangażowanym przeciwnikiem reżimu hitlerowskiego. W podszczecińskim wówczas Finkenwalde (obecnie Szczecin-Zdroje) prowadził półlegalne seminarium kształcące duchownych dla Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche), wspólnoty opozycyjnej w stosunku do oficjalnego Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego.

W tej chwili znajduje sie tam Międzynarodowe Centrum Spotkań i Studiów im. Dietricha Bonhoeffera, któremu, podobnie jak Domowi jego imienia w Szczecinie, z braku funduszy grozi zamknięcie.

Proboszczem Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Szczecinie jest obecnie pastor Sławomir Sikora, przyjaciel naszego Stowarzyszenia, który wraz ze swoją żoną Izabelą, diakonką, jest bardzo zaangażowany w codzienne życie parafii. Pełni funkcję przewodniczącego Szczecińskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej oraz jest organizatorem Biegów Charytatywnych w Szczecinie. Maratończyk z rekordem życiowym 3:26:51.

Oto maratończyk
Na mecie triumfalnie podnosi ręce.
Nieważne z jakim czasem, zwyciężył.
Medal na szyję. Gratulacje.
Czas wracać do domu.
Jakiś nieznajomy uśmiecha się,
życzliwie i z szacunkiem.
Oto maratończyk…

Tak zaczyna się jeden z wierszy pastora poety zamieszczonego w tomiku Myśli w biegu.

17 września nabożeństwo, na które docieramy z kilkuminutowym opóźnieniem, jest bardzo uroczyste, pastor nawiązuje w kazaniu do przypowieści z Ewangelii św. Marka o trędowatym, a tym samym do historii kościoła, który wtedy w XIII wieku był za murami miasta przy porcie i jako kościół przyszpitalny był miejscem skupiającym wielu chorych, i tych wszystkich przybyszów, których obowiązywała kwarantanna. Nabożeństwu towarzyszą podniosłe pieśni ewangelickie w wykonaniu chóru Concordia ze Zgierza.

Luter powiedział: „muzyce wyznaczam najwyższe miejsce i najwyższe zaszczyty – tuż za teologią. Nie zmieniłbym tej odrobiny wiedzy o muzyce na żadne wspaniałości.”

A Magdalena Cieślar solistka i kameralistka w rozmowie o muzycznym credo reformacji mówi o Lutrze jako o prekursorze feminizmu:

Dzięki reformatorowi, możliwość uczestniczenia w kościelnym życiu muzycznym zrewolucjonizowała wszystko. Śpiewać mogli wszyscy bez względu na płeć. Pokusiłabym się o żartobliwe stwierdzenie, że Luter był prekursorem feminizmu, a nawet tak modnego i dziś wszystkich emocjonującego gender. Powstawały pieśni wielogłosowe, wzbogacone ze skarbca muzyki ludowej. Śpiewano w języku ojczystym, przez co intensywniej uczono się czytać, aby potem swobodnie wspólnie muzykować. To właśnie Marcin Luter sprawił, że obecny chrześcijański świat chyba już nie wyobraża sobie egzystencji bez czynnego udziału w kościelnym muzykowaniu.

Po nabożeństwie i krótkim zwiedzeniu kościoła (to bardziej szczegółowe było dzień wcześniej) wyruszamy w kierunku portu.

Mamy podwójne szczęście, jest piękna pogoda, a towarzyszy nam bardzo kompetentny i zaangażowany w życie społeczne Szczecina przewodnik Ryszard Kotla autor monografii o szczecińskim porcie.

Port jeden z najstarszych w Europie, według słów przewodnika działa nieprzerwanie od VIII wieku, oddalony wprawdzie od morza około 70 km, ale mogą do niego zawijać statki transatlantyckie o dużej pojemności.

Jest z nami pastorka pani Izabela Sikora – pytam ją o kościół i o ewangelików szczecińskich.

Przed wojną parafia liczyła ok. 10 000 osób, była jedną z 15 parafii ewangelickich w Szczecinie. Teraz liczy 430 osób. Posiada filiały w Trzebiatowie oraz w Kłodzinie, dwa razy w miesiącu organizuje nabożeństwa w języku niemieckim. Jest jedną z dwóch parafii ewangelickich w Województwie Zachodniopomorskim.

Dwa lata temu na Święto Reformacji ks. Sławomir Sikora w swoim kazaniu mówił:

Reformacja jest początkiem. Początkiem czegoś wielkiego i ważnego, sięgającego krańce ziemi, początkiem tego, co trwa do dziś. Luteranie i inni protestanci odwołujący się do wystąpień Lutra to ludzie, którzy zmieniają oblicze ziemi… Reformacja to nie tylko Luter, choć to jego tezy przyjęto za początek. Byli poruszeni Słowem i przed Lutrem, jak chociażby Jan Hus, którego 600 rocznicę męczeńskiej śmierci w tym roku obchodzimy. Również w XVI wieku za Lutrem poszło wielu, to był ruch pobudzonych Słowem serc, a nie dzieło czynione przez jednego człowieka.
Reformacja – tworzenie, kształtowanie czegoś od nowa, metanoia (łac. conversio) odnowienie umysłu jest początkiem…