Polen! 2017! Frauenstreik geht weiter!

Heute!

Gastgeber: Regenbogenfabrik und labournet.tv

Donnerstag, 17. Mai 19:00 – 22:00

Kino Regenbogenfabrik
Lausitzer Straße 22, 10999 Berlin

50 min, polnisch mit dt. Untertiteln, 2018
in Anwesenheit der Filmemacherin (angefragt)

Film von Magda Malinowska über den Kampf von Frauen, die in kommunalen Kindertagesstätten in Poznań arbeiten. Ihr Kampf um existenzsichernde Löhne und bessere Arbeitsbedingungen begann 2011. Seitdem haben sie sich weiter organisiert und radikalisiert.

In dem Film wird herausgearbeitet, wie die Hungerlöhne für die Kindergärtnerinnen zusammen mit der Last der Hausarbeit und Betreuung der eigenen Kinder und Eltern, die vor allem auf den Schulter von Frauen liegt, deren Leben unerträglich macht.

Deshalb haben sie auch an der großen Demonstration gegen die Verschärfung des Abtreibungsverbots in Polen 2017 teilgenommen.

Stuart 46

We don’t need no education 
We don’t need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers, leave them kids alone
Hey! Teachers! Leave them kids alone
All in all it’s just another brick in the wall

Nie potrzebujemy nauki
Nie kontrolujcie nam myśli.
Niepotrzebny nam w klasie czarny sarkazm
Nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
Hej, nauczyciele, zostawcie uczniów w spokoju
To, co robicie, to tylko jeszcze jedna cegła w murze.

Pink Floyd, Another brick in the wall

Joanna Trümner

Szkoła

W kilka dni po powrocie do domu Stuart stał przed tablicą w klasie i tłumaczył uczniom podstawy trygonometrii. Z niedowierzaniem przyglądał się swoim podopiecznym. Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że próbują zrozumieć i zapamiętać, to co mówi. „Komuś z zewnątrz mogłoby się wydawać, że im opowiadam bardzo ciekawą książkę”, myślał, ale czuł się przy tym nieswojo. Zastanawiał się, co było przyczyną takiej zmiany. Nie było go w szkole sześć tygodni. „Może dowiedzieli się, że zmarła mi matka? A może po prostu mają dosyć zastępstwa »Wiedźmy«?” „Wiedźma” była oprócz niego jedyną nauczycielką matematyki w szkole. Ta starsza, humorzasta i nielubiana przez uczniów kobieta nie cieszyła się też sympatią nauczycieli. Zamieniało się z nią co najwyżej kilka grzecznościowych słów. Była wiecznie pouczającą i krytykującą innych nudziarą. Nikt nie myślał o tym, że ma jakoś na nazwisko, również w pokoju nauczycielskim była po prostu „Wiedźmą”, tak jak ją przezywali uczniowie. Nazywała się Billings i była jedną z tych nauczycielek, które do końca życia wspomina się z niechęcią i przez które nie lubi się matematyki.

Pod koniec lekcji przed tablicą stanął najlepszy matematyk w klasie, Adam. ,„Dobrze, że Pan już wrócił”, powiedział nieśmiało, „w imieniu klasy proszę o unieważnienie ostatniej klasówki. Nikt jej nie zdał”, dodał. „Nawet ty?”, zapytał Stuart z niedowierzaniem. „Nikt”, odpowiedział Adam czerwieniąc się. Stuart przez chwilę wahał się. „Zobaczę, co się da zrobić, niczego nie obiecuję. Nie mogę podważać ocen innego nauczyciela”, powiedział wreszcie.

Znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedział, że niemożliwe jest skreślenie lub poprawienie ocen raz naniesionych do dziennika, z drugiej – żal mu było uczniów ostatniej klasy, zła lub niedostateczna ocena z matematyki na świadectwie mogła przekreślić ich przyszłość. Wiedział, że czeka go nieprzyjemna rozmowa z dyrektorem szkoły i „Wiedźmą”. Przypomniała mu się rozmowa z dyrektorem przed rozpoczęciem pracy. Dyrektor powiedział mu wtedy: „Niech Pan nie zapomina, nie jesteśmy tu po to, żeby nas lubiano, tylko po to, żeby czegoś tych młodych ludzi nauczyć, krok po kroku, cegła po cegle”.

W dwa dni później siedział w gabinecie dyrektora i opowiadał o prośbie uczniów. Mświł, ale wiedział, że sprawa jest beznadziejna. Dyrektor nie ukrywał rozczarowania. „Nie sądziłem, że tak łatwo da się Pan wciągnąć w dziecinne rozgrywki. Miałem dla Pana dużo wyrozumienia, w końcu nie było Pana sześć tygodni. Inny pracodawca dawno by Pana upomniał, a może nawet wyrzucił.” „Wie Pan, że miałem powód”, odpowiedział Stuart. Dyrektor bąknął pod nosem „serdecznie współczuję” i podał Stuartowi rękę na pożegnanie. „Audiencja skończona”, pomyślał Stuart opuszczając gabinet. Był zły na siebie, że dał się wmanewrować w sytuację bez wyjścia. Nie miał wątpliwości, że „Wiedźma” była wyjątkowo wymagającą i niesprawiedliwą nauczycielką, ale nie był pewien, czy uczniowie nie przyczynili się do zaistniałego konfliktu. „Może w ogóle się nie przygotowali? A Adam oddał pustą kartkę na znak solidarności z resztą klasy? Jakby nie było, ta fatalna klasówka świadczy o tym, że »Wiedźma« nie potrafiła przekazać wiedzy ani jednej osobie w klasie”. Po chwili zastanowienia postanowił zasięgnąć rady u Toma.

Zadzwonił do przyjaciela i umówił się z nim na wieczór. „Nawet się nie zapytałem, co u nich nowego”, wyrzucał sobie, czekając na spotkanie. Z kartki, jaką mu wysłali do Anglii, Stuart wiedział, że podczas jego nieobecności Tom i Rita zostali rodzicami małej Emily. Na powitanie wręczył Tomowi do ręki butelkę osiemnastoletniej whisky: „Za przyjaźń i za małą Emily”, powiedział. Tom wyglądał na bardzo zmęczonego. „Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już wróciłeś. Chciałem ci napisać kartkę z kondolencjami, ale naprawdę ostatnio miałem za dużo na głowie. Przepraszam, wiem, że to straszne, jak umiera ktoś bliski w rodzinie”, przywitał przyjaciela.

Z tonu jego głosu Stuart od razu wywnioskował, że w ostatnim czasie musiało stać się coś złego. „Wszystko jest w porządku z Emily?”, zapytał. „Tak, ale Rita jest w szpitalu, zaraziła się po porodzie posocznicą i dopiero od kilku godzin wiem, że z tego wyjdzie. Ostatnie tygodnie to był horror, jakiś niekończący się koszmar. Nie wiem, co bym zrobił bez pomocy matki”. Tom opowiedział o chwili, w której po raz pierwszy trzymał w rękach małą Emily i czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W dwanaście godzin później Rita dostała wysokiej gorączki. Walczyła o życie. Po powrocie do domu z córką Tom szybko zdał sobie sprawę z tego, że nie da sobie sam rady. „Nawet nie wiesz jak nieporadnie zmieniałem pieluchy, nie miałem w ogóle pojęcia, jak często trzeba karmić dziecko. To wszystko mnie przerosło, do tego jeszcze Emily płakała prawie bez przerwy. Na szczęście matka przyleciała z Adelajdy natychmiast po moim telefonie. W kilka godzin po jej pojawieniu się w domu zapanował spokój. Od kiedy mama zajmuje się małą, Emily śpi po kilka godzin bez przerwy i coraz mniej płacze. Kobiety noszą chyba w sobie jakiś dodatkowy gen. Od poniedziałku muszę wrócić do pracy, życie idzie dalej do przodu i nikogo nie interesują moje dramaty. Trzeba po prostu dalej żyć, nie mówiąc już o płaceniu rat za dom. Na szczęście Rita dzisiaj po raz pierwszy od kilku tygodni otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie. Teraz już wiem, że wszystko będzie dobrze. Chętnie wypiję z tobą szklankę whisky, może uda mi się choć trochę rozładować to cholerne napięcie ostatnich tygodni”.

Stuart patrzył na przyjaciela w milczeniu. „Dlaczego właśnie on zbiera od życia takie baty? Przecież on na to nie zasłużył”. Z myśli wyrwał go głos Toma: „Przez ostatnie tygodnie zrozumiałem, że w chwili, w której czujemy wielkie szczęście musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wkrótce zdarzy się coś, co zmieni ten dodatni bilans. Życie rządzi się własnymi zasadami równowagi”. „Może też kiedyś będę ojcem?”, pomyślał Stuart. Postanowił, że nie będzie zawracał Tomowi głowy swoimi problemami w szkole. To była błahostka, mała, nieważna sprawa, z którą sam sobie poradzi.

Następnego dnia stał przed klasą i oznajmił uczniom, że postawionej przez panią Billings oceny nie da się cofnąć. Równocześnie zaproponował, że da im szansę na poprawienie stopni po wspólnej powtórce materiału. Klasówka, którą sprawdzał w kilka dni później wypadła bardzo dobrze. Adam zdobył wszystkie punkty, większość uczniów dostała dobre oceny, jedyną uczennicą, której praca była niedostateczna była Emma. Śliczna, filigranowa Emma, w której podkochiwała się większość chłopców w klasie, dziewczyna, co do której Stuart nie miał wątpliwości, że nie może się doczekać dnia, w którym nie będzie musiała się już dłużej uczyć matematyki. W całej klasie ona jedna nie zadała sobie żadnego trudu w przygotowaniu się do klasówki. Z możliwych do zdobycia 90 punktów Emma miała 10. W milczeniu oddał jej pracę do ręki. „Nie mogę ci zaliczyć matematyki”, powiedział zaglądając do dzienniczka. „Będziesz musiała powtarzać klasę”, dodał.

W kilka dni później wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. W drzwiach stała Emma. ”Skąd znałaś mój adres?”, zapytał Stuart, nie ukrywając zaskoczenia. „To nie było wcale trudne”, odpowiedziała wchodząc do korytarza i zamykając za sobą drzwi. „Chciałam porozmawiać o ocenie z matematyki. Chyba da się ją jakoś poprawić?”, powiedziała zdejmując kurtkę. Była naga, na widok jej gołych piersi Stuart natychmiast podszedł do drzwi. „Nie przychodź tu więcej”, powiedział, wypychając Emmę do korytarza i otwierając na oścież drzwi wejściowe.

Po wyjściu uczennicy długo nie mógł się uspokoić. Nie przypuszczał, że szesnastoletnie dziewczyny mogą posunąć się tak daleko. On w swoich podopiecznych widział do tej pory tylko duże, naiwne dzieci. „Więc znalazłaś swój sposób na rozwiązywanie problemów w życiu”, pomyślał o Emmie z niechęcią.

Cdn.

Szopa w salonie 26

Łukasz Szopa

Akcjonizm miejski

Mamy jakąś tam rocznicę Karola Marksa, więc dziś będzie o kapitale. O akcjach. Nie, nie artystycznych happeningach, zbiórkach charytatywnych czy akcjach politycznych, a o akcjach przedsiębiorstw. Czyli krótko: o tytułach udziału. Udziału we własności. Tak, gdyż od takich podstaw warto zacząć: „akcja“ to dokument własności danego przedsiębiorstwa. Owszem, cząstkowy, ale jednak.

Dla przykładu: jeśli kupię jedną (jedną jedyną! – choć to technicznie niemożliwe, ale o tym dalej) akcję koncernu General Motors, kosztuje mnie to (stan 14.05.2018) jakieś 37 dolarów. Tak zwana kapitalizacja rynkowa (czyli wartość GM na giełdzie – suma wszystkich akcji) to niecałe 52 miliardów dolarów. Czyli, kupując jedną akcję, staję się właścicielem General Motors – w 0,000000071 procentach. I obojętnie jak cena akcji będzie się zmieniać – pozostanę tym właścicielem w dokładnie tej cząstce tak długo, aż nie sprzedam lub nie dokupię następnych akcji.

Jako właściciel, czyli udziałowiec (gdyż część mojego kapitału dorzuciłem do całego kapitału GM – a właściwie wymieniłem mój kapitał na kapitał tego, który mi swoją akcję sprzedał), mogę cieszyć się z zysków „mojego“ przedsiębiorstwa – czy w formie wypłacanej dywidendy, czy gdy wzrośnie wartość rynkowa całego GM i tym samym mojej akcji. Ale i współdecydować – jak każdy wspólnik – o firmie: jak nią kierować, kogo zatrudniać, w co inwestować, jakie produkty, jakie rynki, jacy dostawcy itp.

W sumie bycie akcjonariuszem, czy w ogóle system akcji, to wspaniałe połączenie kapitalizmu z demokracją! Z jednej strony pieniądze, inwestycje, zyski – a z drugiej szerokie współdecydowanie o największych przedsiębiorstwach na świecie!

Pomijając fakt, że „demokracja“ nie ogranicza się do prawa większości – w tym przypadku w dodatku „większości kapitału“ (bo kolega, który kupi sobie dwie akcje GM, ma podwójną siłę głosu niż ja), to są jeszcze inne „ale“, które nasz idealny romans demokracji z pieniądzem trochę psują.

Niby szkoda, że wspaniałe teorie ekonomiczno-kapitałowe, wymyślone przez wcale niegłupich profesorów z Cambridge, Chicago czy Berkeley – w praktyce nie są już takie fajne. No, ale znamy to z komunizmu, niejeden znajdzie się (i dziś!), który twierdzi, że „pomysł Marksa w sumie był bardzo dobry… tylko źle zrozumiany i wykonany“ (ach, te „wypaczenia“, czyli dziesiątki milionów morderstw politycznych i setki milionów innych ofiar tych „błędów w interpretacji“…) Ale wróćmy do akcji i praktyki.

W teorii pomysł z akcjami to nie tylko „demokratyczny kapiał“, ale i idealny korektyw: Gdy coś jest źle, można zaraz sprzedać – to daje sygnał „na górze“, i albo poprawią, albo cena idzie dalej w dół. Gdy dobrze, to odwrotnie: cena w górę, następnym się podoba co firma robi, uważają ich plany za dobre – i inwestują, stają się właścicielami tego biznesu. I tak co właśnie poprzez szeroko rozsiany akcjonariat mamy idealnie działający wolny rynek: podaż, popyt, idealna cena (wartość) jako efekt. No i tu zaczynają się schody.

Po pierwsze, mając 0,000000071 % nic nie zadecyduję. Nie, nie dlatego, że nie mam większości 51%. Ale gdyż już technicznie to za mała cząstka, bym był w stanie jedną akcję w ogóle kupić – nawet jeśli jakiś handlarz czy broker by się zgodził, to sama cena jego prowizji i opłata transakcyjna zwalą mnie z nóg. Ale i gdy zaszaleję, i kupię jakieś 10 milionów akcji GM – zdobędę ledwie 0,71% – to nadal za mało, by zaproszono mnie na coroczne spotkanie akcjonariuszy, gdzie wybiera się zarząd, radę nadzorczą, omawia i dyskutuje o kierunkach rozwoju firmy, i można nawet zadawać wszelkie niewygodne pytania. A więc już widzimy, że z tym „współdecydowaniem“ to jednak trudno. Choć dziwię się, że w XXI wieku nie można tego zorganizować internetowo – wtedy przynajmniej każdy najmniejszy procencik miałby swój mini-guziczek do współ-głosowania.

W każdym razie, pierwsza podstawa teorii o wolnym obrocie akcji i jego efektywności odpada – gdyż rozproszenie akcji nie może być niestety kompletne, stąd tylko „więksi“ (ci, których stać na opłaty handlowe), mogą kupować akcje – i oczywiście kupują ich od razu setki.

O razu „w pakiecie“ pada i druga teoretyczna podstawa „wolnego rynku akcjami“: brak kosztów handlu akcjami, nie mówiąc o możliwych podatkach.

No ale przyjmijmy, że kupuję 20 milionów akcji GM – i mam 1,42% procent. Mogę współgłosować o przedsiębiorstwie, mogę zadawać szefowi zarządu pytania na „zjeździe“, mogę nawet proponować własne punkty obrad itp. Czyli jednak jakieś współdecydowanie, nawet jeśli mocno mniejszościowe. No, ale to mój problem, że kupiłem tylko 20 milionów akcji za banalne 740 milionów dolarów, trzeba było więcej, to bym miał więcej do gadania.

Ale, moi kochani, nie bardzo. Oczywiście, gdy uda mi się kupić 200 milionów akcji (o ile znajdę sprzedającego…) i dobiję do 14,2% – to już coś, „wpadam“ wtedy w różne regulacje, gdzie „pakiety mniejszościowe“ (ich właściciele) mają „pewne większe prawa“ (to znaczy, większe prawo współdecydowania niż inni akcjonariusze na walnym spotkaniu akcjonariuszy), i to regularne, nie tylko raz na rok. Coż, jak widzimy, z „demokracją kapitałową“ dawno już się pożegnaliśmy, ale i z czystą teorią efektywnego kapitalizmu coraz gorzej… Bo aby w ogóle podnosić głos w sprawie „mojej“ firmy, muszę… coś wiedzieć. Muszę mieć informacje, dostęp do informacji przedsiębiorstwa. W teorii wolnego handlu akcjami – pełny i natychmiastowy dostęp do wszelkich informacji. To nawet w obecnie mega-skomputeryzowanych i zsieciowanych czasach po prostu technicznie niemożliwe – pomijając fakt, że nawet przy moich 14,2% nikt mi tych informacji nie udostepni. Gdyż są to najbardziej tajne dane każdego przedsiębiorstwa: plany produkcyjne, patenty na przyszłość i w rozwoju, umowy z dostawcami i odbiorcami, kwestie prawne, informacje podatkowe i finansowe… Z ręką na sercu – po prostu nikt w żadnej firmie nie ma tych „pełnych i od zaraz“ informacji o całej działalności (i widokach na przyszłość!) – czyli nawet jej szef i 51%–owy właściciel nie byłby w stanie dogodzić teorii – by efektywnie handlować swoimi akcjami.

A więc poległy niestety wszystkie trzy niezbędne dla teorii podstawy, by uważać szeroki handel akcjami (czy w ogóle system akcji) nie tyle za „demokratyczny“, co nawet za zgodny z teorią kapitalistyczną: Istnieją koszta transakcji, niemożliwe jest jak najszersze rozdrobnienie właścicieli i akcji, no i kompletną fantazją jest pełny, natychmiastowy i nieograniczony dostęp do informacji o firmie.

Czy więc lepiej… zatrudnić maklera czy innego speca finansowego? A gdzie tam! Oni nie będą w lepszej sytuacji niż my – gdy spojrzymy na ww. problemy. Taka różnica jedynie, że dodatkowo skasują od nas za doradztwo i opłatę „manipulacyjną“, i jeszcze jakąś prowizję. Jak każdy bank – też te największe, jak Goldman Sachs, GP Morgan, Deutsche Bank, Santander czy BNP Paribas. Te banki też głównie żyją nie tyle z zysków jako akcjonariusze, czy jako super-spekulanci, co… właśnie z prowizji i obrotu akcjami (czy kredytami, czy walutami, czy innym badziejstwem). Problem „tylko“ w tym, że te ich obroty – niemal już całkiem skomputeryzowane i automatyczne – osiągają niebezpieczne sumy – ale to temat na inny blog.

Bo banki to też tylko… ludzie. Czy to ich szefowie, czy akcjonariusze, czy brokerzy, a tym bardziej programiści algorytmów systemów komputerowych które automatycznie wykonują co milisekundę miliony transakcji – to też tylko ludzie…

Nawet „słynny spekulant“ George Soros, który owszem dorobił się na spekulacji walutami – ale było to dawno, lata 90 – to człowiek. Człowiek, który nie tyle wiele wiedział (coś tam wiedział, ale aż tak dużo nie mógł wiedzieć – patrz wyżej o problematyce informacji), co po prostu postanowił zaryzykować i wejść w zakład. Zadziałał więc po części nie-racjonalnie, ryzykując, nie mając pełnej informacji (a któż ma takową o przyszłości, może Bóg?…).

Przykro mi to niektórym mówić, gdyż są wśród Czytelniczek pewnie i takie osoby, które nie obraziły się na „akcje“ we wczesnych latach 90tych, inwestując w polską giełdę czy w niemiecki Telekom – ale każda inwestycja kapitałowa, nie tylko akcje, ale też wszelkie „pakiety“, „fondy“, czy nawet ubezpieczenia i książeczki oszczędnościowe, jak i obligacje państwowe – to ryzyko. To zakład, że „będzie jednak tak, jak oczekujemy i mamy nadzieję“.

Gdyż, nie wspomniałem jeszcze o głównej podstawie wszelkich teorii kapitałowych. A mianowicie, przyjmując istnienie ww. trzech wymaganych podstaw, to w dodatku wychodzą z założenia, że człowiek to… homo oeconomicus, czyli osoba myśląca, zachowująca się i działająca nie tylko racjonalnie, co jeszcze kierowana tylko celem zysku ekonomicznego.

O „racjonalności“ i psychologii w ekonomii już niegdyś pisałem (panikujący i zdenerwowani maklerzy giełdowi, „optymistyczne perspektywy na pierwszy kwartał“ itp.), ale miło mi nie tylko, że to bujda z tym oeconomicusem, i że w sumie wspaniale, że wielu z moich znajomych nie zachowuje się ani racjonalnie, ani ich celem życiowym nie jest kasa. Pomijając fakt, że bardzo niewielu ma w ogóle kapitał, aby połakomić się na bycie współwłaścicielem General Motors.

P.S. Test dla leniwych (by czytać cały mój tekst i go zrozumieć), ale cierpliwych (tak rok, najlepiej trzy):

Proszę wziąć gazetę / internet, i „na ciemno“ zaznaczyć lub wylosować przypadkowo 10 różnych firm oferujących akcje. Najlepiej z NYSE, DAX a może być i polski WIG. Potem „na papierze“ „kupić“ z każdej firmy akcji za 10000 zł (nie da się dokładnie, więc pojedyncze sumy ciut poniżej). Potem zsumować ile wydaliśmy, no i zapisać ile akcji danej firmy „kupiliśmy“.

A następnie czekać, rok, trzy, najlepiej pięć lat.

I znów się zabawić, wyszukać nasze firmy, i sprawdzić, ile teraz warta jest suma naszych „inwestycji“.

Nieważne, czy wyjdzie nam więcej niż mniej niż te początkowe niecałe 10000 zł. Ważne, by porównać je do procentowej zmiany wskaźnika DAX, WIG, NYSE w tym okresie. A jak ktoś chce, dodatkowo do jakiegoś „pakietu inwestycyjnego“. Idę o zakład (zakład!), że Wasza „inwestycja w ciemno“ nie będzie wyraźnie gorsza/lepsza od tych wskaźników. Co po prostu oznacza, że podobnie „w ciemno“ działają rynki giełdowe i ich gracze. Miłej zabawy!

Barataria 65 czyli Lewiatany na Wilczej

Uwaga, “czytać ze zrozumieniem”!

Mieczysław Węglewicz

wpisał pod 63 odcinkiem o Bratarii taki oto komentarz:

o Baratario, potworze morski, Lewiatanie
wyspo karaibska
pachnąca oceanem
lirycznie wzniosła,
miłosna
kawiarnio
światu się skarżyć muszę
w Twojej sprawie
jakże zamknięta jesteś że już nawet
wspomnień nie ma i poruszeń
nie mówiąc o kawie

PS. Wiersz dotyczy kawiarni przy Wilczej 69 w W-wie. Wiele razy piłem tam kawę w latach studiów tj 1973-1980. Kawiarnia ozdobiona była cytatem z Gałczyńskiego ..o…Baratario…itd! umieszczonym na ścianie. Kiedy po wielu latach odwiedziłem ponownie to miejsce, była tu kuchnia wietnamska. Obecnie, tj w sobotę 4 maja 2018 lokal przygotowywany jest do wynajęcia. Na szybie zamieściłem powyższy tekst.
Pozdrawiam Mieczysław Węglewicz
znajomy z Camino de Santiago

Komentarz mnie zachwycił, zwłaszcza że już przed rokiem, w odcinku numer 6, pisałam o tej niegdysiejszej kawiarni Barataria, po której ślad zaginął… Przy okazji był    to komentarz 2222, co już uprzednio postanowiłam uczcić, przyznając autorowi nagrodę specjalną (przyznałam!) No i ucieszyło mnie nadzwyczaj, bo Mietek…

Z Mietkiem spotkaliśmy się w Drodze. Ci, co byli w Drodze, wiedzą, co mam na myśli. Ja spałam w małym hospicjum dla pielgrzymów, on, zawinięty w śpiwór, gdzieś pod krzakiem. Zaczęliśmy rozmawiać, gdy wychodziłam na drogę. Tą zwykłą, choć jest ona oczywiście wszędzie również metaforyczną Drogą. Zapytał, czy mogę mu coś przynieść ze schroniska, z kuchni i z takiej półki, na której leży to, czego ktoś nie potrzebuje, a inny może akurat pożąda. Najczęściej są to książki, ale bywają torby, plecaki, buty, kosmetyki… Z kuchni też można wszystko wziąć, podobnie jak można wszystko zostawić, makaron, ser, owoce, które są zbyt dojrzałe, żeby zabrać je do plecaka.  Przyniosłam mu skarpety, oliwę i chleb. Zrobił nam herbatę na malutkim prymusie. Był prawdziwym pielgrzymem, miał ze sobą minimalny bagaż, ale było tam wszystko, co potrzebne, by obyć się bez całej tej infrastruktury dla wędrowców. Spał  pod gołym niebem, sam sobie gotował. “Po to jest pielgrzymka”, powiedział. “Musi być jednak trochę trudno”. Pogadaliśmy chwilę, ale nie mogliśmy pójść dalej razem, bo był dwa razy szybszy niż ja. Ja szłam 20-25 kilometrów na dzień (maksimum osiągnęłam przed kilkoma dniami – 34 kilometry), on pokonywał co najmniej 40 kilometrów, a często prawie 50. Był jedną z najbardziej wyrazistych postaci, jakie spotkałam w Drodze. Znalazł po drodze kamień w kształcie serca i niósł go dla żony.

Poprosiłam o dalsze informacje, a może nawet wpis na blog. Informacje przychodziły każda osobno i tak je tu zamieszczę:

Potem w miejscu Baratarii przy Wilczej 69 nadal panował duch sztuki. Po wietnamskiej sztuce kulinarnej to miejsce wynajęła f-ma nomen omen Sztuka Mięsa… Była jeszcze Wilcza 69 U Jadzi, na pewno po Baratarii, ale nie wiem kiedy – najpewniej przed Sztuką Mięsa.

W każdym razie sztuka.
Smutek swój po Baratarii opisalem w wierszu w styczniu (29 01) 2018 roku, kiedy po wielu latach ponownie odwiedzilem to miejsce.
I ,,zdjąłem” tę witrynę – wtedy zakratowaną.
Znowu tu bylem 4 maja i na szybie dawnej Baratarii przykleiłem ten swój wiersz z informacją, że kondolencje przyjmuję pod nr 602 520 458 – to mój numer.
Tego dnia ktoś do mnie zadzwonił, pewna zaniepokojona pani…
,,O co chodzi w tym ogloszeniu na szybie??”, zapytała, ,,bo wie pan, kiedyś miałam tu sklep, potem go wynajęłam, a ta osoba się nie rozliczyła, więc ja myślałam, że to coś z tym związane jest…”
“To nie jest ogłoszenie, to wiersz jest smutny”, odpowiedzialem uspokajająco….
,,A to przepraszam, w takim razie to nieważne jest, do widzenia”, powiedziała i zakończyliśmy rozmowę.
Wygooglowałem jej numer telefonu… Sztuka Mięsa.

“O Baratario! O transmogryfikacjo, która holenderujesz natomiast! Czeluść otwarta! Słońce w znaku Wodnika! Zorobabel krąży na wysokościach!”
P.S. Na ścianie kawiarni było krócej – może do Wodnika…

Na wszelki wypadek dodam, że to cytat z Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
Babcia i wnuczek czyli Noc cudów
Farsa w dwóch aktach z prologiem i intermedium

Orient powszedni I

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Długa majówka w tym roku przyjęła dla Viatora postać bardzo długiej kwietniówko-
majówki. Tak wyszło. Grzech nie wykorzystać. Toteż wyruszył Viator z Viatorką na wielką rajzę. Miała być turystyczna, okazała się poniekąd mistyczna.
Viator oszczędziłby Czytelnikom katowania sprawozdaniem ze zwykłej przejażdżki, nawet arcyciekawej. Ale to nie była zwykła przejażdżka. Mogła być, gdyby Pielgrzym rozsądnie zostawił mózg i serce w domu. Niestety, zabrał je ze sobą, a taki ekwipunek powoduje, iż Wędrowiec niechybnie wplątuje się w jakieś kłopoty. Tak stało się i tym razem: relaksująca w założeniu wycieczka okazała się po trosze pielgrzymką ku Niebieskiej Jeruzalem, a po trosze wyprawą do Jądra Ciemności. Peregrynacją zygzakiem snującą się między baśnią i banałem, metempsychozą i buractwem, metafizycznymi ciarkami i dreszczem obrzydzenia. Podróżą po Oriencie powszednim. Tam, gdzie Jakub zmaga się z Aniołem, a człowiek człowieka pałką na śmierć zatłucze i na popiół spali.
Więc jednak zaryzykuje Viator małe itinerarium w odcinkach, by podzielić się swymi obserwacjami – chyba warto.
Lecz najbardziej mistyczny i ezoteryczny okazał się fakt, iż Viatorka zgodziła się towarzyszyć Wędrowcowi nie tylko w samej podróży, ale i, pierwszy raz, w jej opisywaniu. Po krótkiej naradzie stanęło na tym: najpierw Pielgrzym, z odcinka na odcinek, opowie o swych doznaniach, a potem Viatorka doda własny punkt widzenia.
I uwierzcie: Viator sam płonie z ciekawości, cóż tam znajdzie, w tym spojrzeniu z innej perspektywy. Miejmy nadzieję, iż Czytelnicy też poczują się usatysfakcjonowani lekturą takiego dwugłosu. Do dzieła przeto!

Dla mieszkańca Łużyc tak zwana Ściana Wschodnia to koniec świata i głębokie kresy.
Po prostu – egzotyczny Orient. Godzien odkrycia.
Odkrywanie rozpoczęło się w Lublinie. Najpierw była konferencja biografistyczna, na
której Viator opowiadał (okazało się w świetle późniejszych odkryć, że chyba jak na ironię wybrał ten temat) o grupie ludzi, którzy, połączeni wielkim celem, potrafili zgodnie współpracować mimo dzielących ich różnic, czasem bardzo istotnych, bo światopoglądowych. Sam opowiadał Viator, z uwagą słuchał wystąpień innych prelegentów. A przez okno wciąż widział wznoszącą się niedaleczko, ot, po drugiej stronie ulicy, ekspresjonistyczno-dantejską Bramę Piekieł, czyli Pomnik Walki i Męczeństwa. To już piąta lubelska konferencja, w której uczestniczył Wędrowiec, ale, jak dotąd, nie było okazji, aby przejść na drugą stronę ulicy i odwiedzić (bo przecież nie: zwiedzić) to miejsce. Tym razem się udało. Czas musiał się znaleźć.
Każdy z nas odwiedził niejedno takie miejsce, obejrzał sporo filmów, przeczytał ileś tam książek. Każdy z nas ma już za sobą etap emocjonalnego szoku, niedowierzania, rozważań pod tytułem: Jak to w ogóle było możliwe, w dwudziestym wieku, w środku cywilizowanej Europy, zakończonych konstatacją, że owszem, było możliwe i już. Viator też tak ma, toteż wizyta w Konzetrationslager Majdanek nie poruszyła w nim jakoś szczególnie silnych emocji. Raczej pobudziła do myślenia.
Już na samym początku, przechodząc przez Sektor SS, czyli miejsce, gdzie odbywały
się selekcje, podzielił się Pielgrzym z Viatorką refleksją o tym, że korzeniem zła jest moment, gdy ktoś uznaje, iż ma prawo decydować o życiu drugiego człowieka, robić mu różne selekcje. Tutaj się zaczyna. Nie zawsze prowadzi to aż do komory gazowej (która w
Majdanku znajduje się właśnie w sąsiedztwie Sektora SS), ale nigdy nie wiedzie ku dobremu. Dokąd zaś zawiedzie, zależy już tylko od szeregu okoliczności. Kto sobie prawo władzy nad innym uzurpował, zależnie od tych okoliczności, może zostanie tylko autorytarną mendą, zatruwającą życie swojej rodzinie, a może stanie się zbrodniarzem z załogi Majdanka. Mentalnie jest już od momentu uzurpacji gotowy na jedno i drugie. Okoliczności, moi drodzy, okoliczności!
Idą Viator z Viatorką terenem łagru. Sami, bo tacy już z nich mizantropi. Kolejne spostrzeżenia. Do pasa drutów kolczastych przy zachodnim krańcu obozu przylegają bezpośrednio działki. Z jednej strony baraki, z drugiej uroczo kwitnące jabłonki, wypielęgnowane kwiatuszki, milutkie altanki. Banalny kontrast, jako środek artystyczny zgrany i nic nie wnoszący. Ale pobudza do refleksji: to, co się tutaj, i w tylu innych miejscach stało, nikogo w gruncie rzeczy nie obchodzi. I chyba nigdy szczególnie nie obchodziło. Życie toczy się, jakby nigdy nic. Zamordowani, odarci z godności, pozbawieni do końca życia poczucia bezpieczeństwa i szczęścia nie doczekali tak naprawdę sprawiedliwości czy jakiejkolwiek rekompensaty. Sprawcy w zdecydowanej większości nie zostali, jak zwykle zresztą, ukarani. Owszem, pomniki stoją, uroczystości rocznicowe czasem się odbędą. Ale jaka to pociecha dla ofiar? Świat trwa, jabłonki kwitną, nikt nie pamięta. I znów, jak przed laty, zaczyna grzmieć marszowy krok… ale stop! O nim za chwilę.
Krematorium. Tysiące tysięcy spopielonych zwłok. Powtarzano te liczby tak często, że
spowszedniały. Nikogo nie obchodzą. I znowu brzmi krok marszowy… Momencik! Zaraz!
Prawie nikogo te prochy nie obchodzą. Gawron czy inny jakiś czarnowron z uporem grzebie w ziemi tuż obok złowrogiego budynku. Viator nie ma wątpliwości: to dusza męża i ojca, poczerniała z rozpaczy, wcieliła się w ptaszysko i szuka, uparcie acz bezowocnie, szczątków swej żony i dziatek, z którymi brutalnie i nieodwołalnie rozdzielona została tutaj, na Majdanku.


Może te szczątki znajdują się po sąsiedzku, w Mauzoleum? To jedyne miejsce, gdzie
Viatorem naprawdę szarpnęły emocje. Znał budowlę doskonale od dawna, z wielu fotografii. Ale wyobrażał sobie, iż prochy są tutaj zabetonowane, zakryte. Tymczasem pod kopułą, w murowanej otwartej niecce leży kopiec. Ziemia, prochy i kawałki kości. I dobrze, tak ma być!



Akurat przechodzi wycieczka. Przewodniczka tłumaczy, iż szczątki po spaleniu mielono, mieszano z ludzkimi odchodami i nawożono nimi okoliczne pola. Również tam, gdzie teraz znajdują się idylliczne działki, oglądane przez Viatorostwo. Dodaje, że Muzeum chciało nabyć ten teren i odpowiednio upamiętnić, ale napotkano opór. Bo przecież kogo to
w końcu obchodzi?
Korzystając z okazji, pyta Viator Przewodniczkę: Skąd się wzięły te sarenki? Jakie sarenki?
O te, tam! Bo rzeczywiście, na rozległym polu obozowym, otoczonym ze wszystkich
stron drutami kolczastymi, pasie się stadko saren. Fotografia może kiepsko to oddaje, ale
uwierzcie: w centralnej części zdjęcia, lekko po prawej, widać lustra, czyli jasne pupy
zwierząt.


Wygląda to tak, jakby Muzeum utrzymywało stadko, aby wyjadało trawę. Ale nie,
Przewodniczka zaprzecza. Sarny musiały tu przyjść z pobliskiego lasu. Tylko jak one
pokonały ogrodzenie z drutu kolczastego?
Ten niezwykły widok uruchamia w głowie Viatora ciąg asocjacji. I nic już nie zagłuszy
huku marszowego kroku. Nadchodzą. Piękni, młodzi, energiczni. Serca gorejące miłością
Ojczyzny, schludne fryzury, eleganckie koszule zapięte pod samą szyją. Solidne, okute
obuwie. Na rękach opaski z jakimś bzdurnym symbolem. Chłopcy oenerowcy, czy jak im
tam. Minęły lata, a oni znowu idą. Jakby nigdy nic. Pewnych ludzi żadne majdanki świata nie otrzeźwią. Jasne, tacy natchnieni patrioci z ogolonymi łbami maszerują w różnych krajach. Jednak Viatora najbardziej obchodzą nasi, polscy. Za nich mu najbardziej wstyd. I za to, że znowu mogą tak bezkarnie maszerować po ulicach, chorągwie po kościołach i katedrach rozwijać, a nawet na Jasną Górę pielgrzymować. Swoją drogą: chyba niekoniecznie ich wizyta spodobała się gospodyni, czyli skromnej Żydówce z Nazaretu. Ale kogo to obchodzi?
No i co się Viator czepia? Ojczyzny nie kocha? Polakiem się nie czuje? Czuje się, jak
najbardziej! Tylko wie, że jeśli ktoś jest bardziej Polakiem (Niemcem, Uzbekiem, Tajem,
Urugwajczykiem, Algierczykiem, Koreańczykiem, Bantu – do wyboru) niż człowiekiem, to
istnieje ryzyko, iż prędzej czy później może się to skończyć jakimś nowym Majdankiem.
Kwestia okoliczności.
Lecz skąd takie orientalnobarokowe skojarzenia? Sarenki i marsz narodowców? Bob
Fosse winien. Przecież znacie: Tomorrow Belongs to Me. Tam też zaczęło się od młodych
serduszek płonących czystą miłością do Ojczyzny i od jelonka, co przez cichy las mknie…
A co akurat widnieje na opasce – hakenkreuz, krzyż celtycki czy też inna falanga – to doprawdy okoliczność, sztafaż, rzecz trzeciorzędna.
Posłuchajcie. I do zobaczenia za tydzień, na szlaku.

Viatorka

No tak, Viator tradycyjnie postawił Viatorkę w sytuacji co najmniej niezręcznej. Choć
doskonale zdawał sobie sprawę, że to jej debiut, szczególnie postarał się, aby jego własny
tekst był elokwentny i napisany barwnym, żeby nie powiedzieć, kwiecistym językiem, po czym dał Viatorce swój tekst na 5 minut przed terminem wysłania. No i jak w tej sytuacji biedna, prosta Viatorka ma się odnaleźć… No, ale spróbujmy!!! Choć na początek będzie krótko.

Dla Viatorki ostatni rok był okropny, zmienił jej podejście do świata i ludzi, a nawet
odbił się na jej zdrowiu. Zdarzyło się wiele złych rzeczy, zawiodła się na kilku bliskich
ludziach, bezsilnie musiała obserwować cierpienie i wielką niesprawiedliwość, jaka spotkała jej przyjaciółkę. Dlatego ten wyjazd kwietniowo-majowy był dla niej dosłownie „ratunkiem”, żeby nie zwariować, dzięki niemu mogła się wziąć w garść i nabrać sił do tego, aby wrócić i zrobić co w jej mocy, żeby pomóc cierpiącej, odchodzącej kobiecie i matce, a potem móc normalnie żyć własnym życiem. Mimo, że podróż zaczęła się w miejscu, które powinno budzić grozę…

Po konferencji, na której też wygłosiła swój referat, odwiedziła Viatorka Majdanek.
Zobaczyła baraki, komorę gazową, tysiące butów, Mauzoleum… Obserwowała
zwiedzających, często bardziej zajętych swoimi smartfonami, niż historią opowiadaną przez przewodniczki. Patrzyła na ogródki, gdzie ludzie relaksowali się na prochach zamordowanych więźniów. I ze zdumieniem stwierdziła Viatorka, że nie wywołuje to w niej wcale oburzenia, a właściwie to jej to nawet nie dziwi. I wcale nie próbuje tego Viatorka rozpatrywać w kategoriach „okoliczności”, które mogą spowodować, że w sprzyjających warunkach taka zbrodnia może się powtórzyć. Bo zbrodnie odbywają się cały czas, ludzie bezkarnie robią innym z życia piekło, często nie sposób się przed tym obronić i nikogo to nie obchodzi…
Okoliczności mogą spowodować jedynie, że ten proceder zyska status oficjalny, stanie się
bardziej dosłowny i hurtowy. I tak cały czas myśli Viatorki wracały do jej przyjaciółki. I
refleksji, jak to jest możliwe, że w czasach pokoju, w demokratycznym kraju, dwie osoby
sprawujące ważne funkcje urzędowe mogą bezkarnie zadręczyć kobietę, która całe swoje
życie poświęciła na pomoc innym… Od półtora roku, czyli od momentu, gdy zachorowała na nieuleczalną chorobę, nękały ją i jej syna, aż doprowadziły do sytuacji, że ten upośledzony umysłowo człowiek za tydzień stanie przed sądem karnym. A ta kobieta o pięknej duszy umiera właśnie w strasznym bólu i z wielkim, wszechogarniającym lękiem o przyszłość swojego dorosłego, ale bezbronnego dziecka. I nikogo to nie obchodzi, nikt nie chce nawet słuchać o jej historii. To przynajmniej Wy posłuchajcie.

Irena-Sendler-Jahr 2018

Menschenleben retten ist Pflicht und keine Heldentat

Text und Fotos © Urszula Usakowska-Wolff

Besuch bei Irena Sendler am 26. 12. 2005 in Warschau: mit Anna Mieszkowska und Manfred Wolff.

Am 12. Mai 2008 starb in Warschau Irena Sendler, eine Frau, die heute weltweit als Heldin verehrt wird, deren Namen Schulen, Straßen und Parks tragen, eine Frau, die mit höchsten polnischen und israelischen Auszeichnungen bedacht und die 2007 und 2008 für den Friedensnobelpreis nominiert wurde.
An den Rollstuhl gefesselt – eine Folge ihrer Folterungen durch die Gestapo im berüchtigten Pawiak-Gefängnis im von den Deutschen besetzten Warschau im Herbst 1943 –, wurde ihr am Ende ihres Lebens, als sie ihr kleines Zimmer im Warschauer Pflegeheim der Barmherzigen Brüder nicht mehr verlassen, geschweige denn reisen konnte, das Interesse der Öffentlichkeit zuteil. Ihre Erlebnisse und ihre außerordentliche Haltung während des Zweiten Weltkriegs blieben lange Zeit im Verborgenen, denn sie habe nur ihre Pflicht getan und wollte darüber keine Worte verlieren. Dass ihre Geschichte, die Geschichte einer mutigen Frau, die zur Rettung von 2500 jüdischen Kindern und etlichen Erwachsenen aus dem Warschauer Ghetto beigetragen hatte, öffentlich bekannt wurde, verdankte sie vier Schülerinnen aus der 300-Seelen-Gemeinde Uniontown im amerikanischen Bundesstaat Kansas, die Ende der 90er Jahre im Rahmen einer Projektarbeit herausgefunden haben, dass sie während der Naziherrschaft doppelt so vielen Juden das Leben rettete als Oskar Schindler. Darüber verfassten sie den zehnminütigen Einakter „Life in a Jar“ (Das Leben im Glas), der sich bis heute großer
Popularität erfreut, vieltausendmal aufgeführt wurde und noch immer aufgeführt wird. Als sie erfuhren, dass ihre Heldin in Warschau lebt, besuchten sie sie dort zum ersten Mal 2001, was das Interesse der polnischen Medien auf die mutige Polin lenkte, sodass sie ihre Geschichte an die Öffentlichkeit brachten. 2003 lernte die polnische Theaterwissenschaftlerin und Autorin Anna Mieszkowska Irena Sendler kennen. Das war eine schicksalhafte Begegnung: Zehn Monate lang trafen sie sich fast jeden Tag und Irena erzählte Anna ihr Leben. 2004 wurde im Warschauer Verlag Muza das Buch „Die Mutter der Holocaust-Kinder. Irena Sendler und die geretteten Kinder aus dem Warschauer Ghetto“ veröffentlicht. Dank Anna Mieszkowska, deren Sendler-Biografie mein Mann Manfred Wolff und ich 2006 für die DVA ins Deutsche übersetzt hatten, lernten wir Irena kennen und konnten sie einige Male in Warschau besuchen. Anna Mieszkowska und ich hatten die Gelegenheit, das Leben und die Taten dieser außerordentlichen Frau Erwachsenen und Jugendlichen unter anderem in Leipzig, Detmold, Düsseldorf, Berlin, Unterwaltersdorf (Österreich), Wien, Nürnberg, München, Stuttgart, Stockholm, im
belgischen St. Vith, Kelmis, Eupen und Brüssel vorzustellen. Die über zwanzig Lesungen, zu denen Hunderte von Menschen erschienen, dauerten nicht selten über drei Stunden und könnten noch länger sein, denn das Interesse an dieser mutigen, bescheidenen Frau war ungebrochen. Am 19. April 2009 strahlte die CBS den Film „The Courageous Heart Of Irena Sendler“ aus, dem Mieszkowskas Buch zugrunde lag, den über acht Millionen Zuschauer in den Vereinigten Staaten sahen. Am 1. Mai 2009 wurde nach Irena Sendler eine vom Niederländer Jan Ligthart gezüchtete Tulpenart benannt, am 4. Mai 2009 wurde ihr in Berlin posthum der Audrey Hepburn Humanitarian Award verliehen. Und das
Jahr 2018 wurde vom polnischen Parlament in Gedenken an ihren zehnten Todestag zum IrenaSendler-Jahr erklärt.

Irena Sendler am 26.12. 2005 im Pflegeheim der Barmherzigen Brüder in Warschau.

Liebe, Demut und Toleranz

Die am 15. Februar 1910 in Warschau geborene Irena Krzyżanowska stammte aus einer
patriotischen, sozialdemokratischen polnischen Familie. Ihre Eltern brachten ihr bei, dass man die Menschen nur in gute und schlechte einteilt und dass Herkunft, Religion und Hautfarbe dabei keine Rolle spielen. „Einem Ertrinkenden muss man die Hand reichen“, lernte sie von ihrem Vater, der als Arzt vor allem Arme behandelte, sich von einem Patienten mit Typhus ansteckte und starb, als Irena sieben Jahre alt war. Liebe, Demut und Toleranz waren die drei Grundsätze, denen sie immer treu blieb. Irena Sendler war zeit ihres Lebens eine sozial engagierte Frau, die sich bereits im Vorkriegspolen – als Mitarbeiterin des Sozialamts im Warschauer Magistrat – für die Rechte alleinerziehender Müttern von unehelichen Kindern einsetzte. Gleich nach dem Ausbruch des Zweiten
Weltkriegs im September 1939 gründete sie mit anderen zehn Kolleginnen und einem Kollegen vom Warschauer Sozialamt eine Untergrundorganisation, die den Juden zu Hilfe eilte, obwohl die Deutschen in Polen, im Gegensatz zu den anderen besetzten Ländern, die kleinste, einem Juden geleistete Hilfe mit dem Tod bestraften. Angesichts des Elends der Kinder im Warschauer Ghetto, das von den deutschen Besatzungsbehörden im Herbst 1940 als „jüdischer Sperrbezirk“ errichtet wurde, in dem eine halbe Million Menschen, darunter viele Freundinnen und Freunde Irenas, unter unvorstellbaren Bedingungen zusammengepfercht leben mussten, begann sie unter dem Decknamen Schwester Jolanta und mit einem Passierschein, der ihr jederzeit freien Zutritt zum Ghetto ermöglichte, diese Kinder auf zum Teil abenteuerlichen Wegen – in Säcken und Kartons – auf die „arische Seite“ zu schleusen, um sie vor dem sicheren Tod im Vernichtungslager Treblinka zu retten. Die Kinder erhielten eine neue Identität und wurden in polnischen Familien, Waisenhäusern oder Klöstern untergebracht. Ihre Namen notierte sie auf dünnen Papierstreifen und versteckte sie in einem Einmachglas unter einem Apfelbaum im Garten. Das war Irena Sendlers Liste, jenes „Leben im Glas“, wo die Vergangenheit der geretteten Kinder bewahrt wurde, sodass sie sich nach dem Krieg wieder ihrer wahren Identität vergewissern und den Weg zu ihrer Angehörigen finden konnten.

Sean H. Ferrer (r.), Sohn von Audrey Hepburn, überreicht am 4. Mai. 2009 in Berlin dem Botschafter der Republik Polen, Dr. Marek Prawda, den Audrey Hepburn Humanitarian Award 2009 posthum für Irena Sendler

Im Herbst 1943 wurde Irena Sendler von der Gestapo verhaftet und zum Tod verurteilt. Trotz schrecklichster Folterungen gab sie keinen Namen preis, auch nicht, um ihr Leben zu retten. Durch Bestechung eines Gestapobeamten, der sie von der Liste der Todeskandidatinnen entfernte, kam sie frei und lebte bis zum Ende des Kriegs in verschiedenen Verstecken, da sie von den Deutschen gesucht wurde. Sie gab aber ihre Arbeit nicht auf und half als Leiterin des Kinderreferats des Judenhilferats Żegota in
Warschau, der Finanzmittel des polnischen Untergrundstaates an die verfolgten Juden verteilte, den jüdischen Kindern weiter.

Anna Mieszkowska, Die Mutter der Holocaust-Kinder. Irena Sendler und die geretteten Kinder aus dem Warschauer Ghetto, DVA, 2006

Beeindruckende Zivilcourage
„Die Rettung der jüdischen Kinder war meine Pflicht und keine Heldentat. Sie war die Berechtigung meiner Existenz. Mein Vater brachte mir nämlich bei, dass man den Schwachen und Gefährdeten helfen muss. Wenn sich damals deutsche Kinder in einer solchen Situation befänden wie die jüdischen Kinder, hätte ich ihnen auch geholfen“, sagte Irena Sendler. Sie war sehr darüber erfreut, dass ihre Biografie in Deutschland erschien und verfolgte mit Spannung die Resonanz darauf.
„Ständig höre ich das Echo, das der Inhalt des Buchs ‘Die Mutter der Holocaust-Kinder’ in
Deutschland hervorruft“, schrieb sie mir am 27. Februar 2008. „Mit Frau Mieszkowska sind wir zum Schluss gekommen, dass Ihre Übersetzung besser gefällt und mehr Interesse weckt, als das Buch in Polen.“ Und tatsächlich war das Interesse an Irena Sendler im deutschsprachigen Raum enorm. Vor allem Jugendliche waren von ihrer Zivilcourage beeindruckt. An den Lesungen, die in Deutschland, Österreich und in Belgien stattfanden, beteiligten sich Hunderte von Schülerinnen und Schülern, alleine an den Schulen der Deutschsprachigen Gemeinschaft Belgiens über 500! Daraus entwickelten sich langfristige Projekte, die von Jugendlichen initiiert und durchgeführt wurden. So geschehen an
der Robert-Jungk-Oberschule in Berlin, deren Lehrerinnen und Schülerinnen im Februar 2008 nach Warschau reisten, um Irena Sendler zu besuchen, und ihre Eindrücke in einer multimedialen Präsentation festhielten; die im Juli 2007 eingeweihte Irena-Sendler-Schule im bayerischen Hohenroth, die erste Irena-Sendler-Schule weltweit, deren Schülerinnen und Schüler zur Eröffnung eine große Ausstellung ihrer Patronin organisierten und deren Rektorinnen im September 2007 einen Apfelbaum im Park vor dem Ghetto-Denkmal in Warschau pflanzten; das Theaterstück „Tor zum Leben. Die Rettung von 2500 Kindern aus dem Warschauer Ghetto“, dargestellt von geistig
behinderten Schülern und Schülerinnen aus Deutschland (Bodelschwingh-Schule in Soest), Polen (Zespół Szkół im. Aleksandra Kamińskiego in Strzelce Opolskie) und Israel (Morasha School in Netanya) sowie die Projektarbeit „Die Mutter der Holocaust-Kinder. Irena Sendler und die geretteten Kinder aus dem Warschauer Ghetto“, an der drei Schulklassen des César-Franck-Athenäums in Kelmis in der Deutschsprachigen Gemeinschaft Belgiens sieben Monate lang arbeiteten. Über 50 Schülerinnen und Schüler, darunter viele Muslime, beschrieben jede Straße und jede Person, die in diesem Buch vorkommen und versammelten die Ergebnisse ihrer Arbeit in einer beeindruckenden
Ausstellung, die bis Mitte Mai 2009 in ihrer Schule besichtigt werden konnte.
Im November 2010 wurden zwei weitere Schulen in Deutschland nach Irena Sendler benannt: in Hamburg-Wellingsbüttel und in Euskirchen.

Irena Sendler am 11. 09. 2007 im Pflegeheim der Barmherzigen Brüder in Warschau.

Vorbild für viele Menschen

„Irena Sendler war eine Frau, die anderen das Leben rettete und nicht an sich selbst dachte“, fassten die Schülerinnen und Schüler des CFA Kelmis ihre Erkenntnisse, die sie während der Projektarbeit gewonnen haben, zusammen. „Irena Sendler wurde durch das Buch ‘Die Mutter der Holocaust-Kinder’ weltweit bekannt und einige gerettete Kinder erfuhren so, dass sie noch lebt. Es ist schade, dass sie erst so spät berühmt wurde. Wir kannten Irena Sendler vorher gar nicht. Wir wussten auch nicht, wie ein Ghetto aussieht und wie unmenschlich Menschen sich verhalten können. Irena Sendler hatte viele Helfer, die ihr bei der Kinderrettung halfen. Was Irena Sendler gemacht hat, war Zivilcourage.
Heutzutage gibt es auch viele sozial engagierte Menschen, die Menschen helfen, aber sie riskieren nicht ihr eigenes Leben. Uns hat dieses Projekt die Erfahrung gebracht, jeden Krieg vermeiden zu wollen. Wenn man Streit hat, soll man darüber reden oder sich gegenseitig ignorieren. Wir wissen jetzt auch viel mehr über den Krieg, Irena Sendler und die anderen Helfer. Irena Sendler kann stolz auf ihre menschliche Würde sein. Sie ist ein Vorbild für viele andere Menschen.“

Ja, das stimmt: Irena Sendler vertrat Werte, die sie dazu veranlassten, auch in Zeiten größter Menschenverachtung, die zur Menschenvernichtung führte, die Menschlichkeit zu bewahren und zu verteidigen. Irena Sendler hat mit ihrem ganzen Leben bewiesen, dass man auch in fürchterlichsten Zeiten Gutes tun muss, weil das die Pflicht eines jeden anständigen Menschen ist. Und das bleibt gültig – über ihren Tod hinaus.

Mehr Infos unter:
www.irenasendler.org (Englisch)
http://roksendlerowej.pl/ (Rok Ireny Sendlerowej)


Unsere Autorin, Urszula Usakowska-Wolff wird am 2. September Irena Sendler im Café Regenbogenfabrik vorstellen. Dazu schrieb sie:

Irena Sendler, die Retterin der Kinder aus dem Warschauer Ghetto

Vortrag von Urszula Usakowska-Wolff aus Anlass des Irena-Sendler-Jahres 2018

Am 12. Mai 2008 starb in Warschau im Alter von 98 Jahren Irena Sendler, eine Frau, die heute nicht nur in Polen als Heldin verehrt wir. Erst am Ende ihres Lebens wurde bekannt, dass sie unter dem Decknamen Schwester Jolanta zusammen mit einem von ihr gegründeten und vorwiegend aus Frauen bestehenden Netzwerk hunderte von jüdischen Kindern aus dem Warschauer Ghetto gerettet, mit falschen Papieren versorgt und in polnischen Familien, Waisenhäusern und Klöstern untergebracht hatte. Als die Gestapo sie im Herbst 1943 verhaftete und folterte, gab sie keinen Namen preis. Sie wurde zum Tode verurteilt, doch sie konnte unmittelbar vor der Vollstreckung der Todesstrafe fliehen. Irena Sendlers fast unbekannte Geschichte schrieb 2003 Anna Mieszkowska auf und veröffentliche sie in einem Warschauer Verlag. 2006 erschien ihre „Die Mutter der Holocaust-Kinder. Irena Sendler und die geretteten Kinder aus dem Warschauer Ghetto“ betitelte Biografie in der DVA. Die Übersetzer Urszula Usakowska-Wolff und Manfred Wolff lernten Irena Sendler 2005 kennen und besuchten sie mehrere Male in Warschau. Obwohl sie unter der Folgen der Gestapo-Folter zu leiden hatte und auf einen Rollstuhl angewiesen war, strahlte sie Wärme und Bescheidenheit aus. Ihre Geschichte ist ein Beispiel dafür, welche Taten ein Mensch mit Zivilcourage auch in den schrecklichsten Zeiten vollbringen kann. „Die Rettung der jüdischen Kinder war meine Pflicht und keine Heldentat. Mein Vater brachte mir nämlich bei, dass man den Schwachen und Gefährdeten unabhängig von Herkunft, Nationalität oder Religion helfen muss. Wenn sich damals deutsche Kinder in einer solchen Situation befänden wie die jüdischen Kinder, hätte ich ihnen auch geholfen“, betonte Irena Sendler.

***
Urszula Usakowska-Wolff, 1954 in Warschau geboren, studierte Germanistik an den Universität Bukarest und Warschau. Die Journalistin, Autorin und Kuratorin lebt seit 1986 in Deutschland, zuletzt in Berlin. Sie übersetzte zahlreiche Bücher aus dem Polnischen, darunter Lyrik von Erna Rosenstein, Geneowefa Jakubowska-Fijałkowska und Jan Goczoł sowie Prosa von Artur Sandauer. 2009 gab sie ihre Gedichte „Perverse Verse“ im Pop Verlag heraus.

Mehr Infos unter:
www.kunstdunst.com
https://urszulausakowskawolff.wordpress.com/

Zapominam Ciebie Ojczyzno

Roman Brodowski

Zapominam Ciebie Ojczyzno
Powoli zapominam
Zapisaną doświadczeniem
Prawdę przeszłości

Kto zrozumie filozofa?
Rozważania na temat „Prawda naszego czasu”

Jakiś dziwny niepokój dręczy me wnętrze, a i sumienie nie pozwala o wszystkim szczegółowo mówić, kiedy muszę odpowiadać moim dzieciom na pytania dotyczące mojej, a właściwie mojego pokolenia, przeszłości. Boję się, że nie zrozumieją, że nie uwierzą w prawdę przekazaną im o czasach dla mnie minionych, o kluczowych dla kraju wydarzeniach, których byłem i uczestnikiem i świadkiem.

Pomny słów mego Ojca, który zwykł był mawiać, że „moja prawda nie zawsze oznacza naszą prawdę”, czasami staram się w mych przekazach, zawierających wątki historyczne oparte na wiedzy czy to mojej, czy pokoleniowego doświadczenia, umieszczać w ocenie niektórych wydarzeń pierwiastek tak zwanego kompromisu społecznego.
Kiedy słucham wypowiedzi naszej klasy politycznej, dotyczących rzeczywistości naszego kraju, kiedy słucham tak zwanych autorytetów w dziedzinie historii, zastanawiam się, czy to, co pozostało poza mną, to czego w życiu doświadczyłem, w czym uczestniczyłem i czego byłem świadkiem, wydarzyło się naprawdę?
Czy przeszłość, jakże dla mnie jeszcze nieodległa, przeszłość moich rodziców, dziadków czy ludzi, których znałem, urodzonych jedno lub dwa pokolenia przede mną, ich relacje z czasów dzieciństwa, młodości, dorosłego życia, ich bagaż tragicznych doświadczeń okresu miedzywojennego, wojennego i powojennego, to tylko mój wymysł, moje urojenia, moja
konfabulacja istniejącej tylko w moich realiach rzeczywistości?
Także relacje niektórych towarzyszy z mojej czasoprzestrzeni, a dotyczące rzeczywistości lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, nawet i osiemdziesiątych, powodują, że niekiedy powątpiewam w istotę mojego „tu i teraz oraz tu i wczoraj”, w rzeczywistość istnienia mojego dualistycznego, materialno- duchowego, bytu.
Na szczęście, jak na razie, moja dominująca nad emocjami świadomość nie dopuszcza, by mną kierowały. Coraz częściej jednak zadaję sobie te same pytania, a mianowicie:
czymże jest prawda bytu?
Czymże jest prawda naszego, czy też mojego czasu?
Czymże jest ta moja (nasza), wypełniona wydarzeniami przestrzeń przemijania w zetknięciu z machiną propagandy i indoktrynacji (także na gruncie religii), jakich
używają dzisiaj elity rządzące dla zrealizowania swoich polityczno-sytemowych, czy ustrojowych przedsięwzięć?

Intuicyjnie dochodzę do wniosku że prawda mojego (ludzkiego) bytu jest niczym, a zarazem i czymś. Jest materiałem potrzebnym do przetworzenia, lub manipulowania, w celu osiągnięcia przez jednostki, korporacje, organizacje polityczne, religijne i finansowe
władzy lokalnej czy globalnei. Jak na ironię, to właśnie w kanonie pism, w Biblii, czytamy o
trójwładzy światowego, „ podległego szatanowi”, imperium zła, jakim jest „pieniądz, polityka i religia” i  nie mylmy jej z wiarą.
Coś w tym jest. Jednak kwestię biblijnej przestrogi pozostawiam ludziom kompetentnym w tej dziedzinie – czyli teologom. Filozoficznie rzecz ujmując, uważam że ta „płynąca wiecznie w niewiadomym kierunku”, wypełniona bytem materialnym i ideowym nasza przestrzeń, to co nas otacza, co żyje wokół lub w nas, to, co kreuje naszą rzeczywistość, i to, co my sobą niejako w tej przestrzeni kreujemy, jest tylko i aż naszą prywatną, czasami intymną rzeczywistością. Jest naszą, aczkolwiek bardzo podatną na wpływy zewnętrzne, i jedyną obiektywną i utrwaloną w świadomości prawdą naszej historii. Jest zapisanym przez nas i dla nas świadectwem naszego życia.

Słowa włożone w usta jednego z odtwórców głównych ról w satyrycznym filmie Stanisława Barei Miś, ukazującym głupotę peerelowskich realiów, że „ jest prawda czasu i… prawda ekranu”, dzisiaj, jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy „Polska kroczyła jedyną słuszną drogą socjalistycznego proletriatu”, nabierają wymiaru nie tylko społecznego, ale i, w obecnych realiach, socjopolitycznego.

Niestety, dla niektórych z nas jedynym zaufanym źródłem prawdy są „prawda ekranu, ambony, czy też mównicy”. Przy założeniu, że dzięki tym mediom, zwłaszcza „prawdzie
ekranu”, możemy postrzegać toczące się życie za pomocą obrazu, przekazanego twórczą wyobraźnią kogoś innego, rozumieć świat rozumem nie własnym, przyjmować do siebie zmysłowo i instrumentalnie informacje przygotowane przez osoby trzecie, na zlecenie, to ten obraz jest niejako odzwierciadleniem Tischnerowskiego kanonu prawd.
Niestety tej pierwszej, szlachetnej, na dzisiejszym ekranie ciężko jest doświadczyć.
Natomiast dwóch pozostałych, czyli “tys prawda” i “gówno prawda”, jest , jak mawiają nasi odwieczni “wrogowie” zza miedzy, “skolko ugodno”.

Tak. Im bardziej spoglądam za siebie, im intensywniej analizuję to, co poza mną pozostało, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że pomimo ciągłych prób, do dzisiaj nie udało mi się wyzbyć tego, co chyba jednak nadal wypełnia me wnętrze, a mianowicie sokratejskiej, wątpiącej i wciąż poszukującej odpowiedzi na nurtujące mnie mentalne pytania –  duszy.

I tak jak On, lecz w innym kontekście, w natłoku zmieniających się jak w kalejdoskopie informacji, wiem, że dzisiaj moja wiedza historyczna, zarówno ta nabyta, jak i ta z autopsji, dzięki nowej wiedzy, nowym odkryciom i nowej interpretacji minionych wydarzeń przez nowohistoryków (dla mnie pseudo) stała się niemodna i ledwo słyszalna.
Mam jednak nadzieję, że zarówno rozum jak i logika pozwolą wielu z nas przetrwać batalię fałszowania faktów i konfabulacji wydarzeń, zwłaszcza dotyczących tej naszej jeszcze trawającej w nas historii. Że ukryta w naszej pamięci skarbnica prawdy odezwie się ponownie i ponownie pozwoli odnaleźć to, co powoli zatracamy – naszą narodową, wspólną i jednoczącą nas, tę rzeczywiście prawdziwą, przekazywaną z pokolenia na
pokolenie prawdę czasu.

Herrensalat na Herrentag

czyli Tibor Jagielski

Sałatka ze szparagów (stary przepis krzyżacki)

jaja (6, ugotować, obrać, pokroić)
szparagi (250 gram, to samo, co wyżej, tylko najpierw  obrać)
pieczarki zebrane świeżo na polu (250 gram, podsmażyć na maśle, pokroić – u mnie pieczarki rosną na podwórku, już wyrosły – Adminka)
ogórki konserwowe (250 gram, chyba też pokroić, jak mniemam – Adminka)
pietruszki, szczypiorku, koperku do woli,
dodać sos á la byk (patrz: blog „gotuj się”, adamczewski, 2009, chyba też maj, ale nie jestem teraz pewien)
wymieszać ostrożnie, odstawić na parę godzin w chłodnym miejscu,
zaserwować, śpiewając czastuszki i strzelając hołubce;
smacznego!
tibor

A teraz informacje dodatkowe ode mnie czyli Adminki.

First things first, jak mawiają starożytni Anglicy. Rzecz pierwsza: sos.
Sos z bloga “gotuj się”, Adamczewski znalazłam na youtubie:
https://www.mojegotowanie.pl/filmy-kulinarne/gotuj-sie-piotr-adamczewski-zaprasza-na-szparagi-3
Mam nadzieję, że to ten. Pewności oczywiście nie ma. Jakby się wam nie chciało notować podczas oglądania, podaję: wrzucić pokrojone w kawałki jajko na twardo do miski, dodać grubą sól morską i dużo oliwy pierwszorzędnej jakości z pierwszego tłoczenia (czyli, jako się rzekło, first things first). Można zblendować lub zmiksować, ale panowie (panowie! toć to Herrensalat na Herrentag!) wybierają metodę pana Adamczewskiego czyli utrą te składniki ręcznie, a trzeć będą, aż uzyskają gładką masę.

Rzecz druga: Tibor.

Tibora poznałam lata temu, gdy pracowałam w redakcji Poglądu. Trudno w to uwierzyć, ale Pogląd przestał istnieć (przestał istnieć!) trzydzieści lat temu. Czas to jednak straszne hadztwo.

Rzecz trzecia: Pogląd.

Pogląd przestał istnieć trzydzieści lat temu, a my tam pracowaliśmy póki jeszcze istniał, każde z nas póty, póki nas z tej pracy nie wyrzucił redaktor naczelny i założyciel czasopisma, Edward Klimczak.

Rzecz czwarta: Edward Klimczak.

Edward Klimczak umarł 15 kwietnia 2011 roku. W roku 1988 przestał istnieć założony przez niego Pogląd. Pogląd był od roku 1983 kontynuacją Biuletynu Informacyjnego KOS czyli Komitetu Obrony Solidarności. Biuletyn Informacyjny KOS był organem Grupy Roboczej Solidarność, którą Edward Klimczak założył w Berlinie Zachodnim w dzień po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Klimczak przyjechał do Berlina w roku 1976 i pracował tu na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim jako lektor i wykładowca. Do Niemiec przyjechał w roku 1973. Studiował filologię angielską i rosyjską. Urodził się w roku 1944 w Kielcach.

Rzecz piąta: Tibor po raz drugi.

Wraz z przepisem otrzymałam od Tibora taką oto informację: przez dziesięć lat byłem na blogu adamczewskiego “gotuj sie!” (“polityka”) i zamieściłem tam ponad setkę przepisów, w tym parę moich własnych, oryginalnych.
Generalnie – Tibor pisze, ma świetne tytuły. Ostry miecz horyzontu, Metalowe oko satelity. Reszta też dobra.

Rzecz szósta: Herrentag (zwany też Vatertag czyli Dzień Ojca)

Herrentag to święto Wniebowstąpienia Jezusa (co w bezbożnych Niemczech jest dniem wolnym od pracy, a w katolickiej i świętobliwej Polsce – nie). W ten Pański Dzień czyli Herrentag panowie (Herren) po dziś dzień (Tag), pojedynczo lub grupkami, udają się do lasu na pieszą wędrówkę lub przejażdżkę wozami drabiniastymi lub innymi, często gęsto popijając z manierki przyczepionej do specjalnej okutej laski. Jedzą też zabrany na wycieczkę prowiant lub odwiedzają leśne oberże, racząc się głównie mięsem.

Niewykluczone jednak, że w czasach krzyżackich typową potrawą w Dniu Ojca była wegetariańska sałatka szparagowa.

Berlin. Kolejką wokół miasta / Abgesang in der Ringbahn

Annett Gröschner  Abgesang in der Ringbahn2010
Tłumaczyła na polski: Ewa Maria Slaska

Kolejką wokół Berlina. Koda

Siedzę w kolejce i jadę wokół miasta. 37 kilometrów torów oddziela Śródmieście od dzielnic wokół. Wokół miasto przemyka za oknami, ale jest też w środku. Dobre miejsce do czytania grubych książek, całowania się bez pamięci, prowadzenia nie przeznaczonych dla obcych rozmów w obcych językach, przezimowania, jeśli nie możesz spędzić zimy w domu. Mogę dokonać zdecydowanego cięcia w tym, co robię, nie przecinając jednak niczego, bo kolejka jedzie bez przerwy wokół i wokół, a po godzinie dociera dokładnie tam, gdzie się wsiadło. Ale nie. Nigdy przecież nie wraca się dokładnie do punktu wyjścia. Z każdym okrążeniem wokół Berlina miasto się zmienia, widzi się je zatem inaczej.
Kolejka okrężna wiąże wokół Wschód z Zachodem, krzyżuje wokół Północ z Południem. Gdy w roku 1961 miasto otoczył Mur, przerwał okrąg w dwóch miejscach, między Sonnenallee i parkiem Treptow i między Gesundbrunnen a Schönhauser Allee. Dziś miasto dzielą tylko brukowe wydania gazet. Pomiędzy Schönhauser Allee a Parkiem Treptow czyta się Kurier Berliński, po drugiej stronie – BZ czyli Gazetę Berlińską. Dopiero w czerwcu 2002 roku zamknął się okrąg kolei wokół miasta, dopiero wtedy Berlin się naprawdę zjednoczył. Tak uważam.
Czytam moją ulubioną książkę
o moim ulubionym mieście
Berlin und die Berliner. Berlin i berlińczycy.
Z roku 1905.
Na końcu pytanie:
Dlaczego kochamy Berlin? Można to dokładnie przebadać. A, B, C. Jak zadanie arytmetyczne i co było do okazania. Pomyślmy jednak,
do czego może się przyczepić każdy globtrotter taki jak ty, wtedy wiesz, że Berlin powinien się wykazać z nawiązką, aby cię powstrzymać. Postaraj się określić tę nawiązkę.
Tu pierwsza próba jej sformułowania.
Czego by mi brakowało, gdyby trzeba było mieszkać gdzie indziej (ohydna myśl):
xxxBerlina jako takiego, w ogóle i w szczegółach;
xxxstarych pijaków u Breescha i Latschenpaula i we wszystkich innych starych knajpach berlińskich;
xxxgracji na Kastanienallee i dziwek na Oranienburger,
xxxwysztafirowanych panienek w kolejce do Berghainu;
xxxdomu ze spiczastym dziobem przy dworcu Ostkreuz;
xxxpoetki Elke Erb jeżdżącej na rowerze po Weddingu;
xxxdziesiątków tysięcy ludzi dopingujących swoją drużynę czyli Union;
xxxpunków na Aleksie, nie licząc psów;
xxxjeziora Müggelsee po sezonie i widoku na jezioro Wannsee z poddasza Literarisches Colloquium pod koniec kwietnia, gdy jachty po raz pierwszy po zimie wciągają żagle;
xxxCentrum Studiów Berlińskich i wszystkich innych archiwów;
xxxkrzaków czarnego bzu nad kanałem Friedrichsgracht i dziedzińca zamkowego bez zamku;
xxxskaterów przy pomniku Polaków;
xxxkina na Friedrichshainie po ostatnim seansie filmowym;
xxxlotniska Tegel o bladym świcie widzianego z porannego samolotu z Nowego Jorku;
xxxporannego pociągu z Królewca, kończącego bieg na dworc Lichtenberg;
xxxrozgwieżdżonego nieba latem nad jeziorem Weissen See i miękkiej ciepłej wody w jeziorze;
xxxsamolotów kłębiących się jak ryby na niebie;
xxxzapachu lasu koło więzienia Tegel;
xxxmrukliwego kierowcy w nocnym autobusie numer 22;
xxxGerda i Elisabeth na ulicy Kurta Tucholskiego, Robinsona w tramwaju, który krzyczy głódgłódgłód i Feixa zblazowanego artysty na cmentarzu, który nawet leżąc już w grobie, jeszcze obrzucał turystów obelgami;
xxxwieczoru 26 grudnia na Ku’dammie;
xxxmostu górnokładowego czyli Oberbaumbrücke dniem i nocą;
xxxzaspanego pasażera w niebieskim kombinezonie o czwartej nad ranem w poniedziałek w kolejce wokół miasta;
xxxchłopców arabskich dyskutujących o jebaniu w dupę o czwartej nad ranem w niedzielę w kolejce wokół miasta;
xxxkolejki okrążającej miasto wokół w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara;
xxxi wokół, zgodnie z ruchem wskazówek zegara;
xxxpizzy w Brot and Rosen, falafla w Maroush, Chicken Curry w Asia Tiger i Palak Panir w Hufeland;
xxxtajemniczej parceli Immanuelkirchstraße 14, gdzie pochowano cztery trupy i po bombardowaniu miasta nigdy ich nie znaleziono;
xxxdzielnicy bud zwanej Scheunenviertel, kiedy wyglądała, jakby wojna się dopiero skończyła, i gdzie na fasadach kamienic wciąż widać było ślady jej dawnych mieszkańców;
xxxgruzów Bunkerbergu w parku Friedrichshain;
xxxciszy między fasadami starych domów tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy nowi berlińczycy pojechali do siebie, żeby odwiedzić mamę;
xxxzapachu ostatnich pieców węglowych;
xxxstoiska z przyprawami na targu nad kanałem Landwehry;
xxxknajpy Babel o czwartej nad ranem, kiedy porządni ludzie śpią i popiół wysypuje się z przepełnionych popielniczek;
xxxrestauracji Walden podczas koncertu Bolszewickiej Orkiestry Dętej;
xxxknajp takich jak Koepi, Knaack, Franz i nie zapomnijmy też o SO36;
xxxkina na świeżym powietrzu przed Galeriami Narodowymi, tą starą, i tą nową;
xxxmostu Fryderyka w piątek o 9 zanim zacznie się najazd turystów, i mostu Admirała, gdzie gra muzyka;
xxxzmęczonych ludzi czekających przed Urzędem Pracy na Westendzie;
xxxświatła na berlińskich obrazach Konrada Knebla;
xxxbzów na cmentarzu komunalnym na Gotlindestrasse;
xxxtarasu na dachu w Teatrze an der Parkaue czyli na parkowej polanie;
xxxkolorowych liści na podwórkach jesienią;
xxxkasztanów, wiązów i innych zagrożonych roślin;
xxxplacu Savigny‘ego o szóstej rano, kiedy spacerują tam lisy;
xxxoddechu kolejki miejskiej i metra, wydech, wdech;
xxxOranienstrasse na całej długości i z całym inwentarzem;
xxxrosyjskiego supermarketu na Landsberger Allee, gdzie na zakupy przychodzą kobiety ubrane w futra z norek;
xxxdzielnicy Prenzlauer Berg bez snobów i straszydeł;
xxxtramwaju M10 niezależnie od pory dnia i nocy i wszystko jedno gdzie;
xxxstoiska z lukrecją na targu na placu Käthe Kollwitz i tylko tego;
xxxgazomierza na Schönebergu;
xxxDworca Głównego czyli Hauptbahnhof z daleka;
xxxbulwaru nad Szprewą w dzielnicy rządowej latem;
xxxplacu Magdeburskiego w niedzielne popołudnie;
xxxReichstagu, który wciąż jeszcze jest zapakowany;
xxxprawdziwych wschodnich bułek na placu Arnswaldskim;
xxxwróbli w Tierparku i lemurów trójpalczastych w Zoo;
xxxcypla na końcu półwyspu Stralau z widokiem na Wyspę Miłości i elektrownię;
xxxcałkowicie zarośniętego diabelskiego młyna i dinozaurów w nieczynnym parku rozrywki Plänterwald;
xxxelektrowni Klingenberg w jasne zimowe popołudnie;
xxxzamarzniętej zatoki Rummelsburg z łyżwiarzami,
xxxBerlina, który nie chce być Nowym Jorkiem, Paryżem i Monachium;
xxxplanu miasta, planu metra i planu kanalizacji;
xxxOgrodu Wypędzonych w Muzeum Żydowskim, gdzie wydaje się, że człowiek traci grunt pod nogami;
xxxbasenu Oderberg wypełnionego wodą;
xxxwielkiego zbiornika wodnego bez wody;
xxxśladów po Murze, bez muru, bez zabudowy;
xxxBerlina, który nie chce być hipsterski i ma dupie locations;
xxxBerlina, który jest kreatywny i nie meczy o tym jak koza na każdym rogu;
xxxBerlina, który całkiem dobrze sobie radzi bez złotego łańcuszka i bez kasy;
xxxwidoku Wieży Telewizyjnej z północnego odcinka kolejki;
xxxzachodu słońca w biotopie, jakim były dworce Anhalt i Gleisdreieck;
xxxPlacu Poczdamskiego przed tym, zanim go zabudowano;
xxxprywatnego klubu na Kreuzbergu w piątek;
xxxdoniczki amarylisa w zniszczonych pracą rękach małej Wietnamki na Greifswaldskiej;
xxxRixdorfu w Boże Narodzenie i starego miasta w Kopanicy wczesną jesienią;
xxxwsi Lübars w stojącym letnim powietrzu;
xxxulicy Owocowej, gdy nazywała się jeszcze Owocowa a nie Komuny Paryskiej;
xxxśladów po pociskach na tynku narożnego domu nad Kanałem Miedzianym;
xxxwspomnień emigrantów o Berlinie mieście świateł i długich nagich nóg;
xxxstawu na osiedlu Podkowy czyli Hufeisensiedlung w Britzu;
xxxwidoku na północ z góry Kreuzberg;
xxxnabrzeży Szprewy, jeszcze nie zabudowanych;
xxxcmentarza miejskiego Dorotheenstädtische Friedhof wieczorem po zamknięciu;
xxxBerlina widzianego ze statku;
xxxwietnamskiego targu Dong Xuan na Lichtenbergu czyli Jasnej Górze;
xxxruin ambasady greckiej w Tiergarten;
xxxbliźniąt syjamskich w formalinie w Muzeum Medycyny;
xxxschodów w Nowym Muzeum;
xxxwidoku na Oberbaumbrücke ze statku kąpielowego na Szprewie rano o ósmej;
xxxwidoku ośnieżonej kolonii ogródków działkowych Raj;
xxxi wszystkiego, o czym zapomniałam.

Annett Gröschner czyta wiersz Abgesang in der Ringbahn podczas spotkania autorskiego Wahlverwandschaften zorganizowanego w Kesselhaus przez Berlińską Akcję Literacką w dniu 17 kwietnia 2018 roku

Przedruk: Gombrowicz przyjeżdża do Berlina

To nie jest dokładna rocznica, bo ta wypadnie w najbliższą środę, wtedy minie 55 lat od dnia, gdy wielki pisarz na zaproszenie Fundacji Forda przyjedzie do Berlina. Ale po pierwsze nie bądźmy drobiazgowi, po drugie najbliższa środa przypada Stuartowi, a trudno, żeby niepozbierany angielski pechowiec w ogóle coś o tym wiedział, aczkolwiek przynajmniej Berlin nie jest mu obcy, bo tam od lat mieszka jego siostra. Dziś zresztą też jest rocznica, 73 rocznica zakończenia wojny, dzień, który był w naszych szerokościach politycznych Dniem Zwycięstwa nad faszyzmem. W Niemczech (dawniej RFN) z kolei obchodzi się nie dziś, lecz dopiero jutro – rocznicę Pierwszego Dnia Pokoju. W pięć lat później tego dnia w 1950 roku Robert Schuhmann, francuski minister spraw zagranicznych, proklamuje powstanie Unii Stali i Węgla, która z biegiem czasu przekształciła się w Unię Europejską.  Była to więc data urodzin nowoczesnej Europy, a od roku 1985 – Dzień Europy. Również 10 maja to rocznica – tym razem Wniebowstąpienia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, święto ruchome, więc po prawdzie żadna rocznica, obchodzone w Niemczech jako Dzień Ojca, amen…

Wędrowiec wchłaniany przez górskie perspektywy

We wpisie wykorzystałam fragmenty artykułu Magdaleny Kowalskiej, Gombrowicz w Berlinie, czyli Gombrowicz uwikłany w historię, opublikowanego w Pamiętniku Literackim w roku 2004. Zdjęcia pochodzą ze strony witoldgombrowicz.com.

W roku 1963 amerykańska Fundacja Forda zaprosiła pisarza na roczne stypendium do Berlina Zachodniego. 8 kwietnia na pokładzie transatlantyka Federico Costa Gombrowicz wyrusza do Europy. Do Paryża przybywa 24 kwietnia, 16 maja – do Berlina Zachodniego.

Po ponad 23 latach w Argenty­nie Gombrowicz znalazł się z powrotem w Europie. W Berlinie spędził 12 miesięcy, od 16 maja 1963 do 17 maja 1964. Oprócz polskiego pisarza do Berlina przyjechało wówczas dziewięciu innych artystów i pisarzy z całego świata. Projekt Fundacji Forda miał ożywić życie kul­turalne miasta, które po wzniesieniu Muru wyludniało się i izolowało. Mur został wzniesiony 13 sierpnia 1961 roku (i, przypomnijmy, stał formalnie do 9 listopada 1989 roku. Nieformalnie stał trochę dłużej, ale rzeczywiście niewiele, bo i władze miasta, obu jego części, strasznie pospiesznie usuwały jego resztki, czego po dziś dzień, z różnych powodów, wszyscy żałują!).

Początkowo pisarz mieszkał w Akademie der Künste w dzielnicy Hanzy (Hansaviertel). Dwukrotnie zmienia mieszkania, w listopadzie zamieszkał ostatecznie nieopodal, w jednopokojowej pracowni przy Bartningallee 11/13 na 15 piętrze nowoczesnego bloku. Pisze Dzienniki, notatki raczej, bo prawdziwy Dziennik powstanie dopiero po powrocie pisarza do Francji.

Klinika Hygiea, gdzie Gombrowicz z uwagi na powikłania po ciężkiej grypie spędził ostatnie dwa miesiące pobytu w Berlinie; obok: pisarz po powrocie ze szpitala

Po przyjeździe zapisze w Dziennikach słynne zdanie:

Ja, osoba z Argentyny, ahistoryczna raczej i nie przyzwyczajona, wciąż miałem wrażenie, że Berlin, jak Lady Macbeth, bez wytchnienia myje sobie ręce…

Właściwie każdy Polak mieszkający w Berlinie, a po prawdzie to też niemal każdy Niemiec z naszego pokolenia, zna opinie pisarza o Berlinie, i nawet jeśli nic więcej nie pamięta, to zapamiętał przynajmniej to jedno słowo: Geglitzer, błyskotka… Berlin Zachodni ostatnia błyskotka zachodniej Europy, a dalej ciemność aż po Chiny. Gdzie indziej nazwie pisarz to miasto wyspą na szeroko rozlanym Morzu Czerwonym. Patrząc z perspektywy Argentyny Gombrowicz jest już właściwie na granicy z Polską, której od przedwojny nie widział i nie zobaczy.

Ale wtedy zaleciały mnie (gdym spacerował po parku Tiergarten) pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, z kory, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie, jak w Małoszycach, Bodzechowie, dzieciństwo, tak, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć.

Umrze w kilka lat później 24 lipca 1969 roku w Vence we Francji. Do Polski nigdy nie pojedzie.

17 maja 1964 roku, Gombrowicz opuszcza Berlin; foto Zuzanna Fels

Ujęła go grzeczność i uprzejmość młodych berlińczyków, ale Historia go nie opuści.

Ręce niemieckie w Berlinie […] gdyż nigdy nie oglądałem młodzieży bardziej humanitarnej i uniwersalnej, demokratycznej i uczciwie a niekłamanie niewinnej […] spokojnej […]. Ale […] z rękami!

Bo te ręce, „ręce Niemców”, przypominają mu ręce sprawców z nazistowskiej przeszłości.

Gomro, który krytycznie ogląda rzeczywistość na Wschód od muru berlińskiego, czyli naszą, Gombro, który tęskni, i Gombro, którego nie opuszcza poczucie, że ci ludzie wokół niego, tak uprzejmi, tak z siebie zadowoleni, są przecież sprawcami czegoś tak niewiarygodnego jak II wojna. Te postawy są nam, Polakom, wciąż jeszcze bliskie, choć w międzyczasie upadła “komuna”, polski mieszkaniec Berlina bez przeszkód żyje okrakiem ponad umowną już dziś granicą, a Niemcy w niestrudzonym wysiłku filozoficznym i wychowawczym “przepracowali” swą historię i swą winę, czego w latach 60 nikt się przecież nie spodziewał.


Gombrowicz na balkonie mieszkania na 15 piętrze domu przy Bartningalee 11/13; foto Zuzanna Fels

Na razie jednak Niemcy nie przepracowali jeszcze swojej historii, winy i odpowiedzialności. Pracują i budują swój kraj, jakby przedmioty mogły i miały zastąpić pamięć, jakby miały zasypać przepaści i wypełnić pustkę.  Pisarz nie rozumie, kiepsko zna niemiecki: „Nie miałem złudzeń co do mojej niemczyzny – ale żeby to miało być aż tak zjadliwe!” pisze. Bariera językowa urasta w Dzienniku do rangi symbolu. Mowa rozbrzmiewająca dookoła, trochę zrozumiała, a trochę niezrozumiała, wzmaga narzucające się poczucie obcości i egzotyki. Gombrowicz kilkakrot­nie powraca do tego problemu, widać, że był on dla niego bolesny. „Poznałem w tym czasie wszystkich prawie czołowych pisarzy i redaktorów […], z którymi, niestety, nie zawsze mogłem się porozumieć. […] moi koledzy po piórze kiepsko władali językiem francuskim”. Na jednym ze spotkań z owymi kolega­ mi po piórze ktoś z obecnych czyta Ferdydurke po niemiecku: „Ale… słyszę, że nie rozumiem. Wtedy poczułem, że moje istnienie tutaj musi być niepełne, fizyczne raczej.”

W Berlinie ciąży pisarzowi Historia, Historia czyli Wojna. Historia, która odrywa go od głównego tematu jego twórczości, jakim jest on sam, on, osoba, pisarz, Witold Gombrowicz. Upomina sam siebie: “Nie, nie piszę o Berlinie, piszę o sobie – tym razem w Berlinie – nie mam prawa pisać o niczym innym. Nie gub swojego tematu”. Berlin jest właściwie pewnym kresem, końcem i kulminacją podróży do Europy. W Berlinie ze szczególną siłą narzuca się Gombrowiczowi wszystko, co go spotyka w Europie, nabiera tam niezwykłego natężenia. Powrót do Europy był po wrotem do historii i czasu – ogólnego i prywatnego – i powrót ten najmocniej dał się odczuć w Berlinie. „Byłem u kresu… może nie tyle sił, co rzeczywistości… Od czasu gdym opuścił Argentynę, Europa wsysała mnie jak wsysa próżnia. Zagubiony w krajach, miastach, tłumach, byłem jak wędrowiec, wchłaniany przez górskie perspektywy”.