Wiersze w duecie…

Teresa Rudolf

Ja jestem taka…

A ja jestem, jakaś
taka, jak woda
do kostki,
mówiła.

Ludzie wiedzą
tyle, potrafią też
tyle, mają
głębię.

Wiedzy głebię,
na każdy temat,
tym się więc
szczycą.

A ja, nie znam
się na historii
choć ogonem
świata ona.

Nie znam się
na muzyce,
choć bez niej
uszu bezsens.

Nie znam się
na geografii,
choć każdy loch
ma położenie.

Nie znam się
na poezji, choć
muzyką przecież
dla oczu.

Nie znam się
na ludziach, choć
ciągle tyle obok,
jak mrówki.

Nie znam się?
Bo ty tak mówisz?
Bo ty tak myślisz?
Bo ty tak chcesz?

To ty “nie znasz się
na mnie”, na mnie!
wrzeszczała głośno
swą depresją płacząc.

 

Mówił jej, że…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
nie patrzysz na mnie…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
tak patrzysz na mnie…

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok mnie.

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok siebie.

Co stało się z nami,
z tobą, ze mną,
płyniemy obok życia.

Życie płynie obok
nas, przez nas,
nad nami, pod nami.

Życie ucieka jak
piasek przesiewany
przez sito oddalania.

Pomyśl tylko…

„I can’t breathe”

Ewa Maria Slaska

Zbieram w mediach informacje o tym, co się zdarzyło, i co to może oznaczać. Uderza mnie symbolizm tego wydarzenia. Bo czy to nie symboliczne, że ostatnie słowa, jakie wypowiedział George Floyd brzmiały właśnie tak:
„I can’t breathe”? W czasach pandemii coronawirusa, gdy ci, którzy umierają, umierają na zapalenie płuc, a ci, którzy najciężej chorują, leżą pod respiratorami, bo nie mogą oddychać, czy to nie symbolicznie złowrogie zatem, że ostatnie słowa czarnego człowieka udoszonego kolanem przez białego policjanta tak właśnie brzmiały.

A zobaczyłam je jako hasło na zdjęciu profilowym na FB u dziewczyny, która kilka dni później ze zdiagnozowanym coronawirusem trafiła do szpitala. Nie ma mnie, jestem w szpitalu, napisała. Proszę nie chcieć ode mnie niczego. Bardzo źle się czuję. Aha, jakby ktoś nie wierzył, że wirus istnieje, zdiagnozowano u mnie właśnie wirusowe zapalenie płuc. 

Nie mogę oddychać. I can’t breathe.
Biały policjant z Minneapolis, Derek Chauvin, trzymał kolano na szyi unieruchomionego kajdankami czarnego George’a Floyda przez 8 minut i 46 sekund (2 minuty i 53 sekundy po tym, jak Floyd przestał się ruszać). Słowa Floyda „I can’t breathe” od wielu dni odbijają się o widzialne i niewidzialne mury w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, napisał na Facebooku Jacek Pałasiński. Talmud powiada, że „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”. To zdanie jest wyryte na medalach wręczanych sprawiedliwym wśród narodów świata. To zdanie można odwrócić: „Kto zabija jednego człowieka, zabija cały świat”.
Derek Chauvin, który zabił George Floyda, być może zabił cały znany nam świat.


Arkadiusz Łuba napisał jako kometarz: wrapped in smoke, can democracy breathe? – where is the world going?! (cartoon from Sinisa Pismestrovic, in: “Süddeutsche Zeitung” 02.06.2020, p. 4) – more

Nasze europejskie #blacklivesmatter wygląda trochę inaczej niż w Stanach, pisze Antoni Komasa-Łazarkiewicz. To życie osób tonących w wodach Morza Śródziemnego w drodze na nasz kontynent. To życie i zdrowie uchodźców stłoczonych w obozach w Grecji, porzuconych i zapomnianych przez swoją Ziemię Obiecaną, wystawionych na postrach kolejnym, którzy spróbowaliby wyrwać się z nędzy, suszy i wojny, sprowadzonej na nich przez białego człowieka rabunkiem, kolonizacją i imperializmem.
To życie setek tysięcy ludzi stłoczonych w nieludzkich warunkach w Libii, gdzie opłacamy lokalnych zbirów, żeby trzymali ich z dala od nas. (…) To, że u nas policjant nie udusił niewinnego czarnego człowieka kolanem, to że problem jest mniej widoczny w naszym codziennym życiu, nie oznacza, że nie istnieje, a jedynie że udało nam się zepchnąć go dostatecznie daleko od naszych oczu. Ale on jest.

Chora odpowiada ze szpitala jednym słowem: jest.

Ale oczywiście i w Polsce są protesty. Wczoraj (3 czerwca) kilkuset poznaniaków położyło się na ziemi z rękoma na plecach. Był to spontaniczny protest po śmierci George’a Floyda. Protestujący przeszli w milczeniu przez centrum miasta. Takie działania są w Polsce zabronione, ale policja nie interweniowała.

A polski Avaaz przysłał apel o podpisanie protestu (podpisałam):

Przyjaciele i Przyjaciółki!

To są ostatnie słowa George’a Floyda, 46-letniego mężczyzny, który zmarł po tym, jak funkcjonariusz policji przygniótł go do ziemi i klęczał na jego szyi przez niemal 9 minut, dopóki się nie udusił:

„To moja twarz, człowieku
człowieku, nie zrobiłem niczego takiego
proszę
proszę
proszę, nie mogę oddychać
błagam, człowieku
proszę was
proszę, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
proszę
(niezrozumiałe)
człowieku, nie mogę oddychać, moja twarz
wstań
nie mogę oddychać
proszę, kolano na karku
nie mogę oddychać
k****
ja zaraz…
nie mogę się ruszać
mamo
mamo
nie mogę
moje kolano
mój kark
jestem wykończony
jestem wykończony
mam klaustrofobię
boli mnie brzuch
boli mnie kark
wszystko mnie boli
dajcie wodę, cokolwiek
proszę
proszę
nie mogę oddychać, panie oficerze
nie zabijaj mnie
człowieku, oni mnie zabiją
daj spokój, człowieku
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
oni mnie zabiją
oni mnie zabiją
nie mogę oddychać
nie mogę oddychać
panie, proszę
proszę
proszę
błagam, nie mogę oddychać”

Potem jego oczy się zamknęły. Jego prośby ucichły. George Floyd nie żył.

Stoimy teraz przed wyborem. To może być po prostu kolejna tragiczna śmierć z rąk funkcjonariusza amerykańskiej policji – albo moment, w którym wreszcie nastąpi zmiana.

Jesteśmy ruchem ponad 60 milionów osób – gdy wszyscy razem zabieramy głos, nie sposób nas zagłuszyć. Więc zawołajmy głośno, razem z wszystkimi innymi, którzy wzywają do zatrzymania tej fali rasistowskich zabójstw, i wymagajmy tego samego od osób dzierżących władzę.

Podpisz ten list. Gdy będzie nas mnóstwo, Avaaz opublikuje jego treść w najważniejszej prasie w USA i na portalach na całym świecie. Niech to będzie hymn wzywający do zatrzymania tej fali zabójstw i oddający cześć wszystkim tym, których do tej pory straciliśmy.

Podpisz teraz
Jako Obywatele i Obywatelki całego świata, opłakujemy bezsensowną śmierć kolejnego człowieka z rąk amerykańskiego policjanta.

Stajemy jako społeczność po stronie tych, którzy teraz cierpią.

Te brutalne zabójstwa muszą się skończyć. Każde z nich to rana na sercu całej ludzkości oraz wstydliwa, niedająca się zmyć plama na wspaniałej fladze Stanów Zjednoczonych.

Rasizm rośnie w siłę w ciszy – a my nie zamierzamy milczeć. Rasizm jest problemem, który dotyczy nas wszystkich. To nasza walka.

Ale nie pozwolimy, aby tę walkę opanowała nienawiść, bo wtedy nie będziemy wcale lepsi od tych, których serca chcemy zmienić. Jak mówił Martin Luther King: „Ciemność nie może wypędzić ciemności, tylko światło może to zrobić. Nienawiść nie może wypędzić nienawiści; tylko miłość może to zrobić.”

W tym właśnie duchu wzywamy wszystkich sprawujących władzę by działali TERAZ i oczekujemy od prezydenta Trumpa oraz władz stanowych i lokalnych USA by wzięli odpowiedzialność za:

  • Zapewnienie, że wszyscy oficerowie zamieszani w zabójstwo George’a Floyda staną przed sądem.
  • Wydalenie ze służby i konsekwencje prawne dla funkcjonariuszy nawet za pojedynczy przypadek użycia nadmiernej siły lub nie zapobieżenia jej.
  • Zapewnienie, że każde policyjne zabójstwo będzie przedmiotem niezależnego i transparentnego dochodzenia.

Zobowiązujemy się robić to, co do nas należy, mierząc się twarzą w twarz z ignorancją, gniewem, strachem i rasizmem, mając po swojej stronie całą nadzieję, miłość i siłę naszego człowieczeństwa.

Spoczywaj w Mocy, George Floyd.
Twoja śmierć nie pójdzie na marne.

Podpisz teraz

Z niekończącą się nadzieją,

Mike, Marie, Meetali, Sarah, Andrew, Ricken i Bert wraz z całym zespołem Avaaz

Dowiedz się więcej:

Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd? (RMF24)
https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-jego-smierc-wstrzasnela-ameryka-kim-byl-i-jak-zginal-george-,nId,4527878

Oczywiście, że są protesty. Państwo zawodzi osoby czarnoskóre (New York Times – tekst w języku angielskim)
https://www.nytimes.com/2020/05/29/opinion/george-floyd-minneapolis.html


PS: Tymczasem Spiegel (i oczywiście wiele innych gazet) donosi, że w USA jest już ponad 40 milionów bezrobotnych i przybywa ich w taki sam sposób jak chorych na koronę – w ciągu wykładniczym czyli zgodnie z funkcją potęgową. Bezrobocie jednej osoby dotyczy zazwyczaj również rodziny, czyli w każdym wypadku dotknięte zostały co najmniej trzy osoby. Jest ich zatem sto kilkadziesiąt milionów. Trzy państwa wielkości Polski. Kilkadziesiąt milionów ludzi straciło nie tylko pracę, ale i dach nad głową. Powstają ogromne obozowiska bezdomnych, gdzie za chwilę stosunki będą takie same jak w obozach dla uchodźców na granicy Europy. USA zmieniają się w oazy białych i bogatych otoczone płonącym morzem nędzy i buntu.

Prasa podała też, że w ciągu pandemii właściciele Amazona i Facebooka wzbogacili się o 500 miliardów dolarów.

Bogaci się nadal bogacą, biedni nie mają czym oddychać.

Z domowego aresztu (10)

Zbigniew Milewicz

Sacrum i profanum

Red. Tadeusz Dyniewski, na którego się powoływałem przy Sprawie Cywińskiego, był autorem Pitavalu Śląskiego – Zbrodnia Zdrada Kara, wydanego w 1986 roku, w nakładzie 60 tysięcy egzemplarzy, a opisującego głośne niegdyś procesy sądowe z terenu dawnego województwa katowickiego. Dziś są już one pokryte kurzem zapomnienia, a nawet jeżeli żyją jeszcze w czyjejś pamięci, to drugiego wydania książki już nie było i myślę, że warto do niej powrócić. Na pierwszy ogień wziął autor Zbrodnię Damazego Macocha, która przed ponad stu laty budziła w Polakach przeogromne emocje, pisano o niej liczne artykuły, reportaże i felietony, trafiła na scenę i do literatury, a wszystko przez miejsce, gdzie ją popełniono oraz tło polityczne i obyczajowe.

26 lipca 1910 roku w przydrożnym rowie niedaleko wsi Zawady, koło Częstochowy, znaleziono sofę zawierającą zwłoki nieznanego człowieka. Denat miał zmasakrowaną twarz, więc ustalenie jego tożsamości było niełatwe. Carskiej policji jakby poza tym nie zależało na wykryciu sprawcy zbrodni i zanosiło się na umorzenie sprawy. Znalazł się jednak pewien dociekliwy policjant, mianowicie komisarz Denisow, który ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż ofiarą jest Wacław Macoch z Warszawy, zaś zabójcą jego stryjeczny brat, zakonnik – paulin Damazy Macoch. Komisarzowi nie udało się aresztować sprawcy, ten kiedy wyczuł, że traci grunt pod nogami, zbiegł w niewiadomym kierunku. Denisowowi zaś zawodowa gorliwość nie wyszła na dobre, nie dano mu doprowadzić sprawy do końca i aresztowano pod zarzutem popełnienia politycznego przestępstwa.

„Zbrodnia nabrała wielkiego rozgłosu. – pisze T. Dyniewski – Ze zrozumiałych względów – zważywszy status społeczny zabójcy – wieść o niej docierała do społeczeństwa polskiego przez wszystkie granice zaborów. Wśród różnych plotek i pogłosek funkcjonowała i ta, że Macoch był agentem ochrany, związany z Rybakiem, prowokatorem zabitym przez polskich rewolucjonistów w Krakowie na początku 1910 roku. I wersja o agenturalnej pracy Macocha wydaje się bardziej niż prawdopodobna. Zda się za nią przemawiać również wspomniane wyłączenie Denisowa, jak i odebranie sprawy pierwszemu prokuratorowi. Powierzenie prowadzenia śledztwa dwom prokuratorom też wiele mówi: po prostu jeden drugiego pilnował. Znani ze współpracy z ochraną, sformułowali wobec Macocha i współoskarżonych wyłącznie zarzuty natury kryminalnej.”

Sprawca zbrodni został ujęty jesienią 1910 roku na dworcu kolejowym Krakowie. Śledztwo w tej procesowo łatwej sprawie trwało aż półtora roku. 1 marca 1912 roku na salę rozpraw Sądu Okręgowego w Piotrkowie wkroczyło siedmiu oskarżonych, pod strażą kordonu policyjnego z karabinami „na sztyk.” Poza Damazym Macochem stanęli przed sądem dwaj inni księża zakonni , Izydor Starczewski, który pomógł zabójcy zatrzeć ślady zbrodni, i Bazyli Olesiński, oskarżony wspólnie z nimi o regularne okradanie jasnogórskiego skarbca. Ściślej – powinienem był napisać “byli księża”, po wykryciu tych przestępstw zostali bowiem wykluczeni ze społeczności Ojców Paulinów. Czwartą oskarżoną była Helena Krzyżanowska-Macochowa, w swoim czasie urzędniczka łódzkiego telegrafu, a prywatnie kochanka zabójcy i żona ofiary, której zarzucano m.in. korzystanie z pieniędzy uzyskanych drogą przestępstwa i pomoc w ukryciu zbrodni. Pozostali oskarżeni to Wincenty Pianka, dorożkarz, który wywiózł z klasztoru ukryte w sofie zwłoki, Józef Pertkiewicz, podejrzany o dorobienie kluczy do skarbca i Lucjan Cyganowski. Zarzut – wyprodukowanie fałszywych dokumentów na użytek Damazego Macocha i Krzyżanowskiej.

Para poznała się w konfesjonale. Penitentka była młodą kobietą z tzw. przeszłością, z obydwu stron – jak to się dzisiaj mówi – zaiskrzyło, ale trzeba było zadbać o zasłonę dymną. Do kadzielnicy wsypał cwany mnich następującą miksturę : „Przy pomocy wytwórcy pieczęci Lucjana Cyganowskiego z Częstochowy, sfabrykował świadectwo ślubu niejakiego Kacpra Macocha z Heleną Krzyżanowską. Kacper to było imię świeckie Damazego i dziwić się tylko wypada, że przed sądem odpowiadał pod imieniem zakonnym. Równocześnie na to samo imię wystawił sobie świadectwo zgonu. Tym sposobem Helena Krzyżanowska mogła się legitymować wobec swojej, zresztą przyzwoitej rodziny majątkiem kilku tysięcy rubli, otrzymanym dzięki małżeństwu zawartemu z człowiekiem na łożu śmierci. Jako rzekomy brat zmarłego, dłuższy czas uchodził za opiekuna Heleny, a gdy sytuacja zaczęła stawać się dwuznaczna, wydał podopieczną za mąż za swojego stryjecznego brata Wacława, małego urzędniczynę, chętnie zgadzającego się na rolę familijnego parawanu. Huczne wesele, luksusowe mieszkanie, służąca, podróż poślubna do Zakopanego. Damazy wszystko finansował. I trwało to małżeńskie szczęście zaledwie sześć tygodni. Wacław rychło się znarowił i zaczął żądać coraz więcej pieniędzy. Damazy gotówki odmawiał, więc doszło do szantażu. Bo nie zazdrość, lecz konieczność definitywnego usunięcia szantażysty była motywem zbrodni“.

Oskarżony bronił się przed sądem, utrzymując, że zabił Wacława w afekcie, w czasie kłótni o Helenę, a nie, kiedy ten spał w jego celi. Narzędziem zbrodni była siekiera, która… przypadkiem znajdowała się w pobliżu. Według wersji Macochowej, jej mąż przyjechał z Warszawy do Częstochowy, wezwany przez Damazego obietnicą tysiąca rubli pożyczki. Skończyło się morderstwem. Po utopieniu zwłok sprawca pojechał do Warszawy i opowiedział wszystko Helenie. Brakuje relacji, jak przyjęła śmierć męża, ale zgodziła się rozpuścić pogłoskę, że Wacław ją opuścił i wyjechał do Ameryki. Informowany na bieżąco przez Starczewskiego o rozwoju śledztwa, kiedy zaczęło być gorąco, Macoch wyjechał wraz z kochanką z Warszawy, zawiózł Helenę do jej siostry, a sam ukrył się na terenie zaboru austriackiego. Finał tego posunięcia już znamy.

Z zeznań świadków złożonych przed sądem wynikało, że Wacław szantażował kuzyna ujawnieniem informacji na temat jego osoby, których nikt się nie spodziewa. Jakich konkretnie? Tego się już nie dowiemy, ale wszystko wskazuje na to, że chodziło o domniemane powiązania Damazego Macocha z ochraną, rosyjską policją polityczną. Jest to tajemnica czternastu stron usuniętych z pierwotnego aktu oskarżenia; prokuratora, który nie wahał się to udokumentować, odsunięto, jak już wcześniej wspomniałem, od sprawy, podobnie jak komisarza Denisowa. Oczywiście czas najwyższy odpowiedzieć na pytania, kim był Damazy, czy raczej Kacper Macoch i jak się znalazł na Jasnej Górze, w miejscu dla Polaków świętym. Zanim na to odpowiem, muszę cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W pracy Jana Pietrzykowskiego, p.t. „Jasna Góra po kasacie klasztorów 1864-1914”, opublikowanej w 1982 roku na stronach Studia Claramontana, czytamy: W trzydzieści lat po zniesieniu zakonów na Litwie i Rusi car Aleksander II, idąc za przykładem Katarzyny II, wydał ukaz o kasacie klasztorów rzymsko-katolickich w Królestwie Polskim (Kongresowym). Decyzję tę uzasadniono przede wszystkim popieraniem przez zakonników powstania styczniowego i bezpośrednim w nim udziałem. Powstańców nazywano zbrodniarzami, zakonników zaś, udzielających im pomocy, świętokradcami.

Ukaz carski z 19 grudnia 1864 roku, cytowany przez historyka, głosił: Zakonnicy, nie bacząc na przykazanie Ewangelii i pogardzając dobrowolnie złożonymi przed ołtarzem ślubami zakonnymi, pobudzali w roku 1863 do przelewu krwi, podpuszczali do morderstw, profanowali mury klasztorne, odbierając w nich świętokradzkie przysięgi na spełnienie zbrodni, a niektórzy wchodzili sami w szeregi buntowników i broczyli swe ręce w krwi ofiar niewinnych… Wśród napiętnowanych znaleźli się również ojcowie Paulini, padli w walce lub wywieziono ich na Sybir. 30 września 1863 roku pod Lelowem zginął wybitny strateg wojskowy, o. Zygmunt Trawiński, 1 września pod Piłsudami – o. Paweł Bohdanowicz, w Kownie poległ o. Augustyn Dębski. Na Sybir zesłano między innymi o.o. Rocha Ejsmonda, Czesława Harwozińskiego i Bonawenturę Gawełczyka, który przebywał na zesłaniu aż 15 lat… Z mocy ukazu klasztorami zarządzali właściwi terenowo biskupi, przy pomocy mianowanych przez siebie administratorów, którzy najczęściej nie mieli pojęcia o życiu zakonnym. Mieli oni natomiast obowiązek raz do roku składać władzom pisemne sprawozdania ze swojej pracy, z oczywistym wyszczególnieniem wszelkich podejrzanych, antypaństwowych zachowań. Biskupi zostali też uprawnieni do mianowania bezpośrednich przełożonych w klasztorach: przeorów i ich pomocników – prokuratorów i wikariuszy. Tak rozprawiono się z wewnętrzną organizacją zakonów i ich zwierzchnością – kwituje Jan Pietrzykowski.

Dostać się do zakonu Ojców Paulinów na Jasnej Górze teoretycznie nie było łatwo, reguła wymagała wytrwania dłuższego czasu w nowicjacie, ale po wejściu w życie carskiego ukazu, znalazły się skróty. Rosyjskiemu zaborcy zależało na osłabieniu wewnętrznej spoistości, poziomu umysłowego i etycznego zakonników, a więc kandydat musiał przede wszystkim uzyskać aprobatę gubernatora i zezwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które dostawało się po policyjnym zbadaniu lojalności obywatela. Musiał wcześniej odbyć służbę wojskową i ukończyć 24 lata, uroczyste śluby mógł złożyć dopiero w trzydziestym roku życia. Natomiast intelekt i wykształcenie kandydata były nieistotne, przez klasztorne furty mogli więc przechodzić także ludzie niegodni noszenia habitu.

Damazy Macoch pochodził z Lipia, podczęstochowskiej wsi. Dzięki protekcji stryja, który był wójtem, został pisarzem gminnym, później zamarzyła mu się księżowska sutanna. Z seminarium duchownego musiał po pewnym czasie odejść, gdyż zabrakło mu stosownych, umysłowych kwalifikacji. Wtedy dostał się do klasztoru na Jasnej Górze. Cztery miesiące nowicjatu i świadectwo prawomyślności wystarczyło, aby stał się paulinem, ze wszystkimi właściwymi temu statusowi obowiązkami i przywilejami. Przeor Rejman zaliczył mu do stażu czas nauki w seminarium i nie był to przypadek odosobniony. Ten szanowany skądinąd paulin – czytamy w Pitavalu – był człowiekiem miękkim, zabiegał – jego zdaniem w interesie zakonu – o względy władz państwowych, a to sprawiało, że protegowanym władz kariera duchowna przychodziła łatwo. W tych warunkach wprowadzenie na teren klasztoru prowokatorów i agentów ochrany nie mogło przedstawiać żadnych trudności. A że ochrana liczyła na dokonanie przez Macocha prowokacji, świadczy nalot żandarmerii na klasztor zaraz po ucieczce zabójcy. W czasie rewizji zaglądano w każdy kąt klasztorny, szukano bomb, broni i ulotek nawet za głównym ołtarzem. Prowokacja nie wypaliła, pozostało prowadzić śledztwo w sprawie kryminalnej.

Opinia publiczna, jak to zwykle w przypadku głośnych procesów bywa, koncentrowała się na pikantnych szczegółach sprawy. Na detalach okrutnie popełnionej w świętym miejscu zbrodni, na krociach, jakie źli mnisi grabili z klasztornego skarbca, z tych groszy, „które lud ubogi niósł do puszek ukochanej świątyni, i grosze te rzucali kobietom”. Prokurator Katranowski był starym wyjadaczem w swoim fachu, wiedział, jak zbudować oskarżenie, jego przemówieniu na sali sądowej towarzyszyły burzliwe oklaski audytorium. Publiczność sądowa zawsze ceniła sobie piękne pod względem retoryki oracje stron procesowych. Ale coś w tej mowie Katranowskiego zabrzmiało fałszywo, co podchwycił obrońca Krzyżanowskiej, znakomity adwokat, dr. Korwin-Piotrowski.

Wysoki Sądzie – powiedział – panowie prokuratorzy wnieśli jeden akt oskarżenia, do którego mam się ustosunkować. W rzeczywistości akty oskarżenia są dwa. Ten drugi zapisany w myślach i sercach narodu polskiego. I przeciwko temu drugiemu ja wystąpić bym się nie odważył…

Jako poddany cara Wszechrosji mógł wyrazić swój protest przeciwko tendencyjnemu prowadzeniu procesu tylko w sposób aluzyjny, co już nie obowiązywało w sąsiednich zaborach, niemieckim i austriackim. Tamtejsza prasa otwarcie więc i na bieżąco informowała opinię publiczną o wszystkich szczegółach sprawy. To czego nie odważył się powiedzieć mecenas Korwin-Piotrowski, wyartykułował na sali sądowej paulin, który wrócił z pięcioletniego zesłania, o. Pius Przeździecki:

– Nie mogę zbrodni usprawiedliwiać – powiedział – ale wyznać muszę, że my, zakonnicy w trudnym bardzo znajdujemy się położeniu. Z jednej strony bowiem mamy prawa zakonne, które nas w sumieniu obowiązują, z drugiej strony mamy tym prawom całkiem przeciwne przepisy prawa rządowego. Zachowując te prawa, działamy przeciwko sumieniu, zachowując zaś nasze, narażamy się rządowi. Oto parę przykładów: według naszych przepisów kandydatów do zakonu przyjmują przeorowie i definitorzy wybrani przez Zakon, tymczasem u nas o przyjęciu kandydatów decyduje nie Zakon, lecz rząd. Urzędy przeorów i definitorów rząd skasował i sam wyznacza przełożonego na czas nieokreślony, co również jest przeciwne ustawom naszym. Przyjęci do zakonu winni odbyć roczny nowicjat, tymczasem rząd skasował i nowicjat i urząd magistra. Po nowicjacie winny się odbywać przez szereg lat studia filozoficzno-teologiczne, tymczasem rząd wszelkie studia skasował. W tych warunkach zakon nie może ponosić odpowiedzialności za smutne następstwa, jakie się po tym muszą wytworzyć wśród zakonników.

Przebieg procesu, któremu przewodniczył sędzia Wołkow, śledził z ramienia generała gubernatora dyrektor departamentu obcych wyznań. Niebawem w rosyjskim dzienniku urzędowym ukazała się następująca wzmianka: „Rzecz godna podziwu – na procesie Macocha w Piotrkowie o. Przeździecki nie zawahał się odpowiedzialnym za zbrodnię Macocha uczynić nie kogo innego, tylko panujący rząd rosyjski”. O. Pius zapłacił za swoją odwagę kolejnym wyrokiem, ponownie musiał opuścić klasztor i przygotować się na następne, pięcioletnie zesłanie na Sybir. Ostatecznie pozwolono mu „dobrowolnie“ opuścić Częstochowę i wyjechać za granicę.

Proces Macocha trwał krótko. 38-letniego oskarżonego bronił z urzędu mecenas Dobrosław Kleyna; Macoch przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów, aczkolwiek próbował je minimalizować i wielokrotnie zmieniał zeznania. Otrzymał karę 12 lat ciężkiego więzienia. Starczewski – 5 lat, Olesiński – 2,5 roku, Macochowa – dwa lata. Cała czwórka została pozbawiona wszystkich tzw. praw stanu. W stosunku do pozostałych oskarżonych orzeczono kary od roku pozbawienia wolności do siedmiu dni policyjnego aresztu. Wszystkim zaliczono w poczet kary areszt śledczy. Do jasnogórskiego klasztoru wróciła część zagrabionych dóbr – 10 tysięcy rubli i klejnoty, które wspólniczka głównego oskarżonego powierzyła przed aresztowaniem na przechowanie swojej rodzinie. T. Dyniewski pisze, że podczas rozprawy ta 27-letnia kobieta zionęła wprost nienawiścią do mordercy, zaklinała się, że ślubnego męża kochała, a zgodziła się na ukrywanie winowajcy tylko ze strachu przed jego rewolwerem. Przekazała depozyt ojcom Paulinom za pośrednictwem swojego obrońcy, który nawiasem mówiąc zrezygnował na rzecz klasztoru z adwokackiego honorarium, w wysokości 1500 rubli. Chyba zbyt wielka była presja moralna opinii publicznej – czytamy – by ta przewrotna i zepsuta niewiasta mogła postąpić inaczej. Jaki los spotkał złote korony, wysadzane drogimi kamieniami i suknię z pereł, które skradziono z obrazu Matki Boskiej, tego nie wiem.

Damazy Macoch liczył na to, że niedługo, w 1913 roku, z powodu trzechsetletniego jubileuszu domu Romanowych, jego kara będzie zmniejszona do połowy; zmarł w 1916 roku, w piotrkowskim więzieniu, na gruźlicę. Przed śmiercią prosił, żeby pogrzebano go na drodze cmentarnej, tak aby przechodnie deptali jego grób. Życzenia tego nie spełniono, został pochowany w pobliżu kwater żołnierskich na piotrkowskim cmentarzu, na grobie widnieje napis: Śp. ksiądz Damazy Macoch, wielki grzesznik i wielki pokutnik prosi o modlitwę. Śp. znaczy świętej pamięci, tak? Albo może ja czegoś nie rozumiem… ponad to, że Jezus jest miłosierny.

Pocztówka z procesu (oba zdjęcia z Wikipedii)

Prowincjonalne Theatrum Mundi 4

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1987 roku. Uczniowie klasy humanistycznej jedynego w mieście liceum ogólnokształcącego, przygotowują się do udziału w Miejskich Spotkaniach Teatralnych. Niewielka scena domu kultury gościć będzie, przez siedem kolejnych wieczorów, rozmaite zespoły teatralne z całego kraju. Spotkanie z nimi da mieszkańcom prowincjonalnego miasteczka na Ścianie Wschodniej poczucie obcowania z wielką sztuką, a przez to posmak przynależności do elity.

Podniecenie udziela się szczególnie redakcji nowego klasowego czasopisma, silnego niedawną fuzją dwóch rywalizujących do tej pory periodyków: podczas jednego z teatralnych wieczorów reporterzy gazetki mają udać się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z twórcami wystawianego w tym dniu przedstawienia. Uzyskali już zgodę kierownictwa domu kultury i, co najważniejsze, aktorów grających w spektaklu.

Mimo sporej ilości godzin przegadanych podczas przygotowania tego wywiadu, w dniu spektaklu Redaktor Naczelna i jej Zastępca, piszący dziś te słowa, czują w głowie pustkę – nie są wszakże profesjonalnymi dziennikarzami. Mają po kilkanaście lat i, choć ambicji im nie brakuje, onieśmiela ich perspektywa rozmowy z aktorami znanej w kraju i utytułowanej krakowskiej sceny. Ponadto ułożone zawczasu pytania mogą okazać się bezużyteczne: nie wiadomo przecież, w jakim kierunku potoczy się rozmowa. Tym bardziej, że kierownik domu kultury naciskał, by trwała ona krótko. Na naszych Miejskich Spotkaniach Teatralnych istnieje bowiem tradycja, że po każdym spektaklu odbywa się spotkanie z Publicznością. A jej nie można kazać, by zbyt długo czekała na artystów. Zresztą i sami aktorzy, zmęczeni po przedstawieniu, też będą zapewne chcieli jak najszybciej udać się do hotelu na wypoczynek.

Kiedy Naczelna i jej Zastępca tuż przed rozpoczęciem przedstawienia zajmują miejsca na widowni, świadomość pustki w głowach jest już dojmująco odczuwalna.

– A może by zapytać, czy młody człowiek z małego miasteczka, takiego jak nasze, może zrobić aktorską karierę? – wyrywa się z ust piszącego te słowa.

Ten, graniczący z obsesją, kompleks prowincji u licealistów może dziś – w Polsce Anno Domini 2020 – dziwić. Przecież nawet pobieżna lektura biografii rozmaitych ludzi kultury wskazuje, że nie wszyscy spośród nich przyszli na świat w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu. Prowincja od dawna zasilała wielkie ośrodki. Młodzi ludzie z małych miejscowości zawsze odczuwali presję, by skończyć studia i znaleźć swoje miejsce w wielkim świecie. Tego jednak nasi bohaterowie w roku 1987 nie wiedzą – i to nie tylko dlatego że nie mieli jeszcze dostępu do wszechwiedzącej wikipedii: trudno im to sobie wyobrazić także z tego powodu, że ponura codzienność mrocznych lat osiemdziesiątych w ich prowincjonalnym miasteczku, jest wyjątkowo przygnębiająca. Jedno liceum, jeden dom kultury, jedno kino… Wielki świat wydaje się tak odległy! … Dlatego też projekt pytania o możliwość wypłynięcia z naszej małej zatoki na szerokie morze wydaje się w pełni uzasadniony.

Zanim Naczelna zdąży odpowiedzieć, z rzędu krzeseł nieco bliżej sceny, odwraca się starsza pani i mówi:

– Oczywiście, że tak! Przykładem jest mój syn. W ubiegłym roku skończył łódzką filmówkę, obecnie jest aktorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

Młodzi dziennikarze przytakują grzecznie starszej pani, dumnej ze swojego syna, pytają o jego nazwisko. Niczego im ono jeszcze wtedy nie mówi. Dopiero kilkadziesiąt lat później dowiedzą się, że ów aktor również jest absolwentem ich liceum: jego twarz stanie się w Polsce bardzo znana*. Ale w 1987 roku na młodego adepta sztuki aktorskiej, który wyrwał się z naszej prowincji w wielki świat, czeka jeszcze wiele pracy, nim zrobi on karierę.

Tymaczasem rozpoczyna się spektakl. Dziś na afiszu «Ławeczka» Aleksandra Gelmana, w wykonaniu pary aktorskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Fenomenalne przedstawienie, zagrane brawurowo. Mimo że w obsadzie są tylko dwie osoby, od pierwszej do ostatniej minuty potrafią one skupić uwagę widza.

Czas mija szybko i nasi dzielni redaktorzy, po opadnięciu kurtyny, z duszą na ramieniu udają się za kulisy. Okaże się jednak, że lody zostają przełamane bardzo szybko. Pani Ania i Pan Krzysztof** to ludzie przystępni i serdeczni. Na szczęście Polska Anno Domini 1987 nie zna jeszcze pojęcia «celebryta»: licealiści prowadzący wywiad stykają się nie z rozkapryszonymi gwiazdami, ale z artystami, którzy, niezależnie od swojej wielkości, są ludźmi bardzo sympatycznymi i szanującymi rozmówcę. Nawet jeśli ten rozmówca to gówniarz z drugiej klasy ogólniaka.

Gdy pada fundamentalne pytanie o możliwość zrobienia aktorskiej kariery przez młodego człowieka z prowincji, pan Krzysztof odpowiada, że jest to realne: więcej – że on sam jest tego najlepszym przykładem. Wspomina swoje dzieciństwo spędzone w małej wiosce na Ścianie Wschodniej; mówi o rocznym epizodzie pracy w charakterze górnika przodowego w jednej z katowickich kopalń – był to wszak czas, gdy wielu «naszych» szukało szczęścia na Górnym Śląsku – w epoce «wczesnego Gierka» praca górnika cieszyła się prestiżem i zapewniała przyzwoite dochody. Wreszcie nasz rozmówca ujawnia swoje niezrealizowane marzenie o wstąpieniu do seminarium duchownego. Jako człowiek wierzący dodaje, że widocznie to Reżyser nie dał mu powołania do kapłaństwa, ale wybrał dla niego inną drogę.

Pani Ania uzupełnia:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć. Liczy się praca i determinacja, oczywiście w przypadku zawodu aktorskiego, także i odrobina talentu.

Aktorzy nie sprawiają wrażenia zmęczonych ani zniecierpliwionych przedłużającą się rozmową. Wcześniejsze ustalenia co do długości wywiadu, wynikały chyba bardziej z nadgorliwości kierownika domu kultury, niż z sugestii samych artystów.

Trzy dekady później piszący te słowa nie pamięta już wszystkich pytań i odpowiedzi. Nie wie nawet, czy gdzieś tam, może w którymś zakamarku szkolnego strychu, znajduje się jeszcze jakiś pożółkły egzemplarz gazetki z owym pamiętnym wywiadem. Ale jeszcze dziś czuje emocje i atmosferę, jakie towarzyszyły rozmowie: serdeczność i otwartość rozmówców, lecz przede wszystkim ich nieoczekiwane podobieństwo do nas, młodych ludzi, żyjących na prowincji i mających wielkie marzenia. Im udało się te plany zrealizować, a przecież punkt wyjścia mieli wcale nie lepszy niż nasz.

Redaktor Naczelna gazetki klasowej i jej Zastępca wyszli ze spotkania pokrzepieni na duchu i uskrzydleni. Za kilka lat każde z nich, jak również pozostali uczniowie klasy humanistycznej, opuszczą rodzinne gniazdo, by realizować swoje marzenia, aspiracje, a może tylko zwykłe plany zawodowe.

W każdym jednak przypadku wszyscy oni zapamietają te ważne słowa, które padły na spotkaniu w garderobie domu kultury:

– Nie rezygnujcie z waszych marzeń i aspiracji. To nie miejsce pochodzenia decyduje o tym, kim jesteście i co możecie osiągnąć.

* Robert Rozmus – aktor, prezenter telewizyjny, artysta kabaretowy.

** Anna Sokołowska i Krzysztof Jędrysek – aktorzy Teatru im. Słowackiego w Krakowie.

Spotkania z Księciem Ciemności 20

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Popatrz Książę, jak to życie się plecie… Trwamy sobie cicho i na uboczu, ciesząc się nawzajem swą obecnością – to znaczy ja cieszę się Twoją, bo Ty mnie traktujesz instrumentalnie; za to jednak, ile radości dajesz Kropce i mojej Żonie, jestem Ci w stanie wszystko wybaczyć – słowem, żyjemy sobie na uboczu, marząc, by świat o nas zapomniał, ale gdzie tam. Drań jest pamiętliwy, że hej! Z zasady i konsekwentnie omijamy aktualia, lecz one nachalnie pchają się na karty naszej opowieści. A kto temu winien? Wiadomo – Adminka! Podobnie jak Ty wyczuła, iż serce mam miękkie i pomocy nie odmówię. No i obciążyła mnie pewnymi aktualiami, wartymi przywołania. Inna sprawa, że chyba faktycznie warto je wspomnieć, bo są, co by nie mówić, dość nietypowe i w sumie miłe.

Pierwsze primo: dziś Dzień Dziecka. Ciebie on nie dotyczy: Ty wyrosłeś, nie wiadomo jak i kiedy, gdzieś w trakcie snucia się naszej opowieści, na prawdziwego i dorodnego mężczyznę. Po wypłoszonej, włochatej kuleczce, z oczyskami wielkimi na pół twarzy, nie pozostało ani śladu!

Ale za to ja mogę się cieszyć jak dziecko, patrząc na Twoje zabawy z Kropką, te zapasy lub gonitwy, które urządzacie po całym domu. Skoro dotąd – a stoję wszak na progu starości – nie spoważniałem, to chyba już nigdy się to nie stanie. Może i dobrze. Owszem: jestem jak dziecko bezbronny wobec świata, ale za to dziecięcej radości nikt mi nie zabierze. Chwilo trwaj, jesteś taka piękna! A ona trwa… już kilkadziesiąt lat. Między innymi dzięki Tobie, Książę. Dziękuję.

Ale co tam doktor Faust, gdy na karty naszej opowieści pcha się inny niemiecki bohater literacki! I to jest drugie primo, to są te drugie „aktualia”: świeżutka, bo trzechsetna, rocznica urodzin! Po prawdzie wypadła ona dwadzieścia dni temu, ale cóż znaczy marne dwadzieścia dni obsuwy wobec trzech wieków! Zresztą zawsze możemy, powołując się na klasyka, stwierdzić, iż oto brygada młodzieżowa zobowiązuje się zaciągnąć wartę młodzieżową przy nowo zakupionych parówkach, dla uczczenia trzydziestej pierwszej okrągłej rocznicy… lub coś równie absurdalnego. Bowiem kto jak kto, ale nasz Jubilat miał – do czego jak do czego, ale do prawdy – stosunek wyjątkowo swobodny i niefrasobliwy: oto 11 maja 1720 na świat przyszedł Hieronymus Carl Friedrich, Freiherr von Münchhausen!

No dobrze, to wielka uroczystość. Tylko jak zlepić tę rocznicę z opowiastką o Tobie, Czarnuszku? Nie będzie to chyba zbyt trudne. Wszak Ty jesteś poniekąd Prinz von Münchhausen. Prawdziwy Prinz!

Tylko może trochę mniej świadomy tego faktu. Baron manipulował, zmyślał, mistyfikował co się da i ile wlezie. Ty Książę czynisz to samo. Intencje, trzeba przyznać, macie odmienne. Baron robił to, aby życie było ciekawsze, piękniejsze, by miało smak i aromat. Ty Książę postępujesz tak, by nas wykiwać i wykorzystać, ale efekt osiągasz odwrotny do zamierzonego: masz się za króla oszustów, lecz jedynie wzruszasz i bawisz.

Obaj, czy to świadomie, czy też w sposób niezamierzony, dajecie innym radość oraz szczęście. I tego się trzymajmy. Macieju Kocie, idź tą drogą!

Zakończę dzisiejsze obchody wniesieniem drobnego protestu. Kto wpadł na głupi pomysł, aby zaburzenie psychiczne, polegające na wywoływaniu u siebie objawów somatycznych, nazwać Zespołem Münchhausena!? Zespół Münchhausena tyle ma wspólnego z Baronem Münchhausenem, co, nie przymierzając, marksiści z Marksem, a kanciarze z Kantem, jak mawiało się za nieboszczki Komuny; trochę już żyję, stoję na progu starości, więc pamiętam takie sentencje. Wszak, jako się rzekło, Baron robił to, co robił, dla zabawy. By łatwiej było znosić przykrości życia. Zaś ktoś dotknięty Zespołem sobie i innym robi jedynie krzywdę. Czyż nie?

Mój Ty Książę von Münchhausen, cieszę się, że jesteś!

Schody i filozofia

Tabor Regresywny

DZIENNIK BUDOWY SCHODÓW KAMIENNYCH Z WACHLARZEM

Wpis i schody zostały zadedykowane Dominice i Marcinowi z okazji ślubu

Inwestor – Czaki
Wykonawca – Tabor Regresywny

Preambuła:

Budowanie schodów z kamieni ma dużo wspólnego z tworzeniem poezji. I tu i tu trzeba zestawić z sobą elementy, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują. Próby na zasadzie przymiarek tylko komplikują sprawę. Tu trzeba jakiegoś odmiennego stanu świadomości, iskry Bożej, by wszystko samo się układało. Wykonawca czy autor może być co najwyżej odkrywcą jakiegoś ładu przedustawnego.

Gdy zaczynałem budować te schody, pojawił mi się opór przed pisaniem. Różnie to sobie tłumaczyłem, dziś widzę, że musiałem zamknąć jedne drzwi, by otworzyły się inne. Nie można jednocześnie budować schodów z kamienia i pisać wierszy.

Dzień pierwszy
Ułożyłem czwarty stopień wachlarza. Ciężka praca, nic do siebie nie pasuje.

Dzień drugi
Stwierdziłem, że czwarty stopień trzeba rozebrać i przesunąć. Straciłem zapał do pracy. Przyszedł Toni przyniósł szopską i rakije.

Dzień trzeci
Rzuciłem pisanie i zabrałem się za pierwszy i drugi stopień. Idzie mi trochę lepiej. Rozebrałem czwarty wachlarzowy.

Dzień piąty
Czwarty wachlarzowy jeszcze raz zbudowałem ale w innym miejscu. Wykonałem pomiary i okazało się, że czwarty wachlarzowy jest w miejscu piątego wachlarzowego, tylko o jeden stopień niżej. Czwarty wachlarzowy podwyższyłem do poziomu piątego. Piątego wachlarzowego nie będzie, będzie czwarty podniesiony do rangi piątego.

Dzień szósty
Kamienie zaczynają się same do siebie dopasowywać. Mam już cały wachlarz. Pozostały mi do wykonania stopień trzeci i czwarty oraz od szóstego do dziesiątego i spocznik. Znów straciłem zapał do pracy.

Dzień siódmy, ósmy i dziewiąty
Zapału jak nie ma tak nie ma

Dzień dziesiąty
Żona i sąsiedzi chwalą moja pracę i namawiają bym ją skończył. Znów szopska i rakija. Podejmuję zobowiązanie, że do pierwszego maja skończę te schody.

Dzień jedenasty i dwunasty
Idzie mi jak po maśle. Znalazłem sposób na spoiny między kamieniami.

1 maja
Schody gotowe. Podobno jak jedne drzwi się zamykają, to inne się otwierają.

Zakończenie:
Na zakończenie z rozpędu przedłużyłem Tawcze Grawcze.

*
Objaśnienia: Szopska – sałatka z pomidorów, ogórków, papryki i innych takich, nieodzowna przy rakije.
Tawcze Grawcze – nazwa kamiennej ścieżki na cześć potrawy z fasoli o tej samej nazwie, co oznacza tace fasoli.

U fryzjera

Chyba żaden zakaz wprowadzony podczas kwarantanny, a potem stopniowo łagodzony, nie wzbudzał tylu emocji, co fryzjer. Wizyta u fryzjera urosła do rangi wyznacznika wolności i to w każdym wymiarze, politycznym, społecznym, indywidualnym. Facebook tonie w powodzi selfie spod fryzjerskiego hełmu albo z pasemkami owiniętymi sreberkiem sterczącymi naokoło głowy jak, nie przymierzając, wypustki coronawirusa. Ludzie dzwonią do siebie korzystając z połączeń wideo i na kablach międzykontynentalnych pokazują sobie swoje nowe fryzury. Temat nie jest zastrzeżony tylko dla młodych i tylko dla kobiet. Czy rozmawiam z młodym gniewnym intelektualistą czy z bardzo starą panią, wizyta u fryzjera lub niemożność jej zorganizowania jest tematem numer dwa każdej rozmowy, ważniejsze (temat numer jeden) jest tylko pytanie o zdrowie.

To jak się czujecie?

Maria Marucelli, nasza autorka z Florencji, pisze:

Nareszcie, od poniedziałku a raczej wtorku (bo w poniedziałki we Włoszech fryzjerzy są zamknięci) zostały otwarte zakłady fryzjerskie! Udało mi się umówić na czwartek na godzinę 19:30 – normalnie moja fryzjerka pracuje do czwartej, piątej, no ale teraz mają olbrzymie zaległości, są panie z odrostami, długimi włosami i wszystkie chcemy zrobić porządek z głową. Ja chciałam tylko obciąć włosy, udało mi się więc dostać do fryzjerki szybko, Marianna (moja córka) która ma duże wymagania – bo może tylko w sobotę i chce wyprostować sobie włosy, co jest operacją bardzo długą – umówiła się dopiero na za dwa tygodnie.
Ale ja przecież piszę o mojej wizycie u mojej fryzjerki. Po pierwsze umówić się można tylko przez telefon, bo do zakładu wchodzą tylko osoby umówione, mniej więcej w połowie drzwi jest taśma żeby zatrzymać ewentualnych chętnych bez zamówionej wizyty. Przyszłam pod zakład dziesięć minut wcześniej, wewnątrz nie było żadnej klientki, a trzy panie pracujące tam odkażały salon po obsłużeniu poprzednich klientek – mogą wejść na raz tylko dwie. Odkażały, to znaczy psikały jakimś płynem na wszystko i następnie przecierały papierowymi ręcznikami. Oczywiście zamiotły podłogę i umyły ją też pewno płynem odkażającym. W momencie, kiedy zostałam zaproszona do środka, wszystkie panie założyły maseczki, wydezynfekowały sobie ręce i założyły jednorazowe rękawiczki.
Weszłam, pochylając się pod wyżej wspomnianą taśmą, tuż obok, po prawej stronie na podłodze jest czarną taśmą klejącą wyznaczony kwadrat, w którym należy stanąć, obok umieszczono automatyczny dozownik z płynem do dezynfekcji rąk, wydezynfekowałam je i zostały mi podane jednorazowe rękawiczki, które oczywiście na wilgotne ręce nie wchodzą, zrezygnowałam więc, ale musiałam założyć plastikowe pokrowce na buty, a torebkę wraz z kurtką włożyć do plastikowej torby, która została zamknięta. I tak to byłam gotowa do umycia głowy. Pozostała część: strzyżenie, suszenie i układanie włosów poszła normalnie, bo moje fryzjerki od zawsze stosują urządzenie do dezynfekcji nożyczek i  szczotek, które jeszcze przed dezynfekcją dokładnie się czyści z włosów.
W tym wszystkim najważniejsze jest to, żeby nikt kto nie wie, że jest zarażony, bo wirus jest w fazie wykluwania się, a jest już zaraźliwy, nie zaraził nikogo, tak fryzjerek jak innych klientów. Ale to oczywiście również znak, że zaczynamy z wolna normalnie funkcjonować, bo fryzjer dla kobiety to bardzo ważna rzecz.
W pół godziny byłam gotowa, zapłaciłam, a do worka, w którym przechowywana była moja osobista torebka i kurtka, włożyłam pokrowce na buty i wszystko wyrzuciłam do specjalnego wora na plastikowe odpady.
Nie muszę pisać chyba dwóch oczywistych rzeczy, a mianowicie że cały czas byłam w maseczce i że wyszłam wielce szczęśliwa, że mam porządek na głowie!
We wtorek idę na pedicure!


PS od adminki. A ja dodam jeszcze jedną uwagę. Rękawiczki, maseczki, worki, pokrowce, ręczniki papierowe, spraye, płyny do dezynfekcji, plastikowe taśmy, naklejki, ustawiające nas to tu, to tam… Corona pozwoliła naturze przez chwilę odetchnąć. Sarny chodzą po Krupówkach, delfiny pływają w kanałach Wenecji, ale jednocześnie wzięły w łeb wszystkie nasze starania o likwidację reklamówek, foliówek, kubków jednorazowych i plastikowych naczyń. Ledwo zaczęliśmy się drobnym kroczkiem przymierzać do zmniejszenia ilości zużywanego przez nas plastiku, ledwo wymyślono talerze z otrębów i torebki z ości dorszy, zaczęliśmy od pierwszego dnia kwarantanny zużywać więcej plastikowego badziewia, niż kiedykolwiek w czasach wszechwładzy foliówki w sklepie.
EU chciała wprowadzić od roku 2021 zakaz sprzedaży wszystkich produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzywa sztucznego.
I co?

Gdańsk. Otwarte zakłady fryzjerskie po zniesieniu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa.
Nz. Salon Fryzjerski Piotr Kunderak Hair (https://www.gdansk.pl/wiadomosci/fryzjer-znowu-otwarty-pierwszy-dzien-dzialalnosci-salonow-oczami-ich-wlascicieli,a,171356)

Sąsiedzi 18

Teresa Rudolf

Coronavirus i maki pani Klary…

Klara oglądała swoje kolorowe ręce, zabarwione akwarelowymi farbami… Szczególnie przebijał czerwony, makowy kolor. Spojrzała na delikatne w rysunku, lecz w intensywnej czerwieni maki, które zajęły prawie cały stół, wygodnie wylegując się na zielonej łące, pełnej pszczółek, much i bąków.
Prawie słyszała je, gdy zamykała oczy, wybierając się znów na piknik sprzed wielu lat.
Siedziała tam z Jerzym, późniejszym mężem, miłością swojego życia.
Od dwudziestu lat była niestety sama, nie cierpiała już jednak tak, jak było to przez wiele lat, kiedy to żyła raz w żałobie po Jerzym, a raz w depresji. Od paru ostatnich lat bowiem wspominała tylko ich wspólne, dosyć harmonijne życie, z uczuciem bezgranicznego ciepła, bez tego strasznego, wyrywającego serce bólu. Jerzy zaprzątał jej często głowę i duszę, ale bez  tej wieloletniej,  jakże zaborczej wyłączności.

Kiedy ostatnio przestała wychodzić z domu z powodu tej strasznej, światowej, ograniczającej każdy  ruch człowieka epidemii, na początku była przerażona, że codzienność tak zwanej singielki zamieni się w jednoosobową więzienną celę. Zakupy dla niej i kotów przynosiła Filomena – zostawiała je przed drzwiami, ale kontaktowały się tylko przez telefon. Z dnia na dzień Klara zaczynała się jednak przyzwyczajać do tej sytuacji, wyszukiwała sobie przeróżne zajęcia, bo bała się dzwoniącej w uszach ciszy.
I tak to znów zaczęła wracać do swych wspomnień, z których najpierw całkiem nieśmiało wyłuskiwała  maki i one to nagle zawładnęły nią tak, jak Jerzego przed laty. Zapragnęła je również namalować, czego początki były już widoczne. Obraz leżał na stole, gdyż żadnej sztalugi już dawno w domu nie było, kupić jej też nie mogła, w końcu nie wychodziła z domu, a sklepy z artykulami potrzebnymi jej do malowania były z powodu epidemii i tak zamknięte.
Sama już nie pamiętała, skąd miała w domu ogromny papier rysunkowy, ach ta pamięć… zachichotała do siebie.
Kiedy rysowała i malowała te swoje zaczarowane maki, wydawało jej się, że żyje w jakimś transie.
Słuchała radia, przeróżnej muzyki, której zmienność wpływała na jej przedziwny nastrój i o dziwo, nie czuła się samotna. Zapominała nawet o Jerzym, zahipnotyzowana kolorem obłędnej czerwieni tych wspaniałych  kwiatów. Poddała się całkowicie przestawaniu tylko samej ze sobą, we wspomnieniach sprzed laty, ale i leciutkimi marzeniami o codziennym szczęściu.

Maki… kiedy pierwszy raz  wtargnęły one w moje życie, pytała samą siebie, to było przecież jeszcze dlugo przed Jerzym…

I nagle wszystko zaczęło się przesuwać przed oczyma, jak jakiś dawno nie widziany film, zwinięta rolka, wyciągnięta gdzieś z komody na strychu. Miała wtedy szesnaście lat. Jak zwykle była z rodzicami na wakacjach, tym razem w jakiejś małej góralskiej wiosce, już nawet nie pamietała jej nazwy. Raniutko siadała na schodkach willi, w której mieszkała z rodzicami w czasie wakacji.
Powietrze było jeszcze ostre, niezwykle świeże, pagórki przed nią stały jeszcze ubrane w białą nocną koszulę, ktorą powoli zaczęły ze siebie ściągać, podnosząc ją powoli do góry i ukazując bezwstydnie swą ciemnozieloną nagość.
Do dziś mgła i jej unoszenie się lub opadanie miała dla Klary coś  właśnie z tego dziecięcego mistycznego prawie rytuału.
Wszystko miało swój bajeczny i magiczny sens.
W samo południe, kiedy już było bardzo gorąco, wybiegała ze swym niemłodym już psem, Czarkiem z domu i  wpadała w łąki pełne rumianków i traw, upstrzone makami .
Wszystko rosło dziko, chaotycznie, razem, pachniało tęsknotą za dorosłoscią i tą przepiękną miłością,  jaką często podglądała w filmach, lub o niej czytala..
Im bardziej patrzyła w te czerwone maki na zielonym dywanie trawy, tym bardziej chciała, pragnęła, by objął ją ten chopak od sąsiadów, którego od dwóch tygodni widziała przez sztachety płotu, na pewno w jej wieku, wysoki, mocno opalony, jasny blondyn. Często podgwizdywał coś pod nosem, ciekawa była, czy on w ogóle wiedział o jej istnieniu.
Któregoś dnia, kiedy znów z Czarkiem leżeli  sobie tak, w tej trawie pełnej maków, posłyszała kroki i była pewna, że nie jest to wiatr, ale, że ktoś skrada się na palcach. I nagle stanął przed nią właśnie ten jasnowłosy chłopak z sąsiedztwa.
– Psssst, szepnął, nie miałem odwagi podejść do ciebie, ale przestraszyłem się, że się nigdy nie poznamy, bo jutro już wyjeżdżam, mieszkam w Gdyni, w tym roku zdaję maturę, jestem Ryszard, a ty?
– Klara, zdaję maturę dopiero za dwa lata… zostaję tu jeszcze przez dwa tygodnie. Dlaczego dzisiaj szedłeś za mną  aż tutaj?, zapytała.
– Od kilku dni widziałem, jak znikałaś w tych trawach razem z twoim psem, ale on w ogóle nie szczeka, jak to jest możliwe?
– On jest już starszym panem, ma prawie tyle lat, co ja, od zawsze był z nami, nie chce mu się reagować tam, gdzie z góry wie, że się nikomu nic nie dzieje, bo… się nie dzieje, prawda?
– No nie wiem, nie wiem, szepnął Ryszard, i lekko, nieśmiało pocałował ją w policzek na pożegnanie.
– Przyjedziesz na przyszły rok?, zapytał.
– Nie wiem, odpowiedziała ze smutkiem, czując już rozstanie, zanim zdążyła oprzytomnieć i otrząsnąć się z tego, co się zdarzyło.

Nie widzieli się już nigdy, na następne wakacje Klara  pojechała z rodzicami nad morze, gdzieś  koło Gdańska. Śmiali się z niej, że chciała znowu jechać w to samo miejsce, przecież dbali o swą jedynaczkę, by miała w życiu piękne, przeróżne wspomnienia. Stać było ich na to, mówili.
Poczuła wtedy, jak życzenie jej zostało zdeptane jakby tysiącem butów żołnierskich.
I znów dzisiaj ścisnęło się jej serce, z bólu, upokorzenia, żalu, zupełnie jak kiedyś.

Z dala od Baratarii (Joyce)

Michałowi, który mi osiem lat temu podarował tę książkę

Od momentu, gdy ukazał się TEN wpis, wszyscy wiedzą, że ja, zagorzała czytelniczka Marcela Prousta, dopuszczam się zdrady i czytam Joyce’a, i to do poduszki. No, ale co zrobić, trzeba było wykonać postawione mi przed nosem zadanie joyce’ologiczne i znaleźć, gdzie JJ z całą pewnością odwołuje się do Cervantesa. 

Po dwóch tygodniach znalazłam. I to na jakiej pięknej stronie: 234! 

Ewa Maria Slaska

But, Sin Showpanza, could anybroddy which walked this world with eyes whiteopen have looked twinsomer than the kerl he left behind him? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Of all the green heroes everwore coton breiches, the whitemost, the goldenest! How he stud theirs with himselfs mookst kevinly, and that anterevolitionary, the churchman childfather from tonsor’s tuft to almonder’s toes, a haggiography in duotrigesumy, son soptimost of sire sixtusks, of Mayaqueenies sign osure, hevnly buddhy time, inwreathed of his near cissies, a mickly dazzly eely oily with looiscurrals, a soulnetzer by zvesdals priestessd, their trail the tractive, and dem dandypanies knows de play of de eyelids, with his gamecox spurts and his smile likequid glue (the suessiest sourir ever weanling wore), whiles his host of spritties, lusspillerindernees, they went peahenning a ripidarapidarpad around him, pilgrim prinkips, kerilour kevinour, in neuchoristic congressulations, quite purringly excited,rpdrpd, allauding to him by all the licknames in the litany with the terms in which no little dulsy nayer ever thinks about implying except to her future’s year and sending him perfume most praypuffs to setisfire more then to teasim (shllwe help, now you’ve massmuled, you t’rigolect a bit? yismik? yimissy?) that he, the finehued, the fairhailed, the farahead, might bouchesave unto each but everyone, asfar as safras durst assune, the havemercyonhurs of his kissier licence. Meanings: Andure the enjurious till imbetther rer. We know you like Latin with essies impures, (and your liber as they sea) we certney like gurgles love the nargleygargley so, arrahbeejee, tell that old frankay boyuk to bellows upthe tombucky in his tumtum argan and give us a gust of his gushy old. Goof!

Ale czy, Sin Pumppanza, ktokolbud kto brodził po świecie z szeroko otwartymi białkami mógł wyglądać braciej dwurodnie niż chłopczyna którą zostawił za sobą? Candidatus, viridosus, aurilucens, sinelab? Wśród glauckich herosów elladykolwiek cotona sobie mieli grynczesy, ten najbielszy, ten najzłotszy! Chodząca kewinność, jak pan muk stał, ob anterewolucjonista, dzieciojciec duchowny z góry mig do dołu, z kępy tonsora do stóp jałmużnika, hageografia duotrigesumy, syn sześćkiełsiątego słońca, synocóra Majarani, najwyższy ciąż za buddym razem, kolony wiatużkiem siorcyzów, o mikle lśniącej, olejnie wijnej luz kareolo włosów, soulnetzer zwiazdowany przez gwiestalki, trele ich traktów, już dam dandypanie wie jak dam powiekami grać, kogut ostrogut, klej płynny funt śmiech (suessłodszy sourir dzidzikolwiek wydany), hetman sfery boskiej, lusspillerinokolan, piejących mu peahenny  ripidarapidarapadokoła, przywódca pielgrzyma, kerilour kevinour, wrzaskon gresulacji neuchorystyczny, w mraukotnym podnieceniu rpdrpd, a luznym wielbiących przezliskami z litanii terminów, których żadna dulsyne ani myśli dać do dorozumienia, chyba że zaroczona przyszłej małżowinie, kadzących mu puffumami, nie tyle by go rozdrażnić ile rozpalkoić (msze pomóc, że masz mało, ci ręko letko? jesmak? jimosze?) że on, tak pięknobarwny, tak jasnogłosy, tak przedniogłowy, mógłby ułaskawić każdą a nie jedną ustce raz, asfaras safrse dać assunt, zmiłuj się nad niami, licencją na całowanie. Wiemy że lubisz łacinę z esskimi jej zanieczyszczeniami, (jak i swój liber jak morze widome) pewnie jednak lubimy gulglęta kochamy narglegarglej więc dalej, arrabojże, rzeknij temu frank staremu bojkowi żaby duł miechy a tamtem przez trombielki orgament palnął nam porywkę ze starej polewki. Gupstwo!

Ufff. Poszukałam, przeczytałam, przepisałam. Veni, vidi, vici. A teraz już chciałabym pójść z powrotem do Prousta, ale nie mogę, bo jak się raz wciągnęłam w tę historię, to bym chciała się jeszcze dowiedzieć, o co chodzi? Joyce’olog mi wyjaśnił, że to powieść jak globus (jakoronawirus?), rozrasta się kuliście we wszystkie strony (zaprawdę pandemiamwam – corona), a przy tym każde słowo (fraktale! fraktale! duże takie same jak male) podobnie rozrasta się kuliście od centrum, jeśli więc jest giermek i pansa, to jest i pan jego polski, i brzuch łaciński, i angielski bratek pansy (co i geja oznaczy) i francuski myśliciel zdziczały (dziki bratek – pensee sauvage). 

Jako czytelniczka powiem jednak, że ok, rozumiem globalny globusowy zamysł makrokosmiczny i rozumiem haikopodobne zabawy z każdym słowem, ale nie rozumiem tego, co pomiędzy, nie wiem, co tam się dzieje i to mnie deprymuje. Bo jednak chciałabym zrozumieć, co się zawarło w umyśle autora między tym, co makro i tym, co mikro, czyli co oberżysta i jego córka i synowie robią w trakcie tej liczącej dokładnie 628 stron powieści (polskie tłumaczenie Krzysztofa Bartnickiego, wydane przez Ha!Art, też liczy tyle samo stron, i każda strona po polsku odpowiada – no, powiedzmy, prawie odpowiada – stronicy po angielsku). I jak już myślę, że wiem, że wstają, gotują, jedzą, przyjmują gości, idą do teatru, to mi się to wszystko rozpikselowuje, rozpada jak na obrazach impresjonistów, i już widzę tylko, jak straszni mieszczanie u Tuwima, nie świat i czas, i czasoprzestrzeń, tylko, że Staś, że dom, że drzewo… I odsuwam zrezygnowana to tomiszcze, myśląc, ach, Proust, wprawdzie i on przez 50 stron pierwszego tomu obraca się z boku na bok, zanim zaśnie, ale ja wiem przecież, bo czytałam go pewnie z 50 razy, że się obróci, i zaśnie, a kiedyś jak dorośnie, zmarznie i zje kąsek magdalenki, zanurzony w herbacie lipowej, a wtedy wstanie z niej całe miasto Combray, a za nim Paryż, Balbec i Wenecja, i zakwitną białe głogi wzdłuż posiadłości Swanna i dziewczęta na plaży, Gilberta dorośnie i stanie się Albertą, księżna Guermantes pójdzie na bal w bucikach niedopasowanych do wspaniałej czerwonej sukni, i wtedy Marcel narrator, już dawno nie tylko dorosły, ale też doświadczony przez życie, zdrożne miłości i chorobliwą neurastenię, nadepnie na kamień w trotuarze, a ten się poruszy, i wtedy zamknie się krąg tej siedmiotomowej powieści, wrócimy do początku i będę mogła zacząć ją czytać od nowa (zobacz TU).

PS 1. Z Ulissesem nie miałam aż tylu problemów. Przeczytałam i już. Nie zachwycił, ale i nie odrzucił. Natomiast nadzwyczaj wręcz lubię Bloomsday.

PS 2. Ci dwaj (MP i JJ) raz się spotkali na pewnym (celowo zaaranżowanym) obiedzie. I nie przypadli sobie do gustu. Spotkanie miało miejsce 18 maja 1922 roku w Paryżu, 98 lat temu. TU o tym pisałam, nawet nie tak dawno.

Z domowego aresztu (9)

Zbigniew Milewicz

Szczęście Yanka

Piękny, majowy dzień, aż chce się iść do parku, władza zezwala na spacerniak, w Bawarii bez maski. My sme chlapcy od Żiliny, milujemy Katerinu… słyszę znajomą nutę, podchodzę do ławki, na ktorej siedzi mężczyzna bez nóg, z butelką piwa w ręce, obok wózek inwalidzki. Pytam po polsku, czy mogę się dosiąść, kiwa głową i dalej nuci półgłosem. Chyba mój rówieśnik, poorana zmarszczkami twarz, krępy, czupryna siwych włosów, oczy przesłonięte ciemnymi okularami. Zwrotek w tej piosence jest wiele, ale w pewnym momencie urywa i pyta, skąd jestem, mówię, że ze Śląska, a on spod Popradu. Lubię Słowaków, bo mają i charaktery, i język podobny do naszego, każdy mówi po swojemu, a można się dobrze zrozumieć.

Yanko jest szczęśliwy, bo przed południem odwiedził go syn – jedynak, który mieszka w Bochum. Wychował go praktycznie sam, żona zmarła na raka, kiedy Kubik miał 8 lat. Dziadkowie już nie żyli, więc kiedy był w tartaku, chłopakiem zajmowała się jego ciotka, ale po pracy wszystko było na głowie Yanka, lekcje dziecka, dom, gospodarstwo. Mieli krowę, kilka świnek, trochę owsa i gruli, ktoś to musiał oporządzić. Kubik brudny i obszarpany nie chodził, siostra żony prała jego rzeczy, prasowała, ale gotował zwykle Yanko, zrobił kociołek kwaśnicy, albo grochówki na cały tydzień, głodu chłopak nie znał. Uczył się dobrze, słuchał ojca, nie łobuzował za bardzo, chciał zostać stolarzem. Posłał go więc do szkoły zawodowej w tym kierunku, ukończył ją z dobrymi ocenami, ale tam koledzy nauczyli go palić i pić. Yanko też lubił sobie czasami po pracy wypić piwo, a od święta kieliszek jałowcówki i miał nadzieję, że i Kubik zachowa umiar.

Po szkole poszedł do wojska, kiedy z niego wyszedł, poszukał sobie pracy, tylko nie w wyuczonym zawodzie, a w popradzkim browarze , jako kierowca do rozwożenia piwa. Nie podobało się to ojcu, widział, że chłopaka ciągnie do butelki, a tam mógł po pracy pić bez ograniczeń. Zarabiał słabo, a pieniądze zawsze miał, dokładał się do wspólnego gospodarstwa, tu nie można mu było niczego zarzucić. Yanko czuł, że Kubik kombinuje z piwem, które rozwozi ciężarówką, ale syn się tego zawsze wypierał. Jak jeden sąsiad wyjechał do Niemiec i przysłał piękną pocztówkę, w której pisał, że jest mu bardzo dobrze, a później zrobił to inny, postanowił pójść w ich ślady. Miał papiery na pochodzenie, po swoim dziadku, przekonał Kubika i nielegalnie wyjechali do Monachium, mur berliński miał się wtedy jeszcze dobrze. Po kilku miesiącach tułaczki po różnych zbiorowych siedliskach dostali dwupokojowe, socjalne mieszkanie, ukończyli kurs niemieckiego, później ojciec poszedł do rigipsów w firmie budowlanej, a syn na taśmę w BMW i, póki co, za dużo nie pił.

Był z niego przystojny chłopak, zawsze podobał się dziewczynom, tylko na Spiszu nigdy długo nie wysiedział przy jednej. Na jakimś ulicznym święcie na Schwabingu poderwała go turystka z Westfalii, która mogłaby być jego matką. Poza tym damulka całkiem przyjemna, zaprosiła go do hotelu, w następną sobotę miał pracować, to wziął sobie wolne i pojechał na dwa dni do Bochum. Wrócił nie ten sam, jakby go zauroczyła. Jak tam w jej mieszkaniu ładnie, jak czysto, ile pokoi i bogactwa – opowiadał – prawdziwa Niemka, a furą jaką jeździ… Była właścicielką dosyć dużej restauracji w handlowej dzielnicy miasta i to Kubikowi też pasowało. Przyjeżdżała do niego do Monachium przynajmniej raz w miesiącu tym swoim srebrnym mercedesem-beczką, ale na Harthof, gdzie Yanko mieszkał z synem, nigdy nie zajrzała, Kubik wstydził się przed Kariną ich nory. Od kiedy się poznali, nigdy już inaczej nie nazwał tego mieszkania, w którym jeszcze do niedawna było mu dobrze. Yanko czuł, że syn jego też się wstydzi.

– Ty wiesz, że ja przed wypadkiem byłem u nich tylko jeden raz? – A później już w ogóle, do domu mnie nie zaprosili, tylko do jej restauracji – mówi.

Przyjechali z synem do Monachium w 1986 roku, cztery lata później młody zostawił pracę w BMW i zamieszkał u Kariny. Była wdową po przemysłowcu z branży metalowej, dała Kubikowi fundusze na uruchomienie firmy, zajmującej się kupnem i sprzedażą używanych samochodów, do czego się nadawał i interes prosperował dobrze. Karina miała z byłym mężem dwie córki, już usamodzielnione, jedna wyszła za mąż za bogatego Szwajcara, druga wyjechała do Stanów. Z aktualnym partnerem nie miała dzieci, ślubu również, tak jej odpowiadało; Kubik wprawdzie czasami coś przebąkiwał o małżeństwie, ale to ona w ich związku rozdawała karty. Od jego wyjazdu Yanko został sam, nie znalazł sobie żadnej kobiety do dalszego, wspólnego życia, bo dalej tęsknił za zmarłą żoną, którą bardzo kochał, poza tym uważał, że jest już za stary na nowy związek. Była tylko praca, dom, telewizor ze słowackimi programami z anteny satelitarnej, czasami jakieś piwo z kolegami z budowy i mecze jego ulubionego Bayernu. Z Kubikiem prawie się nie widywali, czasem, kiedy miał coś służbowego do załatwienia w Monachium, to odwiedzał na chwilę stare śmieci i zawsze bardzo się spieszył. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc dzwonił do ojca i składał mu standardowe życzenia… po niemiecku. A kiedy Yanko dzwonił do syna i mówił po słowacku, to w odpowiedzi był także tylko język niemiecki, jakby Kubik wstydził się również ojczystej mowy.

Na rodzinny Spisz jeździł Yanko z potrzeby serca raz, dwa razy do roku, od kiedy przeszedł na emeryturę zdarzało się to częściej. Ostatni raz był w swoich stronach w czerwcu, sześć lat temu i wtedy doszło do tego nieszczęśliwego wypadku. Pojechali razem z synem na wesele jego kuzynki, a chrześnicy Yanka. Było bardzo radośnie i miło, oczywiście z góralską kapelą i zachowaniem wszystkich tradycji; syn, jak sobie wypił, to nie mógł się nagadać i naśpiewać do syta po słowacku, obyło się bez awantur, tylko ten nieszczęsny telefon z Niemiec, w poprawiny, wszystko zepsuł. Interesy wzywały syna do wcześniejszego powrotu, pierwotnie mieli jechać do Niemiec za dwa dni, jak alkohol wywietrzeje Kubikowi z organizmu, po rozmowie postanowił zrobić to szybciej. Już niczego nie pił, zamówił w hotelowej recepcji budzenie na czwartą rano i poszedł do pokoju spać, Yanko również. Daremnie perswadował synowi, że to głupota, co robi, że tak szybko człowiek nie trzeźwieje. To wracaj na własną rękę – usłyszał. Gdyby tak zrobił, chodziłby do dzisiaj. Niestety diabeł podkusił zawierzyć Kubikowi i pofolgować wygodnictwu.

Ujechali może pięć kilometrów. Na jednym z górskich zakrętów nowiutka bm-ka wpadła w poślizg i sturlała się ze skarpy. Yanko, który siedział obok kierowcy, stracił przytomność. Kubik uciekł z miejsca wypadku do lasu, w którym przesiedział do wieczora, dopóki nie poczuł, że faktycznie jest już trzeźwy. Do wraku samochodu, w którym mógł znajdować się jeszcze jego ojciec nie wrócił, tylko okrężną drogą dotarł do hotelu, gdzie właśnie sprzątano po weselnym przyjęciu. Wszyscy już wiedzieli o tym, co się stało, przyjechała policja, zabrała Kubika i poddała go rutynowej procedurze śledztwa w sprawie spowodowania wypadku drogowego z groźnym skutkiem i ucieczki z miejsca zdarzenia. Tłumaczył się szokiem pourazowym, a jedynym jego urazem był… złamany nos. Ojcu zmiażdżyło obydwa podudzia, gdyby nie ludzie mieszkający w pobliżu, którzy usłyszeli łomot na drodze i pospieszyli z pomocą, wykrwawiłby się w samochodzie. Amputowano mu nogi w popradzkim szpitalu, później helikopter ADAC przetransportował go do Monachium. Jak odzyskał przytomność w miejscowym szpitalu i doszedł trochę do siebie, przyjechała policja, żeby spisać jego zeznania w sprawie katastrofy. Słowem nie wspomniał, że syn pił na poprawinach, trzymał jego stronę, ale pozostali świadkowie zeznali inaczej. Dzięki pieniądzom i znajomościom Kubikowi udało się ostatecznie uniknąć odpowiedzialności karnej za przestępstwo, które popełnił, skończyło się na mandacie, za… przekroczenie dozwolonej prędkości w terenie zabudowanym. Ojcu, za jego okaleczenie, nie dał ani centa, Yanko jest honorowy i nawet gdyby tamten coś mu chciał wcisnąć, niczego by nie przyjął. Na budowie dobrze zarabiał, więc i emeryturę ma przyzwoitą, wystarcza na skromne życie.

– Całe szczęście, że mieszkam na parterze i nie ma żadnych schodów do pokonania, bo inaczej musiałbym po wypadku szukać innej nory – śmieje się Yanko. – Pierwszy raz od sześciu lat mnie syn odwiedził, powiedział, że nie miał czasu wcześniej i butelkę dobrego wina mi przywiózł z Bochum w prezencie, ale łobuz nie przeprosił za te nogi, może zapomniał. Ludzie dzisiaj tak szybko żyją, że o wielu sprawach zapominają niestety, ale dziecko, to dziecko, nawet jak zrobi coś strasznego, to dobra matka i dobry ojciec zawsze mu wybaczą. A ty skąd znasz Spisz?
– Jeździłem w swoim czasie na Rzepiska, do rodziny Malców.
– Znam, to po polskiej stronie, wiesz, że Józek nie żyje?

Są ludzie, a Yanko do nich na pewno należy, dzięki którym gdziekolwiek by człowiek nie był, zawsze poczuje się, jak w dobrym, ciepłym domu.


PS od Adminki.

Wzruszający tekst o ojcu. Wczoraj był polski Dzień Matki, niemiecki był już jakiś czas temu – świętuje się go zawsze w drugą niedzielę maja, polski Dzień Ojca jest podobno już od lat 60 w dniu 23 czerwca, ale w życiu o nim mnie słyszałam, tymczasem o niemieckim słyszałam i owszem bardzo dużo. Nawet go słyszałam, a nie tylko o nim, bo w Niemczech Dzień Ojca to dzień wolny od pracy i bardzo specjalna okazja. W tym roku przypadł akurat tydzień temu w czwartek. Jest to ruchome święto, obchodzone zawsze w dzień Wniebowstąpienia Jezusa. Tego dnia niemieccy tatusiowie na piechotę, na rowerach lub z wózkami czy nawet wozami konnymi udają się gromadnie do lasu, wędrują, śpiewają i raczą się obfitym jadłem, i jeszcze obficiej popijają je z piersiówki, która jest nieodłącznym rekwizytem takiej wyprawy. Jak się można łatwo domyślić, owe wyprawy bywają nader głośne.

A skoro już świętujemy na blogu Dzień Ojca i Dzień Matki, pozwolę tu sobie dołączyć bajkę arabską, którą autor mi przysłał już jakiś czas temu, opatrując ją dopiskiem – zrób z nią może coś z okazji Dnia Matki. No to dołączam ją do Dnia Ojca, bo to po prawdzie identyczna historia.

Serce matki

Hassan kochał swoją matkę z wielką czułością, a swoją żonę, Leilę z wielką namiętnością. Jednak Leila nie kochała matki Hassana, o którą była szaleńczo zazdrosna. Bezustannie zadręczała męża żądaniami. „Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie zniósłbyś tego, by inna kobieta dyktowała mi swoje prawa pod naszym dachem”.

I Hassan wygnał matkę z domu.

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, nie odwiedzałbyś już więcej tej kobiety, która potajemnie mnie oczernia”.

I Hassan, chociaż bardzo cierpiał, już nie składał wizyt swojej biednej matce. Zazdrość Leili nie miała jednak granic. I pewnego dnia zażądała od Hassana najbardziej okrutnego dowodu miłości:

„Gdybyś mnie naprawdę kochał, zabiłbyś tę kobietę, która mnie dręczy dniami i nocami, i przyniósłbyś mi jej serce”.

Hassan wziął więc nóż, poszedł do swojej matki i wyrwał jej serce. A kiedy, płacząc, niósł je do ukochanej, potknął się o kamyk i serce upadło na ziemię. Wtedy z zabrudzonego przydrożnym kurzem serca wydobył się cichy głosik, który zapytał:

„Hassanie, syneczku, czy nic ci się nie stało?”