Prowincjonalne Theatrum Mundi 3

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1989 roku. Już za rok matura! Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i silnie zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. W małym miasteczku wojewódzkim, w którym znajduje się tylko jedno liceum ogólnokształcące – bycie uczniem klasy humanistycznej to w końcu prestiż i duża odpowiedzialność.

Trwają kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Nie tylko humaniści, ale i większość uczniów innych klas oraz grono pedagogiczne, każdego wieczora uczestniczą w kolejnej odsłonie święta sztuki. Wielkiej Sztuki, która zawitała na prowincję.

Dziś odbędzie się wyjątkowe przedstawienie. Wyjątkowe nie dlatego, że na scenie domu kultury wystąpi renomowany teatr z gwiazdami sławnymi z wielkiego i małego ekranu. Wręcz przeciwnie – aktorzy mający zagrać wieczorny spektakl to osoby zupełnie jeszcze nieznane. Będzie to bowiem przedstawienie dyplomowe studentów ostatniego roku krakowskiej szkoły teatralnej. Jego wyjątkowość polega na tym, że na scenie pojawią się dwie absolwentki naszego liceum.

Cała szkoła żyje tym wydarzeniem. Podniecenie udziela się również nauczycielom. Na każdej lekcji członkowie owego szacownego grona wspominają swoje kontakty z bohaterkami wieczoru: nie ukrywają dumy z byłych uczennic, które prosto z naszej prowincjonalnej Alma Mater trafiły na scenę.

Pan od fizyki: «Ja byłem wychowawcą ich klasy».

Pani od plastyki: «Agatka tak pięknie śpiewała i deklamowała, że to ja zasugerowałam jej studia aktorskie».

Pani od muzyki: «Iwonka zawsze śpiewała na szkolnych akademiach; wiedziałam, że zajdzie wysoko».

Dumni są również uczniowie, choć przecież nie mieli wpływu na szkolną edukację przyszłych studentek akademii teatralnej. Wszyscy uczniowie są dumni: tym razem «humaniści», przekonani o własnej wyjątkowości, muszą się swą chwałą podzielić z innymi. Okazało się bowiem, że obie młode aktorki chodziły do klasy biologiczno-chemicznej! Cóż, wypadnie podważyć sterotyp głoszący, że «biol-chem» to hurtowa produkcja przyszłych lekarzy, a z klasy humanistycznej droga wiedzie prosto na scenę i przed kamerę.

Różnie układają się losy absolwentów. Ale póki co, zapewniam was, nasi dzielni humaniści żyją w symbiozie, a nawet i przyjaźni, z równoległą klasą biologiczno-chemiczną. Powód jest ważki: jeden kolega z tej klasy opracował proces chemicznego pozyskiwania alkoholu spożywczego z denaturatu. A że jednocześnie pełni on funkcję przewodniczącego szkolnego koła ZSMP, salka tej organizacji, ulokowana w podziemiach szkoły, staje się na długich przerwach miejscem tajemnych schadzek młodzieży, która zdobywa pierwsze doświadczenia z papierosem i kieliszkiem czegoś mocniejszego. Nikt taktownie nie pyta o pochodzenie trunku, ale też i nikomu nigdy nic nie zaszkodzi.

Piszący te słowa, wówczas działacz opozycji i przykładny ministrant, zaś kilkadziesiąt lat później katolicki ksiadz, czyli – ex definitione niejako – młot na wszystko, co pachnie lewactwem i podobnymi bezeceństwami, również uczestniczy w tych schadzkach. Cóż, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, ale kieliszka dobrego napitku i szluga nie odmówi nikt.

Kilka miesięcy później wystartowały rozmowy Okrągłego Stołu, a równolegle z nimi tajemne i mroczne układy w Magdalence. Dlaczego uczniowie elitarnego – bo jedynego w mieście – liceum ogólnokształcącego, nie mogliby mieć swojej Magdalenki? Nasza mieściła się w zasnutej dymem salce ZSMP w podziemiach szkoły. Jednak, przeciwnie do niektórych profesjonalnych aktorów wielkiej sceny politycznej Anno Domini 2020, autor tego wspomnienia nie zamierza wypierać się swego uczestnictwa w tamtych spotkaniach. Nie ma również poczucia, że delektując się wódką wraz z kolegami z socjalistycznej młodzieżówki, zdradził swoje ideały czy przehandlowal wartości.

Wróćmy jednak do spektaklu dyplomowego naszych absolwentek – dumy miasteczka. Repertuar bardzo ambitny: Sen nocy letniej Szekspira. Niewielka scena domu kultury kipi od energii młodych ludzi, którzy już niedługo zawojują wielkie sceny i ekrany.

Przedstawienie – bardzo piękne! Wszyscy świeżo upieczeni aktorzy dają z siebie wszystko. Ale emocje widowni ujawniają się ze szczególną siłą za każdym razem, gdy na scenie pojawia się Iwonka lub Agatka, bo to przecież one są prawdziwymi bohaterkami tego wieczoru! One, które wyszły z naszej prowincjonalnej szkoły, by stać się kapłankami w świątyni teatru.

Jest jeszcze jeden uczestnik tego pamiętnego wieczoru, wart wspomnień. Wtedy jeszcze nikomu nieznany: wiekszość widzów zupełnie nie zauważyła jego roli. Ale wiele lat później jego twarz pozna cała Polska, będzie to bowiem znany dziennikarz sportowy, komentator i prezenter telewizyjny. Z biegiem czasu zamieni pasję teatralną na zamiłowanie do sportu i szklanego ekranu. Jednak, dla znających przeszłość, oczywistym jest, że timbre jego głosu, dykcja i obycie z kamerą, nie wzięły się znikąd.

Piszący te słowa, na miarę swoich skromnych możliwości, przez kolejne lata śledzić będzie aktorskie kariery starszych koleżanek z liceum.

Iwona* związała się na stałe z krakowskim teatrem STU. Nie dba o telewizyjną popularność i rozpoznawalność, w serialach pojawia się tylko na tyle, na ile to potrzebne, by się utrzymać: teatralna gaża nie jest imponująca. Nasza szkoła to kuźnia dobrych romanistów: nie dziwi więc fakt, że kilka lat po studiach Iwona zdobywa Grand Prix w konkursie piosenki francuskiej; wśród polskich interpretatorów piosenek Edith Piaf nie ma równych sobie!

Agata** pracuje w jednym z warszawskich teatrów. Wraz z mężem – również aktorem – realizuje wiele ciekawych projektów. Oboje użyczają swoich głosów w dubbingu i modnych dziś audiobookach. Autor tego tekstu trochę się zmartwił, gdy w jednym z odcinków popularnego serialu kryminalnego Agatka straciła życie, stając się ofiarą przestępcy. Ale to tylko magia ekranu! Piszący te słowa wie, że aktorzy mają przywilej życia wiele razy, życiem granych przez siebie postaci.

Ku osobistej satysfakcji autora obydwie aktorki są również aktywne na gruncie kultury chrześcijańskiej. Iwonka, zaraz po szkole teatralnej, zagrała św. Klarę (taki żeński odpowiednik św. Franciszka z Asyżu) w musicalu zrealizowanym przez zespół muzyczny franciszkańskich kleryków: tych z Franciszkańskiej, en face «okna papieskiego».

A co do Pana Przemka***: i on pochodzi z podobnie niewielkiego miasteczka, również będącego wówczas stolicą województwa. Sąsiedniego województwa. Można więc powiedzieć, że to także krajan, toutes proportions gardées. Rozwój jego kariery nietrudno jest śledzić: wystarczy regularnie oglądać wiadomości sportowe.

Kochana Ty moja Prowincjo… Właśnie za to Cię cenię, że nigdy nie byłaś nam przeszkodą w realizacji marzeń. To przecież w prowincjonalnym liceum rodziły się nasze pasje. To tam toczyliśmy zażarte dyskusje o sztuce, polityce, literaturze. Dlatego tak chętnie tutaj wracamy. I nikomu z nas nigdy nie przyszło do głowy, by wstydzić się naszej małomiasteczkowości.

Bo właśnie w tym małym, sennym miasteczku, w tym jedynym liceum ogólnokształcącym, rodziły się nasze pasje i odwaga, by je realizować. Wbrew wszelkim przeciwnościom!

*Iwona Konieczkowska – aktorka Teatru STU w Krakowie

**Agata Piotrowska – aktorka Teatru Studio w Warszawie

***Przemysław Babiarz – dziennikarz sportowy TVP Sport

Barataria: hełm czy przyłbica?

Ewa Maria Slaska

Markowi W., przypominając starą prawdę, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.

Eduard John Menta, Porządki w bibliotece

Czytam ci ja sobie staroć wyciągniętą z półki podczas pandemicznych porządków, które jak wiadomo wyglądają tak jak na załączonym powyżej obrazku, z pięknej światowej serii “Odtwarzamy dzieła sztuki” (wciąż i nadal zachęcam i zapraszam do udziału, bo czyż to możliwe, że ze wszystkich Krewnych-i-znajomych-Królika tylko Wiadomo Kto, mój wnuk i ja poczuliśmy wenę instalacyjną i przebierankową? Ruszcie się dyć, nadal czekam). Długa była ta preambuła, wracam więc do początku myśli: czytam ci ja sobie Sceny z życia Cyganerii Henryka Murgera w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a wydane  przez PIW w roku 1957 (to książka z moich cudownych zapasów czyli starej biblioteki moich rodziców, którą oni gromadzili zaraz po wojnie, kupując książki za studenckie grosze, ale też trzeba przyznać, że powojenny PRL, natchnięty świętą myślą krzewienia oświaty wśród ludu, już teraz, dzięki Nowemu umiejącemu czytać, sprzedawał te książki za grosze. Ta akurat kosztowała 18 złotych, ale był to już rok 1957, ale mam w zbiorach książki za 2 złote i 20 groszy!) I znowu długo było tłumaczyć i trudno z powrotem zahaczyć o zgubiony wątek. Czytam ci ja zatem owe francuskie Sceny, zapisane przez autora, który sam był Cyganem (żył w latach 1822-1861) i zmarł młodo z nędzy, mimo iż doczekał czasu, gdy jego Sceny przerobiono na operę, która sławna jest do dziś. Ale, jak pisze tłumacz we wstępie, artyście to niewiele pomogło, tyle, że na krótko zdołał zamienić nędzę na zwykłe ubóstwo. Ale nędza i tak go zabiła, bo gdy zachorował, to organizm nie zdołał się obronić. Przy pandemii też ciągle to słyszymy, jak byłeś słaby, gdy zachorowałeś, to umrzesz.
Czytam ci ja zatem te Sceny, pisane w latach 1846-1849, bo świat naokoło pełen jest artystów, których po kolei globalizacja, komercja i teraz pandemia pozbawiały środków do życia tak skutecznie, że o ile w Niemczech dzięki szybkiej niebiurokratycznej pomocy społeczeństwo jeszcze jakoś wzięło za nich odpowiedzialność, o tyle w Polsce, a pewnie i gdzie indziej za chwilę zaczną przymierać głodem.
No toż wreszcie skończyłam ze wstępami i dotarłam do panakichotowych rewirów, zwanych u mnie ogólnie Baratarią. Bo otóż: czytam ci ja sobie te Sceny, a tu pod koniec już, bo na stronie 306, w scenie Romeo i Julia pojawia się taki oto passusik:

Był to filozof Gustaw Colline. Rudolf spostrzegł go z daleka i zaraz poznał: któż zresztą by go nie poznał, o ile widział go bodaj raz w życiu? Colline był objuczony, jak zawsze, tuzinem tomów. Odziany w nieśmiertelny orzechowy płaszcz, którego trwałość pozwalała przypuszczać, że był zbudowany przez Rzymian, uwieńczony słynnym kapeluszem z szeroką krezą – kopułą filcową, pod którą poruszał się rój hyperfizycznych rojeń, którą nazywano przyłbicą Mambryna nowoczesnej filozofii. – Colline szedł wolnym krokiem i przeżuwał po cichu przedmowę dzieła, które było od trzech miesięcy pod prasą – w jego wyobraźni.

No i?, zapyta ktoś. Ano, odpowiem, ona tu jest, owa Barataria, tani kraj oszustwa, ku której zmierza nowoczesny, XIX-wieczny Don Kichot, filozof głodomór, jak moi rodzice sto lat potem wydający pieniądze na książki, które oni kupowali w komunistycznych księgarniach, a on u bukinistów na straganach nad Sekwaną, człek odziany w znoszony “orzechowy płaszcz” i kapelusz zwany “przyłbicą Mambryna”, czego ani autor, ani tłumacz, ani też wydawca swoim czytelnikom nie musieli wyjaśniać. Każdy wiedział.

Ja jednak zakładam, może mylnie (a to wtedy, sorry, mea culpa), że tu się gwoli wyjaśnienia jednak przyda kilka stosownych cytacików z Dzieła, czyli Don Kichota (str 59 i następne):

Rozdział dwudziesty, w którym kropi deszcz i świeci słońce,
odbijając się w hełmie Mambrina, a może w czym innym

Ledwie nachylili się do wody, inna woda z wysokości nachyliła się do nich, postać deszczu przybierając i kropiąc nie zanadto rzęsiście, ale wystarczająco, by to poczuli. (…)
W tym samym czasie ten sam deszcz na tej samej drodze złapał innego jeźdźca, cyrulika mianowicie z okolicznej wioski, zdążającego do drugiej wsi, jeszcze mniejszej od tej, w której mieszkał, i nie posiadającej własnego cyrulika do świadczenia usług ludności. Główne usługi, świadczone w owych czasach przez cyrulików, były dwie: golenie zdrowych i puszczanie krwi chorym. Ten cyrulik, o którym mowa, golił brody oraz puszczał krew tak w swojej wiosce, jak i w tej drugiej, udając się do niej w tym celu co jakiś czas na szarym ośle i przy boku mając wszystko co trzeba, z lśniącą miską miedzianą na czele.
Kiedy zaczęło padać, miska znalazła się nie na czele, ale na czole i na całej głowie cyrulika, by osłonić go przed mokrością. Tak jechał, zadowolony z pomysłu, ani przeczuwając, jakie ściąga na siebie niebezpieczeństwo ze strony jadącego z przeciwka Don Kichota.
Zapałów zaś Donkichotowych nawet deszcz nie ochłodził; i ledwie rycerz nasz dojrzał cyrulika z nasadzoną na łeb miednicą, triumfalnie wskazał giermkowi:
– Popatrz, Sanczo, słusznie rzecze przysłowie, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.
– Jakie drzwi? – nieufnie zapytał Sanczo.
– Wrota cudownej przygody – wyjaśnił Don Kichot. – Oto wszak na siwojabłkowitym rumaku zbliża się ku nam rycerz niewiadomego imienia w złotym hełmie Mambrina na głowie. Mówiłem ci już chyba o tym zaczarowanym hełmie, chroniącym właściciela od ciosów, a zdobytym swego czasu przez Rynałta z Montalbanu na królu mauretańskim Mambrinie? Teraz na mnie przyszła kolej, by na obecnym jego właścicielu ów hełm odwojować.

– Jakże to można uczynić – zwątpił Sanczo – skoro hełm ten, jak powiadacie, chroni właściciela od ciosów? Zresztą mnie się widzi, że ten człek, jadący z przeciwka, za przeproszeniem, na szarym ośle, wcale nie hełm, tylko inne jakieś naczynie dźwiga na głowie.
– Milcz, niedowiarku – rozsierdził się Don Kichot i odwracając się od Sancza natarł z nastawioną kopią na zbliżającego się cyrulika. Wołał przy tym:
– Oddaj dobrowolnie, coś mi winien, albo giń, nędzniku!
Cyrulik nie zdążył nawet wybrać pomiędzy tymi dwiema ewentualnościami ani na wszelki wypadek poinformować się, co też winien jest rycerzowi, kiedy już, choć kopią nie tknięty, znalazł się na ziemi, a jego błyszcząca miednica obok. Ciągle nie wdając się w rozważania i dociekania, co i z jakiej przyczyny go tu spotyka, zerwał się i umykać zaczął przed siebie.
Deszcz akurat ustał; zza chmur wyszło słońce i promienie jego odbiły się w leżącym na drodze złotym hełmie Mambrina. Sanczo podniósł naczynie i obmacując je starannie, mówił:
– Przednia miedź, w samej rzeczy, i obrobiona jak należy, a ja, głupi, nie myślałem, że trafi się panu taka gratka. Proszę – i podał miednicę Don Kichotowi.
Ten, wsadziwszy sobie natychmiast lśniącą zdobycz na głowę, poczuł, że kształt i rozmiary hełmu nie całkiem są takie, jak być powinny, jął więc kręcić to potylicą w misce, to miską na potylicy, żeby jakoś się dopasować, ale wszystko na próżno.
– Olbrzymi łeb musiał mieć ten poganin – stwierdził w końcu z przykrością – a najgorsze, że choć czegoś tu jakby za dużo, to i czegoś też brak zarazem w hełmie Mambrina.
Sanczo, który zbadał już przecież dokładnie, co to za hełm, parsknął śmiechem i od razu urwał pod karcącym spojrzeniem swego pana.
– Z czego się śmiejesz, Sanczo? – zapytał Don Kichot.
– Z łba tego poganina – wyjaśnił skwapliwie giermek. – A to ci łebski był drań faktycznie, że hełm nosił jak, nie przymierzając, miednica cyrulika!
– Myślę – wyjaśnił Don Kichot – że hełm Mambrina musiał trafić już od tego czasu w jakieś niedobre ręce. Głupi jakiś człek, nieświadomy i chciwy, zmiarkowawszy, iż to czyste złoto, a wznioślejszej wartości hełmu nie dostrzegając, stopił część dla zysku, z reszty zaś zrobił to, co przypomina ci miednicę. Ale nic to! W pierwszej napotkanej kuźni każę przywrócić hełmowi kształt należyty, do tego zaś czasu będę go nosił tak jak jest, bo założę się, że choć zniekształcony, hełm Mambrina potrafi mnie jeszcze uchronić przed ciosem.

Niestety pomoc okazała się marna, bo już w następnym rozdziale obaj nasi bohaterowie uwolniwszy prowadzonych na galery więźniów, którym przewodził Ginesillo Krzywe Oczko, dostali od nich niezłe cięgi.

Nie wdając się w dalsze dyskusje (…) Gines mrugnął na towarzyszy, a ci, odsunąwszy się nieco, obrzucili rycerza kamieniami i najplugawszymi wyzwiskami w równej chyba ilości, z tym, że kamienie jak gdyby gęściej trafiały, bębniąc po tarczy, zbroi i złocistym hełmie Mambrina. Po chwili runął z konia, a wówczas poskoczył doń jeden i zerwawszy miednicę z głowy, tak nią trzasnął o ziemię, że o mało się nie rozleciała w kawałki. Prześcigając się w gorliwości, galernicy zdarli z rycerza, a przy okazji i z Bogu ducha winnego Sancza, co lepsze sztuki odzienia i nie krępując się ich obecnością podzielili się łupem. Dopiero dokonawszy tego leżącego w ich zwyczaju łotrostwa (…) rozeszli się, gdzie który mniemał, że najlepiej się przed nim skryje, zostawiając obdartych swoich dobrodziejów – Sancza też drżącego ze strachu przed Santa Hermandad, której tak nieopatrznie się naraził wraz ze swym panem, Don Kichota zaś zdumionego i zasmuconego niewypowiedzianie, że skrzywdzili go właśnie ci, którym tak się przysłużył – oraz w nieco mniejszym stopniu, że w decydującej chwili nie dopomógł mu leżący teraz w prochu, pogięty i zbezczeszczony hełm Mambrina.

Hełm pojawiać się będzie przez wiele następnych rozdziałów, spotka nawet w pewnej gospodzie swego poprzedniego właściciela, aż wreszcie przestanie pełnić swą rycerską służbę po potyczce z pokutnikami kilkadziesiąt stron dalej, a zastąpi go prawdziwy hełm podarowany rycerzowi przez bakałarza Samsona Karrasko.

I jeszcze PS: Mambrin czy Mambryn, hełm czy przyłbica?

W tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (które tu cytuję) mowa jest o hełmie Mambrina, podobnie jest też u Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych, ale u Wojciecha Charchalisa jest, jak u Murgera w przedwojennym tłumaczeniu Boya, przyłbica Mambryna i to mi się podoba, choć zgoła nie powinno, bo u autora obiekt ów zwie się yelmo de Mambrino, co jest jako żywo hełmem Mambrina a nie przyłbicą Mambryna, ta by się bowiem zwała visera albo bacinete. Ba, ten miskowaty hełm nie ma żadnej przyłbicy. Lecz cóż poradzę, bardziej mi owa mambrynowa przyłbica do gustu przypada, o, bardziej. Przyłbica powróci zresztą za kilka tygodni, gdy w Baratarii pojawi się książę Lew Nikołajewicz Myszkin, a wraz z nim wiersz Puszkina o biednym rycerzu.

Rok Beethovena

Lech Milewski

W tym roku mamy w australijskim radio Rok Beethovena.
Zgadza się, Ludwig van Beethoven urodził się w 1770 roku – 250 lat temu.

Jak to przy takich okazjach bywa, radio nieco przesadziło, muszę je wyłączać, gdy już siódmy raz w miesiącu nadają, skądinąd bliską mojemu sercu, VII symfonię.
Po wyłączeniu radia szperam jednak po youtube i znajduję wiele ciekawych beethovenowskich wykonań.
Google chyba czyta moje wspomnienia z młodych lat, gdyż nieproszone podsunęło mi linki do Sonaty Kreutzerowskiej.

O Sonacie Kreutzerowskiej pierwszy raz usłyszałem od mojej matki w czasach szkoły podstawowej.
Chodziło głównie o książkę Lwa Tołstoja, ale w jej cieniu czaiła się muzyka Beethovena.
Muzyka tak potężna, że mogła inspirować człowieka do popełnienia zbrodni.

W szkolnej bibliotece jedyną książką Tołstoja jaką znalazłem było Zmartwychwstanie.
Przeczytałem i poczułem niesmak i niepokój. To nie było to czego oczekiwałem pod takim tytułem.

Prawdę mówiąc Zmartwychwstanie zniechęciło mnie do poszukiwań Sonaty Kreuzerowskiej. Wiedziałem, że tam będzie pasja, zazdrość, morderstwo – już wiedziałem co Lew Tołstoj może z tym zrobić – brrrrr.

Pozostał ze mną tytuł – Kreutzerowska – to krrrraczące “Krrroooj.
Jak w “do krrroćset” (patrz Post Sciptum), ale też jak w ukrzyżowaniu.

I tak minęło pół wieku.
Po raz pierwszy Sonatę Kreutzerowską usłyszałem w australijskim radio
Hmmm.
Jak na Beethovena to takie sobie. Chyba Lew Tołstoj też był bardziej zainspirowany brzmieniem nazwiska niż muzyką.

Kilka lat później usłyszałem i ujrzałem Sonatę Kreutzerowską “na żywo”. Wykonawczynią była studentka Australian National Academy of Music (ANAM). W Akademii doskonalą swój kunszt absolwenci konserwatorium, doskonale doskonalą.
Wykonawczyni, filigranowa dziewczyna o irlandzkim nazwisku, już w pierwszej części – AndantePresto – miała na twarzy przekorny uśmiech, wyrażnie obiecywała jakiś żart.
Zgadza się, w drugiej części – Andante con variazioni
con variazioni? Toż to ja tam usłyszałem –
Tam szum Prutu, Czeremoszu
hucułom przygrywa,
a wesoła kołomyjka
do tańca porywa – zanuciłem.

Irlandka potrafi – pomyślałem.

Teraz mogłem zrozumieć dlaczego Rudolf Kreutzer nie zgodził się wykonać dedykowanej mu przez Beethovena sonaty.
Outrageously unintelligible” – oburzająco niezrozumiała – brzmiał jego komentarz (według anglojęzyznej wikipedii). Tekstu niemieckiego oryginału nie znalazłem.

Wracam do propozycji Google.

Pierwszy link – Anne Sophie Mutter – KLIK.
Wystarczyło mi spojrzeć na jej minę – taką samą musiał zrobić Rudolf Kreutzer gdy spojrzał na dedykowane mu nuty.
Nie – dziękuję bardzo.
Na dodatek gra 10 minut dłużej niż przewidział kompozytor.

Spojrzałem na drugi link… Patricia Kopatchinskaja.
Brzmi obiecująco, ona pewnie wie co to Prut i Kołomyja.
Wystarczyło posłuchać/popatrzeć jedną minutę i jej mina mówiła wszystko – ona WIE!

Kopaczyńska, to brzmi po słowiańsku. Zajrzałem do wikipedii – linki w Post Scriptum – miejsce urodzenia – Mołdawia.
Toż w takim razie szum Prutu towarzyszył jej codziennie!

To odkrycie zachęciło mnie do dalszych poszukiwań.
Jak to było z tą nietrafioną dedykacją dla Kreutzera?
Fantastycznie!
Beethoven ukończył sonatę w 1803 roku i… przeczytajmy pierwszą dedykację:
Sonata mulattica composta per il mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico“.
W moim tłumaczeniu: murzyńska sonata skomponowana dla mulata Brischdauera, wielkiego szaleńca i murzyńskiego kompozytora.

George Bridgetower by Henry Edridge, 1790.JPGMulat Brischdauer – skąd też on znalazł sie w Wiedniu?
Jak to skąd, z (Bielska-)Białej, to całkiem blisko – KLIK.
Uwaga – polska wersja wiki podaje, że George Bridgetower pochodził z Białej, która z czasem połączyła się z Bielskiem. Angielska wersja podaje, że z Białej Podlaskiej gdzie jego ojciec pracował w dobrach Hieronima Radziwiłła.
No i jak to pogodzić?

Ja proponuję Czarną Białostocką.

Zdjęcie z Wikipedii — By StephencdicksonOwn work, CC BY-SA 4.0, Link

Brischdauerowi, a raczej Bridgetowerowi, w wykonaniu sonaty towarzyszył kompozytor, po czym obaj panowie udali sie na śniadanie (to był bardzo wczesny koncert poranny), podczas którego Bridgetower pokazał swoje szaleństwo – wyraził wątpliwość co do moralności kobiety, którą Beethoven darzył wielkim szacunkiem.
Dedykacja przepadła.

Po tylu niespodziankach potrafiłem chyba lepiej zrozumieć Tołstoja, że wykorzystał tę sonatę do prezentacji swojego szaleństwa.
Tak, zacząłem czytać Sonatę Kreutzerowską i nie mam wątpliwości, że to napisał szalony człowiek.

Przedstawiona sytuacja jest dziwna.
Do przedziału w pociągu wchodzi przypadkowy podróżny i przedstawia się jako Pozdniszew – tak, TEN Pozdniszew, o którym głośno w prasie, gdyż w szale zazdrości zamordował swoją żonę.
I teraz, przez 25 rozdziałów, nieproszony gość, bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie rozwlekle opowiada historię swojego małżeństwa.

Małżeństwo Pozdniszewa, cóż jak wiele małżeństw – brak jakiejkolwiek więzi między małżonkami, tyle że w tym przypadku mąż każdą sytuację tłumaczy następująco:
…namiętność seksualna, bez względu na to jak zaaranżowana, jest zła, straszliwie zła i człowiek musi z nią walczyć… Słowa Ewangelii, że ktokolwiek spogląda na kobietę z pożądaniem już popełnił cudzołóstwo, odnosi się nie tylko do żon innych mężczyzn, ale przede wszystkim właśnie do własnej żony.
Jedyną włąściwą drogą jest całkowita abstynencja; jeśli to prowadzi do zagłady rasy ludzkiej, to niech tak będzie“.

Książka wywołała skandal i została zakazana w Rosji i USA.
Emil Zola stwierdził – koszmar, wytwór chorej wyobraźni.

Publikacja, a jeszcze bardziej zakazanie książki przez cenzurę, postawiły w bardzo niezręcznej sytuacji żonę autora – Zofię Tołstoj. Zaczęły krążyć plotki, że autora inspirowały doświadczenia własnego małżeństwa.
W rezultacie Zofia Tołstoj poprosiła o audiencję u cara i skłoniła go, aby cofnął zakaz.

Sam Tołstoj, dwa lata po publikacji książki, stwierdził – Jest coś wstrętnego w Sonacie Kreutzerowskiej, coś złego w motywach, które doprowadziły mnie do jej napisania.

Jednak kilka drobnych fragmentów ożywiło mnie nieco.
Pozwolę sobie je zacytować  – tłumaczenie moje z tłumaczenia angielskiego (Projekt Gutenberg).
Oni grali Beethovena, Sonatę Kreutzerowską. Czy pan zna pierwsze Presto?
Straszna rzecz, ta sonata, szczególnie to presto! 
Ogólnie, muzyka to okropna rzecz. 
Mówią, że muzyka porusza duszę. Głupota! Kłamstwo!
Ona działa. Straszliwie działa. Jakby to powiedzieć. Ona nie działa uszlachetniająco, ani poniżająco. Ona działa irytująco.  
Muzyka każe mi zapomnieć o mojej sytuacji, przenosi mnie w jakiś obcy mi stan, w stan duszy, w którym piszący muzykę znajdował się w tym momencie.
Ten, który pisał Sonatę Kreutzerowską, Beethoven, wiedział dlaczego znalazł się w tym stanie. To prowadziło do pewnych działań ze zrozumiałych dla niego powodów. Ale ja znajduję się w niezrozumiałym dla mnie stanie, w stanie ekscytacji, z której nie ma wyjścia.
Co innego marsz – żołnierze maszerują w jego takt. Koniec marszu, koniec muzyki. Albo taniec, kończymy tańczyć i przestają grać. Ale inna muzyka prowokuje ekscytację, której nie towarzyszy żadna czynność. Dlatego jest tak niebezpieczna i czasami działa tak przerażająco.

Muzyka, marsz, taniec, akcja – koniec akcji?
Ja gdzieś to czytalem.
Tomasz Mann – Czarodziejska Góra – gdzieżby indziej.
… mamy tu tylko zwykłą dętą orkiestrę… zapełnia nam całkowicie kilka godzin, to znaczy: najpierw je dzieli, a potem wypełnia każdą z osobna, tak że mają przecież jakąś treść.
Tytuł rozdziału: Politycznie podejrzana.
A Tołstoj przytakuje:
W Chinach muzyka jest pod kontrolą państwa i tak właśnie powinno być...

I jeszcze coś:
Dawniej, gdy panna osiągnęła właściwy wiek, jej małżeństwo zostawało zaaranżowane przez jej rodziców. I tak nadal jest, u Chińczyków, u Hindusów, u Muzułmanów, u ludzi prostych. Tak postępuje 90 procent ludzkości.
Tylko my, notoryczni bon-vivanci, wymyśliliśmy coś innego.
– Co to jest?
– Panny posadzone w rzędzie a dżentelmeni chodzą w tę i z powrotem, jak na targu, i wybierają. My, mężczyźni, wybieramy towar, a potem, w salonach, dyskutujemy – o prawach kobiet i wolności.
– Ale co można zrobić – przerwałem – czy to kobiety mają wybierać?
– Nie wiem, ale jeśli mówimy o wolności, to niech będzie to wolność całkowita.
….
“- Czy pan wie, że ta władza kobiet, przez którą tak cierpi świat, wypływa z tego, o czym przed chwilą mówiłem?
– Co pan rozumie przez władzę kobiet – przerwałem – przecież jest przeciwnie, każdy narzeka, że kobiety nie mają należnych im praw, że są podporządkowane.
– O to właśnie mi chodzi, to jest właśnie wytłumaczenie tego nadzwyczajnego zjawiska, że kobieta z jednej strony jest zredukowana do najniższego stopnia upokorzenia a z drugiej strony rządzi wszystkim.
– Ale gdzie? Czym rządzi?
– Gdzie? Wszędzie i wszystkim.
Proszę iść do sklepów w wielkim mieście. Są ich miliony, miliony. Jest niemożliwe zmierzyć tę ogromną ilość pracy włożoną tutaj. Czy w dziewięciu na dziesięć tych sklepów jest coś dla mężczyzn? Cały luksus życia jest wymagany przez kobiety. Proszę policzyć fabryki, większość z nich produkuje kobiece ozdoby. Miliony ludzi, generacje niewolników, umierają pracując jak skazańcy aby zadowolić kaprysy naszych towarzyszek.

Wreszcie czas na muzykę, jeszcze tylko dwie uwagi:
– przypominam, że na premierze to Beethoven był pianistą, proszę więc uważnie słuchać. A kto towarzyszy Patrycji Kopaczyńskiej? No któż, jak nie ktoś z kraju, który mocno mieszał między Prutem a Wiedniem – Fazil Say – Turek.
Druga uwaga – te huculskie skojarzenia napadają mnie około 17 minuty tego nagrania.

P.S. Do kroćset
Jak to – parsknął Asesor – do kroćset niedźwiedzi!
To pan niby zabił? Co też pan bredzi?

Linki:
Sonata Kreutzerowska – Beethoven – KLIK.
Sonata Kreutzerowska – Tołstoj – KLIK.
L. Tostoj – Sonata Kreutzerowska, pełen tekst (projekt Gutenberg – KLIK).
W obronie Zofii TołstojKLIK.
Patricia Kopatchinskaja – Wikipedia – KLIK.


No cóż, jako adminka wtrącę tu też swoje trzy grosze. Ja też już kiedyś pisałam o sonacie, Beethovenie i czarnym muzyku z Polski i jeszcze o pewnej poetce. O proszę, TU.

Z Berlina

Słowa & muzyka / Lyrics & music: Beata Kozidrak
Aranżacja / Arrangement: Adam Sztaba
Reżyseria & montaż video / Director & video mix: Jacek Kościuszko
Miks dźwięku / Audio mix: Leszek Kamiński
Produkcja / Producers: Film Image, SztabMusic – Agnieszka Dranikowska-Sztaba
Wokaliści / Vocals: Natalia Kukulska, Ewa Farna, Ania Karwan, Natalia Nykiel, Kasia Wilk, Kasia Moś, Olga Szomańska, Dorota Miśkiewicz, Cleo, Patrycja Markowska, Kuba Badach, Igor Herbut, Piotr Cugowski, Andrzej Piaseczny, Sebastian Karpiel, Damian Ukeje
732 muzyków / 732 musicians
Angielskie tłumaczenie / English translation: Ewa Bielecka
Niemieckie tłumaczenie / German translation: Jacek Łaszczyk

Beata Kozidrak

Co mi Panie dasz?

Karuzela gna, w głośnikach wciąż muzyka gra.
Czuję jak, w jej takt, kołyszę się cała.
I raz, i dwa, i trzy, i w górę serca – wielki czis!
Czujność śpi, trochę mdli – jak szarlotka z rana.

Co mi Panie dasz, w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą moją duszę, moją przyszłość, na tę resztę lat?
Kilka starych szmat, bym na tyłku siadł.
I czy warto, czy nie warto, mocną wódę leję w gardło, by ukoić żal.

Co tam nagi brzuch i w górę połatany ciuch!
Czuję ten, wiatru pęd, że głowa odpada.
I raz, i dwa, i trzy, i wcale nie jest zimno mi!
Z góry pluć, gumę żuć – tu wszystko wypada!


Krystyna Koziewicz

Co mi Panie dasz w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą, moją duszę, moją przyszłość
Na tę resztę lat?…

Jaka piękna jest ta nowa aranżacja utworu Beaty Kozidrak Co mi Panie dasz, przygotowana przez Adama Sztabę na czas pandemii. W nagraniu wzięły udział 732 osoby. Byli to ludzie zewsząd – młodsi, starsi, profesjonaliści i amatorzy, muzykujący codziennie i raz na kilka lat.

To nagranie dodało nam siły, stało się pozytywnym przesłaniem na czas pandemii, przypominając, że musimy odnaleźć proste wartości, że relacje z najbliższymi, relacje międzyludzkie i prostota potrzeb to wartości trwalsze niż to, co dotychczas stanowiło o naszej codzienności. Bo sami popatrzmy, jak bardzo to wszystko, co “nas kręciło” okazało się nieważne i ulotne w czasach koronawirusa.
Co moi Panie dasz? – któż z nas w czasach niepewności nie kierował swoich myśli ku boskiej Opatrzności? Znane przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Mądrość ludowa każe wierzyć w możliwość kreowania własnego życia, nadawania mu kształtu zbliżonego do naszych marzeń i pragnień. To przede wszystkim kształtowanie siebie, własnej osobowości, co nie zawsze jednak daje się przełożyć na życiowy sukces. Człowiek dąży do realizacji postawionych sobie celów, ufając, że może jest tak, że nasz los zależy tylko od nas samych i naszego wysiłku, akceptując i to, że często efekt końcowy przyniesie rozczarowanie. Czasami jednak trzeba się poddać losowi i tak się właśnie dzieje w czasie koronowirusa. Nic tu nie pomoże narzekanie, a przecież tak często je słyszymy w rozmowach z bliskimi, przede wszystkim z dziećmi i członkami rodziny, którzy wyładowują na nas frustracje. Zawsze przekazuję im życzliwe rady, mówię też jednak, że jeśli mój rozmówca nie podejmie żadnych kroków, to nie chcę po stokroć tego słuchać. Zdecydowana reakcja działa z pozytywnym skutkiem, po latach słyszę podziękowania za moje podejście, w przeszłości sama osobiście dostałam podobną lekcję od byłej sąsiadki, kiedy jej suszyłam głowę moimi problemami.

Wiadomo, człowiekiem rządzą przypadki, z którymi musi się także pogodzić, jak choćby z wyznaczonym jej przez wspólnotę miejscem w hierarchii społecznej. Zazwyczaj jest tak, że z jednej strony człowiek ma ograniczone możliwości decydowania o własnym losie, ale z drugiej strony potrzebuje poczucia przynależności do grupy. Z tym to bywa różnie, żeby człowiek nie wiadomo, jak mocno się angażował w życie społeczne, to ci na szczycie nie zawsze potrafią zdobyć się na uznanie. No cóż, nie udzielamy się dla pochwał, nie musimy czerpać profitów, ważny jest osobisty rozwój, satysfakcja, zaspokojenie potrzeby działania na rzecz innych. Czego nie lubię, to pomagać mocniejszym, karierowiczom, bogatym, przemądrzałym i tym, którzy cichcem wykorzystują efekty działań społecznie zaangażowanych, czerpiąc moralne i finansowe korzyści z mojej pracy.

Czy człowiek jest „kowalem swojego losu”? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi i nie kuśmy się o nadmierny optymizm. A w ogóle, czy być kowalem własnego losu, znaczy tylko osiągnąć sukces i zrealizować wszystkie swoje marzenia? Czy przegrana walka z przeciwnościami życia zawsze jest równoznaczna z klęską? Czy o losie człowieka bardziej decydują okoliczności i kaprysy fortuny, czy raczej system wartości, które chce realizować?

Albert Camus w Dżumie przedstawia rzeczywistość wrogą ludziom, pełną tragicznych i niewytłumaczalnych zdarzeń, ujawniającą absurd egzystencji. W świecie tym jednak działają jednostki, które czynem potwierdzają swe człowieczeństwo, opowiadają się po stronie ofiar, nie zgadzają się na śmierć, przeciwstawiają się Zarazie – czyli temu, na co nie mogą wpłynąć i co jest niezależne od ich woli. Dżuma jest „niekończącą się klęską”, walki z nią nie można wygrać, a żadna ofiara nie pomaga w walce z losem. Poglądy Alberta Camusa są bliskie egzystencjalizmowi, którego etyka opiera się na przeświadczeniu, że istnienie człowieka będzie miało taki sens, jaki on sam mu nada, dlatego jego zadaniem jest zawsze „wychodzić poza samego siebie” i dokonywać wyborów w imię wolności.

Można też przyjąć za wierszem Szymborskiej, że nasza egzystencja to improwizacja i jesteśmy „kiepsko przygotowani do zaszczytu życia”. Poetka jednak nie twierdzi, że skazani zostaliśmy na dolę marionetek, bo – „choć ciągle zaskakuje nas los” – to jednak my decydujemy o jego kształcie i nawet jeśli nie znamy granej przez nas roli, pozostaje ona nasza.

Wisława Szymborska

Życie na poczekaniu

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany –
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku – pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).
Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.

W czasie pandemii wielu z nas doświadcza braku wielu rzeczy i sytuacji, tęsknimy za świętowaniem naszego życia, za radością istnienia, za uczuciami i spotkaniami, za byciem razem, choćby po to, by pocieszać się nawzajem. To, co przeżywamy, ukazuje naszą bezradność oraz fałszywe pewniki, jakie stworzyliśmy sobie w budowaniu przyszłości. Pandemia odsłoniła stan uśpienia współczesnych ludzi, zanik wrażliwości, zaniedbanie tego, co karmi, podtrzymuje i daje siłę. Zapomnieliśmy o korzeniach, z których wyrastamy, zabrakło twórczego dialogu z dziedzictwem przekazanym przez starszych, co nas pozbawiło odporności potrzebnej do stawienia czoła przeciwnościom. Opadła maska stereotypów, niepodważalnych autorytetów, nieomylnych ekspertów, za którymi ukrywaliśmy nasze prawdziwe „ja”.

W naszym zglobalizowanym świecie szliśmy naprzód silni i na pełnych obrotach, aby stać się panami tego świata. Chciwi zysku, daliśmy się pochłonąć rzeczom i oszołomić pośpiechem. Nie zatrzymaliśmy się, by reagować na zło, które było na tyle banalne, że można go było nie dostrzegać, nie myśleć o nim, a ono mnożyło się w nieskończoność. Przymykaliśmy oczy na niesprawiedliwości, na biedę ludzi starych, na głupotę i arogancję elit politycznych, szerzącą nienawiść do wszystkiego co inne, obce, nie słuchaliśmy wołania o rozsądek, pomoc, ratunek naszej chorej planety.

Teraz, gdy to wszystko w jednej chwili runęło, przyszedł czas na refleksję, jak żyć? W natłoku informacji poczuliśmy się zagubieni, poczuliśmy, jak byliśmy ślepi, myśląc, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie.
Próbujemy wykorzystać ten czas próby jako czas wyboru, myślimy o tym, jak zbudować nowe relacje ze światem, jak zachować równowagę pomiędzy tym, co się liczy, a tym, co przemija, jak oddzielić to, co konieczne od tego, co nim nie jest. To czas przestawienia kursu życia, odkrywania nowego stylu, wysyłania pozytywnych myśli innym.

Szczególnie dla Polaków na emigracji, gdzie w zdecydowanej większości żyjemy bez najbliższej rodziny, niezwykle ważne są dobre kontakty społeczne, ważna jest owa czułość, o której mówiła tak niedawno inna polska noblistka – Olga Tokarczuk. Ci, którzy się izolują, kórzy boją się siebie nawzajem, wybierają cztery ściany swoich domów, samotność zamiast spotkań z rodziną czy przyjaciółmi. Ich jedynymi towarzyszami życia stał się telewizor, komputer i wszechobecny internet. Kontakty interpersonalne zamieniły się na maile i smsy. W praktyce okazuje się, że nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka, uszanować go czy mu pomóc. Zatracamy zdolność empatii, nie potrafimy już spontanicznie obdarzać innych miłością. Niech każdy z osobna zrobi rachunek sumienia ze swojego człowieczeństwa zadając sobie pytanie, ile razy w czasie pandemii skontaktowałem się z osobą samotną, z kimś obarczonym problemami zdrowotnymi czy osobistymi? Trzeba na nowo pokochać swoje życie, poszukać alternatywy, by czas istnienia tu i teraz nie był stracony, a czegoś nas nauczył.

Czasy pandemii zmieniły też formy działania organizacji polonijnych, niektóre po prostu zamilkły, inne dostosowały się do nowych okoliczności, a ich liderzy wyszli do ludzi jak człowiek do człowieka, dając tym samym dowód przynależności do wspólnoty polonijnej.

I na zakończenie jeszcze jedna myśl. Szanujmy to co małe, tak jak to głosi stare porzekadło, że mała rzecz a cieszy, bo nie zmienimy i nie uratujemy wszystkiego i wszystkich. Róbmy swoje, róbmy małe, ratujmy świat małymi krokami. To daje radość, a właśnie taka radość jest nam potrzebna. Rzeczy wielkie zdarzają się rzadko. Cieszmy się tym, co osiągnęliśmy, naszą własną pokorną mądrością życiową. I nie czekajmy bezczynnie na „co mi Panie dasz…”!
Mamy jeszcze dużo do zrobienia, stawiając codziennie nasze małe, nieważne kroki.

Moje przemyślenia zakończę kolejną piosenką

Bułat Okudżawa

Modlitwa

Dopóki ziemia kręci się,
Dopóki jest tak, czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas,
Czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
Tchórzowi dać konia chciej
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej

Dopóki ziemia kręci się,
O Panie, daj nam znak,
Władzy spragnionym uczyń,
By władza im poszła w smak
Hojnych puść między żebraków,
Niech się poczują lżej!
Daj Kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej

Ja wiem, że ty wszystko możesz,
Wierzę w twą moc i gest,
Jak wierzy żołnierz zabity,
Że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie,
Nie wiedząc, co niesie los…

Wiersze

Teresa Rudolf

Gra

A ktoś gra z nami
w szachy, pracowicie
ambitnie, perfekcyjnie.

I świat też pełen
klubów szachowych,
harmonogram gry.

Współzawodnictwo,
międzynarodowe,
szach-mat napięcie.

Kraje przegrane, wygrane
jedne dużo wczesniej,
inne trochę później.

W jury nieznane twarze
w maskach, w odstępie,
serio, każdy może przegrać.

Świat napięty grę ogląda
swego obstawiając,
na “obcego” plując.

Świat ufający gierkom,
“oby tylko znanym – mówi –
bo w coś wierzyć trzeba!”

Fantazja

To czary Harry Pottera,
latanie na super miotle,
by pozamiatać księżyc,
uwolnić również ziemię,
szybko od pandemii…

To obrazy różnie malowane
życzeniami, marzeniami,
wyprzedzanie przepiękna,
ma być ono piękniejszym,
świata, ma być lepszym.

To sztuka ciągła uciekania
od dziwnej brzydoty świata,
z kolorami tęczy po deszczu,
cóż gdy brzydota wygra,
podobno też sztuką???

Fantazja wszechmogąca,
im wiecej, tym groźniej,
światy wielkiego zachwytu,
i światy filmowych horrorów,
bo człowiek wzruszeń chętny…

I łaskoczącego strachu
z bezpieczeństwa gwarancją,
na miotle Harry Pottera,
w oderwaniu od “Tu i Teraz”,
które to chichocząc czeka.

In Pursuit of Happiness

Uwaga polscy Czytelnicy Sąsiadów. Tak, dziś, podobnie jak tydzień temu, sąsiedzi mają kwarantannę, ale wrócą :-). Też zresztą szukają szczęścia.

Marta J. Łysik
University of Wroclaw

or: Escape, Change, and Return in Contemporary Academic Novels, Or Why I Read Campus Novels, But Possibly Shouldn’t

Long ago I decided to make a life in higher education. I imagined that it would provide a good and ethical way of living, a consistently interesting work life, and a modicum of happiness. I enjoyed teaching and have been doing it for twenty years now, since I was sixteen. One of my top five strengths according to the Gallup Strengths Center is that I am a learner and have to teach myself new things all the time. I enjoy the life of the mind and the mentoring aspect of being a teacher since it capitalizes on another strength of mine, namely connectedness. To me the profession has all the responsibility and status I want in life. I can still be safely introverted in between teaching, conferences, and meetings. The extroverted moments help me appreciate the introverted ones. I need the two alternatives to keep me on my toes all the time, since humdrum dulls my wits. None of the lucrative or 9-to-5 jobs appeals to me.

Most of my life, I have read academic novels to reinforce my decision to make an academic life for myself, but what did I discover? All sorts of things that qualified and dampened what I realize now were my own naïve expectations. Since I am an introvert, a learner, and a reader, I resort to books to find out about reality, but my findings are often disturbing, sometimes disillusioning, sometimes in jarring conflict with real life. Perhaps I have read too many academic novels. How come in the institution that promotes the life of the mind, petty concerns are in the foreground? As I progressed in my academic life (I have worked in German, American, and Polish academe), I encountered many disillusioning facts. And reading academic fiction confirmed my discovery: that the academic life is more like other lives than I expected—and hoped—it was going to be. That it consists of people, their issues, and insecurities, just like everywhere else I worked. That people can be gratuitously cruel. That there is no justice in human outcomes here, either. That the work is hard, sometimes repetitive, and occasionally not very interesting (the administrative tasks I am required to do suck out all of my creative juices). That academics are under stress a lot of the time, that they face frustration, that, in short, the outcome of taking a Ph.D. is not a guaranteed “happy ending.”

I learned to find some satisfactions outside of academia. Yes, there are occasional moments of grace coming from interaction with colleagues and students, and thrills stemming from teaching and research, but I feel that to base one’s sense of happiness on those fickle moments is not particularly wise. Reading helps, but perhaps one should limit the number of academic novels since—unfortunately—so few of them help me affirm the value of an academic career or promise me the happiness for which I chose it.

What is the valid reason for becoming an academic, I wonder? Certain talents and interests? And is there a space for happiness in that line of work? A job description could briefly state: teaching, research, and administration. How paper-pushing could ever be a source of joy is a mystery to me, but the remaining two could potentially provide a healthy mixture of sociability and solitude. What answer does literature have to offer to this question, i.e. does academic life make people happy? Or perhaps you already have to be happy when you enter academe? Of all the campus and academic novels I have read, not many were of an optimistic disposition, or depicted a happy academic life. What is wrong? Is it because life in general is tough regardless of one’s career, or is it the university setting and its protagonists that guarantee misery until retirement? I do not think that the academic setting is to blame.

A glance at textbooks and articles concerning academic and campus novels proves that the word “happiness” does not appear. Even the humor in many novels, often under the guise of irony, satire, and sarcasm, can be rather crude. Merritt Moseley notes that

Discussions of the academic novel are, by and large, too humorless. Most academic novels are comic. This does not, or need not, make them satiric; and the non-satiric comic novel is not necessarily less worthy than the satiric novel or the so-called “serious” novel. (18)

Maybe happiness is too subjective a category to explain, or share; possibly laughter seems unacademic. Is humor a taboo when it comes to academia? No—there is academic humor—but I find that there is not enough of it in academic novels. Besides, humor is a subjective characteristic, defined and perceived differently by different people. Surely academic novels could be funnier, or as Moseley puts it:

While obviously there are some topics which do not lend themselves to comedy, there is no reason why higher education should be among them. Analysis of humor is of course nearly impossible and trying to persuade one person to laugh at what another finds funny is vain; but I take it as evident that humor adds to the pleasure of readers. I am convinced that the high incidence of comedy, ranging from the most delicate verbal touches to broad farce, in academic fiction is one of its most valuable and welcome traits. (19)

What if the humor in these novels was positive, not tinged with satirical edge, with hints of the negative? Would they be more satisfactory to me, in my own academic (mis)adventures? Would they serve me as a reminder of what is fine, amusing, and affirmative about the profession? Would I as an academic take myself less seriously, be less self-conscious, and therefore happier? Possibly.

The last resort, i.e. leaving the academy, can be liberating and can be the “happy ending” for some of the protagonists, in fiction and real life. Janice Rossen observes that several novels involve the most drastic measure: “many of the best university novels are about someone leaving academe at the end of the book” (188). I believe that individual happiness is contingent upon changing the status quo: changing oneself and/or the situation one is in, and sometimes it does entail leaving the academy. I have chosen three novels prioritizing happiness: Tolstoy Lied by Rachel Kadish, The Rosie Project by Graeme Simsion, and Save Your Own by Elisabeth Brink. Reading these academic novels has done me a world of good. The protagonists fixate on research first but realize it is not the path to happiness: one leaves, one stays but gets a life, and another one leaves, lives her life, and comes back to the academy. What, then is the recipe for happiness, according to academic novels?

The eighth sentence of Tolstoy Lied: A Love Story by Rachel Kadish is a famous quote from Tolstoy, “Happy families are all alike; every unhappy family is unhappy in its own way,” followed by a disillusioned comment by Tracy Farber, a 33-year-old Americanist and literary scholar:

Literary types swoon over that line, which opens Anna Karenina. But have they considered the philosophy they’re embracing? If Tolstoy is to be taken at his word, a person must be unhappy in order to be interesting. If this is true, then certain other things follow. Happy people have no stories you might possibly want to hear. (Kadish 3)

Professors of creative writing are famous for telling their students: “happiness writes white.” Why is unhappiness a magnet when it comes to writers? Tracy bemoans “how hard it is to find a good nontragic American novel on academia’s approved-reading list” (Kadish 4). This is another way of claiming that happiness cannot be interesting. To be happy is to be dull, almost mediocre:

In order to be happy, you must whitewash your personality; steamroll your curiosities, your irritations, your honesty and indignation. You must shed idiosyncratic dreams and march in lockstep with the hordes of the content. Happiness, according to this witticism of Tolstoy’s, is not a plant with spikes and gnarled roots; it is a daisy in a field of a thousand daisies. It is for lovers of kitsch and those with subpar intelligence. (Kadish 3)

I think that, contrary to what is believed, it is more of a challenge to be happy despite everything. There is always plenty to complain about but it actually requires an effort to focus on good things.

Why is the discussion about happiness taken for granted? In Kadish’s exploration of this question, Tracy is thinking of writing a book about happiness: “I’m saving this, of course, for my post-tenure book. I’m not naïve. Talking about happiness is career suicide. I’ll be accused of championing pap – of responding to a book not as a critic, whose role is to dissect, but from my kishkas” (Kadish 5). Why do academic novels not show us as shiny happy people? Why is it suspect to be happy in academe? Perhaps it is because “serious” academics believe happiness interferes with objectivity. Perhaps because emotions are not encouraged in a research environment. But where does the stigma come from? I love laughing while teaching and I derive profound pleasure whenever I can make my students smile and laugh. Yes, we tackle serious matters but there is room for jokes.

Teaching and research are Tracy’s reason for living. I identify with her, it is a very strong drive in my life as well, verging on workaholism. Life is work, work is life. Until she meets George, she is safely ensconced in the ivory tower. When asked by George about her life, she talks about her work first and foremost:

I love books . . . I love the escape. Academics aren’t supposed to say that, but it’s true. I love to dive into somebody else’s vision, nightmare, utopia, whatever. I love how books put a dent in our egos – turns out we’re not the first sentient generation on the planet after all. Other people have been just as perceptive, just as worked up, about the same damn human problems we face. (Kadish 42)

Suddenly her neatly organized world of scholarship and occasional friendships turns upside down: she becomes engaged, breaks off the engagement, has draining problems with a sick, and therefore cantankerous, colleague, and with a graduate student she advises. She is skeptical about marrying George, and initially scholarship is a more reliable source of happiness than people. However, she will soon learn first-hand that academia is not the last bastion where if you do your job, and do it well, you will be shielded from all manner of human-inflicted calamities.

Knowledge of her planned research leaks within the department and since her tenure review is coming up, this is another stress-inducing factor. She realizes this could be her demise, because

I think there’s a deep, long-running bias against literature about happiness. A cultural mistrust of anything but tragedy . . . It’s as if our whole literary tradition, which has been unsparing on the subjects of death, war, poverty, et cetera, has agreed to keep the gloves on where happiness is concerned . . . Anybody who tries to take happiness seriously is belittled . . . There’s this cultural fear of thinking seriously about happiness. (Kadish 159-160)

Looking around, I see more unhappy literary academics than happy ones. Some people, it seems, would rather wallow in unhappiness than take things in stride and start acting with agency, like a homo faber.

Even though in love, the idyllic state does not last forever for Tracy. When it rains, it pours: she parts with George, the colleague harasses her in many new ways, she is denied tenure, and the student attempts suicide. Tracy tries to fight for George, but because of his silent and stubborn resistance, she finally gives up. She helps the student, although it is not her responsibility. In her most desperate moments, she wants to escape into books:

I think of reading Tolstoy at two o’clock in the morning, my mind hopping so it’s nearly intolerable to sit at my computer. Of burying my own confusion in Hurston’s tongue-in-cheek prose. The lure, the warming light, of books. How delicious it might feel to follow that beacon, farther and farther from shore, until there remained no hope or desire to return. (Kadish 233)

But escaping will not solve her problems. Change is inevitable and she realizes she will have to edit her life and priorities. When she leaves the building after a very painful and unjust tenure denial, she sees George waiting for her. So there is a happy ending to her story and she relaxes into her life, thinking “Let me go through life the way we are, after all is said and done, meant to: shocked” (Kadish 325). It is a shocking realization that people in academia, her colleagues, nearly break her wonderful spirit. What saves her ultimately is friends and love. Her happiness is contingent on change, which is not an easy feat; it entails difficult emotions and decisions of letting go. There is nothing banal about her story, even if she chooses personal happiness instead of academe. Yes, Tracy achieves happiness, but the suggestion that one must choose between happiness and success in academia is not the sort of affirmation I sought, an affirmation that academic life will assure my happiness.

The Rosie Project by Graeme Simsion proves that even if one defines oneself mainly in terms of one’s occupation as a science professor, one will not be happy. Humans and emotions are the only keys to happiness. Professor Don Tillman is a geneticist in his prime looking for a wife, but he has a version of Asperger’s that does not lead to second dates. His family ties are strained as well: “My father and I have an effective but not emotional relationship. This is satisfactory to both of us. My mother is very caring but I find her stifling. My brother does not like me . . . I do not see my family very often. My mother calls me on Sundays” (Simsion 207).

He plans to find a wife by using the only methods he is familiar and comfortable with, namely scientific ones: “I may have found a solution to the Wife Problem” (Simsion 1), he says matter-of-factly. He devises a questionnaire and begins dating. But the candidates are never perfect. His days are planned to the minute, his research impeccable, and his life devoid of emotions and surprises. He does not make friends easily and so far it seems he only had four of them: his sister who passed away due to medical incompetence, Daphne, an elderly neighbor he spent time with until she developed Alzheimer’s and had to be placed in a home, and currently Gene and Claudia, Tillman’s ties to the real world. Enter Rosie, a disorganized Ph.D. student in psychology, working as a bartender, who would like to learn who her biological father is. Don becomes passionate about the project and in a series of comic events they collect and test the DNA of forty plus possible candidates who might have impregnated her mother years ago at the graduation party.

It takes longer for Don than it would for most people (including the readers), to realize he loves Rosie. Before he wins the girl (she is in love with him, too, but apprehensive of his emotional shortcomings), he teaches himself the art of bartending and dancing. The blossoming emotions he experiences are a surprise to him and he realizes he will have to make an effort and change his lifestyle in order to accommodate love. He will have to compromise in order to keep academia and Rosie in his life.

Rosie teaches him spontaneity, something he usually sees as a threat to his ordered academe-oriented existence (and perhaps a suspect quality for many in academic life) and especially the field he is steeped in, genetics. The two of them share spontaneous joys such as enjoying a meal on the balcony inconsistent with his scheduled menu, an unplanned trip to a movie theatre, a visit to New York with everything it has to offer. She appreciates his efforts to help identify her father and they find they enjoy each other’s company. He is a nerd but he is also attractive to Rosie, who sees in him a modern version of that old-school ideal man: Atticus Finch from To Kill a Mockingbird.

With the help of his friends and their expertise on relationships, he is able to work things out with Rosie, a work-life balance is won and preserved. The novel is funny and positive, due to Don’s idiosyncratic use of the English language and comic situations arising from his inability to empathize but also due to its happy ending. The Rosie Project suggests that happiness derives from two people making an effort to work, live together, and share responsibilities, rather than from career or setting. The happiness is in them, not outside. The novel made me feel good about life in general and academic life in particular. It corroborated my feeling that happiness is a state of mind, not a state of things. Living consists of being happy and feeling down. Happiness is a thing apart from academia, coming from other sources, human interactions mainly. Academic life can only be an accessory to happiness, not its sole source.

Save Your Own by Elisabeth Brink is one of the most inspiring academic novels I have read so far. It narrates the story of Gillian Cormier-Brandenburg, a graduate student in her fourth year at Harvard Divinity School, also a twenty-five-year-old virgin, and a highly self-reflective individual with numerous insecurities. She is hard at work trying to discover a secular religion which “would render wars, slaughter, and tribal prejudices completely unnecessary. It would save us before we killed each other off” (Brink 6). Even though he has to tell her that her funding has been cut, the Dean is impressed with Gillian’s enthusiasm: “That’s one heck of a leap. But I have to give you credit. In all my years of teaching, you’re the first graduate student I’ve had who thought a dissertation could change the world, much less save it. You’re not afraid of big ideas. I like that in a scholar” (Brink 6). Yes, Gillian is one of those who thinks her work can fix the world’s problems. I, too, had similar moments when I hoped that I could enact change as a scholar.

When her fellowship is revoked, Gillian, a bookish girl with poor social skills, plagued with self-doubt and self-hatred, accepts the challenge of working in a halfway house, supervising and counseling its residents. She finds human interaction anxiety-provoking at first, essential later. She makes friends, possibly for the first time in her life, and falls in love, also a first for her, since it is reciprocated. Many new situations and confrontations at the halfway house make her want to quit, induce narcolepsy, lead her to chant encouraging words and sentences, make her faint, but she brings to the job honesty, hard work, and organizational skills. Of course these are strengths that should also produce success in the academy—though in Gillian’s case they did not. In this house she is mocked but also accepted. The women there have more sympathy and tolerance than she has been used to encounter in the ruthless world outside, especially the Ivy League graduate school. In a moment of honesty shared with a resident of the halfway house, Gillian intimates what it is like to be in graduate school:

I began by describing the horrible boiling cauldron that is Harvard Divinity School. The immense pressure, the cutthroat competition, the rigorous performance standards, the knifelike bias against short ugly people with squeaky voices. I touched upon the poverty, the isolation, the months and years of tedium. (Brink 133)

Once she stops fixating on her graduate career, leaves the ivory tower, and starts interacting with non-academics, Gillian starts having needs other than research and for example paints her room in order to feel better. Her mother asks “Do you really have time for a project like that?” Her father sermonizes “Writing a dissertation requires unwavering focus, Gillian, the handful of graduate students who go on to achieve renown are the ones who can push distractions aside” (Brink 144).

There are very high expectations to be met when studying at Harvard but Gillian realizes it is not an auspicious environment for her individually. Yet it takes courage to leave without feeling that one has failed. Reading this novel and corresponding with its author in one of my bleakest moments while at graduate school, has helped me persevere when, according to logic, I should have quit. Paradoxically, Gillian’s courage to quit strengthened my determination to continue. I am deeply grateful for that experience which could have broken me, but made me instead.

Gillian’s parents, both academics and scientists, are inconsolable when they learn she has gone astray from the academic path. She continues working at the house and possibly making her first independent decision, she cuts the cord, realizing she has her own life to live. Gillian learns to appreciate the company of other people, not necessarily scholars, and begins to enjoy that as opposed to the isolation she suffered so far.

Whenever she stops fixating on herself, and reaches out to others, she feels fine. She reinvents her life according to her own rules, not her parents’ academic expectations anymore. She works full-time at the halfway house, writes a book called The Courage to Change and years later returns to graduate school, in Harvard’s Department of Psychology where she writes a dissertation about personal change. She starts teaching, receives tenure, and establishes Icarus: A Foundation for Interdisciplinary Study in the Humanities which supports “scholars with nontraditional approaches to age-old questions and sometimes publish groundbreaking books that have been turned down by the usual array of presses” (Brink 279). Then she adopts a Chinese girl from an orphanage and raises her the best she can. In the evenings Gillian retires to her pale blue room to “take a few moments, as [she does] every night, to go to [her] window, gaze at the stars, and marvel at the practical causes and mysterious forces that make us who we are” (Brink 281).

Kindness, gratitude, and human interaction form the fundamentals of happiness, according to Elisabeth Brink in this refreshing, optimistic but in no way simplistic, or happy-go-lucky, campus novel. This is by far the most analytical, yet inspirational graduate-student-oriented novel I have ever read. She finds happiness in herself, in her interactions with people, and then resumes her academic career. Her temporary unhappiness teaches me that being dishonest with myself, acting in order to make others happy while being in denial about what makes me happy, is a straight path to burnout and depression. Gillian should have been in Psychology, rather than Divinity, but she needed to learn her lessons. So shortcuts could have gotten her where she needed to be, but her indirect process leads to a more profound happiness.

Conclusion

Why should we read campus novels? Why do I read campus novels? Because some of them elicit harmless laughter, and some inspire change of the unbearable situations one sometimes finds oneself in. Elisabeth Brink’s novel makes one realize that the only way to function successfully in academe is to balance that unhealthy self-fixation we adopt when we isolate ourselves to do research with human interaction. We must interact with others, be they friends and family, students, or colleagues.

Re-orienting oneself towards others is one thing that helps in pursuing happiness. But how to alleviate the work-induced stress and frustration? One lesson a reader can learn from reading academic novels is that our possibilities of happiness depend on balancing the work with life and activities outside of academe. I believe that doing something entirely different, for example biking, can be key to preserving one’s sanity. It is active, rather than passive; physical rather than contemplative; outdoors rather than indoors, and thus a relief from too much life of the mind. Two of the novels I discuss here offer biking as a release. Bikes and motorcycles occur as vehicles which offer a modicum of unrestrained freedom, therefore signaling happiness. When driving fast with Rosie, Prof. Tillman reflects on and marvels at his own sudden and brand-new happiness experienced regardless of academic life:

Hurtling back to town, in a red Porsche driven by a beautiful woman, with the song playing, I had the sense of standing on the brink of another world. I recognized the feeling, which, if anything, became stronger as the rain started falling and the convertible roof malfunctioned so we were unable to raise it. It was the same feeling that I had experienced looking over the city after the Balcony Meal, and again after Rosie had written down her phone number. Another world, another life, proximate but inaccessible. (Simsion 108)

Similarly, Gillian discovers the joys of life previously unavailable to her, for example riding a motorcycle with Janet from the halfway house. The motorbike ride causes ecstasy and is a moment reminiscent of Tillman riding with Rosie:

The wind on my body was an intoxicating mix of soft invigoration – part slap and part caress. I felt wild and little woolly. I had to smile. I couldn’t believe myself. Not three hours ago I had been dressed down by the dean of the Divinity School of Harvard University and had throbbed with self-loathing, believing that my career was over, and now here I was on the back of a speeding motorcycle, my arms stretched out like wings, gulping mouthfuls of wind. Why should I care about deadlines and dissertations? Why should I care about anything when I could feel like this? My smile spread from ear to ear, and I began to laugh. Life is good, I thought, chortling. (Brink 76)

Fast bike and motorcycle rides can trigger highs, even in academics, releasing endorphins seldom associated with reading and research, but no amount of them will help if one succumbs to workaholism. It is not the answer, life is. Neither is lack of change, when the situation proves stifling. These books showed me that academic life can be happy and the other academic novels that I continue to read reinforce the view they provide that it is not if I do not have it in me to be happy. No one and no one thing is responsible for my own happiness. Neither academic life, nor any other professional life for that matter, is an automatic source of incessant satisfaction. The only solution is striking a happy medium, finding the work-life balance, with enough friendships and romance to offer support when life is not what we want it to be. I would recommend these novels to those who think academe spells unhappiness or happiness. It does neither. On that note, I will go and ride my bike now. No more reading tonight.


Works Cited

Brink, Elisabeth. Save Your Own. New York: Houghton Mifflin Company, 2006. Print.
Kadish, Rachel. Tolstoy Lied: A Love Story. 2006. Boston, New York: Houghton Mifflin Company, 2007. Print.
Moseley, Merritt. “Introductory: Definitions and Justifications.” The Academic Novel: New and Classic Essays. Ed. by Merritt Moseley. Chester: Chester Academic Press, 2007. 3-19. Print.
Rossen, Janice. The University in Modern Fiction: When Power is Academic. New York: St. Martin’s Press, 1993. Print.
Simsion, Graeme. The Rosie Project (2013). London: Penguin Books, 2014. Print.


That text was published in: American, British and Canadian Studies, University of Lucian Blaga of Sibiu, Romania, June 2016, Vol. 26. Pp. 109-121.

Z domowego aresztu (8)

Zbigniew Milewicz

20 maja

Dzisiaj mija 139 rocznica urodzin gen. Władysława Sikorskiego, Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych i premiera Rządu RP na Uchodźstwie podczas II wojny światowej, który zginął tragicznie w lipcu 1943 roku na Gibraltarze. W oficjalnej wersji, doszło do katastrofy lotniczej, spowodowanej zablokowaniem sterów maszyny, którą podróżował, inne ekspertyzy mówią o zamachu na życie generała.

Według jednych hipotez za zamachem stali Brytyjczycy, inne wskazują na Rosjan, Niemców, Polaków, a też na ich kolaborację. Dokumenty z informacjami, jak było naprawdę znajdują się w brytyjskich, rządowych archiwach i termin ich ujawnienia jest konsekwentnie przedłużany. Normalnie ważne dokumenty utajniane są na 30 lat; zaraz po śmierci Władysława Sikorskiego nasi sojusznicy wydłużyli ten czas do 50 lat, po czym dodali jeszcze czterdzieści. Jeżeli więc po raz kolejny nie zmienią zdania, to w roku 2033 powinniśmy dowiedzieć się prawdy o śmierci polskiego premiera. Tylko kogo ona wtedy jeszcze zainteresuje… Na starych zdjęciach z pałacu cesarskiego w Liwadii pod Jałtą, Roosvelt, Churchill i Stalin mają syte twarze, Europa została na nowo skrojona, strefy wpływów podzielone, jeżeli ktoś coś na tym dealu stracił, to na pewno nie oni.

Dzisiaj obchodzimy również Międzynarodowy Dzień Płynów do Mycia Naczyń oraz Europejski Dzień Morza, święta skłócone ze sobą, bo zużyte chemikalia dokądś płyną i niszczą przyrodę, ale żyjemy w tak absurdalnych czasach, że już nic nie dziwi. Można tylko powiedzieć starym wrogom, żeby usiedli przy wspólnym stole i spróbowali się jakoś dogadać, albo poczytali sobie angielskie humoreski z Księgi Nonsensu i przestali siebie zbyt poważnie traktować. Dziś Ojciec Wirgiliusz Antoniego Marianowicza, według Lewisa Carolla (a potem jeszcze dwa wierszyki – ot, tak sobie):

PS od Adminki:
Wierzcie mi drodzy Czytelnicy,
naprawdę próbowałam jakoś
wyrównać te zwrotki i linijki.
Ale poległam w boju.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 2

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1986 roku. Wszyscy uczniowie klasy pierwszej o profilu humanistycznym mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak w naszym miasteczku wojewódzkim jest tylko jedno liceum ogólnokształcące, a w nim klasa humanistyczna z rozszerzonym językiem francuskim. Noblesse oblige!

Jak przystało na intelektualną elitę tego miasta – Pani Polonistka nazwała tak uczniów klasy humanistycznej, i to całkiem na serio – młodzież zakłada czasopismo. Żeby tylko jedno! Nie wszyscy są zgodni co do jego profilu, wkrótce więc okaże się, że w trzydziestoczteroosobowej klasie ukazują się już dwa miesięczniki: jeden prowadzą chłopcy (jest ich siedmiu w całej klasie), drugi zaś redaguje kobieca większość.

Obydwa konkurencyjne periodyki mają charakter wybitnie literacki i artystyczny. Redaktorzy publikują w nich nie tylko swoje wiersze i opowiadania, ale także recenzje teatralne czy omówienia różnych dzieł malarskich. Jak przystało na poważne wydawnictwa, pisma te nie unikają jednak aktualiów. Wszak za trzy lata rozpoczną się obrady Okrągłego Stołu, później runie berliński mur. Trzeba się określić… W tym, jak się określić, przychodzi z pomocą samo życie. Ponieważ tata jednej z koleżanek, prowadzących damskie czasopismo, pracuje w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do gazety wydawanej przez dziewczyńską większość szybko przylgnie łatka «komunistycznej» (wdzięczne terminy, takie jak «lewactwo» czy «lewacy», zrobią karierę dopiero dziesiątki lat później).

Tymczasem w redakcji gazetki chłopięcej pracuje aż dwóch ministrantów, zaangażowanych również w działające przy parafii struktury opozycyjne. Aktywność opozycyjna obu chłopców polega na tym, że przed mszą za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca, mają zaszczytne zadanie przypięcia do ołtarza flagi z napisem «Solidarność». Może to jeszcze nie pierwsza linia frontu walki z komuną, ale wystarcza, by prowadzone przez nich pismo klasowe zyskało miano konserwatywnego i opozycyjnego.

Każdy z periodyków ma swoją grupę wiernych czytelników, nie wychodzącą poza ramy klasy. Są to więc czasopisma bardzo elitarne: gazetkę chłopięcą czytają sami jej redaktorzy – w liczbie Siedmiu Wspaniałych; gazetka dziewcząt ma trochę szerszą publikę, boć przecież jest ich w klasie przytłaczająca większość. Ale oczywiście każdy obóz sięga również po czasopismo przeciwnika! Trzeba bowiem mieć adwersarza, z którym można polemizować: każdy artykuł w konkurencyjnym piśmie ma szansę stać się inspiracją do ostrej repliki.

Taki stan rzeczy trwa około dwóch semestrów. Jeden z redaktorów męskiej gazetki, autor niniejszego tekstu – wówczas ministrant i «działacz» opozycji – dzisiaj katolicki ksiądz, dokonuje przedziwnej wolty. Przechodzi do obozu wroga i zaczyna publikować w czasopiśmie dziewcząt! Dlaczego? Może dlatego, że uświadamia sobie, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje? A może zdaje sobie sprawę z faktu, że w obydwu redakcjach są utalentowani ludzie i szkoda, by rozmieniali się na drobne, zamiast połączyć siły? Wszak wśród chłopców jest przyszły znany krytyk teatralny, który wiele lat później szpalty szkolnej amatorskiej gazetki zamieni na profesjonalne łamy krakowskiego Przekroju. Zaś pomiędzy dziewczynami kryje się późniejsza producentka filmowa, laureatka berlińskiego Złotego Niedźwiedzia….

Tego wszystkiego zdrajca jeszcze wtedy, w 1986 roku, nie wie. Ale przeczuwa, że wielu jego kolegów i wiele koleżanek zajdzie kiedyś wysoko.

Bo przecież uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości!

Oczekujący mocnych wrażeń Czytelnik będzie rozczarowany. Zdrada naszego bohatera nie przyniosła mu ostracyzmu w męskim gronie, jego zbrodnia nie została napiętnowana ani przykładnie ukarana. Wkrótce bowiem dojdzie do fuzji obydwu czasopism: jej owoc ląduje na biurku wychowawczyni klasy, zyskując pełną aprobatę. Zaś ministrant, który zdradził męskie czasopismo, zostaje zastępcą redaktora naczelnego nowego periodyku; funkcję Naczelnej obejmuje była szefowa dziewczęcej gazetki. Nie ma zwycięzców ani pokonanych, wszyscy włączają się w nowe dzieło, każdy na miarę swych talentów i możliwości.

Wkrótce rozpoczną się kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Któregoś spośród wielu teatralnych wieczorów autor wraz z Naczelną udadzą się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z aktorami Teatru im. Słowackiego w Krakowie, którzy przyjadą z przedstawieniem Ławeczka Aleksandra Gelmana. Będzie to prawdziwe dziennikarskie zadanie. I to jeszcze z błogosławieństwem dyrekcji szkoły! Kto wie – może ów wywiad stanie się tematem którejś z kolejnych opowieści?

Jakie były dalsze losy periodyku klasy humanistycznej po tym, gdy jego twórcy zdali już maturę? Tego autor nie wie. Jednak kilka lat temu trafił na stronę internetową swojego liceum, na której znalazł pewne informacje. Obecnie wydawana w szkole gazetka nosi tytuł Postscriptum – taki sam, jaki przed ponad trzydziestu laty uczniowie klasy humanistycznej wybrali dla swojego czasopisma….

Czy to tylko przypadek? Chyba nie! Wygląda na to, że następne pokolenia licealistów podjęły się kontynuacji dzieła. Może jakiś uczeń-archeolog wygrzebał na szkolnym strychu pożółkły egzemplarz gazetki sprzed trzech dekad? A może odpowiedź jest bardziej banalna: wszak jedna z redaktorek dawnego pisma pracuje obecnie w liceum jako romanistka. I przez sentyment do czasów młodości, zasugerowała taki tytuł swoim uczniom? Nieważne…

Ważne, że to, co było tak cenne dla uczniów klasy humanistycznej Anno Domini 1986, doczekało się kontynuacji. Piszący te słowa ma nadzieję, że «dzisiejszej młodzieży» nie brakuje pasji czy wyobraźni, a tym bardziej marzeń. Trzeba mieć marzenia, nawet jeśli nie zawsze zostaną w stu procentach zrealizowane. One niosą człowieka przez życie bardzo długo i mogą zaprowadzić daleko.

Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Reblog: Hrabina Mavrodaki

Eat, pray, love? Gdzie tam! Jedz i kłóć się.
Fragment książki od pokoleń czytanej w naszej rodzinie ,
o chłopcu, który ma mniej więcej 10 lat;
książka dzieje się na Korfu, pojawiający się w niej brat Larry
to słynny pisarz Laurence Durrell;
jest nieokreślony rok pomiędzy 1934 a 1939.
Były i są powody, dla których przygotowałam ten wpis,
ale to już każdy czytelnik musi sam odkryć (albo nie).

 

Gerrald (Gerry) Durrell
Moje ptaki, zwierzaki i krewni

Sowy i arystokracja

Na początku zimy otrzymałem list:

W. Pan Gerald Durrell

Drogi Geraldzie,
dowiedziałam się od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Teodora Stephanidesa, że jesteś zapalonym przyrodnikiem i masz wiele oswojonych zwierząt. Chciałabym więc wiedzieć, czy miałbyś ochotę na białą sowę, którą robotnicy znaleźli u mnie przy rozbieraniu starej stodoły. Niestety, sowa złamała skrzydło, ale poza tym cieszy się dobrym zdrowiem i doskonałym apetytem.
Jeśli chcesz mieć tę sowę, to proponuję, żebyś przyszedł do mnie na lunch w piątek i zabrał ją wracając do domu. Proszę o łaskawą odpowiedź. Najwygodniejsza dla mnie byłaby pora między za piętnaście pierwsza a pierwszą.
Z poważaniem hrabina Mavrodaki

Ogromnie mnie ucieszył ten list, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, zawsze marzyłem o płomykówce, bo o takim ptaku zapewne była mowa, a po drugie, tutejsze towarzystwo od lat próbowało bezskutecznie nawiązać stosunki towarzyskie z hrabiną. Była odludkiem w całym tego słowa znaczeniu. Nieopisanie bogata, mieszkała w olbrzymiej, bezplanowo zbudowanej willi weneckiej na szczerej wsi i nie przyjmowała ani nie widywała nikogo z wyjątkiem ludzi pracujących w jej wielkim majątku. Znajomość z Teodorem wynikała z faktu, że był jej lekarzem domowym. Fama głosiła, że hrabina miała ogromną i cenną bibliotekę i z tego powodu Larry gorąco pragnął otrzymać zaproszenie do willi, ale daremnie.
– Wielki Boże – powiedział gorzko, kiedy mu pokazałem zaproszenie. – To ja od miesięcy staram się nakłonić tę starą jędzę, żeby mi pozwoliła obejrzeć swoje zbiory biblioteczne, a ona ciebie zaprasza na lunch. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Powiedziałem, że może mógłbym poprosić po tym lunchu, żeby hrabina pokazała mu swoje książki.
– Nie przypuszczam, żeby po lunchu z tobą miała ochotę pokazać mi choćby starą gazetę, nie mówiąc już o bibliotece – uciął Larry.
Pomimo niepochlebnej opinii Larry’ego o moich talentach towarzyskich, postanowiłem jednak powiedzieć za nim słowo, jeśli się nadarzy odpowiednia sposobność. Była to, w moim przekonaniu, ważna, a nawet uroczysta okazja, ubrałem się więc starannie. Koszulę i krótkie spodnie miałem świeżo uprane, namówiłem też matkę, żeby mi kupiła nowe sandały i słomkowy kapelusz. Jechałem na Sally, która miała na grzbiecie nową derkę sprawioną na cześć hrabiny – ponieważ willa leżała dość daleko od nas.
Dzień był ponury, a ziemia pod nogami rozmiękła. Zanosiło się na burzę, miałem jednak nadzieję, że nie zacznie padać, nim dojadę do willi, deszcz bowiem położyłby kres śnieżnej sztywności mojej koszuli. Kiedy wolnym truchtem posuwaliśmy się pośród oliwek dostrzegając od czasu do czasu szybującą wśród mirtów słonkę, zaczęło mnie ogarniać zdenerwowanie.
Stwierdziłem, że nie jestem odpowiednio przygotowany na tę uroczystość. Przede wszystkim zapomniałem zabrać ze sobą mojego czworonożnego kurczęcia w spirytusie. Przekonany byłem, że hrabina z przyjemnością by je obejrzała, a zresztą, tak czy inaczej, miałbym przynajmniej na początek jakiś temat do rozmowy, jakieś wsparcie w niezręcznych pierwszych chwilach spotkania. Po wtóre, zapomniałem się kogoś poradzić, jak należy się zwracać do hrabiny. „Wasza wysokość” to z pewnością zbyt oficjalne, zwłaszcza że ona przecież daje mi w prezencie sowę. Może „pani hrabino” byłoby lepiej, a może po prostu „proszę pani”. Łamałem sobie głowę nad zawiłościami protokołu, pozwalając Sally samej wybierać drogę, a ona natychmiast zapadła w oślą drzemkę. Ze wszystkich zwierząt pociągowych jedynie osły potrafią poruszać się śpiąc. Skutek był taki, że idąc tuż przy rowie na poboczu drogi potknęła się nagle i zakołysała, a ja, pogrążony w zamyśleniu, zleciałem z jej grzbietu prosto w głębokie błoto i wodę. Sally wpatrywała się we mnie z wyrazem oskarżycielskiego zdumienia, który przybierała zawsze, kiedy zdawała sobie sprawę, że coś zbroiła. Byłem taki wściekły, że mógłbym ją udusić. Moje nowe sandały ociekały szlamem, a koszula – taka przed chwilą sztywna, czyściutka, prawdziwa koszula dobrze wychowanego chłopca – teraz upaprana była błotem i szczątkami zgniłych wodorostów. Byłem bliski łez z wściekłości i rozpaczy, przemoczony i nieszczęśliwy. Za daleko odjechaliśmy od domu, by wracać i zmieniać ubranie, nie pozostawało nic innego, jak jechać dalej. Teraz już wszystko jedno, jak będę się zwracał do hrabiny. Na pewno rzuci tylko na mnie okiem, zobaczy, że jestem brudny jak Cygan i każe mi wracać do domu. Nie dość, że stracę wspaniałego ptaka, ale i szansę wprowadzenia do jej domu Larry’ego, żeby obejrzał bibliotekę. Idiota jestem, powtarzałem sobie z goryczą. Trzeba było iść piechotą, a nie zawierzać temu głupiemu stworzeniu, które teraz kłusowało rączo, nastawiwszy uszy jak dwie kudłate kalie.
Wreszcie dotarliśmy do willi, leżącej głęboko w gaju oliwnym. Dojeżdżało się do niej aleją wysadzaną wysokimi eukaliptusami o zielonoróżowych pniach. Wjazdu do alei strzegły stojące na dwóch kolumnach białoskrzydłe lwy, które patrzały z pogardą na Sally i na mnie. Dom był ogromny, zbudowany w czworobok. Musiał mieć kiedyś barwę pięknej głębokiej weneckiej czerwieni, która teraz spłowiała niemal do różowości, a tynk w licznych miejscach odpryskiwał i pękał, zauważyłem też, że w dachu brak wielu brązowych dachówek. Pod okapem wisiała masa jaskółczych gniazd – pustych teraz niby małe, zapomniane, brązowe piece – nigdy ich tylu razem nie widziałem.
Przywiązałem Sally do drzewa i ruszyłem do sklepionej bramy. Przy bramie wisiał zardzewiały łańcuch, a kiedy go pociągnąłem, doleciał mnie z głębi domu słaby odgłos dzwonka. Czekałem jakiś czas cierpliwie i już miałem ponownie pociągnąć za łańcuch, kiedy otworzyły się masywne drewniane drzwi. W progu stał mężczyzna, który odpowiadał dokładnie mojemu wyobrażeniu bandyty. Był wielki i potężny, z ogromnym orlim nosem, gęstymi, sumiastymi siwymi wąsiskami i grzywą wijących się siwych włosów. Ubrany był w szkarłatny tarbusz, luźną koszulę cudownie haftowaną szkarłatną i złotą nicią, luźne, bufiaste, plisowane pantalony, a na stopach miał charukias z zadartymi nosami, zdobne w ogromne czerwono-białe pompony. Szeroka gęba rozdziawiła się w uśmiechu i zobaczyłem, że wszystkie zęby ma złote. Zupełnie jakby człowiek zaglądał do mennicy.
– Kyrie Durrell? – zapytał. – Witamy.
Szedłem za nim do domu przez patio porośnięte drzewami magnolii, pełne zapuszczonych zimowych rabat kwiatowych. Prowadził mnie długim korytarzem wykładanym niebieską i szkarłatną terakotą, otworzył szeroko drzwi i weszliśmy do wielkiego, ponurego pokoju o ścianach od podłogi do sufitu zasłoniętych półkami pełnymi książek. W głębi znajdował się wielki kominek, na którym skakały, syczały i trzaskały płomienie. Nad kominkiem wisiało przeogromne lustro w złotej ramie, poczerniałe ze starości. Przy ogniu, zakutana w kolorowe szale, niemal niewidoczna wśród poduszek, siedziała na długiej kanapce hrabina.
Była zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem. Myślałem, że będzie wysoka, chuda i raczej odpychająca, ale kiedy wstała i zaczęła płynąć ku mnie przez pokój, zobaczyłem, że jest malutka, bardzo tłusta, różowa jak pączek róży i ma pełno dołeczków na policzkach. Włosy barwy miodu upinała wysoko na głowie w stylu pompadour, a oczy pod ustawicznie podniesionymi zdumionymi brwiami miała zielone i błyszczące jak niedojrzałe oliwki. Chwyciła moją dłoń w obie ciepłe pulchne rączki i przycisnęła do obfitej piersi.
– Jak to miło, jak to miło z twojej strony, że przyszedłeś! – pokrzykiwała melodyjnym głosem małej dziewczynki, rozsiewając wokół oszałamiający zapach fiołków parmeńskich i brandy w równych proporcjach. – Strasznie, strasznie miło. Czy mogę mówić do ciebie Gerry? Oczywiście, że mogę. Przyjaciele nazywają mnie Matylda… to nie jest moje prawdziwe imię, rzecz jasna. Naprawdę mam na imię Stefania Cynia… ale to takie prostackie… przypomina nazwę jakiegoś specyfiku lekarskiego. O wiele bardziej podoba mi się Matylda, a tobie?
Powiedziałem ostrożnie, że Matylda to bardzo ładne imię.
– Tak, takie godne, staroświeckie imię. Imiona są bardzo ważne, nie sądzisz? Na przykład ten tutaj – tu wskazała człowieka, który mnie wprowadził – on mówi o sobie Demetrios. Ja go nazywam Mustafa.
Obrzuciła mężczyznę krótkim, pełnym złośliwości spojrzeniem, potem nachyliła się niemal dusząc mnie zapachem brandy i fiołków parmeńskich i syknęła znienacka po grecku:
– To Turek z nieprawego łoża.
Twarz jegomościa poczerwieniała, a wąsy się zjeżyły nadając mu jeszcze bardziej bandycki wygląd.
– Nie jestem Turkiem – warknął. – Pani kłamie!
– Nie kłamię.
– Kłamie pani!
– Nie kłamię!
– Owszem, kłamie pani.
– Nie kłamię.
– Pani jest stara, wstrętna kłamczucha.
– Stara! – pisnęła zaczerwieniona. – Ośmielasz się nazywać mnie starą?… Ty… ty, Turku… ty…
– Pani jest stara i tłusta – oznajmił zimno Demetrios-Mustafa.
– Tego już za wiele – wrzasnęła. – Stara… tłusta… tego za wiele! Jesteś zwolniony! Otrzymujesz miesięczne wymówienie. Nie! Wynoś się natychmiast! Ty synu nieprawego Turka!
Demetrios-Mustafa wypiął godnie pierś.
– Doskonale – oświadczył. – Czy życzy sobie pani, żebym podał drinki i lunch przed odejściem?
– Oczywiście.
Przeszedł w milczeniu przez pokój i wyjął butelkę szampana z wiaderka z lodem, stojącego za kanapką. Otworzył ją, po czym nalał trzy wielkie kieliszki szampana pół na pół z brandy. Wręczył nam po kieliszku, a trzeci wzniósł sam.
– Wznoszę toast – oznajmił uroczyście. – Wypijemy zdrowie starej, tłustej pani.
Znalazłem się w poważnym kłopocie. Jeśli wypiję, to tak, jakbym podzielał jego zdanie o hrabinie, co nie byłoby bardzo grzeczne, z drugiej zaś strony, jeśli nie wypiję, to ten człowiek może mi zrobić coś złego, wydawał się do tego zdolny. Kiedy tak się wahałem, hrabina, ku mojemu zdumieniu, wybuchnęła zadowolonym chichotem. Jej gładkie policzki pokryły się mnóstwem dołeczków.
– Nie dokuczaj naszemu gościowi, Mustafa. Ale przyznaję, że pomysł z toastem był dobry – tu pociągnęła z kieliszka.
Demetrios-Mustafa wyszczerzył ku mnie zęby, które lśniły i migotały w świetle ognia.
– Pij, kyrie – powiedział.– Nie zwracaj na nas uwagi. Ona żyje po to, by jeść, pić i kłócić się, a moim zadaniem jest umożliwiać jej to wszystko.
– To bzdura – hrabina ujęła mnie za rękę i poprowadziła na kanapkę, a ja czułem się tak, jakbym był przywiązany do różowej pulchnej chmurki. – Bzdura. Żyję po to, żeby robić wiele innych rzeczy. Nie stój tutaj, ty pijanico, i zostaw w spokoju moje alkohole. Idź i dopilnuj jedzenia.
Demetrios-Mustafa dopił drinka i wyszedł z pokoju, hrabina zaś rozsiadła się na kanapce, wciąż ściskając moją dłoń i uśmiechając się do mnie promiennie.
– Jak miło – szczebiotała. – Tylko ty i ja. Powiedz, czy zawsze nosisz zabłocone ubrania?
Opowiedziałem jej spiesznie, bardzo zakłopotany, o przygodzie z Sally.
– Ach, więc przyjechałeś na ośle? – z jej tonu można by sądzić, że to najbardziej egzotyczny sposób podróżowania. – Jak rozsądnie! Ja osobiście nie ufam samochodom, są takie hałaśliwe i nigdy nie wiadomo, co zrobią. Nie można na nich polegać.
Pamiętam, mieliśmy samochód za życia mego męża. Żółty, wielki. Ale, mój drogi, cóż to był za potwór! Robił wszystko, co mu kazał mój mąż, a mnie w ogóle nie słuchał. Pewnego dnia rozmyślnie wjechał tyłem w wielki stragan z owocami i jarzynami, mimo wszystkich moich wysiłków, by go zatrzymać, a potem zjechał ze skraju molo i wpadł do morza. Kiedy wyszłam ze szpitala, powiedziałam do męża: „Henri” – powiedziałam, bo tak miał na imię, miłe, mieszczańskie imię, nie uważasz? O czym to ja? Aha. No więc: „Henri – powiadam – ten samochód jest złośliwy. Chyba go zły duch opętał. Musisz go sprzedać”. I sprzedał.
Brandy z szampanem na pusty żołądek zjednoczyły się z ogniem na kominku, by mi rozkosznie zakręcić w głowie. Potakiwałem, uśmiechałem się, a hrabina szczebiotała dalej.
– Mój mąż był bardzo kulturalnym człowiekiem, bardzo kulturalnym człowiekiem, naprawdę. Kolekcjonował książki, rozumiesz. Książki, obrazy, znaczki, kapsle od piwa, ciekawiło go wszystko, co kulturalne. Demetrios-Mustafa wszedł do pokoju, napełnił nam znowu kieliszki i oznajmił:
– Lunch podany – oznajmił.
Hrabina, wciąż szczebiocząc, wyprowadziła mnie za rękę z pokoju. Poszliśmy wykładanym terakotą korytarzem, po skrzypiących drewnianych schodach do olbrzymiej kuchni w piwnicy. Kuchnia w naszej willi była ogromna, ale przy tej wydawała się lilipucia. Tu podłoga pokryta była kamiennymi płytami, a w przeciwległym końcu żarzyła się i migotała cała bateria palenisk na węgiel drzewny, na których stały bulgocące garnki. Na ścianach wisiały przeróżnego rodzaju miedziane rondle, kociołki, tace, dzbanki do kawy, ogromne półmiski i wazy do zup. W blasku rzucanym przez ogień wszystkie lśniły czerwonozłoto, migocząc i łyskając niby skrzydła chrząszcza. Pośrodku podłogi stał długi na dwanaście stóp stół z cudownego politurowanego orzecha. Był starannie nakryty na dwie osoby, ze śnieżnobiałymi serwetkami i lśniącym srebrem stołowym. Pośrodku stołu stały dwa olbrzymie srebrne świeczniki, a w każdym z nich las płonących świeczek. Dziwne było to połączenie kuchni i wytwornej jadalni. Panowało tu gorąco i rozchodziły się zapachy tak rozkoszne, że niemal tłumiły zapachy hrabiny.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko jedzeniu w kuchni? – zapytała hrabina takim tonem, jakby jedzenie w podobnie skromnych warunkach było czymś upokarzającym.
Odpowiedziałem, że uważam jedzenie w kuchni za pomysł niezwykle rozsądny, zwłaszcza w zimie, kiedy w kuchni jest cieplej.
– Bardzo słusznie – zgodziła się hrabina sadowiąc się w krześle, które przysunął jej Demetrios-Mustafa. – I, widzisz, jak jemy na górze, to ten stary Turek skarży się, że musi daleko chodzić.
– Nie skarżę się na odległość, tylko na ciężar półmisków – stwierdził Demetrios-Mustafa nalewając nam do kieliszków blade, zielonozłote wino. – Gdyby pani jadała trochę mniej, to nie byłoby tak ciężko.
– Och, przestań narzekać i zaczynaj podawać – powiedziała płaczliwie hrabina zatykając starannie serwetkę pod zdobnym w dołeczek podbródkiem.
Po ogromnych ilościach szampana z brandy byłem teraz całkiem pijany i nieludzko głodny.
Z pewnym przerażeniem patrzyłem na sztućce obrzeżające mój talerz, bo nie miałem pojęcia, w jakiej je brać kolejności. Przypomniałem sobie pouczenia matki, która mówiła, że zaczyna się od tych zewnętrznych i posuwa ku środkowi, ale wciąż miałem wątpliwości. Postanowiłem zaczekać, zobaczyć, od czego zacznie hrabina, i robić to, co ona. Nie była to rozsądna decyzja, szybko bowiem stwierdziłem, że brała każdy nóż, łyżkę czy widelec, jaki jej się nawinął pod rękę, bez najmniejszych skłonności do dyskryminacji, toteż po pewnym czasie tak się we wszystkim zaplątałem, że zacząłem robić to samo.
Pierwszym daniem, jakie nam podał Demetrios-Mustafa, był cudowny rosół usiany cekinami malutkich złotych banieczek tłuszczu i grzankami wielkości paznokcia pływającymi niby chrupkie malutkie tratwy na bursztynowym oceanie. Smakował naprawdę znakomicie i hrabina dolewała sobie dwa razy i chrupała grzanki, z chrzęstem, jakby ktoś chodził po uschniętych liściach. Demetrios-Mustafa napełnił nam ponownie kieliszki bladym winem o zapachu piżma i postawił przed nami półmisek malutkich młodych rybek, smażonych na złotobrązowy kolor. Towarzyszyły temu ćwiartki zielonożółtych cytryn w wielkiej salaterce i pełna sosjerka jakiegoś nieznanego mi, egzotycznego sosu. Hrabina nałożyła sobie kopiasty talerz rybek, oblała potokami sosu, a potem skropiła szczodrze cytryną rybki, stół i siebie. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, twarz miała teraz jasnoróżową, a na czole drobne kropelki potu. Fantastyczny apetyt jakoś nie umniejszał jej talentów konwersacyjnych, mówiła bowiem bez przerwy.
– Lubisz takie małe rybki? Boskie! Szkoda, że musiały tak młodo umierać, ale tak już jest na świecie. Jak to przyjemnie, że można je w całości zjadać i nie przejmować się ośćmi. Co za ulga!
Henri, wiesz, mój mąż zaczął kiedyś kolekcjonować szkielety. Boże wielki, dom wyglądał i pachniał jak kostnica. „Henri – powiedziałam. – Henri, to się musi skończyć. Nabrałeś jakichś niezdrowych, chorobliwych upodobań. Musisz iść i poradzić się psychiatry”.
Demetrios-Mustafa usunął puste talerze, nalał nam czerwone wino, ciemne jak serce smoka, a potem ustawił przed nami kolejny półmisek, na którym leżały bekasy o tak wykręconych łebkach, że mogły się same nadziać na swe długie dzioby. Puste oczodoły spoglądały na nas oskarżycielsko. Ptaki były pulchne i brązowe po upieczeniu, a każdy leżał na swojej własnej kwadratowej grzance. Otaczały je cieniutkie płatki smażonych kartofli niby spędzone tu wiatrem jesienne liście, jasne, zielonobiałe świece szparagów i zielony groszek.
– Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy są wegetarianami – oznajmiła hrabina waląc zamaszyście widelcem w czaszkę bekasa, by się dobrać do mózgu. – Henri próbował kiedyś być wegetarianinem. Uwierzyłbyś? Ale nie mogłam tego wytrzymać. „Henri – powiedziałam – to się musi skończyć. Mamy w spiżarni tyle jedzenia, że moglibyśmy wykarmić armię, a ja nie umiem jeść w pojedynkę. – Wyobraź sobie, mój drogi, akurat zamówi łam dwa tuziny zajęcy. – Henri – powiedziałam – musisz dać spokój temu idiotycznemu kaprysowi”.
Pomyślałem sobie, że Henri, choć niewątpliwie dosyć kłopotliwy jako mąż, musiał jednak doświadczyć w życiu wielu rozczarowań.
– Demetrios-Mustafa usunął szczątki bekasów i dolał wina. Zaczynałem już odczuwać wzdęcie i miałem nadzieję, że niewiele mnie jeszcze czeka. Przy talerzu jednak pozostała mi cała armia nie używanych sztućców, toteż z przerażeniem spoglądałem na Demetriosa-Mustafę zbliżającego się ku nam przez ciemnawą kuchnię z ogromnym półmiskiem, Ach! – zawołała zachwycona hrabina unosząc w podnieceniu do góry pulchne rączki. – Główne danie. Co to będzie, Mustafa, co to będzie?
– Dzik, którego nam przysłał Maroyannis – odparł Demetrios-Mustafa.
– Och, dzik, dzik! – piszczała hrabina obejmując dłońmi tłuste policzki. – Och, cudownie! Zupełnie o nim zapomniałam! Mam nadzieję, że lubisz mięso dzika?
Odparłem, zgodnie z prawdą, że to jedna z moich najulubieńszych potraw, ale czy mógłbym prosić tylko o mały kawałeczek?
– Oczywiście – odparła pochylając się nad ogromną, brązową, lśniącą od tłuszczu szynką i zaczęła kroić grube różowe płaty. Ułożyła mi trzy na talerzu, sądząc najwyraźniej według swoich standardów, że jest to bardzo skromna porcyjka, a potem zaczęła garnirować mięso dodatkami. A więc stosy drobnych ślicznych złotych grzybków chanlerelles o delikatnym, niemal winnym smaku, malutkie dynie nadziewane śmietaną z kaparami, kartofle pieczone w skórkach, zręcznie rozszczepione i nasycone masłem, marchewki czerwone jak mroźne słońce zimowe i wielkie drzewiaste pnie białych porów duszonych w śmietanie. Przyjrzałem się temu talerzowi jedzenia i ukradkiem odpiąłem trzy górne guziki w spodenkach.
– Tak często jadaliśmy dziczyznę za życia mojego Henriego. On jeździł do Albanii na polowania, rozumiesz. Ale teraz rzadko jadamy mięso dzika. Cóż za uczta! Może jeszcze troszkę grzybków? Nie? Takie apetyczne. Po tym daniu zrobimy, myślę, przerwę? – Przerwa jest bardzo istotna, moim zdaniem, dla dobrego trawienia – a potem dodała naiwnie – i pozwala człowiekowi jeszcze tyle zjeść!
Pieczeń z dzika była wonna i soczysta, jako że zamarynowano ją uprzednio w winie i ziołach i naszpikowano ząbkami czosnku, ale mimo to ledwo jej podołałem. Hrabina wzięła sobie dwie dokładki, za każdym razem równie obfite, po czym odchyliła się w krześle z twarzą ściemniałą, niemal przechodzącą w fiolet, i otarła zroszone potem czoło malutką koronkową chusteczką.
– Teraz przerwa, co? – zagadnęła ochryple, lecz z uśmiechem. – Przerwa, by obliczyć nasze możliwości.
Czułem, że nie mam już żadnych możliwości do obliczania, ale nie chciałem się do tego przyznać. Kiwałem głową, uśmiechałem się i rozpiąłem pozostałe guziki.
Podczas owej przerwy hrabina paliła długie cienkie cygaro i pogryzała solone orzeszki, rozprawiając bezustannie o swoim mężu. Przerwa dobrze mi zrobiła. Poczułem się nieco mniej sztywny i ociężały. Kiedy hrabina doszła do wniosku, że daliśmy już dostateczny wypoczynek naszym organom wewnętrznym, kazała podać następne danie. Demetrios-Mustafa wniósł dwa, szczęściem małe, omlety, chrupkie i brązowe na zewnątrz, a płynne i soczyste wewnątrz, nadziane malutkimi różowymi krewetkami.
– Co nam dasz na deser? – zapytała hrabina z ustami pełny mi omletu.
– Nie przygotowałem deseru – oznajmił Demetrios-Mustafa.
Oczy hrabiny zrobiły się okrągłe i nieruchome.
– Nie zrobiłeś deseru? – zapytała tonem takiego przerażenia, jakby jej się zwierzył z jakiejś ohydnej zbrodni.
– Nie miałem czasu – oświadczył Demetrios-Mustafa. – Nie może się pani spodziewać, że będę tyle gotował i jeszcze miał całe sprzątanie na głowie.
– Ale bez deseru? – mówiła z rozpaczą hrabina. – Przecież lunch nie może być bez deseru.
– Kupiłem bezy – powiedział Mustafa. – Muszą pani wystarczyć.
– Och, świetnie – hrabina rozpromieniła się natychmiast i pojaśniała. – Tego nam właśnie było trzeba!
Tego mi właśnie na pewno nie było trzeba. Bezy były wielkie, białe, kruche jak koral i obficie wypełnione kremem. Trzeba mi było, myślałem, zabrać Rogera, mógłby siedzieć pod stołem i zjeść połowę tego co ja, hrabina bowiem była zbyt pochłonięta swym talerzem i wspomnieniami, by skupić na mnie uwagę.
– No – powiedziała połykając ostatnie kawałki bezy i ocierając z podbródka białe okruchy. – Czy jesteś syty? Czy może miałbyś ochotę na coś jeszcze? Może jakieś owoce? Niestety, nie ma ich wiele o tej porze roku.
Odpowiedziałem, że nie, dziękuję bardzo, jestem bardzo najedzony.
Hrabina westchnęła i spojrzała na mnie serdecznie. Sądzę, że nic nie sprawiłoby jej większej przyjemności niż wepchnąć we mnie jeszcze kilka dań.
– Za mało jesz – oświadczyła. – Taki dorastający chłopiec po winien więcej jadać. Jesteś za chudy na swój wiek. Czy matka karmi cię jak należy?
Wyobraziłem sobie oburzenie matki, gdyby usłyszała tę insynuację. Powiedziałem, że moja matka jest znakomitą kucharką i że jadamy po królewsku.
– Cieszę się – powiedziała hrabina. – Ale mimo to wyglądasz mi trochę mizernie.
Nie mogłem się do tego przyznać, ale rzeczywiście pobladłem, ponieważ napór jedzenia na mój żołądek zaczynał już być wyczuwalny. Powiedziałem najuprzejmiej, jak potrafiłem, że chyba powinienem już wracać do domu.
– Ależ oczywista, kochanie – przyznała hrabina. – Boże wielki, już kwadrans po czwartej. Jak ten czas szybko leci!
Westchnęła na tę myśl, potem wyraźnie poweselała.
– Wiesz, prawie już pora na herbatę. Czy na pewno nie miał byś ochoty zostać i coś przekąsić?
Powiedziałem, że nie mogę, bo mama zacznie się niepokoić.
– A teraz pomyślmy – zastanowiła się hrabina. – Po co tu przyjechałeś? Ach, po sowę. Mustafa, przynieś sowę chłopcu, a mnie kawę i trochę tego cudownego rachatłukum, jest na górze na kanapce.
Mustafa przyniósł zawiązane sznurkiem kartonowe pudło i wręczył mi mówiąc: – Nie radzę otwierać przed powrotem do domu. To dzikie stworzenie.
Świdrowała mi w głowie straszliwa myśl, że jeśli nie przyśpieszę odejścia, to hrabina zaprosi mnie jeszcze na rachatłukum. Podziękowałem więc obydwojgu serdecznie za sowę i ruszyłem do wyjścia.
– Strasznie było miło cię poznać – mówiła hrabina. – Okropnie miło. Musisz jeszcze kiedyś przyjść. Musisz przyjść wiosną albo latem, kiedy jest większy wybór owoców i jarzyn. Mustafa umie tak przyrządzić ośmiornicę, że się rozpływa w ustach.
Powiedziałem, że bardzo chętnie przyjdę jeszcze raz, a w duszy przysiągłem sobie, że jeśli przyjdę, to będę uprzednio pościł przez trzy dni.
– Masz – powiedziała hrabina wciskając mi pomarańczę do kieszeni. – Możesz poczuć głód w drodze do domu.
Wsiadłem na Sally i ruszyłem, a hrabina wołała za nami:
– Jedź ostrożnie!
Siedziałem z ponurą twarzą przyciskając sowę do piersi, dopóki nie znaleźliśmy się za bramą posiadłości hrabiny. Tam okazało się, że trucht oślicy jest ostatnią kroplą dopełniającą miary. Zsiadłem, poszedłem za drzewo oliwki i zwymiotowałem rozkosznie i bez ograniczeń.

Po przyjeździe do domu zaniosłem sowę do mojego pokoju, rozwiązałem sznurek i wyjąłem szamoczącego się, wojowniczego ptaka na podłogę. Psy, które otoczyły nas kołem, by obejrzeć nowy nabytek, cofnęły się spiesznie. Wiedziały, do czego jest zdolny mój puszczyk Ulisses, kiedy wpadnie w zły humor, a ta płomykówka trzykrotnie go przerastała. W moim przekonaniu była jednym z najpiękniejszych ptaków, jakie widziałem w życiu. Pióra na skrzydłach i grzbiecie miały barwę złotego plastra miodu z jasnopopielatymi plamami, pierś kremowobiałą, a wokół ciemnych, dziwnie orientalnych oczu nosiła okrągłą maseczkę z białych piór, która sprawiała wrażenie tak sztywnej i wykrochmalonej jak elżbietańska kreza.
Ze skrzydłem nie było tak źle, jak się obawiałem. Złamanie było proste i po półgodzinnej szarpaninie, podczas której ptak kilkakrotnie utoczył ze mnie krwi, udało mi się złożyć kość przyzwoicie. Sowa, którą postanowiłem nazwać Lampedusą, po prostu dlatego, że mi się to imię spodobało, okazywała wojowniczy strach wobec psów i nie miała najmniejszej ochoty na przyjaźń z Ulissesem. Doszedłem do wniosku, że będzie jej lepiej w jakimś ciemnym, odludnym miejscu, dopóki się nie przyzwyczai, wobec tego zaniosłem ją na strych. Jeden z pokoików na poddaszu był bardzo malutki, oświetlony tylko przez małe okienko, tak zasnute kurzem i pajęczynami, że niewiele światła przenikało do wnętrza. Było tu spokojnie i mroczno jak w jaskini, sądziłem więc, że tu Lampedusa będzie się czuła najlepiej w okresie rekonwalescencji. Postawiłem ją na podłodze, przy niej wielki spodek pełen siekanego mięsa i dobrze zamknąłem drzwi, żeby jej nikt nie przeszkadzał. Poszedłem do niej wieczorem i przyniosłem w prezencie zdechłą mysz. Wyglądała o wiele lepiej. Zjadła prawie całe mięso, a teraz syczała na mnie, kłapała dziobem i z rozłożonymi skrzydłami i płonącym wzrokiem sunęła po podłodze. Zadowolony z widocznej poprawy zdrowia sowy zostawiłem jej mysz i poszedłem spać.
W kilka godzin później obudziły mnie jakieś głosy w pokoju matki. Wylazłem z łóżka zastanawiając się sennie, co też moja rodzina może robić o tej porze, i wystawiwszy głowę za próg nasłuchiwałem.
– Powiadam ci – mówił Larry – że to jakiś piekielny ogromny Poltergeist.
– To nie może być poltergeist – tłumaczyła matka. – One rzucają przedmiotami.
– Wszystko jedno, co to jest, w każdym razie jest i dzwoni łańcuchami – mówił Larry. –
Więc trzeba odprawić egzorcyzmy. Podobno ty i Margo jesteście specjalistkami w sprawach przyszłego życia, więc idźcie i zróbcie, co trzeba.
– Ja nie pójdę na górę – odparła drżącym głosem Margo. – To może być nie wiadomo co. Może jakiś złośliwy duch.
– Pewno, że cholernie złośliwy – mówił Larry. – Od godziny nie daje mi spać.
– A jesteś pewny, że to nie wiatr ani nic takiego? – pytała matka.
– Wiem, jaka jest różnica między wiatrem i jakimś cholernym duchem, który dzwoni łańcuchami – upierał się Larry.
– A może to włamywacze – podsunęła Margo chcąc zapewne dodać sobie odwagi. – Może to włamywacze i należałoby zbudzić Lesliego.
Byłem straszliwie zaspany i wciąż jeszcze odurzony wypitym tego dnia alkoholem, toteż w żaden sposób nie mogłem pojąć, o czym mówi moja rodzina. Wyglądało to równie interesująco jak wszystkie inne hece w naszym domu, które zdarzały się o najbardziej niespodziewanych porach dnia i nocy, poszedłem więc do pokoju matki i zajrzałem przez drzwi. Larry chodził tam i z powrotem, zamiatając w rozmachu szlafrokiem.
– Trzeba coś zrobić – oświadczył. – Nie mogę spać, kiedy mi nad głową dzwonią łańcuchy, a jak jestem niewyspany, to nie mogę pisać.
– Nie bardzo wiem, czego po nas oczekujesz, kochanie – perswadowała mu matka. – Jestem pewna, że to wiatr.
– Tak, nie możesz przecież żądać, żebyśmy poszły na górę – przytaknęła Margo. – Ty jesteś mężczyzną. Ty idź.
Słuchaj – warczał Larry. – To ty wróciłaś z Londynu gadając bez ustanku o duchach i nieskończoności. Pewnie jakiś diabelski stwór zaklinany przez ciebie na tych twoich seansach przyleciał tutaj za tobą. Ty go oswoiłaś, więc jazda zaraz na górę i zrób coś z nim!
Słowo „oswoiłaś” jakoś do mnie dotarło, mimo otępienia. To chyba nie może być Lampedusa? Jak wszystkie sowy, płomykówka ma skrzydła miękkie i ciche niby puch mlecza. Przecież nie może robić hałasów, które przypominają szczękanie łańcuchami.
Wszedłem do pokoju i zapytałem, o co chodzi.
– To tylko duch – uspokajała mnie matka. – Larry znalazł ducha.
– Jest na strychu – tłumaczyła Margo z podnieceniem. – Larry przypuszcza, że przyleciał za mną z Anglii.
– Wszystko mi jedno, kto to taki – wściekał się Larry. – Chcę tylko, żeby go stąd usunięto.
Powiedziałem, że istnieje pewna minimalna możliwość, że to się okaże Lampedusa.
– A cóż to takiego? – spytała matka.
Wyjaśniłem, że jest to sowa, którą otrzymałem od hrabiny.
– Powinienem był wiedzieć! – krzyknął Larry. – Powinienem był od razu wiedzieć! Nie mam pojęcia, czemu mi to natychmiast nie przyszło do głowy?
– Uspokój się, kochanie, uspokój – łagodziła matka. – To tylko sowa.
– Tylko sowa. Wydaje takie odgłosy jak batalion jadących czołgów. Każ mu ją zabrać ze strychu!
Powiedziałem, że nie mogę pojąć, jak Lampedusa może hałasować, gdyż sowy to najcichsze stworzenia… Powiedziałem, że szybują nocą na skrzydłach bezgłośnych jak puch mlecza…
– Ta nie ma bezgłośnych skrzydeł – wrzasnął Larry. – Wydaje odgłosy jak jedna wielka sowia orkiestra jazzowa! Zabieraj ją stamtąd!
Wziąłem lampę i spiesznie ruszyłem na górę. Otworzywszy drzwi zorientowałem się od razu w czym rzecz. Lampedusa pożarła mysz, a potem stwierdziła, że na talerzyku ma jeszcze spory strzęp mięsa. Niestety, mięso zaschło i przykleiło się do spodka. Sowa w przekonaniu, że ten strzęp mięsa posłuży jej za przekąskę i pozwoli przebidować do rana, próbowała zdziobać je z talerzyka. Zakrzywiony, bursztynowy dziób przebił mięso, ale mięso nie chciało się odkleić od talerzyka, no i nieszczęsny ptak, jak w pułapce, trzepotał się bezradnie po podłodze waląc i łomocząc spodkiem o drewniane deski, żeby wyswobodzić dziób. Uwolniłem ją więc i zaniosłem na dół do mego pokoju, gdzie zamknąłem ją na wszelki wypadek w kartonowym pudle.