Zakopane wymazane wzgórze psów

Ewa Maria Slaska

Lament nad Polską (zapiski literackie człowieka staroświeckiego)

Dla Esther Schulz-Goldstein

Pisarze piszą. Duzi pisarze dużo piszą. Piszą dużo dużych grubych książek. Są też pisarki. Też piszą dużo grubych książek, ale akurat dziś staroświecko zaatakuję trzy grube książki napisane przez pisarzy czyli przez mężczyzn. Tak wyszło. Co gorsza, przyznam się, że dwie z tych książek już tu na blogu chwaliłam, a i trzecią można by było na upartgo pochwalić (a nie jest to blog literacki i nie biorę na warsztat każdej książki, jaka się ukazała, a nawet daleko nie każdą, którą przeczytałam.). TU chwaliłam Zakopane, a TU Wymazane. Ale Wzgórza Psów już nie mogę pochwalić, mimo że rzecz jest nie najgorsza i pewnie, gdyby nie zakopane i nie wymazane, zasługująca na zainteresowanie.

Jest gruba. Wszystkie liczące się teraz książki są grube. Trochę to nadmuchane nieekologicznymi metodami wydawniczymi, gruby (ale lekki) papier, szerokie marginesy, duża czcionka. Ale i bez tego są grube. My (zaczynam lament staroświecki) przyzwyczajeni byliśmy do tego, że pierwszą książką jest tomik, tomik wierszy rzecz jasna, i liczy 30, 50, no góra 80 stron. Tomików można było wydać dużo. Na przykład 18, 20.

A potem pojawiają się pierwsze nasze powieści, nasze debiuty!, i liczą 150, no 200 stron. Trzysta to już była gruba rzecz, na trzysta trzeba się było sporo napracować, a może i mieć znajomości. Wydawnictwa borykaąy się z brakiem papieru, nie można sobie było pozwolić na grube książki. Ale taka niewielka powieść była świetna. W sam raz do czytania pod ławką podczas wykładów, w łóżku, nawet pod kołdrą i przy latarce, w pociągu.

Przyzwyczajenie do średnich wymiarów książki przydało się też, gdy zaczęliśmy czytać i wydawać książki w II i III obiegu, podziemne, wydawane za granicą. Łatwiej je było poutykać po kątach, nie rzucały się w oczy.  Na półce po lewej tomiki Andrzeja Nazara; zdjęcie własnej półki zrobione przez autorkę bloga To przeczytałam.

Powiem przy okazji, że jak na to, ile miejsca w naszym życiu i w naszych bibliotekach zajmowały “tomiki”, w sieci jest dziwnie mało zdjęć regałąw z “tomikami”. Wiele jest natomiast fot powtwierdzających moją tezę, że “dawniej, panie, książki nie były takie grube”:

Jerzy Giedroyc, wydawca paryskiej Kultury – w tle książki, które wydawał. Zdjęcie sprzed 20 lat. Na załączonym obrazku widać wyraźnie, że jeszcze stosunkowo niedawno książki nie były takie grube!

Ale grubość współczesnych powieści to nie tylko miejsce na półkach, to również ilość miejsca, które zajmują w naszych umysłach nie tylko swym przesłaniem, ale i jego opakowaniem – watą, powtórzeniami, przesadnym rozwlekaniem narracji. I nie mówcie mi, że jest to potrzebne, aby na przykład utrzymać tradycję “opisów przyrody” i “zachodów słońca nad Niemnem”. Nad Niemnem jest ze trzy razy cieńsze niż Wzgórze Psów, a jest tam znacznie więcej przyrody niż w całej współczesnej literaturze razem wziętej. Zresztą nikt już nie zna roślin, co u Witkowskiego w Wymazanym sprowadzi się do znakomitego skrótu nie tylko myślowego, ale i społecznego: “las, w którym rosną trujaki”. Las, a za lasem bagna. bagna, gdzie straszą trupy. U Żulczyka las to coś, czego miastowi się boją, a my, tutejsi, olewamy. W Zakopanem las rośnie jako tło.

I tu dochodzę do punktu najważniejszego. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to jedna i ta sama powieść, to wciąż taki sam świat, w którym raz więcej jest sympatii, raz absurdu a raz z kolei gryzącej pogardy, ale te trzy książki razem to obraz Polski, która “jaka jest, każdy widzi”. I, niestety, widzi tak samo.

Wszystkie te trzy powieści przeczytałam w miarę w jednym czasie, w takim, że wciąż jeszcze pamiętam poprzednie, gdy czytam następne. Doplątują mi się tu zresztą jeszcze dwie berlińskie powieści Magdy Parys, Tunel i Magik, ale pomijam je tu, mimo wszelkich podobieństw stylistycznych, bo Parys pisze jednak głównie o Berlinie, a Zakopane wymazane Wzgórze Psów zatrzymało mnie swą polskością. Czytam te książki, a w nich “Polska właśnie”, ta nasza dzisiejsza, pokręcona, wydobywająca się z Komuny, niemal już zapomnianej, pokiereszowana w procesach transformacji, a teraz zalewana od góry słodko-patetyczną breją religijnego patriotyzmu. W tym świecie zbrodnia jest na porządku dziennym, przerasta wszystko jak korzenie paprotki ziemię w za małej doniczce, uczciwy okazuje się mordercą, a gwałciciel maminsynkiem. To prowincjonalna Polska, która wypełzła na powierzchnię i zalała cały kraj. Zakopane wymazane Wzgórze Psów to pisowska rzeczywistość, świat którego się już nigdy nie pozbędziemy.

Wszyscy mówią zdeprawowanym językiem nabożnych przekleństw i to jeszcze jest chwyt stylistyczny: “kurwajebanaspierdaklajchujciwdupęomatkoboskanamiłośćboską…” Ale autorzy tej jednej wielkiej powieści piszą swą historię z błędami i niegramatycznie, i nie jest to chwyt stylistyczny, tylko lekceważenie prawideł gramatyki, gdzie nie ma już znaczenia rozróżnienie gdzie i dokąd i nie wiadomo dokąd ono nas zaprowadzi. Zapewne tam, gdzie wszystko można sobie wziąść, ubrania się ubiera, a światło włancza.

Nawet zbrodnie w tym jednolitym świecie są jednolite, ktoś wrzucony do ciemnej piwnicy w Zakopanem, w Wymazanym tonie w bagnie, a na Wzgórzu Psów z tych bagien i ze tej ciemnicy wypełza, w zakrwawionych zębach przeżuwając ludzkie mięso. Polskie zbrodnie pod koniec drugiego dziesięciolecia Trzeciego Tysiąclecia są zarazem okrutne, jakby je Mankell wymyślił, ale równocześnie prymitywne. Więźniów się trzyma w norach i jamach, ale traktuje się ich jakimiś laserowymi blasterami. To nie jest prawdziwy świat, to gra z użyciem klocków lego, gdzie nic nie ma znaczenia, bo wszystko można, nikogo nic tak naprawdę nie boli, i nikt nie umiera na serio, bo nigdy naprawdę nie żył. A zresztą można mieć dwa a nawet trzy życia.

Czytam trzecią książkę z tej serii (choć oczywiście nie jest to seria zamierzona, wręcz przeciwnie) i przestaję rozumieć sama siebie. Pierwszą powieścią byłam zachwycona, drugą naprawdę szczerze pochwaliłam, a przy trzeciej skóra mi się jeży na grzbiecie jak zezłoszczonej kotce. Wiem, rozpoznaję znakomicie intencje autorów. Wiem, są po naszej stronie, po stronie demokracji, wartości międzyludzkich i całego tego jazzu. Chcieli dać krzywy i przerysowany obraz Polski, po to, żebyśmy w tym krzywym lustrze zobaczyli, jaka ta Polska jest. Stanęli mentalnie po naszej stronie, to ich pisarski czarny protest i ćwierćmilionowy przemarsz po polskich drogach, a w rękach trzymają parasolki, to ich prorocze i upiorne krakanie pod czarnymi chmurami… Wiem to, doceniam, i nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść homogenicznej jedności tych trzech książek, tej prowincji małych ludzi i minimalnych potrzeb, która zalała Polskę czarnym szlamem uniformizacji. Bo w momencie, gdy czytam, jestem jeszcze przynajmniej ja, niezależnie myśląca czytelniczka, ale gdy zamknę okładkę kolejnej książki, ja znikam, a pod tą okładką kłębi się robactwo. To, co Koperski, Witkowski i Żulczyk stworzyli, to Polska jako dziura, w której przez dwa lata przetrzymywano Krzysztofa Olewnika. Zresztą to nie tylko oni, zapowiedź tego krwiożerstwa była już u Parys, u Tokarczuk, u Krajewskiego. Nie sięgam po Twardocha, nie chcę następnych konfrontacji z wszechobecnym złem.

Proszę Esther Schulz-Goldstein, która jest najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam, żeby mi pomogła uporać się z tym żmutem, który ulokował mi się w gardle i którego nie mogę wypluć, tak jak w dzieciństwie nie mogliśmy ani połknąć ani wypluć strasznej guli przeżutego mięsa…

Opowiadam jej i opowiadam. “Ach”, kiwa głową, i dorzuca polano do kominka. Jutro Wielkanoc, jest zimno jak w lutym. “To druga głowa rzymskiego Janusa. To nie jest prawdziwa Polska, to tylko odpowiedź na propagandę PiS. PiS prowadzi politykę regresji, ucieczki od normalności i od norm XXI wieku, wraca do świata sprzed stu i dwustu lat, w którym każda klęska jest tym bardziej zwycięstwem im bardziej jest krwawą przegraną, jest w stanie przekuć każdy krok wstecz w postęp. Jest żywym przypomnieniem, że stare więzi międzyludzkie wciąż jeszcze istnieją. PiS tworzy homogeniczny świat regresyjnych wartości, świat, który obiecuje bezpieczeństwo, dobrobyt i stabilizację pod warunkiem przyjęcia wspólnej z przywódcą ideologii. Ci twoi pisarze, zasadniczo oponenci, aby się przeciwstawić temu, co oferuje propaganda, nie tworzą innego świata, lecz kreują równie homogeniczny świat na opak. I jeśli świat PiSu opiera się na zakłamaniu, przeinaczaniu prawdy i nienawiści, to jego lustrzane odbicie też musi takie być. PiS pożera państwo, a intelektualista, który chce to opisać i przed tym przestrzec, nie jest w stanie uniknąć tego, że i on stworzy świat tych, którzy pożerają własne mięso.”

3. Mai – Tag der Pressefreiheit

Wortgewalten — Hans von Held                             Siła słowa — Hans von Held

Ein aufgeklärter Staatsdiener zwischen Preußen und Polen
Oświecony urzędnik między Polską a Prusami

Ausstellungseröffnung

Samstag, 5. Mai 2018, 15 Uhr
Schloss Caputh — Saal im Westlichen Erweiterungsflügel
Straße der Einheit 2, 14548 Schwielowsee

Die Verfolgung und Inhaftierung von Journalisten und Publizisten aufgrund kritischer Berichterstattung ist in vielen Ländern der Welt auch heute ein hochaktuelles Thema. An diese Problematik wird jährlich am 3. Mai mit dem Tag der Pressefreiheit erinnert.

Als ein früher Vorläufer für den Kampf um Meinungsfreiheit, der für die gerechte Sache Strafversetzungen und selbst Festungshaft in Kauf nahm, kann der preußische Beamte Hans von Held (1764—1842) angesehen werden. Wegen seiner politischen Schriften zählte er in seiner Zeit zu den bekanntesten Persönlichkeiten der Spätaufklärung in Preußen. Berüchtigt war er vor allem durch seine Anklagen gegen die preußische Staatsverwaltung Ende des 18. Jahrhunderts und seine öffentliche Kritik am preußischen Vorgehen nach der Zweiten und Dritten Teilung Polens (1793/1795).

Der in Schlesien geborene Hans von Held studierte an den Universitäten Frankfurt an der Oder, Halle an der Saale und Helmstedt Rechts- und Staatswissenschaften. Zunächst als Sekretär der niederschlesischen Akzise- und Zolldirektion in Glogau/Głogów und Küstrin/Kostrzyn tätig, wurde er 1793 nach Posen/Poznań versetzt, in das nach der Zweiten Teilung Polens zu Preußen geschlagene Gebiet.

Als Zollrat der neuen Provinz Südpreußen war er mit der Korruption unter hohen Beamten, der Bereicherung des Adels und Ausbeutung der Bevölkerung konfrontiert. Von der Gedankenwelt der Aufklärung beeinflusst und von den Ereignissen der Französischen Revolution beflügelt, setzte sich Held für Gleichheit, Freiheit und Gerechtigkeit ein. Er machte die Missstände in einem schwarzgebundenen Buch publik, das als »Schwarzbuch« bekannt wurde.

Vor dem Hintergrund der Französischen Revolution und der polnischen Aufstände in den Teilungsgebieten war der preußische König bemüht, kritische Stimmen zu unterdrücken. Anstatt Helds Vorwürfe untersuchen zu lassen, ordnete er dessen Strafversetzung an. Helds publizistischer Kampf, den er von Brandenburg an der Havel und Berlin aus fortsetzte, endete schließlich mit Festungshaft in Kolberg, heute Kołobrzeg.

Neben dem Wirken von Hans von Held wird auch das konfliktreiche Verhältnis zwischen Preußen und Polen-Litauen sowie die Entwicklung in den neuen preußischen Provinzen dargestellt.

Die zweisprachige (deutsch-polnische) Wanderausstellung und ein dazugehöriges Begleitbuch vermitteln anhand der Lebensgeschichte von Hans von Held ein lebendiges Bild der Geschichte Ostmitteleuropas in den Jahrzehnten um 1800.

Die Ausstellung Wortgewalten. Hans von Held. Ein aufgeklärter Staatsdiener zwischen Preußen und Polen wurde von Anna Joisten und Prof. Dr. Joachim Bahlcke vom Historischen Institut der Universität Stuttgart in Zusammenarbeit mit dem Deutschen Kulturforum östliches Europa realisiert und wird vom Deutschen Kulturforum östliches Europa in Kooperation mit der Stiftung Preußische Schlösser und Gärten Berlin-Brandenburg im Schloss Caputh gezeigt.

Musikalisch wird die Eröffnung von Meriel Price (Saxophon) umrahmt.

Zur Ausstellung ist eine gleichnamige Publikation erschienen.
Dauer der Ausstellung
6. Mai bis 15. Juli 2018

Öffnungszeiten
Dienstag bis Sonntag von 10 bis 17:30 Uhr

Stuart 45

It’s not simple to say
That most days I don’t recognize me
That these shoes and this apron
That place and its patrons
Have taken more than I gave them
It’s not easy to know
I’m not anything like I used be, although it’s true
I was never attention’s sweet center
I still remember that girl

Niełatwo przyznać się
Że przez większość czasu sama siebie nie poznaję
Te buty, ten fartuch
To miejsce i ci ludzie tutaj,
Zabrali mi więcej niż dali
Niełatwo zdać sobie sprawę
Że już nie jestem tą osobą co kiedyś
Lecz tak właśnie jest
I choć nigdy nie byłam ważną osobą
Wciąż jeszcze pamiętam tę dziewczynkę

Sarah Bailles, She used to be mine

Joanna Trümner

Spotkanie

Podczas tygodni spędzonych w Walton Stuartowi cały czas towarzyszyło uczucie obcości. „To już nie jest moje życie”, myślał, chodząc ulicami rodzinnego miasta. Czasami zdarzało mu się spotkać kolegę ze szkoły lub sąsiada. Krótkie, powierzchowne rozmowy uświadamiały mu, jak bardzo oddalił się od ludzi wśród których spędził dzieciństwo. W kilka dni po przylocie do Walton równie przypadkowo spotkał na plaży swojego najlepszego przyjaciela z czasów szkolnych, Toma. Umówili się na wieczór w pubie. O siódmej popijali pierwsze piwo, w pół godziny później Stuart zaczął ukradkiem spoglądać na zegarek. Powoli kończyły się zdania „A pamiętasz jak..” i zaczęło im brakować tematów. Przysłuchując się słowom Toma, prowadzącego rodzinną piekarnię ojca dwójki dzieci, Stuart myślał o tym, że jego były przyjaciel jest przecież szczęśliwym człowiekiem. Człowiekiem, który nigdy nie chciał porzucić bezpieczeństwa i przewidywalności życia w Walton. Po dwóch godzinach pożegnali się. Na rozstanie Tom zaproponował bez przekonania „Może kiedyś do nas wpadniesz?” Z tonu zaproszenia widać było, że i on zrozumiał, że czas zmienił dwóch nierozłącznych, bawiących się godzinami na plaży chłopców w obcych ludzi.

W kilka dni później matka umarła. Po telefonie ze szpitala Stuart poczuł ulgę. „Jak dobrze, że nie musi się już dłużej męczyć”, pomyślał. W godzinę później stał przy pustym łóżku w szpitalnym pokoju i opróżniał szafkę, zbierając do torby ostatnie używane przez nią przedmiot. Z zaskoczeniem znalazł wśród nich różaniec. „Przecież ona sobie nic nigdy nie robiła z wiary”, pomyślał. Długo jeszcze stał przy łóżku i pocierając w palcach drewniane paciorki zastanawiał się, ilu jeszcze nieznanych, zaskakujących rzeczy dowie się o najbliższej osobie. „Śmierć pozbawia nas wszelkiej prywatności”, skonstatował, opuszczając szpital.

Kolejnych kilka dni minęło na załatwianiu formalności związanych z pogrzebem i porządkowaniu osobistych przedmiotów matki. Kate i Stuart przeglądali dokumenty, książki i albumy ze zdjęciami. Trzy grube, oprawione w skórę albumy opatrzone były napisami: Eve, Stuart, Kate i opowiadały historię ich dzieciństwa. Wiele zdjęć w jego albumie przypominało wydarzenia, których on sam wcale nie pamiętał. Na zdjęciu z datą 10 maja 1957 roku siedzący przy stole chłopiec patrzył prosto w kamerę z wyraźnym poczuciem winy w oczach. „Dzień pierwszych wagarów”, komentował podpis pod zdjęciem. Na kolejnym zdjęciu Stuart siedział w grupie kolegów przy ognisku na plaży i kurczowo trzymał w rękach gitarę. Wpatrując się w zdjęcie długo próbował wygrzebać z pamięci imiona najbliższych kolegów z czasów dzieciństwa. „Jego album kończył się fotografią z lotniska w Londynie zrobioną w dzień jego odlotu do Australii, skomentowaną słowami: „Na zawsze?”

Napisy pod zdjęciami w albumie Kate były równie zaskakujące i świadczyły o tym, jak uważnie matka obserwowała życie swoich dzieci. Na jednej z fotografii zatopiona w książce dwunastoletnia dziewczynka, w której bez trudu Kate rozpoznała siebie, otrzymuje od matki radę „Życie tak nie wygląda”. Jedną z ostatnich fotografii w jej albumie było wyjątkowo niekorzystne zdjęcie Waltera z komentarzem „Wielka miłość?” „Nie wiedziałam, że ona potrafiła dostrzec tyle rzeczy. A ja zawsze myślałam, że się nami wcale nie interesuje”, powiedziała Kate, odkładając swój album na bok. „Chciałam przy Walterze po prostu odpocząć po idiotach, z którymi przeszłam piekło”, dodała czerwieniąc się. „Zachowuje się tak, jakby tłumaczyła się przed matką”, pomyślał Stuart.

W chwilę później zaczęli oglądać album Eve. Ich uwagę przykuła fotografia siostry z Williamem, młodej pary stojącej przed weselnym tortem. Eve miała zamyślony, zrezygnowany wyraz twarzy, co matka skomentowała słowami „Po co?”

W sypialni znaleźli też pamiętnik matki. Przez chwilę w milczeniu zastanawiali się, czy mają prawo przeczytać jej wspomnienia. Stuart jako pierwszy przerwał milczenie „Może w końcu dowiemy się czegoś o dziadkach”, powiedział, widząc, że siostra waha się i nie może się zdecydować, by odłożyć pamiętnik na stertę rzeczy przeznaczonych do wywiezienia na śmieci. „Na pewno by nie chciała, żebyśmy grzebali w jej prywatnych sprawach”, powiedziała Kate bez przekonania. Długo patrzyli na siebie w milczeniu, bijąc się z myślami. Stuart nagle poczuł, że dociera do niego wielkie zmęczenie ostatnich, intensywnych tygodn. Wiedział, że brakuje mu siły na dalsze emocjonalne wstrząsy. Zadecydowali, że Kate zabierze pamiętnik do Berlina i że przeczytają go przy następnym spotkaniu.

W kilka dni po pogrzebie udało im się załatwić sprawy związane z likwidacją rodzinnego domu. Przedłużyli umowę na wynajem pubu o dziesięć lat i poprosili Nata o pomoc w przygotowaniu mieszkania do wynajęcia. Założyli wspólne konto w banku, na które odtąd miał wpływać czynsz.

W kilka dni po pogrzebie Stuart czekał na lot powrotny do Sydney. „Jak dobrze, że wszystko udało nam się załatwić”, myślał. Nie mógł się doczekać powrotu do domu. Do odlotu pozstała jeszcze ponad godzina. „To zabijanie czasu jest najgorszą stroną podróży”, myślał przyglądając się otaczającym go ludziom. W jego terminalu czekali na odlot pasażerowie z sześciu samolotów. Na widok kobiety trzymającej za rękę kilkuletniego chłopca zaniemiał. „To niemożliwe”, pomyślał i podszedł bliżej, żeby się upewnić, że się nie myli.

Nie mylił się jednak. To była Ann, jego pierwsza miłość. Stuart schował się za plecami stojącego przed nim nieznanego mężczyzny i czekał, aż usłyszy jej głos. „Norman”, zwróciła się do dziecka „chodź, musimy się pospieszyć z pójściem do toalety, zaraz wywołają nasz samolot”. Tak, to był jej głos, to na pewno była ona. Ta ubrana w elegancką sukienkę kobieta z nienagannym makijażem, która miała w sobie coś obcego i nieznanego, to była jego była dziewczyna. Po chwili wahania postanowił do niej podejść. Ann też go poznała. „Dawno się nie widzieliśmy”, powiedział Stuart, nie wiedząc jak zacząć rozmowę. „Ponad dziesięć lat”, odpowiedziała z uśmiechem. „To mój syn, Norman”, powiedziała. Chłopiec ciągnął matkę za rękę, jakby był zazdrosny o nieznajomego. Może zrozumiał, że ten spotkany przypadkiem mężczyzna odgrywał kiedyś bardzo ważną rolę w życiu jego matki. „Lecimy do męża do Bostonu”, pżowiedziała Ann, „dostał pracę w dużej kancelarii adwokackiej. Zawsze chcieliśmy przez kilka lat pomieszkać za granicą”.

Stuart uważnie przysłuchiwał się temu, co mówi Ann. Zaskoczył go jej sposób opowiadania, to że większość zdań zaczynała od „my”. Ta nowa, nieznana Ann, wydała mu się egzaltowana, drażniła go i była mu obca. „Zamiast Yeatsa czytasz teraz przepisy kucharskie i rady na temat wychowywania dzieci”, pomyślał. Czas długich nocy w jego mieszkaniu na Greenwich, niekończące się rozmowy o sensie życia i deszczowe dni spędzone na czytaniu poezji w łóżku były zamierzchłą przeszłością. Chwię milczenia przerwał Norman. „Chodźmy już mamo”. „Powiedz mi jeszcze tylko, co porabia twój brat?”, zapytał Stuart. „To długa historia, Ian skończył kolejną kurację odwykową i chce wracać do Sydney. Myśli, że tam wszystko będzie inaczej. Niestety, już wiele razy tak myślał. Szczerze mówiąc my z mężem nie mamy z nim kontaktu”, dodała z westchnienem. „Naprawdę muszę już iść”, dodała. „Na pewno się jeszcze kiedyś spotkamy”, powiedziała podając mu rękę.

W kilka minut później Stuart siedział na ławce i przyglądał się wsiadającym do samolotu do Bostonu pasażerom. Ann pomachała mu na pożegnanie. Uśmiechnął się i myślał o tym, że ta inna, nowa Ann nie jest kobietą, z którą chciałby się znowu spotkać.

Myślał też o Ianie, przystojnym, wykształconym mężczyźnie z zamożnego domu, który zniszczył wszystkie otrzymane od życia szanse. Pomyślał o Benie, skromnym mężczyźnie ze skromnej rodziny, który wynajął od nich ich rodzinny pub, a po śmierci matki zaproponował nawet, że odkupi od nich i pub, i znajdujące się nad nim mieszkanie.

Cdn.

Szopa w salonie 25

Łukasz Szopa

Eko jest eko – wystarczy policzyć

Wielu z nas – nie tylko podczas zakupów – wpada w oko (a i do koszyka) coś o nazwie „eko…“ – ekologiczny serek, ekologiczna bluzka, ekologiczna karma dla kotów, ekologiczny węgiel do grilla…,  czy w formie reklamy do skrzynki pocztowej (realnej lub elektronicznej): ekologiczny prąd, ekologiczny urlop, ekologiczny samochód, ekologiczny bank itp. (Czekam z utęsknieniem na następne wynalazki, jak „ekologiczne prezerwatywy“, „ekologiczny granat“ czy „ekologiczna reklama ekologicznych produktów“). Ponoć nawet pieniądz może być ekologiczny, choć nie zawsze: taki bitcoin okazuje się gorszy dla środowiska niż produkcja i transport banknotów i monet, gdyż w międzyczasie „produkcja“ bitcoina – do czego potrzeba masy operacji kalkulacyjnych masy komputerów – z uwagi na zużywaną energię wcale nie jest taka „eko“.

A że o pieniądzach i kwestiach materialnych (choć nic bardziej arcy-materialnego niż produkty „eko“!), czy też gospodarczych tu sobie dywaguję, to pójdźmy jeszcze o krok dalej. Pewnie nieraz już niejeden z nas zauważył powinowactwo językowe dwóch „eko“ – „ekologiczny“ i „ekonomiczny“.

Gdyby rzucić tylko jednym, tym powierzchownym, okiem na „obszary językowe“ obu eko, wydawać by się mogło, że to przeciwieństwa, tym bardziej, jeśli posłuchać promujących, każdy „swoje“ eko, z jednej strony aktywistów ochrony środowiska, z drugiej – speców od reklamy i profesorów wolnorynkowych. Wbrew pozorom, ich język i prezentacja są jednak często podobne – wysoce emocjonalne, słabo argumentowane, po prostu ideologiczne czy wręcz demagogiczne. O tym, że niejeden „zielony“ nie potrafi inaczej, pewnie wiemy, a o tym, że z argumentami i rzeczowością słabo również wśród „głośnych“ ekonomów i „panów od gospodarki“ – już kilka razy wspominałem.

A szkoda, bo… w sumie obie strony mają rację. Gdyby się trochę zastanowić, a w dodatku – policzyć.

Gdyż to, co „eko(logiczne)“ prawie zawsze jest też jak najbardziej „eko(nomiczne)“. Kilka przykładów:

Gdy do podróży, czy też do produkcji czegoś tam, czy to do ogrzania domu potrzebuję mniej surowca, to jest to lepsze i dla środowiska, i dla mojej kieszeni.

Gdy jem żywność, która zawiera jak najmniej sztucznych dodatków, konserwantów, farbników i innej chemii (oby tylko chemii!!!) – to i taniej to wyprodukować, i lepiej dla mojego zdrowia.

Gdy nie trujemy wspólnego powietrza świństwami z pieców i ciepłowni, jak i samochodów i samolotów – to pozytywnie wpływa na nasze zdrowie, na turystykę, a nawet zapobiega (lub zmniejsza ryzyko) zmian klimatycznych i wiążących się z nimi katastrof jak powodzie, susze, huragany.

Gdy nie sypiemy trucizn na pola – to nie tylko wszystko lepiej smakuje i dobre dla zdrowia, ale i nie zabijamy powoli nas samych i także masy ptaków, owadów i innych żyjątek. A właśnie dzięki nim – darmowa ich praca! – możliwe jest efektywne zapylanie kwiatów na polach, równowaga biochemiczna gleby itp.

Tak więc nie chodzi tu o jakąś „miłość do mleka prosto od krowy“ czy „sympatię do pszczół i świnek nie zatrutych glyphosatem czy antybiotykami“ – chodzi o kasę, czysto ekonomiczną efektywność związaną z kosztami.

Problem „jedynie“ w tym, że niektórym jakoś nie chce się liczyć…

Podałem już przykład z pszczołami – ich zanik to nie tylko straty gatunku, ale setki miliardów strat w rolnictwie, rocznie! A „oszczędności“ czy „większe efekty“ z używania chemii były widoczne tylko z początku, gdy nikt nie pomyślał jakoś o tym, że „środki owadobójcze“ są właśnie tym o czym mówi ich nazwa – i że konsekwencje mogą być bolesne.

Inne przykłady ekonomicznej krótkowzroczności w rolnictwie to niby „tańsze“ modele monokultury, wycinka drzew między polami („bo łatwiej ciągnikiem jeździć!“), zatrucia wód gruntowych i tak dalej.

Podobnie z żywnością i jej produkcją: faszerowanie świnek i kurcząt antybiotykami okazuje się zgubne w skutkach i dla zwierząt, i dla jedzących je ludzi – a to z kolei koszty zdrowia, czyli opieki zdrowotnej, których jakoś nikt nie ma ochoty zestawić z kosztami produkcji żywności.

Z paliwami czy plastikiem podobnie: gdyby wliczyć koszta wydatków na zdrowie, zniszczone „tańszą“ produkcją czy energią (plastiki w rybach, chemia w roślinach, owadach i zwierzętach, smog i inne świństwa w powietrzu i wodzie pitnej) – to wyszłoby na to, że najtaniej jednak trzymać własne zwierzęta za domem. Wiem, to przesada, ale gdy wliczymy „zysk ekologiczny“ z lokalnej produkcji, do tego oszczędności w zmniejszeniu odległościach transportowych (znowu: produkcja ciężarówek, samolotów i statków, koszty wydobycia i spalania energii) – to wyjdzie nam, że najbardziej ekonomiczną bo ekologiczną formą produkcji i konsumpcji jest „kupuj z regionu“.

No i ostatni przykład, gdzie komuś z ekonomistów czy ekspertów jakoś nie chciało się liczyć: energia atomowa. W wielu krajach, nie tylko Polsce, nadal uważa się, że to „obecnie“ najtańsze i równocześnie wyjątkowo „nieszkodliwe dla środowiska“ źródło energii, że owszem, „coś tam trzeba będzie z tymi odpadami zrobić, kiedyś…“.

To ja się zapytam: Kto i ile zapłacił i zapłaci (o ile to policzone!) za wszystkie koszta (zdrowie ludzi, straty finansowe, opuszczenie całych gmin i regionów, spadek wartości nieruchomości itp.) wypadków jak Czarnobyl czy Fukushima? A że to tylko dwa przypadki, nic powszechnego, wyjątki? Okej, to dlaczego jakoś żadna firma obsługująca energie atomowe na świecie nie ma umowy na ubezpieczenie „od wszelkich kosztów wypadków produkcji“? (Ja jako informatyk n.p. opłacam ubezpieczenie od możliwych konsekwencji mojej pracy). Ano, bo żadna firma ubezpieczeniowa nie weszłaby w taki deal – albo nałożyła by takie koszta składki, że prowadzenie elektrowni atomowych okazałoby się za kosztowne.

Albo w takich niby bezpiecznych politycznie i tektonicznie Niemczech czy Francji: Kto płaci za magazynowanie (i szukanie magazynu „ostatecznego“) odpadów radioaktywnych? Nawet jeśli cudem okazałoby się, że – inaczej niż w magazynującej kopalni w Asse – wszystkie beczki szczelnie zamknięte i nic nie przenika do wód gruntowych?

A kto przez dziesięciolecia dotował dziesiątkami milardów badania i rozwój energii nuklearnej, czy czasem nie państwo?

No więc, gdyby wliczyć do kosztów produkcji energii atomowej wszystkie te trzy koszta: badania i rozwój, magazynowanie, ubezpieczenie od kosztów wypadków – to nigdy w życiu „atom“ nie będzie tańszy od słońca, wody, wiatru, a tym bardziej węgla. Choć tutaj też warto by obliczyć jego cenę podobnie jak „atomu“. I stałoby się jasne, że odnawialne źródła energii są nie tylko najbardziej ekologiczne – ale i ekonomiczne. Choć dodam na koniec banał: że najtańsza energia to ta, której nie  zużywamy, a najbardziej ekonomiczna żywność to nie tylko ta„za rogiem“, i to najlepiej „bezmięsna“, ale i ta, której sobie oszczędzimy.

Barataria 63: Wyspa marzeń

Ewa Maria Slaska

Śmierć Don Kichota – opera

Muzyka: Jules Massenet

Libretto: Henri Cain
w oparciu o sztukę Jacques’a Le Lorrain Le Chevalier de la longe figure (Rycerz długiej postaci, 1904)

Premiera: 19 lutego 1910 w Monte Carlo

Opera w pięciu aktach. Akcja rozgrywa się w Hiszpanii w XVI w.

Litografia George Rochgrosse’a, wykonana w roku 1911 z okazji premiery sztuki w Teatrze Rozrywki w Paryżu  

Akt I
Do jednego z hiszpańskich miasteczek, w którym trwa właśnie huczna zabawa, przybywa Don Kichot. Owacyjnie witany przez tłum, opowiada o swoich ostatnich przygodach. Zazdrosny o znajdującą się wśród słuchaczy Dulcyneę, młody Juan wyzywa go na pojedynek. Dziewczyna przerywa jednak walkę. Don Kichot w wyszukanych słowach prosi piękną dziewczynę o rękę. Znana z dość swobodnych obyczajów Dulcynea, pół żartem pół serio przyjmuje jego oświadczyny. Stawia mu jednak warunek. Ma odzyskać zrabowane jej przez zbójców klejnoty.

Akt II
Don Kichot wyrusza więc na poszukiwanie szajki zbirów. Jego wierny sługa, Sancho Pansa, ceniący spokój i wygody, wciąż uskarża się na swój los. W drodze spotykają ich nieprawdopodobne przygody. Niezwykłych cech przydaje im bujna wyobraźnia rycerza. Stada świń i owiec bierze on za szeregi nieprzyjaciół. Stojące na wzgórzu wiatraki stają się w jego umyśle groźnymi olbrzymami. Stacza z nimi wyimaginowaną potyczkę i zostaje boleśnie potłuczony uderzeniami obracających się skrzydeł.

Akt III
Po długiej wędrówce Don Kichot natrafia na zbójów w dzikich wąwozach gór Sierra Morena. Zostaje przez nich pojmany i skrępowany. Jednak jego bohaterska postawa tak imponuje rozbójnikom, że postanawiają puścić go wolno, a nawet zwrócić zrabowane Dulcynei klejnoty.

Akt IV
Don Kichot wraca do ukochanej, wprawiając ją w osłupienie. Wzruszony, ponownie prosi o jej rękę, ale dziewczyna odmawia. Widząc jego przygnębienie, opowiada mu szczerze o swoim życiu. Choć wielkoduszny Don Kichot wybacza jej, jest tymi wyznaniami zdruzgotany. Dobry Sancho namawia go, żeby ponownie wyruszył w świat – tym razem na poszukiwanie krainy, w której ludzie są lepsi i szlachetniejsi.

Akt V
Szokujące wyznania ukochanej kobiety podkopują optymizm Don Kichota i niszczą jego siły fizyczne. Odwrócony od świata, umiera w końcu na pustkowiu, w towarzystwie wiernego Sancha Pansy. W przedśmiertnej wizji widzi jeszcze wyidealizowaną postać swojej wybranki – na jego twarzy pojawia się ostatni uśmiech.

(Streszczenie libretta według “Przewodnika operowego” J. Kańskiego)


Ciekawe, że w niemieckim opisie opery czytamy coś zupełnie innego. Po niemiecku rzecz dzieje się w średniowiecznej Hiszpanii, podczas gdy polski autor zakłada, że jest to Hiszpania renesansowa. Po polsku w akcie I w miasteczku odbywa się fiesta, po niemiecku – czterech zalotników Dulcynei śpiewa dla niej serenadę. Polskie klejnoty Dulcynei (niemieckie perły) porywa tam szajka, tu zaś jeden, ale za to słynny zbój. Don Kichot nie prosi o rękę Dulcynei, jeno ofiarowuje jej zamek. I tak dalej…

Lucien Fugère 1910 w roli Sancho Pansy

Tym niemniej opis niemiecki bardziej niż polski wiąże się z naszymi wędrówkami w poszukiwaniu Baratarii, bo oto w akcie IV, gdy Pan i Giermek przybywają do miasteczka, przywożąc Dulcynei jej stracony naszyjnik, Sancho Pansa upomina się o swą obiecaną wyspę. W akcie V umierający Don Kichot przypomina sobie o swych niewypełnionych zobowiązaniach i obiecuje Giermkowi wyspę… Wyspę Marzeń.

ACTE CINQUIÈME

2me Interlude

Rideau
Dans le chemin raviné de la vieille forêt.

C’est la nuit, une nuit étoilée très claire.
Jupiter brille dans tout son éclat.
Don Quichotte repose, debout contre le tronc d’un chêne.
Sancho le veille comme un enfant; il attise un feu de sarments qui réchauffera son “Grand.”

SANCHO
avec simplicité, attendrissement et ferveur
O mon maître, ô mon Grand! dans des splendeurs de songe
Que ton âme s’élève aux cieux loin du mensonge,
Et que ton coeur si doux plane dans les clartés,
Où tout ce qu’il rêva devient réalité!
O mon maître! ô mon grand!

DON QUICHOTTE
Écoute… mon ami, je me sens bien malade!
Mets ton bras sous mon cou,
Sois l’ultime soutien
De celui qui pansa l’humanité souffrante…
Et survécut à la Chevalerie Errante?

SANCHO
comme un murmure
Mon maître!

DON QUICHOTTE
Sancho, mon bon Sancho, nous allons nous quitter…
Ingrat, vas-tu me regretter?
avec une intimité attendrissante
Déjà… tes yeux… revoient le village… où tu fus enfant…
Et te voici rêvant? aux bois mystérieux? de la terre natale!

SANCHO
désolé
Non! non!

DON QUICHOTTE
avec une infinie douceur
Mais, mon pauvret, c’est la chose fatale!
avec un pâle sourire
Tu n’es qu’un homme enfin, tu veux vivre?
Et je meurs…

SANCHO
larmoyant
Mon maître! mon maître!

DON QUICHOTTE
fièrement et simplement; en suprême et sublime effort se redressant
Oui! je fus le chef des bons semeurs!
J’ai lutté pour le bien, j’ai fait la bonne guerre! ah!
Il étouffe. Don Quichotte retrouve la parole.
Sancho, je t’ai promis naguère… des coteaux…
Des châteaux… même une île… fertile…

SANCHO
très doux et modeste
C’était un simple îlot que je voulais avoir!

DON QUICHOTTE
continuant et souriant
Prends cette île qu’il est toujours en mon pouvoir
De te donner!
dolcissimo
Un flot azuré bat ses grèves…
Elle est belle, plaisante? et c’est l’île des Rêves!
Sancho pleure.
émotionnant et simple

Ne pleure pas Sancho, mon bon, mon gros Sancho!

SANCHO
Laissez-vous délacer; comme dans un cachot,
Vous étouffez, mon grand, dans cet habit d’apôtre!

DON QUICHOTTE
arrêtant le geste de Sancho et très grave, très pieusement doux
Je meurs…
Fais ta prière et dis la patenôtre?
Il baise la tête et défaille. Sancho, avec précaution, le cale contre l’arbre.
désignant Jupiter à qui il tend les bras.

L’Étoile!

LE VOIX de DULCINÉE
très au loin
Ah! le temps d’amour a fui…
Où vont nos bonheurs? adieu! bonheurs! adieu!

DON QUICHOTTE
Dulcinée! avec l’astre éclatant
Elle s’est confondue…
C’est bien elle!
La lumière, l’amour, la jeunesse…
Elle! Vers qui je vais? qui me fait signe? qui m’attend!

Il meurt.

SANCHO
dans un cri déchirant
Mon Maître adoré!

Zakończenie opery, ostatnia rozmowa Pana i Giermka, od 6 minuty 38 sekundy obaj mówią o wyspie. Partię Don Kichota śpiewa Mikołaj Giaurow.

Wir alle altern…

Ewa Maria Slaska

und die Kunst ist, dabei interessant auszusehen

Wir alle altern im Laufe unseres Lebens. Man ist trotzdem versucht, den Prozess zu verlangsamen, dass das Altern so sanft wie möglich vonstatten geht, dass man auch im fortgeschrittenen Alter gut aussieht und sich wohl und fit fühlt. Es gibt Tausende Ratschläge, wie dies zu erreichen wäre. Man behauptet, dass Menschen mit festen Tagesabläufen und Ritualen, die sich in ihrem leben sicher und geborgen fühlen, länger und besser leben. Mag sein, dennoch besteht in der Routine auch die Gefahr der Langenweile. Es soll also ratsam sein, täglich ein paar Sachen anders zu machen als gewöhnlich. Zum Beispiel Zähne mit links putzen, wenn man dazu gewöhnlich immer die rechte Hand benutzt. Auch mag sein. Aber ist Zähneputzen genügend Abwechslung, um uns jung zu halten?

Eine der schönsten Theorie, die ich diesbezüglich fand, fand ich ausgerechnet in einem Warteraum eines Krankenhaus, wo ich wegen Diagnose, Behandlung, OP-Termin und dergleichen stundenlang sitzen müsste. Unter den obligatorischen Stapel der vom Lesezirkel der Ärzte angebotenen Zeitschriften, die sich zwischen Gala und Spiegel bewegen, die allesamt nach ein paar Stunden durchblättern langweilen (Lebbensverkürzung!), als ich schon weder mein Handy noch mein mitgebrachtes Buch ausstehen konnte, fand ich eine wunderbare originelle nie gesehene anziehende Glanzzeitschrift aus Berlin mit so einem Coverbild, dass ich fast umgefallen bin von Entzücken. Es war Clique, Das Magazin im Süden Berlins, eine Zeitschrift herausgegebener von einer Gruppe… Hier gerate ich im Zweifeln, weil ich weder vom Magazin, noch von der Internetseite, noch vom Fanpage auf dem Facebook, klug bin, was für Menschen sind es, die sich in dieser Clique vor genau 10 Jahren zusammen gemacht haben. Ältere, Wohlhabende, Interessierte, Gleichgesinnte…? Solche, die ihr Interesse für gutes Altern, sich in eine originelle Weise ausdrückt? Weiss ich nicht, aber egal… mir geht es nicht um sie, sondern zuerst nur um dieses Bild:

Es ist die Nummer 1/2018 erschienen am 8. April 2018

Ich schnappe mir gierieg die glänzende Zeitschrift (obowhl ich normalerweise ungern die glänzende Dinge lese, wegen der Ökologie und des Lebensstils, und…). Britt Kanja, lese ich. Keine Ahnung wer Britt Kanja ist. Britt Kanja, eine Elfe… Interview mit einer Elfe. Ich weiss es nicht, gefällt mir dieses Wort “Elfe” oder verabscheue ich es schon. Ist eine alte Frau eine Elfe? Komme ich zurück in die Welt von Anne Shirley aus Avonlea, die ich als junges Mädchen (wie wir alle in kommunistischen Polen) geliebt und auch später sie mir immer wieder in schweren Lebenskrisen zum Trost geholt habe? Oder bin ich angewidert von der Vorstellungen der älteren Frauen mit ihrer coquetten Lächeln als eine Elfe, was ich als Erniedrigung empfinde? Aber ich schiebe meine Zweifeln weg, was will ich? Das Bild ist fantastisch! Diese alte Frau, dieses Kleid, dieser üppige Schmuck, die Handschuhe! Dabei ist dieses Kleid senffarben, eine unglückliche Farbe, die aber in dieser Kombination…

And dann, drinne, im Anmacher des Interviews mit ihr finde ich einen Satz, der mich regelrecht umhaut: Das Aussehen, das gute Look, ist wichtig und verlängert Leben. Bella figura… Das ist sie zweifellos.

Das Aussehen verlängert das Leben. Was für eine Haltung! Dieser Satz, diese Meinung von Britt, bildet den einzigen Sinn dieses Beitrags, der Rest ist nur schöner Schmuck, türkisfarbene Handschuhe zum Senffarbenen Kleid.

Im Interview wird noch ein Foto von Britt Kanja veröffentlicht.

Ein Vogel auf dem Hut! Brrr! Ist er echt? Das Kleid gelb, auch eine Farbe, die en masse und in solcher Schrilligkeit ein Unglück sein kann, aber die Frau ist gemacht, wie selten eine. So viel Mut beim Kleiden haben die sehr junge Cosplayer in Japan, aber eine alte Frau fast nie. Mutig, mutig. Mutig und interessant. Aber tatsächlich coquett. Zu coquett für meine Bedürfnisse.

Jetzt, beim Recherchieren, finde ich, dass Britt Kanja schon immer eine Berliner Elfe genannt wurde. Sie war eine Partygröße des Berliner Nachtlebens und wichtigste Party-Elfe der Stadt, die exzessives Nachtleben mit Champagnerpartys und Tabledancer führte. Ein sozialer Schmetterling, eine Stil-Ikone, eine Legende Berlins. Also jeder weiss, nur ich nicht…

Britt Kanja ist eine der schillernderen Figuren dieses Lebens in Berlin, seitdem sie in den späten achtziger Jahren gemeinsam mit Bob Young die “Tanzstelle” an verschiedenen Orten in Berlin inszenierte, bis sich das Geschehen schließlich im 90 Grad in der Schöneberger Dennewitzstraße etablierte. Britt war nie Mitinhaberin. Eigentlich war das 90 Grad nur als Provisorium gedacht, für drei Monate. Doch dann entwickelte sich der neue Club so heftig, dass schon bald eine Institution daraus wurde. Bob Young hat dem 90 Grad längst den Rücken gekehrt. Vor knapp zwei Jahren haben die beiden Hamburger Nils Heiliger und Frank Schulze-Hagenest den Laden übernommen, lassen Ariane Sommer auf dem Tresen tanzen und Edel-Partys veranstalten. Britt Kanja ist bis heute dem Club treu geblieben und gibt dort allmonatlich die Gastgeberin für Freitags-Partys, die bei Clubgästen die Erinnerungen an das “alte” 90 Grad wach hält.

Schrieb im Tagespiegel Alexander Pajevic zum 50. Geburtstag der Schauspielerin (heute ist sie 67, ein Jahr jünger als ich…)

Sie lebt allein in einer vollgestellten Wohnung voller Putten und Buddhas in Charlottenburg; in ihrem Wohnzimmer mit Kanapee und Chaiselongue ist der Dielenboden gold lackiert. Auch das wohl ein eher ungewöhnliches Ambiente für eine fast Fünfzigjährige – aber auch ein Kennzeichen für ihren ungewöhnlicher Lebensweg.

Und so weiter… Man findet Massenweisse Informationen über sie im Internet…

Und noch etwas zum Ergänzen der Lebensphilosofie von Britt Kanja. Bei dem Rescherchieren finde ich noch eine Regel: Der Lebensstil ist bei dem Ältern wichtiger als Gene!

Wer hätte gedacht, dass schrille Vögel besser dran sein werden als die tüchtige Ameisen!


Komischerweise, wie es in (meinem) Leben oft so ist, finde ich gleich danach auf der Strasse ein Roman Die Begierde nach Wissen (1989) von Margaret Drabble, die wir alle kannten, weil wir alle ihr erstes Buch The Garrick Year (1964) gelesen haben. Und was schreibt die Drabble gerade in der zweiten Szene? Es ist 2. Januar 1987, ein Freitag, ein Feiertag auch. Susie Enderby hat gerade ihr neues Kleid angezogen, eigentlich eine Kombination, was auch immer dieses Wort in der zweiten Hälfte der Achzigern bedeutete:

Heute abend hatte Susie, um sich aufzuheitern, ihre senffarbene Kombination angezogen, aber das hatte sie nicht gerade fröhlicher gestimmt. Sie warf sich hin und wieder, um sich aufzumuntern, einen Blick in den geschickt ausgerichteten dreiteiligen Spiegel über den Kaminsims aus Marmorimitat. (…) Senf war ein schöner Farbton. Und dann dieses trockene, seidene, knisternde Material. Sie strich sich über den Ärmel. Bernstein würde gut zu Senf passen. Das künstliche Kaminfeuer glühte.

Es ist 40 Jahre später. Die Errungenschaften der Menschheit sind nicht mehr künstliche  Kaminsimse und Feuer, sonder künstliche Intelligenz. Und frau wird auf keinen Fall den Bernstein zu Senf tragen, sondern Türkis. Aber sicherlich Imitat, was jetzt Modeschmuck heißt.

PS nach vielen Monaten.
Es ist nicht ausgeschlossen, dass ich Frau Kanja letztens in einem Bus in Schöneberg getroffen habe. Sie war wunderbar smaragd-grün und dunkelblau angezogen und ich wollte sie ansprechen, habe ich mich aber an ihrem Namen nicht erinnert! So ein Pech! Es gehört leider zum Altern…

Sukienka. Zadanie literackie

 Znalazłam zdjęcie. Łódkowato wygięty, pożółkły kartonik. Wydało mi się tak niezwykłe, że poczułam niedosyt – jego prawdziwa treść i historia wydały mi się zbyt banalne (choć przecież wcale nie są). Publikuję je tu, nie kadrując, nie wyostrzając. Proszę Czytelników o dopisanie do niego historii. I proszę koniecznie podać kolor sukni! Ja odgadłam… Lecz jednak nie, nie odgadłam, ale czytajcie dalej…

 

Pierwszy tekst o sukience nadesłała moja włoska kuzynka Maria:

Sukienka

Widziałam sporo podobnych zdjęć, poniewierały się w jakichś kopertach, pudełkach i szufladach; nieuporządkowane, czasami opisane z drugiej strony jakąś datą. Były również negatywy, myślałam żeby zrobić z nich dobre odbitki, ułożyć je w albumie i dać moim rodzicom w prezencie – nie doszło do tego, negatywy przy okazji jakiejś przeprowadzki, jakiegoś remontu znikły, a szkoda, były na nich wspomnienia z imienin, karnawałowych balów, sylwestrów. Były zdjęcia przyjaciół rodziców i ich znajomych, zdjęcia robione przez Dziadka i znajomych, negatywy wywoływane w łazience i również tam robione odbitki – po takich sesjach łazienka pachniała wywoływaczem i utrwalaczem, specyficznym dziwnym zapachem, który, o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam, po latach stał się dla mnie dobrze znany, bo zajmowałam się fotografią przez wiele lat – robiłam to jednak w bardziej profesjonalnych warunkach, nie w łazience.
Bardzo lubiłam patrzeć na Mamę, jak przygotowywała się na te zabawy, jak się malowała – na co dzień chyba nie malowała się, w każdym razie ja tego nie pamiętam, albo nie widziałam, bo robiła to rano przed wyjściem do pracy, a wtedy śpieszyliśmy się wszyscy – z dzieciństwa pamiętam, że bardzo lubiłam dźwięk zamykanej puderniczki, było to dla mnie coś dorosłego, coś magicznego. No i Tata, który zawsze był bardzo elegancki, ze spinkami w mankietach koszuli i krawatem.
Jak wychodzili wieczorem na bal, ja z moją siostrą zostawałyśmy z dziadkami i wtedy po kolacji była okazja do gry w remika zwanego również przez dziadków kukrą, którą oczywiście usiłowałyśmy przeciągnąć jak najdłużej. Czasami, ale bardzo rzadko, graliśmy w madżonga, bo dziadkowie mieli zestaw do tej gry. Bardzo lubiłam te wieczory, były inne, odmienne od codzienności.
Czasami bal odbywał się u nas w domu, wtedy dzień wcześniej smażyliśmy faworki i róże karnawałowe, zabawa była świetna, a przy okazji można było zjeść trochę skawalonego cukru pudru, który Babcia trzymała zwykle wysoko na półce, w załomku kuchni służącym za spiżarnię. Robiliśmy również bezy, chyba Tata był tu specjalistą, pamiętam, że pieczenie nie bardzo się udawało, bo albo wychodziły niedopieczone, albo spalone, ale zawsze były bardzo dobre.
Jak przychodzili goście do naszych rodziców, to ja z moją siostra jechałyśmy spać do drugich dziadków, na Krakowskie Przedmieście, gdzie mieszkanko było malutkie, ale za to bardzo wysokie. Tam Babcia robiła dla nas jakieś smakołyki, była świetną kucharką, a wieczorem wyciągałyśmy z szafy ubrania i buty naszej cioci, (nosiła czółenka na małym obcasie zwane kaczuszki, były wspaniale, oczywiście dla nas za duże, ale zabawa była świetna) i robiłyśmy pokazy mody.
Sukienki, która jest na zdjęciu nie pamiętam zupełnie i nie wiem, jakiego była koloru, jak również nic mi nie przypominają meble ani radio, które widzę na zdjęciu. Nie umiem zupełnie zlokalizować tego zdjęcia, ale jeżeli mam zgadywać, to sukienka mogła być niebieska.

***
A więc jednak nieprawda, nie odgadłam koloru. Podejrzewałam, że sukienka była czerwona i tak też sądziła uwieczniona na zdjęciu Mama kuzynki, czyli, no tak, nie da się już tego ukryć, moja Ciocia. Nie była to jej sukienka, tylko szwagierki, tej, która w opowiadaniu powyżej nosi owe czółenka – kaczuszki… i jednak sukienka wcale nie była czerwona tylko ponoć jasnozielona… Radio znajdowało się w tym małym, ale wysokim mieszkaniu u “drugich Dziadków”.

Wedel i bombardier

Ewa Maria Slaska

Wpis dla Uli Usakowskiej-Wolff

Widzicie to?

Od lat złości mnie i dziwi ten napis, witający przyjeżdżających do Berlina  na dworcu głównym. Od jakiegoś czasu, wiem, że nie jestem jedyna, bo ukraińska pisarka mieszkająca w Niemczech, Katja Pietrowskaja, też o tym pisze w swej pięknej książce o poszukiwaniu rodzinnych korzeni na Ukrainie i w Polsce.  Jednak większość ludzi zapewne nie zwraca na to uwagi, bo jakby większość myślała tak jak Katja i ja, to tego napisu by nie było. Byłyby albo masowe prostesty albo jeden zdecydowany telefon z biura kanclerki lub prezydenta i reklama zniknęłaby z czoła reprezentacyjnego dworca Republiki, stolicy i Europy.

Ale jest. Jest bo przynosi pieniądze, jest bo pieniądze są ważniejsze niż myślenie. Reklama Bombardiera jak wehikuł czasu przenosi mnie do Berlina lat 80. Dopiero przyjechałam, uczyłam się świata i języka, i ze zdumieniem odkrywałam SS czyli Sommersemester lub SSV czyli Sommerschlußverkauf. Nie mogłam uwierzyć, że prawo jazdy nazywa się Führerschein, władza – Gewalt, a Krieg i kriegen mają wspólny sens. Od tego czasu świat, również ten niemiecki i ten berliński, uwrażliwił się na różne aspekty języka, na to, że słowo może przekazywać nie tylko to, co chcemy, lecz również to, co ukryte i nieuświadomione. Zmieniła się też jakość komunikacji społecznej. Firmy komercyjne też w międzyczasie wiedzą, że stać nas na bojkot i znaczące protesty, niekiedy próbują nas nawet sprowokować jakimś celowo obraźliwym lub błędnym sformułowaniem, po to właśnie, byśmy więcej kupowali.

Ale my, podróżni w stolicy europejskiej, która jest na pewno też jedną z najważniejszych stolic Europy, nie będziemy przecież kupować produktów Bombardiera. Ta reklama zresztą wcale nie jest zachętą komercyjną, jest po prostu wielkim na miarę zainwestowanych przez firmę pieniędzy podpisem sponsora.

Bombardier

Wiem dość o procesach historycznych zachodzących w społeczeństwach, żeby nawet nie sięgając do enuncjacji jakiegoś komercyjnego tekstera, wyobrazić sobie drogę od zwykłego kanoniera z czasów wojny trzydziestoletniej do firmy, która najpierw produkowała lawety do armat, potem czołgi, potem pociągi pancerne i wreszcie samoloty. I nawet jeśli dziś wszędzie na świecie wyroby firmy Bombardier niosą ludziom tylko szczęście i pokój, nawet wtedy, powtarzam, nazwa firmy przypomina, że chodziło o Krieg i kriegen, o Gewalt, a kiedyś również o SS. I że niestety może o to nadal chodzić. Ta nazwa, niechby była nie wiem jak tradycyjna, i nie wiem jak wywodziła sią od tego biednego kanoniera z XVII wieku, przecież się po prostu kojarzy. Bombardier, bombardzier, bombardier…

Zastanawia mnie, że Niemcy jako państwo, od co najmniej 30 lat zainteresowane tym, żeby kojarzyć je z pokojem, tolerancją i demokracją, pozwalają na takie codzienne, frontalne, podważanie ich intencji w oczach setek tysięcy ludzi, którzy korzystają z dworca w Berlinie. Nawet jeśli świadomie nikt tego nie odbiera negatywnie, podświadomość każdemu zbuduje nieuchronny ciąg skojarzeń – Niemcy, dworzec, pociąg, bombardowanie.

Nie ma znaczenia, że kanadyjskie koncern nie ma nic wspólnego z okrutną historią europejską, nie ma znaczenia że został założony w roku 1942 przez Josepha-Armanda Bombardiera, wynalazcę nowoczesnego skutera śnieżnego. Nie ma znaczenia, że jako osoby bombardowane na dworcu niemieckim napisem Bombardier, nie wiemy, co łączy Józefa Armanda Bombardiera z twardym krokiem żołnierzy szwedzkich i niemieckich depczących europę w XVII wieku… To przecież wszystko bez znaczenia, każdy z nas widzi ten napis, a jego podświadomość natychmiast pokazuje fucka wszystkim niemieckim staraniom o image gołąbka pokoju!

Oczywiście sam założyciel firmy, zdolny wynalazca i przedsiębiorca, za te skojarzenia nie odpowiada. Był zresztą świetnym facetem.

Joseph-Armand Bombardier (1907-1964) pochodził z Kanady francuskiej, był niezwykle uzdolnionym mechanicznie chłopcem, który zbierał na ulicach zepsute przedmioty, po to by je naprawiać. Jego rodzice byli rolnikami i prowadzili wiejski sklepik. Nikt w rodzinie nie interesował się mechaniką. Nikogo, kto pisze o Bombardierze, a pisze się o nim w sieci całkiem sporo, nie zajęło pytanie, dlaczego rodzina nazywa się właśnie tak, jak się nazywa.

W wieku 13 lat zbudował funkcjonujący model lokomotywy poruszany mechanizmem wyjętym z zegarka, skonstruował też mechaniczny kołowrotek i przerobił starą strzelbę na armatę. Gdy miał lat 19 otworzył w garażu własny warsztacik naprawy zepsutych urządzeń i stworzył pierwszego snowmobila.

Miał 27 lat, gdy jego syn zachorował i nie udało się go dowieźć na czas do szpitala, bo ulice były zasypane śniegiem i nie odśnieżane. To sprawiło, że Józef postawił na przekształcenie modelu snowmobila w produkowany przemysłowo pojazd jeżdżący po śniegu.
Na cześć Bombardiera nazwano jeden z lodowców na Antarktydzie.


Firma Bombardier produkuje zatem różnorakie środki komunikacyjne, pojazdy śnieśne, pociągi, samoloty…

W kwietniu 2018 roku lecę do Warszawy. Na lotnisku staję przed takim oto samolotem – ewidentnie produkt firmy Bombardier (tak też zostaniemy za chwilę powitani: na pokładzie samolotu Bombardier), ale z wielką reklamą Wedla. Nie ma siły, wszyscy z mojego pokolenia będą mieli w tym momencie tylko jedno skojarzenie: 22 lipca d. E. Wedel. I taki rysunek Sławomira Mrożka: idzie pochód z okazji państwowotwórczej, obok kroczy facet z opakowaniem firmowym: E. Wedel. Wydaje mi się (pewnie się mylę), że zazwyczaj nie ma reklam na samolotach. Reklama jest większa niż napis firmowy. To odwrócenie poprzedniej sytuacji: E. Wedel, dawniej Bombardier… Ok, dobrze, trzeba będzie kupić torcik wedlowski.

W poczekalni obserwuję przywitanie dwojga ludzi w średnim wieku. Pani siedzi naprzeciwko mnie, pan podchodzi, pani wstaje, witają się i, jeszcze stojąc, zaczynają rozmawiać. Zadziwiło mnie pierwsze zdanie tej rozmowy. Mężczyzna mówi: wydaje mi się, że wszystko zrobiliśmy niepotrzebnie, i ma przy tym ton zatroskanego naukowca a nie zirytowanego biznesmena. Chciałabym się dowiedzieć, co zrobili niepotrzebnnie, ale jak siadają, to nie słyszę, o czym mówią. Słyszę następny fragment ich rozmowy dopiero w autobusie, który wiezie nas do samolotu, to chyba już jakiś inny temat, ale kto to wie… pan opowiada o szkole, do której dzieci chodzą nadzwyczaj wręcz chętnie i uwielbiają się uczyć. Wysiadamy z autobusu, stoimy w kolejce do schodków, pan i pani za mną. A wszystko to można osiągnąć w bardzo prosty sposób, mówi pan. Ruszamy, zaraz wejdziemy na schodki i niemożliwe, po prostu wejdziemy, usiądziemy i ja już się nigdy nie dowiem, jak to można osiągnąć. A koniecznie chcę wiedzieć. Jestem ciekawska i zaangażowana społecznie, a mój wnuk chodzi do szkoły… Muszę się dowiedzieć, jaki jest ten sposób. Obracam się, przepraszam, przedstawiam i pytam. Pan lekko (ale tylko lekko) zaskoczony, odpowiada, że chodzi o szkołę w Finlandii. Kiwam głową, można się było domyślić, że jak gdzieś dzieci uwielbiają en masse chodzić do szkoły, to musi to być Finlandia. To proste, mówi pan, o pracę w szkole można się starać tylko z najlepszymi wynikami na studiach, a o każde miejsce nauczyciela ubiega się dziesięć osób. Już nie zdążę zapytać, czy jest to praca super płatna, wchodzimy, a zanim siądziemy, pan da mi wizytówkę. Nie mogę dać mu w zamian swojej, bo… no bo… nieważne, nie mam, zapomniałam, lisy zjadły, jest w torbie oddanej na wózek bagażowy… Uśmiecham się tylko i mówię, dziękuję, jak o tym napiszę, to przyślę panu linka…


Centrum Edisona. Aha. Myślę sobie, że mały Bombardier świetnie by się nadawał na patrona centrum nauki dla super uzdolnionych dzieci. Szkoda, że ma nazwisko, które się marnie kojarzy…

No i to pierwsze zdanie na wizytówce: Uważaj na mity! Naprawdę opłaca się, być ciekawskim i zaczepiać ludzi…

Reblogging trees

Les arbres sont des poèmes que la terre écrit sur le ciel.

Kahlil Gibran


 

 

Budda powiedział, że jeśli uczepisz się jakiegoś wyobrażenia i uznasz je za “prawdę”, stracisz szansę poznania prawdy. Nawet kiedy prawda osobiście zapuka do twych drzwi, nie będziesz chciał otworzyć przed nią umysłu. Jeśli więc masz wyobrażenie tego, co jest prawdą albo jakie warunki muszą zostać spełnione, byś był szczęśliwy – bądź ostrożny.

Thích Nhất Hạnh


Drzewo Mahabodhi w Bodhgaya

Budda pod drzewem bodhi.

Reblog(s) and more: women lib and smoking

Well…
That pic was posted in Facebook, with funny and cute and awesome text underneath: Rosa Luxemburg, Simone de Beauvoir, and Emma Goldman on the beach, smoking pipes (1930’s.)

I shared it on my FB wall and my dear friend Esther Schulz-Goldstein wrote as a comment: Ungefähr 30 Jahre später, habe ich als junge Frau im Museumsrestaurant in Tübingen Zigarre geraucht und da zischte ein für mich damals alter Herr am Nebentisch, “eine deutsche Frau raucht nicht”. Ich zischte zurück, “deutsche Männer hätten lieber nicht soviele Menschen umgebracht”.

I was so taken over by this beautiful foto, that I did not notice, it could be a fake and in fact it is, what my two Polish friends – Ula Ptak and Elżbieta Jagiełło – immediately noticed. Sure it is a fake. The authors do not even try to say you it is not. Just look at it:
Emma Goldman 1869-1940
Rosa Luxemburg 1871-1919
Simone de Beauvoir 1908-1986

But obviously I am not alone in my being mistaked. Somebody found out, that that foto with it’s purposely false caption was shared 13,268 times. Well, so… I was the 13,269th one…

But I found the true story about that pic, it was so called WOPS in Mexico:

The Womens’ Pipe Smoking Group affectionately known as the WOPS or Borkum Riffs because of the sweet smells that trail behind them. They meet every early morning of the week and stroll along Olas Altas smoking and discussing shag tobacco. This wonderfully relaxed group sometime mix a blend of prime Moroccan hashish with their fine Borkum Riff fine cut shag from the Netherlands.

There is a waiting list to join these women of the below the knee dress wearing persuasion who want to become involved in this sedate pursuit of strolling and chatting and puffing away on their smooth Calabash Meerschaum pipes like steam locomotives struggling up a hill. The youthful countenances of this group suggest tobacco smoke is good for the complexion and has general health benefits.

Searching for the text above I found another two interesting texts about women and smoking and pipes and now I am rebbloging them for you: 

Women and Pipes

By Beth Maxwell Boyle

‘The guitar player’ by David Rijckaert III

By 1615 in England, the first consignments of Virginia tobacco for pipe smoking had arrived and some 7,000 shops in London sold tobacco .

Women Pipe smokers are rare today but female smoking was very popular in the 17th and 18th centuries. Respectable women were commonly seen smoking pipes in public. Many famous paintings exist of noble women of the period drinking in the smoke from a clay pipe. The middle classes were eager to enjoy this new pastime as well. In the Elizabethan times clays were quite delicate with graceful thin bowls and long stems. The Dutch redesigned these clays by enlarging the bowl and lengthened the stem.

Dutch, French and English women all enjoyed the “Indian Weed”. For centuries the favorite way of enjoying tobacco was to smoke it in clay pipes. As early as about 1575 pipes were being made in England, but by the 17th century Holland had become the dominant center for the manufacture of clay pipes. Clays were made in many other European countries at this time, as well. Such pipes were usually white, with small bowls and long stems. They were extremely fragile and did not last long. However, by the 1850s, when pipe smoking in general became associated with the working class, female smoking began to decline, at least in public. The acceptance of female smokers seemed to vary between regions at this time. It is believed that many women kept their old habits. It is more than likely it was done in secret while they outwardly treated the act as a disgrace.’

Marquise de Pompadour, the favorite mistress of Louis XV, was a passionate smoker and owned more than three hundred pipes!

In rural areas such as the Highlands of Scotland and in Ireland the women smoked without shame. Women in the Hebrides smoked well into the 1930s due to the cultural isolation just as Appalachian women in the US did. It was seen as a very crude and backwards habit by most of polite society but little changes in any society without contact with urban centers. Today a women smoking a pipe draws immediate notice and sometimes ridicule.

For more women pipes look HERE


And another text I just have to reblog:

I think I need to start smoking: or how to be an artist without a Gauloises hanging from your mouth.

Posted by Lisa Thatcher on January 19, 2012

Simone de Beauvoir – avec Gauloises.

I was rather disturbed to find out recently that some folk I admire are giving up smoking.

I was startled to say the least. No matter what anyone says, smoking remains the hallmark of cool. It’s as synonymous with art as booze, and as chic as any Euro fantasy.

Besides my obvious initial concerns (the loss of revenue for large faceless corporations and a drop in “cool” for those I admire) which are the same I think we all have when a dear one suggests they want to give up smoking, I had some broader concerns after giving the issue some thought.

Clarice Lispector. Smoking.

What about the health care professionals who are kept in a job because they have to care for the ill as a result of smoking all their life? (approx 48 billion a year is spent in smoking related health problems – approximately $11.00 of the cost of your cigarettes goes to health care professionals and their industries). The local tabac merchant, and all the other smaller stores that make the bulk of their revenue from cigarette sales. What of the poor governments loss of revenue (approximately $4 per pack) the drop of approximately 12.4 billion dollars from the advertising industry in the US alone (I think they’d notice this decrease, don’t you?) not to mention the drop in work for the legal industry. Tobacco is grown in 21 states of the United States, a leading producer of tobacco along with China and India. Think of all those farms and farmers, all those small communities kept alive – schools, libraries and hospitals because the local farmers grow tobacco.

Margurite Duras and Michelangelo Antonioni. Both Smoking.

And finally, the most poignant argument of all – almost everyone in Paris smokes.

Or is that all just bullshit?

If existence precedes essence, then I need to smoke in order to ‘be’ the writer I want to be. I know how the writer I want to be appears, because it has been determined (in essence preceding existence) by the writers I most want to emulate. Above you can see images of them smoking in the years before I took to the passion of writing. If I am determined by what surrounds me (according to Spinoza) the pressure to give up smoking is in direct confrontation with my experience of free will. It is in the world being a mirror of my free will that I am obliged to react. To overtake myself. The question here, is what self am I overtaking? Am I oppressed by my desire to give up cigarettes or my desire to smoke them in the first place?

Like Sartre’s waiter, I need to ‘play’ at being a writer until whatever (mysterious) criterion has been fulfilled that will have my inner self belive I am a writer. Scoff if you will, but this is a small charade that works for me. I had a blissful afternoon of writing today, in an atmosphere conducive to writing. Sometimes it is my desk and sometimes I will go mad if I have to look at my desk any longer and sometimes I need to play at being a writer just to feel its direction on my skin for the smallest while. Existence is defined by my concrete interactions with the world. Is it completely absurd that writers usually drink and smoke to excess? Of course it is – but again (if you adhere to the tenants of existentialism) that absurdism gives the action more meaning and puts us in touch with the basic humanity of existence.

Then, of course, we get into the nature of the cigarette itself. Should we roll our own? Can I still be an artist if the Gauloises are replaced by B & H extra mild?

And here comes the unpalatable truth. I have actually tried to smoke at several points in my life, and always given up in bitter disappointment, because I just can’t do it. I tend to be a very healthy person. The slightest upset in health regime sits poorly with me. I’ve never been able to smoke properly. I get too sick. For the most part, I’ve had to hang out with artists who do smoke, drinking in the second-hand, and wishing my little healthy body could tolerate it a little more hard-core.

And perhaps at the end of the day that is the source of my disappointment. Those around me giving up smoking results in me giving up the possibility of smoking. If I don’t see it, I wont remember it and horror of all horrors – I wont’ miss it. Perhaps my primal cry is more about the final shedding of the connection I have with the old artist image that fed me for so long. Just as I know the day of the depressed artist is over, perhaps the day of the drinking, smoking artist is over also.